Hairwald

W ciętej ranie obecności

6.

 

Polacy w Wehrmachcie. Było ich w nim prawie milion

Listopad-1915-roku--Opole--Pamiatkowe-zdjecie-prze

Polacy w Wehrmachcie to do dziś drażliwy temat. Ale do 1939 roku dla Polaków mieszkających w Niemczech była to rzecz normalna. Ot, kolejna uciążliwość. Nawet Jan Edmund Osmańczyk wywiązał się wtedy z obywatelskiego obowiązku i na przełomie 1938 i 1939 roku zaliczył sześć tygodni służby w mundurze feldgrau w 67. Batalionie Zapasowym w Poczdamie. Za to na wezwanie do mobilizacji już nie odpowiedział i uciekł do Polski

Do napisania tego tekstu sprowokowała mnie pocztówka, która niedawno wpadła mi w ręce. Ot, widoczek, jakich wiele drukowano z dawnego Oppeln. Na odwrocie znalazłem takie słowa: „Najserdeczniejsze pozdrowienia z Opola zasyła Wam Fritz. Jestem zdrowy i powodzi mi się nienajgorzej” – to dosłowny cytat z pocztówki wysłanej 1 czerwca 1943 roku. Napisana jest najczystszą polszczyzną.

Takich jak Fritz, pochodzący z Zaolzia kanonier ze 116. Zapasowego Batalionu Artylerii, było wtedy dziesiątki tysięcy. W zasadzie dopiero dziś do większości historyków dociera fakt, że wielu Polaków musiało służyć w niemieckim wojsku. Ale ich historia zaczyna się daleko wcześniej.

Wyobraźmy sobie bowiem taką sytuację:

Jest 25 października 1917 roku – piękny, jesienny dzień w Alpach Julijskich. Porucznik Erwin Rommel, dowódca kompanii w Wirtemberskim Batalionie Strzelców Górskich, obserwuje wznoszący się po drugiej stronie rzeki szczyt Matajur, będący kluczową pozycją we włoskiej obronie. Bo gdyby się wspiąć wyżej, to z pobliskich szczytów widać by już było Adriatyk i zatokę, nad którą leży Wenecja. A także płaską równinę, będącą wrotami do Italii. Rommel szykuje do szturmu swój oddział. W rozmyślaniach przeszkadzają mu jednak obce głosy. I nie chodzi o wielojęzycznych rekrutów armii Jego Cesarskiej Wysokości Franciszka Józefa. Niezrozumiałym językiem rozmawiają „landserzy” w pruskich mundurach z wyszytym czerwonym „63” na naramiennikach. „Maul halten!” – warczy w ich kierunku. „Pieroński gizd” – dolatuje w odpowiedzi.

Ślązaków wojenne laury

Opisana historia jest oczywiście fikcyjna, ale wszystkie pokazane w niej okoliczności – jak najbardziej prawdziwe. Rommel (ten sam, który później znany był pod pseudonimem Lis Pustyni) w stopniu generalskim trafi we wrześniu 1939 roku na Opolszczyznę jako szef batalionu ochrony kwatery Hitlera. W 1917 roku nie mógł przypuszczać, że w czasie kolejnej wojny światowej odwiedzi okolice, z których pochodziły owe zawzięte śląskie „karlusy”. Ślązacy służyli zresztą nie tylko w 63. Pułku Piechoty z Opola, lecz także we wszystkich kilkunastu regimentach stacjonujących na Górnym Śląsku i Opolszczyźnie, a we wspomnianej alpejskiej bitwie walczyli jeszcze grenadierzy z 23. Śląskiego Pułku Piechoty.

Rommel za szturm arcytrudnej pozycji na górze Matajur otrzymał najwyższe odznaczenie kajzerowskich Niemiec – tzw. błękitnego Maksa – krzyż Pour La Meritte. A 63. Pułk, który po krwawych walkach na froncie zachodnim, a zwłaszcza po piekle Sommy w 1916 roku, gdzie straty sięgały 60 procent stanów, ponownie odznaczył się walecznością i zawziętością na kolejnym froncie, i został uhonorowany w sposób szczególny.

Cesarz Wilhelm II postanowił, że na wieczną pamiątkę w nazwie pułku znajdować się będą elementy sławiące austriacko-węgiersko-pruskie braterstwo broni zawarte podczas 12. z kolejnych bitew nad alpejską rzeką Isonzo, po słowiańsku zwaną Soczą. Pułk od tej pory nazywał się: „Infanterieregiment Kaiser Karl von Österreich und König von Ungarn (4. Oberschlesisches) Nr. 63”, a na naramiennikach miała być wyszywana podwójna korona obu cesarzy nad literą „K”. A to właśnie Ślązacy wywalczyli te wojenne laury.

Służba w wojsku była codziennością

Na marginesie warto pamiętać, że ślady tych tytanicznych zmagań (np. okopy wykute w skałach na wysokości powyżej dwóch tysięcy metrów!) są widoczne w tym regionie Słowenii do dziś i niejednokrotnie można się na nie natknąć, wędrując śladami opolskich żołnierzy. Będąc w tych górach, zawsze w takich momentach nachodziła mnie refleksja, jak wiele jeszcze ze śląskich losów nie zostało opisanych. Te dotyczące służby Ślązaków w pruskich pułkach wciąż czekają na swojego historyka, bowiem liczba rekrutów, którzy zasilali 12. Dywizję Rezerwową ze Śląska, najsilniejszą jednostkę cesarskiej armii w czasie pokoju cesarskiej armii, szła w dziesiątki tysięcy. Nie dysponujemy, niestety, szczegółowymi danymi, ale można je sobie wyobrazić. Na przykład w 1813 roku, po reformach wojskowych, Śląsk miał dać armii pruskiej ponad 44 tysiące rekrutów dla piechoty i ponad pięć tysięcy dla kawalerii. Z tej liczby na Górny Śląsk przypadało około 15 tysięcy ludzi, co dla niektórych miast było dużym wysiłkiem, skoro dla przykładu tak niewielka miejscowość jak Grodków zobowiązana była dać 800 ludzi, Niemodlin ponad 420 a stołeczne, chociaż także niewielkie, Opole prawie 1500.

W 1914 roku, u progu wielkiej wojny, na Opolszczyźnie stacjonowały: pułki piechoty w Opolu i Lublińcu (63.), Koźlu i Raciborzu (62.), Nysie (22.), Brzegu (156. i 157.) oraz Gliwicach (23. – miasto znajdowało się wtedy w granicach rejencji opolskiej), pułki kawalerii w Głubczycach i Raciborzu (6. Huzarów), Oławie, Kluczborku, Namysłowie i Wołczynie (8. Dragonów), pułki artylerii w Nysie i Grodkowie (21.), Prudniku (57.), Nysie i Głogowie (6. Forteczny) plus batalion saperów w Nysie. A ponieważ pobór był terytorialny – żeby w razie mobilizacji żołnierze nie musieli daleko jeździć – spory, jeśli nie decydujący, procent żołnierzy tych pułków stanowili Polacy. Zresztą – innego wyjścia nie mieli, jak odsłużyć swoje. Byli obywatelami państwa pruskiego i jak wszystkich obowiązywała ich służba wojskowa. Nie można do tego przykładać dzisiejszej miary – hekatomba ofiar pierwszej, a zwłaszcza drugiej wojny światowej jeszcze nikomu się nie śniła, a służba w wojsku była codziennością jak praca i wypoczynek.

Kolegów z okopów rozdzieliła Odra

Prawdopodobnie pierwszym opolaninem, który poległ w rozpoczynającej się w sierpniu 1914 roku wojnie światowej, był potomek znanego w Opolu rodu Spirrów. Na cmentarzu przy ulicy Wrocławskiej do dziś zachował się jego nagrobek (zdjęcie poniżej).

Później liczba ofiar zaczęła szybko rosnąć. Po bitwie nad Sommą w opolskich koszarach 63. Pułku musiano utworzyć aż dwie kompanie dla rannych żołnierzy, którzy rokowali jeszcze szanse na powrót do czynnej służby.

Kolejnym rozdziałem tej jeszcze nienapisanej historii są lata 1919-1921. Śląskie pułki i służący w nich weterani (po niemiecku landserzy) wielkiej wojny wracali do swoich macierzystych koszar i miejscowości. Los i wielka polityka sprawiły, że i tym razem bardzo często musieli stanąć po przeciwnych stronach barykady. Kolegów z okopów znad Sommy i Soczy rozdzieliła Odra i bój o przynależność państwową Śląska. Zresztą dowództwo niemieckie szybko wycofało śląskie pułki z tego rejonu, zastępując je jednostkami „ochotniczymi” z innych regionów, które już nie bratały się z miejscowymi, lecz za to zasłynęły z brutalności. Za to ci, którzy zasilili wojska powstańcze, często z żelaznymi krzyżami na piersiach, wiedzieli doskonale, jak walczy ich przeciwnik. Byli doświadczonymi i wyszkolonymi frontowcami. Zawziętość i nieustępliwość wyniesioną z rodzinnych domów wsparli wojennym doświadczeniem.

Pułk dla niepoprawnych politycznie

Gdy kilkanaście lat później III Rzesza zerwała z postanowieniami traktatu wersalskiego, dla tej historii rozpoczął się kolejny tragiczny rozdział. Jeszcze przed wojenną mobilizacją w 1939 roku Śląsk był wielkim wojskowym obozem. Na samej Opolszczyźnie rozbudowane w latach 30. koszary znajdowały się w Opolu, Brzegu, Nysie, Prudniku, Koźlu, Strzelcach Opolskich i Głubczycach. A ustawa o powszechnym obowiązku służby wojskowej z 1935 roku (tzw. Wehrgesetz) stawiała w bardzo trudnej sytuacji nie tylko rodziny byłych powstańców, ale wszystkich, którzy przyznawali się do polskich korzeni. Możliwości uniknięcia służby były bardzo niewielkie – mówiąc w skrócie – wszyscy mieszkańcy niemieckiego Śląska podlegali temu obowiązkowi, a dodatkowo niemiecki system kwalifikowania do służby miał niewiele luk, bo nastawiony był na maksymalne wykorzystanie rekrutów. Kiepskie zdrowie także nie było wyjściem – co najwyżej Wehrmeldeamt – czyli komisja poborowa takiemu kandydatowi wpisywała w papiery „zdolny do służby bez broni”.

Dodatkowo ci, którzy znani byli ze swojej propolskiej działalności, mieli swoje teczki w kartotekach gestapo i policji. W odróżnieniu od zwykłych rekrutów kierowani byli do specjalnych jednostek, w których miano ich utemperować. Dla Ślązaków takim pułkiem był 49. wrocławski, którego nowe koszary znajdowały się w Karłowicach. W tej jednostce grupowano wszelkich niepoprawnych politycznie działaczy, uczniów polskiego gimnazjum w Bytomiu, członków organizacji propolskich itp. Dla władz III Rzeszy była to zresztą jedna z nielicznych okazji, by propolskim Ślązakom dobrać się do skóry. Obowiązująca przed wojną do 1937 r. konwencja genewska o zachowaniu praw mniejszościowych oraz dodatkowo pakt o nieagresji krępowały ręce oficjalnym działaniom. Za to po wybuchu wojny wszystko się zmieniło.

Jak wyparowało całe komando jeńców

W tym miejscu wyobraźmy sobie kolejną sytuację. Baraki obozu koncentracyjnego Buchenwald i poranny apel. Jest 15 października 1939 roku.

„Lagerfuehrer Roedel niepewnie przestępuje z nogi na nogę. Co chwilę zerka na papier trzymany w ręku. Najwyraźniej nie wie, co ma robić. Do tej pory dał się bowiem poznać opolanom z bloku 34 jako zajadły przeciwnik wszelkich przejawów polskości, pałką wbijający do głów przekonanie o odwiecznym, niemieckim panowaniu na Śląsku. Tymczasem w piśmie, które trzyma w ręku, wyraźnie napisano: w imieniu Führera

Wreszcie wzywa przed swoje oblicze więźnia o numerze 3048. Starszy człowiek nie ma bowiem imienia i nazwiska. Tylko obozowy numer. Za to jego syn, który właśnie poległ za Rzeszę Adolfa Hitlera, takowe jak najbardziej posiada. Lagerfuehrer Roedel przez ściśnięte gardło komunikuje Franciszkowi Michalikowi smutną wieść. A sam zastanawia się, jak to możliwe, że syn wroga Rzeszy właśnie za nią poległ”.

Opisana sytuacja jest w stu procentach prawdziwa. Śląskie losy w czasie wojny były tak pogmatwane, że zrozumieć je może w zasadzie tylko ktoś, kto stąd pochodzi. No bo jak można bez wnikania w masę zawiłości w prosty sposób komuś wytłumaczyć, że na przykład Monte Cassino bronili i atakowali Polacy, tylko w innych mundurach. Tę historię opowiedział mi przed laty jeden z żołnierzy II Korpusu generała Andersa, który był także jednym z obrońców Cassino. I jakby tego było mało – to właśnie ci żołnierze, weterani Wehrmachtu, a potem polskich dywizji szturmujących Ankonę i Bolonię, wrócili na przełomie 1945 i 1946 roku do Polski. Z pełnej gali i z bronią w ręku, chociaż na niektórych z nich na dworcach czekało już UB. Ale zanim do tego doszło, zapłacili krwawą daninę krwi na wszystkich polach bitew w Europie i Afryce.

Oblicza się, że w sumie około 300 tysięcy jeńców i dezerterów z Wehrmachtu zasiliło Wojsko Polskie. Także historii Gustlika Jelenia z załogi Czterech Pancernych Janusz Przymanowski nie wyssał z palca – jest najzupełniej prawdziwą opowieścią. To między innymi Ślązacy zapłacili krwią za nieudaną próbę przyjścia z pomocą powstaniu warszawskiemu, to oni wspomagali swoim doświadczeniem II Armię Wojska Polskiego, gdy na polach Łużyc przyszło jej walczyć z silniejszym przeciwnikiem.

W tej historii jej jeszcze jeden mało znany rozdział. Gdy w końcu wojny z kamieniołomów w Opolu (tych między ulicą Luboszycką i Budowlanych) wyparowało razem ze swoim strażnikiem całe komando jeńców, to był tylko jeszcze jeden sygnał, że na Opolszczyźnie ruch oporu zawsze może liczyć nie tylko na Ślązaków, ale nawet na tych, którzy służyli III Rzeszy w obcym mundurze. Dziś znamy zarówno nazwisko wachmana, który „uprowadził” jeńców, jak i wielu innych, którzy tworzyli opolską Armię Krajową, wspomagając aliantów w najtrudniejszej walce – przenikając do jednostek wojskowych, koszar, zakładów zbrojeniowych itp. To między innymi dzięki nim Amerykanie zniszczyli znajdujące się na Opolszczyźnie zakłady paliw syntetycznych.

Najtrudniejszy był strach o rodziny

Nie dysponujemy, niestety, dokładnymi danymi, ilu mieszkańców Śląska (Dolnego, Górnego i Pogórza Sudeckiego) wcielono do Wehrmachtu. Według szacunkowych danych było ich około miliona. Nic dziwnego, że w wielu jednostkach istniały wręcz polskie kompanie, które były solą w oku dla dowódców, żandarmów, feldgestapo i które bardzo często wręcz topniały w oczach, gdy tylko żołnierze znaleźli się na linii frontu. Na nic nie zdawało się przydzielanie rodowitych Niemców jako kaprali. Niebojowe straty i tak były bardzo wysokie.

O ile jednak mieszkańcy Śląska, który do 1939 roku był w granicy Rzeszy, mieli jako obywatele Niemiec, jeśli tak można powiedzieć, łatwiej, to sytuacja tych, których po wcieleniu do Rzeszy polskiej części Śląska zmuszono do podpisania volkslisty, była diametralnie inna. Generalnie spośród czterech kategorii volkslisty dwie ostatnie zarezerwowane były dla tych, którzy najmniej lub wcale nie czuli się Niemcami. Jednak, mówiąc najprościej, by nie zostać wyjętymi spod prawa, musieli się na nią wpisać, inaczej nie mogliby funkcjonować – w sensie dosłownym: bo bez pracy i jedzenia, prawa do zasiłku, opieki medycznej, kartek żywnościowych, opału, mieszkania itd. nie da się żyć.

Teoretycznie przynależność do trzeciej i czwartej grupy volkslisty chroniła przed poborem. Ale tylko do czasu. Zalecenia polityczne o zachowaniu czystości rasy i języka to jedno, a potrzeby wojska to drugie. Urzędnicy wojskowi nie oglądali się na to, czy ktoś był politycznie niepewny – armia potrzebowała rekruta i armia go dostawała. Nawet jeżeli w papierach poborowego widniały wyraźne adnotacje gestapo „politisch untervelaessig”, to dla pracowników Wehrmeldeamt nie miało to znaczenia. A że przy okazji w ten sposób pośrednio zasilano Wojsko Polskie- z tego nie zdawano sobie na szczęście sprawy. Niemniej decyzja o dezercji była bardzo trudna, bo każdy z żołnierzy pamiętał, co w takim przypadku groziło ich rodzinom. Dlatego o wiele łatwiej Ślązacy oddawali się w niewolę, niż dezerterowali. Często też zmieniali nazwiska, służąc już z białym orłem na czapce. Obawa o los rodzin zostawionych w podopolskich wsiach była bardzo duża.

Kto przekonał Londyn?

By jednak byli żołnierze Wehrmachtu mogli służyć pod biało-czerwonym sztandarem, najpierw trzeba było przekonać nie tyle aliantów, co własny rząd w Londynie. Niestety – najpierw zadziałało dokładnie to samo, co i dziś – brak zrozumienia dla śląskiej specyfiki wśród polityków wywodzących się z innych regionów Polski. Na szczęście w Londynie przebywał ktoś, kto miał nazwisko i dar przekonywania, czyli mówiąc po prostu: śląską, niewyparzoną gębę.

Tym kimś był Arka Bożek, którego gestapo na początku 1939 roku wysiedliło ze Śląska, przysparzając w ten sposób śląskiej sprawie w Londynie doskonałego orędownika. Na dowód zacytujmy fragment listu skierowanego w 1941 roku na ręce generała Tadeusza Klimeckiego, szefa Sztabu Naczelnego Wodza Władysława Sikorskiego:

„Jakże tak może być, że dwudziestosiedmioletniego chłopaka, absolwenta Polskiego Gimnazjum w Bytomiu, syna powstańca śląskiego, chłopaka, który uciekł przed wojskiem niemieckim, przedarł się przez wszystkie granice, by walczyć tutaj, uważa się za piąta kolumnę?”. To właśnie dzięki jego uporowi w czasie inwazji aliantów w Normandii nad niemieckimi okopami rozrzucono ulotkę o jakże znamiennym tytule „Polacy w Armii Niemieckiej!”.

Dowództwo alianckie doskonale rozumiało, że każda inicjatywa osłabiająca morale i spójność Wehrmachtu warta jest poparcia. A że szeregi Wojska Polskiego zasilane będą przez byłych wehrmachtowców – to nawet lepiej. Bo był to żołnierz doświadczony, przeszkolony i znający obyczaje oraz sposób wojowania Niemców. A co najważniejsze – bijący się z niezwykłą zaciętością, bo mający wiele rachunków do wyrównania.

Nie wypominajmy Ślązakom Wehrmachtu

Aż 90 tysięcy byłych żołnierzy Wehrmachtu 1 lipca 1945 roku służyło w polskich jednostkach na Zachodzie na ogólny stan armii 202 tysiące. To oni w końcu wojny stanowili o jej sile. Nie można także zapominać, że we Francji, Włoszech, Grecji czy Jugosławii istniały całe oddziały partyzanckie złożone z Polaków. A skąd się w nich wzięli, jeśli nie z Wehrmachtu? Akcja ich przyjmowania zaczęła się już po klęsce Afrika Korps w 1942 roku i trwała do lata 1945. Podobnie było na Wschodzie, ale tu dokładnych statystyk nie ma, bo długo nie było Wojska Polskiego. Ale Ślązacy i tak przechodzili przez front, by służyć potem w licznych dywizjach radzieckich.

Sytuacja Ślązaków w czasie ostatniej wojny światowej była niezwykle skomplikowana i miała wiele niuansów. Ale jedno jest pewne: wypominanie służby w Wehrmachcie jest, delikatnie mówiąc, po prostu nie w porządku.

Żołnierskie losy Polaków [PRZYPADY]

>> Wojciech Wawrzynek, szef Związku Akademików Polaków w Niemczech, zaliczył służbę w Wehrmachcie.

>> Bonifacy Gola, sekretarz oddziału opolskiego Związku Polaków w Niemczech – najpierw trzy lata Buchenwaldu, a potem do piechoty. Wzięty do niewoli we Włoszech, był członkiem komisji weryfikacyjnej, która kierowała byłych wehrmachtowców w szeregi II Korpusu.

>> Karol Myśliwiec, jedynak, syn ostatniego prezesa dzielnicy śląskiej Rodła. Jego ojciec zmarł w Dachau w 1942 roku, a rok później Karol zginął na froncie wschodnim.

>> 20 kwietnia 1942 roku – w urodziny Hitlera – z tej okazji z obozu w Buchenwaldzie zwolnieni zostają trzej Opolanie: Augustyn Kowalski (redaktor „Nowin Codziennych” i „Katolika Trzyrazowego”), Paweł Kulik (podharcmistrz opolskiego hufca ZHP) i Maksymilian Lyrek (działacz z Biadacza). Cieszyli się wolnością kilka godzin. Wszyscy zginęli później na froncie w niemieckich mundurach.

>> Piotr Łangowski, brat Jana Łangowskiego, osadzonego w Buchenwaldzie – chyba Opolanom nie trzeba tłumaczyć, kim był – dostał powołanie do koszar w Legnicy, mimo iż na komisji uprzedził urzędników, że jest Polakiem i polskim działaczem. Niedługo nosił mundur w kolorze feldfrau. We Włoszech dołączył do wspomnianego Bonifacego Goli.

>> Tomasz Szymała, uczeń bytomskiego gimnazjum, po wojnie proboszcz w Popielowie – służył w 684. pułku piechoty, a w jego kompanii znajdowało się aż 56 Ślązaków. W wielu jednostkach było podobnie i dopiero po inwazji w Normandii dowództwo niemieckie doszło do wniosku, że lepiej rozproszyć niepokornych karlusów, bo zbyt często całe plutony przechodzą na stronę wroga, nierzadko z pieśnią „Jeszcze Polska nie zginęła” na ustach.

>> Leon Fojcik – po wojnie dosłużył się stopnia podpułkownika w Ludowym Wojsku Polskim. W 1942 roku bez zastanowienia przeszedł na stronę radziecką.

>> Rudolf Juzek – po wojnie sekretarz KW PZPR w Katowicach.

>> Eryk Suchanek – to życiorys jakich wielu, nadający się na scenariusz filmu. W 1939 roku wraz z kolegami bronił przed Niemcami twierdzy Modlin. Gdy wrócił na rodzinny Śląsk, który w międzyczasie znalazł się w granicach Rzeszy, miał do wyboru albo obóz, albo Wehrmacht. Potem była Francja i współpraca z ruchem oporu, a następnie okopy pod Smoleńskiem i szybka decyzja o ucieczce, po której mógł znowu włożyć polski mundur.

Źródło: Wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: