Hairwald

W ciętej ranie obecności

Wiersze (nowy tom) – właściwe

 

***

XXI wiek okradł nas z młodości i złego czasu.

Niby remis.

 

 

 

***

Powróciłem do „Dróg wolności”,

przebrnąłem przez pierwszy tom,

wyszedłem na bezdroża.

 

 

 

Wojtkiewicz

 

W muzeum w Poznaniu on i ona

zatrzymali się przed Wojtkiewiczem,

zresztą tylko po to przybyli.

 

Wcześniej się kłócili,

doszło do rękoczynów,

raz przewagę miała ona, raz on.

 

W sumie stan obojga opłakany,

stanęli razem przed Rozstaniem,

a więc Porwanie mieli dawno za sobą.

 

Dawno temu uprowadził ją

na koniu na biegunach,

teraz odjeżdżał koniem na kółkach.

 

Sprzeczali się jednak

o alimenty,

to ona miała zostać z lalkami.

 

Twierdziła, że łożenie grosza na pakuły

tylko dla dwóch szmacianych

jest ze szkodą dla trzeciej z celuloidu.

 

Na tę wieść ją uderzył,

nie przyznawał się do więzów

z tym sztucznym tworem.

 

Podejrzewał o udział

w spisku uczuciowym

uchodźcę Lumiere’a.

 

W muzeum w Poznaniu doszło

do niecodziennego zdarzenia

choć tempera nie zamieniła się w obraz olejny,

 

Kroniki odnotowują,

że nie wyszli już nigdy z budynku,

ona w bajorze łez została Świtezianką.

 

Jak to widać na obrazie Wojtkiewicza,

a on kustoszem,

aby pilnować wiecznego Rozstania.

 

 

 

 

 

 

Pan Cogito w Danii

 

Pan Cogito na chwilę opuścił przestrzenie wierszy,

przewietrzył nasze pokoje, czasami głowy,

zaśpiewał w niskich tonach pieśni o wolnościach i powinnościach.

Nagle się zatrzymał, drogę przebiegł mu podmuch przyszłości,

zastygł zachwycony.

 

Życie składa się z takich fotografii, są ich miliardy, biliony,

w rękach Pantokratora śmigają pod kciukiem, jak pod zwolnionym spustem,

jesteśmy zdrowi, albo chorzy, cieszymy się byle czym,

uprawiamy powagę miłości.

Modlimy się o to, aby Pantokrator znużony nadal folgował swoim rękom,

zawsze odnosi to skutek.

Ale jedna z fotografii – prześwietlona, zanieczyszczona w kuwecie z wywoływaczem,

albo na tyle interesująca,

przykuwa odmiennością, kciuk wstrzymuje ruch.

 

Może to być każda sytuacja,

gdy przeskakujemy kałużę, noga oderwała się na jednym brzegu,

już sięgamy drugiego, ale to już nie następuje.

Jaki piękny skok, może stwierdzić Pantokrator,

pokażę ją Apollinowi.

 

Mam to na uwadze,

nie przeskakuję żadnych kałuż,

brnę w nie, nawet nie będąc obutym w kalosze.

Nie chcę, aby zachwycano się moimi mrokami.

 

Pan Cogito wyszedł z domu, nie planował do niego powrotu,

bo tyle do zobaczenia, omówienia, spierania się,

jak choćby z domokrążcą Sokratesem, któremu cuchnie właśnie od nóg,

nawet wpadł z nim na ucztę do Agatona,

na której TW Platon zapisywał każde wypowiedziane słowo,

ha, dokopywał się do płochliwych myśli.

 

Cogito miał metodę na Pantokratora,

nużyć go olśnieniem, ryzyko występuje na początku,

a potem zachwyt jest niepowstrzymany, nużący jak wieczność.

Każdy jednak ma swoją kałużę, Cogito zachwycał,

będąc zadumany i został złapany na bezrozumnym zachwyceniu.

Taki był nieostrożny.

 

Kciuk, znużony wzrok Apollina, jęki Marsjasza.

Cogito wrócił do siebie, na pokoje wierszy,

nie opuszcza ich,

zamknął się w sobie,

nikogo nie wpuszcza. To jest jego Dania.

 

Chciałem przełamać barierę,

znam adres, więc popłynąłem tam,

naciskam klamkę, ale zamiast niej napotkałem obcą dłoń.

I proszę się nie zachwycać. Do mojej kałuży jeszcze wiele, wiele gór.

 

 

 

Piotr S.

Autokalipsa Piotra S. z Niepołomic

(pieśń)

 

Ocalić obywatela, szarego człowieka,

czy ocalić w sobie Gilgamesza Hektora Rolanda

 

Ile było w bohaterach szarego człowieka,

a ile jest w nas hohatera

 

Piotr z Niepołomic jest w każdym z nas,

doszedł do złotego runa nicości ostatniej nagrody

 

Zostawił swój manifest,

a wziął ze sobą nasze tożsame  manifesty

 

Alter ego Tadeusz Konwickiego

szedł pod PKiN po małą apokalipsę

 

Szłość samojedna,

jak pisał Miron Białoszewski

 

Piotr S. z Niepołomic dokonał autokalipsy

wśród obróconych plecami

 

Dał nam świadectwo Szarego Człowieka,

abyśmy zostali z tym Łazarzem Obywatelem

 

Musimy go wskrzesić,

bo cudem jest być sobą, być wolnym

 

Prawdy nie da się zakrzyczeć, ani zamilczeć,

płonie, jak olimpijski znicz

 

Piosenka miłosna

 

Kobieta odpycha mnie.

Potrzebuję jej,

przyciągam ją do siebie,

ona mówi – nie.

Ty nie chcesz mnie,

ty chcesz mojego nieszczęścia.

W tym samym momencie

z moich doskonale wyrzeźbionych ramion

odpada przezroczysty lakier,

a potem pękają bicepsy wzdłuż tkanek.

A widzisz, mówi ona.

nie potrzebujesz mnie,

potrzebujesz nieszczęścia.

 

Odchodzi,

a ja śpiewam o nieszczęściu.

 

 

 

Skrócona przyjaźń

 

Jeszcze spotykamy się przy tym

samym stole, który utyka na jedną

nogę. Nasze ręce na blacie

niwelują nierówność.

Nie potrafimy jednak rozstać się,

opuszczony stół zostałby kaleką

bez pomocy. W tyłach naszych głów

tkwi ołów pewności,

że za powrotem mebel naszej przyjaźni

bedzie już tylko trójnogiem.

Patrzymy z bojaźnią w swoje oczy,

komu lecą wióry.

 

 

 

 

Latawce, dmuchawce, wiatr

 

Naród mówi, poeci milczą.

Naród milczy, poeci dalej milczą.

Przez moment naród odczuwa

więź ze swoimi poetami. Naród

jednak przerywa milczenie poetów,

rozrywa brak słów poetów na strzępy,

poeci krwawią i tym bardziej milczą,

bo krzyk nie jest mową.

 

Ci którzy do tej pory milczeli zamieniają się

w strzęp narodu

i to jest ten ochłap historii,

który w podręcznikach otrzymuje miano bohaterów,

przyszłe pokolenia ich przeklinają,

bo muszą ryć w swoich umysłach

ich wiersze o krwawym milczeniu.

 

 

 

Pamięć

Milczenie jest wymowne,

porzucić zgiełk słów,

szyderstwo zdań,

trumny akapitów

dostać się na tę wyspę,

być strażnikiem

być, jak kropla spadajaca do ust,

ktora drąży,

i drąży.

 

 

 

 

Doskonałość

 

Wyjechać na wschód do Łodzi,

gdzie kobiety chodzą wokół snów mężczyzn,

którzy odeszli.

 

Wyjechać na południe,

zwłaszcza późną jesienią

podróże ptaków kształcą.

 

Wyjechać na zachód,

bo tam nie zajmują się marnością słowa,

tylko dobrem materii.

 

Wyjechać na północ,

być samotnym soplem

w efekcie cieplarnianym.

 

Jednak tkwię tutaj,

ukrzyżowany przez cztery strony świata,

jak doskonały człowiek witruwiański da Vinci.

 

 

 

Poeta wyklęty

 

Patrzę na białą stronę worda

i patrzę.

Wiem, że pod bielą monitora jest wiersz.

Jak go wydobyć?

 

Szpiedzy mają dobrze.

Wystarczy odrobina grafitu.

Pomażą górną karteczkę

stosu na biurku wroga

i znają adresy z kim się ten kontaktuje.

Robota wykonana i zapłacona.

 

A ja?

Patrzę i patrzę – biel,

ale wiem od Michała Anioła,

który rzeźbę Dawida dojrzał w złomie marmuru,

wystarczyło odrzucić to, co zbędne.

 

Dzwonię do biura tajnych służb,

słyszę, że nie ma takiego numeru.

Do innego biura

za granicą, słyszę – proszę czekać!

 

Po kilku dniach włamują się

w kominiarkach,

zabierają laptopa

z  białym ekranem worda.

 

Mówię w celi,

że zabrali mi poezję.

Odzyskamy, to zwrócimy.

W ten sposób zostałem poetą wyklętym.

 

 

 

 

Koniec poezji

 

Wszystkie dobre wiersze

zostały już napisane,

mówi ojciec.

 

Wiersze ukazuja się w prasie,

wychodzi książka.

Łapię ojca na lekturze.

Z tego nie można się utrzymać, mówi.

 

Po kilku latach słyszę od niego,

zaludnienie poetów na jedno mieszkanie

jest za duże.

 

Przyglądam się staremu poecie

ostatni raz

i wyprowadzam.

 

Jestem starym poetą,

wróciłem do rodzinnego domu.

Zaludnienie jest w sam raz.

 

Nie mam komu powiedzieć,

że wszystkie dobre wiersze zostały napisane,

koniec poezji.

 

 

%d blogerów lubi to: