Hairwald

W ciętej ranie obecności

1. Iwona, córka Cyngla, (a może Fryga) 06.05.2018

Wstając od obszernego biurka i udając się w rejs po gabinecie, przypomniał sobie dowcip, który przekazał mu poprzednik. „Pamiętaj, że spacerniak może być mniejszy niż twój gabinet”. Choć byli w innych obozach politycznych, nie nienawidzili się, powiedzonko pełniło rolę przysłowia resortowego, a nawet dewizy, przy której przybijali sobie żółwiki. Przybrał postawę faceta prowadzonego do aresztu, a tamten tylko zapytał: „Co? Szykujecie dla nas spacerniaki?”

Lecz nie spacerniak w tej chwili zajmował jego uwagę, acz zamieniał ten „spacerniak” na o wiele większy i nie odczuwał z tego powodu dreszczów, aby obawiać się pasiaków. Chciał poczuć lekkość oczekiwania, kim będzie jutro, pojutrze. Gabinet i ten resort były jego wszechświatem, tę fizykę mógł do pewnego stopnia kontrolować, co jednak stanie się z mechanizmami przeniesionymi wyżej. Z perspektywy większego spacerniaka obecny wszechświat to niewielka cząstka większej całości, nad którą miał i musiał panować, bo to rozdział, który opuszczał, aby go ogarnąć z większej perspektywy.

Nie był detalistą, choć kilka szczegółów było właściwych jego osobie. Miał oswoić przestrzeń, zadbać o wszechświat z należytością, która – by nie bawić się w skromność – mu się należy.

Poruszał się jeszcze po tej orbicie, niedługo z niej się wyniesie siłą władzy, zostanie wy-nie-siony. Niepokoiła go sprzeczność obrazów, a w ich następstwie emocji: spacerniak i wszechświat. Wprawiać w ruch sprzeczności, rządzić za pomocą mowy, wzroku, prychnięć, a choćby gestów. Jednoosobowy sitcom wydawania dyspozycji, odezwał się do asystenta, o którym zdarzało mi się zapominać, że jest, a ten był do takiego stopnia, jak wszczepiony czip, że mógł się go obawiać.

– Co mam zabrać z tego gabinetu?

– Zabrać? – tamten drążył przy swoim laptopie rozłożonym na kolanach. – Siebie szefie, siebie.

– Uważasz mnie za mebel?

Zamiana spacerniaka była polem spekulacji. Asystenci często i gęsto są partyjnymi oczami wąskiego aparatu. A ten przeszedł z nim drogą od pucybuta. W banku wypatrzył go wśród najniższego personelu, przynieś, podaj, pozamiataj. Przeniósł go ze spacerniaka pucybuta na szczebel pucybuta szefa, pucybuta ministerialnego i może pucybuta nr 1. Widział go wiecznie w rogu swego gabinetu pochylonego nad laptopem, w którym coś dłubał zapisywał, szukał.

Był jego meblem.

W tym momencie cknął się, wszechświat pucybuta to krążenie po moich orbitach. A pucybut nie może mieć pucybuta. Co się dzieje, gdy pucybut za wszelką cenę chce nim przestać być? Zakarbował tę myśl. Powróci do niej w odpowiedniej chwili i dogodnym dialogu.

– Zabrać to znaczy wziąć rzeczy właściwe tylko dla mnie. Takie, które są mi przypisane, są moje, bo one są jak… jak – szukał słowa.

– Jak powietrze – dopowiedział mebel narożnikowy.

– I po to jesteś ze mną od początku. Jesteś esencją moich właściwości, bez których nie mógłby oddychać.

– Szefie – zawsze tak do niego mowił, od kiedy został pucybutem kierownika referatu – to brzmi jak poezja najwyższego lotu.

– Jak wysoko udalo mi się polecieć, a… może chciałeś ironicznie się zdystansować i pozwolić sobie na stwierdzenie, iż odleciałem. Hę?

– Nie tak! Sugeruję loty, no, powiedzmy Tuwima, Herberta. To loty niemal noblowskie.

– Nie lubię – uciął wywody pucybuta. Chyba nie rozumiem. Nie rozumiem jak oczywistości można nazwać wysokimi lotami, a nawet w tych lotach rymować. Czy myśli – te najpiękniejsze, najwznioślejsze – się rymują? To samo dotyczy innych oczywistości nazywanych wysokimi.

Wysoka literatura, literatura piękna, poezja. Rym jest w niej klęcznikiem – myślał.

– Gombrowicz – usłyszał.

– Co?

– Gombrowicz nie lubił sztuczności tych wysokich rymów, przed którymi klęczą poeci, skamandryci i Miłosz.

Ruszył po spacerniaku. Nie dziwota, że siedzi w rogach moich gabinetów, jakby siedział w mojej glowie, a nauczył się czytać moje myśli. Że też musiałem sobie sprawić kancelistę, pisarza, asystenta. Tacy pisali przemówienia, robili notatki ze spotkań, na kartkach wyrwanych z notesu podrzucali odpowiedzi podczas negocjacji, bo szept mógł zdradzić myśli.

Pieprzeni pisarze – pomyślał i błyskawicznie spojrzał na swego pieprzonego pisarza. A ten nie drgnął. Oj, chyba wie, że o nim myślę i udaje, że nie domyśla się moich myśli.

Niewiniątko podkreśla swoją liliowatość, ani drgnie mu powieka. Udaję, że go nie mam w zasiegu wzroku, on udaje, że go to nie obchodzi, jakoby pochłania go… Właśnie, co go pochłania? Co on w tej chwili w swoim laptopie przegląda, co pisze?

A może potrzebuję psychologa? Kogo mam o to zapytać, żonę, Frygę?

I w tym momencie pucybut podrapał się między między brwiami. A on niepotrzebnie drgnął, bo to znaczyło, że ma go w zasięgu wzroku i go przyszpila podejrzeniemi o zdradzieckie zamiary.

Co mnie wkurza, bo chyba nie wcześniejsza diagnoza o potrzebie poddania się działaniu psychologicznej różdżki: czy to schizofrenia, czy paranoja? Usłyszał od pucybuta:

Na pocztę ministerstwa przyszedl list od… – zawahał się.

Więc popchnął mu tę ość:

– Śmiało…

– Od poprzednika, to znaczy od byłego lokatora tego gabinetu.

– I co w tym dziwnego?

– Dużo dziwnego. To pierwszy list od tego facia, przyszedł na pocztę, której adresu nie powinien znać, bo służy do korespondencji wewnętrznej i utworzona została po zmianie rządu. Przede wszystkim nie jest to adres stricte rządowy gov, ale z serweru prywatnego, który przyjmuje maile tylko zakodowane, sam koduje i przy otwieraniu poczty trzeba uruchomić jeszcze jedną procedurę odkodowania.

– Co ty pieprzysz. Nic nie wiem o kodowaniach – stanął na spcerniaku, jakby klawisz z powodu rozróby wstrzymał ruch na tym powietrzu wolności, jak nazywała Fryga spacery, gdy wymykali się za miasto dwoma osobnymi samochodami.

– Standard, rytuna. Nie ma o czym mówić, ale dla komunikacji kilku osób, ktore nie zawsze mogą ze sobą porozmawiać, na poczatku szef nakazał stworzyć takie mozliwości. Ja jako pucybut…

Co ty o tym pucybucie?

Czy szef o mnie sie tak nie wyraża?

Nie. Musiałeś się przesłyszeć. Wyjaśnij mi, jak mogło sie stać, że moj poprzednik wdarł się w nasze – hm, nasze – rządzenie. To tak jakby jaja panstwa były na powietrzu i dowolny osobnik przyszedl i nam je uciał sekatorem.

Mocne slowo. To niemozliwe, lecz niemożliwe stało jest mozliwe. Jak to sie stalo? Kto puścił farbę.

Zdradził.

– Tak zdradził. Kto? – dopytywał jego pucybut. Zbyt dużo zasieków, aby taki niedołęga, jak jego poprzednik mógł je pokonać. Trzeba to rozwiązać i… Właśnie, co zrobić po rozwiązaniu tej zdrady, która przyszła z wewnatrz z wąskiego kręgu.

Czy jesteś w stanie ustalić, kto dopuścił się delatorstwa i w jak to się stało? – kombinował racjonalnie, a przynajmniej mu się tak zdawało.

Nie – otrzymał szybką odpowiedzieć.

Nie? – otworzył dzioba, jak często glupkowato to robiła głowa panstwa. – Do czego wiec jesteś mi potrzebny?

Ta szyfrowana dubeltowo, a nawet potrójnie, sieć mailowa dotyczy ilość ministrów mniej niż palce obbydwu rąk. Szef wyobraża sobie, że pójdę do pana kolegi i dyskretnie, bądź mnie dopytam czy zdradził.

A służby kontrwywiadu, ochrony rządu?

Ta sieć powstała, aby oni nie mieli do niej wgladu.

Chcesz mi powiedzieć, że spiskujemy przeciw sobie.

Tak szef wymyslił i krąg pana partyjnych kolegów.

O, w mordę. Wymysleć można wszystko, ale ktoś musi weryfikować te pomysły. Bo jak widzimy, gówniane one są.

– Pozwolę sobie nie zgodzić, bo dzieki tej sieci szef osiągnął najlepsze wyniki w grze politycznej zarówno przeciw opozycji i swoim aparatczykom.

Ruszył po swoim spacerniaku. Wiedział, co chce powiedzieć, jakie zająć stanowisko w tej kompromitującej przecież sytuacji, ale… ale najważniejszego nie usłyszał.

– Co jest w tym liście?

– Czytam. „Strzelby nie musisz oddawać, prezes lasów jest gotów za nią zapłacić, bo wiele tobie zawdzięcza. Ubij nią wściekłego odyńca”.

Nie zatrzymał się na spacerniaku, ale wręcz padł, siadł.

– Czy ja dużo przeklinam, bo tracę kontrolę.

– Szef jest dziewicą w tej łacinie.

W myślach zdarza mi się, więc powiem, co myślę. Uwaga! Kurwa, kurwa, kurwa!

I co?

Nie ulżyło – podniósł się. – O jaką strzelbę chodzi w tej zakodowanej korespondencji, do której wdarł się wróg?

Nie mam zielonego pojęcia, szefie. Zacznijmy od podstaw.

To jakiś pozytywizm?

Nie pragmatyzm. Ciąg logiczny, ciąg kulturowy, że tak się wyrażę, to coś jak od pucybuta do milionera, dedukcja. Rolę strzelby najlepiej wyraził Czechow, która zawsze musi wystrzelić.

Zaczytywałem się „Winnetou”.

To nie ten… hm… hm… postromantyzm niemiecki, ekspresjonizm. Bez obrazy, szefie, ale facio chce coś nam przekazać, w coś wrobić. Bo może strzelba wypaliła, bądź wypali, a ten mail to unoszacy się już dymek z lufy po wypaleniu z niej, albo in spe, zamiar, przestroga, nie można wykluczyć, że groźba. Zapaszek kordytu zapakowany do maila.

Więc potraktujmy go jako dowód, jeżeli coś się stało, albo stanie. A tymczasem zlokalizujmy strzelbę, której nie muszę oddawać, tylko ubić wściekłego odyńca.

Szef odzyskał równowagę, bo ruszył po swoim spacerniaku, jego pucybut, a kto wie, czy nie odyniec, wpatrywał się w ekran laptopa. Błąd! Otrzasnął się, wszak wyznawał coś zupełnie przeciwnego, niż jego szef, który nie widział rzeczywistości, bo miał wizje przyszłości. Do tej opinii się nie przyznawał, bo straciłby robotę i legitymację, która posadziła go w tym miejscu, gdzie teraz wlepiał się w ekran wzrokiem Tejrezjasza.

Szef na szlaku spacerniaka, który kto wie ziści się, jako… wizja poprzednika. Bo tak też mozna było odczytać mail, ale z tą interpretacją nie podzielił się ze zwierzchnikiem, bo ona mu otworzyła okno… na przeszłość.

Szefie, mam… – szybko się zastrzegł. – Może mam.

Ja też do czegoś dochodzę, a powinienem już lecieć na otwarcie tego mostu, no wiesz…

Który już został otwarty za facia, który wdarł się do tajnej sieci.

Właśnie. Co masz?

Gdy wprowadzaliśmy się tutaj, na ścianie wisiała strzelba. Moja reakcja była taka, że zapytałem szefa, co z nią zrobić i usłyszałem – wypieprzyc.

Gdzie ją wypieprzyłeś?

Wykombinowałem futerał po kontrabasie i w niego ją zapakowałem.

Świetny pomysł, mało indiański, ale za to gangsterski.

Ale…

No, właśnie, Tyle bylo na glowie, że etui ze strzelba wstawiłem do pakamery za tym gabinetem, gdzie szef ma swoją przebieralnię i garnitury.

Faktycznie. Nie raz zastanawiałem się nad tym futerałem i to z sentymentem, bo odzywało się wspomnienie, jak w szkole muzycznej tatuś chciał ze mnie zrobić Jimiego Page’a.

Page grał na kontrabasie?

Nie grał, tylko ciągle gra na gitarze. Jest wielki, jak armia kontrabasów.

Zatem zajrzyjmy do tej wielkości, aby zobaczyć, czym szef ma ubić wścieklego odyńca – zaproponował zwierzchnikowi.

Wyszli ze spacerniaka, przeszli przez osobisty gabinet z największym biurkiem w resorcie, znaleźli się na jego tyle, który była zagracony. Dwie otwarte szafy, sporo garniturów, obuwia i ścianek, które się ustawiało za bądź obok szefa, gdy musiał dać jakieś magłe setki dla zagranicznych telewizji. Jednym słowem – burdel. Szef od razu skierował się w sam głąb pakamery, gdzie umiejscawiał futerał, odchyli jakąs plansze i rozłożył ręce.

Nie ma. Tutaj widziałem zawsze i ostatni raz. Dlatego nie zaglądałem do futerału – zrobił minę, którą w wywiadach osiągał przy pytaniu dziennikarza, miała znaczyć: nie na to się umawialiśmy. – W mordę, intrygujące.

Picybut zaczął się rozgladać.

A w szafach?

Nie ma. Są płytkie, futerał nie wszedłby.

Jak… – nie skończył pytania, bo pudło ze skarpetami, które wyjęte z niego rozrzucono na nieregularnej bryle i to był futerał. Zastapił innym niedokonczonym pytaniem. – Jak…?

Tu ktoś był, teraz widzę dezorganizację miejsca. I to był niedawno, bo wczoraj było inaczej, gdy przebierałem się przed podróżą.

Pucybut powkładał skarpety do pudła, był wśród nich krawaty, gdy calkowicie odsłonił zamknięty futerał, zapytał:

– Otwieramy?

– Tylko w ten sposób dowiem się, z czym na odyńca…

Szef nie skończył, bo etui było puste, acz na spodzie leżała złożona na czworo kartka. Jego asystent rozłożył ją i ostantacyjnie nie patrząc, co na niej napisane, podał.

„Jeżeli dotarliście do tej kartki, jesteście na właściwym tropie” – wydukał szef.

To się nazywa wodzenie za nos. Wygląda na to, że intryga została zawiazana i niestety narrację ktoś narzuca. Pytanie… hm, hm…

Kontytnuuj, chcę skonfrontowac, czy myślisz to samo, co ja.

Szefie, odpowiedzieć nalezy w jakim gatunku ten ktoś chce, abyśmy grali.

My?

No, szef. Czy to ma byc kryminał, czarny dramat kruminalny, czy jakaś humoreska, a nawet burleska, wykluczam, że liryka, choć moge się mylić.

Zdaje się, że juz powinienem wyjeżdżać – szef w pozycji siedzącej do swego interlokutora wydawał rozporządzenia. – Po chuj jestem potrzebny przy otwarciu mostu, który był otwierany, możliwe, że p0rzez mojego poprzednika. Pchnij na tę uroczystośc któregoś mojego zastępcę, niech on się osmiesza, a ja… ja przemyślę.

Pucybut wyszedł, a on oklapł. Siedł na futerale, a gdy okazało się niewygodne dla siedzenia, połozył się obok niego i do siebie powiedział:

– Albo pierwszy ze mną igra i chce mnie zgnieść jak wesz, aby trzasła chityna moich ambicji, albo liryka, która jest moją skrytością, bo liryka inna nie może być. W tej pozycji nie rozstrzygnę, ale mogę się napić.

Musiał dobrze wiedzieć, gdzie się polozyć, bo jego ręka odnalazła za kartonem ulubioną czarną kurtkę, a z niej wydobyła ledwie napoczętą piersiówkę Danielsa. Nie podniósł się, gdy odkręcał byetlkę, tylko prawą rekę podsadził głowę, aby lewą przechylić cała zawartość do ust.

Gdy już opróżnił, podsumował:

– Musiało mnie dopaść. I to w takim momencie – a gdy się zreflektował, dodał: – Każdy moment jest zły, a ten bardzo. Co ma się stać, nie musi się stać naprawdę.

Odrzucił opróżniona butelkę i stanął.

 

 

 

opera

 

Stanowisko tego wyżej bohatera – wicepremiera – długo nie pada.

 

%d blogerów lubi to: