Hairwald

W ciętej ranie obecności

Iwona (3)

 

– A jak opisałabyś… no, wiesz kogo…

– Masz z nim problem?

– Nie. Interesuje mnie obiektywizm, postrzeganie nie moje.

– Aby go podejść, ograć?

– Nie! Uzyskać najlepszy kontakt.

– Ambitny jesteś.

– A ty nie?

– Zaczęłabym od wron.

– Dlaczego?

– Bo u nas nie ma sępów. Więc zaczęłabym od osaczenia, uwięzienia, na które skazuje władza, gdy się jej pragnie i rezygnuje z życia.

(powyższy dialog kursywą)

 

Dzisiaj na parapecie usiadła tylko jedna wrona, to go zaniepokoiło. Skąd przylatywały, bo tutaj nie miały gniazd, a jaki mogły mieć żer na moim parapecie. Przecież okno się nie otwiera, choć nie jest zabite gwoździami. Dlaczego? Gwoździe mógłbym wyciągnąć, trzymać w zębach, jak to się robi, stolarz trzyma w zębach gwoździe, jedną ręką przytrzymuje ramę okna i wbija jeden gwóźdź, drugi, a ja wyciągałbym cęgami i wkładał je do ust, też jako stolarz, w tym wypadku jako antystolarz, uwalniałbym z gwoździ okno, aby ta wrona i te, które były wczoraj i poprzednimi dniami, mogły otrzymać ode mnie swobodę, wolność, czy chcą tylko siedzieć na parapecie i czekać na żer, wypatrywać go nadaremnie, czy wlecieć do gabinetu, w którym poczęstowałbym je tym, co mam. Mam niewiele, a dałbym wiele, bo niewiele dzielone na pół jest wielością dobroci, a więcej niż pół jest dobrocią anielską, a nawet boską. Mam bułkę, gdzieś ta bułka musi być, ostatecznie powiem „bułka” i Mamrot, którego zrobiłem ministrem, w te pędy przyniesie bułkę. Imposybilizm zaczyna się się od okna, bułkę mogę zjeść, zjem i koniec akcji, fabuły, a ja chcę opowiedzieć o wolności, na razie w tym niewielkim wymiarze okiennym, a potem zaokiennym; wrona i jej wolność.

Parapetowa wrona jak geopolityka, jest, przyleciała, zagospodarowała teren, ugór i czeka na żer, jej robotą jest czekanie, które męczy czekającego i obserwatora, mnie męczy, męczy tego na wysokościach, zresztą to jego słowa z psalmów: praca męczy, a jeżeli pracą jest czekanie, to męczy wielkokroć, z pracy trzeba zdjąć ciężary, cieżar czekania, ciężar nadziei i pozostawić z samą pracą, praca w istocie pracy co prawda też męczy, ale jest istotą wolności, której wypatruje ta wrona. Przecież wrona nie wypatruje drugiej wrony, która właśnie obok niej usiadła, nie wypatruje żadnego towarzystwa, ani wspólnoty pod jakimkolwiek pozorem, lecz wolności, która zaspakaja, podstawy życia, dla wrony w tej chwili podstawą jest parapet, nie jest nią możliwość lotu, ucieczki, nie jest druga wrona, a nawet gdyby przyleciały następne, nie jest zatem zbiór wron, lecz ona na parapecie, który wybrała, a który jest podstawą do jej autodefinicji, do patriotyzmu parapetu, jeżeli uznamy, że ten skrawek świata, który w tej chwili jest dostępny mojej ocenie, uznamy za eksterytorium.

Tak było w naszym domu, ojciec dostał swój parapet, z którego szybował na wykłady, nawet okna mu matka nie otwierała, musiał żywić się na stołówce na Politechnice, w domu była niejedna bułka, która mogła czekać na jego gębę, patrzył na nas, szczególnie na matkę, jak przez szybę, nie uderzał dziobem w przezroczystą taflę, brał nas na niedzielny spacer po parkach, po Łazienkach – gdzie gnieździły się podobne jemu wrony – zaopatrywał nas w lody kulkowe, my je dziabaliśmy tak, aby monolog ojca przepuścić przez uszy. Były to więc słowa zmrożone, choć opowiadam w tej chwili zdarzenia z pewnego lata, gdy już mieliśmy za sobą doświadczenia na planie filmowym. Byliśmy niejako własnością publiczną, więc chodziliśmy w tych parkach, gdzie nie dostawała się publika, tylko nomenklatura komusza. Cmokali na nas, cmok, cmok, słyszałem miły uszu dźwięk podziwu, ojciec się jednak krzywił, gdy mu zwróciłem uwagę, że zasłużyliśmy, zadał idiotyczne pytanie, czym załużyliście. Bułka, wtedy chciałem krzyczeć, a on odpowiadałby chleb. W ten sposób dawał nam do zrozumienia, że jesteśmy pikusie, nie z jego bajki. Kulek lodowych jednak nam nie żałował, zdarzało się, że mieliśmy po pięć wbitych w wafel i tak z nimi paradowaliśmy, że zasłaniały nam twarze, brat zawsze umazał sobie gębę, paćkał ją wielobarwnie, ojciec się śmiał, a ja proponowałem, aby sobie wytarł i nie przynosił hańby, zdaje się, że wówczas pierwszy raz powiedziałem o jego twarzy, jako mordzie zdradzieckiej, ojciec tak spojrzał na mnie, jakby chciał mi dać w twarz, zaciął się w sobie i niestety z tego wszystkiego ja zafajdałem sobie twarz, długo tej hańby na twarzy nie nosiłem, bo brat wytarł mi ją swoją chusteczką.

Byłem mu wdzięczny, mogłem trzymać fason, ni z gruszki, ni z pietruszki wyskoczyłem z frazą, którą słyszałem od operatora filmowego, jak pytał montażystę, czy jest pewien, że kochankę nie dzieli na pół z mężem i czy solidnej porcji chuci kobiety nie konsumuje reżyser, bo nie wiadomo z jakiego powodu angażuje ją do statystowania nawet w scenach, gdzie aż tyle tłumu nie potrzeba, a zwłaszcza tak wysokiej kobiety, która wyróżnia się na taśmie celuluidowej i może zakryć postacie centralne. Montażysta odrzekł, że widzi i tak przycina taśmę,  aby nie raziła swoją wysokością zwłaszcza w tle, aby nie rzucała zbyt długiego cienia, bo wówczas odciąga uwagę od bohaterów.

No, to widzisz, dociskał operator. Ją widzę, ale nie rękę reżysera. Rękę w jej majtkach, podsumował operator i obejrzał się na mnie. Siedzieliśmy przy stole montażowym, przy którym nie miałem nic do gadania, ale lubiłem oglądać siebie, zwłaszcza w scenach, w którym z bratem lataliśmy z miejsca na miejsce, bo się podmienialiśmy. My wiedzieliśmy, że ja to on, a ogrywani myśleli, że ciagle mają do czynienia z jedną i tą samą osobą. Takie były nasze zalety nie tylko na planie filmowym, przede wszystkim w życiu. Zainteresowała mnie ta ręka w majtkach, którą jakoby miał wkładać reżyser. Zastanawiałem się, jak zdobyć majtki tej długiej kobiet, a już zupełnie nie miałem pomysłu na zdobycie ręki, na razie, pocieszałem się, gdyby udało mi się z majtkami to chciałbym sprawdzić działanie ręki w majtkach.

Wychodzisz, spytał montażysta, gdy już otwierałem drzwi, myślałem, że pomożesz mi odróżnić siebie i brata w scenie, którą tak uważam, że reżyser spartolił. Może w montażu poprawiłbym ten brak logiki. A co to za scena, spytałem już za drzwiami, u zbójcy, zamknąłem drzwi, mimo to odpowiedziałem sobie, w tej scenie nas dwóch gra tylko jeden i należy to zanotować, bo gdy celuloid ulegnie działaniu czasu, stanie się starym kinem, nawet ja nie będę musiał pamiętać, że w ogóle w niej nie grałem, a brat grał mnie i siebie.

Poza tym, nie był w tamtej chwili ze mną, a jednak miałem z nim kontakt za pomocą telepatii, tej pępowiny bliźniaków, a w każdym razie tak sobie wymyśliliśmy, mogłem podejrzewać, że szuka tej ręki w majtkach, więc w transmisji pępowiny podzieliliśmy się zadaniami, on niech chodzi za ręką, ja udam się na rekonesans majtkowy. Zadałem sobie pytanie, na które odpowiedź mogła skierować mnie na trop właściwych majtek, pytanie brzmiało, czy nos jest dobrym kierunkowskazem, aby znaleźć majtki. I szybko sobie odpowiedziałem, że tak, wówczas poczułem, że w moich majtkach podnosi się nosorożec, och, miniaturka nosorożca, albo inne zwierzę, którego nos jest rogiem innej formy geometrii, nos długi, cienki, flakowaty, gdy jednak natknie się na swoje majtki wyciąga się,  napręża, jak ten mój, o, właściwe rzeczy słowo, mrówkojad, który znajdował się w majtkach, więc nie mógł węszyć, majtkojad w moich majtkach, a ja potrzebowałem właściwych majtek, innych majtek, aby w nie włożyć rękę. Nos skomunikował się z częścią ciała wyższą, użył rozumu i udałem się tak, gdzie majtki mogły być na osobie, która rozpoczęła ten taniec majtek.

Znalazłem się w korytarzu, przy którym mieściły się garderoby, w naszej kanciapie brata nie było,  co mnie nie zdziwiło, gdyż w tym czasie miał przyjemność poszukiwać mnie, takie tam ulubione zajęcie, które mu przysparzałem za darmo, aby się nie nudził i nie zawracał sobie głowy, kto jest ważniejszy spośród nas, głowa potrzebuje kapelusza, a przynajmniej beretu, aby ją chronić. Nawet się cieszył, że przyznawałem mu w tandemie rolę beretu, celebrował się jako strażnik głowy, bardziej odpowiedzialny od bezbronnej głowy, takie tam dialektyki, od których go nie odwodziłem, bo miałem dużo wazniejsze problemy na głowie, niż beret.

Obok naszej znajdowała się kanciapa z drzwiami obitymi błyszczącą blachą, rzucała się błyskami w oczy, szczególnie przy świetle żarówek, zwykle była zamknięta, kilka razy starałem się z głupia frant otworzyć, dziwna klamka z brązu albo miedzi zapraszała rękę, aby ją nacisnąć, a zarazem odstręczała śniedzią, wyglądała na brudną, oślizgłą, wręcz chorą, to nie był dla mnie powód, aby nie dowiedzieć się, co za drzwiami, zwłaszcza gdy jeden jedyny raz widziałem jak wchodził do niej nasz filmowy ojciec, facet ze szczęką jak szuflada, której nigdy nie wsuwał, widziałem go jakby się skradał, gdy mnie zauważył popełnił błąd, to to oceniam, bo fikcję pomylił z rzeczywistopścią, powiedział, co synek, po czym nacisnął klamkę, która jemu od razu ustąpiła i wsunął się za drzwi bokiem.

Stałem przed drzwiami, miałem problem egzystencjalny, chciałem kolejny raz klamkę nacisnąć, ale odzywał mi się w głowie przegraniec, który sączył jad zniewolenia, wówczas naprawdę nie mi się nie chciało, dostawałem miekkich nóg, wolałem w głowie jego brata bliźniaka przegrańca zemsty, wówczas stawałem na sztorc i wszystkich stawiałem na sztorc, wszystkich to znaczy takich, których mogłem postawić na sztorc. I ten pierwszy przegraniec zaczął wygrywać, mimo że nie nacisnąłem klamki, oparłem się o drzwi i zacząłem je drapać, i stało się to, co nazywamy cudem, co jest sezamem, który nieoczekiwanie dla nas otwiera podwoje, abysmy z okazji korzystali, bo nigdy nam się już nie zdarzy. Ręka w majtkach.

Drzwi otworzyły się na głębokość klaty mojego filmowego ojca i wyjrzała przez nie blond głowa tej, która jakoby miała być dzielona na trzy części, a może więcej, szybko wsunąłem nogę w szparę, wówczas powstał we mnie zew albo instynkt, teraz albo nigdy, zabaczyłem ją bez majtek, dosłownie. Czyżbym przegrał w poszukiwaniu majtek, bo przecież nie w poszukiwaniu ręki, była bez majtek, a ja szukałem majtek, z nogą w szparze obserwowałem wojnę na jej twarzy, co zrobić z nieprzyjacielem za barykadą drzwi, ubić, bo mnie ubije w tej sytuacji, wojna mogła mieć inny front, wpuścić, nie wpuścić, wiecie co się dzieje w takich chwilach, są długie, jak prawdziwe wojny, bo bolała mnie stopa, skojarzyłem, że jestem ranny na froncie tej wojny o majtki, bez przesady bowiem była to wojna podjazdowa, albo wracało się z łupami, albo zostało się odgoniony, poszczuty i wracało się z pyszna, na tarczy, z tej kontuzji odniesionej niepohamowanym bohaterstwem, bo czułem się bolesny, wbity ponadto w dumę, usłyszałem, och przepraszam, jak pielęgniarka w lazaracie, zapytała boli, nic się nie stało i puściła barykadę drzwi, a ja jak bohater padłem, bo byłem ranny, być może po zabiegu w lazaracie, leżałem, nie wyłem, przestraszony, wdarłem się jak nieprzyjaciel na teren wroga, chciałem się czołgać, zamachałem rękami, jakbym płynał ku brzegowi zwycięstwa, a nie umiałem pływać, czego to bohater nie robi, nie dokonuje, z płaszczyzny podłogi widziałem jej krocze bez majtek, po które przyszedłem, krocze rozwarło się, jak przecinek, który w środku był różowy, a wokół marszczył się czernią, zasłoniła się prześcieradłem, czyżby majtek nie znalazła, zawiązała się z boku, jak Rzymianin, zamknęła drzwi na zatrzask, słyszałem huk i słyszałem dalszy ciągu przepraszam, nie chciałam, zdezorientowałam się, przebierałam się do roli, wypełniłem swoją rolę dziejową w tej w wojnie o majtki, wstałem i padłem, bo ból skręcał mnie w stopie, padłem w jej ramiona, które poniosły na kanapę, a która była rekwizytem w moim filmowym domu, poznałem ją po miękkości, była jak puch, a mimo to skrzypiała i wówczas zaniemogłem.

Nikomu nigdy tego nie opowiadałem, poczułem zapach majtek, których jednak nie widziałem, ani na niej, ani na kanapie, zapach miał barwę, snuł się żółcią, jak kolor firanek, który przy głębszym wdechu skłaniał się ku różowości, jak jej przecinek w kroczu, gdy już róż z tego nasycenia miał zostać kurewską czerwienią, pękłem. Wówczas nie miałem takiej wiedzy, że taki kolor występuje w naturze człowieka, kurewska czerwień,  i bynajmniej nie z tego powodu, że w kolorze jest odnośnik do sytuacji społecznej, ale czerwień miała inne zdecydowanie państwowe odniesienie, a państwo wszak nie mogło być kurwą.

Wtedy usłyszałem ją i doceniłem, robisz esy floresy jak Chełmicki, warto powtórzyć to na planie, Pawełku, a gdzie zgubiłeś swojego Gawła, hę. Chełmicki na filmie padł, a Cybulski wpadł do nas ze swoją menażką i dał mi się napić coca coli, pij małymi łykami, dostawa mi się kończy, żałował napoju, który nie smakował. Piłem swoimi łykami, które były małe, czego nie żałowałem, Chełmicki ze studni swojego głosu odegrał jeszcze raz scenę w poszukiwaniu nabojów pod stolikiem, interpretowałem, że to były nogi kobiety bez majtek, ani kropli, ani kropli, informował nas.

Nie było majtek, przegrałem tymczasem tę bitwę, ale nie całą wojnę, mecz ma dwie połowy, opuśćmy majtki, przejdźmy do drugiej połowy, do ręki, majtki zostawię na razie Gawłowi, jak rzekła, niech on o nie gra, kombinowałem na jej kanapie, naszej filmowej domowej, tak jakbym był w swoim domu, nie całkiem wyimaginowanym. Bitwę o rękę miałem z góry wygraną, walkowerem, bo to przecież może być moja ręka, zdecydowałem się otworzyć oczy, być przytomnym, jeżeli już znalazłem się tu, gdzie o to zabiegałem, gdzie drzwi były dla mnie zatrzaśnięte, znajdowała się długa kobieta, przecież obca na tej filmowej kanapie, obca czyli pożądana, grzeszna. Ona mnie rozpoznała, choć pod innym imieniem, nie byłem magmą bliźniaczą, syjamskością, którą rozerwać mogła tylko śmierć jednego z nas, byłem rozpoznawalny i to było moje zwycięstwo, część walkoweru, w którym wróg podnosi ręce do góry, bo poznał z kim ma do czynienia, ze mną ma do czynienia, krzyczałem, wewnątrz siebie darłem się wniebogłosy, nie jestem niemądry, aby przy takiej chwale puszczać parę z ust, choć swoją drogą można rozpoznać po oczach, po dołeczkach na policzkach, a nawet po kącikach ust, które unosiły się do pieśni zwycięstwa, nie darłem ust, otrzymałem od niej laur ręki, którą uniosła nad moją głową, nagradzając mierzwieniem, zanurzeniem palców we włosach

Gdy mnie nagradzała, opadało z niej prześcieradło, zauważyła tę zależność, laur i golizna, brak lauru i zasłona, wybrała pierwszą możliwość z satysfakcją, która pojawiła się na jej twarzy w postaci różu uśmiechu, takiego samego różu jak między jej nogami. Chciałem wygrać drugą połowę meczu, bo w pierwszej przegrałem walkę o majtki, których nie znalazłem, a nawet gdyby mi się udało, taktycznie oddałbym majtki honorowo, przeszedł na z góry zaplanowane pozycje bezmajtkowe, bo majtki to rozpoznawanie przeciwnika, jakie są jego silne i słabe strony, warto oddać majtki, aby sie przekonać o sile własnej, sile bezmajtkowej, więc porzuciłem analizowanie pierwszej części meczu, skupiłem się na ręce, drugiej połowie spotkania. Co z nią zrobić, aby po odgwizdaniu rzec, proszę pani, to ja wygrałem, jestem górą.

Przesuwała mnie na kanapie, chciała nas zmieścić, było to jednak niemożliwe ze wzgledu na jej długość, była rozciągnięta ponad łóżko, jej łóżko nie starczało, a co mówić, jeżeli ja zostałem dodany, wreszcie moje nogi połozyła na swoich, mogłem zagrać pozycyjnie z ręką, aby ją wsunąć w majtki, których nie ma, jak mówi mądrość ludowa, zrób ze słabości siłę i to mogło się udać, ale ona zaczęła swoją opowieść, nazwała ją drogami wolności, albo drogą do wolności, nie była to długa trzytomowa opowieść z kilkoma bohaterami i historią powszechną w tle, tylko z nią, bo dla niej bohaterowie mogli być tylko klientami, a klient nie może być bohaterem, ta opowieść monobohaterska z tej racji była liryką, poezją drogi, pieśnią ulic, byłam kurwą, Pawle, zaczęła, zaczynałam od proletariatu ulicy, na której czy to śnieg, deszcz, czy spiekota, jak śpiewa bard, poddawana byłam przyspieszonemu starzeniu, kruszałam, jak pomniki, patrzyłam na takiego Tadeusza Kościuszkę i mówiłam do niego, spotkał nas taki sam los, mnie  w życiu być kurwą, a ciebie jako kurwę uczynili na pomniku po śmierci, ja mogę się wycofać z kurestwa, choć już młodość mam straconą mimo moich osiemnastu lat, tak tak tak, ta lityka ulicy zaczęła się, gdy przekroczyłam osiemnaście lat i dojrzałam do kurestwa, a ty Tadeuszu kurwą zostaniesz na zawsze, wszelacy amanci będą przybieżać do ciebie w potrzebie z kwiatami, wieńcami i oddawać twojemu kurestwu cześć, aby na nim zarobić, dla alfonsów nie liczy się, czy żyjesz, jak ja, czy jesteś truchłem, wyniesionym na cokoły i wystającym jako pomnik, muszą cię użyć, wyżyłować, spuścić się patriotycznie, takie ich pośrednictwo kurewskie na Kościuszkach, na mnie, kosztujemy cene kwiatów.

Nie padłem po raz trzeci, nie umywałem się do Chełmickiego, brak mi było wewnętrznej szorstkości bohatera i aktora, czułem w sobie jedwabny szal, gładki, nie gniotący się, przyjemny w dotyku, do którego jednak nie miałem serca, postanowiłem się wewnątrz zmechacić, właśnie miałem dokonać czynu dla mnie przelomowego zakończyć drugą polowę sukcesem bramkostrzelnej ręki, po kontraataku, choć to długa kobieta mnie gniotła, okrążała w ataku pozycyjnym, znajdowała się na polu karnym, chciała wymusić rzut karny, gdy barykada drzwi została poruszona chrobotaniem, mysim pazurkowaniem i chrząkaniem, takim z głodu, z oczekiwania, z pożądania, poniosła się, lecz na tyle, że mogłem zareagować, zatrzymać, zapytałem, alfons. Zaskoczona uśmiechnęła się, nie, kochanie, nie, nie dokończyła, zawiesiła odpowiedź po to tylko, aby ocenić toczącą się grę i puściłem ją, a ona już przy drzwiach ciągle bez prześcieradła i z przecinkiem między nogami, którego w tamtym momencie nie widziałem, zatrzymała się, co z tobą zrobimy, nie otworzyła jednak drzwi, jej pazurki zamieniły się w mysz,  odchrobotała, szybko, szybko, przynaglała się.

Ścisnęła uda, przebierała w miejscu nogami, był to taniec jakiegoś pożądania, odgrywany jednak przede mną, a przecież nie mogłem być obiektem, który miał  na niego reagować, w każdym razie w jej mniemaniu, bo ja reagowałem przecinkiem, co później się sprawdziło jedną z pierwszych polucji, dlatego dzisiaj waham się, gdy zacząłem odtwarzać, czy to nie odbywało się na płaszczyźnie onirycznej, na prześcieradle, choć ona go nie miała na sobie, patrzysz na mnie, powiedziała, jakbym zapraszała do tanga, a to tylko twist. Tanga nie znoszę, bo nie znoszę alfonsów w smokingach, twist jest proletariacki, można go wykonywać w stroju roboczym, czyli nago, nie tańczę jednak, aby wzbudzać pożądanie, tańczę jak kobiety z moich stron, które pod siedmioma spódnicami ukrywały swoich ziomków tchórzy, albo małoletnich potomków, gdy rozpoczynało się polowanie z nagonką na obcych, byłam u siebie obca, tak jak dzisiaj, jestem skazana na obcość, prolongowano mi nietutejszość. Wzięłabym cię pod siedem spódnic, byłbyś bezpieczny, a przede wszystkim ja byłabym bezpieczna, nie byłabym tą myszką, za którą przyszedł kocur z drugiej strony drzwi. Poradziłem wówczas jej, że może zburzyć barykadę, nie ruszając jej, nie otwierając drzwi, przejść za mną innymi ulicami, innymi mozliwościami. Ona wówczas twardo przy narastającym chrobocie w drzwi powiedziała, kurwa zawsze zderza się z alfonsem, a alfons chodzi tylko takimi drogami, gdzie może spotkac kurwy, albo takimi, gdzie może przysposobić obiekt do kurestwa. Masz na mysli pomniki, zapytałem. Też, też, jesteś uważny na tej lekcji kurestwa, jestem, odpowiedziałem, a skąd twoja nietutajszość, z jakiej nietutejszości pochodzisz, z Kaszebe, usłyszałem i oniemiałem, jak żyję, pewnie niewystarczająco wówczas, ale nie słyszałem o takiej ojczyźnie, może była to filmowa kraina patriotów nietutejszych, bo statystowała w filmach produkcji tutejszej.

Do chrobaczącego zza barykady musiał dołączyć większy alfons, dubeltowy, taki tam alfons alfons, szef alfonsów, nadalfons, nie było już chrobotania, było walenie w drzwi, niedźwiedź zastąpił kota, rozległ się ryk, otwieraj, pisany duzymi literami.

Od takiego głosu drżą ściany, a na pewno cierpnie skóra i drżą ludzie, tak zadrżała ta długa kobieta, zatrzęsła się, zaczął z niej osypywać się tynk skóry, najpierw zakurzyło się z niej lękiem, a potem wielkimi płatami spadała skóra, ukazywały się włókna mięśni, wstała, jakby chciała się ratować swoją wielkością, wysokością, monumentalnością, lecz to nie wystarczało, nie było w niej wystarczającej siły, aby oprzeć sie najazdowi ryku dwubeltowego alfonsa, który zamienił się w niedźwiedzia i lada moment miał sfosować drzwi, stanąc po naszej stronie najechanych, obrońców wolności naszych lęków, wolności kurzu naszej bojaźni, nie opierała się, kapitulowała, pozostało jej ratować rodowe precjoza, które mogły jeszcze posłużyć do przetrwania fizycznego w krytycznych sytuacjach, może do obrony honoru, choć z tym bym nie przesadzał, monument kobiety położył się wzdłuż na kanapie, zastanawiałem się, jak ona mogła uprawiać kurestwo, ale warunki frontowe nie muszą być luksusowe, muszą wystarczyć minima, a jak ich nie ma, minima minimum, i tak leżąc, drżąc, ale już sie nie rozpadając, tylko rozkładając na pierwiastki strachu, lęków i bojaźni, spojrzała na mnie i wydała ostatnią dyspozycję, możesz się uratować, pozostać poza zasięgiem podejrzeń, wystarczy tylko się zmiejszyć, a wówczas wejdziesz we mnie i nikt, nawet ten złowieszczy wróg, wróg wrogości, wróg wszelkiej bohaterszczyzny nie dopadnie cię, nie zniewoli, nie będzie miał haków na ciebie, aby dokonywać egzekucji. I tak zrobiłem, zacząłem się zmiejszać, aż byłem mniejszy niż przecinek, wszedłem w nią, wstrząsnęło ją trzęsienie w najwyższej jednostce skali Richtera, orgazmem zapylonego przecinka wypełniłem jej wolę i się uratowałem, uchwyciłem tylko skrawek dźwieku z ryku niedźwiedzia, który już pokonał barykadę drzwi.

Ojcu powiedziałem, że wkłada rękę do niewłaściwych majtek, do fig tej asystentki, której doktorat jest wątpliwej konduity, to znaczy jej konduita nie zasługuje na doktorat kurestwa, bo on jest tylko fakultatywny do jej pracy na wydziale mechaniki Politechniki, wychodziliśmy już z Łazienek, znajdowałem sie poza zasiegiem złości ojca, który zaczerwienił się, jak flagi na pochodach pierwszomajowych, musiałeś ten język wynieść z wytwórni filmowej, od początku byłem przeciwny waszej karierze gwiazd filmowych, skończy się na debiucie, nie będziecie edukować się w kurestwie, tak w kurestwie, bo ona panuje w tym przemysle podejrzanej konduity, w podrzędnej sztuce zakasanej muzy bez majtek.

 

 

 

Na ścianie jego gabinetu wisi Jeździec Polski rembrandta

Dialog na początku kursywą.

Następnie w jednym akapicie.

 

 

Monolog “prezesa” pisany w jednym ciągu, ale jednak dam akapity,  bo nawet sam ze soba będzie wchodził w dialog.

A gdy zawoła swego Mamrota, to on będzie opisywał jak dialog przebiega, będą możliwe wtręty odprezesowe, a nie odautorskie.

%d blogerów lubi to: