Hairwald

W ciętej ranie obecności

1.

 

Tytuł tomu: „Traktat o pętli”.

 

Sufit

– Co interesującego jest w suficie?

Nie odpowiedziała. Przytuliła go, a on zadrżał.

– Zimna jesteś. Kochanie powinno cię rozgrzać.

Chciała poprawić: pierdolenie. Wstała, wcześniej zapytała:

– Mizeria, czy pomidory z czosnkiem?

Przez tyle lat nie dowiedziała się, jakie ma preferencje smakowe. Nie odpowiedział, czego się spodziewała. Wiedział, co dostanie do łóżka.

Była skazana na sufit. Gdy sugerowała, że chciałaby czegoś innego, a nawet proponując „rób, co ci się najbardziej podoba”, argumentował, że najlepiej ją czuję, gdy swoje ciało rozłoży na niej, a ona najbardziej się rozszerzy. Skazana była na sufit, na którym jak na haku zawieszała swoje obawy.

Rozwijała wyobraźnię, snuła fabuły. Ale tylko przy świetle. W ciemności gasła. Rozlewała się w nicości, która nie miała długości i szerokości. Ciemność zawsze była dziewicą, martwicą, nie miała wejścia, ani wyjścia, jak to nicość.

Acz nicość miała trupy i przeszłość. Śmierć nie umiera, umiera życie, umiera teraźniejszość poprzez konsumpcję przyszłości.

Usiadła przy laptopie, ale przypomniała sobie pomidory z czosnkiem, więc tylko otworzyła pocztę, na której spodziewała się listu od choreografa. Był. Śniadanie w łóżku jedli w milczeniu. Zaraz po spożyciu chciał się na niej jeszcze raz położyć.

– Nie – powiedziała.

– Co nie? – zainteresował się jej „nie”.

– Nie jesteś mi potrzebny.

– Nie rozumiem.

– Nie jesteś mi potrzebny do łóżka, do seksu, do pierdolenia. W ogóle nie jesteś mi potrzebny, nie znam cię, mimo że tyle lat jesteśmy razem.

Zostawiła go tak wypatroszonego. Wróciła do laptopa. Zanurkowała w rysunkach, w scenopisach choreografii. Zaczęła tańczyć dance macabre, podnieciła się, choć nie była mokra w kroczu. Pospiesznie zanotowała wrażenia. Choreograf trafił w jej intencje, a przecież nie zwierzała się z opadów wewnętrznych, które leżały na jej dnie, a ona teraz chciała je wzniecić, podnieść do góry, aby się zakurzyło.

Rozmawiając z choreografem, przekazywała mu intencje tańca śmierci młodej dziewczyny, która nie potrafiła tańczyć, tylko jej matka. „Tak, jak ja, tak, jak ja” – powtarzał, śmierć jako tworzywo pasowała mu, wyznawał egzystencjalny chaos, iż stale się umiera i nie ma czasu na choćby symboliczne narodziny, jakąś odnowę. Choreograf spełniał się w śmierci, w chronicznym umieraniu. Dla takich życie jest agonią.

To jej nie wystarczało. Ona wtedy umarła, ale od wówczas się odradzała za pomocą antydepresantów, barbituranów, haszu, lekarzy, a dzisiaj o tej śmierci mogła mówić, pisać. Śmierć była poza grobem, czyli poza nią. Zdarła paznokcie, bo na puentach nie umiała się wyrażać. Opuszki palców są jej puentami, pointami.

 

Konrad już czekał, był od niej starszy o kilkanaście lat. Nie miał uprzedzeń, aby pocałować w obydwa policzki. Czuła się, jak podlotek.

– Wspaniale się rumienisz.

– Bo przemawia do mnie twoja koncepcja tańca.

– Rutyna. Na razie to ruch sceniczny, a ty chcesz czegoś więcej. „Więcej” osiągniemy na scenie. Te ramy, które ci opisałem, trzeba wypełnić sceną.

Gdy wstępowali na schody teatru, Konrad odchylił się:

– Zawsze uderza mnie ten autopopulizm: naród sobie.

Front teatru wydawał się jej pretensjonalny, wnętrze było za to gorące, niemal jak w klasycznym burdelu.

KONRAD Podpowiadam szefowi, aby powrócił do starej nazwy: Teatr w ogrodzie Potockiego. Choć szkoda, że nie tego od srebrej kuli, którą polerował, aby strzelić sobie w łeb.

JA W OSOBIE GŁÓWNEJ BOHATERKI Kula była ołowiana i od cukiernicy, innej nie miał pod ręką.

KONRAD Jemu wszystko jedno, a dla mnie jeszcze nie. Srebrna i już! Dlaczego upierasz się przy ołowianej? Bo tak arystokratę odbrązowiono?

JA To jednak nie ten teatr.

Weszli/weszliśmy do sali z kilkoma osobami/postaciami. GŁÓWNA BOHATERKA CZYLI JA skierowała się do osoby, która  przed prawą kulisą siedziała wprost do oparcia krzesła, w jednej ręce trzymała egzemplarz sztuki, a drugą pisała esemsa.

Jakby esemesowała swoje kwestie. Zauważyła JA do niej zmierzającą.

Zarumieniła się (to są już didaskalia), na stronie powiedziała:

Kurwa.

OSOBA OD KURWA Cześć! Nie znamy się, a zaufałaś mi, nie?

CZYLI JA Znamy się, ty wiesz, że to ja będę reżyserowała, a ja wiem to, czego ty jeszcze nie wiesz.

KURWA O! Kurwa!

JA Miejscowa jesteś? Zaciągasz swojsko.

KURWA Kurwa to raczej uniwersalne.

JA Ale kurwa tylko tutaj ma takie rozłożyste łęty, szeroki akcent.

KURWA Rozłożyste biodra do pierdolenia, czy rodzenia?

JA Klementyno! (strofowała ją imieniem)

KURWA, KTÓRA OKAZAŁA SIĘ KLEMENTYNĄ Zosiu!

ZOSIA CZYLI JA To już jesteśmy przedstawieni. I tak trzymaj.

W drzwiach pojawia się postawny mężczyzna, kolorowo ubrany. W momencie jego wejścia podnoszą się decybele (jakby dopiero teraz ruszyła ścieżka dźwiękowa), obracamy się wraz z jego wzrokiem i widzimy ciąg dalszy poprzedniej sceny. W głębi Zosia koło Klementyny, a ta nowa postać staje obok Konrada.

DYREKTOR (bo to on) Zaczynamy nietypowo, nie od prób stolikowych. „Niegrzeczna opowieść dziewczyny, która marzy o tańcu” jest dziełem tej oto Zofii, która wraz z wami ułoży swoje dzieło na scenie, a spełniać choreograficzne marzenia będzie Konrad.

Klementyna zmierza w stronę Jana K. (dyrektora), stek „kurew” spowodował, że dyrektor swoją mowę zatrzymał, nie zrażony tym obraca się na pięcie, markuje wyjście.

KLEMENTYNA Jestem tancerką, a nie aktorką i nie marzę – kurwa – o rozmowie z jakimś cieciem od halabardy. Wyrażam się na puentach, a nie gębą.

JAN K. (dyrektor się obraca, już nie chce wyjść) Szybko nauczyłaś się roli i nad wyraz jesteś przekonująca.

KLE Improwizuję, bo jestem kurewsko wkurzona. Nie jestem komediantką, aby strzępić jęzor.

JAN K. A ten kolczyk na języku to nie puenta do dialogowania z cieciem, który wymachuje  halabardą?

KLE Nie służy do żadnego fellatio.

KONRAD ( podchodzi do Klementyny, obejmuje ją, mówi półgłosem – na stronie)  To moja wina, ja ciebie wybrałem i poleciłem, będziesz tańczyć i od tego zaczynamy, jak nie przekonasz się do gry gębą, do „dialogowania z cieciem”, znajdziemy rozwiązanie.

JAN K. Miałem dłużej tłumaczyć, poszło nad wyraz gładko, więc do roboty (klaszcze w dłonie). Pani Klementyna dała praktyczny wykład tego, o co chodzi.

KLE O, w mordę.

 

KONRAD (targa krzesło na, którym siedziała wcześniej Klementyna, stawia je na środku sceny/sali) Na środku sceny mamy tylko ten rekwizyt, który zamieni się w dekorację, a będzie to angielska budka telefoniczna, czerwona jak namiętności Anglosasów.

Ale przecież nie chodzi o budkę, ani jej kolor, ale o to, co się wokół niej zdarzyło, jeżeli uznamy, że treść dramatu jest inspirowana faktycznymi zdarzeniami.

 

ZOSIA (JA) Czerwona budka zorganizowała nam przestrzeń. Mama tańczyła Julię na edynburskim festiwalu. Na Zamku było gorąco, zwłaszcza w garderobie,  pozwoliła mi wyjść na zewnątrz. „Poszukaj wujka”.

Jej kuzyn od kilku lat całkiem dobrze prosperował z rodziną w Edynburgu. Zapewniał, że urwie się z roboty i zobaczy swoją wybitną kuzynkę w miłosnym tańcu Julii. Wypchnięta zostałam z Zamku przez tłum, z biletem w podniesionej ręce, informującym „zaraz wracam” znalazłem się na podzamczu. Na rozległym placu widziałam wokół siebie tłum, przewyższajacy mnie więcej niż o ramiona i głowy, gdy zaczął padać ciepły deszcz, wyspiarski. Inny niż nasz, a w każdym razie tak mi wówczas się zdawało. Deszcz aksamitny, powłóczysty, o ile taka może być deszczówka.

Odbijam się od ludzi, którzy pospiesznie przesuwali się w odwrotnym kierunku. Przemoczona do ostatniej nitki weszłam do czerwonej budki, parowałam, czułam się wyróżniona, jakby wokół mnie toczył się świat, byłam jeszcze bardziej samotna w tym kosmosie, który huczał i rozdzielał mnie od innych. Byłam chroniona strumieniem spływającym po budce. Zostałam uwięziona w środku – starałam się nazwać moją sytuację – w środku czerwonej planety. I tak usnęłam oparta o ciepłą pulsującą ścianę.

 

– Proszę śmiało wejść.

Najpierw napotkałam ścianę mroku. Co wcale mnie nie zdziwiło, bo takie są walory podziemia. Pan Kacper kroniką tego budynku, repertuarem zapomnianych sezonów, echem dialogów i monologów wykreslonych przez oszczędnych rezyserów. Siedział przy olbrzymim starym biurku, ktory dostał w spadku po dyrektorach teatru.

Rekwizytornia pachniała Kacprem. Był tego świadomy. Mrok był oddany jemu, tak jak on mrokowi, te mroczne zapachy mieszały się – i nie wiedzialo się, czy to Kacper zalatuje mrokiem, czy mrok Kacprem. Współzależność, przyciąganie się jest. Mroki nas wybielają, czujemy się lepsi, wrażliwsi, a bywa, że mądrzejsi. Dlatego tak pożądana jest ciemność, jak papieros, sztach marychy, mniejsze lub większe łyki wina/piwa/wódki. Naszą nagość ubieramy w mrok.

W mroku czujemy się bezpieczni, mniej zagrażamy innym, a oni nam.

– Nie wiedziałem, że tak szybko będę panience potrzebny – przywitał mnie Kacper.

Choć ta panienka mnie drażniła, niech ma tę satysfakcję jezykową. Mroczną satysfakcję. Wiedziałam nieco o nim i zaskoczył pretensjonalnością.

– Każdy czas na rozwiązywanie trudności jest dobry. Nie w porę postawiony problem, staje się wypadkiem.

– Pani reżyser jest filozofem?

– Wolę jednak tę panienke, niż panią reżyser.

 

 

 

Przedstawia, jak ma wyglądać scene z pętlą. Taniec na edynburskim podzamczu. Bohaterka wykonuje telefon i dowiaduje się – dialog w nawiasach o samobójczej śmierci ojca, powieszeniu –  w tej scenie dochodzi do smierci w ten metaforyczny sposó\b, iż na czerwonej budce, która jest tylko jednym kolorem aktor grającego ojsca zakłada sobie pętlę.

Jak ma się powiesić – po to jest u rekwizytora.

I od podpowiada, iż nogi dydają, więc niech aktor siądzie i kołysze nogami, w tym czasie tańczaca matka dance macabre, wykonuje konwulsyjne ruchy, jakby była kopana kołyszącymi się nogami ojca.

(Teraz scena w rekwizytorni – trzecioosobowa, sensualna, o powieszeniu się, ale nie wiemy, kto)

(po wyjściu z tatru rozmowa z konradem. On mówi rozumiem, że coś sie stalo, ale nie wiem dokladnie co. Ona; ja też)

rozmowa z partnerem o odejściu

rozmowa telefoniczna w budce, ktora się nie odbyla – rozmowa w snie. Rozmowa przełozona na taniec, na dance macabre

 

 

 

 

 

 

 

Młoda dziewczyna Kle, która mnie bedzie grała z komórką, a scena dance macabre wokół czerwonej angielskiej budki.

Szkocja to nie Anglia,

ale budka tam do tej pory jest. Oczywiście można wejść do niej i dzwonić ze swojej komórki

 

 

 

Odgrywasz się, czy grasz – na początku tych scen z didaskaliami w teatrze

(teraz akcja przenosi się do teatru, zastanawia się, że bez sensu chce z nim skończyc, bo to jego dom?)

gdy przenosi sie do teatru, akcja pisana jak dramaty z didaskaliam, a nawet jakos ironicznie.

Potem pyta sie techniocznego, jak zasymulować sufit, powieszenie. Proste.

po teatrze powrót do normalnej formy narracji i ten dom z facetem.

Do tej pory

 

 

 

 

 

 

%d blogerów lubi to: