Hairwald

W ciętej ranie obecności

2.

Jestem dziadkiem z Wehrmachtu

Augustyn-Dyrda--ur--1926--rzezbiarz--z-popiersiem-

Pół miliona Polaków wcielono do armii Hitlera. Wielu z nich nadal żyje. Z tymi, którzy walczyli w mundurach Wehrmachtu, rozmawia Iwona Sobczyk

Nawet pół miliona obywateli II RP mogło zostać wcielonych do hitlerowskiej armii. Wielu z nich pochodziło z polskiej części Górnego Śląska. Pobór trwał niemal przez całą wojnę. Z czasem, szczególnie pod wpływem porażek na froncie wschodnim, zjawisko przybrało na sile. Rekruci byli pilnie potrzebni, przedwojenne polskie obywatelstwo czy nieznajomość języka przestała być przeszkodą. Górnoślązacy wyboru nie mieli. Przed wpisem na folkslistę i wezwaniem do armii nie było tutaj ucieczki. Za odmowę groziły surowe represje, skierowane nie tylko przeciwko dezerterowi, ale również jego rodzinie. Polacy w mundurach Wehrmachtu walczyli niemal na każdym froncie II wojny światowej. 89 tysięcy przeszło w czasie wojny do Armii Andersa.

Nie ma takiej ojczyzny, dla której warto poświęcić życie

Augustyn Dyrda, ur. 1926, rzeźbiarz
Spałem, gdy to się wszystko zaczęło, więc przegapiłem niemieckie samoloty lecące bombardować Kraków. Zobaczyłem je dopiero, jak wracały. Leciały nisko. Taki był poranek 1 września u nas, w Tychach. Żołnierze niemieccy przyszli niedługo potem. Dwie kolumny zmotoryzowane ciągnęły Mikołowską na wschód. Stałem przy samej drodze i co chwilę uciekałem do domu. Niemców nienawidziłem strasznie. Jakby mi wtedy karabin dali, to niewykluczone, że bym do nich strzelał. Dzisiaj już wiem, że dzieci nie są stworzone do takich rzeczy.

Myśmy na Śląsku byli wtedy poddawani szczególnie nasilonej indoktrynacji. Wychowywano nas na polskich patriotów. Uczyli nas, że w obronie ojczyzny poświęca się życie. Teraz uważam, że nie ma takiej ojczyzny, dla której należałoby to robić. Życie jest zawsze bardziej potrzebne ojczyźnie niż śmierć.

Do Wehrmachtu zostałem zaciągnięty pod koniec lutego 1944 r. Latem 1944 r. zostałem skierowany do formującej się 50 kilometrów od Pragi nowej dywizji 237. Tam usłyszałem, że w Warszawie wybuchło powstanie. Nas, polskojęzycznych żołnierzy, było w tej dywizji z 900 – głównie Ślązaków i Pomorzan. Oczywiście, że się rozmawiało o Polsce. Proszę sobie wyobrazić, jak myśmy się wszyscy bali, gdy 10 czy 11 sierpnia zaczęli ładować całą dywizję do wagonów. Jak nic do Warszawy jedziemy! Strach był ogromny. No bo jakie mielibyśmy wyjście w tej Warszawie, my w niemieckich mundurach?

A tu pociąg zamiast na północ skręcił na południe. Od razu się nam weselej zrobiło. Jechaliśmy przez Wiener Neustadt, Graz, potem przez Alpy i Dolomity. Nogi spuszczone z wagonów, widoki piękne. 15 sierpnia zobaczyliśmy przed sobą Adriatyk. W końcu wylądowaliśmy w osadzie Sergassi i siedzieliśmy tam jak na wakacjach aż do marca 1945 r.

Wołali na nas Szwaby


Ludwik Domin, ur. 1923, górnik 
W domu było nas czterech – Richard, Zefek, ja i Himek. W niemieckim wojsku byliśmy wszyscy. Richard został ranny na Ostfroncie, a najmłodszy Himek z wojny nie wrócił.

Mnie do wojska ściągnęli w 1942 r., chyba w czerwcu. Mieliśmy jechać na Ostfront, ale stanęło na Afryce. Wielkie szczęście! Na wschodzie wielkie mrozy i Rusy, w Afryce cytryny, pomarańcze i ciepło. Tylko te wszy! Jak nas Amerykanie do niewoli wzięli, pierwsze co, to nas rozebrali i umyli.

Jak się wojna skończyła, to nam zapowiedzieli, że możemy zostać w Anglii albo jechać, do jakiego kraju chcemy. Napisałem do domu, żeby sprawdzić, czy rodzice żyją jeszcze. Zaraz odpisali, że żyją i że mam wracać. Bardzo się ucieszyli, bo jak mnie Amerykanie wzięli, przyszło do nich z Wehrmachtu zawiadomienie, że jestem zaginiony albo zabity. Zostać w Anglii nie chciałem. Potem pożałowałem. Wcześniej, jak byłem w niemieckiej armii, to bywało, że Niemcy z Berlina wołali za nami, że jesteśmy „polnische Schwein” – „polskie świnie”. A jak w 1945 r. z Anglii przyjechaliśmy do Gdańska, to wiecie jak na nas powiedzieli? Szwaby!

Niemieckiego nauczyłem się trochę w szkole


Joachim Drażyk, ur. 1926 rok, kowal
Niemieckiego nauczyłem się trochę w szkole. Nasz nauczyciel pan Szarek, oficer wojska polskiego, powtarzał, że idzie nowa wojna i niemiecki nam się przyda. Faktycznie, przydał się. Jak wprowadzili folkslisty, dostałem „trójkę”. Potem skierowali mnie do szkoły wojskowej, do marynarki wojennej. Tam był taki przypadek. Kąpaliśmy się rano – ja, mój dobry kolega Ślązak spod Opola i Niemiec. Ten Niemiec każe się mojemu koledze przesunąć, a on, że nie. No to tamten: „Du verfluchte Polen!”. No i zrobiła się haja taka, że aż dowódca nas potem wezwał do siebie. Wszystkim kazał ubrać się po polowemu, a Niemcowi założyć maskę przeciwgazową, wziąć karabin do dwóch rąk, śpiewać głośno i maszerować przed siebie. Akurat była wielka kałuża. Zaraz przed nią dowódca kazał Niemcowi paść na ziemię i czołgać się. Jak ten biedak wrócił, to mu mówi tak: „Tu są wszyscy jednako niemieccy żołnierze, żadnego nie wolno obrażać. A ty będziesz to pamiętał przez całe życie”.

Po kapitulacji przyszedł do nas do domu Szaboń z paroma Rusami i mówi, że ja jestem germański soldat. Kazali mi się zgłosić na przesłuchanie. Potem z innymi przegnali do Łabęd. Rozbieraliśmy fabrykę zbrojeniową, wszystko do Rosji szło.

Wielu Polaków z Wehrmachtu służyło na Bałkanach, na wyspach greckich. Zobaczyli pół Europy, zachłysnęli się światem. Wycieczki do Paryża musiały być masowe, tyle jest pocztówek z wieżą Eiffla. Z prof. Ryszardem Kaczmarkiem, historykiem, rozmawiają Lidia Ostałowska i Dariusz Kortko

Byli żołnierze Wehrmachtu niechętnie pokazują swoje zdjęcia w niemieckich mundurach. 


– W 1945 r. fotografie i dokumenty ukrywali przed Rosjanami. Ale – jak to pragmatyczni Ślązacy – przechowywali je także, żeby mieć dowód takiej służby. Dla rodzin były to pamiątki po osobach, który zginęły, zaginęły lub zmarły po wojnie. Nie mieli żadnego powodu, żeby te papiery wyciągać.

Czy po wojnie represjonowano za Wehrmacht? 

– W Polsce nie było na to paragrafu. Ścigano jedynie za zbrodnie nazistowskie, a walka po stronie Niemców nie była zbrodnią. Ale zawsze można było to wypomnieć przy okazji. Dlatego się tym publicznie nie chwalono. Opowiadało się wyłącznie w rodzinach. Na Geburtstagu, urodzinach, jak już sobie wszyscy wypili, pytali wujka Hermana o ten Wehrmacht. I wujek zaczynał. „A jak my byli na froncie…”. Koledzy z wojska zbierali się w knajpie i też wspominali.

Ilu mężczyzn poszło do Wehrmachtu? 

– Według moich szacunków około pół miliona z polskich części Górnego Śląska i Pomorza, przy czym mówimy tylko o tych z trzeciej grupy. Deklaracje narodowościowe były podpisane, a pobór masowy. Trzeba było iść do wojska albo do Auschwitz. Klatka się zamknęła.

Niektórzy jechali na front, śpiewając „Boże, coś Polskę” albo „Serdeczna matko”. 

– Szczególnie poborowi z Pomorza, na dworcach. To byli głównie młodzi chłopcy z Gdyni, polskiego miasta zbudowanego w 20-leciu międzywojennym w opozycji do niemieckiego Gdańska. W latach 30. wychowanie patriotyczne było tam szczególnie intensywne. Podobnie na Górnym Śląsku. W polskiej części patriotów wychowywała szkoła, harcerstwo. Mogli więc śpiewać pieśni z pełnym przekonaniem, to byli swego rodzaju Kolumbowie zmuszeni do walki o nie swoją sprawę.

Jak żołnierze pisali w listach o wojnie? 

– Do rodzin docierały dobre wiadomości. Żołnierze służyli najpierw w jednostkach na Zachodzie, gdzie nic się nie działo. Kupowali prezenty. Józef Smyczek trafił do oddziału na Wale Atlantyckim. Do żony pisał z Francji niemal codziennie. „Heidelko kochana, kupiłem dla tego małego chłopeczka naszego dwie pary pończoszek i dla ciebie jedną parę. Oprócz tego grzebienie, korzenie, Backpulver, Vanilpulver, gumę szeroką i wąską, i chcę to wkrótce do domu posłać”.

Wielu żołnierzy wyjechało na Bałkany, na wyspy greckie, zobaczyli pół Europy. Zachłysnęli się światem, widać to po liczbie pocztówek i zdjęć. Chłopcy z małych wiosek bywali w miejscach, których nigdy by nie zobaczyli.

W czwartek w ”Dużym Formacie” czytaj też: 


Szatan 
”Ona była delikatniuchna on dzieciakowaty”. Surmiak-Domańska szuka księdza G., który wyszedł z więzienia

Biała siła, Białystok 
Gdzie indziej w Polsce nacjonalistom przeszło, a u nas świętowali rocznicę śmierci Hessa. Jedno jest pewne: kiedyś było trochę lepiej

Wejdź w ich buty
Amerykanka Shannon Jensen doszła do wniosku, że nic tak nie odda trudu podróży uchodźców w Sudanie jak ich buty. Sfotografowała ponad 250 par

Interwencje: Jak zrobili ze mnie wariatkę 
Psychiatra szpitalny skierował zdrową kobietę na oddział zamknięty wbrew jej woli. Wyszła dopiero, gdy zgodziła się na leczenie

Źródło: Wyborcza.pl

Niedaleko SLD od PiS? [ANALIZA]

Leszek-Mille

Sojusz Lewicy Demokratycznej ma program pasujący do koalicji praktycznie z każdą partią, choć najwięcej łączy go z PiS.

Po sobotnim posiedzeniu Rady Krajowej SLD na stronach internetowych tej partii pojawiły się „Prezentacje programowe SLD”. To dorobek debat programowych organizowanych od 2012 r. Diagnoza jest surowa: mamy recesję (choć według premiera w tym roku będziemy mieć 1,5-proc. wzrost) i rosnące bezrobocie. Gdy SLD zacznie rządzić, gospodarka ruszy z kopyta – w tempie 5 proc., a po czterech latach nawet 7 proc., powstanie co najmniej 1,5-2 mln nowych miejsc pracy.

Jak to zrobić? SLD proponuje stworzenie trzech nowych okręgów przemysłowych (centralny, północny i południowy), podniesienie płacy minimalnej, przywrócenie tzw. dużej ulgi budowlanej oraz ulgi na budowę mieszkań pod wynajem, wprowadzenie ulgi w PIT za legalne zatrudnianie niani.

Tymczasem ulgi budowlane już były – zostały zniesione, bo służyły głównie zamożnym, a powodowały znaczący uszczerbek w dochodach państwa.

SLD proponuje zwolnienie przedsiębiorców, którzy rozpoczynają działalność, na 18 miesięcy z płacenia ZUS za pierwszego i drugiego zatrudnionego, oskładkowanie wszystkich umów-zleceń (czyli także mniej pieniędzy w kieszeni pracownika).

Do tego jeszcze wzrosną nakłady na służbę zdrowia, choć Sojusz nie dodaje, że oznaczałoby to podniesienie składki zdrowotnej, a więc zmniejszenie pensji. Ciekawe, o ile miałaby ta składka wzrosnąć, by starczyło na skrócenie kolejek do specjalistów, otwarcie oddziałów geriatrycznych oraz wprowadzenie ryczałtu na leki, gdy wydatki przekroczą pewien pułap.

Wszystkie te rzeczy są potrzebne, ale pieniądze na nie mogą pochodzić tylko z jednego źródła: od pacjentów – albo wyższa składka, albo wyższe podatki. I rzeczywiście SLD proponuje 40-proc. składkę dla najbogatszych, tyle tylko, że nie ma ich wielu, na wszystko nie starczy.

W SLD mają tego świadomość. – Dodatkowa stawka dla najbogatszych obejmie niewiele osób, w Polsce klasa średnia mieści się w drugim progu podatkowym, płaci 32 proc. Jednak ci najbiedniejsi będą mieli poczucie, że ci bogatsi więcej dokładają do wspólnego kotła – mówi polityk SLD.

W edukacji Sojusz proponuje zniesienie gimnazjów i powrót do starego systemu. Tu także brakuje szacunków: ilu nauczycieli straciłoby pracę, ile kosztowałoby takie przekształcenie systemu?

Podnoszenie PIT czy likwidacja gimnazjów odróżniają SLD od PO, ale – jak mówią politycy Sojuszu – „teraz chodzi o to, by zdobyć władzę, a jak już będziemy rządzić, to wiadomo: trzeba będzie iść na kompromisy z koalicjantem”. Program SLD najbardziej przypomina propozycje PiS: podniesienie płacy minimalnej, ulgi podatkowe, zniesienie gimnazjów. Odróżnia go pomysł, by publiczne placówki opieki zdrowotnej „przestrzegały zasad świeckiego państwa”, co oznacza brak krzyży.

Opublikowanie fragmentów programu – nie ma nic o emeryturach, kulturze czy szkolnictwie wyższym – służy strategii SLD pokazania się jako partia przewidywalna, zdolna rządzić lepiej niż ekipa Donalda Tuska.

Wyborcza.pl

Lewica biadoli jak PiS

Protest-zwiazkowcow

To zdumiewające, jak łatwo odlot udziela się nawet ludziom rozsądnym. W pomstowaniu na rzekomą stronniczość mediów specjalizowała się dotąd prawica spod znaku IV RP.

W tym biadoleniu nie przeszkadzało jej to, że politycy i propagandyści PiS regularnie goszczą we wszystkich programach publicystycznych, mają swoje stacje i gazety. Po włączeniu telewizora czy radia nie sposób nie natknąć się na któregoś z Karnowskich, Hofmana, Macierewicza czy samego prezesa.

Ostatnio po tę samą metodę sięgnęli przedstawiciele antyrynkowej lewicy. Oni też zaczęli lamentować: ludzie, ratujcie, media nas biją!

– Nie może być tak, że w debacie publicznej jedna strona ma 90 procent mocy, a druga strona jest wyśmiewana i przedstawiana jako banda nieokiełznanych dzikusów – oświadczył Jacek Żakowski w TOK FM. Szczególnie zirytował go artykuł „Rzeczpospolitej”, którego autor ośmielił się stwierdzić (moim zdaniem słusznie), że rządowa kastracja OFE utrudni prywatyzację przedsiębiorstw państwowych.

Na łamach „Gazety” do Żakowskiego dołączył Michał Wybieralski, którego z kolei zirytowały komentarze w mediach (także w samej „Gazecie”) na temat związkowych protestów. „Prawie nie ma rzetelnych analiz postulatów związkowych, jest za to dużo widzimisię ekspertów reprezentujących zwykle punkt widzenia jednej strony – pracodawców” – stwierdził.

Czytam to i oczy przecieram ze zdumienia. Jedna strona ma 90 procent mocy? W mediach jest tylko punkt widzenia pracodawców? Chyba żyję w innym kraju niż Żakowski i Wybieralski. Gdy włącza się telewizor czy radio, trudno nie natknąć się na głos krytykujący rynek, OFE i banki oraz domagający się przykręcenia śruby biznesowi i opodatkowania zamożnych. Na ulicach Warszawy demonstrują dziesiątki tysięcy związkowców, telewizja relacjonuje to na bieżąco, a związkowi liderzy wypowiadają się we wszystkich kanałach. W prasie – niestety także w „Gazecie” – istny festiwal haseł równościowych spod znaku Janosika i wysyp tekstów wmawiających czytelnikom, że historia III RP to nie sukces na miarę historyczną, lecz wielka porażka i kwintesencja społecznej niesprawiedliwości.

A lewicowi komentatorzy skarżą się na sekowanie. Niepojęte. O co im chodzi? Zapewne o to, by wywrzeć psychiczną presję i uciszyć oponentów. Podważyć ich wiarygodność i zdyskredytować ich jako wyrazicieli klasowych interesów biznesu. Wmówić opinii publicznej, że gdyby nie medialny układ, antyrynkowa mniejszość byłaby większością.

Na szczęście jednak większość Polaków, choć wyrobiono w niej awersję do słowa „liberalizm”, wcale nie marzy o tym, by wyrzec się wolności i złożyć w ręce państwa odpowiedzialność za swój los. Dostrzegają to nawet wyznawcy idei lewicowych, tacy jak ekonomistka prof. Leokadia Oręziak, która w wywiadzie dla „Magazynu Świątecznego” „Gazety Wyborczej” (3 sierpnia) ubolewała, że jej studenci są „niesamowicie przywiązani” do myśli, że środki zgromadzone w OFE to ich pieniądze. Nie chcą wrzucać swoich składek do ZUS-owskiego worka i twierdzą: „Powinno być tak, że każdy sam sobie odkłada. To jest sprawiedliwe”.

Tak sformułowany pogląd to oczywiście uproszczenie, bo nawet ortodoksyjni liberałowie nie zaprzeczają, że wolność i samodzielność muszą być uzupełnione pewną dozą solidaryzmu. Niemniej generalna zasada, że każdy powinien żyć na własny rachunek, jest słuszna. Dlatego zwracam się do studentów pani profesor: trzymajcie się swojego drogowskazu. Macie rację i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.

Wyborcza.pl

Swastyki trzeba zamazywać

Napisy-wymalowane-w-2007-r--na-meczecie-w-Bialymstoku

Kilka dni temu na białostockim osiedlu Leśna Dolina policja przeszukała siłownię. Chłopcy z osiedla urządzili ją w piwnicy. Inspirować do ćwiczeń na biceps miały rysunki na ścianach: powieszone gwiazdy Dawida, czerwone swastyki, pioruny SS.

Czy ćwicząc, wpatrywali się w nie jak ci, którzy przychodząc do siłowni mojego kumpla, kiedy mieliśmy czternaście lat, wpatrywali się w plakaty ze świerszczyków, dźwigając sztangi z samochodowych felg?

Czym te swastyki dla nich były? Przecież niemożliwe, że naprawdę interesowali się ideologią nazizmu czy rasizmu (czy przebrnęliby przez te nieskładne zdania „Mein Kampf”? Zrozumieliby rasowe teorie Gobineau?).

A może te swastyki malowane na murach były źródłem siły i pogardy do słabszego i innego – jak obietnicą zdobycia ładnej dziewczyny były plakaty w siłowni kumpla?

Właśnie wróciłem z Białegostoku. Pojechałem, bo już nie mogłem o tym czytać. O podpaleniach mieszkań, o pobiciach. O tym, że miejscowy prokurator mówi, że swastyka na polskim murze może symbolizować pomyślność, i że pogranicznik z tego miasta pisze w internecie o uchodźcach: „czeczeńskie ścierwo”. Że potem sędzia z Białegostoku wydaje w jego sprawie wyrok: to nieobraźliwe. Czytaliśmy to i nie pytaliśmy: dlaczego tam?

Za to wszyscy Białystok pokazywali palcem. Stał się dla nas bardzo wygodny. Łatwo zrzucić winę (przymknąć oko, że u nas na murze też „Żydzi won”) i powiedzieć: tam mieszkają rasiści.

W Biaymstoku zrozumiałem, że to nie rasiści, nie smutni, dziarscy chłopcy ćwiczący wśród swastyk są problemem. Rysunki wysypywały się przecież na klatkę, która prowadziła do piwnicy. Ilu ludzi zdążyło je zobaczyć? Jak często przechodzili obok? Co myśleli? Czy nie robiły większego wrażenia niż „kocham Kaśkę” na murze obok?

Gdy na tym samym osiedlu kilka domów dalej podpalano drzwi obcokrajowcom, czy ktoś z mieszkańców o swastykach z piwnicy pomyślał?

Osiedle milczało. Milczeli rodzice (czy nie zauważyli tego tatuażu z „Combat Adolf Hitler”, który syn ostatnio sobie zrobił?).

Milczeli właściciele i goście klubów, w których wyćwiczeni na siłowniach chłopcy zostawali bramkarzami (a każdy z nich chciał być bramkarzem, to było spełnienie obietnicy, tu od ciebie zależy, kto przejdzie, robisz selekcję).

Milczeli policjanci, którzy po godzinach stali z nimi na bramkach.

Potem milczał klub piłkarski. Jagiellonia Białystok pozwoliła chłopcom poczuć się na trybunach jak w domu, rozdawać ulotki, wywiesić: „Roger, nigdy nie będziesz Polakiem”. W sprawie chłopców milczał prezes klubu. W sprawie klubu milczał prezydent miasta (klub to taki dobry elektorat, taka dobra promocja).

Milczeli prawicowi politycy, nie przeszkadzało, że chłopcy idą z nimi w tym samym marszu.

Cała władza milczała – w mieście, gdzie wciąż mówi się o wielokulturowości, od siedmiu lat nie ma chęci i pieniędzy, by wyciągnąć w końcu wmurowane w miejską fontannę żydowskie nagrobki.

Mieszkańcy Białegostoku mają duży żal. Skarżą się, że o Białymstoku mówi się „rasistowskie miasto”. Są zmęczeni.

Nie dziwię się. Białostoczanie nie są rasistami, tak jak ogólnie rasistami nie są Polacy. To, co się tam dzieje, jest wszędzie indziej: nacjonalistyczne trybuny, zamknięte układy, zaniedbania, milczenie. Tylko tam zebrało się to jak w soczewce, sklejone wygodnym „dobrze jest, jak jest”.

Pojechałem do Białegostoku, znalazłem Polskę.

PS Wczoraj rano na białostockim osiedlu miejscowe szkoły, stowarzyszenia, parafie, policjanci, prezes spółdzielni i wojewoda podpisali pakt. Chcą walczyć z ksenofobią.

Wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: