Hairwald

W ciętej ranie obecności

PRL (14.07.2015)

 

TVN24: Zjednoczona Lewica dzieli wyborcze „jedynki”. Miller w Gdyni, Palikot w Lublinie

mf, 14.07.2015
TVN24 informuje nieoficjalnie, że TR i SLD zaczęły układać wspólne listy wyborcze. Wiadomo też, kto obsadzi pierwsze miejsca na niektórych listach: m.in. w Warszawie, Łodzi, Trójmieście, Poznaniu.
Leszek Miller i Janusz Palikot

Leszek Miller i Janusz Palikot (Fot. Agencja Gazeta)

 

Oficjalnie o podziale miejsc na listach koalicja Zjednoczonej Lewicy ma poinformować w weekend. Jednak już teraz TVN24 zdradza niektóre szczegóły porozumienia zawartego między SLD a Twoim Ruchem.

Reporterzy stacji dotarli do informacji na temat obsady tzw. jedynek, czyli pierwszych, najbardziej prestiżowych miejsc na listach wyborczych w kilku polskich miastach – część z nich przypadnie SLD, część politykom TR.

Z pierwszego miejsca w Gdyni kandydować będzie Leszek Miller, a Joanna Senyszyn w Gdańsku. Z kolei Katarzyna Piekarska wystartuje w okręgu podwarszawskim. Znana jest także obsada jedynek w Płocku, Toruniu i Olsztynie – miejsca te przypadną odpowiednio Włodzimierzowi Czarzastemu, Jerzemu Wenderlichowi i Tadeuszowi Iwińskiemu. Liderem listy wrocławskiej będzie Wincenty Elsner, łódzkiej – Dariusz Joński, a w Sosnowcu jedynka przypadnie Krzysztofowi Gawkowskiemu.

Twój Ruch może zaś liczyć m.in. na prestiżowe pierwsze miejsce w stolicy – dostanie je Barbara Nowacka. Inne jedynki, które przypadną Twojemu Ruchowi, to Lublin (Janusz Palikot), Bydgoszcz (Kazimiera Szczuka), Poznań (Ewa Wójciak) i Chełm (Michał Kabaciński).

Jak podaje TVN24, jedno pierwsze miejsce dostanie też ktoś z trójki reprezentującej Ruch Wolność i Równość – Wanda Nowicka, Robert Kwiatkowski, Jan Hartman.

gazegta.pl

 

 

zjednoczonaLewica1

jeśliDojdzie

Co by było, gdyby Superman-niemowlak wylądował w radzieckiej Ukrainie? Znakomity komiks „Czerwony syn”

Marcin Zwierzchowski, 14.07.2015
Komiks

Komiks „Superman. Czerwony syn” (Egmont Polska)

Superman na piersi nosi sierp i młot, a komuniści opanowują świat. W Polsce jest już „Superman. Czerwony syn”. Na wybitny komiks Marka Millara czekaliśmy ponad dekadę
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Trudno o coś bardziej amerykańskiego niż Superman. Może Statua Wolności, może hamburger, ewentualnie Myszka Miki. Stworzony przez Jerry’ego Siegela i Joe’a Shustera heros w komiksie zadebiutował w 1938 r. na łamach pierwszego numeru pisma „Action Comics”. Do dziś pozostaje najważniejszym, najpotężniejszym i najbardziej rozpoznawalnym superbohaterem. To symbol, wcielenie nie tylko siły, ale przede wszystkim prawości, obrońca „prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia”. Nawet stworzony w 1941 r. przez konkurencyjne wydawnictwo Marvel Comics Kapitan Ameryka nie był w stanie się przebić do masowej wyobraźni jako lepszy symbol Stanów Zjednoczonych.Tu ziemia. 12 godzin później

W całą tę mitologię z butami wszedł Mark Millar. Tego szkockiego scenarzysty komiksowego możecie nie kojarzyć z publikacji, choć w Polsce ukazało się ich sporo. Z pewnością jednak w kinie trafiliście na jedną z ekranizacji jego historii – „Wanted – Ścigani” z Angeliną Jolie, filmy z serii „Kick-Ass” czy zbierającego niedawno świetne recenzje „Kingsmana: Tajne służby” z Colinem Firthem w roli tajnego agenta.

Jeżeli zaś przegapiliście te produkcje, nie ma co płakać, bo jeszcze w sierpniu na wielkim ekranie obejrzymy czerpiącą z jego komiksów „Fantastyczną Czwórkę”, a w 2016 r. Disney i Marvel pokażą „Kapitana Amerykę: Wojnę domową”, będącą adaptacją bodajże najgłośniejszej historii obrazkowej ze scenariuszem Millara.

*

W 2003 r. dopiero budował przyszłą renomę. Zaczął bardzo odważnie. „Superman. Czerwony syn” to historia alternatywna, która realizuje scenariusz „co by było, gdyby”. Dokładniej zaś odpowiada na pytanie, jak wyglądałby świat, gdyby statek kosmiczny, którym ostatni Kryptończyk Kal-El (prawdziwe imię Supermana) jako niemowlę przybył na Ziemię, dotarł na naszą planetę ledwie 12 godzin później.

Młody Kent w kołchozie

Wylądowałby wtedy nie na amerykańskiej ziemi, w Kansas, gdzie znaleźli go Martha i Jonathan Kentowie, ale na terenie Ukrainy będącej wtedy częścią Związku Radzieckiego. Dorastałby w jednym z radzieckich kołchozów, gdzie do 12. roku życia byłby zwykłym chłopcem. Z czasem jednak dałyby o sobie znać jego moce, począwszy od supersłuchu, wzroku i nadnaturalnej siły po umiejętność latania. Po wielu latach Superman w końcu przeniósłby się do Moskwy, gdzie trafiłby w opiekuńcze objęcia Stalina i stałby się jego najpotężniejszą bronią.

Według najbardziej oczywistego pomysłu wychowany w ZSRR Człowiek ze Stali byłby „złym”, z którym walczyłyby Stany Zjednoczone. Ale całkowite odwrócenie mitu Supermana dałoby nudną i przewidywalną opowieść. Mark Millar poszedł w inną stronę. Jego heros to tak naprawdę ta sama osoba, którą znają fani komiksów, to samo ucieleśnienie sprawiedliwości i chęci pomagania innym. Wychowano go jednak w innym systemie wartości, otaczają go inni ludzie, pchają go na inną ścieżkę, którą niechętnie, ale jednak podąża, każdorazowo myśląc, że podejmuje słuszne decyzje.

Prezydent Superman

„Czerwony syn” to opowieść o wielkiej potędze, dzięki której ziszcza się komunistyczny sen. Po śmierci Stalina, który ginie otruty, Superman nie przejmuje władzy, odrzucając płynące z Partii wyraźne prośby; od początku stanowczo mówił, że nie chce się mieszać do polityki. Zmienia jednak zdanie, gdy dostrzega nędzę ludzi głodujących na ulicach Moskwy. Chce pomóc i naprawić system. Staje się prezydentem Supermanem.

Wkrótce niemalże cały świat przechodzi pokojową rewolucję. Potęga nowego lidera Związku Radzieckiego i jego inteligencja (Człowiek ze Stali to nie tylko mięśnie) przyciągają do Układu Warszawskiego wszystkich, oprócz Stanów Zjednoczonych. Jak zauważa sam Superman, w dniu jego 63. urodzin na świecie jest 6 mld komunistów. „Moskwa funkcjonowała z precyzją szwajcarskiego zegarka, jak każde inne miasto w Globalnym Związku Radzieckim. Każdy dorosły miał pracę. Każde dziecko miało hobby. I wszyscy ludzie korzystali z pełnych ośmiu godzin snu, których wymagały ich ciała. Zbrodnia nie istniała. Wypadki się nie zdarzały. Nawet deszcz nie padał, dopóki Brainiac [wróg Supermana, obecnie przez niego kontrolowany] nie był całkowicie pewien, że każdy ma przy sobie parasolkę. Prawie 6 mld obywateli i niemalże nikt nie narzekał”.

Dobrymi chęciami…

Niemalże nikt. Ceną za ziszczenie tego snu jest to, że Superman stał się prawdziwie wszechwładnym Wielkim Bratem. Mark Millar wyraźnie skupił się na tym aspekcie Supermana – nie zrobił z niego kogoś złego, ale po prostu nadopiekuńczego. Oto prezydent, który wszystko słyszy, który wszystko widzi, który na wszystko może reagować. Ma szlachetne intencje, ale ślepa wiara w ideologię sprawia, że siłą nagina wszystkich do bycia szczęśliwymi. Dzięki jego potędze komunizm triumfuje, Związek Radziecki ekonomicznie dominuje nad światem, a kapitalistyczne Stany Zjednoczone popadają w ruinę i stopniowo się rozpadają. W pewnym, bardzo znaczącym momencie Superman mimochodem sam nazywa siebie bogiem.

Millar stworzył niejednoznaczną opowieść, w której – inaczej niż w tradycyjnych komiksach superbohaterskich – podział na dobrych i złych nie istnieje. Ponieważ w dużej mierze narratorem jest sam Człowiek ze Stali, znamy jego prawdziwe intencje. Widzimy ich przerażające efekty, ale wiemy, że cel był szlachetny. Naprzeciw niego stają inni nieoczywiści bohaterowie, jak wybitny naukowiec Lex Luthor, geniusz owładnięty myślą pokonania Supermana, trawiący swój talent na tworzenie Człowiekowi ze Stali nowych przeciwników, czy radziecki Batman – terrorysta w czapce uszatce i pelerynie, brutalnie walczący z reżimem prezydenta Supermana. Kto tu jest łotrem, a kto herosem?


Plansza z komiksu „Superman. Czerwony syn”

Piękno historii Marka Millara polega między innymi na tym, że na to pytanie nie sposób odpowiedzieć. Szkot nie skupił się na scenach akcji, ale stworzył realistyczną historię o tym, co by było, gdyby ludzkość otrzymała swojego zbawcę – wszechwładną, sprawiedliwą nadistotę, która chciałaby nad nami czuwać i dbać o nasz dobrobyt. Oddalibyśmy się pod jej opiekę? Czy może jednak walczyli o prawo do popełniania własnych błędów?

Znamienny jest dialog, w którym Superman żali się Wonder Woman, że odkąd on czuwa, ludzie przestali zapinać pasy, a statki nie są już wyposażane w kamizelki ratunkowe. Najwidoczniej ludzkość z ulgą zrzuciła odpowiedzialność za siebie na cudze barki.

Kreska z radzieckiej propagandy

Chwaląc przemyślany scenariusz Marka Millara, nie można nie wspomnieć także o warstwie wizualnej. Rysownicy Dave Johnson i Kilian Plunkett niezwykle umiejętnie połączyli swoje style z charakterystyczną kreską radzieckich plakatów propagandowych. Udanie przemodelowali także komiksowe uniwersum i jego bohaterów, jak Superman, Batman i Wonder Woman czy Zielona Latarnia na radziecką modłę. Fani historii obrazkowych docenią, że „Superman. Czerwony syn” to nie tylko jeden z ciekawszych komiksów superbohaterskich, jakie powstały, ale także jeden z najlepszych wizualnie.

Trochę dziwi tylko, że na jego polską edycję czekać musieliśmy aż 12 lat. Można by przecież pomyśleć, że gdzie jak gdzie, ale w Polsce historia o Supermanie jako obywatelu Związku Radzieckiego zostanie w pełni doceniona.


Scenariusz: Mark Millar
rysunki: Dave Johnson, Kilian Plunkett
Superman. Czerwony syn

Egmont
Warszawa

Zobacz także

supermenwZSRR

wyborcza.pl

 

Zjednoczona Lewica szykuje się do ostrego boju. „Jedynki” już są

14.07.2015

Zjednoczona Lewica szykuje się do ostrego boju. "Jedynki" już są

Foto: tvn24 | Video: tvn24Kogo wystawi na „jedynkach” lewica?

Z informacji TVN24 wynika, że lewica podzieliła już między sobą miejsca na listach wyborczych. Wiadomo, które „jedynki” obsadzi SLD, a które Twój Ruch. Teraz nadszedł ten najtrudniejszy moment. – To jest początek układania list. Łatwo nie jest – mówi wicemarszałek Sejmu Wanda Nowicka.

Lewica porozumiała się już co do części nazwisk, a reporter TVN24 Michał Tracz dotarł do szczegółów. Z ramienia SLD Leszek Miller będzie numerem jeden w Gdyni, Joanna Senyszyn w Gdańsku, w okręgu podwarszawskim Katarzyna Piekarska, w Płocku Włodzimierz Czarzasty, w Toruniu Jerzy Wenderlich, w Olsztynie Tadeusz Iwiński, we Wrocławiu Wincenty Elsner, w Sosnowcu Krzysztof Gawkowski, a w Łodzi – Dariusz Joński.

Kilka „pewniaków” dostanie też Twój Ruch. Janusz Palikot otworzy listę w Lublinie, Kazimiera Szczuka w Bydgoszczy, Ewa Wójciak w Poznaniu a Michał Kabaciński w Chełmie. Najważniejsza i najbardziej prestiżowa „jedynka” w Warszawie ma przypaść Barbarze Nowackiej.

Troje na jedno miejsce

Co najmniej jedno pierwsze miejsce ma otrzymać też Ruch Wolność i Równość. Może to być Gorzów Wielkopolski i Zielona Góra, a walczą o nie Wanda Nowicka, Robert Kwiatkowski i Jan Hartman.

To wstępne porozumienie, ostateczne decyzje partie mają podjąć w sobotę. SLD i Twój Ruch podjęły decyzję, że wspólny komitet będzie nazywał się Zjednoczona Lewica. Problem w tym, że jako koalicja, by dostać się do Sejmu, będzie musiał przekroczyć próg ośmiu, a nie jak w przypadku partii, pięciu procent.

 

„PiS. Paranoja i Schizofrenia”. Zawiadomienie do prokuratury po wpisie Szejnfelda

14.07.2015

"PiS. Paranoja i Schizofrenia". Zawiadomienie do prokuratury po wpisie Szejnfelda
Foto: Flicr (CC BY 2.0) / Piotr Drabik, FacebookPo publikacji grafiki Grzegorz Piechowiak złożył zawiadomienie do prokuratury

Do prokuratury trafiło zawiadomienie w sprawie Adama Szejnfelda, po tym jak na profilu eurodeputowanego PO pojawiła się kontrowersyjna grafika. Na obrazku znajdował się krzyż wbity w Polskę, a na nim logo PiS i napis „Paranoja i Schizofrenia”.

Grafika opublikowana w zeszłym tygodniu na facebookowym profilu eurodeputowanego PO Adama Szejnfelda szybko została usunięta. Nie wiadomo czy kontrowersyjny obrazek został udostępniony przez samego polityka, czy przez osobę, która zarządza jego  profilem w serwisie społecznościowym.

Zawiadomienie do prokuratury

Jak donosi „Wprost” grafika umieszczona na profilu Adama Szejnfelda wywołała aferę. Grzegorz Piechowiak z Polski Razem uważa, że eurodeputowany udostępniając obrazek przedstawiający krzyż wbity w Polskę dopuścił się obrazy uczuć religijnych.

Grzegorz Piechowiak złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury. – Ja, jako katolik, nie mogę się zgodzić, żeby wykorzystywała jakakolwiek partia czy osoba symbole religijne do walki politycznej – tłumaczył.

Źródło: facebookKontrowersyjna grafika, która pojawiła się na profilu polityka PO

 

Kopacz do Kaczyńskiego: proponuję prezesowi, żeby się lepiej przygotowywał do występów

14.07.2015

Kopacz do Kaczyńskiego: proponuję prezesowi, żeby się lepiej przygotowywał do występów

Video: tvn24Premier Ewa Kopacz odpowiedziała na zarzuty prezesa PiS

– Pan Kaczyński dzisiaj niech nie straszy górników – tak premier Ewa Kopacz odpowiedziała prezesowi PiS na jego obawy związane z sytuacją w górnictwie. Zdradziła swoje plany związane ze startem w wyborach parlamentarnych. – Moim okręgiem wyborczym jest cała Polska, ale najprawdopodobniej będę startowała z Warszawy – oznajmiła.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński na poniedziałkowej konferencji w Warszawie mówił, że „w przemyśle wydobywczym jest w przemyślany sposób tworzona sytuacja, w której po wyborach, kiedy prawdopodobnie będzie nowy rząd, może zabraknąć pieniędzy na wypłaty dla górników”.Na jego słowa odpowiedziała szefowa rządu. – Jeśli pan prezes dzisiaj wygłasza tego rodzaju teorie, to ja z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć: pan prezes się mniej na górnictwie zna niż sami górnicy – oświadczyła Ewa Kopacz.

Przypomniała, że dwa tygodnie temu Platforma przedstawiła „kompleksowy i kosztowny” program dla Śląska. Dodała, że dzisiaj to sami górnicy uczestniczą w programie naprawczym, a PiS było przeciwne ustawie, która pozwalała naprawiać kopalnie. – O ile mnie pamięć nie myli, to nikt inny jak pan prezes Kaczyński w swoim expose mówił, (że) trzeba już myśleć o tym, by budować elektrownie atomowe, zapominając, że mamy taki wielki skarb jak węgiel, na którym opiera się nasze bezpieczeństwo energetyczne – mówiła.

– Pan Kaczyński dzisiaj niech nie straszy górników. Dzisiaj jest czas, aby ponadpolitycznie pomagać górnikom, kopalniom – dodała.

Premier zapewniła, że rząd ma pieniądze na restrukturyzację spółek górniczych. –  Nie ma żadnych obaw, ze nie będzie pieniędzy na wypłaty, więc proponuję panu prezesowi, żeby się lepiej przygotowywał do tych występów – dodała.

„Nie ma zagrożenia dla wypłat wynagrodzeń”

Także nadzorujące restrukturyzację górnictwa Ministerstwo Skarbu Państwa poinformowało, że nie ma zagrożenia wypłat dla górników. „Sytuacja ekonomiczna spółek wydobywczych jest trudna, co wynika z czynników zewnętrznych – głównie spadku cen węgla i nadprodukcji na rynku światowym. Poziom płynności jest na bieżąco monitorowany – nie ma zagrożenia dla wypłat wynagrodzeń” – napisano w komunikacie.

„Rząd RP zapewnia, że do końca bieżącej kadencji Parlamentu zostaną zamknięte wszystkie kluczowe etapy w najistotniejszych dla sektora kwestiach: tj. zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego kraju, zapewnienie funkcjonowania spółek sektora i utrzymanie wydobycia węgla” – dodał resort.

„Szanujemy Kościół”

Ewa Kopacz skomentowała słowa prezesa PiS, które  wypowiedział w niedzielę podczas uroczystości 24. Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasnej Górze. – Nie ma Polski bez Kościoła, nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół – mówił Jarosław Kaczyński.Przewodnicząca Platformy podkreślała, że w jej partii również jest frakcja ludzi o poglądach konserwatywnych. – Bardzo ich cenimy i niczym Platforma nie odbiega od teorii, którą wygłasza PiS. Szanujemy Kościół, absolutnie nigdy, nawet przez moment nie mówiliśmy, że chcemy jakiejkolwiek walki z Kościołem. Szanujemy przekonania ludzi, którzy do kościoła chodzą. To są również nasi koledzy, którzy są w naszym ugrupowaniu – przekonywała.

„Oni widzą ruinę, ja pięknie rozwijającą się Polskę”

Premier nie chciała powiedzieć, jakie koalicje mogą jej zdaniem powstać w parlamencie po jesiennych wyborach. – Będziemy mogli mówić o konkretach dopiero wtedy, kiedy komisje wyborcze podliczą głosy – powiedziała.Przyznała jednak, że „jest niebezpieczeństwo”, iż rządzić będzie PiS z ugrupowaniem Pawła Kukiza.

Przekonywała, że to PO i PSL gwarantują rozwój kraju i silną pozycję w Unii Europejskiej. – Czego nie mogę powiedzieć o naszych oponentach, którzy są eurofobami, stawiają diagnozy, które nijak się mają do rzeczywistości. Jak ich słucham, to mam wrażenie, że żyjemy  w dwóch różnych krajach, w równoległych wszechświatach. Oni widzą ruinę, a ja widzę pięknie rozwijającą się Polskę. Oni widzą wszędzie tych, którzy chcą im zrobić krzywdę, a ja widzę w ludziach przyjaciół. To są zasadnicze rzeczy, którymi się różnimy – powiedziała.

– Ja bym proponowała, żeby Polacy jednak dzisiaj w dalszym ciągu wierzyli, że Polska będzie się rozwijać, że Polska nie jest w ruinie, jak opowiadają nasi oponenci polityczni – mówiła Kopacz.

 

"Oni widzą tych, którzy chcą im zrobić krzywdę, a ja widzę w ludziach przyjaciół"
Wideo: tvn24„Oni widzą tych, którzy chcą im zrobić krzywdę, a ja widzę w ludziach przyjaciół”

Pożyczki dla szpitali

Premier poinformowała o pomocy finansowej m.in. dla Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi i Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Chodzi o doraźną pożyczkę z funduszu restrukturyzacji przedsiębiorców w wysokości 100 mln zł oraz wyższą wycenę świadczeń wysokospecjalistycznych finansowanych z NFZ.

Pożyczkę otrzymają także Instytut Matki i Dziecka przy ul. Kasprzaka w Warszawie i Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie – Prokocimiu. Natomiast wyższa wycena świadczeń obejmie także inne instytuty medyczne, tak aby kontrakty zostały zwiększone o 2 proc.

Kopacz zapowiedziała, że w ciągu miesiąca nastąpi zmiana rozporządzenia, tak aby możliwe było uruchomienie pożyczki doraźnej dla tych czterech szpitali.

Start z Warszawy

Na późniejszej konferencji prasowej premier poinformowała, że w jesiennych wyborach parlamentarnych wystartuje najprawdopodobniej z Warszawy. – Myślę, że moim okręgiem wyborczym jest cała Polska i ja jeżdżę po całej Polsce, ale najprawdopodobniej będę startowała z Warszawy – oświadczyła. W poprzednich wyborach Kopacz zdobyła mandat poselski w okręgu radomskim.Również wicepremier, szef MON Tomasz Siemoniak pytany był, czy będzie się ubiegał o mandat posła czy senatora oraz z jakiego okręgu. – Ja mogę powiedzieć tak: jeśli pani premier (…) postawi mi takie zadanie, to będę kandydował, natomiast za wcześnie jest, by mówić o jakichś szczegółach – powiedział Siemoniak.

W ubiegły czwartek na posiedzeniu zarządu PO ustalono, że listy Platformy w jesiennych wyborach parlamentarnych mają być gotowe do końca lipca; prawdopodobnie 6 sierpnia zatwierdzi je Rada Krajowa partii.

 

Wybory parlamentarne 2015 »

Wybory parlamentarne 2015
Wideo: Fakty TVN13.07.2015 | Kaczyński na Jasnej Górze: nie ma Polski bez Kościoła, bez jego tradycji

 

Historia PRL: Prostytutki przed sądem skarżyły się na łamanie konstytucji

(fot. Materiał ilustracyjny z tygodnika “wprost“)(fot. Materiał ilustracyjny z tygodnika “wprost“)
Luksusowe prostytutki z Hotelu Europejskiego poskarżyły się przed sądem na łamanie konstytucji.

Gość zaczepiony w hotelowej kawiarni w Warszawie okazał się steranym już wiekiem towarzyszem z Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie. Latem 1971 r. przyjechał służbowo do Warszawy i nocował w Europejskim. Wieczorem zszedł do kawiarni. Prostytutki, które jak zwykle siedziały przy drzwiach, zmobilizowała obfitość trunków zamawianych przez gościa. Ponieważ nie reagował na ich przemarsz przez salę (niby do toalety), dwie podeszły do stolika. Gość zapytał za ile i gdy usłyszał stawkę, bardzo się zdenerwował i opuścił kawiarnię. Nazajutrz do dyrektora Przedsiębiorstwa Hoteli Europejski-Bristol zadzwonił telefon z KC. – Co się tam u was dzieje, towarzyszu! – grzmiał partyjny funkcjonariusz. – Dziwki zaczepiają porządnych ludzi. W najbardziej reprezentacyjnym hotelu Warszawy nie można spokojnie wypić kawy. Zróbcie z tym porządek! Następnego dnia dyrektor wydał służbie z parteru zakaz wpuszczania kobiet lekkich obyczajów. Jeśli prostytutka weszła już do hotelu z gościem zagranicznym, interwencja była zabroniona; Polska potrzebowała twardej waluty. – Rozumiemy się? – dyrektor zapytał portierów, choć dobrze wiedział, że podobne instrukcje dostali z SB. Przez dwa-trzy dni rzeczywiście „panienki” nie mogły się dostać do hotelu. Ubrani w kanarkowe liberie portierzy zatrzymywali je, wysuwając jak szlaban rękę. Kobiety złorzeczyły, odwoływały się do starej znajomości, opluwały lub kopały odźwiernych. Z czasem zmieniły taktykę: na szybach hotelowego holu pojawiły się dolarowe banknoty przytrzymywane od zewnętrznej strony przez przymilnie uśmiechnięte właścicielki „zielonych”. Portierzy poszli po rozum do głowy: skoro dyrektor ustanowił rogatkę, to można brać myto za przymknięcie oka. Uzbrojeni w zarządzenie szefa wymyślili zróżnicowany (w zależności od pory dnia) cennik nie tylko za otwarcie niepożądanym gościom drzwi do hotelu, ale również do windy, kawiarni, salonu fryzjerskiego.

 

Nie przewidzieli jednego: ofiary ich wyzysku to nie były jakieś dworcowe cichodajki. Prostytutki dyżurujące w kombinacie Europejski-Bristol należały do elity warszawskiego półświatka. Kobiety miały szerokie, acz dyskretne, znajomości. Jedna z nich pożaliła się klientowi, który był prokuratorem. A ten się oburzył. Co za bezprawie! Prostytucja w Polsce Ludowej nie jest zakazana, natomiast czerpanie zysku z nierządu – tak. Klient poradził obsługującej go damie, aby wraz z koleżankami napisały do prokuratury skargę na szantażystów z hotelowej rogatki. I niech dołączą zdjęcia portierów szczególnie natarczywie domagających się pieniędzy. On nada temu bieg.

PANI TU NIE WEJDZIE

Półtora roku później przed Sądem Powiatowym Warszawa-Śródmieście rozpoczął się z oskarżenia publicznego proces dziewięciu portierów i szatniarzy zatrudnionych w Hotelu Europejskim. Prokurator zarzucił im czerpanie zysku z cudzego nierządu, za co groziła kara więzienia od roku do dziesięciu lat. To był pierwszy tego rodzaju proces w PRL, bardzo nagłośniony, w zatłoczonej ławie prasowej trzeba było upchnąć nawet przedstawicieli „Słowa Powszechnego”. 17 pań ubranych skąpo, jak do pracy (co zdecydowanie ożywiło ponure mury sądu), stawiło się w charakterze świadków. Ponieważ oskarżeni nie przyznawali się do egzekwowania haraczu – co więcej, twierdzili, że widzą prostytutki po raz pierwszy – one w obszernych, pełnych szczegółów zeznaniach starały się uprawdopodobnić sytuację, w jakiej się znalazły z powodu pazerności swoich krzywdzicieli.

– Może pan Władzio mnie nie poznaje, proszę wysokiego sądu, bo ja dla niego nie jestem Iwona S., jak tu mnie wywołali, tylko Sikorka – pospieszyła z wyjaśnieniem ostro wymalowana blondyna. W ślad za Sikorką wszystkie przesłuchiwane panie podały swoje ksywy: Śmieszka, Kulawa Monia, Matrona, Izaura… Na pytanie, czym się świadek zajmuje, odpowiadały otwarcie, że nierządem. I nie mają zamiaru swej profesji zmienić. – Byłabym głupia – podała szczerze do protokołu 19-letnia Izaura. – Gdzie ja tyle zarobię? Po dwóch latach zgromadziłam na koncie PKO około miliona złotych [średnia pensja w 1973 r. to 2800 zł – red.]. Gdy sąd przeszedł do stawek dyktowanych przez portierów, emocje pokrzywdzonych rozgrzały wszystkich na sali. Nie zawiodła się publiczność, którą ściągnęła chęć poznania pikantnych szczegółów z życia klientów przebojowych panienek. Wśród których, jak wieść niosła, były osoby znane w Warszawie.

Wszyscy usłyszeli, że za każde wejście do hotelu, czy to przez drzwi kawiarniane, czy obrotowe do głównego holu, trzeba było płacić portierowi stawkę 50-100 zł (do godziny 22.00) i 500 zł później. Bez tego portier zagradzał drogę wyciągnięciem ręki, decydując: „Pani tu nie wejdzie”. Gdy dostał swoje, mówił nawet: „Dzień dobry”. Osobny cennik (pięć dolarów) obowiązywał za wejście na piętro i zapukanie do gościa w pokoju. Szatniarze za obsługę brali nie jak od zwykłych konsumentów jeden złoty, tylko 20. Papierosy Pall Mall kosztowały u nich nie 35 zł, ale 70. U kelnerów trzeba było wykupywać podwójne bony konsumpcyjne. W kawiarni specjalnie kładli na stolikach szklane popielniczki, żeby zobaczyć, czy są dla nich lewe pieniądze. – To było, k…, nie do wytrzymania, panie sędzio – wzburzona Izaura przestała się już liczyć ze słowami. – Ja z tych 50 tys., które średnio wyciągam miesięcznie, musiałam im oddawać aż 15, czysty rozbój. Przecież każdy gość hotelowy ma prawo do 22.00 przyjmować, kogo chce. Kolejna prostytutka, domagając się kary dla prześladowców, brała sąd na litość: – Ja mam dziecko, muszę pracować, gdzie pójdę, bojki (w żargonie goście dewizowi), jeśli nie są gołodupcami, zatrzymują się głównie w Europejskim albo w Bristolu. Dziany Hiszpan to nawet zapłaci 100 papierów [żarg. dolarów – red.], choć stawka jest 30. Gdzie ja tyle zarobię? I z tego rozżalenia zamachnęła się torbą na skulonego w ławie portiera. Nim woźny sądowy ją wyprowadził, zdążyła krzyknąć oskarżonemu w twarz: – Cholerny esesmanie! Zgnijesz w mamrze! Ten portier, Wacław W., był przez „panienki” szczególnie znienawidzony za pazerność. W śledztwie obliczono, że tylko w ciągu dwóch miesięcy wyciągnął od nich co najmniej 45,5 tys. zł, co na rozprawie z jego inicjatywy skorygowano do 44,5 tys. zł. Sumy łapówek były trudne do ustalenia, bo pokrzywdzone nie pamiętały, ile razy gościły w Europejskim od 1969 r. do końca 1972 r., a ten okres obejmował akt oskarżenia.

MIAŁEM DO CZYNIENIA Z DEBILAMI

Portier Wacław W., oskarżony o zyski w kwocie 71,1 tys. zł, po kilku rozprawach zaczął wreszcie rozpoznawać wezwane na świadków bywalczynie Europejskiego. Ale nie przyznał się do wymuszenia haraczy. Przeciwnie, przedstawiał się jako ofiara agresywnych panienek. – Strach było wyjść, proszę wysokiego sądu, przed hotel, aby zająć się gościem. Człowiek miał zajęte ręce bagażem, a tu znienacka dostał butem w głowę. One groziły, że jeśli nie ustąpimy, obleją nas kwasem solnym. Myśmy się ich tak bali, że na ulice wychodziliśmy tylko w grupie. Z tego ciągłego strachu o życie Kazimierz S., najstarszy z nas, wpadł w nerwicę, musiał dochodzić do zdrowia w sanatorium – zeznawał.

Inny portier, który też nie przyznawał się do brania łapówek „od takich”, oburzył się. Przyczyny zamieszania z prostytutkami upatrywał w zmianie pokoleniowej. Gdy nad wszystkim czuwała doświadczona pani Mariola, nie było spięć między obsługą hotelu a panienkami. Ale się zestarzała, musiała odejść. Bardzo kulturalne panie, które pracowały przy jej boku, też zniknęły, bo albo wyszły za cudzoziemców, albo z powodu wieku musiały się przenieść do lokali niższej kategorii. O zwolnione miejsca zaczęły walczyć nowe – młode, często 16-letnie. – I dla tych, proszę wysokiego sądu, nie było już żadnych przeszkód. Stanąłem przy drzwiach głównych, to przeskoczyły płotek w kawiarnianym ogródku albo weszły przez zakład fryzjerski – narzekał. – Niech pan sędzia zapyta go, ile zarabia, skąd miał na willę i samochód – podpowiadała z ławy dla publiczności Kulawa Monia. Sąd przywołał świadka do porządku, ale pytanie zadał. Okazało się, że zgodnie z widełkami płac, portierzy zarabiali poniżej średniej krajowej: 1300 zł. Jednakże, o paradoksie, pod naporem pytań prokuratora wyszło na jaw, że aby dostać tę robotę, trzeba się było wykosztować na 30 tys. zł odstępnego. Zeznający w sprawie dyrektor (był świadkiem, choć zarządzenie o niewpuszczaniu prostytutek wydał bezprawnie) z oburzeniem odciął się na sali sądowej od swoich pracowników: – Myślałem, że portierzy w takim hotelu klasy lux, jakim jest Europejski, to najlepsi z najlepszych. Gdy ich aresztowano, interweniowałem, przekonany, że zaszła pomyłka. A tu się okazuje, że miałem do czynienia z debilami. Prokurator w mowie końcowej akcentował „widoczny w zeznaniach kobiet obiektywizm”, podważający wersję oskarżonych. Sąd skazał portierów Wacława W. i Kazimierza S. na dwa i pół roku więzienia. Pozostali oskarżeni dostali wyroki niższe lub w zawieszeniu. Skazani musieli też zapłacić grzywny od nielegalnego wzbogacenia się, sięgające nawet 60 tys. zł.

Kobiety występujące w roli świadków do Hotelu Europejskiego już nie wróciły. Przeniosły się do innych warszawskich lokali: Kongresowej, Cristalu i Krokodyla. A wkrótce podobny los jak osądzonych już portierów spotkał obsługę parterową hotelu Warszawa, a pod Wawelem – hotelu Cracovia. Wszędzie na świadków powoływano panie, które zeznawały w sprawie korupcji w Europejskim, bo znały te placówki z „gościnnych występów”. Krakowski proces był mniej nagłośniony, gdyż wiele rozpraw utajniono. A to z powodu wezwanej na świadka w celu obciążenia portierów prostytutki o ksywie Hejnalistka. Mówiąc o korupcji w hotelu twierdziła, że wszystko działo się za wiedzą utajnionych pracowników służb bezpieczeństwa, których wieczorem było co najmniej tylu, ile etatowej obsługi, czyli ponad trzystu. I jeśli sąd sobie życzy, ona rozpozna tych panów na zdjęciach. Jej już wszystko jedno i tak musi się wynieść z Krakowa. W tym miejscu prokurator wniósł o wyproszenie publiczności z sali.

SZEJKOWIE Z EUROPEJSKIEGO

Portierzy z Europejskiego, chcąc zaszkodzić oskarżającym ich prostytutkom, opowiedzieli o grasujących w hotelu dwóch mężczyznach, którzy załatwiali panienkom kontakt z Arabami. Zarówno z tymi, którzy czasowo przebywali w Warszawie, jak i z rozpustnymi szejkami, oczekującymi na „świeży towar” z Polski. Prokurator otrzymał namiary na pewnego Syryjczyka oraz Amerykanina polskiego pochodzenia. Groził im zarzut handlu żywym towarem. Potwierdziło się, że obrotni menedżerowie pornobiznesu, aby przekonać panie do wyjazdu za granicę, wpłacali pewne kwoty na ich konto dolarowe i obsypywali prezentami z PEWEX-u. Portierzy twierdzili, że złapane na taką przynętę młodziutkie kobiety przepadały bez śladu. Natomiast bardziej cwane, niemające zamiaru opuścić stolika w hotelowej kawiarni, kryły Syryjczyka, gdyż dzięki niemu miały stały dopływ klientów z „petrodolarami” w portfelu. Postępowanie przygotowawcze trzeba było jednak umorzyć, gdyż przesłuchiwane prostytutki zaprzeczyły, jakoby miało dojść do uprowadzenia ich koleżanek do krajów arabskich. Jeśli tam jechały, to z własnej woli. Na dowód do prokuratury zgłosiła się rzekoma ofiara, aby opowiedzieć, jak miło spędziła wakacje w pałacu pewnego szejka. Gdy po dzisięciu dniach zatęskniła za ojczystym krajem, sponsor sprawił jej suknię od Diora, podarował magnetofon i opłacił bilet lotniczy do Warszawy.

UWAGA, REMONT!

Przeminęła uroda rezydentek najbardziej luksusowych jeszcze w latach 80. hoteli w Polsce: Europejskiego i Cracovii. Same obiekty też się mocno postarzały. Europejski pożegnał swoją dawną świetność w lutym 2013 r. na balu purymowym. Nazajutrz zaczęły się przygotowania do generalnego remontu. Początkowo mieli go przeprowadzić spadkobiercy – rodziny Czetwertyńskich i Przeździeckich, które odzyskały swoją dawną własność. Ale nie udało im się pozyskać inwestora i większość udziałów kupiła szwajcarska milionerka, współwłaścicielka koncernu farmaceutycznego Roche. Koszty renowacji szacowane są na 65 mln euro… Również na ruchomych drzwiach Cracovii zawisła kartka z nabazgranym napisem „remont”. Ostatnich gości – dwoje Niemców – obsłużono w czerwcu 2011 r. Hotel kupiła kielecka spółka Echo Investment z zamiarem postawienia w tym miejscu biurowca lub centrum handlowego.

KORZYSTAŁAM Z RELACJI SPRAWOZDAWCÓW SĄDOWYCH ZAMIESZCZONYCH W „PRAWIE I ŻYCIU”, „ŻYCIU WARSZAWY”, „TRYBUNIE LUDU”, „KIERUNKACH”, „PERSPEKTYWACH” I „GAZECIE KRAKOWSKIEJ”

Wprost.pl

 

Do czego nam seks

Piotr Stanisławski, 14.07.2015

Infografika: Wawrzyniec Święcicki

Właściwie nie bardzo wiadomo, do czego służy. Nie, nie jesteśmy całkiem bezradni, pewne domysły mamy, ale sprawa naprawdę nie jest taka prosta.
Wystarczy policzyć. Jeśli decydujemy się na rozmnażanie bezpłciowe i każdy osobnik wyda na świat dwoje potomstwa, liczebność całej familii będzie rosła w ogromnym tempie. Potrzeba bowiem tylko jednego potomka, by zastąpił rodzica – drugi to już zysk.Tymczasem do rozmnażania płciowego trzeba dwojga, więc pierwsza para dzieci zaledwie zastępuje rodziców. Dopiero trzecie zwiększy liczebność grupy. Aby osiągnąć efektywność taką jak rozmnażanie bezpłciowe, potrzeba aż czworga potomstwa.A jednak płeć, nie dość, że powstała, to w dodatku utrzymała się w toku ewolucji i stała się „wyborem” organizmów o największym stopniu złożoności. Ba, można powiedzieć, że im organizm dalej od korzeni na darwinowskim drzewie życia, tym do płci bardziej przywiązany.Panie, panowie i inniU człowieka sprawa jest pozornie prosta – ona i on. Pozornie, bo w rzeczywistości stanów pośrednich jest całe mnóstwo. Najprostsze podejście – ma siusiaka/nie ma siusiaka – sprawdza się tylko w podstawowej warstwie. Ci, u których trudno było o jednoznaczną ocenę, w czasach greckich pakowani byli po urodzeniu w koszyk i wywożeni daleko w morze. Później, w czasach nieco większej tolerancji, arbitralnie przydzielano im płeć, z którą musieli żyć.

Ale prawdziwe zamieszanie zrobiło się, gdy w XX wieku zajęliśmy się genetyką i dowiedzieliśmy się, że za naszą płeć odpowiada 46. para chromosomów. Jeśli mamy tam zestaw XX, to jesteśmy kobietą, jeżeli XY – mężczyzną. Oznaczamy to jako 46, XX lub 46, XY, gdzie liczba na początku oznacza całkowitą liczbę chromosomów, oznaczenie po przecinku to zestaw chromosomów płciowych. Proste? Nie bardzo.

Bo im więcej badano, tym więcej odkrywano anomalii. Mamy więc wśród nas ludzi noszących chromosomy 45, X, 47, XXY, 48, XXYY, 48, XXXY, 49, XXXYY, 49, XXXXY czy 49, XXXXX. Na pierwszy rzut oka pewnie szybko przydzielilibyśmy ich do jednej z dwóch płci, ale to raczej kwestia kulturowej identyfikacji niż faktycznego stanu. A przecież mogą być też bardziej złożone układy. Może się zdarzyć, że u kobiety powstanie komórka jajowa o dwóch jądrach. Bywa, że zostaje zapłodniona przez dwa plemniki. Jeśli jeden z nich będzie niósł męski chromosom Y, a drugi żeński X i w czasie rozwoju obie linie komórek pochodzących z dwóch jąder połączą się, to powstanie efekt zwany mozaicyzmem – w jednym organizmie występują komórki męskie i żeńskie. Czy taki człowiek jest mężczyzną czy kobietą? Zewnętrzne cechy płciowe to czysta loteria – zależy, z której linii komórkowej wykształciła się która część ciała.

A na to wszystko u człowieka nakłada się kultura – ów prawdziwy gender, a nie pojęcie potworek, którym straszy się od dwóch lat. Mamy więc całe spektrum ludzi o różnej płci genetycznej, różnych zewnętrznych cechach płciowych i różnej identyfikacji płciowej. Do wyboru, do koloru.


Kliknij obrazek, aby powiększyć

Skąd ona i on?

Może więc warto nabrać nieco dystansu i oddechu, a następnie spojrzeć na początki tego całego zamieszania. U eukariontów, czyli wszystkiego, co żyje, a nie jest bakterią lub archeonem, płeć pojawiła się przynajmniej 1,2 miliarda lat temu – z tego okresu pochodzą pierwsze dowody kopalne. Prawdopodobnie jednak wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej, około 2 miliardów lat temu.

Po co? To źle zadane pytanie – w toku ewolucji wszystko pojawia się przypadkiem. Tyle że prawie zawsze kończy się zaraz po tym, jak się pojawiło, bo nowy, dziwny osobnik będący efektem jakiejś mutacji ginie. Nieliczni, bardzo nieliczni, okazują się o tyle lepsi, by przetrwać i wypuścić dalej swoje geny.

Ale z płcią jest nieco inaczej. O ile pojawienie się jakiejś dziwnej cechy (takiej jak praoko czy nowy kolor sierści) można wytłumaczyć pojedynczą mutacją, która zdołała się utrwalić, o tyle do płci trzeba dwojga. Bo co z tego, że jakiś uszkodzony jednokomórkowiec okazał się takim dziwakiem, że nie rozmnażał się sam? Jego geny zniknęłyby po jednym pokoleniu, a przecież są. Przetrwały. Mają je wszyscy, którzy czytają ten tekst. Mają je ich psy, koty i rybki. No, z tymi rybkami to jest dość dziwnie, ale o tym za chwilę.

Wracając więc do naszego prapłciowca – jak to się stało, że pojawiła się pierwsza parka? Tego oczywiście nie wiemy, możemy się tylko domyślać. Teorii jest kilka. Jedna mówi o tym, że pewien rozmnażający się bezpłciowo jednokomórkowy organizm w wyniku mutacji zmienił swój cykl życia i zaczął przechodzić różne stadia rozwoju. W jednym z nich mająca dwa zestawy chromosomów komórka podzieliła się na dwie mające po jednym zestawie. Potem dwie takie komórki połączyły się ponownie i „odbudowały” stadium o podwójnych chromosomach. Dziwne? Nie takie rzeczy w toku ewolucji się zdarzały. A stąd już tylko krok do prawdziwego rozmnażania płciowego, bo taki dziwny osobnik może przenieść swoje dziwactwo na potomstwo i liczba „połówkowych” stadiów zacznie rosnąć. W ten sposób każda połówka może znaleźć inną, niekoniecznie pochodzącą od tego samego osobnika, i połączyć się z nią w nowy organizm.

To oczywiście tylko jedna z wielu teorii, które próbują wyjaśnić sam moment pojawienia się dziwnego, nowego sposobu rozmnażania. Ale znacznie ważniejsze od tego, jak to się narodziło, jest to, jakim sposobem ów system utrzymał się przez miliony lat, a co więcej – zdobył tak wielką popularność w świecie? W końcu prosta i czysta matematyka przemawia przeciwko niemu.

Zmienić płeć

Płeć na trudne czasy

Co jest najważniejszą różnicą między rozmnażaniem bezpłciowym a płciowym? To pierwsze jest kopiowaniem – w ogromnej większości przypadków rodzic będzie genetycznie identyczny jak dziecko. Oczywiście mogą zdarzyć się po drodze jakieś mutacje, ale istotą rozmnażania bezpłciowego jest tworzenie doskonałych kopii.

Gdy pojawia się płeć, robi się zamieszanie. Ta ogólna prawda doskonale oddaje najważniejszą z cech rozmnażania płciowego. Skoro krzyżują się dwa różne osobniki, to każdy do puli wnosi coś od siebie. Wydaje się, że to właśnie zdecydowało o sukcesie.

Wyobraźmy sobie grupę złożoną z osobników pochodzących od jednego tylko rodzica. Grupa rośnie szybko, bo rozmnażanie bezpłciowe jest szybkie i efektywne. Wszyscy jej członkowie są genetycznie tacy sami. Pewnego dnia pojawia się zagrożenie – wirus, pasożyt czy trucizna, które wykorzystują jakąś słabość tych osobników. Każdy członek grupy ma tę samą słabość i wszyscy giną. Po ich genach nie ma śladu, porażka jest całkowita.

Teraz weźmy grupę rozmnażającą się płciowo. Nie tak łatwo ją zbudować – trzeba znaleźć partnera i spłodzić więcej dzieci, by grupa rosła. Ale każdy osobnik ma tu nieco inny zestaw genów, bo dostał je od pary rodziców. Pojawiające się zagrożenie z pewnością wybije ogromną większość grupy, ale są szanse, że jeden czy kilku członków będzie miało w genach coś, co ich uchroni przed śmiercią. To z tych ocalałych może odrodzić się cała grupa, która będzie już odporna na to zagrożenie. Wolniejszy wzrost opłacił się, bo nie tak łatwo zetrzeć z powierzchni ziemi całą pulę genów.Ale to niejedyna zaleta. Rozmnażanie płciowe może też chronić przed mutacjami – drobnymi błędami w kodzie genetycznym, które mogą być szkodliwe dla osobnika. Jeśli taka zmiana pojawi się u rozmnażających się bezpłciowo, to zostanie przekazana dalej i może szkodzić przez wiele pokoleń. Tymczasem u płciowych każdy nowy osobnik dostaje połowę genów od jednego i połowę od drugiego rodzica. Jeśli nawet jeden z nich został „trafiony” taką niebezpieczną mutacją, to prawdopodobnie drugi przekaże gen bez błędu. Są wtedy wielkie szanse, że nowemu organizmowi uda się skorzystać z prawidłowej informacji i zniwelować straty, które mógł wywołać uszkodzony gen.To wszystko domysły, ale poparte dowodami. Badacze przez dziesięć lat obserwowali pewnego szczególnego ślimaka, który żyje w Nowej Zelandii. Wodożytka nowozelandzka rozmnaża się w dziwny sposób – część osobników robi to bezpłciowo, część płciowo. Zaobserwowano, że w czasie, gdy ślimaki nie są mocno atakowane przez pasożyty, dominuje rozmnażanie bezpłciowe. Gdy jednak zaczyna się atak pasożytów, przewagę zaczyna zdobywać rozmnażanie płciowe, które co prawda spowalnia rozwój populacji, ale zabezpiecza ją przed zagrożeniem.Gdzie jest Nema?Zmiana płci, choć brzmi dziwnie, jest wśród zwierząt stosunkowo częstym rozwiązaniem. Dobrze znane z „Gdzie jest Nemo?” ryby – błazenki, czyli amphipriony – rodzą się jako obojnaki. W grupie żyjącej w obrębie jednego ukwiału największy i najsilniejszy osobnik staje się samicą. Drugi w hierarchii zostaje samcem i tylko ta para się rozmnaża. Młodsze osobniki stają się samcami, ale nie rozmnażają się i wolno rosną.

Jeśli dominująca samica zginie, następuje dziwny taniec płci i rozmiarów. Dotychczasowy dominujący samiec zmienia płeć i staje się samicą. Z kolei najsilniejszy z młodych samców zaczyna gwałtownie rosnąć i zostaje dominującym samcem. Mniejsze samce zajmują jego miejsce, czekając na okazję, by urosnąć, a może w przyszłości nawet zostać samicą?


*

Na koniec wypadałoby zadać sobie pytanie, dlaczego właściwie prawie wszystkie zwierzęta mają dwie płcie? W końcu czy nie lepiej byłoby mieć 15 lub 20 płci, gdzie każdy mógłby się krzyżować z każdym? Jedna z popularniejszych teorii mówi, że wszystkiemu są winne bakterie, które zainfekowały komórki jakieś 2 miliardy lat temu i zostały w nich na zawsze. To mitochondria – struktury odpowiedzialne za wytwarzanie energii. Mają własny kod genetyczny, który jest znacznie bardziej zmienny i podatny na mutacje niż ten główny, jądrowy. Gdyby każdy z rodziców dostarczał swoje mitochondria, niebezpieczne mutacje zachodzące w nich mogłyby się szybko rozprzestrzeniać w populacji. Dlatego ewolucja wprowadziła ograniczenie – mitochondria dostarcza tylko matka. Taki system jest bezpieczniejszy, ale też ogranicza liczbę płci.

Może to i dobrze? Jakoś trudno wyobrazić sobie świat, w którym na wywiadówki przychodziłoby do jednego dziecka kilkanaścioro rodziców.

Kiedy dobrze mieć płeć

Płciowość prowadzi do powstawania organizmów mających nowe kombinacje genów. W populacji aseksualnej gromadzą się coraz liczniejsze szkodliwe mutacje, których osobniki nie są w stanie się pozbyć. Po pewnym czasie obciążenie mutacyjne populacji jest tak wielkie, że populacja ginie. Według tej hipotezy płciowość działa jak miotła wymiatająca szkodliwe mutacje z populacji. W hipotezie „zapchanego banku” płciowość ma być korzystna w bardzo różnorodnym środowisku, bo umożliwiałaby szybkie przystosowanie się populacji do odmiennych warunków. Hipoteza geniusza zakłada, że płciowość jest korzystna przy drastycznych zmianach środowiska. Tylko jednostki o wyjątkowo korzystnych kombinacjach genów mogą przeżyć.

Tak jest w przypadku dafni, czyli rozwielitek. Przez większość czasu mają płeć żeńską i rozmnażają się przez dzieworództwo. Dzięki temu, że nie muszą poszukiwać partnerów i nowych genów, mogą znacząco przyspieszyć proces reprodukcji. Jednak kiedy robi się zimno, dafnie dopuszczają do głosu facetów: pod wpływem matczynych hormonów z jaj zaczynają się wykluwać samce. Z ich pomocą łatwiej jest znaleźć taką kombinację genów, która zapewni lepsze przystosowanie potomstwa do trudnych warunków.

W toku ewolucji wszystko pojawia się przypadkiem. Tyle że prawie zawsze kończy się zaraz po tym, jak się pojawiło, bo nowy, dziwny osobnik będący efektem jakiejś mutacji ginie. Nieliczni, bardzo nieliczni, okazują się o tyle lepsi, by przetrwać i wypuścić dalej swoje geny. Ale z płcią jest nieco inaczej…

W ”Nauce dla każdego” czytaj:

Ewolucja miłości. Seks to jednak nie wszystko
Jesteśmy potomkami tych, którzy się kochali. Inaczej ich dzieci by nie przeżyły

Skąd się wzięły penisy
Penisy to jedne z najszybciej ewoluujących narządów – trudno się dziwić, skoro bezpośrednio są odpowiedzialne za proces ewolucji! Kiedy nasi przodkowie pływali w oceanie, nasienie wypuszczali do wody, gdzie napotykało jajeczka. Wszystko zmieniło się wraz z wyjściem na ląd

Jak fizycy radzą sobie z pływaniem
Z chwilą przyjścia na świat opuściłeś bezpieczne wody płodowe i odtąd żyjesz w suchym środowisku. Dopiero gdy nadchodzą wakacje, znowu możesz się taplać w wodzie. Ale czy jeszcze pamiętasz, jak to się robi?

Narkotyki czy lekarstwa?
Coraz głośniej mówi się o potrzebie legalizacji medycznych zastosowań marihuany. Jednak takich substancji wyklętych jest więcej. Od lat 70. ciąży na nich odium narkotyków. Czas, by przyjrzeli się im naukowcy, a nie prokuratorzy

Marnujemy 1 miliard ton jedzenia rocznie. Czy winny jest temu czas przydatności do spożycia?
Im jesteśmy bogatsi, tym więcej żywności wyrzucamy. Naukowcy zastanawiają się, jak przerwać tę szaloną spiralę konsumpcji i marnotrawstwa

Co by było, gdyby… zniknęły satelity
To nie jest science fiction. Istnieją co najmniej trzy prawdopodobne scenariusze, które mogą doprowadzić do tego, że stracimy nasze orbitalne oczy i uszy. I co wtedy?

Zobacz także

wyborcza.pl

poCoNamSeks

Bezrobotni eksperci PiS z Podkarpacia

 drużynaPiS
Małgorzata Bujara, 14.07.2015
Jeden z sześciorga podkarpackich ekspertów Beaty Szydło - marszałek<br /><br /><br /><br />
województwa Władysław Ortyl

Jeden z sześciorga podkarpackich ekspertów Beaty Szydło – marszałek województwa Władysław Ortyl (PATRYK OGORZAŁEK)

Zaprezentowali się na konferencji programowej PiS okrzyknięci drużyną ekspertów Beaty Szydło. Sprawdziliśmy, na czym właściwie ma polegać ich rola. Sami nie za bardzo wiedzą.
W 150-osobowej drużynie ekspertów Beaty Szydło, kandydatki PiS na premiera, jest sześcioro przedstawicieli Podkarpacia. To region, gdzie PiS odnosi największe sukcesy wyborcze. Weźmy choćby prezydenta elekta Andrzeja Dudę – właśnie tu osiągnął rekordowe 71,39 proc. W rodzinnej Małopolsce głosowało na niego 62,09 proc. wyborców, a w skali kraju – 51,55 proc.Dlatego na Podkarpaciu jest bardzo silne parcie na listy, a także rozbudzone apetyty i nadzieje na stanowiska w przyszłym rządzie.- Drużyna ekspertów Beaty Szydło to zaplecze polityczno-merytoryczne, które nic nie oznacza w kategoriach późniejszego uczestniczenia w rządzie – zaznacza marszałek podkarpacki Władysław Ortyl, jeden z sześciorga ekspertów.- To wersja oficjalna. Ale jeśli wygramy wybory, to z dnia na dzień będziemy musieli obsadzić blisko 200 stanowisk rządowych. To będą ministrowie, wiceministrowie, szefowie gabinetów politycznych, dyrektorzy departamentów, szefowie jednostek rządowych. Wiadomo, że ci, którzy są w gronie ekspertów, to naturalni kandydaci na te stanowiska i większość z nich tam trafi – mówi mi jeden z ważniejszych polityków tej partii w województwie.Oprócz Ortyla Podkarpacie wysłało do drużyny Beaty Szydło pięcioro obecnych posłów: Marka Kuchcińskiego, Józefę Hrynkiewicz, Stanisława Piotrowicza, Piotra Babinetza i Kazimierza Moskala.

Kuchcińskiemu miejsce w tym gronie należy się niejako z urzędu. To od początku szef podkarpackiego PiS, zaufany prezesa, jest zaliczany do tzw. zakonu, czyli założycieli i działaczy dawnego Porozumienia Centrum. Podczas rządów PiS w latach 2005-07 był szefem klubu parlamentarnego. Teraz, już drugą kadencję, jest wicemarszałkiem Sejmu. Ma wykształcenie średnie, jest absolwentem studium ogrodniczego. Choć przez długie lata prowadził gospodarstwo ogrodnicze, to w życiu publicznym bardziej go wyróżniły działalność w opozycji w latach 80. i propagowanie kultury niezależnej. Był także dziennikarzem.

– Rola pana marszałka w gronie ekspertów polega bardziej na koordynacji działań tego gremium, aniżeli na zajmowaniu się jakąś jedną konkretną tematyką – tłumaczy Piotr Babinetz, szef PiS w okręgu Przemyśl – Krosno, również ekspert z Podkarpacia.

To historyk, były pracownik muzeum. Gdy pytam o przydział jego zadań, słyszę długą listę: – Kultura, polityka historyczna, tradycje niepodległościowe, muzealnictwo. A także te związane ściśle z naszym regionem, np. dostępność komunikacyjna Podkarpacia.

Dyskusja gorzej nam idzie, gdy zaczynam dociekać, na czym konkretnie ma polegać rola ekspertów. – Będziemy brać udział w konsultacjach dotyczących projektów ustaw – tłumaczy Babinetz.

O projektach ustaw wspomina także marszałek Ortyl. Jest uznawany za eksperta w dziedzinie rozwoju regionalnego. W rządzie PiS w latach 2005-07 był wiceministrem w resorcie Grażyny Gęsickiej. Był współautorem programu unijnego „Rozwój Polski Wschodniej”. Od maja 2013 r. jest marszałkiem podkarpackim. Jedynym z legitymacją PiS w Polsce.

Lubi, gdy się mówi, że jest kandydatem na nowego ministra rozwoju i transportu, choć marszałkowanie w regionie także mu się podoba. I na razie jeszcze nie zdecydował, czy wystartuje w wyborach do Sejmu.

Z wykształcenia jest inżynierem lotnictwa.

– Praca w gronie ekspertów Beaty Szydło to wyróżnienie. A jak byliśmy dobierani? Zaprocentowały doświadczenie, praca przy programie partii cztery lata temu, przewodniczenie w komisjach, doświadczenie zdobyte w rządzie w latach 2005-07 – wylicza marszałek Ortyl.

Gdy pytam, czym właściwie zajmują się eksperci, najdłużej mówi o projektach ustaw, które już teraz trzeba przygotowywać. Bo z chwilą wyboru nowego Sejmu następuje dyskontynuacja, czyli zakończenie wszystkich spraw, nad którymi pracował poprzedni parlament. Niemal natychmiast trzeba więc mieć nowe projekty. I nad nimi mają pracować eksperci.

Nad jakimi pracuje bądź będzie pracował marszałek Ortyl? Wspomina o ustawie, dzięki której na drugie i każde kolejne dziecko rodziny mają dostać po 500 zł. O tych dotyczących rozwoju regionalnego informacji brak.

Jeszcze inaczej rolę eksperta widzi Kazimierz Moskal. To poseł z Dębicy, z wykształcenia historyk, z zawodu nauczyciel. – No i bardzo dobry znajomy Beaty Szydło – dopowiadają jego koledzy z partii. Naturalne wydawało się, że zajmuje się w drużynie ekspertów edukacją i nauką. Ale poseł Moskal ani razu wyraźnie tego nie powiedział. Cały czas powtarza, że wszyscy eksperci są zobowiązani do prezentacji całego programu partii i z tego będą rozliczani. – Z chwilą gdy zostaną rozpisane wybory parlamentarne, będziemy organizować konferencje prasowe, podczas których będziemy prezentować elementy programu. Tak samo będziemy robić podczas spotkań z mieszkańcami – mówi mi poseł Moskal.

W gronie ekspertów Podkarpacie reprezentują także posłowie Józefa Hrynkiewicz i Stanisław Piotrowicz. Hrynkiewicz jest profesorem nauk społecznych i pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Piotrowicz to prokurator, przez kilka miesięcy w 2007 r. był sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, jest też wiceszefem zespołu parlamentarnego badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej, którego szefem jest Antoni Macierewicz.

Zobacz także

wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: