Hairwald

W ciętej ranie obecności

Banki (08.07.2015)

 

Nieoczekiwana zamiana ról
, 07.07.2015

wykazujeGorączkową
Ewa Kopacz wykazuje gorączkową aktywność, m.in. często spotykając się z wyborcami (tu na plaży w stolicy 1 lipca)
foto: PAP

Szydło ospała jak Komorowski, Kopacz aktywna jak Duda.

Niektóre zachowania i ustawki pani premier bywają ambarasujące, a nawet żenujące – zachwyty nad kotletem jedzonym przez przypadkowego pasażera pendolino, brodzenie w szpilkach po plaży, zachęcanie Kanadyjczyków do przekonywania Polaków, by pokochali swój kraj. Naprawdę czasami można odnieść wrażenie, że Ewa Kopacz przekracza granice zachowań szefa rządu poważnego państwa.

Jednego nie można jej odmówić – zaangażowania, entuzjazmu i ciągu na bramkę. Widać, że gryzie trawę, zmusza siebie i swoje otoczenie do wzmożonej walki, zachęca do boju z idącym do zwycięstwa PiS. I choć czasami wygląda to nieporadnie, a nawet śmiesznie, to jednak wrażenie jest jedno – jej się chce.

PO wyraźnie otrząsnęła się z powyborczej traumy, w którą wpadła po przegranej Bronisława Komorowskiego. Przynajmniej pozornie na plan dalszy zeszły wewnątrzpartyjne spory i liderka całej formacji jest w bojowym nastroju. Opinia publiczna wciąż zaskakiwana jest kolejnymi pomysłami Ewy Kopacz i jej inicjatywami politycznymi. Spotyka się z wyborcami, jeździ po całym kraju, wychodzi z politycznymi pomysłami. Nawet jeśli są one kontrowersyjne w formie i treści, jak na przykład akcja „Kolej na Ewę”, to pozostawiają wrażenie wzmożonej aktywności pani premier i jej chęci zawalczenia o głosy elektoratu.

Kopacz przypomina więc Andrzeja Dudę z początków kampanii prezydenckiej, który pomimo nie zawsze zręcznych eventów starał się zainteresować sobą i swym programem wyborców i sprawiał wrażenie o wiele bardziej aktywnego niż jego ówczesny przeciwnik.

Jakby wciąż świętowali

Wyborcy lubią, gdy politykom się chce. Szczególnie lubią, gdy politykom chce się im nadskakiwać. I właśnie to robi dziś Kopacz. Powtarza swoimi zachowaniami, zaangażowaniem i wyzwoloną energią drogę, którą jeszcze kilka miesięcy temu szedł Duda.

A co się dzieje w obozie jej przeciwników? Ich zachowanie z kolei przypomina jako żywo postępowanie Bronisława Komorowskiego z końca zimy tego roku.

Marketingowa machina PiS pracuje na zwolnionych obrotach, tak jakby oczywiste było, że partia ta skazana jest na sukces w jesiennej elekcji parlamentarnej. Brakuje świeżych pomysłów, wyczuwalne jest pewne znużenie wyborczym maratonem, obserwujemy zanik aktywności sztabu i ludzi wokół niego zgromadzonych.

O ile Michał Kamiński wydaje się dwoić i troić, by uzasadnić swoją obecność obok Ewy Kopacz, o tyle sztabowcy Beaty Szydło zachowują się tak, jakby wciąż świętowali zwycięstwo Andrzeja Dudy. W ostatnim czasie nie wyszli z żadną ciekawą inicjatywą, poza kongresem programowym w Katowicach, który jednak był planowany od bardzo dawna i trudno go zaliczyć do kategorii jakichś niestandardowych, zaskakujących czy innowacyjnych przedsięwzięć.

Siła spokoju?

Zadania przybocznym nie ułatwia także sama kandydatka na premiera, która ze względu na styl bycia i sposób komunikowania się z wyborcami sprawia wrażenie ospałej. Życzliwi widzą w tym stylu przejaw spokoju, opanowania i pewności siebie, ale część wyborców może go potraktować jako wyraz zadufania, bierności i braku energii. Beata Szydło przypomina swoim nieśpiesznym i nieco leniwym sposobem wypowiadania się Bronisława Komorowskiego z czasów, gdy wydawało mu się, że łatwo wygra wybory prezydenckie.

I nie ma znaczenia, że u obecnej głowy państwa był to przejaw rzeczywistego przekonania co do tego, że reelekcja jest przesądzona, a u obecnej kandydatki PiS na premiera jest to jedynie kwestia pewnej maniery wypowiadania się i bycia – ważne jest, że u części opinii publicznej może powstać wrażenie, iż Szydło jest pewna swej wiktorii, a nawet lekko znudzona całą kampanią.

To więc, co uznawane jest za mocną jej stronę i poważną zaletę (owa „siła spokoju”), może być w kontekście rozemocjonowanej, zaangażowanej i aktywnej Ewy Kopacz postrzegane jako objaw lekceważenia i buty zbyt pewnej swego zwycięstwa polityczki. A to wyborcom może się nie spodobać.

Mamy więc do czynienia z dziwnym zjawiskiem – nieoczekiwaną zamianą ról: Ewa Kopacz przypomina Andrzeja Dudę, a Beata Szydło Bronisława Komorowskiego z początku kampanii prezydenckiej. Czy musi to oznaczać, że efekt będzie podobny, czyli że sprawiająca wrażenie pewnej swej wygranej Szydło zostanie wyprzedzona na ostatniej prostej przez bardziej starającą się Kopacz? Oczywiście, że nie ma takiej prostej zależności i analogii. Ale sztabowcy PiS chyba powinni wyciągnąć wnioski z faktu, że ich rywale sprawiają wrażenie, jakby im się bardziej chciało, jakby naprawdę zależało im na zwycięstwie, jakby co minutę tryskali pomysłami i inicjatywami, podczas gdy oni sami – czyli politycy partii Jarosława Kaczyńskiego – wyglądają, jakby już byli pewni swojej wygranej.

Dzielenie skóry na niedźwiedziu nigdy nie wywoływało dobrych skutków. Zwłaszcza dla zbyt pewnych sobie myśliwych.

Autor jest politologiem, był europosłem PiS, PJN i Polski Razem

rp.pl

Tym przegląda pomysły PiS na media. „Nie ma takiego miejsca jak Jedwabne. Zamiast ‚Pokłosia’ – 14 odcinków o św. Aleksym”

psm, 08.07.2015
Stanisław Tym jest satyrykiem i publicystą

Stanisław Tym jest satyrykiem i publicystą (Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)

„Zawartość PiS w PiS nie zmniejszyła się ani na jotę” – konstatuje Stanisław Tym po lekturze pomysłów Prawa i Sprawiedliwości na media w Polsce.
Program PiS dotyczący mediów, Tym rozpisuje na sześć części. Pierwsza dotyczy ich „uspołecznienia” i „zdekolonizowania”. Co to oznacza? Np. jednoosobowe zarządy. A kto miałby stanąć na ich czele? „PiS skromnie nie podaje nazwisk, więc podam je ja” – pisze Tym i wymienia: „Ryszard Legutko, Katarzyna Łaniewska, Jerzy Zelnik, Paweł Kukiz, Grzegorz Braun, Jan Pietrzak i ks. Oko”.

Dalej – wg PiS, jeżeli zdejmie się „komercyjną klątwę” z mediów, pozwoli to na tworzenie większej liczby programów o kulturze wysokiej. Tu publicysta też nie zostawia suchej nitki i zastanawia się, jak politycy tej partii rozumieją „systemową politykę historyczną”, którą można uprawiać w mediach: „Krótko mówiąc, nie ma takiej miejscowości jak Jedwabne – ‚Pokłosie’ zastąpi 14 odcinków ‚Legendy o św. Aleksym’, która dzieje się w Rzymie, co też nie jest bez znaczenia” – pisze Tym.

Wszystkie 6 punktów o zmianie w mediach wg Stanisława Tyma – w najnowszym wydaniu „Polityki”.

TOK FM

Prawdziwe pomysły PiS: sędziów na wariograf, a CBA ma kusić. Kulisy kongresu PiS

Mariusz Jałoszewski, 08.07.2015
Zbigniew Ziobro

Zbigniew Ziobro (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

– Trzeba wprowadzić okresowe badania wariografem i badania próbek moczu dla sędziów i prokuratorów – proponował na konwencji programowej PiS Bogdan Święczkowski, były szef ABW. Wtórował mu były doradca Zbigniewa Ziobry: – Ustawowo ustalimy prawo do prowokacji, by wyeliminować sprowokowanych z życia publicznego
To tezy polityków bliskich PiS z panelu „system sprawiedliwości”, który odbył się na konwencji programowej PiS w Katowicach w ostatni weekend.

Konwencję programową od kulis opisała dziennikarka „Polityki” Anna Dąbrowska, w najnowszym numerze tygodnika. „Polityka” postawiła mocną tezę, że to co oficjalnie pokazano dla mediów to była „niby konwencja programowa”. Że tak naprawdę PiS nadal ma stary program urządzenia Polski na modłę IV RP i nadal dużo do powiedzenia w partii Kaczyńskiego mają politycy, którzy wprowadzali IV RP w życie.

Panele dyskusyjne były zamknięte dla kamer telewizyjnych. Dziennikarce „Polityki” udało się jednak wziąć udział w panelu dotyczącym „systemu sprawiedliwości”. Oficjalnie PiS mówi o potrzebie naprawy wymiaru sprawiedliwości i ponownego podporządkowania prokuratury ministrowi sprawiedliwości.

Paneliści poszli dalej i mówili wprost jak chcą reformować wymiar sprawiedliwości i co o nim sądzą.

Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości w rządzie PiS, a dziś lider Solidarnej Polski walczący o względy Kaczyńskiego był moderatorem panelu. „Polityka” pisze, że przypomniał jak za IV RP było sprawiedliwie. Dr Jacek Czabański, za czasów IV RP, doradca ministra Ziobry zapowiedział, że po wygranych wyborach dokonają następującej zmiany: – Ustawowo ustalimy prawo do prowokacji. W naszym interesie jest to, by policja i służby mogły przedstawiać propozycje korupcyjne. Chodzi o to, by wyeliminować sprowokowanych z życia publicznego.

Na co Ziobro dodał, że „ci, co dali się nagrać w restauracji Sowia i Przyjaciele, jeśliby usłyszeli, to, co my chcemy zrealizować nie będą mieli spokojnej nocy”.

Ziobro skarżył się na sędziów, którzy „przez PO” nie dają mu żyć. – Musimy znaleźć sposób, aby z niektórymi z nich porozmawiać inaczej, za ich chamstwo i butę – relacjonuje „Polityka”. Wymienił kilka nazwisk. Sędziego Igora Tuleyę, który porównał działania CBA w sprawie doktora G. do praktyk z czasów stalinowskich.

Dostało się Agnieszce Pilarczyk , która według Ziobry źle prowadziła proces w sprawie śmierci jego ojca. Mówił też o składzie sędziowskim, który skazał „nieskazitelnego człowieka Mariusza Kamińskiego”. Kamiński został nieprawomocnie skazany na więzienie za nadużycie władzy przy prowokacji wymierzonej – w Andrzeja Leppera w sprawie afery gruntowej.

Podobnie mówił Bogdan Święczkowski, szef ABW za czasów PiS. – Trzeba wprowadzić okresowe badania wariografem i badania próbek moczu dla sędziów i prokuratorów.

„Polityka” pisze, że na panelu o sprawiedliwości było 200 osób i brawami nagradzali panelistów. Jeden ze słuchaczy powiedział, że jak się władza nie zmieni „będzie trzeba za sędziami z kijami bejsbolowymi jeździć”.

Inne panele nie cieszyły się takim zainteresowaniem. Na ten związany z gospodarką morską przyszło ok. 30 osób.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

nagaPrawdaPiS

Takiego strzyżenia banków jeszcze nie było. Pytania o podatek bankowy

Maciej Samcik, 07.07.2015
Banki

Banki

PiS ogłosiło szczegóły swojego planu opodatkowania banków. Mają zapłacić „podatek od kredytów”, który obniży ich zyski przynajmniej o jedną trzecią. Takie rozwiązania funkcjonują w wielu krajach, ale np. Węgrzy zaczynają się z nich wycofywać ze względu na dotkliwe skutki uboczne dla gospodarki. Ale ekstrapodatek może też być instrumentem „ulepszania” działalności banków.
Wiceszefowa PiS Beata Szydło ujawniła we wtorek szczegóły podatku bankowego, którym partia chce sfinansować swoje obietnice wyborcze (m.in. podwyższenie kwoty wolnej od podatku dochodowego oraz 500 zł miesięcznego dodatku na drugie i kolejne dziecko). Banki i hipermarkety mają być dwoma branżami, które przynajmniej w części pomogą „zorganizować” dodatkowy grosz do budżetu. Szczególnie branża bankowa jest łakomym kąskiem, bo jej roczne zyski od kilku lat sięgają 15-16 mld zł i to niezależnie od tempa rozwoju gospodarki oraz poziomu stóp procentowych.Ze słów Szydło wynika, że PiS odkurzy swój stary projekt podatku bankowego przedstawiony jeszcze w 2010 r. Podatek byłby naliczany od aktywów branży bankowej i wyniósłby 0,39 proc. ich wartości. Za tym niewinnym odsetkiem kryje się 5-6 mld zł, ponieważ podstawa opodatkowania byłaby ogromna – aktywa polskich banków przekraczają 1,5 bln zł. Wygląda więc na to, że PiS chce wziąć od banków od jednej trzeciej do połowy ich zysków (w zależności od tego, ile ostatecznie wyniosą, a w pierwszych miesiącach bieżącego roku zyski branży bankowej są o 8-10 proc. niższe niż w latach poprzednich).

Podatek bankowy? Nic nowego

Podatek bankowy byłby kolejnym nowym obciążeniem dla banków po zwiększeniu obowiązkowej składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny z 0,1 proc. aktywów ważonych ryzykiem do prawie 0,2 proc. (w tym roku banki zapłaciły zamiast 1,3-1,5 mld zł, jak co roku, grubo ponad 2 mld zł). W planach jest też stworzenie specjalnego funduszu na restrukturyzację banków mających kłopoty finansowe (takiego funduszu wymaga Unia Europejska, składka może wynieść 1-2 mld zł rocznie).

Czy to dobry pomysł? Na pierwszy rzut oka nie najgorszy. Zyski banków z tej prostej działalności, którą jest obracanie nie swoimi pieniędzmi, są gigantyczne. Łatwo można dojść do wniosku, że nie stanie się nic złego, jeśli bankowcy się nimi podzielą, zaś ograniczenie ich zysków z 16 mld zł do np. 8 mld zł nie wydaje się nadmiernie wysokim wymiarem „kary”.

Podatki bankowe różnego rodzaju obowiązują w wielu krajach, np. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, na Słowacji, w Rumunii czy na Węgrzech. Co prawda na Zachodzie były wprowadzone po wielkich wydatkach rządów na ratowanie banków, co w Polsce nie miało miejsca, ale nie da się ukryć, że banki bywają stosunkowo często obkładane „specjalnymi” podatkami.

Akcjonariusze banków na zapowiedzi Beaty Szydło reagują bardzo nerwowo. We wtorek, po ogłoszeniu szczegółów projektowanego podatku bankowego, akcje banków mocno spadały. Ich indeks WIG-Bank stopniał w ciągu kilku godzin o 3,3 proc., zaś akcje największych banków taniały jeszcze bardziej. Papiery Getin Noble Banku straciły ponad 9 proc., a BZ WBK, mBank i ING zostały przecenione o 4-5 proc.

Podatek, ale jaki?

Choć sam pomysł opodatkowania banków nie jest ani dziwny, ani rzadki, to trzeba powiedzieć, że PiS wybrał jego najbardziej kontrowersyjną formę, bowiem chce opodatkować najbardziej te banki, które udzieliły najwięcej kredytów (większość aktywów banków stanowią portfele kredytowe). Na świecie coraz częściej odchodzi się od takiego sposobu „karania” banków, uznając, że rykoszetem może oberwać cała gospodarka – taki podatek zachęca banki do zmniejszania akcji kredytowej, co uderza w konsumpcję (ludzie kupują na kredyt mniej lodówek i telewizorów), a przede wszystkim w inwestycje (firmy mogą mieć utrudniony dostęp do kredytów).

Dlatego np. w Niemczech, w Wielkiej Brytanii i na Słowacji podatkiem są obłożone nie aktywa, lecz pasywa banków, czyli źródła finansowania działalności kredytowej. I to nie wszystkie, bo zwykle z opodatkowania jest wyłączony kapitał podstawowy (każdy rząd jest zainteresowany, by banki miały go jak najwięcej w stosunku do skali prowadzonej działalności, bo wtedy są bezpieczniejsze) oraz depozyty klientów. Banki płacą podatek tylko wtedy, gdy pożyczą z zewnątrz pieniądze na finansowanie akcji kredytowej (np. zaciągną kredyt od innego banku albo wyemitują obligacje).

Dochód z takiego podatku jest mniejszy (np. w Niemczech banki oddają do budżetu mniej więcej tyle, ile chciałaby od polskich banków ściągnąć Beata Szydło, ale tamtejsza branża bankowa jest kilkanaście razy większa od naszej), jednak ryzyko skutków ubocznych dla gospodarki też jest ograniczone. Podatek od pasywów jest też wygodniejszym dla rządów narzędziem do wpływania na zrównoważony rozwój banków. Np. w Korei Południowej podatek od pasywów banki płacą tym większy, im bardziej krótkoterminowe są te pasywa.

Tym samym rząd zachęca bankowców, żeby nie tylko udzielali długoterminowych kredytów (co czynią z ochotą), ale też pozyskiwali na ten cel możliwie jak najbardziej długoterminowe finansowanie. W Polsce niedopasowanie aktywów (duża część z nich to długoterminowe kredyty hipoteczne, w połowie denominowane we frankach) i pasywów (95 proc. depozytów jest złożonych przez klientów na rok lub krócej) jest bardzo duże.

Pogoń za Orbánem, a Orbán się cofa

Drugim problemem jest wysokość podatku. Jakkolwiek nie odbiera on bankom całej rentowności, to przepisywanie przez kalkę rozwiązania proponowanego przed 2010 r. przypomina budowanie domu w przestarzałej technologii. Dziś już nawet największy wróg banków w Europie, Viktor Orbán, dochodzi do wniosku, że z podatkiem bankowym chyba przeszarżował. Węgry były pierwszym krajem, który wprowadził podatek bankowy w 2010 r., a jego najwyższa stawka wynosiła 0,5 proc. aktywów. Ostatnio premier Orbán zapowiedział, że w przyszłym roku podatek ma spaść do 0,3 proc. aktywów, zaś w kolejnych latach będzie nadal obniżany.

Wystarczy rzut oka na „osiągnięcia” węgierskich banków w ostatnich latach, by się przekonać, że nie pomagają zbytnio rozwojowi gospodarki. Gdy w Polsce w ciągu ostatnich pięciu lat wartość udzielonych kredytów wzrosła o 20 proc. (ze 176 do 210 mld euro), na Węgrzech skurczyła się o jedną trzecią (z 60 do 43 mld euro). To spory spadek, nawet jeśli jego część zrzucimy na różnice kursowe (osłabienie forinta do euro).

Trzecim pytaniem związanym z podatkiem bankowym proponowanym przez PiS jest jego wpływ na ceny produktów bankowych. Nie ma żadnych opracowań, które pokazałyby, że w krajach prowadzących „agresywną” politykę podatkową w stosunku do banków ceny podstawowych usług bankowych są wyższe. W Polsce obserwujemy jednak, że po wprowadzeniu ustawy zabierającej bankom ponad miliard złotych rocznie dochodów z obsługi kart bankowcy nie zbiednieli – „odebrali” sobie te pieniądze w cenach kredytów konsumpcyjnych. Nie da się ich podwyższać w nieskończoność, ale być może wraz z wprowadzeniem podatku bankowego definitywnie skończy się w Polsce era darmowych ROR-ów.

Projektowane wpływy z podatku bankowego – 5-6 mld zł rocznie – ucieszą, o ile po drugiej stronie nie pojawi się spadek wpływów podatkowych wynikający z mniejszej akcji kredytowej. A tu do stracenia jest znacznie więcej, bo rocznie rząd zbiera z podatków 370 mld zł, z czego 135 mld zł stanowi VAT, 60 mld zł to akcyza, 25 mld zł to podatek dochodowy od firm, zaś 45 mld zł – od osób fizycznych.

Zobacz także

wyborcza.biz

Kara dla naszego Kościoła

Konrad Sawicki, 08.07.2015
Papież Franciszek

Papież Franciszek (GIAMPIERO SPOSITO / REUTERS / REUTERS)

Latem przyszłego roku Polskę ma odwiedzić papież. Okazją ku temu są Światowe Dni Młodzieży organizowane w Krakowie. Franciszka zaprosili też biskupi innych miast: Gniezna, Poznania, Częstochowy, Warszawy i Wrocławia. Najprawdopodobniej jednak usłyszą stanowcze „nie”.
Biskup Rzymu postanowił, że przyjedzie tylko do Krakowa, ewentualnie może odwiedzi Jasną Górę – informuje „Rzeczpospolita”. Powód? Papież nie chce, by jego wizyta w innych miastach przyćmiła spotkanie z młodzieżą.Na pierwszy rzut oka to wytłumaczenie ma sens. Gdy dwa lata temu Franciszek wybrał się na Światowe Dni Młodzieży do Rio de Janeiro, również nie podróżował po kraju. Wyjątkiem było sanktuarium w Aparecidzie. Jednak w Brazylii papież spędził wtedy siedem dni. U nas będzie zaledwie trzy. Poza tym kard. Bergoglio wcale nie trzyma się sztywno zasady przebywania tylko w miejscu, w którym odbywa się docelowe wydarzenie. We wrześniu pojedzie do Filadelfii na Światowe Spotkanie Rodzin. Nie przeszkodzi mu to przy okazji odwiedzić Waszyngtonu i Nowego Jorku.

To są niby drobne rzeczy, ale w języku kościelnym znaczące. Tylko trzy dni? Tylko Kraków? Decyzja o odrzuceniu pozostałych zaproszeń bez wątpienia zostanie odebrana przez część naszego Episkopatu jako afront uczyniony polskiemu Kościołowi. Jeśli tak, jeśli papież faktycznie chce w ten sposób trochę utrzeć nosa wspólnocie znad Wisły, to zapytajmy uczciwie, czy przypadkiem nasz Kościół na taką karę sam nie zapracował.

Tajemnicą poliszynela jest, że znaczna część polskiego kleru nie akceptuje stylu sprawowania urzędu przez obecnego biskupa Rzymu. Niektórzy krytykują Franciszka otwarcie, inni przyjmują postawę na przeczekanie. To samo dotyczy bardziej konserwatywnych wiernych. Sceptyczne nastawienie przekłada się na czyny lub zaniechania, które stają się symboliczne.

Weźmy na przykład dwa synody o rodzinie, czyli autorski projekt kard. Bergoglio. Na ankiety, które miały pomóc w rozeznaniu faktycznej sytuacji rodzin na świecie, nasi biskupi nie pozwolili odpowiedzieć szerszym kręgom wierzących. W efekcie do Watykanu odesłano stanowisko oparte wyłącznie na opinii ludzi blisko związanych z hierarchią.

Kolejna rzecz: dokumentu przygotowawczego do pierwszego synodu nawet nie przetłumaczono na polski, choć o własny przekład zadbały chociażby ateistyczne Czechy. Pamiętamy też zachowanie abp. Stanisława Gądeckiego. Nasz przedstawiciel w Watykanie nie dość, że na synodzie nie zabrał oficjalnie głosu w dyskusji, to mediom o tym wydarzeniu mówił w sposób bardzo krytyczny.

Druga sprawa to encyklika „Laudato Si” – jak wiadomo, oczko w głowie Franciszka. Na oficjalnej prezentacji dokumentu w Warszawie nie było ani jednego polskiego biskupa. Jak musiał się tam czuć przedstawiciel Watykanu abp Celestino Migliore? Mijają trzy tygodnie od publikacji tekstu. Ani jeden hierarcha w sposób poważny nie wypowiedział się o „ekologicznej” encyklice. To ewidentne lekceważenie.

Te sygnały o sceptycznym nastawieniu liderów polskiego Kościoła do papieża z pewnością docierają do adresata. Konsekwencją może być wspomniane ograniczenie przyszłorocznej wizyty do Krakowa.

Konrad Sawicki – publicysta, redaktor „Więzi”

wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: