Hairwald

W ciętej ranie obecności

Enklawa, 04.11.2018

Enklawa

Łomotanie do drzwi około południa okazało się być sygnałem do zmiany. W tamtym momencie nie przewidywałem tego. Takiego łomotania nie doświadczyłem. Nie miałem powodów. Otworzyłem, choć moja stara z kuchni krzyczała: – Wyjrzyj przez okno.

Nie wyjrzałem, otworzyłem. Dwóch gliniarzy z minami jak naładowane pistolety, wyglądały na odbezpieczone, wystarczy takiego pociągnąć za jakiś cyngiel – i krzyk moja stara mogłaby zamienić na lament.

– Jakiemu łachudrze otworzyłeś? – rzadko wyrażała się takim językiem.

Usłyszawszy swoją drugą połowę, a przed sobą mając wzrok osobników gotowych do przemocy, nie mogłem nawet wykrztusić: kim jesteście?

– Co z panem? – usłyszałem chrzęst suwadeł ich naładowanych gąb. – Jakbyśmy byli w kominiarkach, a przecież przychodzimy zatroskani z problemem, którym zostaliście dotknięci.

Miałem czuć się bezpieczny, więc chrząknąłem dotknięty.

– A dzień dobry, to nie łaska.

– Powiedzielibyśmy, gdyby padło od pana – mówił ciągle ten sam, ten drugi pozostał z naładowaną gębą. Oho, klasyka, dobry i zły policjant.

– Stara, nie znam kolesi, dwóch w mundurach, albo przebierańcy, jeden z nich jest dobry, aby drugi musi być zły.

Taką długą frazę rzuciłem za siebie, stara była za trzema pokojami, pichciła w czwartym pomieszczeniu, które z garderoby zostało przerobione na kuchnię. Akustyka w byłej filharmonii była taka, iż znajdując się tutaj, gdzie się znajduję, a stara tam, zbliżała nas cieleśnie, gdybym sapał, a stara szeptała zaklęcia z kucharskiej księgi, to ktoś ze szklanką przy ścianie mógłby posądzić nas o zapasy splecionych ciał i sam siebie samogwałtem zaspakajać z audio naszego stosunku oralnego.

Lubiłem nawet tę wersję Jane Birkin i Serge Gainsbourga, patriotycznie zaś Polę Raksę i Janusza Gajosa.

– No i… – wreszcie odezwał się ten drugi, którego zaliczyłem od razu do czarnych charakterów.

– No i pana hm-stara nie odpowiedziała – pomógł mu jaśniejszy charakter.

Chciałem zakończyć ten wstęp twarzą w twarze, w końcu to władza. Zapytałem poważnie: – Co panów przynosi pod nasz adres?

– Czy możemy wejść?

– To jest wpychanie się, proszę nie wsadzać mi tu buta.

Żaden tego nie robił, ubiegłem ich czyny, mieli je wypisane na twarzy.

– Człowieku, chcemy wejść, aby zadać konkretne pytania i uzyskać odpowiedzi. Jak to mamy zrobić? – zapytał zły, wybałuszył gały, strzelając jak ślepakami.

– A czy ja mogę nie odpowiedzieć?

– Nie! – włączył się dobry policjant. – Prowadzimy śledztwo.

– To jakaś amatorszczyzna – odezwał się we mnie znawca. – Najpierw przedstawia się sprawę, w której trwa śledztwo, potem przepytywanego informuje o jego usytuowaniu w śledztwie, czyli wyznaczonej roli, a następnie….

– To pan jest znawcą procedur śledczych, a może autorem podręcznika dla śledczych? – przerwał zły.

– Jestem… – i nie zdążyłem dokończyć, bo zostałem uprzedzony.

– Czytelnikiem kryminałów – dopuścił się recydywy przerywania coraz bardziej czarny w swoim charakterze zły policjant.

– Przepraszam za łachudry – odezwała się za moimi plecami stara. – Nie słysząc narratora, czuję się zaniedbana, rozumieją panowie?

Wskazała na mnie, czym mnie dopieściła. Zawsze zaskakiwała, od początku naszej znajomości i  małżeństwa była tej narracji suspensem. To ona zawraca codzienność, gdy zamiera w utartym nurcie, wchodzi na scenę i dokonuje się cud.

– Proszę nas przedstawić tej hm-młodej starej – zwrócił się do mnie zły.

– A czy my sobie zostaliśmy przedstawieni? – zapytałem go. – Czy wiem z kim rozmawiam?

Jak jeden mąż dwóch policjantów jak w pływaniu synchronicznym sięgnęło pod pazuchy, skąd wydobyli blaszki w tekturowych okładkach, które zadyndały, przedstawili się starej. Gdyby zapisać ich prezentację, wyszedłby z tego warkocz nazwisk. – Ko-no-wal-wak-ski.

– Chętnie weszlibyśmy – już nie byli tandemem – ale pani stary…

– Mąż – poprawiła stara.

– … blokuje nam swobodę prowadzenia śledztwa.

– Więc musimy zaprosić do nas – przejął pałeczkę ten dobry, który coraz mniej mi się podobał.

– Nigdzie nie bywamy, a ja nie opuszczam mojego męża – powiedziała stara. – A on.,..

… autor podręczników i jak słyszymy twórca kryminałów… – znowu ten zły podbijał czarny bębenek.

– Nie ma takich ambicji.

– Nie wiadomo mi na temat moich powyższych talentów – uzupełniłem. – Nie lubię uśmiercać, pozostawiam to gryzipiórkom od czarnych charakterów, jestem lirykiem, jak widzicie na załączonym obok mnie obrazku.

Dobry policjant sięgnął do raportówki, skąd wyciągnął druk, machnął podpis i podał starej.

– Zapraszamy.

Zdążyłem rzucić okiem na wezwanie, nim zrobili w tył zwrot. Adres naszej ulicy, trzy domy przed nami, a termin – za piętnaście minut.

– Muszę się ogolić – rzuciłem, znikali już na schodach.

Stara wzięła papierek, swoim trybem zaczęła go obwąchiwać, jakby rozum miała w nosie.

– Czyżby powstał nowy posterunek, i to gdzie? U wielkiego Józefa? – dekonstruowała. – Wiedziałeś?

Człowiek śpi, a inni przemeblowują ci świat. Ba, zakładają nową praworządność, a my mamy się zaraz zgłosić. Nie jutro, pojutrze. Zaraz. Ten adres wszyscy znaliśmy. Zaprotestowałem bez obiekcji:

– Pieprzę, nie golę się.

– Nie podobają mi się te łachudry, lecz to nie usprawiedliwienie, aby szargać nasz domem takim językiem, kochany – mówiła normalnym tonem, a była już w kuchni. Oto jak można nas podsłuchać i usłyszeć to, czego nie robimy.

Nie skończyłem jeszcze powyższej myśli, gdy usłyszałem chrobot w drzwi i pytanie:

– Już poszli?

– Po co pytasz, musiałeś ich minąć?

– Takie prawa opowieści. Otwórz!

Franek gdyby miał więcej talentu i pomyślunku, robiłby karierę w objazdowym cyrku w roli Friko, bądź Koko i to bez charakteryzacji. Nie tylko miał czerwoną bulwę na czubku nosa, uszy wielkie jak szklanki, których nie musiał przystawiać, aby słyszeć to, co potrzebne mu do zaspakajania swoich popędów.

– U mnie jeszcze nie byli, mimo to wiem, dlaczego łażą. Macie superatę kiru?

– Co, zmarły ci ostatnie nadzieje? – aby nie okazać się skąpcem, zaoferowałem: – Służę ci kitem.

– To wam te łachudry nie powiedziały, co się stało?

Stara właśnie wylądowała obok, wróciła z kuchni. Zaszumiało jak po awiacji na miotle i jej prywatnej linii PLL Miotła.

– Idziemy.

– Cuchnę.

– Mówiłeś, że się nie myjesz – ostatecznie postanowił za mnie Franek.

Zamierzałem dorwać kuternogę, wmieszał się w tłum, a takiego tutaj jeszcze nie widziałem.

– Czekamy i idziemy – usłyszeliśmy słowa, gdy stanęliśmy w drzwiach klatki schodowej.

To mnie zdziwiło, bo ani ja, ani moja stara nie byliśmy kimś szczególnym, spłodziłem jakąś fikcję i lirykę. Zgromadzeni mieli tego wiedzę, choć nie sięgali po słowo czytane, to ja byłem przez nich stworzony. Nie było im słowo pisane do niczego potrzebne. Głupi Franek nawet twierdzi, że dla ziomalów jestem kołem młyńskim.

Czekali na nas, bo brakowaliśmy do pełnego tłumu. Po tasiemkach kiru przytwierdzonych do licznych flag było oczywiste, że dotknęło nas nieszczęście. Wiedzieli, kto zeszedł, nie wymieniali jego imienia. Ja nie wiedziałem, włączyłem algorytm inteligencji – i też wiedziałem. Nie wymówiłem na głos, choć w oczach starej zauważyłem dwa znaki zapytania.

Wiedziała, że wiem, zatem jakby ona wiedziała. Jej do szczęścia brak wiedzy wystarczał. Zatrzymaliśmy się tylko pod następnym numerem i jeszcze jednym, po czym dotarliśmy do celu.

– Uff – westchnął tłum.

Nie byłem nikim znacznym, z tłumu najlepiej obracałem słowem, wszedłem na schodki werandy zdobiącej wejście do najbardziej okazałego pałacu, jaki u nas postawiono. Ilustrował pocztówki, podręczniki patriotyzmu i był celem wrogów jako obiekt sabotażu, o czym co rusz informowały służby.

– Siostry i bracia! – zacząłem, po których to słowach policzalny tłum zafalował jak dorodne mleczne piersi, a te każdy z nas namiętnie ssał, zwłaszcza gdy przestał być oseskiem. Zaskoczył mnie ten odbiór, żaden ze mnie retor, chrząknałem i kontynuowałem: – Znajdujemy się pod domem najważniejszego spośród nas, obywatela nad obywatelami, protoplasty, Dziada nad poprzednimi Dziadami, choć dopiero co, bo przedwczoraj obchodziliśmy 101 rocznicę urodzin i nie wszyscy wytrzeźwieli z tej radości.

– Trzy dni temu, trzy dni temu – poprawili mnie i pierwszy z brzegu tłumu dodał: – Powolutku ci się trzeźwiało.

Spojrzałem na zegarek, pointowałem: – Zacząłem, ale muszę szybko kończyć, bo na mnie czas. Narzucona władza w postaci policjanta złego i dobrego nakazała mi pod tym adresem stawić się z moją starą celem przesłuchania, więc na nas czas, bo już mamy za kwadrans dwunasta, jak napisano na wezwaniu.

Mleczne piersi się poruszyły i wydały głos z echem czkawki, bo byliśmy tłumem:

– My też-też-też. My też-też-też.

– Też godzina jedenasta czterdzieści pięć.

W górę powedrowały świstki A5. Zszedłem ze stopnia i sięgnąłem po pierwszy z brzegu i drugi, i trzeci. Wszędzie stało jak byk – 11.45.

Podrapałem się w głowę, zaglądnąłen do arsenału aluzji, przebiegłem w tę i nazad literaturę przedmiotu, tudzież piękną i wydałem postanowienie, jakie w tej sytuacji mogłem wydać:

– Wszyscy jesteśmy podejrzani.

Lecz to nie tłumaczyło niczego, było lepszym bądź gorszym chwytem literackim. Podejrzani – o co?

– Dowiemy się, w co nas chcą wrobić, gdy wejdziemy.

– Wszyscy? – usłyszałem. – Nie pomieścimy się.

– Ja w awangardzie z moją starą, nadstawię za was policzek, a w razie czego i głowę. W porządku? – zapytałem.

Najpierw usłyszałem jakiegoś kpiarza, który usytuował się z przodu tłumu.

– Bohaterze ty nasz, prowadź nas wpierod!

– Poprowadzi – szturchnął z tyłu dobry policjant. – Spóźnia się pan.

Odsunął mnie na bok i zajął miejsce na trybunie schodów.

– Wszyscy jesteście spóźnieni! – przemówił mało pokojowo. – Najpierw jednak przemaglujemy tego wałkonia od procedur policyjnych, a potem losowo kilku z was. Zapraszam!

Drzwi były monumentalne, obite blachą, na niej wytłoczono nasze pradzieje, które wykreowały Protoplastę, Dziada, tudzież Najpierwszego. Policjant nacisnął klamkę, usłyszeliśmy skrzypienie. Co ja piszę! Wielkie Skrzypienie. Chciałoby się rzec: Na początku było Wielkie Skrzypienie.

– Z tamtej strony chodzą, jak naoliwione, a z tej… nie daję rady sam – mówił do mnie policjant. – Proszę pomóc.

Daliśmy radę. Policjant pierwsze kroki skierował na schody, a nie do pomieszczeń Dziada, Józefa P. Chyba zobaczył na moim obliczu i starej zdziwienie, bo w jego zdziwieniu odbiło się nasze, byliśmy w trójnasób zdziwieni.

– Tutaj pracuje ekipa, a prokurator urzęduje wyżej.

Schody skrzypiały nie tylko własną historią i takoż pachniały. Stęchlizna, o której wiadomo, że niesie ze sobą ważne przesłanie, podrażnia zmysły niemal tak przyjemnie, jak seks. Nie przesadzam. Spojrzałem na starą i ona wzrokiem potwierdziła moje myśli.

Napawałem się, nigdy tutaj nie byłem, o tym strychu historii wiele słyszałem. Krążyły legendy przekazywane z ust do ust, z pokolenia na pokolenie. A im wiecej ust używało na jego określenie tych samych zachwytów, tym bardziej jego istnienie było nieprawdopodobne, lecz obowiązujace. Zniewalało nas. I oto teraz ja ze starą kroczyłem do tego nieboskłonu, choć to tylko piętro wyżej. Kroczyłem – a fe – za policjantem. Toż to profanacja. We wzroku współmałżonki odczytałem ten sam wstręt do tego za plecami, za którym wniebowstępowaliśmy.

Myślałem sobie, muszę to przynajmniej w chmurze myśli opisywać, bo może nie być mi dane drugi tego doznawać. Tak się nabuzowałem, że zapomniałem notować optycznie, w myślach karbować, dotknąłem nosem pleców policjanta, było to już, stanął przed drzwiami, obrócił i zakomununikował:

– Zachowujcie się godnie, mówcie prawdę, współpracujcie, a… – machnął rękę, zapukał. Nie usłyszeliśmy pozwolenia, policjant nie wszedł przed nami, szerokim gestem zrobił nam drogę, na którą zaprosił: – Wchodźcie.

Dżentelmenem nie jestem, to moja stara ze mnie robi dżentelmena. Wysunęła się przede mnie, weszła w podskokach, widok na pomieszczenie mi zasłoniła, za to usłyszałem podobny ton, jakim raczyła, gdy znajdowała się w kuchni, a ja męczyłem się nad białą kartka papieru i zwalczałem tej płaszczyzny niewinność.

– Gościu znam cię, twoja gęba jest obecna na wszystkich kanałach, na których trajlują, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. To ty, o! w mordę. Małżonku, to ten frajer.

Odsłoniła mi widok na ogromne biurko, za nim siedział frajer. I to dosłownie, o ile dobrze rozumiałem słowo frajer, które używaliśmy. Biurko to było jego boisko, tak go przerastało, na tym boisku ogrywał lepszych od siebie. Podobno taka jest specyfika polityki biurkowej. Jeden bardzo ważny szczegół – a w zasadzie zdarzenie – rzuciło mi się w oczy. Mianowicie wcześniej widziałem to biurko i było na wyposażeniu pokoju przyjęć Dziada Józefa. I wtedy mnie tknęło, i od razu cknęło, przeszyło swą istotą, od stóp do głów.

Choć tymczasem usłyszeliśmy:

– Wchodząc mówi się dzień dobry.

– Ale my się nie napraszaliśmy, gościu z telewizora, my zostaliśmy zaproszeni pod groźbą wezwania. Śmiało możesz nas przywitać, ręczę także za mojego starego, że godnie ci odpowiemy.

Policjant, który został za drzwiami, wszedł energicznym krokiem, zapronował mi:

– Proszę uspokoić swoją starą, bo będę zmuszony przedsięwziąć niekonwencjonalne środki.

Nie musiałem przestrzegać, stara była na kolejnym etapie niepokoju. Mocowała się z krzesłami, które spięto po dwie sztuki streczem. Właśnie go dziurawiła i wydobywała z niego te dupne meble. Pomogłem jej, postawiliśmy jedno i drugie po obu stronach boiska.

– Uff… – zrecenzowała nasz czyn, gdy usiadła, a zaraz ja.

Wówczas frajer wstał. Czyżby chciał nas podnieść?

– Siedźcie. Ten news… – zaczął.

– Wiadomość, wieść, informacja – przekazywała stara, jak osoba w okienku telewizyjnym rękami w języku migowym. – Niepotrzebne skreślić.

– … nie jest miły, a jest wstrząsający, choć dotarła już do was, jak mniemam, wiadomość/wieść/informacja (niepotrzebne skreślić), że nie żyje Dionizy P., wszak przyszliście z łopoczącymi flagami z kirem.

Podniosłem prawą rękę do góry.

– Mogę? – zapytałem. Skinął głową.

– Nie znamy Dionizego P.

– Wasz Józef tak naprawdę miał imię Dionizy, a nawet więcej, bo na chrzcie otrzymał też drugie imię Maria – wyjaśniał frajer. I choć w tym momencie jest określany jako frajer, nie był frajerem, to był gościu, który codziennie w swoich bliźniaczych postaciach wyglądał z okien telewizorów, filował i mówił, co nam zrobi, aby było lepiej.

– Jak zmarł Józef, bo nie przyjmuję tego Dionizego? – dopytywałem się. – Wczoraj z nim rozmawiałem, trzymał się dobrze, a nawet wspólnie zrobiliśmy kilkanaście pompek.

Chciałem paść na podłogę i napompować się fizycznością.

– Zastanawialiśmy się nad moim kryzysem twórczym, który trwa kilka dobrych lat i jak go spozytkować, aby kryzys był rozwojowy – kontynuowałem, frajer podniósł rękę uciszając mnie.

– Nie żyje nie z powodu nagłej utraty zdrowia, które , jak mówicie, do wczoraj mu dopisywało, ale z powodu odebrania nieutraconego zdrowia przez dokonanie mordu.

Formuła zabójstwa wygłoszona przez frajera znanego powszechnie też jako B. B. (Bibol) była zbyt zawiła, widocznie tak musiało być, abyśmy my maluczcy nabrali respektu do pokrętności, wszak nie każdemu jest dane być skomplikowanym.

– Od teraz jesteście przesłuchiwani, wasze odpowiedzi będą protokołowane.

Po tych słowach wszedł policjant – ten dobry – z maszyną do pisania starożytnej marki Continental, postawił ją na rogu biurka po stronie prawej, zdjął strecz z kolejnej pary krzeseł i spojrzał na starą tak, jak ja dziesiątki lat temu.

– Czy jesteśmy podejrzanymi? – zapytałem.

– Na tym etapie śledztwa wszyscy są podejrzani.

No i atmosfera się rozluźniła. Nic tak nie spaja, jak deklarowana wspólnota. Wspólnota podejrzanych. B. B. zaczął proceduralnie od imion i nazwiska.

Czy znaliśmy Dionizego P.? Ja nawet nie poprawiałem, ale stara za każdym razem przypominała „Józef, Józef”. I gdy po formalnościach B. B. doszedł do pytania: „gdzie byłem o tej i o tej godzinie”, skapował się, że popełnia fundamentalny błąd śledczy, bowiem usłyszał „w domu, ze mną”. Wyprosił starą, która na odchodne poinformowała go:

– Wszyscy podejrzani mają alibi.

– Won! – wrzasnął.

Nie zdziwił mnie, odkryłem kolejną prawidłość – raczej potwierdzewnie – iż ten B. B., klon innych B. B., nie radził sobie z przeciwnościami, z płcią przeciwną, nie radził sobie z kobietami. Nawet gdyby B. B. był/była kobietą, nie radziłby sobie z kobietą. Kobiety i mężczyźni wśród B. B. byli jednej płci, męskiej, patriarchalnej, demonicznej.

– Pamiętam pana… – zaczął, gdy zostaliśmy sami.

Zrobiłem dziwną miną, bo nigdy nie zostaliśmy sobie przedstawieni, znałem go z multiplikacji w mediach, powtarzalności w życiu. Każda z jego postaci uważała, że mnie zna, poznała się na mnie kiedyś/onegdaj/dzisiaj, taka pamięć była deklaracją naszej wspólnoty.

– Mord – od kwestii znajmości przeskoczył do wykonywanej pracy – jest dla mnie priorytetem. Wróć – poprawił się.

– Rozumiem – pomogłem mu.

– Wyjaśnienie mordu i znalezienie mordercy są priorytetem.

– To chyba zrozumiałe, bo od tego jest prokurator – pomagałem mu jak mogłem. – Nie jesteśmy przygotowani na to, że odszedł ktoś najważniejszy. Jego kondycja nie wskazywała, że to nastąpi teraz, nie wskazywała nawet na jego wiek. Nie przygotował nas, to był odpowiedzialny człowiek – wyjaśniałem. – Każdy ma jakąś naturalną świadomość odejścia. Zaś Józef P. w szczególności zarządziłby, co ma stać się po nim.

– A może jest tak, że nie chciał odejść i ktoś mu za wszelką cenę chciał pomóc.

– Aby… co osiągnąć?

– Dokonać zmiany przywództwa.

– To ma być trop? Kto miałby skorzystać na wymianie lidera?

– Właśnie! – aż zakołysał się w fotelu. – Ja tego nie powiedziałem.

– Nie ma takiego – zbijałem jego argument. – Dziad nikomu nie przekazał pałeczki przywództwa.

– A pan?

– Nie nadaję się do tego – podejrzewałem już ku czemu zmierza śledztwo. – Nie mam takich ambicji i potrzeb, jestem zupełnie innego powołania, jeżeli wie pan co mam na myśli.

Pokiwał głową. Fotel też był dziadowski, gdy odchylił się, odsłonił herb Józefa P., który nas wszystkich zobowiązywał. To pozwoliło mi wyartykułować pytanie:

– Czy to znaczy, że Józef P. został zamordowany i ja jestem podejrzanym?

Nie potwierdził, nie zaprzeczył, zareagował podniesieniem do góry kącików ust. Na gębie zrobił Sfinksa.

Zawiesił się.

– Prawdziwa jest pierwsza część pana zdania, a druga w toku.

Nagle dostał werwy, zaproponował.

– Mógłbym pana zrobić swoim pomocnikiem, wcześniej musi mi opowiedzieć o ostatnim spotkaniu z Dionizym P., bo pan miał z nim kontakt jako ostatni.

– Pomocnikiem? – zdziwiłem się. – Co pan pod tym rozumie?

– Jeżeli uznam, że pana zeznania pozwolą na dopuszczenie do czynności śledczych, niejako stałby się…

– Kolaborantem – ubiegłem go.

– Pomoc jest kolaboracją? – podniósł się. – Mord ma sprawcę, mordercę, a dojście kto nim jest, nie jest żadną kolaboracją. Przecież pana…

Wyjrzał przez okno.

– Ziomale – nazwał moich współtowarzyszy. – Dobrze ich nazywam? Chcieliby wiedzieć, kto odebrał życie przywódcy.

Stanąłem za nim przy oknie, ale nie odważyłem się być z nim w jednym szeregu. Choć okno miało firany, zza których nie było widać naszych twarzy, mógł zdecydować się odsłonić je i przesłać na dół znak, że jestem jego współpracownikiem. Nie myliłem się, zaproponował.

– Może kilka słów do ludu? – ten lud falował, dopiero teraz zobaczyłem go w całości. Były to ary ludu, a może nawet hektary.

Usiadłem. Po chwili i on powrócił do poprzedniej face to face, odczułem przy tym ucisk emocjonalny, zgrzyt, bowiem wgniatał plecami herb Dziada.

– Nie powinienem tego robić – zaczął grę z innej strony. – Jeżeli przeszlibyśmy piętro niżej i pozwoliłbym panu dokonać wizji lokalnej na miejscu zbrodni, to czy mogę liczyć na wyjaśnienia? Proszę zauważyć, że nie mówię o współpracy?

– Nie wiem, gdzie dokonano  zbrodni, a wizja lokalna dotyczyć może rozmowy z Józefem P., która pod względem czynów była statyczna – tłumaczyłem nieścisłości proceduralne, które mogły wpuszczać mnie w kanał. No, dobrze, podejmę grę.  – Zgodzam się. Ale nie sam.

– Z kim?

– Z starą, z moją starą.

– Miejsce zbrodni to nie spacerniak.

Zakarbowałem sobie ten spacerniak, zauważył refleks na mojej twarzy.

– To tylko metafora – nadal mnie podchodził. – OK,

Stara zareagowała w sposób, który tylko ja mogłem docenić. Zabiła się pod pachami, zakołysały jej duże piersi, po czym włożyła pięść pod ramię i jej wysoki ton poszybował po sam sufit, podobnie dał poznać się publiczności w „Easy rider” Jack Nicholson. Frajer spojrzał spode łba, a ja uznałem ten sygnał jako początek żałoby: umarł król, kto niech żyje król.

Komnaty króla Józefa P. poprzedzone były sienią, w której zdejmowano nie tylko płaszcze i zostawiano kapelusze i parasolki, ale także buty; zakładało się bambosze jak w muzeum.

Ostatnio, czyli wczoraj, wyszedł do mnie i zakomunikował: – Nie wygłupiaj się.

Przez labirynt pakamer, przedsionków, korytarzy wchodziło się do salonu, do którego mogli dostać się tylko wybrani, każdy znał rozkład mebli, kolory zasłon, dywanu i dywaników, jakie i gdzie spoczywały bibeloty w kredensach oraz jakie wzorki prezentowały się na obiciach krzeseł, które stały wzdłuż długiego stołu i koło kominka wielkości łuku triumfalnego. W gospodzie „Pod Dębami” sporządzono makietę, na której miniaturki wyposażenia salonu były przesuwane i zmieniały desenie w zależności od tego, kto ostatnio gościł u Józefa P. Zawsze byłem odpytywany o te sprawy przez kelnerkę bądź barmana, którzy nie kryli swego uwielbienia do Dziada.

Wszyscy wywodziliśmy się z tego salonu, tutaj zostaliśmy poczęci, salon odczuwało się na zewnątrz, realność zaokienna była żywym obrazem jego statyczności, moje i starej amfiladowe mieszkanie było echem tego tutaj miejsca, stara od razu to uchwyciła:

– Jesteśmy u siebie.

Powstrzymałem ją przed użyciem kolejnego Nicholsona. Pierwszy spostrzegłem Dziada, a moje wzdrygnienie podziałało na starą.

– Co mu zrobiliście? – nie zapytała, a wręcz oskarżyła.

Józef P. nie leżał, ale siedział, cały we krwi, która tworzyła wokół niego bajoro, już nie było czerwone – o ile kiedykolwiek takie było – lecz zbrązowiało, a w zasadzie zczerniało. I cuchnęło, zupełnie inaczej od niego zalatywało, niż od typowo rozkładającego się ciała, materii. Wszystko co się rozkłada, śmierdzi, każdy rozpada się na smrody, że smrodu sie powstaje, w smród się obraca, egzystencja jest przemianą zapachów, a ciało Dziada cuchnęło rybami, jak w przetwórni, a przynajmniej zajeżdżało sklepem rybnym.

Wciągnąłem ten cuch, choć przepadam za rybami, za zapachem ich jednak nie za bardzo, to był jednak Dziad. Co do kriw, miałem wrażenie, że było jej dużo więcej niż z jednego człowieka, przynajmniej ze dwóch, a może z trzech Józefów P. I krew nie krzepła, była żywa, jakby nadal płynęła z ciała naszego Dziada.

– Doceniam rodacy waszą wrażliwość na zapachy, która odbiega od normy… – nie skończył.

– Jacy rodacy? – zapytała stara. – To nie wrażliwość na zapachy, bo tutaj coś się dokonało, coś się skończyło i zatrzymało w niemocy odrodzenia.

Perorowała moja druga połowa. Prokurator zrobił krok w jej strone z zamiarem przerwania.

– Proszę nie przerywać i nie doceniać nas, wziąć się do roboty i znaleźć sprawcę, zabójcę, kimkolwiek jest, obywatelu z telewizji, którego twarz znam, bo tylko w niej się takie pojawiają.

Prokurator, Frajer, B. B. dokończył krok.

– Nie jesteśmy ziomalami, ale rodakami, owszem – polemizował ze starą. – Jak widzimy na załączonym obrazku (zrobił skłon ku Dziadowi) stwierdzam jego zgon, ale pachnie mi to teatrem.

– Niby co? – kompletnie wymykały mi się przypuszczenia prokuratora.

– Kto? Właściwe pytanie – poprawił mnie. – Ten trup wygląda jak niedzisiejszy. Jest zbyt umarły, zbyt w umarłości swej ucukrowany, wystawiony na pokaz czynu swego ostatniego, czynu śmierci. Krew mu ciecze, jak po transfuzji. Gdy stąd wychodziłem, aby was przyjąć i przesłuchać, zastygała, krzepła, wracam, a krew ożyła.

– Chce pan powiedzieć, że Dziad jest podłączony butli z kriwą, jest czymś w rodzju fontanny krwi? – zadałem pytanie. – To łatwe do sprawdzenia, wątpliwości rozwieje koroner, patolog, czy kogo macie na stanie, prawda?

– Właśnie jedzie.

– Rewizor śmierci? – kolejne pytanie, które zawierało w sobie wkurzenie. Nie jestem specjalistą od prowizorki funeralnej. Raczej od nieśmiertelności.

Prokurator palce zamoczył we krwi. Powąchał i wygladało, że posmakuje. Poliże? Nie! Wytarł palce w spodnie. Cyknął się.

– Ten garnitur to strój służbowy, roboczy – tłumaczył się.

Przyglądałem się Józefowi P. znajdował się w takiej pozycji, w jakiej zwykle przyjmował, podawał rękę, wskazywał na fotel przed sobą, fotel, który teraz znajduje się u góry, siadał w podobnej pozycji. Był nad wyraz ruchliwy, gestykulujący, rozgadany od przekleństwa do przekleństwa, przyszpilał nimi swoje myśli, aby zapadały głęboko w pamięć, w bruzdy ran, aby bolały, tak miało być, ból się pamięta. Gdy relacjonowaliśmy jeden drugiemu, co Dziad wymyślił, postanowił, dużo łatwiej się zapamietywało i przekazywało. Mówiliśmy bólem, pomijając rafy nieistotnych przekleństw, pypciów językowych. Dziad tworzył wspólnotę mimo bólu.

– Wasz szef był zabytkiem, wokół którego teatralizowaliście życie – mówił prokurator. – Ale dlaczego zabiliście tę główną rolę, kto i dlaczego? Po to tutaj jestem i odpowiem na te zadane pytania.

– A ja usłyszałem: zabiliście, jakby dokonano mordu zbiorowego.

– Jako zbiorowa odfpowiedzialnośc może być wasza zmowa milczenia.

Śmiałem się, mimo że znajdowaliśmy się w pomieszczeniu ze śmiercią.

– Co jest w tym śmiesznego? – zapytał.

– To, że zamordowany miał 101 lat, kto chciałby zadać śmierć zabytkowi, jak pan zauważył.

– Co? – zrobił usta w ciup tak, że widziałem jego plomby. – Ile?

– 101. Nie wiedział pan?

– Że stary, wiedziałem, wieść o nim niesie się poza wasze granice, jest znany, przez niektórych podziwiany jako zabytek, ale żeby taki wiekowy zabytek?

Przyjrzał sie Józefowi P., ale i to było mu za mało, nachylał się, kucał, obchodził na palcach mimo rosnącej kałuży, znalazł dostęp przez zatoczkę czerwonego morza krwi i chwycił twarz za brodę, poruszała się jak na manekinie, jakby brakowało jej umocowania w kręgosłupie, chciał nawet odchylić powieki, zajrzeć w białka oczu, ale zrezygnował.

Z drugiej strony Dziada też szukał łatwiejszego do niego dojścia.

– Wygląda na sześćdziesiąt lat, ani roku więcej, nie oceniałem w świetle jupiterów, co dodałoby mu kilka lat. Jaka konkluzja? – zadał sobie pytanie prokurator. I odpowiedział:

– Jeżeli ma 101 lat, to znaczy że nie żyje od co najmniej 41. Dobrze liczę? – zapytał nas.

– W rachunkach jesteś pan dobry – ze starej wyszła nauczycielka.

– A pan co sądzisz? – wyciągnął w moją stronę ten paluch, który maczał i o spodnie wycierał i który wchodził w skład ręki podnoszącej brodę denata.

– Znaczy się, że rozmawiałem z Dziadem 41 lat temu – dedukowałem. – Znaczy się, że rozmawiałem z nim jako dziecko.

– A o czym rozmawialiście, to by coś wyjaśniło?

„Nie zdejmuj”, po raz pierwszy nie pozwolił mi zdjąć butów, choć już rozwiązałem sznurowadła, w tym momencie położył mi rękę na ramieniu. „Dam ci coś do czytania”, przeszliśmy salon i znaleźliśmy się w bibliotece, której nie powstydziłoby się miasto. Biblioteki zniewają, w książkach może być wszystko – wielkość, mądrość, inny świat, wymyślony przez genialny umysł i czekający na swój Bing Bang. Podejrzewałem biblioteki o sabotaż wobec naszego życia, znajdują się w nich konkurencyjne światy, sensy życia, przeznaczenia. Istotą biblioteki jest jej możliwość pochodzenia z innego świata, a przede wszystkim łatwo ukryć w niej nielegalne pochodzenie Boga.

Znalazłem się w bibliotece Józefa P., Dziada, nazywanej też jaskinią. Nie miałem na nogach bamboszy, lecz buty z rozwiązanymi sznurowadłami, całkiem odpowiedni stosunek do biblioteki, w której można się potykać, jeżeli mamy nauczyć się chodzić.

– Zawiąż – zarekomendował Dziad. – Nie potrzeba nam metafor, ale dosłowności. – No, szybciutko, szybciutko – delikatnie wziął mnie za kark i przymusił do zawiązania sznurowadeł.

W tym momencie mi zaiskrzyło, przeleciał strumień bolesnych iskier, które inspirują i w umyśle wyzwalają twórczy popłoch. Mam, mam – chciałem wykrzyczeć i zatańczyć w rozwiązanych butach. Tego mi brakowało, tego od dawna nie zaznałem.

– W porządku? – zapytał Dziad.

– Tak! Uprzytamniam sobie, że tylko końce mają najgłębszy sens. Końce tworzą zamkniętą całość, w tym wypadku całość buta.

– A ty zawsze wpadasz w literaturę, nie dziwię się.

Na niższej półce na wysokości twarzy za książkami znajdował sejf. Skierowałem się tam.

– Gdzie, gdzie – zatrzymał mnie. – Nie ma co grabić.

Zaśmiał się swoim głębokim śmiechem, który zwany jest chichotem historii.

– Znajdziesz list, ja cię pokieruję.

Poprowadził mnie do stelażu drabinki bibliotecznej.

– Przesuń ją do tego ciemnego rogu – dyrygował. – Wejdź na samą górę i zlokalizuj drugi wers od góry i siedemnasty znak. Masz?

U góry zalegało ciężkie ciepłe powietrze, łapałem oddech, gdy zlokalizowałem wers i znak, oznajmiłem:

– Albo trafiłem na przecinek, bądź spację.

– Dobrze trafiłeś, wsuń w spację swoją szczupłą dłoń i poczujesz.

Ostrożnie wykonywałem polecenie, gdy poczułem na palcu wskazującym ostre kąsanie, wyrwałem rękę, zrzuciłem kilka książek. Palec włożyłem do ust.

– Ostrożnie, nie wkładaj niczego do gęby, to tylko szczury – uspakajał mnie z dołu Dziad.

Z rozcięcia na opuszku nieśmiało wypłynęła krew i leniwie zastygała, patrzyłem ogłupiony, chciałem zejść, aby opatrzyć się.

– Ponów próbę.

Opuściłem się o dwa stopnie w dół.

– W każdej porządnej bibliotece występują szczury, a ta jak zauważyłeś jest porządna, bo to moja jaskinia. – tłumaczył Dziad. – Szczury uciekły, bardziej są przestraszone niż ty, nie bądź lebiegą, gryzonie są reglamentowane, ich populacja zaś niezmienna, nieustająco regulowana.

Obudziłem w duchu swego uśpionego bohatera, wspiąłem się ponownie o dwa wcześniej opuszczone szczeble, wsunąłem rękę z myślą „a niech mi nawet jeden palec dla dobra sprawy amputują”.

– Mam – wykrzyknąłem, jakbym wreszcie napisał powieść, od której rozpoczął się Kryzys Twórczy.

Trafiłem na skórzaną teczkę, przyległą do ściany, a że wyrwa po spadłych wolumenach była wystarczająco duża, bez trudu ją wyjąłem.

– Jest zatruta – usłyszałem. – To ona reguluje szczurzy stan.

Wątpiłem, bo teczka była pogryziona, służyła jako pokarm, widocznie niezbyt wartościowy kalorycznie, gryzonie nie wciągnęły jej do swego jadłospisu i dały spokój po skosztowaniu. Zszedłem na dół, stary ocenił.

– Cykuta musiała dawno stracić termin ważności – podał nie tylko nazwę historycznej kurary, ale aluzję. – Inteligencja szczurów spowodowała zmianę ich funkcjonalności, z myśliwych przerobiła na strażników, co zaznaczyli ząbkami na twojej ręce.

Niespecjalnie zajęła mu głowę obawa, iż mogę złapać tężec. Wychodząc, Dziad jeszcze teatralnie się zatrzymał.

– Spójrz, to będzie twoje, cierpliwości.

Chciałem zapytać, a co z synem, który jest naturalnym spadkobiercą. Gdy znaleźliśmy się w salonie, w którym przyjmował wyróżnionych, wrócił słowem do poprzeniego pomieszczenia.

– Biblioteki nas cofają, w nich rodzą się zabobony, nawiedzeni bohaterowie zostają bogami, bo kogoś poniosła fantazja, bądź grafomania, jak to wodę zamieniają w wino, a lustro jeziora stało się dla nich podłogą. Literatura pamiętnikarska dotyczy tylko pamieci, a nie żadnej wszechrzeczy – mówił Dziad, ale nie było przy nim pamietnikarza, tylko ja. – Szczęściem łamanym przez nieszczęście`jest pozar Biblioteki Aleksandryjskiej.

– Po co więc miałbym otrzymać, szefie, ten rezerwuar zabobonów.

– Nie bądź szczur, coś wydłubiesz dla siebie, a może dla innych.

Otworzył teczkę, znalazł w niej zasznurowany pakunek opatrzony pieczęcią woskową, patrzył filuturnie na mnie, domyśliłem się, że to on bawił się w tę konspiracyjną robotę, bo pakunek potargał, iż wyłoniła się z niego kartka pożółkłego liniowanego papieru zgięta na pół, a gdy ją rozwarł, od razu rzucił się w oczy zielony atrament, którym zapisano treść.

– Ubecki inkaust – zgadywałem.

– Autor listu posłużył się tą estetyką, aby być jednoznacznym – mówił Dziad – Przeczytasz, to się przekonasz.

Wyciągnąłem rękę. Miałem ją usztywnioną w pozycji: „proszę mi dać”, ale mi nie dawał.

– Mam niesolidnego potomka – zgłupiałem na te słowa. – Nie chce wypełnić przeznaczenia, które zapowiedział. Przeznaczenie jest jakimś rozwiązaniem, nawet jeżeli się na nie nie zgadzamy.

– Więc o co chodzi? – zapytałem.

– Już sie zgadzam.

Nie znałem takiego Dziada, przeznaczenie było jego wrogiem. Tak nas nauczał. Wspólnota wyznacza nam cele, a jeżeli przeznaczeniu nie jest z nami po drodze, tym gorzej dla niego.

Opowiedziałem prokuratorowi B. B. wczorajsze spotkanie z Dziadem i jak przewidywałem, niewiele z tego zrozumiał. Dlatego zresztą opowiedziałem. Warto byłoby opisać miny, jakie wyczyniają na swoich obliczach tacy ludzie podczas niezrozumiałych dla nich narracji. Nie wiadomo, kto wówczas dostaje głupawki, autor min, czy widz, który musi oglądać ten spektakl facjaty. Uratowany został przez koronera/patologa, który przybył z własną ekipą śledczą, co wstrzymało przesłuchanie nas, a moją kolaborację. Na ten czas zostaliśmy odesłani na górę do tymczasowego – a może nie – biura prokuratora.

Stara wypowiedziała pretensję, iż jej nie opowiedziałem o tym, wiedziała jednak, że prędzej czy późniejwysypałbym się. Nie poinformowałem, bo nie wiedziałem, co o tym sądzić i przede wszystkim nie zaspoiłem swojej wrodzonej ciekawości, co też w tym liście, czy też dokumencie jest.

W tej sytuacji prowokowała mnie:

– Przemów do ludzi. Stoją ogłupieni przed pałacem.

– Z takiej głupoty rozpoczynają się rewolucje, które wyłaniają tak samo głupich przywódców, a ja nie chcę być głupcem.

Przyznam, że korciło mnie wyjść do ludzi, ot, teraz znaleźć się na dachu i z tej wysokości nad nieżyjącym Dziadem – patrząc na piętra – poinformować ich o tym, że skończyło się coś wielkiego i czeka nas niepewność, a może zamęt. Musiałbym jednak wziąć odpowiedzialność, ryzykować, bohaterowie rewolucji pierwsi idą na rozwałkę. A ja miałem za zadanie dokończyć uporanie się z kryzysem twórczym i spożytkować go ku pokrzepieniu, że wyrażę się za klasykiem.

Wyobraźnia jest bezcenna, a bohaterstwo zwykle spowodowane tchórzostwem, bo innego wyjścia nie było. Stara może być Walkirią, ale tylko w kubaturze naszego mieszkania i mojego życiorysu.

Z braku innych zajęć gruchaliśmy sobie, na czym zostaliśmy przyłapani przez prokuratora B. B., szarmancko zapytał w drzwiach:

– Można?

Nie czekając na zgodę, wszedł do swego tymczasowego gabinetu, chcąc usadowić się na moich kolanach obok starej.

– Wygłupiam się – usprawiedliwił swój zamiar – ale nie jest wygłupem orzeczenie koronera/patologa.

Wstaliśmy z fotela Dziada, aby mógł go zawłaszczyć B. B., oficjalnym tonem stwierdził, co następuje:

– Te zwłoki to mumia i bynajmniej mumia nie świeża.

Miny musieliśmy mieć, jak odkrywcy w piramidzie Ramzesa, którzy natrafili na jego mumię, a ta okazała się być pokryta złotem.

– Dionizy P. był świeży lat temu circa 40, bo… żył – skonkludował prokurator. – Dzisiaj nadaje się do mauzoleum.

– Z kim wczoraj rozmawiałem i wszystkie wcześniejsze spotkania? – głośno rozważałem. – Kto rządził u nas, dysponował, że tak rzeknę, mieszkańcami, kto był naszym przewodnikiem, guru, i tak dalej?

– Albo to wasza wyobraźnia, albo ktoś podszywał się pod Dionizego P. – dał odpowiedź prokurator.

Żaden aktor nie jest w stanie ad hoc wcielić się w władcę bez scenariusza, mądrze zarządzać, lecz co najwyżej odtwarzać napisaną rolę.

– Nie! – krzyknąłem. – Znałem go, nawet Dziad nie potrafiłby zagrać Dziada. Podrzuciliście nam mumię, a Dziada uprowadziliście, a może deportowaliście.

– Tylko bez takich – prokurator aż wstał zza biurka. – DNA zgadza się, więc niemożliwe byłoby znaleźć trupa w stanie nie naruszonym sprzed 40 lat i do tego stworzyć mumię. Wyklucza się podszywanie pod Dionizego P. jego syna, który był zupełnie innej urody, postury. Zresztą jest on nam potrzebny do czegoś innego.

– Do czego potrzebny? – naciskałem na prokuratora, jego wywód był pełen nielogiczności.

– Potrzebny do podejrzenia.

– Co? – gębę miałem jednym wielkim znakiem zapytania.

– Dionizy został zamordowany 40 lat temu, podejrzenie o zbrodnie pada na jego syna. Poszlaki prowadzą do niego.

Zrobiłem ze swojej gęby cholewę i uniwersalny symbol „Krzyku”:

– Nie! Kto był Dziadem i z kim tutaj jako przywódcą żyliśmy? – naprędce stawiałem historiozoficzne pytania.

– Żyliście w histerii.

– Proszę to powiedzieć ludziom na zewnątrz.

– Już powiedziałem.

– Ciekawe, co?

– Że Dionizy P. jest chory, nie może wyjść.

– I co? – ironizowałem.

– Westchnęli i poszli – prokurator pogłębił ironię. – Z ludźmi jest okey, mumia to tylko mumia, wnikając głębiej, mieliście do czynienia ze zgnilizną i to dosłownie.

Podniosłem się, stanąłem w drzwiach, które otworzyła stara, formalnie stwierdziłem:

– Jeżeli nie jestem podejrzany, to mogę pójść.

– Gdzie? – prokurator wspinał się na szczyty ironii.

– Do siebie, do swego domu, do swojej starej, choć ona jest ze mną.

– Mogę przesłuchanie uznać za zamknięte, ale śledztwo będzie trwało – informował prokurator.

Stara mnie ciągnęła za rękę w stronę schodów. Spojrzałem w ich dół, w to, co było, w przeszłość. Niewiele mi się zgadzało.

– Zaraz – odwróciłem się do prokuratora, który okupował biurko Dziada. –   A kryzys twórczy?

– Nie jestem psychologiem, ale chętnie porozmawiam o kryzysie, który was dotknął? – zaproponował.

Puściłem rekę starej.

– Chodź mówiła, on cię tylko dołuje.

– Może jakaś knajpa – usłyszałem na schodach. – Chętnie posłucham o kryzysie, sam też wyłożę moją teorię.

– Zapraszam do siebie – nie wiem, czy usłyszał, bo znajdowaliśmy się na dole, a ten policjant dobry, a może zły, przestałem ich odróżniać, otworzył nam drzwi. Nikogo nie było na zewnątrz. Czy ktokolwiek był tu tłumnie godzinę, dwie temu? Można mniemać, że nie, gdyby nie porzucone flagi w rogu placu i wstążki kiru na żywopłotach.

 

 

 

 

Ten dokument z biblioteki Dziada rozpada się w rękach, słowa zielone ulegają utlenieniu, jak malowidła w „Romie” Fellinie.

Więc co zostaje? Kyrzys twórczy.

Prokurator jako B. B. Bibol tylko raz nazwany, a tak tylko prokurator

koroner/patolog stwierdza że to mumia

tłum zaś zostaje poinformowany, iz Dziad choruje, rozchodzą się

BB  uchodzi za gwiazdę, ale śledztwo kontynuuje, bo morderstwo nie jest przedawnione, doszło do niego, a prawnie do przedawnienia dochodzi, gdy je stwierdzono, czyli od teraz

BB proponuje spotkanie w knajpie na mieście, u nas są tylko jadłodajnie, więc przychodzi do mnie, rozmowa o Enklawie i niemożności wyjechania z niej – „filozofia” Enklawy.

Ale… teraz granice Enklawy są przepuszczalne i ludzie nagle zaczęli chorować.

 

 

 

Stara była w tej filharmonii diwą.

Mumia – dziad?

List to kamień węgielny, ale pojawi się trochę później.

Treść:

list, rozmowa z Dziadem o Kryzysie tWórczym

dlaczegop enklawa, zamknięta przestrzeń,

rozwiązanie sledztwa, syn zamoirdopwał,

a syn nie żyje,

pointa: sapłonie biblioteka i na cemntarzu „spowiadam się” dlaczego musiałem spalić biubliotekę.

 

 

 

Biblioteka dziada spłonie w dalszej części prozy? Czy to ma być niejako pierwsza pointa, bo druga będzie grób syna?

list od syna

(teraz wczorajsza rozmowa z Dziadem)

 

 

może schemat traktatu o sznurowadłach dopisać? – nawet nie może, ale tak, to bedzie pointa, przed nia moje odwiedziny na cmentarzu, gdzie lezy syn Dziada.

ciut potem: dopadł mnie Kryzys Twórczy (duzymi literami)

%d blogerów lubi to: