Hairwald

W ciętej ranie obecności

Bochyński

Wszystko, o czym zapomniał Andrzej Duda, lżąc III RP
Wydarzeń Grudnia ’70 nie wolno eksploatować politycznie. Prezydent w ocenie III RP druzgocąco się zresztą myli – przypomnijmy, jak było naprawdę.

 

Przed pomnikiem Ofiar Grudnia 1970 w Gdyni podczas uroczystości upamiętniających 45. rocznicę masakry robotników prezydent Duda przyklęknął, by uczcić pamięć poległych. Potem mówił o ranach, cierpieniu, prześladowaniu. Ale też o tym, że ofiary i ich najbliżsi nie doczekali się od III RP elementarnej sprawiedliwości na poziomie prawnym i państwowym. Dalej pan prezydent deklarował swój wstyd za III RP, że nie umiała skazać sprawców zbrodni. „Zrobię wszystko – deklarował – aby ta Rzeczpospolita była naprawiona, aby stała się wreszcie państwem sprawiedliwym, państwem uczciwym”.

Wśród zgromadzonych byli ludzie, którzy bili brawa, ale nie brakło i takich, którzy słuchali tych słów z zażenowaniem. Z poczuciem, że prezydent tę wielką tragedię sprzed lat tak instrumentalizuje, przekuwa w doraźną polityczną propagandę.

Osądzić winnych już się nie da. Z 12 oskarżonych o sprawstwo kierownicze w wydarzeniach Grudnia ’70 (44 osoby zabite, kilkaset rannych w Gdyni, Gdańsku, Szczecinie, Elblągu) do osądzenia pozostał już tylko jeden – generał Edward Ł., rocznik 1924, którego sprawę już wiele lat temu wyłączono z głównego procesu ze względu na stan zdrowia. Dwóch dowódców wojskowych niższego szczebla – Bolesław F. i Mirosław W. – zostało skazanych w 2013 r. (wyroki po 2 lata w zawieszeniu na 4 lata). Reszta – w tym generał Wojciech Jaruzelski (w grudniu 1970 minister obrony narodowej) oraz Stanisław Kociołek (wtedy wicepremier) – nie żyje.

Prawdą jest, że proces grudniowy nie przynosi sądownictwu chluby. Prokuratura Marynarki Wojennej w Gdyni wszczęła śledztwo w 1990 r. W 1993 r. przejęła je Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku. Akt oskarżenia został sporządzony w kwietniu 1995 r.

Ale z procesem zdołano ruszyć dopiero we wrześniu 2001 r. Oskarżeni deklarowali wolę jak najszybszego oczyszczenia się z zarzutów, a faktycznie grali na zwłokę, uciekając się do dostępnych proceduralnych kruczków. Wraz z upływem lat umierali zarówno oni, jak i świadkowie (do przesłuchania było 1100 osób). Postępowanie spowalniały też choroby podsądnych i sędziów. Po śmierci ławnika w 2011 r. trzeba było zacząć od nowa. W kwietniu 2013 r. zapadł wyrok – dwie wspomniane już osoby skazano, a Stanisław Kociołek, w ludowej balladzie zwany „katem Trójmiasta”, został uniewinniony. Prokuratura odwołała się od tego orzeczenia. Sąd Apelacyjny utrzymał je w mocy. W kwietniu 2015 r. uchylił je Sąd Najwyższy. Do kolejnego etapu nie doszło – 1 października tego roku były wicepremier zmarł. Zarówno jego, jak i Wojciecha Jaruzelskiego osądzi historia, najwyższa instancja w tego typu sprawach.

Brak skruchy ze strony oskarżonych i brak skazujących wyroków zapewne utrudnia części poszkodowanych wydarzeniami Grudnia ’70 znalezienie ukojenia. Tym bardziej nie wolno tej czułej materii ludzkiego bólu eksploatować politycznie. Nie wolno do tego wykorzystywać rocznicy – dnia pamięci i żałoby.

W 2007 r. podczas konferencji związanej z obchodami 37. rocznicy Grudnia ’70 ówczesny premier Donald Tusk zapowiedział odszkodowania dla ofiar. Wtedy rozsierdziło to m.in. Jacka Kurskiego, który uznał, że chodzi o PR, nabijanie sobie „punktów medialnych i politycznych nad grobami u mogiłami”. Działacze PiS uważali, że możliwości odszkodowań daje ustawa uchwalona wcześniej z inicjatywy ich partii z myślą o wszystkich poszkodowanych przez system komunistyczny. Niektórzy deklarowali pomoc w uzyskaniu owych pieniędzy. Deklarowali, podkreślmy.

Słowa aprobaty dla inicjatywy premiera Donalda Tuska popłynęły ze strony kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dziś pokazuje to różnicę między Lechem Kaczyńskim a jego prezydenckim uczniem. Na początku 2008 r. rząd PO-PSL przyznał zadośćuczynienia w wysokości 50 tys. zł. dla rodziców, małżonków i dzieci ofiar Grudnia ’70.

 

polityka.pl

We mgle niepewności

MONACHIUM – Jakie narastające zagrożenie umyka właśnie światu? Po naprawdę koszmarnym roku dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa powyższe pytanie będzie nurtować przywódców, analityków i przedstawicieli mediów zbierających się w tym tygodniu na 51. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa (MSC).

Rok temu społeczność międzynarodową zajmowały głównie wojna w Syrii i kryzys na Ukrainie. Ale wielu uczestników zeszłorocznej konferencji zapewne przyzna dziś, że nie doceniło prawdziwej wagi tych wydarzeń – ani tego, co miało zdarzyć się później.

Wystarczyło kilka miesięcy i gwałtowna eskalacja oraz regionalizacja obu kryzysów wraz z wydarzeniami z innych obszarów skłoniły wielu obserwatorów do ogłoszenia roku 2014 początkiem mniej pokojowej i bardziej chaotycznej ery w stosunkach międzynarodowych.

W ciągu ostatniego roku ujawniły się liczne błędy i słabe punkty w istniejących strukturach bezpieczeństwa. Określenia takie jak „wielka demaskacja” – termin ukuty przez dziennikarza Rogera Cohena jesienią 2014 r. – trafiły w swój czas, bo dobrze oddają obecne poczucie bezradności, brak kontroli i niezdolność do prognozowania czy uchwycenia kolejnego kryzysu. Jak stwierdził niedawno Javier Solana, „żyliśmy złudzeniem. Przez lata świat wierzył, że przejście z jedno- do wielobiegunowego porządku odbędzie się w sposób pokojowy, uporządkowany i spokojny […]. Jakże się myliliśmy”.

To złudzenie współistniało z brakiem wyobraźni. Choć może elegancko brzmi rozróżnianie „dobrej” i „złej” strony historii albo krytykowanie wykorzystania XIX-wiecznych metod w XXI wieku, to takie dyskusje sprowadzają się głównie do retoryki. W najlepszym wypadku nie wyrządzają szkody; w najgorszym – zaciemniają złożoność dzisiejszych kwestii związanych z bezpieczeństwem, które trzeba zrozumieć i oswoić.

Po pierwsze, wojna wróciła do Europy. Fundamentalne zasady ogólnoeuropejskiego bezpieczeństwa legły w gruzach, podobnie jak postęp w stosunkach Rosji z Zachodem, jaki dokonał się od końca zimnej wojny. Co więcej, świat arabski – najgwałtowniejszy i najmniej stabilny od wielu dekad – zdaje się dzielić jeszcze bardziej, a radykalne ugrupowania dżihadystyczne, pełne energii i konkurujące między sobą, coraz częściej kierują swój gniew ponownie na Zachód. Z kolei w regionie Azji i Pacyfiku udało się wprawdzie uniknąć poważnych incydentów, ale wciąż siedzi on na beczce prochu.

Niestety, pęknięcia, jakie ujawniły się w ostatnich kilku miesiącach, będą się poszerzać, bo konflikt polityczny i konkurencja między głównymi światowymi mocarstwami narastają. Za dziesięć lat 2014 rok będzie zapewne uważany za preludium. Ale do czego? Choć międzynarodowy porządek i układy regionalne coraz bardziej trzeszczą w szwach, nie jest jasne, jakie siły będą w stanie albo – inaczej – zechcą zachować pokój i równowagę.

Obawy, że Stany Zjednoczone porzucają rolę globalnego przywódcy, są z pewnością wyolbrzymione. Ale trzeba pamiętać, że zadeklarowane skupienie prezydenta Baracka Obamy na „budowaniu narodu w kraju” tworzy wrażenie ucieczki, co niepokoi wielu sojuszników.

Tymczasem w Europie wiele krajów nadal walczy ze skutkami kryzysu finansowego i gospodarczego z 2008 r., a także z paraliżem polityki krajowej i rosnącym eurosceptycyzmem. Mimo ogromnego potencjału Stary Kontynent w najbliższym czasie nie zacznie się spełniać w swojej globalnej roli.

W ciągu ostatniego roku Niemcy dyskutowały, czy powinny odgrywać aktywniejszą rolę na scenie międzynarodowej, ale niemieckie społeczeństwo stopniowo przystosowuje się do nowych oczekiwań. Choć z niektórych sondaży wynika, że typowa dla Niemiec postawa dystansu wobec spraw międzynarodowych nie jest już tak silna, jak sądzi wiele osób, to z nowego sondażu dla „Munich Security Report” wynika, że tylko 34 proc. obywateli uważa, że ich kraj powinien mocniej zaangażować się w kryzysy międzynarodowe.

Znaczna większość Niemców nadal zachowuje sceptycyzm wobec aktywniejszej gry na globalnej scenie, a więc wszelkie starania o przywódczą rolę w społeczności międzynarodowej to nadal syzyfowa praca.

Oczywiście nie wszystkie pęknięcia w porządku globalnym da się przypisać polityce krajowej, kwestiom ekonomicznym czy zmianie relacji między mocarstwami. Liczba istotnych aktorów i potencjalnych czarnych charakterów na scenie światowej gwałtownie wzrosła, więc rządy coraz rzadziej są w stanie rozwiązywać problemy na własną rękę lub w porozumieniu z innym państwem.

Ale załamanie dotychczasowego porządku międzynarodowego to zarówno przyczyna, jak i skutek coraz większego oporu ze strony jego tradycyjnych i potencjalnych strażników. Kiedy przywódcy zachowują się inaczej niż wcześniej albo robią mniej, niż wymagałaby sytuacja, inni aktorzy sprawdzają, jak daleko mogą się posunąć.

Kiedy dotychczasowy ład zostaje naruszony i coraz trudniej go utrzymać lub nim zarządzać, tradycyjni i potencjalni przywódcy coraz częściej uważają, że przywrócenie go jest zbyt dużym wyzwaniem, albo szukają szybkich łat i fastryg, co podsyca jeszcze bardziej nieprzewidywalność i brak równowagi. To właśnie w takiej sytuacji próby i niepewności zaczęło się kręcić dzisiejsze błędne koło geopolitycznego zamieszania.

Na tym tle nie ma powodu przypuszczać, że przewidywanie dużych kryzysów czy ich neutralizacja będą łatwiejsze. Rosnąca złożoność globu tylko zwiększa ów problem. Przytłoczone nadmiarem informacji rządy i główne instytucje międzynarodowe przeoczają lub źle interpretują w tym szumie istotne sygnały. Przywódcom coraz trudniej skupić się na kilku najważniejszych tematach, co zapewne sprzyjałoby jakości podejmowanych przez nich decyzji.

W 2014 r. do lamusa odeszło wiele dawnych założeń. Na tegorocznej MSC świat będzie miał okazję zastanowić się, czym je zastąpić.

W tekście wykorzystano fragmenty eseju z pierwszego „Munich Security Report”, wydanego z okazji 51. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

Wolfgang Ischinger jest prezesem Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Adrian Oroz pełni funkcję starszego doradcy ds. polityki i analiz w Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

naTemat.pl

Kluczowy tydzień dla przyszłości Ukrainy. Cała odpowiedzialność za rozmowy pokojowe w Mińsku na barkach Merkel

To ci ludzie trzymają w swoich rekach los Ukraińców.
To ci ludzie trzymają w swoich rekach los Ukraińców. Fot. YouTube.com/Ruptly

Już w środę spotkają się w Mińsku Angela Merkel, Petro Poroszenko, Władimir Putin i Francois Hollande. Do tego czasu eksperci będą dopracowywać szczegóły porozumienia, które ma przywrócić zawieszenie broni na Ukrainie. Tymczasem na wschodzie tego kraju wciąż giną żołnierze, a Rosja wysyła kolejny “transport humanitarny”. Niemcy stanowczo wykluczają natomiast możliwość wysłania Ukrainie broni, coraz częściej o takiej możliwości mówią jednak Stany Zjednoczone.

Appeasement
Po spotkaniu Merkel-Hollande-Putin, które odbyło się w Moskwie pod koniec tygodnia, sprawa ukraińska przyspieszyła. W najbliższą środę planowane jest kolejne spotkanie tej trójki oraz ukraińskiego prezydenta Petra Poroszenki. Tak jak kilka miesięcy temu odbędzie się ono w Mińsku.

Jednak w porównaniu z sytuacją, w której dyskutowano wówczas, dzisiejsze położenie Ukrainy jest znacznie gorsze, bo front przesunął się w kierunku zachodu. I to właśnie na taką linię demarkacyjną naciska teraz Kreml. Niektórzy komentatorzy i politycy przekonują, że jeśli Zachód zgodzi się na takie warunki, będzie to początek polityki appeasementu wobec Putina. Przypominają, jak skończyła się ta stosowana wobec Hitlera.

Ukraina desperacko potrzebuje pomocy. Petro Poroszenko zaapelował w Monachium o zawarcie rozejmu, zapowiedział, że nie stawia żadnych warunków wstępnych. Na wschodzie kraju zginęli kolejni żołnierze, a Rosja a nieustannie wspiera separatystów. Granicę przekroczył właśnie trzynasty konwój, który Rosjanie nazywają humanitarnym.

Cypr zdradził
Tymczasem Rosja stale zwiększa swoje wpływy na Starym Kontynencie.Według rosyjskich mediów prezydent Cypru zaproponował, by Rosja stworzyła bazy wojskowe na wyspie. To złamanie jedności Unii, która przecież jeszcze niedawno uzgodniła przedłużenie sankcji wobec Rosji.

Ukrainie brakuje nowoczesnego uzbrojenia, którym mogłaby skutecznie odpierać siły separatystów. Ci mają właściwie nieograniczony dostęp do rosyjskiego arsenału. Po drugiej stronie frontu jest z tym znacznie gorzej.

Nadal nie ma też jasnych pozytywnych deklaracji w sprawie dozbrojenia Ukrainy przez Zachód. Takie rozwiązanie popierają Amerykanie, łącznie z wiceprezydentem Joe Bidenem i Sekretarzem Stanu Johnem Kerrym. Europa jest znacznie bardziej niechętna, Angela Merkel wprost mówi, że nie ma mowy o wysyłaniu uzbrojenia na Ukrainę. Takiej możliwości nie wykluczył też szef polskiego MSZ Grzegorz Schetyna.

Jeśli nie teraz, to kiedy…?
Konferencja bezpieczeństwa w Monachium nie dała przełomu, ale na pewno pokazała zmianę sposobu myślenia o Rosji i konflikcie na Ukrainie. Coraz wyraźniej Kreml pokazywany jest jako strona konfliktu, jego źródło i główny napęd. W przemówieniach najważniejszych polityków coraz częściej pojawia się też słowo “wojna”, którego dotychczas wytrwale unikano.

Część ekspertów ocenia, że jeśli nie uda się powstrzymać Rosji teraz, sytuacja może całkowicie wymknąć się spod kontroli. Największa odpowiedzialność spoczywa na Angeli Merkel, która jest pod silną presją środowisk pozytywnie nastawionych do Rosji lub po prostu robiących z nią interesy.

naTemat.pl

„Die Welt”: Pomysł Merkel ws. Ukrainy może zakończyć się kapitulacją na dziesiątki lat

mil, PAP, 08.02.2015

Angela Merkel i Petro Poroszenko

Angela Merkel i Petro Poroszenko (MICHAEL DALDER / REUTERS / REUTERS)

„Kanclerz Niemiec Angela Merkel chce zamrozić konflikt na Ukrainie, nie rezygnując z zasad prawa międzynarodowego. Ten pomysł brzmi przekonująco, może jednak oznaczać tymczasową kapitulację przed Rosją” – pisze niemiecki dziennik „Die Welt”.

„W konflikcie o Ukrainę między USA a Rosją chodzi o wiele więcej niż w negocjacjach o liczbę rakiet. Dla obu (mocarstw) gra toczy się o tożsamość i własne fundamenty” – pisze „Die Welt”. „Kto przekona Europę i przeciągnie ją na swoją stronę, ten rozstrzygnie ten spór na swoją korzyść, a Angela Merkel jest najważniejszą liderką Europy” – wyjaśnia autor komentarza.

Jego zdaniem Merkel dała do zrozumienia podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, że rozumie sposób myślenia Ameryki. Niemiecka kanclerz chciałaby jednak uniknąć nowej zimnej wojny w Europie, a przede wszystkim wielkiej wojny. Dlatego szefowa niemieckiego rządu zasugerowała, aby Zachód zaczekał aż zaczną działać sankcje i przyjął do wiadomości powstałą sytuację, nie uznając jednak bezprawia i aneksji dokonanej przez Rosję.

Pomysł Merkel grozi tymczasową kapitulacją Ukrainy

Wyjaśniając swoje stanowisko, Merkel posłużyła się przykładem reakcji Zachodu na budowę muru berlińskiego w 1961 roku. „Die Welt” dodaje, że taką samą taktykę USA zastosowały po aneksji trzech krajów bałtyckich (Litwy, Łotwy i Estonii) przez Stalina.

„Zamrozić konflikt, nie rezygnując z prawa międzynarodowego – to brzmi przekonująco, graniczy jednak niebezpiecznie blisko z kapitulacją na dziesiątki lat przed militarnym mocarstwem” – ostrzega „Die Welt”. Komentator zauważa, że na świecie są państwa o podobnej strukturze ludnościowej jak Ukraina, w których poparcie dla separatystów może mieć poważne skutki.

„Putin testuje na Ukrainie jak Zachód zareagowałby, gdyby Rosjanie w krajach bałtyckich chwycili za broń, a Moskwa wyparłaby się jakiegokolwiek mieszania się w konflikt” – czytamy w „Die Welt”. „Ameryka chce za pomocą dostaw broni zmusić Putina do zadeklarowania się: albo zgodzi się on na prawdziwe negocjacje, albo w sposób otwarty wesprze separatystów, czy też wręcz zdecyduje się na interwencję. Taka taktyka może jednak doprowadzić do eskalacji na miarę kryzysu na Kubie” – pisze autor tekstu.

Poroszenko apeluje o „konkretne wsparcie niepodległości Ukrainy”

W sobotę na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa zarówno wiceprezydent USA Joe Biden, jak i prezydent Ukrainy Petro Poroszenko podkreślali, że naród ukraiński ma prawo do samoobrony przed agresją ze strony Rosji. Obaj politycy obarczyli Moskwę odpowiedzialnością za konflikt.

Poroszenko zaapelował do Zachodu o „konkretne wsparcie niepodległości Ukrainy – polityczne, gospodarcze, ale także militarne”. Jak oświadczył ukraiński prezydent, oczekuje on dostaw broni dla swojego kraju, ponieważ naruszone zostało memorandum budapeszteńskie z 1994 roku, gwarantujące integralność terytorialną Ukrainy. W zamian za gwarancje bezpieczeństwa Ukraina zrzekła się wówczas strategicznej broni nuklearnej, którą odziedziczyła po ZSRR.

Zobacz także

TOK FM

TVP wyraża ubolewanie ws. incydentu z Warzechą, ale usprawiedliwia dziennikarza

prot, PAP, 08.02.2015

Puste krzesło po wyjściu Warzechy z programu

Puste krzesło po wyjściu Warzechy z programu (Fot. TVP Info)

– Wyrażamy ubolewanie z powodu incydentu, do którego doszło w sobotę w programie „Z dnia na dzień” w TVP Info – napisał w oświadczeniu rzecznik TVP Jacek Rakowiecki. Dodał jednak: zachowanie dziennikarza TVP miało zrównoważyć „daleką od obiektywizmu retorykę” Warzechy.

– Niestosowne pytanie zadane przez prowadzącego program red. Jarosława Kulczyckiego, a także jego zbyt emocjonalne zachowanie w rozmowie z red. Łukaszem Warzechą było próbą znalezienia ekwiwalentu dla dalekiej od obiektywizmu retoryki, która powinna cechować każdego niezależnego publicystę, zastosowanej przez red. Warzechę – zaznaczył Rakowiecki w oświadczeniu przesłanym portalowi Wirtualenmedia.pl.

Incydent w TVP

Sprzeczka między dziennikarzem TVP Info Jarosławem Kulczyckim a publicystą tygodnika „W Sieci” zaczęła podczas dyskusji o konwencji wyborczej Andrzeja Dudy. Warzecha podkreślił, że nie wszystkie media poświęciły konwencji tyle uwagi, ile powinny. Mówił o „mediach przychylnych rządowi”, a materiał o konwencji w TVN określił „podręcznikowym przykładem manipulacji”.

Porównując wystąpienia Dudy i Komorowskiego, Warzecha użył publicystycznego porównania: „To tak, jakby zestawić najnowsze porsche 911 ze starym polonezem”. Na te słowa bardzo ostro zareagował prowadzący. – Ale przepraszam, pan bierze pieniądze za udział w kampanii Andrzeja Dudy? – wypalił Kulczycki. – Bo to są słowa godne nie dziennikarza, tylko propagandysty – dodał.

Warzecha opuszcza studio

Potyczki słowne trwały jeszcze przez część programu. W jego przerwie Warzecha opuścił studio. A na Twitterze napisał, że „rozważy dalsze kroki” wobec gospodarza programu.

Oświadczenie rzecznika PiS

W sprawie sugestii dziennikarza TVP Info wypowiedział się rzecznik PiS Marcin Mastalerek. W oświadczeniu napisał: „Łukasz Warzecha ani żaden inny dziennikarz nie „bierze pieniędzy” od sztabu wyborczego Andrzeja Dudy ani Prawa i Sprawiedliwości. Takie insynuacje są poniżej standardów dziennikarskich, dlatego powinny spotkać się ze stanowczą reakcją prezesa TVP pana Juliusza Brauna oraz osób nadzorujących pracę redakcji TVP Info i redaktora Kulczyckiego. W związku z tą kłamliwą sugestią zwrócimy się do prezesa TVP, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Komisji Etyki TVP o zajęcie stanowiska w tej sprawie i wyciągniecie konsekwencji wobec redaktora Kulczyckiego”.

Czytaj więcej na stronie portalu Wirtualnemedia.pl >>

Zobacz także

TOK FM

Stanisław Gądecki: Konwencja antyprzemocowa? To smutne, ludzie się pogubią

08.02.2015

Rok 2015 | Stanisław Gądecki (biskup poznański):

Ratyfikacja Konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet to fakt smutny sam z siebie, dlatego, że wprowadza złe prawo, które rodzi zabłąkanych ludzi.(…)

Praktycznie perspektywy dla demokracji są coraz słabsze. To nie jest jednak powodem do desperacji chrześcijan, dlatego, że chrześcijanin nie oglądając się na prawo idzie za Ewangelią, to znaczy, że nie może popełnić zła. Natomiast dla ludzi słabych złe prawo wskaże zły kierunek. (…)

Źródło: niedziela.pl, 08.02.2015 | Przeczytaj więcej wypowiedzi Stanisława Gądeckiego

***

Komentarz redakcji:

To osobliwe, że lokalny przywódca autorytarnej, niedemokratycznej, instytucji diagnozuje stan demokracji. 

To typowe, że Gądecki redukuje chrześcijaństwo do katolicyzmu, choć jest wiele innych wyznań chrześcijańskich, które nie panikują z powodu Konwencji antyprzemocowej.

To pewne, że chrześcijanki i chrześcijanie w Polsce będą korzystać z praw i pomocy jaką zapewni wdrożenie rozwiązań Konwencji. 

watykanizacja.blogspot.com

Rosyjska telewizja nadała reportaż o Grzegorzu Schetynie. Bardzo nieprzychylny

prot, PAP, 08.02.2015

Karykatura Grzegorza Schetyny w reportażu rosyjskiej telewizji

Karykatura Grzegorza Schetyny w reportażu rosyjskiej telewizji (Kanał 5)

Rosyjska państwowa telewizja – Kanał 5 nadała reportaż poświęcony Grzegorzowi Schetynie. Pokazano w nim karykaturę naszego ministra oraz przedstawiono w prześmiewczo-negatywnym świetle jego karierę. Minister od tygodni jest częstym obiektem ataków rosyjskich mediów i rządu.

Na początku reportażu widzimy karykaturę Schetyny. Piłka do koszykówki ma przypominać, że był właścicielem drużyny Śląska Wrocław, która w 2008 roku ogłosiła upadłość. Motyw drużyny często pojawiał się w reportażu. Zaś widły i flaga kanadyjska (Kanadyjczycy od początku wojny bardzo popierają Ukrainę i krytykują Rosję) mają przypominać, że Schetyna w latach 80. jak wielu polskich opozycjonistów, o czym Rosjanie nie mówią, pracował w Kanadzie jako ogrodnik.Paź i PiskorskiReporter pokazują na początku materiału, ostrzeżenia polskiej prasy, że szykowany jest szkalujący materiał o Schetynie. Prezentera jest wyraźnie zirytowana tymi sugestiami, a reporter w Warszawie z nich kpi, śmiejąc się, że jest w Polsce uważany za szpiega.

Następnie przechodzi do rozmów z kilkoma Polakami. W reportażu pojawiają się szerokie komentarze byłego posła Samoobrony Mateusza Piskorskiego, najbardziej znanego prorosyjskiego polityka w Polsce. Nagrano też rozmowę z wrocławskim historykiem filozofii prof. Bogusławem Paziem, który w bardzo niewybredny sposób atakuje Ukraińców. Reporter opowiada o obecnych kłopotach profesora i widzimy, jak ten prosi dziennikarz, by nie emitował rozmowy z nim, bo mogą go spotkać nieprzyjemności.

Życie Schetyny

We wstępie o życiorysie Schetyny, związanego bardzo z Wrocławiem, przypominają mimochodem, że to miasto bronił się przez 4 miesięcy przed armią sowiecką w 1945 roku. Potem opowiadają o jego karierze w biznesie – zakładał Radio ESKA – po czym przeszedł do polityki. Pojawiają się sugestie, że przy łączeniu przez niego funkcji biznesowych i politycznych mogło dochodzić do nieprawidłowości.

Następnie pokazany jest dom Schetyny, jak jego żona wyrzuca śmieci. Informuje ona reporterów, że męża nie ma w domu, a następnie kilkakrotnie prosi ich, by jej nie filmowali.

Reporter przypomina również niepochlebne przydomki Schetyny: bulterier (ze względu na bezwzględność w polityce) i Shrek. Na końcu wspomina, że niedługo wybory prezydenckie w Polsce i jego „rusofobia” może być z tym związana, gdyż pomaga kandydatowi swojej partii.

Czym Schetyna naraził się Rosji?

Grzegorz Schetyna rozsierdził rosyjski rząd i prasę, gdy powiedział, że to nie Rosjanie wyzwolili niemiecki obóz zagłady Auschwitz, tylko Ukraińcy. Rosyjskie MSZ zareagowało oświadczeniem: „Trudno podejrzewać o ignorancję urzędnika takiego szczebla jak Schetyna. Powszechnie wiadomo, że Oświęcim został wyzwolony przez żołnierzy Armii Czerwonej, w składzie której heroicznie walczyły wszystkie narodowości. Nawiasem mówiąc do listopada 1943 roku 1 Front Ukraiński nazywał się Woroneski, a wcześniej Front Briański. Rzecz, najwyraźniej, w czym innym. Uważamy, że trzeba skończyć z szydzeniem z historii i dochodzeniem w antyrosyjskiej histerii do braku szacunku dla pamięci tych, którzy nie szczędzili życia dla wyzwolenia Europy”.

Ministra krytykowały również media. TV Kanał 1 określiła wypowiedź Schetyny jako „szokującą czy to ignorancją, czy to cynizmem”. Natomiast telewizja Rossija oceniła ją jako podyktowaną „logiką z piekła rodem”. NTV zauważyła, że słowa szefa dyplomacji Polski „stanowiły odpowiedź na krytykę tego, że Polska jakoby nie zaprosiła Władimira Putina na 70. rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego”.

Zobacz także

TOK FM

Adwokat, jego blog i poradnik dla posiadaczy maczet

Dominika Maciejasz, 08.02.2015

Maciej Burda

Maciej Burda (MATEUSZ SKWARCZEK)

Nic bardziej nie rozjusza przestępcy niż bezprawnie działający policjant. Wtedy ten przestępca jeszcze bardziej czuje się legitymowany do naruszania prawa. Rozmowa z Maciejem Burdą, adwokatem, autorem prawniczego bloga.

Dominika Maciejasz: Po co panu ten blog, panie mecenasie?Mec. Maciej Burda: Żeby odreagować. Głównie frustracje, wynikające z codziennych porażek zawodowych. Żeby się dobrze bawić. Żeby zwrócić uwagę na rzeczy istotne. Żeby zaspokoić próżność. Kamila Czajkowska, moja wspólniczka, która od dłuższego czasu publikuje na tym blogu swoje teksty, uważa, że to również rodzaj dziennika.Z którego z tych powodów powstał „Praktyczny poradnik dla posiadaczy maczet, tasaków i innych niebezpiecznych przedmiotów”? Instrukcja, jak zachowywać się w przypadku kontroli policji, gdy przewozi się w bagażniku ostre narzędzia?

– Ze wszystkich tych powodów. W tekście, o którym pani mówi, a który został napisany z pewnym przymrużeniem oka i jak ktoś go traktuje dosłownie, to dwója z polskiego, jest jednak istotny komunikat. Dotyczy działań policji, która formułuje wnioski do sądu o ukaranie osób przewożących noże czy tasaki. Robi to bezprawnie, bo artykuł 50a Kodeksu wykroczeń, na który się powołuje, wymaga wykazania, iż okoliczności posiadania tych przedmiotów wskazują na użycie ich w przestępczym celu. Jasno wynika z niego, że samo posiadanie nie jest sankcjonowane. Mam zresztą wątpliwości co do konstytucyjności tego przepisu. Najniższy próg grzywny jest w nim wyznaczony sztywno i wynosi 3 tys. zł. Te sztywne ramy wyłączają samodzielność sędziowską, m.in. przy kształtowaniu sankcji.

Rozumiem kontrowersje wokół naginania przepisów. Tyle że tutaj nie chodzi o artykuł z Kodeksu wykroczeń, ale o kontekst. Żyjemy w mieście brutalnych porachunków, gdzie od maczet giną ludzie. A pan był obrońcą w procesie śmiertelnego pobicia pod Multikinem, autorem apelacji w procesie „Człowieka”…

– Jestem absolutnym przeciwnikiem używania maczet przeciwko ludziom. Sprawy, które pani przytoczyła, są przerażające, ale uważam, że bezprawne zabieranie tych narzędzi przez policję do niczego nie doprowadzi, bo tych maczet w sklepach jest mnóstwo i można sobie kupić następną. Podkreślam, że ja w tym tekście nie doradzam sprawcy wykroczenia, który wiezie maczetę, by jej użyć w przestępczym celu, ale informuję w nim osoby niewinne, jak się zachować. I to jest zasadnicza różnica. Tym, jak ma uniknąć odpowiedzialności osoba winna, zajmuję się nie w działalności publicystycznej, lecz adwokackiej.

To mydlenie oczu. Przecież ci ludzie nie wożą karczowników w bagażniku, żeby pomóc babci na działce!

– Nawet jeżeli ktoś tak domniemywa, jak pani, to czy to wyłącza bezprawność działania policji? Jeśli przymkniemy oko na nielegalne działanie służb, które uzasadniają to wzniosłymi celami związanymi z walką z przestępczością okołostadionową, to spowoduje to tylko odwrotny do zamierzonego przez nich cel: eskalację przemocy. Nic bardziej nie rozjusza przestępcy niż bezprawnie działający policjant. Wtedy ten przestępca jeszcze bardziej czuje się legitymowany do naruszania prawa. Policja jest jednostką siłową, ale musi przestrzegać prawa, bo inaczej będziemy mieli znowu rok 1984.

To może zamiast „poradnika” napisać tekst skierowany do policji? Panie komendancie, pana ludzie muszą się opamiętać…

– Ale taki tekst byłby strasznie nudny! Przecież w felietonie chodzi o to, żeby było trochę zabawnie, trochę prowokująco, czasem smutno, ale nie nudno! Już mówiłem, że piszę bloga nie po to, żeby zmieniać świat, ale też żeby odreagować zło. Codzienność sądowa to nieustanne dzikie historie, jak z ostatniego filmu Almodóvara, przy czym wszyscy uczestnicy procesu wykazują podobny poziom dzikości. Taka atmosfera nie sprzyja pisaniu uprzejmych informacji o dostrzeżonych nieprawidłowościach.

Z tym że taką formą – prowokacyjnego pisania o sprawach dotkliwych – wystawia się pan na ostrzał. Był jakiś oddźwięk?

– Przez pierwsze dwa miesiące od opublikowania został odsłonięty 300 razy. Czyli przeczytało go mniej więcej kilkadziesiąt osób. Nikt ze stałych komentatorów, a jest takich kilku, go nie skomentował. Nie było żadnych sygnałów oburzenia, bo dla dotychczasowych czytelników tego bloga nie był to żaden poradnik. Nikt z tych kilkudziesięciu osób nie biega z maczetą po ulicach. Oni nie mieli problemów z dostrzeżeniem ironii, żartobliwej konwencji poradnika, służącej pokazaniu problemu prawnego i smutnej praktyki tutejszej policji. Z mojej perspektywy to było zabawnie przewrotne pisać do adwokatów, sędziów, naukowców, jakby byli chuliganami. Potem o tekście zrobiło się głośno w mediach i wówczas też nie spotkałem się z głosami krytyki ze strony środowiska. Wręcz przeciwnie – ze zrozumieniem problemu, który poruszyłem i formy.

Po nagłośnieniu sprawy w mediach napisał pan drugi poradnik – „Dobrego policjanta”. Wieje z niego ironią już od samego tytułu. Zawiera instrukcję, co ma zrobić funkcjonariusz, który chce stosować artykuł 50a: iść do biura poselskiego, zaproponować zmianę treści przepisu. „Wtedy jego pracy nie zakłóci poradnik prowincjonalnego adwokata”. Pokpiwa pan z samego siebie, policji, dziennikarzy, a i kibicom się też oberwało, bo maczety, które noszą, nazwał pan „atrybutem męskości”.

– Używając tego określenia, wskazałem na pewne frustracje, które adresaci „atrybutów męskości” rekompensują sobie posiadaniem narzędzi mogących budzić strach. Inspiracją był dla mnie fragment wiersza Świetlickiego. Określa on w nim broń palną jako namiastkę penisa. Pierwotnie felieton miał zaczynać się cytatem z wiersza Świetlickiego. Czy któraś z tych grup się obraziła? Nie obawiam się tego. Trudno, taka jest istota tej zabawy – uprawiania publicystyki prawniczej. Przecież nie zrezygnuję z pisania tylko dlatego, że ktoś może się obrazić.

„Poradnik dobrego policjanta” powstał z powodu oświadczenia rzecznika prasowego małopolskiej policji, który komentując tekst o art. 50a Kodeksu wykroczeń, zadeklarował, że policjanci nadal będą postępowali bezprawnie. Rozumiem intencje, chodzi o uprzykrzenie życia osobom niebezpiecznym, ale walcząc z nimi, nie można łamać prawa. Tym policjanci powinni różnić się od przestępców.

Te „dzikie historie” sądowej codzienności zrobiły z pana strasznego cynika. Przynajmniej takie się ma wrażenie po przeczytaniu bloga.

– Być może w tych tekstach jest zbyt dużo ironii czy nawet cynizmu. Taki sposób komentowania codzienności sądowej pozwala jednak dostrzec istotę tego, co dumnie nazywamy wymiarem sprawiedliwości, a co często sprowadza się do obnażenia bezradności policjantów, sędziów, prokuratorów, obrońców i podsądnych. Ironizuję w stosunku do wszystkich, bo wszyscy bywamy równie śmieszni, żałośni. Wprawdzie próbujemy to skryć za fasadę powagi, ale zwykle kiepsko to wychodzi.

Ile takich sprzeciwów od wyroku nakazowego wydanego przez sąd na podstawie artykułu 50a pan napisał?

– Jeden, jakieś pół roku temu. Dotyczył posiadania miecza samurajskiego w bagażniku samochodu. Sprawdziłem poglądy, wykładnię artykułu 50a na potrzeby tej sprawy i zapomniałem o niej. Przypomniałem sobie o tym na skutek kolejnych tekstów, które pojawiały się w gazetach. Dziennikarze bezkrytycznie relacjonowali na przykład historię zatrzymania przez policjantów jakichś osób, które malowały coś na murze. Okazało się, że robią to legalnie, mają pozwolenia zarządcy, ale „na szczęście” dla policjantów mają w bagażniku maczetę. W oczach tego funkcjonariusza była więc podstawa, żeby wnioskować o ich ukaranie, mieli jakiś wynik. Wiem, do czego zmierza pani pytanie – ten felieton nie przysporzy mi ani klientów, ani zarobku. Adwokaci zazwyczaj nie zajmują się takimi sprawami, zresztą nie przynosi to pieniędzy.

„Parę dni temu jeden z aplikantów krakowskiej Izby Adwokackiej uratował człowieka. Był mroźny wieczór na nowohuckim osiedlu, człowiek leżał twarzą w śniegu, bez koszuli. Na nim siedział policjant i go lał” – to fragment innego pańskiego wpisu pt. „Miesiąc milicjanta”. W „Poradniku dobrego policjanta” też pan wspomina o biciu przez policję – że ta krakowska robi to tak, by nie zostawiać śladów.– Każdy, kto praktykuje na niwie prawa karnego wie, że policjantom zdarza się uderzyć zatrzymanego. Ten fragment, który pani zacytowała, to zapis prawdziwej historii. Niejedynej, jaką znam. Niegdyś mój aplikant adwokacki oczekiwał wieczorem w jednym z krakowskich komisariatów na udział w czynnościach. Na korytarz wyszedł policjant prewencji, zobaczył go, stwierdził: „o k…a, zatrzymany” i zaczął iść w jego stronę. Inny funkcjonariusz rzucił do niego: „zostaw, to adwokat”. I tak aplikant uniknął pobicia. Mówił potem, że nigdy w życiu nie był tak blisko tego doznania, jak wtedy, na tym komisariacie. Bicia ze strony policji doświadczają ludzie, którzy są zatrzymywani, zwłaszcza w młodym wieku. Robi się to chociażby po to, żeby uporządkować relację. To jest dość powszechna wiedza: jeśli policjanci mówią, że nie biją, to jest to nieprawda. Ja się temu nie sprzeciwiam – jeśli chcemy mieć dobrych policjantów, to oni nie mogą się bać, realizując niebezpieczne zadania. Oni są na pierwszej linii i bezpośrednio stykają się ze złem. Zaznaczam jednak, że akceptuję tylko nieznaczne przekroczenie zasad w silnych emocjach towarzyszących realizowaniu obarczonych ryzykiem czynności, nie zaś w pełni świadome łamanie prawa.W felietonie „Dzień wagarowicza” opisuje pan zatrzymanie w izbie dziecka 15-letniej dziewczyny, u której w plecaku policjanci znaleźli dwa jointy. Nie chciała powiedzieć, skąd je ma, więc musiała spędzić 48 godzin w izolacji, którą nazywa pan „milicyjnym zatrzymaniem wydobywczym”. Tekst zaczyna się od słów: „W tym mieście dzieci będą długo biegały z nożami. Będą odcinały wrogom kończyny. Będą nienawidziły policji”.

– Kontakt dzieci z organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości to jedna z moich obsesji. Zaczęło się od tekstu o bezprawnym pozbawieniu nieletnich wolności w czasie toczącego się postępowania sądowego. Jeden z komentatorów zaproponował skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Złożyliśmy ją, a rząd RP uznał jej zasadność i wieloletnia praktyka sądów uległa zmianie. Od tego czasu publicznie staram się piętnować nadużycia policji i sądów wobec dzieci, bo może znowu ktoś podsunie dobre rozwiązanie. „Dzień wagarowicza” to flagowy tekst tego nurtu. Rejestr naszych nieskutecznych działań, które podejmowaliśmy z Kamilą Czajkowską, by uratować dziewczynę. Nawet jeśli ona popełniła błąd, to jej uwięzienie chociażby na kilkadziesiąt godzin, jak również sposób jej traktowania, były jeszcze gorsze. Dzięki tym doświadczeniom nauczyła się, że policjanci to tacy przestępcy, którzy nie muszą się liczyć z konsekwencjami. A to zła nauka.

Wierzy pan w wymiar sprawiedliwości?

– Oczywiście. Nawiązując do Świetlickiego i Almodóvara, trzeba pamiętać, że miłość jednak jest. Nawet w wymiarze sprawiedliwości. Na zgliszczach, gruzowiskach i w codziennym amoku. O tym też czasem piszemy.

MACIEJ BURDA

Krakowski adwokat, specjalizuje się w sprawach karnych. Obrońca „Pyzy” (okrzykniętego przez prokuraturę prawą ręką śląskiego gangstera ps. „Krakowiak”, który terroryzował Małopolskę i Śląsk), oskarżonych w sprawie śmiertelnego pobicia pod Multikinem, autor apelacji w procesie „Człowieka”. Obecnie broni Brunona Kwietnia, oskarżonego o przygotowanie zamachu na Sejm. Na Uniwersytecie Jagiellońskim nadzoruje studencką poradnię dla ubogich. Razem z Kamilą Czajkowską i Tomaszem Płóciennikiem prowadzi blog o procesie karnym „Alice in Chains”.

Z BLOGA ALICE IN CHAINS

„Praktyczny poradnik dla posiadaczy maczet, tasaków i innych niebezpiecznych przedmiotów” (fragment):

„Państwo wożą ze sobą te maczety, tasaki, noże i inne niebezpieczne narzędzia. Państwo zabierają ten sprzęt w miejsca publiczne. To oczywiście bardzo źle, ale ja dzięki Państwu reguluję zobowiązania, w ogóle trwam, więc jakoś się Państwu muszę odwdzięczyć.

Proszę zatem posłuchać, mam dla Państwa darmową poradę na wypadek, gdy policja ujawni taką maczetę w samochodzie, domu, plecaku, reklamówce czy w jakikolwiek sposób ukrytą. Otóż wbrew gazetowym przechwałkom w większości przypadków nie ma szans na skuteczne Państwa ukaranie, a takiej sytuacji w ogóle nie trzeba się obawiać.

Samo tylko posiadanie ulubionego atrybutu męskości wcale nie oznacza bowiem popełnienia wykroczenia z art. 50a k.w. Jak ktoś przeczyta ten przepis, to niby jest oczywiste, ale policjanci przezornie nie czytają i kierują do sądu wnioski o ukaranie. Sądy zaś karzą Państwa grzywną (minimum 3000 zł, może być też areszt albo ograniczenie wolności) zupełnie niesprawiedliwie, bo posiadanie jest wykroczeniem tylko wówczas, gdy okoliczności wskazują na zamiar użycia przedmiotu w celu popełnienia przestępstwa. Takie to już złe miasto.

Jeśli zatem maczety nie mieli Państwo w ręku, nie krzyczeli, że zamierzają kogoś zabić, albo w jakiś inny sposób nie komunikowali, że niedługo uczynią użytek z narzędzia, a pomimo to policja je znalazła, to proszę postępować tak: Należy zachować spokój, niestabilność emocjonalna może zostać zinterpretowana, a następnie opisana przez policjanta jako agresja stanowiąca przejaw zamiaru użycia ukrytego sprzętu; w czasie zatrzymania nie wolno po maczetę sięgać, nawet jak policja będzie Państwa biła. Trzeba to godnie znieść i pamiętać, że policjanci w tym mieście biją zazwyczaj umiejętnie, tak, że nie widać. Natomiast ból fizyczny przemija szybko”.

Zobacz także

krakow.gazeta.pl

Cieszmy się, że los oszczędził Polsce tego, co spotkało Ukrainę [WYWIAD ZE SZCZERKIEM]

Tygodnik Wrocław Rozmawiali: Przemysław Witkowski i Dorota Wodecka, Tygodnik Wrocław, 08.02.2015

Ukraiński okop w ostrzeliwanym Popasnem

Ukraiński okop w ostrzeliwanym Popasnem (ZIEMOWIT SZCZEREK)

A w strefie, gdzie toczą się walki – życie to koszmar. Ci, którzy mogli wyjechać – wyjechali. Ci, którzy nie mogli – siedzą w domach i czekają, aż im spadnie na głowy pocisk – opowiada Ziemowit Szczerek, pisarz i dziennikarz, który wrócił właśnie z frontu w Donbasie.

Przemysław Witkowski, Dorota Wodecka: Wrócił pan właśnie z frontu na Ukrainie.Ziemowit Szczerek *: – Tym razem byłem dłużej w Donbasie, w strefie ATO, czyli strefie operacji antyterrorystycznej. Na zdecydowanej większości terytorium strefy ATO jest zupełnie spokojnie, niebezpiecznie jest tylko na froncie, tam gdzie strzelają i bombardują.Bał się pan?

– Oczywiście, boję się, gdy zbliżam się do frontu. Boję się odcięcia, tego, że nagle okaże się, że jestem w miejscu, z którego nie da się wrócić, taka szeroko pojęta klaustrofobia. Tylko że szkoda o tym gadać, są ludzie, dziennikarze, żołnierze, którzy ryzykują o wiele bardziej. Głupio więc mi mówić o swoim strachu. Ja nie jestem dziennikarzem wojennym. Zajmuję się Europą Środkowo-Wschodnią, więc jadę tam, gdzie w moim regionie trwa wojna, a nie jadę na wojnę po to, żeby jechać na wojnę. Poza tym – nie ma co demonizować: ryzyko jest głównie tam, gdzie trwa ostrzał. Poza terenami walk to można najwyżej w ryj dostać.

Zdarzyło się?

– Kilka razy były bliskie spotkania z rzeczywistością, ale nie ma za bardzo o czym gadać. Ja zresztą nawet rozumiem emocje ludzi, którzy się wściekają, że na miejscu tragedii nagle pojawia się dziennikarz, robi zdjęcia, wypytuje. To jest jednak jakiś brak delikatności, choć zawsze robię co mogę, by mieć w sobie jak najwięcej szacunku. No, ale na tym polega ten zawód, nie da się opisywać rzeczywistości, nie robiąc riserczu na miejscu. Zresztą może i się da, ale ktoś ten risercz robić musi. Poza tym – wszędzie można natknąć się na regionalne wersje dresów, na napęczniałych od władzy gliniarzy, można wleźć komuś na odcisk. Różnie bywa.

Czy czuje pan niezręczność rozmawiać z ludźmi o ich tragedii?

– Jeśli widzisz rozwalone zimą domy, to się czujesz kiepsko, ale trzeba pamiętać, że to nie tobie jest tak naprawdę kiepsko, tylko tym ludziom, którym rozwalono domy. I głupio nawet aparat wyciągać i męczyć tych ludzi pytaniami. Ja mam z tym problem. Czasem odpuszczam. Potem żałuję.

Jak wygląda życie codzienne w strefie wojny domowej?

– W samej strefie ATO, tam gdzie nie ma frontu, jest spokojnie – w miarę normalne życie.

Do zagrożenia wojną ludzie też się przyzwyczaili. Zresztą Kramatorsk, Artiomowsk, Słowiańsk, Mariupol – te miasta widziały już walki i mieszkańcy wiedzą, czego się można spodziewać, a rzecz znana nie jest już tak przerażająca jak nieznana.

Więc jakoś się żyje, choć – wiadomo – ludzie mają serdecznie dość napięcia i być może na to właśnie grają separatyści: stwarzać wrażenie ciągłego zagrożenia i prowokować ich do występowania przeciw Kijowowi. O ile w ogóle możemy mówić o jakimś wyrafinowanym planie.

A w strefie, gdzie toczą się walki – życie to koszmar. Ci, którzy mogli wyjechać – wyjechali. Ci, którzy nie mogli – siedzą w domach i czekają, aż im spadnie na głowy pocisk. Czasem jeżdżą do miasta, do sklepów, do bankomatow, do strefy normalnego życia – i wracają ostrzeliwanymi drogami do ostrzeliwanych osiedli, za blokposty wojskowe, za pozycje.

A sklepy są puste? Albo kawiarnie pełne?

– Poza frontem wszystko działa normalnie. Sklepy pełne, kawiarnie pełne. Dość surrealistycznie to wygląda. Poza Majdanem Kijów też normalnie żył. Restauracje, sklepy, knajpy na ulicach obok Majdanu normalnie działały. Naprawdę, to tylko w telewizji tak wygląda, że jeśli płonie auto na cały ekran, to płonie cały świat. A to auto płonie na cały ekran po to, żeby nie było widać, że poza ekranem nic nie płonie. Żeby szokować, sprawiać wrażenie piekła.

Wojciech Tochman, zbierając materiał do „Eli, Eli”, wspominał, że pracował w slumsach kilka godzin, po czym wychodził do normalnego świata. Jak u pana wygląda to przejście? Słowem, czym jest tam „normalny” świat dla tzw. obywatela Europy?

– Tym, że można w nim mieć coś, co nazywa się jakością życia. Chyba. „Normalny świat” to świat, w którym życie nie redukuje się do przeżycia. Ale taki świat to zachodni luksus. A my „obywatelami Europy”, owszem, jesteśmy od jakiegoś czasu, ale nie aż znów takimi, którzy jeżdżą po świecie i zatykają nos: „o, jak tu cuchnie”. My jesteśmy ludzie z rozwłóczonych polskich ulic, potomkowie tych, którzy ryli boso w skibach, którzy sprzedawali proszek do prania „obywatelom Europy” z łóżek polowych.

Ja tam nie jeżdżę po to, by się czuć z lepszego świata. Owszem, mam poczucie, że w moim państwie parę spraw poszło lepiej i że mnie się upiekło, a oni zostali po tamtej stronie rzeczywistości, ale rozumiem tamtą rzeczywistość. Nie jako specjalista, po prostu ich rozumiem, bo wychowywałem się w miejscach, które pod wieloma względami przypominały Kramatorsk czy Słowiańsk. Na szczęście los nam oszczędził wojny. Ale każdy Polak, który jedzie na Ukrainę i piszczy „ojej, jaki tu nienormalny świat”, musi mieć bardzo krótką pamięć.

Jakie negatywne stereotypy mają o Polakach Ukraińcy: szlachcic? Wołyń? A może to już przeszłość?

– Przeszłość raczej. To znaczy – to wszystko gdzieś tam jest, przysypane, przygniecione, ale mam wrażenie, że Polacy i tak zrobili sporo, żeby te negatywne stereotypy rozmontować. Znacznie więcej niż Ukraińcy, ale nie ma co ich popędzać: Ukraina jest niepodległa co prawda już od 25 lat, ale to było w większości 25 lat dzikiego państwa, bez żadnych idei, bez żadnego pomysłu na siebie, skorumpowanego i bezwładnego. Dlatego na Gombrowicza jeszcze chwilę poczekają. Albo inaczej – Gombrowiczów to oni już mają, ale jeszcze ci Gombrowicze muszą się pojawić w mainstreamie. Ale na razie nie ma co o tym wrzeszczeć. Tam jest wojna póki co.

Jak Ukraińcy odnoszą się do politycznej aktywności polskiego rządu w tym konflikcie?– Przeciętny Ukrainiec niewiele wie o aktywności politycznej polskiego rządu. Przeciętny Ukrainiec zresztą, podobnie jak przeciętny każdy inny w takiej sytuacji, patrzy dość roszczeniowo na rzeczywistość. „Miło mi, że nas popieracie, ale dlaczego tak wielu uchodźcom odmówiono azylu? Dlaczego nie wysyłacie nam więcej uzbrojenia?” I tak dalej. Ale generalnie pozytywne nastawienie do Polski jest. I negatywne u sympatyków „Noworosji”.We Wrocławiu jeden z wykładowców akademickich, oglądając film z torturowania i poniżania przez Rosjan ukraińskich jeńców, zanotował na Facebooku: „banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło. Jak tu nie kochać Ruskich”. Zebrał grono sympatyków.

– No cóż, jak ja to mogę skomentować? Jeśli komuś podobają się takie standardy traktowania jeńców, niezależnie od tego, kim są – to po jaką cholerę takiego popaprańca wtłaczać do debaty publicznej. Czasy tortur i pręgierza skończyły się kilkaset lat temu. Jeśli koleś tego nie rozumie, to trzeba go wypierdolić z hukiem z uczelni i zapomnieć o pajacu.

Przez polskie media przetacza się fala lęku przed Rosją. Słusznie?

– Każdy ma swoją perspektywę i każdą perspektywę można zrozumieć. Można, oczywiście, zrozumieć perspektywę Rosjan, którzy utrzymują, że na Ukrainie walczą faszyści, bo w rzeczy samej skrajnej prawicy jest tam. Rosjanie wierzą, że za proeuropejskim Majdanem, ukraińskimi dążeniami do wyrwania się ze skorumpowanego, bandyckiego Mordoru, którego częścią jest też Rosja, stoją naziści. Wierzą też, że Conchita Wurst to zagłada całej Europy, bo europejska tolerancja to zepsucie, choroba i zgnilizna i trzeba by puścić na nią, na Europę, ruskich mużyków, żeby zaznała chłopa i przestała histeryzować.

Ja uważam zachodnie standardy społeczne za jedne z największych osiągnięć ludzkości i nie zamierzam patrzeć na to inaczej. Poza tym uważam, że Ukraińcy mieli prawo pogonić złodzieja, który był ich prezydentem, i nie ma znaczenia, że wybranym w wolnych wyborach. Mają prawo oczekiwać, że będzie nimi rządził gospodarz, a nie nadzorca-bandyta, że mają do wyboru własny geopolityczny kurs, który to kurs – w dodatku – w żaden sposób Rosji nie zagraża, bo po pierwsze, NATO, gdyby chciało na Ukrainie naprawdę być i szachować Rosję, to już by dawno było i szachowało.

No właśnie, gdyby chciało. Czy Ukraińcy jeszcze wierzą Europie?

– Trochę tak czują, ale nie mają niczego innego, w co by mogli wierzyć, więc wierzą w Europę. A Europa się wypięła, bo sama trochę jest jak ten stereotypizowany Donbas: chce mieć po prostu święty spokój, pracować, zarabiać, żyć. Ale też nie o to chodzi, żebyśmy to my byli jak ten agresywny świat, który się rzuca i szuka dymu. Chodzi o to, żeby to ten świat był taki jak my i też chciał po prostu żyć. Rzecz w tym, żeby Europa poczuła, że broniąc Ukrainy, broni samej siebie, własnego modelu życia, części siebie. I jakoś tam zresztą to jednak robi.

Nie wiem, czy można oczekiwać niemożliwego. Trudno porwać hobbitów do boju, by bronili innych hobbitów przed Mordorem, bo hobbici reagują wtedy, gdy sami są bici. Trzeba więc przekonać świat, że Ukraińcy nie są „nimi”, że są „nami”. Zachód boi się Rosji, bo to wielka, nieprzewidywalna rzeczywistość, w dodatku nie „zła” sama w sobie, tylko źle ułożona. I to ułożenie trzeba zmieniać.

Nie wszyscy na Ukrainie chcą na ten Zachód iść.

– Rozumiem to. Dla niektórych opcja rosyjska jest atrakcyjniejsza i bardziej realistyczna, więc nie jestem w stanie powiedzieć, że wszyscy popierający „Noworosję” to samo zło i potwory. Co więcej, jestem od tego daleki i mam bardzo, mówiąc szczerze, mieszane uczucia w sprawie ukraińskiej wojny.

Sam Putin jednak, cóż, to cyniczny dyktator, grający na prostackich nacjonalistycznych, konserwatywnych instynktach, w geopolitycznych rozgrywkach popierający dyktatorskie i zamordystyczne reżimy. I fakt, że to on stoi za „Noworosją”, że to jego polityka realizuje się na wschodniej Ukrainie, sprawia, że jego Rosja nie chce pozwolić Ukrainie iść tam, gdzie ta by chciała – mnie drażni.

Z drugiej strony widać, że ta wojna ma coraz mniej sensu, bo Ukraina, szczerze mówiąc, dawno by już pozwoliła Donbasowi iść, gdzie chce, tylko że nikt na Ukrainie nie odważy się tego głośno powiedzieć, bo okazałoby się, że cała ta rzeź była – w gruncie rzeczy – nadaremno. Poza tym po stronie ukraińskiej walczy wielu donbasytów, którzy zostawili swoje domy po stronie zajętej przez separatystów. To straszne, ale oni do tych domów już najpewniej nie wrócą, bo nie wierzę w to, że obecne tereny zajęte separatystów do Ukrainy.

Jak to się może skończyć?

– Trudno powiedzieć. Rosja ma teraz kilka możliwości ruchu, wszystkie średnio optymistyczne, właściwie dla każdej strony. Pierwszy scenariusz obecnie wydaje się już zupełnie nierealistyczny, ale teoretycznie Rosja może dalej wspierać separatystów i dążyć do realizacji idei Wielkiej Noworosji, czyli zajęcia terenów od Izmaiła, przez Odessę, Zaporoże i Dniepropietrowsk, po Charków i – co więcej – przy otwartym rosyjskim wsparciu być może by to się nawet udało, ale trudno sobie to wyobrazić: rzeź byłaby straszna, otwarta wojna, poza tym jak utrzymać tak gigantyczne terytorium, na którym – na pewno – działać będzie ukraińska partyzantka? Nawet sam Zacharczenko ogranicza już swoje ambicje do granic obwodu donieckiego, czyli Mariupol, Słowiańsk, Kramatorsk, kilka innych miast i tyle.

Rosja może zacząć wykuwać korytarz na Krym, czyli zająć mniejszy teren, ale i korytarz trudno byłoby utrzymać, poza tym to by także oznaczało otwartą wojnę z Ukrainą, bo można udawać, że to tylko donieccy dobrowolcy, a nie Rosjanie, zamykają kocioł w Debalcewie, ale raczej trudno sobie wyobrażać, że zajmują kolejne duże miasta, a tym razem nie byłoby już tak jak z Krymem i obrona by była mocna. No i to oznaczałoby dla Rosji dalsze sankcje, pogłębienie konfliktu z Zachodem i izolację Rosji, a także – w dłuższej perspektywie – naprawdę gigantyczne kłopoty. Zresztą przetarg na budowę mostu na Kerczu z Krymu do Rosji już rozstrzygnięto.

Rosja może także oczywiście wycofać się zupełnie z popierania powstańców w Donbasie, ale wtedy Rosjanie, którzy naprawdę masowo popierają „opołczenie” (dokładnie tak samo jak Polacy popierali przyłączanie do Polski Litwy Środkowej czy Zaolzia), poczują się zdradzeni i rozczarowani.

Ale Rosjanie mają jeszcze jedno wyjście, które zresztą najprawdopodobniej zastosują: mogą po prostu nadal robić to, co robią, czyli popierać i wspierać separatystów w lokalnych bojach, pomagać im budować coś w stylu Naddniestrza, a później, być może, jakoś ten państwoid wchłonąć. Albo, co im się zdecydowanie bardziej opłaca, pchać go – fałszywie – w ramiona Ukrainy i obwiniać ją za każde zło, które się w praktycznie poległym Rosji Donbasie będzie działo.

A z takim Donbasem, destabilizującym sytuację w państwie, Ukraina do żadnego NATO czy UE nie wejdzie. To znaczy – Ukraina nie wejdzie do UE i NATO w dającej się przewidzieć przyszłości tak czy owak, ale z perspektywy Rosji takie zagrożenie występuje, więc zapewne będą w te karty grali. Eskalacji więc raczej nie będzie, sprawa po prostu będzie się babrać w nieskończoność.

No, chyba że coś się wydarzy nieprzewidzianego. Wystarczy jakiś przypadkowy, dramatyczny zwrot akcji na froncie – i sytuacja wymyka się spod kontroli. Bardzo możliwe, że cała ta akcja z Krymem i Donbasem sama w sobie jest takim wymknięciem się sytuacji spod kontroli, bo co innego słuchać gadaniny Dugina i mu potakiwać, co Kreml robił od dłuższego czasu, a co innego wcielać ją w życie.

*Ziemowit Szczerek (ur. 1978), dziennikarz, pisarz, tłumacz. Wydał „Przyjdzie Mordor i nas zje”, „Rzeczpospolita zwycięska. Alternatywna historia Polski”.

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

 

„Andrzeju Dudo, stań do debaty”. Jarubas wzywa i ostrzega wyborców: PO i PiS chcą grać na emocjach

kf, pszl publikacja: 08.02.2015

Adam Jarubas chce debaty z Andrzejem Dudą (fot. PAP/Marcin Bielecki)

Adam Jarubas chce debaty z Andrzejem Dudą. Kandydat ludowców na prezydenta argumentuje, że rozmowa da wyborcom możliwość merytorycznej oceny programów. W przeciwnym razie pozostaje im wybór w oparciu o emocje.

– W ciągu ostatnich dwóch dni temperatura sporu politycznego w Polsce znacząco wzrosła, ale już widać, że główne partie PO i PiS, chcą nam zafundować manewr, który znamy z poprzednich wyborów. Chcą zaproponować, żeby wybory odbywały się w oparciu o emocje, a nie o merytoryczną ocenę programów – powiedział Jarubas w Krakowie.

„Prawybory wśród kandydatów młodego pokolenia”

Jego zdaniem PSL „daje alternatywę” i „kandydata dobrych zmian”. – Ja dzisiaj oświadczam: jestem gotów do debaty z każdym z kandydatów – powiedział Jarubas. – Tutaj, z krakowskiego Rynku, mówię: Andrzeju Dudo stań do debaty z Adamem Jarubasem. Pokażmy, jakie cele stawiamy sobie na najbliższe pięć lat, jak widzimy politykę zagraniczną, sprawy bezpieczeństwa Polski, jak chcemy rozwiązywać najważniejsze problemy Polaków – apelował.

Według Jarubasa w Polsce dojdzie do „swoistych prawyborów”, bo jak tłumaczył to między kandydatami młodego pokolenia: nim samym, Andrzejem Dudą i Magdaleną Ogórek rozstrzygnie się, kto w drugie turze będzie walczył o prezydenturę z Bronisławem Komorowskim.

Propozycja Dudy dotycząca obniżenia wieku emerytalnego „nieracjonalna”

Odnosząc się do zapowiedzianego przez Andrzeja Dudę wycofania się z reformy emerytalnej Jarubas powiedział, że „ma wrażenie, że Andrzej Duda jest dzisiaj gotów zaproponować Polakom wszystko, co tylko sondaże pokażą, żeby poprawić swoje notowania”. – Trzeba używać racjonalnych, odpowiedzialnych argumentów, nie wszystkie, które wczoraj padły za takie uważam – dodał.

Minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz, odnosząc się do propozycji, które padły na sobotniej konwencji PiS powiedział, że „niektórzy dużo mówią, ale mało robią, albo mało mogą zrobić”. – Można wygrać wybory, a nie sprawować władzy i nie rządzić, nie mieć zdolności koalicyjnej. Wszystkie te projekty, o których mówią nasi konkurenci, konkurenci Adama Jarubasa, są możliwe do przeprowadzenia, jeżeli ma się większość koalicyjną, jeżeli się potrafi forsować swoje projekty w parlamencie – zauważył Kosiniak-Kamysz.

Już dziesięcioro chętnych do fotela prezydenta, wśród nich urzędujący

Do tej pory chęć startu w wyborach zadeklarowali m.in.: urzędujący prezydent Bronisław Komorowski, Andrzej Duda (PiS), Anna Grodzka (Partii Zieloni i lewica społeczna), Adam Jarubas (PSL), Magdalena Ogórek (SLD), Janusz Palikot (Twój Ruch), Janusz Korwin-Mikke (KORWiN), Marian Kowalski (Ruch Narodowy), Jacek Wilk (KNP) oraz muzyk, współzałożyciel zespołu Daab Waldemar Deska (Partia Libertariańska).

Wybory prezydenckie odbędą się 10 maja; jeśli żaden z kandydatów nie zdobędzie ponad połowy ważnie oddanych głosów, 24 maja odbędzie się druga tura wyborów.

PAP

Wpadka Sasina. Konwencja antyprzemocowa nic nie zmienia w prawie? Olejnik robi wykład

mig, 08.02.2015

Jacek Sasin

Jacek Sasin (AGATA GRZYBOWSKA)

– Konwencja przeciw przemocy wobec kobiet, którą przyjął Sejm, jest „niepotrzebna, bo nic nie wprowadza do polskiego prawa” – stwierdził w „7 Dniu Tygodnia” w Radiu ZET Jacek Sasin. Ale prowadząca audycję Monika Olejnik udowodniła posłowi PiS, że się pomylił.

– W polskim prawie są wszystkie zapisy, które dzisiaj umożliwiają służbom państwa na walkę z przemocą wobec kobiet – dowodził w „7 Dniu Tygodnia” Sasin. Poseł PiS argumentował w ten sposób swoją krytykę przyjęcia konwencji przez Sejm. Jego zdaniem międzynarodowy dokument „w części prawnej, nie ideologicznej” nie wprowadza nic nowego do polskiego prawa.Dlaczego Sasin podzielił konwencję na „część prawną” i „część ideologiczną”? Polska prawica krytykuje niektóre sformułowania konwencji, uznając je za zagrażające polskiej tradycji, kulturze i religii.

Olejnik udowadnia Sasinowi, że ten się myli

Olejnik zaprzeczyła słowom Sasina. Wyliczyła m.in. pojawiające się w konwencji zobowiązanie do budowy schronisk dla ofiar przemocy domowej oraz nałożenie na instytucje państwowe obowiązku usuwania sprawcy z miejsca jego wspólnego zamieszkania z ofiarą. Jak podkreśla Radio ZET, Sasin przyznał, że „to trzeba zrobić” i że wymaga to istotnie zmian prawa. Choć jednak wycofał się z twierdzenia o tym, że konwencja nic nie zmienia, podtrzymał linię krytyki, jaką wobec konwencji prezentuje wobec PiS.

– Zaostrzajmy prawo i precyzujmy, żeby sprawcy nie mogli szykanować swoich ofiar. Ale nie wprowadzajmy ideologicznych dokumentów – stwierdził poseł Prawa i Sprawiedliowości.

Zobacz także

TOK FM

Korwin-Mikke zaczyna kampanię. Cytuje Churchilla i zapowiada: Będziemy pamiętać o zdrajcach!

mig, 08.02.2015

Janusz Korwin-Mikke, kandydat partii KORWiN na prezydenta

Janusz Korwin-Mikke, kandydat partii KORWiN na prezydenta (Fot. Tomasz Stańczak/ Agencja Gazeta)

Janusz Korwin-Mikke zainaugurował kampanię prezydencką. W swoim stylu, czyli nietypowo. Całe przemówienie lidera partii KORWiN składało się z cytatów ze znanych osobistości – od Churchilla, Reagana, Aldousa Huxleya, po Jacka Kaczmarskiego. Zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem, zmieni konstytucję. I nazwał polityków PiS i PO zdrajcami.

– Będziemy pamiętać o zdrajcach, którzy obiecywali bronić suwerenności Polski, a potem ochoczo podpisali traktat lizboński. I teraz chcą wrócić do władzy. Będziemy pamiętać o zdrajcach, którzy obiecywali liberalizację, a nie sprywatyzowali niczego, nie obniżyli żadnego podatku, a teraz chcą dalej być u władzy – zapowiadał politykom PiS i PO na konwencji inaugurującej kampanię prezydencką Janusz Korwin-Mikke. Po czym zakpił: – Będziemy pamiętać o zdrajcach, którzy obiecywali socjalizm, a…nie. Tym to chyba wybaczymy.Korwin-Mikke obiecuje i przysięgaLider nowo powstałej partii KORWiN w swoim przemówieniu szeroko krytykował obecne władze Polski. Zaznaczył, że „dzięki nowoczesnej technice rozmowy są spisywane, i zostaną przypomniane”. – Dzięki temu ci, co dziś rządzą, znajdą się tam, gdzie ich miejsce, czyli w kajdankach przed sądem.

Korwin-Mikke złożył też swoistą przysięgę. Przysiągł zebranym, że jako prezydent m.in. zaproponuje nową konstytucję, złoży do Sejmu projekty zbudowania silnej armii i zmiany systemu podatkowego. Zapowiedział, że będzie stał na straży takich wartości, jak honor, prawda, tradycja.

Przemówienie z cytatów innych ludzi

Co ciekawe, Korwin-Mikke swoje przemówienie zbudował głównie z cytatów ze znanych osób. I tak cytował m.in. Jacka Kaczmarskiego, Ronalda Reagana, a także słynnego pisarza Aldousa Huxleya: „Nigdy tak wielu nie było tak manipulowanych przez tak nielicznych” (parafraza słynnego cytatu Churchilla o lotnikach z II wojny światowej).

– Ale teraz nadchodzi koniec telewizji, nadchodzi nasza era, era internetu – podkreślił szef partii KORWiN i dodał, że dlatego jest optymistą. W swojej mowie szczególnie często cytował Winstona Churchilla. – ‚Nigdy, nigdy, nigdy się nie poddawaj.’ I nie poddam się! – zapowiedział. Zszedł ze sceny żegnany okrzykami „Korwin!, Korwin!” i „Prezydent!”.

Zobacz także

TOK FM

Banały Dudy kontra Bronkowe nudy

Nie miałem czasu „na żywo” oglądać występu Pana Andrzeja Dudy na konwencji wyborczej PIS. Obejrzałem to sobie na youtube, gdzie jego wystąpienie zapowiadano jako „niesamowite wystąpienie na konwencji PIS” i „doskonałe wyborcze wystąpienie Dudy”. Cóż, jakoś się przemęczyłem i wytrzymałem 28 minut wypowiadanych z wielką pasją banałów i bzdur Pana Dudy. Fakt, to było niesamowite, tyle banałów i dyrdymałów w 28 minut.Nie chcę być dla Pana Dudy nadmiernie okrutny. Nie poświęcę więc tu zbyt wiele miejsca jego heroicznej i na razie przegranej batalii z polszczyzną. Ktoś powinien jednak kandydatowi Dudzie powiedzieć, że w słowie „prezydent” akcentujemy trzecią sylabę od końca. Ktoś też powinien wyjaśnić Dudzie, że powinien za wszelką cenę unikać rusycyzmów. Panie kandydacie Duda – nie mówimy – „jeśli Polacy mnie wybiorą prezydentem” ani „zostanę zaprzysiężony prezydentem”.To są panie kandydacie dość koszmarne rusycyzmy. Po polsku, a nie po rusku, mówimy: „jeśli Polacy wybiorą mnie na prezydenta” i ” jeśli zostanę zaprzysiężony na prezydenta”. To ważny punkt. Pan Duda nie zostanie prezydentem, ale być może w najbliższych trzech miesiącach nauczy się unikać okropnych rusycyzmów. To już będzie jakiś zysk.Słuchałem więc „niesamowitego wystąpienia Dudy” czekając aż powie coś, co banałem nie będzie, aż powie coś, co na milimetr będzie odbiegało od żałosnych PIS-owskich sylogizmów. Nie udało się. Bo oto kandydat Duda mówi nam, że „jednym z pierwszych aktów prawnych będzie ustawa przywracająca poprzedni wiek emerytalny”. Duda mówi nam więc, że jeśli zostanie wybrany na prezydenta (a nie prezydentem, jakby z ruska powiedział sam Duda), to zrobi coś skrajnie głupiego i nieodpowiedzialnego, na co Polski absolutnie nie stać.Czy były jeszcze jakieś konkrety w wystąpieniu Dudy? Owszem. Otóż wskazany nam przez Kaczyńskiego na prezydenta nas Polaków Duda, powiedział, cytuję – „prezydent notariusz rządu?Ja takiej prezydenturze mówię nie”. Od jakiegoś czasu słyszymy, że wybory w Polsce wygra PIS. Wtedy o wszystkim w Polsce będzie decydował kawaler tysiąclecia, pan Kaczyński. Pan kawaler tysiąclecia premier Kaczyński będzie słał panu prezydentowi Dudzie kolejne ustawy. A co będzie wtedy robił Duda? Otóż Duda będzie wetował, bo on nie chce być notariuszem i takiej prezydenturze mówi „nie”. Kaczyński mu śle ustawy, a Duda powtarza – „Jarosławie, mówiłem nie takiej prezydenturze, więc muszę tę ustawę zawetować”. Niezłe jaja, nie?Co tam jeszcze zabawnego będzie robił Duda, co jest jest obowiązkiem prezydenta? A, pamiętam, jak to powiedział Duda zadając kolejny sierpowy polszczyźnie – „uważanie na krzywdę ludzką”. Duda będzie miał „uważanie”, a ja już dziś mam „używanie”, bo muszę oddać kandydatowi Dudzie, że mało komu udaje się wypowiedzieć tyle bzdetów i banałów w 28 minut. Ale z jaką pasją! Sam Kaczyński musiał się nieźle bawić oglądając pasję swojego wyciągniętego z cylindra królika.Duda mówił bez kartki, ale nic mądrego i niebanalnego nie powiedział. Ale na Dudzie tu nie poprzestanę. Wczoraj pan prezydent Komorowski też występując bez kartki, też nic mądrego i niebanalnego nie powiedział. Pan prezydent sprawia wrażenie, jakby prezydentura mu się należała, a cała ta kampania wyborcza stanowiła niechciany akt w dziele powtórnej koronacji. Prezydent Komorowski bajał i nudził, niemal usypiał.

I powiem tu całkiem szczerze. Nie wykluczam, że szybko wzrośnie liczba Polaków, którzy wolą banały Dudy wypowiadane z pasją od banałów Komorowskiego, wypowiadanych bez cienia pasji. Pan prezydent, jak mówią Amerykanie, siedzi na ogonie. Sprawia wrażenie, jakby mu się prezydentura należała, bez stresu, bez wysiłku. Otóż nikomu nic się nie należy bez stresu i bez wysiłku, a już w najmniejszym stopniu prezydentura.

Powtarzam, Duda był mierny i banalny, ale miał w sobie jakąś energię. Komorowski sprawia wrażenie zdolnego do uśpienia swym przemówieniem samego siebie. Panie prezydencie, z całym szacunkiem, do roboty. Bo za chwilę blask gajowego wyparuje. Obywatele chcą mieć poczucie, że Pan walczy o ich głosy, a nie, że ma Pan poczucie, iż ich głosy się Panu należą. Nic nikomu się nie należy.

Duda wypadł na swej konwencji blado, ale jakoś energetycznie. Mam nadzieję, że zmusi prezydenta Komorowskiego do wysiłku, że spowoduje u niego pewien stres, że wywoła poczucie niepewności. Bo nasz prezydent zdaje się pławić w pewności, w nieuchronności wyboru.

Czekam aż prezydent Komorowski pokaże, że potrafi naprawdę walczyć o nasze głosy. A jeśli dalej będzie wyglądał jak znudzony gajowy, będę mu serdecznie życzył drugiej tury i potu spływającego po plecach. Bo bycie prezydentem Polaków zasługuje na monstrualny wysiłek, a nie na leniwą koronację.

naTemat.pl

 

Wałęsa dla „Newsweeka”: Nie pogodzę się z Kaczyńskim dopóki nie odejdzie z polityki

Lech Wałęsa w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką mówi nie tylko o politycznej przeszłości, ale też o żonie, dzieciach i o tym dlaczego nie boi się śmierci.
Lech Wałęsa w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką mówi nie tylko o politycznej przeszłości, ale też o żonie, dzieciach i o tym dlaczego nie boi się śmierci. Fot. „Newsweek”

– Myślę, że Jarosław ma absolutną świadomość tego, że wymusił na Lechu rozpoczęcie w Katyniu kampanii prezydenckiej. Żeby było z przytupem, na pohybel Tuskowi i PO. I mamy to, co mamy. Dlatego z taką zaciętością szuka usprawiedliwienia swojego postępowania. Zamach ma ukoić jego wyrzuty sumienia. Jeśli kiedyś zostaną upublicznione zapisy z jego rozmowy telefonicznej z bratem w samolocie, to prawda może być dla niego bardzo gorzka. Może nie wytrzymać nacisku tej prawdy – mówi Lech Wałęsa w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką.

Były prezydent w wywiadzie dla najnowszego „Newsweeka” mówi o osobistym spełnieniu i politycznych wyborach, które determinowały jego życie.

LECH WAŁĘSA

– Wypełniłem testament rodziców, który brzmiał: odzyskajcie straconą wolność, odłączcie Polskę od Sowietów. I to się udało. Tyle że wywalczyłem i oddałem na źle przygotowany grunt. (…) Ciągle zadaję sobie to pytanie: czy można było zrobić więcej? Czy gdybym podjął inną decyzję, byłoby lepiej?

Z kolei zapytany o pojednanie z generałem Wojciechem Jaruzelskim, Wałęsa wyjaśnia, że dziś wie, że Jaruzelski robił to, w co naprawdę wierzył. I zaznacza, że sam, będąc na miejscu generała, nie wie, jak by się zachował. Zaznacza, że choć nie zgadza się z decyzją o wprowadzeniu stanu wojennego, rozumie jak trudna musiała być dla decydentów. – Dlatego staram się (…) nie osądzać – kwituje.

W podobny sposób odnosi się do swojego pojednania z Czesławem Kiszczkiem. Mówi też o pośmiertnych przeprosinach dla Józefa Oleksego związanych z wysuniętym swego czasu przez Wałęsę przypuszczeniem, że Oleksy był sowieckim agentem.

LECH WAŁĘSA

– Chciałem to powiedzieć za jego życia. Naprawdę. Byliśmy umówieni na spotkanie, ale nie zdążyłem go odwiedzić przez złamaną nogę. Wcześniej rozmawialiśmy o tym, tłumaczyłem Oleksemu, że w sytuacji, gdy z mównicy sejmowej padały oskarżenia o szpiegostwo pod adresem premiera polskiego rządu, nie mogłem inaczej zareagować. (…)

Zaznacza jednocześnie, że nie jest w stanie pogodzić się jedynie z Jarosławem Kaczyńskim. Ten, jego zdaniem, ma absolutną świadomość tego, że wymusił na Lechu rozpoczęcie w Katyniu kampanii prezydenckiej. – Żeby było z przytupem, na pohybel Tuskowi i PO – punktuje Lech Wałęsa. – I mamy to, co mamy. Dlatego z taką zaciętością szuka usprawiedliwienia swojego postępowania.

Tym usprawiedliwieniem ma być natomiast, zdaniem byłego prezydenta, teoria o zamachu jaki miał się odbyć w kwietniu 2010 roku w Smoleńsku.

Cały wywiad z Lechem Wałęsą w nowym numerze „Newsweeka”.

naTemat.pl

Uciekła przed wojną do Polski. Pomoc? Głównie od zwykłych ludzi

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM, 08.02.2015

Anna Gmiterek-Zabłocka

Anna Gmiterek-Zabłocka (Fot. Michał Mikulski)

Pani Tatiana uciekła z Ługańska z jedną walizką w ręku. Zostawiła wszystko: mieszkanie, dobrą pracę, znajomych. Pani Tatiana, ukraińska lekarka z Ługańska, jest jedną z osób, które wyjechały z terenów objętych walkami nie w ramach zorganizowanej przez MSZ ewakuacji, ale wcześniej, na własną rękę. Pomagają jej zwykli ludzie. Na pomoc z MOPR nie może liczyć, bo takie są przepisy.

Pani Tatiana mieszkała w Ługańsku razem z mężem, synem i teściową. Jest lekarką dermatologiem. Pracowała w przychodni, a popołudniami – w swoim gabinecie medycyny estetycznej. Mąż też miał dobrą pracę, nie mogli narzekać.Gdy w Ługańsku zrobiło się niebezpiecznie, gdy z okien swojego mieszkania widzieli sceny jak z filmu akcji, strzelanie, wybuchy, zaczęli się zastanawiać, co dalej. – Myśleliśmy, że to potrwa dwa tygodnie, może trzy i że to się szybko skończy. A to się przedłużało i przedłużało – opowiada kobieta, która po ucieczce z Ługańska w październiku trafiła do Lublina.Skąd wziął się Lublin?W Ługańsku od ponad 20 lat w tamtejszej parafii swoją misję pełni pochodzący właśnie z Lubelszczyzny polski ksiądz Grzegorz Rapa. To on zaproponował Lublin.Najpierw do Polski przyjechał Anton, 15-letni syn pani Tatiany. Miało być na chwilę, na wakacje: w planach była pielgrzymka do Częstochowy, potem pojawił się też dwutygodniowy kurs języka polskiego. Ale nastolatek po kilku tygodniach w Polsce nie chciał już wracać tam, gdzie trwają działania zbrojne.Wcześniej, przy wsparciu polskich kolegów, wszystko zorganizował – m.in. liceum, które bez problemów przyjęło go do I klasy. Z kolei w znalezieniu rodziny, u której ostatecznie zamieszkał, pomógł ksiądz Grzegorz.- Wiedziałem, że Anton to mądry chłopak, że można mu zaufać. Ale on ma tylko 15 lat. Zresztą nie chodzi tylko o wiek, także o tęsknotę. Z jednej strony on tęsknił, z drugiej – mama też tęskniła. W końcu zdecydowała, że i ona przyjedzie – opowiada ksiądz. Rodzina zresztą już wtedy opuściła Ługańsk: pani Tatiana przyjechała do Lublina, a jej mąż ze swoją ciężko chorą mamą zamieszkał pod Kijowem. – Nie było wyjścia, tam zrobiło się naprawdę bardzo niebezpiecznie – opowiada.Pomoc od życzliwych ludzi

Ksiądz Grzegorz Rapa nie kryje, że od początku pojawił się problem finansowy. Bo z czegoś trzeba żyć, coś jeść, jakoś płacić za mieszkanie. – Tych pytań było wiele. Ale znalazły się osoby, które od razu zadeklarowały pomoc – słyszymy od księdza.

Gdy szukał mieszkania dla pani Tatiany i Antona, rodzina, u której wcześniej mieszkał nastolatek, zaproponowała, że mogą zostać u nich. Ksiądz podkreśla, że okazali ogromne serce. – Wydzielili część swoich pomieszczeń w domu, przygotowali mieszkanie, wyposażyli we wszystko, łącznie choćby z pralką. Ja byłem w takim szoku, że aż wierzyć się nie chciało – opowiada ksiądz.

Pani Tatiana podkreśla, że rzeczywiście pomoc jest ogromna. – My nic nie płacimy za to mieszkanie, więc nie można powiedzieć, że je wynajmujemy. Zresztą nie mamy, żeby płacić. Ale ci państwo od razu powiedzieli, że nie będą brać pieniędzy za to mieszkanie – mówi ukraińska lekarka.

Jest lekarką, ma wykształcenie, ale w zawodzie nie może pracować. Na razie.

Przyznaje, że na początku miała jeszcze jakąś gotówkę z Ukrainy, ale pieniądze szybko się skończyły. Chciałaby pójść do pracy, ale… Razem z poznaną w Lublinie panią Anią – to, jak słyszymy, kolejna pomocna osoba z wielkim sercem – była m.in. w Izbie Lekarskiej. By zapytać, jakie ma szanse na pracę w swoim zawodzie, jako lekarz. Usłyszała, że trzeba nostryfikować dyplom, ale wcześniej musi zdać egzaminy w języku polskim. A język to problem.

Pani Tatiana ma polskie korzenie, ale nie ma na to dokumentów. Zresztą nie ona jedna. – Jest masa osób w takiej sytuacji. Ja wiem, że mają polskie korzenie, ale one nie mogą tego udowodnić, nie mają dokumentów – mówi ksiądz Rapa. Podkreśla, że w wielu przypadkach znał polskie rodziny Ukraińców. – Znałem babcie, z którymi po polsku rozmawiałem, te babcie modliły się po polsku, przez cały komunizm, zachowały wiarę. Ale nie ma na to żadnych dokumentów – dodaje.

Lekarka z Ługańska mimo polskich korzeni nie znała języka polskiego. Ale szybko się uczy. Po przyjeździe do Lublina, też dzięki zaangażowaniu księdza, udało się jej trafić na zaawansowany kurs polskiego na uniwersytecie (5 godzin dziennie). Jak słyszymy, w kontakcie z UMCS-em pomógł marszałek województwa. – Uczę się języka polskiego, a za naukę nie muszę płacić. Uniwersytet zwolnił mnie z tej opłaty – podkreśla nasza rozmówczyni.

Polska gramatyka? „Chyba blisko jej do chińskiego”

Pani Tatiana dodaje, że teraz najważniejsze zadanie życiowe to właśnie nauka języka. W rozmowie z nami słychać, że uczy się intensywnie – jak na 5 miesięcy nauki mówi biegle, ma duży zasób słownictwa. – Co jest najtrudniejsze? Polska gramatyka, chyba blisko jej do języka chińskiego – śmieje się lekarka.

Z czego żyją?

Na co dzień finansowo też głównie pomaga ksiądz Grzegorz Rapa. – Problem finansowy pozostał. Na początku pani Tatianie było naprawdę ciężko. To było w jakimś sensie upokorzenie, że musiała brać pieniądze ode mnie. Bardzo trudno jej było przyjąć jakąkolwiek sumę z moich rąk, ale nie miała wyjścia – opowiada ksiądz. I dodaje, że teraz jest już jakby łatwiej. Skąd ma pieniądze? Od ludzi dobrej woli, którzy go wspierają, wiedząc, że pomaga Ukraińcom ze wschodu. – Cały czas szukam możliwości, by pomagać. Znajduję sporo osób i jak na razie jakoś sobie radzimy – dodaje duchowny.

Rodzinę wspiera też mąż lekarki, który z chorą mamą pozostał na Ukrainie. Stara się dorabiać jak tylko może. – Wiem, że chce jechać pracować do Afryki. Ma taki zawód, że może go tam wykonywać. Jest lotnikiem. Czeka teraz na potwierdzenie, czy dostanie tam pracę – mówi ksiądz. I podkreśla, że kilka razy od męża pani Tatiany słyszał, że wszystko odda: zarówno księdzu, jak i innym, którzy pomagają.

W przypadku lekarki z Ługańska nie ma jednak mowy o pomocy instytucjonalnej. Pani Tatiana ze względu na to, że się uczy, dostała co prawda zgodę na pobyt czasowy w Polsce, ale to za mało, by móc liczyć np. na jakieś, choćby niewielkie świadczenia z MOPR-u. Przepisy na to nie pozwalają.

– Dla nas najistotniejszą kwestią jest forma legalizacji pobytu na terenie RP. Jeśli chodzi o cudzoziemców, mają prawo składać wnioski o pomoc w momencie, gdy posiadają decyzję przyznającą im pobyt stały lub decyzję o pobycie rezydenta długoterminowego Unii Europejskiej – tłumaczy Magdalena Sudół, rzecznik MOPR w Lublinie. Pani Tatiana takiego statusu nie ma, nie może więc liczyć na wsparcie finansowe.

Owszem, były u niej pracownice Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, przeprowadziły wywiad, ale niewiele więcej mogły zrobić. – Najpierw pani Tatiana się ucieszyła, że dostanie jakąś zapomogę, że nie będzie się musiała wstydzić, prosić mnie o wsparcie. Ale później się okazało, że przepisy na to nie pozwalają – mówi ksiądz Rapa. Podkreśla, że to rozumie, do nikogo nie ma pretensji, pewnych rzeczy – na dziś – nie daje się przeskoczyć.

Pobyt stały wiele ułatwia – wiedzą o tym ewakuowani z Donbasu

Pani Tatiana z synem Antonem, uciekając przed trudną sytuacją w swoim kraju, przyjechała do Lublina na własną rękę. Zupełnie inaczej niż osoby ewakuowane z Donbasu przy wsparciu polskiego MSZ-tu. To grupa 178 osób, ewakuowana około trzech tygodni temu ze wschodniej Ukrainy.

Już 62 osoby z tej grupy dostały od wojewody warmińsko-mazurskiego zezwolenia na pobyt stały. A to duże ułatwienie. Jak informuje rzecznik MSW, Małgorzata Woźniak, takie zezwolenie zrównuje cudzoziemca z obywatelem Polski we wszelkich uprawnieniach, z wyłączeniem praw politycznych. Osoby o takim statusie będą mogły legalnie mieszkać i pracować w Polsce.

Na pobyt stały mogą liczyć zarówno osoby, które posiadają już Kartę Polaka, jak i osoby, które udokumentują swoje polskie pochodzenie.

** W sprawie ewentualnej pomocy dla lekarki z Ługańska – kontakt z autorką tekstu pod adresem mailowym problem@tok.fm

Zobacz także

TOK FM

Abp Gądecki: posłowie osłabili w Polsce demokrację

08.02.2015

Wszyscy ci posłowie, którzy w piątek głosowali w Sejmie za ratyfikowaniem Konwencji Antyprzemocowej osłabili w naszym kraju demokrację – uważa przewodniczący Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki.

Arcybiskup uważa, że parlamentarzyści zamiast tworzyć dobre prawo wprowadzili zamęt w umysłach Polaków.

– Wprowadza się zabłąkaną ideologię, która jest popierana przez mniejszość, to perspektywy dla demokracji są coraz słabsze – mówił hierarcha. Jego zdaniem, chrześcijanie sobie poradzą, bo idą za wiarą, ale inni mogą się pogubić.

Sejm uchwalił w piątek ustawę w sprawie ratyfikacji Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Za wyrażeniem przez Sejm zgody na ratyfikację głosowało 254 posłów, przeciw było 175, a od głosu wstrzymało się 8.

Konwencja Rady Europy

Polska podpisała Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w grudniu 2012 r. W kwietniu ub. roku Rada Ministrów podjęła uchwałę ws. przedłożenia jej do ratyfikacji i przyjęła projekt odpowiedniej ustawy.

Konwencja ma chronić kobiety przed wszelkimi formami przemocy oraz dyskryminacji; oparta jest na idei, że istnieje związek przemocy z nierównym traktowaniem, a walka ze stereotypami i dyskryminacją sprawiają, że przeciwdziałanie przemocy jest skuteczniejsze.

Zwolennicy konwencji twierdzą, że to pierwszy dokument, który wprowadza realne rozwiązania mające chronić kobiety przed wszystkimi formami przemocy. Ich zdaniem, polskie prawo w tej kwestii nie działa.

O ratyfikowanie dokumentu apelowały organizacje kobiece, broniące praw człowieka oraz pomagające ofiarom przemocy; krytykowały ją organizacje prawicowe i Episkopat Polski.

Biskupi wydali oświadczenie

W oświadczeniu rzecznika KEP ks. Józefa Klocha podkreślono, że przemoc jest sprzeczna z zasadami wiary chrześcijańskiej i powinna być eliminowana z relacji międzyludzkich, jednak konwencja nie wnosi żadnych nowych rozwiązań prawnych jej przeciwdziałających, wiąże natomiast zjawisko przemocy z tradycją, kulturą, religią i rodziną, a nie z błędami czy słabościami konkretnych ludzi.

Ks. Kloch przypomniał, że według episkopatu konwencja „ogranicza suwerenne kompetencje Polski w sprawach etyki i ochrony rodziny przez nadanie uprawnień kontrolnych pozbawionemu jakiejkolwiek legitymacji demokratycznej komitetowi tzw. ekspertów (GREVIO), który będzie określał, jakie standardy w polityce prawnej, edukacyjnej i wychowawczej ma realizować Polska oraz rozliczać nasz kraj z opieszałości w zmianie wciąż jeszcze obecnego tradycyjnego modelu społeczeństwa”.

Konwencja o zapobieganiu przemocy przyjęta: burza w Sejmie. Koalicja podzielona >>>

polskieradio.pl

Pokój zamiast broni – dyplomatyczna ofensywa Merkel i Hollande’a

Prof. Arkadiusz Stempin, 08.02.2015

Wczorajsze spotkanie Putina z Angelą Merkel i Francois Hollandem

Wczorajsze spotkanie Putina z Angelą Merkel i Francois Hollandem (MIKHAIL KLIMENTYEV/AP)

Nagła wizyta kanclerz Merkel i prezydenta Hollande’a w Kijowie i Moskwie – druga część rozmów z udziałem czwartego partnera, prezydenta Poroszenko, będzie kontynuowana telefonicznie w niedzielę – to dyplomacją z kategorii „last minute”.

Merkel zdecydowała się na bezpośrednie rozmowy z Putinem w Moskwie, co w ostatnim czasie kategorycznie odrzucała, i choć jak ognia unika spotkań na szczycie, które nie są dobrze przygotowane. Co wymaga czasu: tygodni albo nawet miesięcy, konsultacji na szczeblu ekspertów, sekretarzy stanu, wiceministrów. Teraz jednak w grę wchodziła sprawa najwyższej wagi i to w obliczu fiaska rozmów na szczeblu ministrów spraw zagranicznych: zapobieżenie „za pięć dwunasta” groźbie przekształcenia się konfliktu rosyjsko-ukraińskiego w kontynentalny, o ile nie w światowy. Krótko mówiąc, w wojnę NATO z Rosją. Mocarstwem na glinianych nogach, ale z potencjałem 8,5 tysiąca głowic nuklearnych.Dolewanie oliwy do ogniaMerkel mówi o tym bez ogródek, podobnie jak prezydent Poroszenko. Przesłanek do eskalacji nie brakuje. Na pierwszym miejscu wymienić należy potencjalną możliwość dostarczania Ukrainie broni przez USA, do czego dążą amerykańskie jastrzębie. Sprzeczności, jakie w tej materii pojawiły się w wypowiedziach tamtejszych polityków i wojskowych, dowodzą, że w samym Waszyngtonie konsekwencje takiego posunięcia są postrzegane jak dolewanie oliwy do ognia. Tym bardziej, że po sensacyjnych doniesieniach o domniemanym autyzmie Putina, można się liczyć ze scenariuszem wydarzeń, nakręcanym przez nieobliczalnego prezydenta Rosji, który sam ulega sile patologicznych neuroprzekaźników. Co przed miesiącami zdiagnozowała już kanclerz Merkel.

Misja Merkel i Hollande’a ma zapobiec nie tylko eskalacji konfliktu, ale i przesądzonej porażce Ukrainy w wojnie. W militarnym wymiarze armia ukraińska, o podkopanym morale, z brakami w wyposażeniu, znajduje się w odwrocie. 8000 żołnierzy ukraińskich zamkniętych jest przez prorosyjskich separatystów w kotle pod miejscowością Dobalcewo, między Donieckiem a Ługańskim. W tych godzinach cywilna ludność jest wywożona z miast autobusami. Oddziały separatystów stoją także u bram portowego Mariupola, półmilionowego centrum przemysłowego na południu kraju.

Strategia Poroszenki poniosła klęskę

W politycznym wymiarze strategia prezydenta Poroszenko wobec prorosyjskiej ludności cywilnej w Donbasie, poniosła klęskę. Cofnięcie jej świadczeń socjalnych, rent, dofinansowania szpitali czy szkół, jeszcze bardziej pchnęło ją w ramiona Putina. Oddziały separatystów pęcznieją z dnia na dzień. Rosyjscy wojskowi niewyszkolonych prorosyjskich ochotników przekształcili w karne, regularne oddziały. Sama blokada gospodarcza Donbasu przez Kijów została zneutralizowana przez „humanitarne konwoje” z Rosji. Za co miejscowa ludność jest jej „niezmiernie wdzięczna”. Maszyneria propagandowa podbija antyukraińskiego bębenka, trafiając niestety w słaby punkt przeciwnika: korupcję i panoszenie się oligarchów na Ukrainie. W co przekonanych jest wielu mieszkańców kraju. Krytykują oni poczynania urzędników rządowych i parlamentarzystów, że nagminnie kupują niemieckie mercedesy i chronią swoich synów przed zaciągiem do armii. Pomimo tego w Kijowie nie brakuje jastrzębi, preferujących militarne rozwiązanie konfliktu. Utrudnia to pozycję dialogową ukraińskiemu prezydentowi, który przed własnym narodem musi przyznać się do kolejnego po Krymie odstąpienia części terytorium kraju.

Merkel i Hollande mieli więc o co w Moskwie kruszyć kopię. Ich propozycja powrotu do układu z Mińska z września ub. roku (zawieszenie broni, wycofanie ciężkiego sprzętu wojskowego z rejonu walk i wyodrębnienie autonomicznego Donbasu z Ukrainy), jak wynika z przecieków, zawiera jednak większe ustępstwa terytorialne w stosunku do pierwowzoru. Zgodnie z nowym przebiegiem linii frontu. Generalnie plan Merkel i Hollande’a przypomina model, jaki obowiązuje od dwóch dekad na Zadniestrzu, gdzie w granicach Mołdawii część terytorium tylko de iure należy do niej.

Choć zachowanie „autonomicznego” Donbasu w granicach Ukrainy oznacza też możliwość podsycania konfliktu w przyszłości przez Putina, który pozostaje niezmiennie zaślepiony wizją Rosji jako supermocarstwa. A co bardziej prawdopodobne, stworzenia strefy buforowej oddzielającej jego imperium od krajów demokratycznych. Z groźnym dla niego wirusem demokracji. W jego mniemaniu groźniejszym od kosztów, jakie ponosi kraj w postaci osłabienia rubla i groźby wybuchu dużego kryzysu ekonomicznego. Niezależna Ukraina zawsze będzie dla Putina czerwoną płachtą na byka.

UE musi zachować jedność

Jest jeszcze jeden wymiar spotkania w Moskwie. Ważny dla samej UE. W tej chwili zdaje ona dwa egzaminy, z polityki zagranicznej i wewnętrznej. W obliczu rozwoju sytuacji w Grecji musi zachować swoją jedność wewnętrzną i nie dopuścić do tego, by kryzys finansowy zamienił się w polityczny. A na agendzie polityki zagranicznej udowodnić, że jest gotowa bronić swoich demokratycznych wartości. W tym kontekście ostatnie dni przynoszą dwie dobre wiadomości. Premier Cipras i jego minister finansów spuszczają z tonu. A Waszyngton podkreśla, że decyzja o dostawie broni defensywnej (radary i broń antyrakietowa) dla Ukrainy, jeżeli ostatecznie misja Merkel i Hollanda’a spali na panewce, zostanie „w najbardziej ścisły sposób” skonsultowana z Europą. Dlatego w najbliższy poniedziałek kanclerz Niemiec udaje się do Waszyngtonu na spotkanie z prezydentem Obamą, który militarną opcję dla Ukrainy chce zdyskontować przynajmniej w kategoriach nacisku na Putina.

TOK FM

Awantura w TVP Info. Łukasz Warzecha wyszedł ze studia

Michał Wilgocki, 07.02.2015

Łukasz Warzecha jest częstym gościem TVP, na zdjęciu w programie

Łukasz Warzecha jest częstym gościem TVP, na zdjęciu w programie „Tomasz Lis na żywo” (Fot. TVP)

– Czy pan bierze pieniądze za udział w kampanii Andrzeja Dudy? – zapytał dziennikarz prowadzący program TVP Info Łukasza Warzechę, kiedy ten wychwalał dzisiejsze wystąpienie kandydata PiS na prezydenta. Warzecha po tej sugestii obraził się i w przerwie wyszedł ze studia.
W wieczornym programie na antenie TVP Info gośćmi byli Norbert Maliszewski z Uniwersytetu Warszawskiego i Łukasz Warzecha („W Sieci”). Prowadzący program Jarosław Kulczycki pytał najpierw o dzisiejszą konwencję PiS z udziałem Dudy, kandydata partii na prezydenta. Publicysta tygodnika braci Karnowskich nie krył swojego zachwytu Dudą.- W końcu zaczęło być interesująco. Wcześniej wydawało się, że kandydat PiS nie potrafi zebrać swojego elektoratu – mówił Warzecha. – Ta konwencja dzisiejsza może być przełomowa, gdyż zbudowała morale w tym elektoracie – mówił Warzecha. Narzekał też, że media nierzetelnie relacjonowały konwencję z udziałem Dudy.- Na przykład konkurencyjny wobec państwa TVN zrobił w „Faktach” materiał, który był wręcz podręcznikowym przykładem manipulacji – stwierdził Warzecha. – A zestawienie tej dzisiejszej konwencji Andrzeja Dudy i wczorajszego wystąpienia Bronisława Komorowskiego to tak, jakby zestawić, i takiego porównania użyję w jednym ze swoich tekstów, najnowsze porshe 911 ze starym klepanym polonezem – stwierdził dziennikarz.- Czy pan bierze pieniądze za udział w kampanii Andrzeja Dudy? – zapytał oburzony Kulczycki. – To nie są słowa godne dziennikarza, ale propagandysty. To nie jest analiza.- Dlaczego nie mogę używać takiego porównania? Dlaczego mnie pan obraża? – denerwował się Warzecha. – Jeżeli pan będzie mi sugerował w dalszym ciągu, że biorę pieniądze za propagowanie Andrzeja Dudy, to wyjdę ze studia.Dziennikarz „W Sieci” nie chciał już odpowiadać na kolejne pytania, a po przerwie na materiał wprowadzający kolejny temat, Warzechy w studiu już nie było.

Zobacz także

wyborcza.pl

To były rozmowy ostatniej szansy. Dyplomacja nie powstrzyma agresji Putina

Mirosław Czech, 07.02.2015

Angela Merkel, Władimir Putin i Francois Hollande podczas spotkania w Moskwie

Angela Merkel, Władimir Putin i Francois Hollande podczas spotkania w Moskwie (Alexander Zemlianichenko / AP (AP Photo/Alexander Zemlianichenko))

Podczas piątkowych rozmów w Moskwie Angela Merkel i Francois Hollande nie sprzedali Ukrainy ani nie urządzili „nowej Jałty”.

Kanclerz Niemiec i prezydent Francji przyjechali do Władimira Putina z „misją ostatniej szansy” na zaprowadzenie pokoju zgodnie z porozumieniem mińskim z 5 września ub.r. Porozumienie (zwane też protokołem mińskim) zakłada:- wstrzymanie ognia,- ustanowienie strefy buforowej,- odsunięcie sprzętu ciężkiego od linii rozgraniczenia,- a następnie wycofanie rosyjskich żołnierzy, czołgów, wyrzutni rakietowych i transporterów opancerzonych z Donbasu do Rosji.Później miałyby się odbyć wybory do władz samorządowych na terenach zajętych przez separatystów. W porozumieniu mińskim nazwano je „niektórymi rejonami obwodu donieckiego i ługańskiego”, nadając im „specjalne zasady” wykonywania funkcji samorządowych. We wrześniu stosowną ustawę przyjął już parlament ukraiński, lecz ją anulował po fiasku zawieszenia broni. Ponadto prezydent Petro Poroszenko oświadczył, że w rejonach tych zostanie ustanowiona specjalna strefa ekonomiczna, by mogły one handlować z UE i Rosją na podobnych zasadach.Putin wciąż uważa, że Ukraina nie ma wyjściaWładimir Putin od początku uważał porozumienie za świstek papieru, potrzebny jako dowód jego „pokojowych zamiarów” po porażce, jakiej armia ukraińska doznała na froncie pod koniec sierpnia. Był to również element nacisku na Poroszenkę. Na Kremlu sądzono bowiem, że ukraińska „partia wojny” (premier Arsenij Jaceniuk i ówczesny szef parlamentu Ołeksandr Turczynow) oskarżą prezydenta o zdradę i zażądają jego usunięcia. Na Ukrainie przygotowywano się wówczas do kampanii wyborczej do parlamentu (elekcja z 26 października).Nic takiego nie nastąpiło. Wybory przebiegły demokratycznie, powstał rząd nowego/starego premiera Jaceniuka, który – choć powolnie – zaczął realizować reformy. Kijów wzmocnił armię i system umocnień obronnych wokół terenów okupowanych przez rebeliantów. Rosja nasiliła więc działania wojskowe i w połowie stycznia przeszła do ofensywy, która wojska ukraińskie powstrzymały.Reakcja Zachodu na te działania była właściwa. USA i Unia Europejska przygotowały kolejne sankcje, a w Ameryce rozpoczęła się poważna dyskusja na szczytach władzy o tym, czy należy uzbroić Ukraińców w nowoczesną broń. Rosja sięgnęła więc po stary trick – zaproponowała Niemcom i Francji „plan pokojowy”. Istota tej propozycji to uznanie przez Ukrainę autonomii tzw. republik z Doniecka i Ługańska, federalizacja całego państwa, rezygnacja Kijowa z członkostwa w UE i NATO oraz przystąpienie do Unii Euroazjatyckiej.Putin wciąż uważa, że Ukraina nie ma wyjścia i musi przystać na jego żądania. Tak jakby po listopadzie 2013 r. nic się nie zmieniło nad Dnieprem i w całym świecie. I jakby on był panem sytuacji i mógł dyktować warunki Ukrainie, Brukseli i Waszyngtonowi. W Monachium na dorocznej konferencji bezpieczeństwa z takim przesłaniem wystąpił w sobotę Siergiej Ławrow, szef rosyjskiej dyplomacji.Merkel i Hollande plan Putina odrzucili, ale uznali go za sygnał pewnej gotowości Moskwy do rozmów. A że nadzieja powinna umrzeć ostatnia, więc pojechali do Kijowa, by wraz z Poroszenką opracować nowe propozycje w sprawie „wprowadzenia w życie porozumienia mińskiego”. To, że protokół z Mińska powinien być podstawą wszelkich rozmów, wśród przywódców Zachodu nie budzi wątpliwości.

Ukraina czeka na broń od Zachodu

Propozycje opracowano również z udziałem ukraińskich wojskowych. Jest to novum, bo dotychczas negocjacje polityków Zachodu z Kijowem toczyły się wyłącznie z udziałem Poroszenki i dyplomatów. A zatem to, co Merkel i Hollande zawieźli do Moskwy, zapewne uwzględnia potrzeby obrony pozycji wojsk ukraińskich na wypadek ofensywy wojsk rosyjskich na wielką skalę.

Czy oferta zawiera ustępstwa polityczne? Raczej nie. Po rozmowach współpracownicy ukraińskiego prezydenta zapewnili, że nikt na Poroszenkę nie naciskał i nie było dyskusji na temat wdrożenia planu Putina. Potwierdził to sekretarz stanu USA John Kerry, który również we czwartek rozmawiał z władzami w Kijowie. – Rosja powinna zaprzestać wspierania separatystów, dostarczania im broni i wreszcie zamknąć swoją granicę – oświadczył.

W sobotę na konferencji w Monachium Merkel powiedziała: „Nie ma pewności, czy rozmowy z Putinem zakończą się sukcesem”. I powtórzyła, że poleciała do Moskwy także dlatego, iż winna to była mieszkańcom Ukrainy, których tak wielu ginie w Donbasie. Można zrozumieć – dodała – dyskusje na temat dozbrojenia Ukraińców, lecz wątpi w to, że broń pomoże im osiągnąć cele. – Ilość broni na Ukrainie jest ogromna, co jednak nie przyczyniło się do rozwiązania konfliktu – posumowała.

Widać zmianę w retoryce pani kanclerz, która dotychczas stanowczo wykluczała dostarczenie Ukraińcom nowoczesnej broni. Niemcy broni nie dadzą, lecz to Amerykanie mają w tej sprawie głos decydujący. Merkel ma świadomość, że dyplomatyczne wysiłki jej, prezydenta Baracka Obamy i Poroszenki nie przyniosły efektów. Od września zginęły kolejne tysiące osób, a dziesiątki tysięcy musiały wyjechać z Donbasu. Winę za to ponosi wyłącznie Rosja, o czym w Monachium ostro mówiła kanclerz.

Decyduje Ameryka

W niedzielę tzw. czwórka normandzka – Merkel, Hollande, Poroszenko i Putin – będą rozmawiać telefonicznie. Nikt już chyba nie wierzy w to, że konsultacje przyniosą przełom. Putin nie zna innego języka niż dyktat i wojna. I do takie wniosku skłaniają się również dowódcy NATO oraz – co najważniejsze – administracja Obamy.

Decyzja w sprawie dozbrojenia armii ukraińskiej zapadnie w poniedziałek podczas spotkania Merkel i Obamy w Waszyngtonie. Pozytywna będzie oznaczać, że na rozmowy z Putinem nie ma już szans i że jedynie siła może powstrzymać agresję rosyjskiego „cara”. Dziś podjęcie takiej decyzji jest bliższe niż było jeszcze w środę.

Zobacz także

wyborcza.pl

Paweł Kukiz wystartuje w wyborach prezydenckich

prot, 07.02.2015

Paweł Kukiz podczas protestów w Rudzie Śląskiej

Paweł Kukiz podczas protestów w Rudzie Śląskiej (Fot. DAWID CHALIMONIUK / AG)

Paweł Kukiz, znany muzyk, a od niedawna radny wojewódzki na Dolnym Śląsku, będzie startował na prezydenta – podaje Radio Wrocław. Do tej pory Kukiz unikał deklaracji ws. startu.

– Walczę, by odebrać państwo partyjnym klanom i przekazać je obywatelom – powiedział Radiu Wrocław Kukiz. Oficjalny start jego kampanii ma odbyć się we Wrocławiu w poniedziałek.Muzyk zaznaczył, że nie jest kandydatem regionalnego ugrupowania Bezpartyjny Samorząd, z ramienia którego zasiada w sejmiku dolnośląskim. Liczy za to na poparcie innych organizacji nastawionych tak jak on – antyestablishmentowo. Ma nadzieję zebrać potrzebne 100 tys. podpisów, na co ma czas do 26 marca.

Dziś swój start ogłosiła również Anna Grodzka. Kandyduje z ramienia Zielonych i grupki mniejszych lewicowych partii. Do tej pory swoje kandydatury zgłosili m.in.: Bronisław Komorowski z poparciem PO, Andrzej Duda z PiS, Magdalena Ogórek z poparciem SLD, Adam Jarubas z PSL, Janusz Palikot z Twojego Ruchu, Janusz Korwin-Mikke z KORWiN-a, Jacek Wilk z KNP, Marian Kowalski z Ruchu Narodowego.

Wybory odbędą się 10 maja. Jeżeli żaden z kandydatów nie zdobędzie ponad 50 proc. głosów, to 24 maja odbędzie się druga tura wyborów z udziałem dwóch kandydatów, którzy zdobyli największą liczbę głosów.

Czytaj więcej na stronie Radia Wrocław >>

Zobacz także

TOK FM

MOCNY POCZĄTEK KAMPANII DUDY. „WYPUNKTOWAŁ KOMOROWSKIEGO”, „NAJLEPSZY EVENT OD 4 LAT”

Michał Protaziuk, PAP, 07.02.2015

Andrzej Duda z żoną

Andrzej Duda z żoną (FOT SLAWOMIR KAMINSKI)

Bardzo udana – w ten sposób można określić prezydencką konwencję Andrzeja Dudy z PiS. Dziennikarze wskazywali, że konwencja była dobrze przygotowana, natomiast eksperci wskazują, że Duda w swoim wystąpieniu postawił się w opozycji do Komorowskiego i go „wypunktował”.

Na konwencji – według organizatorów – było ponad 2 tys. działaczy i sympatyków PiS, rodzina Andrzeja Dudy oraz osobistości, którzy go popierają: aktorzy Jerzy Zelnik, Janusz Rewiński, legenda opozycji Zofia Romaszewska oraz 30-letni prezydent Stalowej Woli Lucjusz Nadbereżny. Przekonywali, że potrzebna jest zmiana, a Duda ją gwarantuje. Chwalili jego kompetencje i energię. „Andrzej Duda na prezydenta. Reszta kandydatów na piwo” – żartował Rewiński.Wystąpienie zakończyło się burzą konfetti. Konwencja odbywała się pod hasłem „Przyszłość ma na imię Polska”. Na scenie ustawiony był wielki ekran, na którym w trakcie przemówień pojawiały się prezentacje, m.in. zdjęcia pary prezydenckiej Marii i Lecha Kaczyńskich.

Dziennikarz oceniają na plus

Dziennikarze raczej przychylnie przyjęli wystąpienie i samą konwencję Dudy. Ich zdaniem PiS wysoko zawiesił poprzeczkę, a sam Duda wypadł świetnie, zwłaszcza w kontekście słabej inauguracji kampanii Bronisława Komorowskiego.

„Wypunktował Komorowskiego”

Prof. Kazimierz Kik ocenił, że wystąpienie Dudy było nastawione na przejęcie centrolewicowego elektoratu; miało trafić do ludzi, którzy w prezydencie widzą ochronę przed niesprawiedliwą polityką rządu, którzy są przeciwni wyprzedaży polskiej własności, a także popierają przywrócenie przemysłowego charakteru Polski. Pod tym względem – uważa Kik – Duda „wypunktował” nie tylko Komorowskiego, ale także wszystkie prezydentury – za wyjątkiem Lecha Kaczyńskiego.

Kik wczorajsze wystąpienie Bronisława Komorowskiego określił jako oczekiwane wystąpienie prezydenta, który nie angażuje się w spory polityczne. – Prezydent przyjął słuszną politykę nieangażowania się w spór między PO a PiS, ale nie zaangażował się też w spór między społeczeństwem a państwem rządzonym przez liberałów – to wytknął mu Duda – uważa Kik. – Jeśli słuchalibyśmy jedynie wystąpienia Komorowskiego, to pozostałoby wrażenie, że spełnił oczekiwania związane z prezydenturą. Po wysłuchaniu Dudy wiem, czego prezydent nie zrobił i nie zrobi – bo jest z tej samej płaszczyzny mentalnej, co Platforma – dodał.

Kampania negatywna

Zdaniem dr. Wojciecha Jabłońskiego, stawianie się w opozycji do obecnego prezydenta jest w przypadku Dudy konieczne, m.in. ze względu na to, że nie jest tak rozpoznawalny jak Komorowski. – Natomiast Duda w tym kontraście może się zatracić. Bo to nie od prezydenta zależy przywrócenie wieku emerytalnego. Prezydent musi mieć w tym celu stabilną większość parlamentarną. A na to się nie zanosi – zauważył Jabłoński, nawiązując do obietnicy złożonej przez Dudę.

Według niego Duda będzie prowadził kampanię negatywną, ale nie wprost. – Ważną sprawą jest wykazanie, że prezydent Komorowski tak naprawdę nie byłby prezydentem, gdyby nie katastrofa smoleńska. I myślę, że im bliżej 10 kwietnia, tym częściej tego rodzaju sygnały będą płynąć ze sztabu Dudy – często nie bezpośrednio – ocenił.

TOK FM

Po słowach o dzieciach prowokujących dorosłych ks. Bochyński przeprasza… Kościół

Michał Gostkiewicz07.11.2013
Ks. dr Ireneusz BochyńskiKs. dr Ireneusz Bochyński (Fot. upanien.parafia.info.pl)
Ksiądz Ireneusz Bochyński w wywiadzie dla serwisu epiotrkow.pl sugerował, że 10-letnie dzieci mogą same prowokować dorosłych do kontaktów intymnych. Po tym, jak w mediach ruszyła fala krytyki, a sprawą zainteresowała się prokuratura, opublikował na stronie archidiecezji łódzkiej przeprosiny. Przeprosił… Kościół.

„Przepraszam za zło wyrządzone Kościołowi moim nieodpowiedzialnym zachowaniem. Co do wypełnianych funkcji podporządkuję się decyzjom Księdza Arcybiskupa Metropolity Łódzkiego” – głosi oświadczenie opublikowane na stronie archidiecezji łódzkiej.

Kontrowersyjny wywiad

Ks. dr Ireneusz Bochyński w wywiadzie z serwisem Epiotrkow.pl powiedział, że „zna przypadki, gdzie życie intymne dziecka potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia”. Dodał, że dzieci takie „same wchodziły” do łóżek dorosłych i „był to wybór dziecka”. Podkreślił jednocześnie, że winę za pedofilię ponoszą rozbite rodziny i bezstresowe wychowanie dzieci. >>> CZYTAJ WIĘCEJ.

Sprawa w prokuraturze

Część polityków komentujących sprawę stwierdziła, że taka wypowiedź może świadczyć o tym, że ksiądz był świadkiem lub sam uczestniczył w wykorzystywaniu seksualnym dzieci. Pierwszy wysłał do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez księdza poseł Twojego Ruchu Armand Ryfiński.

Prokuratura Rejonowa w Piotrkowie Trybunalskim wszczęła już ws. ks. Bochyńskiego czynności sprawdzające. Złożenie zawiadomienia ws. duchownego zapowiedział także Sojusz Lewicy Demokratycznej, który również przygotował wniosek. Rzecznik Sojuszu Dariusz Joński na konferencji prasowej w Sejmie stwierdził, że ksiądz swoją wypowiedzą „czytelnie broni pedofilów”.

Źródło: TOK FM

One thought on “Bochyński

  1. Pingback: Ksiądz przeprasza Kościół za pedofilię – kompletny odjazd klechy | Hairwald

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: