Hairwald

W ciętej ranie obecności

3 życzenia, 22.12.2018

Z kanapy miałem dobry widok na kilkanaście kijów zakończonych metalowymi szpikulcami. Niespecjalnie pamiętałem, skąd się wzięły, jednak nabierałem przekonania, do czego mogłyby służyć. Od pewnego czasu kontemplacja była rytuałem, bez której mógłbym się czuć jeszcze gorzej.

Tym razem scenariusz przebiegał inaczej, bo nie zdążyłem przewrócić się na drugi bok. Dojrzała kobieta niemal rzuciła mi się na szyję.

– Nie wierzyłam, że pana znajdę.

Co mógłbym na takie dictum odpowiedzieć? Że znalezienie mnie przywraca wiarę. Zaproponowałem skromnność.

– Czym mogę służyć?

– Otóż to, otóż to. Potrzebuję pańskiej przysługi, może pan dobrze zarobić, zapłacę nawet dubeltowo.

Chrząknąłem i od razu pojawił mi się przed oczami stojący w kacie pęk kijów.

– Służę dubeltowo – zdałem się na swoją inteligencję.

– Ale trudno zarabiać na klatce schodowej.

I tak wprowadziłem ją do pomieszczenia z kijami samobijami, które ona nazwała…

– Ale burdel.

– Tego się pani spodziewała w swojej wierze we mnie?

Zgarnąłem pościel za kanapę, a stosem książek przeniesionych z krzesła na taboret zasłoniłem kije. Usiedliśmy naprzeciw siebie, wtedy zaczęła:

– Przepraszam za burdel – miała na uwadze słowo burdel, a nie burdel jako burdel.

– Bajzel – poprawiłem ją i zaproponowałem. – Może herbaty.

– Przewidziałam to – zaczęła. – Dlatego odmówię, bo…

Zrobiło mi się głupio. Nie dość, że burdel zdegradowany do bajzlu, to mogła odmówić z powodów higienicznych, iż nie posiadam czystej szklanki. Może odgadła moje myśli, bo zmarszczyła czoło, jak ta aktrorka – no, właśnie, wypadło mi jej nazwisko ze zwojów mózgowych i musiało się znajdować w tym burdelu.

– Bo przyniosłam ze sobą piwo – zaczęła bardzo dobrze.

– Po czym pani rozpoznaje, że brakuje mi piwa?

– To napój pisarzy.

– Nie ten adres. I nie wiem, czy w pobliżu mieszka jakiś pisarz, pani wiara musi kogoś innego dotyczyć – broniłem się przed posądzeniem o pisarza, ale nie przed piwem, bo miałem strategię na dwa piwa.

– Poznaję po twarzy – nazwisko aktorki ciągle leżało na podłodze w moim burdelu.

Wymieniła moje nazwisko.

– Zgadza się nazwisko – przeszedłem z obrony do ataku. – Na świecie nie ma dwóch osobników z takimi samymi liniami papilarnymi, ale spotyka się z podobnymi twarzami i taki samymi nazwiskami, w kraju Janów Kowalskich liczymy na tysiące.

– To pan nie pisarz? – zrobiła się smutna, jak ta aktorka z mojego burdelu.

– To mamy powód do wypicia piwa zamiast herbaty – zaatakowałem zgodnie z moją strategią.

– Ale ja piję na wesoło – druzgotała moje zwycięstwo.

I sięgnęła po torebę, z którą przyszła. Oceniłem wielkość. Co najwyżej mogła pomieścić w niej dwa piwo.

Otworzyła, dojrzałem błysk aluminium. Puszki i to aż trzy. Kobiety potrafią upchać, jak im na czymś zależy – męża w pościeli, a kochanka pod łóżkiem, a bystrzejsza to nawet drugiego kochanka w szafie. Ale nie wydobywała puszek, gmerała pod nimi.

– Mam – wyciągnęła potargany papier. Chciałem powiedzieć, że piwa nie zakąszam. Papier był poplamiony, jakby zawinięto w niego salceson.

Rozwinęła go, był to fragment starej gazety, niemal zbrązowiały.

– Proszę, tu jest pana nazwisko, zdjęcie i adres, pod którym się znajdujemy, ale nie ma linii papilarnych – wbiła wzrok w gazetę.

Odetchnąłem, bo jednak na policji pobierają odciski linii papilarnych. Zaintrygowało mnie to, czyżbym był w rubryce „Poszukiwana, poszukiwany”. Pomyślałem o swojej byłej żonie, która chciałaby mnie wyżąć z ostatniej złotówki na alimenty.

– Proszę – podała mi skrawek gazety. Niechętnie po niego sięgnąłem, „odwagi” – w duchu popierałem swoją bohaterszczyznę.

Zgadza się, moja facjata, mój adres. Anons, który wieki temu opublikowałem, gdy kondycja moja nie znała czegoś tak upadłego jak pęk kijów zakończonych szpikulcami.

Uśmiechnąłem się do wspomnień, choć były tak potargane i zabrudzone salcesonem.

– To pan – orzekła kobieta, wyciągając wnioski z mojej pomarszczonej twarzy.

– Tak! – zgodziłem się. – Lecz to nieaktualne.

– Przecież pan żyjesz – jakby na dowód tego dotknęła mnie.

– Co to za życie – użyłem powszechnie znanej frazy.

– Czyżby pan stracił talent? – kobieta wiedziała jak mnie podejść, acz bez przesady z talentem.

– Upadek – zatoczyłem ręką wokół pokoju, jak lubi filmować David Lynch, gdy wkręca widza w swoją pokrętna narrację – niekoniecznie znaczy tracenie talentu, bo może wypływać z depresji.

– Cieszę się, że tak pan mówi – aż podskoczyła i za mną powtórzyła wodzenie ręką. – Będziesz pan użyteczny i zarobisz.

– A co ma talent do zarobku?

– Wg anonsu napiszesz dla mnie nekrolog – dotknęła wspomnienia po salcesonie i się uśmiechnęła.

Głupia, czy co? Nie powiedziałem tego na głos.

– Pan reklamujesz się, jako piszący wspomnienia pośmiertne. Czyż nie?

– Wspomnienia to nie nekrolog, to… – zacząłem szukać właściwych słów i znalazłem. – Tren prozą.

– Właśnie dobrze trafiłam. Taki z pana nekropol – śmiała się jak na komediowym horrorze.

– Nekropis.

Usłyszałem trzask otwieranej puszki. Na razie tylko w swoich ustach, jako onomatopeja: ne-kro-pis.

Ale mam w sobie nieodparty ciąg na uczciwość, niektórzy nazywają to głupotą, a ja w chwilach wyższości: genem autodestrukcji.

– Dzisiaj nikt nie publikuje wspomnień pośmiertnych – żegnałem się z puszką piwa.

– Jak to? Nikt nie wspomina? Co pan mówisz?

– Nie chodzi o wspominki – znajdowałem w sobie nie jakiś pojedynczy gen, ale pole genów rozwalających mnie od środka. – Nikt nie zamawia  u mnie wspomnień pośmiertnych o swoich bliskich, bo nie ma gdzie publikować. Gazety wychodzą w minimalnych nakładach, więc nie opłaca im się tej funeralnej prywatności publikować.

Patrzyłem na jej minę, która opuszczała twarz wraz z kącikami ust, spadającymi coraz niżej i niżej. Znajdowały się już na skraju brody i niewiele brakowało, aby kobiecie zniknęły usta z twarzy.

– Zauważyła pani, że nawet nie ma już rybryk ogłoszenia drobne?

– No… – słyszałem echo kobiety, która tak napierała na mnie na korytarzu i wepchnęła do mojego mieszkania.

Ale kobiety powstają z popiołów jak Feniks, a mężczyżni zostają z pękami kijów zakończonych szpikulcami.

– To co kiedyś w gazetach, dzisiaj można znaleźć w internecie – popielec z Feniksa już był wspomnieniem. – Tam są publikowane wspomnienia, które chcę u pana zamówić.

– Na Facebooku i na blogach wspomnienia są amatorską potrzebą, a ja uprawiałem profesjonalne pisanie o bliskich zmarłych moich klientów – jedno miałem nieśmiertnelne: destrukcję. – Czy widzi pani różnicę?

– Widzę – kaciki ust wróciły jej na twarz. – Moje wspomnienia są chlipaniem, wystarczy, że spojrzę w lustro. A ja potrzebuję….

Szukała słów, więc jej pomogłem.

– Spiżu literatury.

I znowu się śmiała.

– Ale nic takiego nie występuje w literaturze i naturze ludzkiej – dekonstruowałem siebie w dalszym ciągu. – Jak pisał poeta o człowieku ze spiżu, którego dupę podejrzał w latrynie.

– Znam. Cały był ze spiżu, oprócz dupy. I takiego spiżu od pana oczekuję.

Miała mnie, ale ja uczepiłem się jeszcze ostatniego przyczółka, jeżeli mam się trzymać konwencji niemocy twórczej.

– Słyszała pani o kryzysie twórczym?

– Tak!

– Z przymusu dopadł mnie kilkanaście lat temu.

– A ja słyszałem o takim kryzysie, który jednak szybko mija, gdy poetę dopada głód.

Przy tych słowach wzrokiem i rękoma zatoczyła okrąg po pokój – jak Lynch kamerą – na szczęście pęk kijów znajdował się za jej plecami. Napiszę tak: miała mnie.

– Proszę częstować – rozpocząłem negocjacje.

1.

Podała mi dwie puszki, jedną otworzyłem dla niej. Na biurku znalazłem zeszyt w twardych okładkach i gdy znalazłem się znowu przed nią z nastroszonym długopisem, przyznała się:

– Nie wiem, co mówić.

– O kim mam napisać pośmiertne wspomnienia?

– O kim wiem wszystko, tylko nie wiem, co napisać – wierciła się. – Dużo czytam, lecz z tego nie wynika, abym wiedziała co jest ważne w pisaniu, gdy dotyczyć ma zmarłych. Mam przy sobie fotografie.

Z dużej szarej koperty wysypała kilkadziesiąt zdjęć, z wahaniem mi je podała. Część była grupowych, wybijała się twarz starszej kobiety, kilka portretów z różnych jej epok życia, a także czarnego kota na parapecie, który rozkwaszał nos o szybę.

Domyśliłem się, co trzymam w rękach. Jej wnętrze, które miałem sensownie poukładać, aby wewnętrzny konlikt nie zamierał, pulsował. Abym dał mu życie literatury. Kryzys twórczy nie dopadł mnie dlatego, że podupadłem na talencie, lecz dlatego, że zmarli nagle przestali być żywi, stali się tylko martwymi. Nie trzymałem w rękach jakichś fotografii.

– Matka – powiedziałem.

Skinęła głową. Co mogła mi o niej opowiedzieć? Jej życie, a ja podniósłbym je do rangi hymnu, psalmu. Od tego można dostać skrętu kiszek. Nie jestem od wykuwania napisów na nagrobkach, najbardziej nawet szlachetnych inskrypcji.

Wciągnąłem ją w rozmowę, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Zwykle nie zawodziła mnie inspiracja z buduaru Nastazji Filipowny, która była negatywem każdego wspomnienia, fotografii, moralności.

– Dlaczego pani nie lubiła matki? – zapytałem.

– Zostawiła mnie ze swoimi długami, o których wcześniej nie wiedziałam – zaskoczyła mnie. Ale czy na pewno byłem zaskoczony? Nie. Umarli zostawiają nam negatyw swojego życia, bo tylko tak mogą jeszcze dla nas żyć. Wciągają w problemy, które po nich zostały. Nie godzimy się na nie, ale rozwiązujemy. Jesteśmy ich marionetkami, manekinami.

Aż z wrażenia gwizdnąłem.

– Ależ pan wchodzi w temat – kobieta wyciągnęła kolejne piwo. – Matka wchodziła do kuchni i gwizdała. Zawsze, nie znosiła kuchni, nie lubiła gotować, potrawy zawsze były niedosolone, albo wręcz niesolone. Co to znaczy?

– Nie jestem psychologiem, tylko facetem od ożywiania wspomnień. Może to znaczyć, że zagłuszała się, ale może też znaczyć, iż sygnalizowała, uwaga, uwaga, zbliżam się.

– A to nie jest to samo?

– Czego jeszcze pani nie lubiła u swojej matki? – nie wchodziłem w dramat rozdwojenia znaczeń.

2.

– Nie znosiła mojego kota, który też odszedł?

– To ja mam napisać dwa wspomnienia?

– Trzy.

– Przepraszam, dubeltowe honorarium nie wystarczy.

– Każde można negocjować z osobna – zaproponowała.

Odleciałem. Ożywiałem przyszłość, która jest w tej kwestii o wiele trudniejsza, bo przeszłość jest martwa, wystarczy podłączyć ją do źródła energii i chodzi jak cacy, a przyszłości nie ma, nie ma do czego jej podłączyć, można skorzystać ze źródła wyobraźni, lecz od niej się wariuje. Przyszłość jest niebezpieczna, wysadza nas w niebyt, jest kolapsem.

Więc w ten kolaps zapakowałem moje kije zakończone szpikulcami, niech w tej różowości się skończą, sczezną, znikną, spłoną.

– Temat kota mam w małym paluszku – pochwaliłem się.

Wcześniej pisałem o kącikach jej ust, które z takim triumfem powróciły na twarz, teraz z tej twarzy wyskoczyły, ześrodkowały się w sobie i dopadły moich ust.

Kobieta mnie pocałowała.

Może nawet chciała wsunąć we mnie język, niechcący powiedziałem:

– Eliot.

Nie spłoszyła się, twarz miała blisko mojej, recytowała:

– Matka nie lubiła kotki, tolerowała ze wzgledu tylko na mnie:

Więc gdy w głębokiej jest kot kontemplacji

I siedzi bez ruchu w skupionym milczeniu,

To ta kontemplacja jest zawsze z tej racji,

Że myśli i myśli…

– O trzecim wspomnieniu – dokończyłem.

– Imieniu – poprawiała, bo tak napisał poeta. – Wiktoria, Wicia.

3.

– To imię kota, a kogo ma dotyczyć trzecie wspomnienie?

– Mnie – usiadła.

– Nie piszę o przyszłości, nie jestem dziennikarzem, który ma w szufladzie napisany nekrolog swego redaktora naczelnego.

– Jest pan pewny, że żyję?

– Musiałbym być pewny, że ja nie żyję.

– Proszę sprawdzić.

Jest jeden powszechnie znany sposób, który zwykle stosuję w śnie. Gdy śni mi się fortuna, nie wierzą w nią, szczypię się i niestety budzę z krzykiem, że fortuna rozwiała się wraz ze złotym snem.

Wziąłem od niej zaliczkę. Nie zaglądałem już do lustra, bo kto wie, jak to jest z odbiciem. Dzień był pochmurny, przynajmniej nie rzucał cienia, więc nie mógł sprawdzić mojej egzystencjalności, a ja czułem się gastronomicznie.

Ale wróciła się. Stanęła w drzwiach, wykrztusiła:

– Jeszcze proszę napisać o córce, bo ona jest dla mnie najważniejsza.

– Można mieć tylko trzy życzenia, do trzech razy sztuka.

I tak zostałem złotą rybką, która choć została wyrzucona na brzeg, trafiła z powrotem do swoich życiodajnych wód. Ale to nie jest pointa.

Jakiś czas po opisanym wyżej zdarzeniu, zapytała mnie o kije zakończone szpikulcami, których nie zdążyłem wynieść w przyszłość, aby miały w niej sczeznąć.

– Do czego miały ci służyć?

– Do nabijanie na kije puszek po piwach, bo nie mogę się schylać, nie pozwala mi na to ułomność.

%d blogerów lubi to: