Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Kwiecień, 2013”

Korwin-Mikke – faszyzm po polsku

Anna-Grodzka

 

Żałosny „polityk” Janusz Korwin-Mikke zajmuje się tym, co jest mu z natury obce – myśleniem. To tak, jakby kamień myślał. Ten sam efekt – kamienny. W przestrzeni publicznej taki kamień uderza i jest wówczas faszystą.

 

Tak należy rozumieć wpis JKM na Facebooku o Annie Grodzkiej z Ruchu Palikota: „Nie istnieje żadna „posłanka Anna Grodzka”. Istnieje stary komuch, p.Krzysztof Bęgowski, który wyłudził miejsce w Sejmie podszywając się pod kobietę”.

 

Równie dobrze mógłby to być cytat z „Mein Kampf”. A uzasadnienie jest z gruntu antysemickie, jak guru JKM fuerera (nic ująć nic dodać): „Jest to dokładnie taka sama sytuacja, jakby pomalował się na czarno i wszedł do Sejmu jako Murzyn”.

 

JKM nie urodzi faszyzmu, jest za stary, niedługo zemrze, niemniej to tworzy postawy faszystowskie wśród młodych. Żałosny kamień.

Tusk i Sikorski wśród najbardziej wpływowych ludzi na świecie

Donald-Tusk-i-Radoslaw-Sikorski

Jarosławowi Kaczyńskiemu będzie chodzić grdyka, gdy zapozna się z listą 500 najbardziej wpływowych osób na świecie, która sporządzona została przez magazyn „Foreign Policy”, są na niej dwaj Polacy: Donald Tusk i Radosław Sikorski.

To oczywiście „układ” globalny i „wina Tuska”. Na liście są m.in. Barack Obama, Bill Gates i papież Franciszek. Magazyn stworzył listę na podstawie podobnych zestawień m.in. Citypopulation.de, Forbesa, Reutera, Vanity Fair, Wall Street Journal.

Pełna lista dostępna jest na stronach „Foreign Policy” . Kaczyński miałby szansę znaleźć się na liście „500 lebiegów” i to na czołowym miejscu, jeżeli nie na pierwszym.

Apostazja Agnieszki Ziółkowskiej

Ks--Wojciech-Lemanski-Agnieszka-Ziolkowska

Agnieszka Ziółkowska, pierwsza Polka urodzona dzięki metodzie in vitro, odpowiedziała ks. Wojciechowi Lemańskiemu: nie. Nie pozostanie w Kościele, o które zaapelował do niej zwykły kapłan. Ziółkowska jeszcze w tym roku dokona apostazji.

Ziółkowska napisała lit do Lemańskiego, jest on wzruszający, a zarazem wstrząsający. Opisuje naszą rzeczywistość, którą zawłaszczają diabelskie postaci biskupów i innych. Cytuję go, bo warto zapoznać się z uczuciami i argumentacją tych, których Kościół szczególnie krzywdzi:

Chciałabym serdecznie podziękować za list, tak różny – w formie i sposobie prowadzenia dyskusji na temat in vitro – od tego, co prezentuje polski Episkopat. Z pewnością słowa Księdza – spokojne, merytoryczne i zachęcające do prowadzenia dialogu – są bardzo ważne dla tych wierzących katolików, dla których ostatnie stanowisko Episkopatu i język, którym się posługują hierarchowie, mówiąc o in vitro, są skandalizujące i nie do przyjęcia.

Zadaniem i powołaniem każdego prawdziwego duszpasterza jest ewangelizacja, dlatego rozumiem, że nawet jedna osoba opuszczająca wspólnotę wiernych, staje się bolesnym problemem, któremu należy przeciwdziałać. Jednakże na apel o pozostanie w Kościele muszę odpowiedzieć negatywnie. To, że wartości chrześcijańskie są mi bliskie, nie znaczy, że jestem osobą wierzącą. Są to uniwersalne wartości, część naszej kultury. Podzielam je ze względu na ich głęboki humanizm, nie ze względów religijnych.

W dyskusji – która toczy się, niestety, bardziej wokół mojego zamiaru odejścia z Kościoła niż wokół skandalicznego poziomu debaty o in vitro w Polsce i kwestii uregulowania jego statusu prawnego – pojawia się często pytanie: po co apostazja? Po co, skoro z punktu widzenia Kościoła – decyzją Benedykta XVI – formalne wystąpienie z Kościoła przestało być możliwe? W świetle prawa kanonicznego można jedynie złożyć oświadczenie woli, że nie jest się katolikiem, co zostaje następnie odnotowane w księdze chrzcielnej (w której nadal się figuruje), niosąc za sobą automatycznie karę ekskomuniki. Po co, skoro kiedy się przestaje wierzyć, można po prostu przestać chodzić do Kościoła i nie zawracać sobie (i innym) głowy apostazją? Przez długi czas również tak myślałam. Jednak obelżywy i poniżający język, a także merytoryczne kłamstwa Episkopatu na temat in vitro, przeważyły szalę powodując niesmak i oburzenie. Jako osoba niewierząca, traktuję akt apostazji jako formalną cezurę, oficjalne odcięcie się od instytucji, która sama mnie zeń wypycha (w Polsce, najwyraźniej Kościół nie jest wspólnotą wiernych, ale biskupów), która nie szanuje człowieka, piętnując moich rodziców i mnie ze względu na sposób, w jaki zostałam poczęta. Instytucji, której nie czuję się, nie jestem i nie chcę być częścią, ani być traktowana jako taka.

Co najbardziej mnie szokuje, w swojej pokrętnej argumentacji biskupi, a także niektórzy prawicowi publicyści, starają się usilnie w kwestii leczenia niepłodności metodą in vitro oddzielić efekt (posiadanie dziecka) od metody (zapłodnienie pozaustrojowe). Jest to o tyle w kuriozalne, że w tym przypadku bardziej niż w jakimkolwiek innym po prostu nie można tego zrobić. Bez metody nie byłoby efektu. Gdyby nie in vitro, to mnie ani blisko 5 mln innych osób nie byłoby na świecie. Hipokryzją jest wmawianie winy ontologicznej z powodu poczęcia in vitro, a następnie udawanie, że nie powinnam czuć się tym osobiście dotknięta (przecież jako nieświadome dziecko byłam niewinna, to moi rodzice byli grzesznikami i mordercami), że Kościół mnie kocha, i nie powinnam mieć do nikogo pretensji. No, chyba że do własnych rodziców, którzy poczęli mnie w tak niegodziwy (cytuję za ks. F. Longchamps de Bérier) sposób. Hipokryzją jest twierdzenie, że piętnowanie sposobu poczęcia dzieci urodzonych dzięki in vitro nie jest równoznaczne z piętnowaniem ich samych. Otóż jest. Uderza w ich godność oraz stawia pod znakiem zapytania ich prawo do życia. Gorąco pragnęłabym, żeby to Ksiądz wyznaczał kościelne standardy debaty o niepłodności oraz in vitro. Niestety, to abp. Hoser określa stanowisko Kościoła w tej kwestii.

Pisze Ksiądz dalej o konieczności przeprowadzenia w Kościele otwartej debaty na temat in vitro, z udziałem specjalistów, naukowców itp. i zwraca się do mnie o pomoc i uczestniczenie w tej dyskusji. Apel ten jestem w stanie zrozumieć, ale sądzę, że został on źle zaadresowany. Wezwanie do ratowania Kościoła, do przeprowadzenia szerokiej i otwartej debaty powinien kierować Ksiądz nie do mnie, ale właśnie do arcybiskupa Hosera. Ksiądz Michał Heller w niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” przekonywał, że ludzie tracą dziś wiarę przez nadgorliwych apostołów, zaś Kościół (parafrazując słowa bohatera powieści Grahama Greena), mając za zadanie napoić ludzi winem prawdy, wciska im do gardła wino razem z butelką, dziwiąc się, że nie chcą tego przełknąć. Ale nie moim zadaniem jest ratowanie przed nią samą instytucji, do której nie należę. Skądinąd jestem przekonana, że gdyby Ksiądz się z takim apelem zwrócił do Episkopatu, byłby to ważny sygnał dla wierzących rodziców borykających się z niepłodnością i ich dzieci poczętych in vitro pragnących pozostać w Kościele.

Podkreśla Ksiądz również, że kwestia in vitro w Polsce nie leży w gestii abp. Hosera, tylko Premiera. Święta prawda. Ale co z tego? Od 1999 roku czekamy na ratyfikację przez Polskę konwencji bioetycznej Rady Europy W styczniu tego roku Komisja Europejska wezwała Polskę do ustawowej regulacji m.in. kwestii in vitro. W przeciwnym razie grozi nam proces przed Europejskim Trybunałem Srpawiedliwości. Mimo obietnic premiera i ministerialnych programów do ustawowej refundacji leczenia niepłodności metodą in vitro jesteśmy bardzo daleko. Wygląda na to, że najwięcej do powiedzenia w sprawie in vitro w Polsce ma minister Gowin lejący krokodyle łzy nad mrożonymi zarodkami, które wywożone są do Niemiecy, żeby naukowcy mogli na nich eksperymentować, a jednocześnie skutecznie mrożący prace nad ustawą, oraz Episkopat apelujący wprost do parlamentarzystów o zakazanie tej metody leczenia niepłodności.

Dlatego na koniec listu pragnę również wystosować pewien apel. Przy coraz gorszych prognozach demograficznych dla Polski mądra regulacja prawna in vitro, a przede wszystkim refundacja tego sposobu leczenia niepłodności, powinny być priorytetami polskiej polityki prorodzinnej. Jako obywatelka kraju, w którego konstytucji zapisany jest rodział państwa od Kościoła, apeluję do polskich parlamentarzystów, by nie dali się szantażować głosami z ambony i zaczęli w końcu szanować i realizować wolę większości społeczeństwa – według badań opinii publicznej ok. 80 proc. – popierającego in vitro.

Z poważaniem

Agnieszka Ziółkowska

Źródło: Wyborcza.pl

Wywiad rzeka z Urbanem: Jestem przedstawicielem kawiorowej lewicy [FRAGMENTY]

Album Gazeta

Jerzy Urban, jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiego życia publicznego, ma poczucie, że w życiu dopisywało mu szczęście. – Wszystkie złe przypadki potrafiłem obrócić na swoją korzyść – mówi Marcie Stremeckiej we właśnie wydanym wywiadzie rzece.

„Musi pan prowokować?” – pyta Stremecka. „Lubię” – lakonicznie odpowiada Urban, z niechęcią zgadzając się na rozmowę „na serio” o swoim życiu, zastrzegając, że jego zdaniem rezygnacja z prowokacji może rozczarować czytelników.

„Lubię być nielubiany” – przyznaje Urban, który po latach bycia jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci życia publicznego, ostatnio coraz częściej spotyka się z przyjaznymi, pełnymi zaciekawienia reakcjami. – Obserwuję to ze smutkiem, bo to znaczy, że Urban stał się nieważny – mówi.

„Raz skłamałem, jako rzecznik”

– Oczywiście kreacja złego Urbana jest trochę udawana, trochę nieudawana. Jak to przy każdej kreacji. Ja twierdzę, że jestem pijakiem, a to jest nieprawda. Ja twierdzę, że jestem czy byłem rozwiązły seksualnie, a to nieprawda – wyznaje Urban, dodając, że tak naprawdę lubi dzieci, ceni więzi rodzinne, a nawet jego słynny ateizm jest dość chwiejny.

Choć fraza „kłamstwa Urbana” nadal pozostaje popularna, sam siebie ocenia jako osobę prawdomówną. – Raz skłamałem jako rzecznik, w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka. Przeczuwałem, że coś jest nie tak, czułem, że kłamię – wspomina.

„Rozpłakałem się, że jestem taki brzydki jak oni”

Jerzy Urbach, bo tak brzmi jego rodowe nazwisko, urodził się w 1933 roku, w rodzinie zasymilowanej, żydowskiej inteligencji. – O moim żydowskim pochodzeniu rodzice powiedzieli mi dopiero podczas wojny, jak miałem 6 lat. Wtedy się rozpłakałem, że jestem taki brzydki jak oni. Bo dla mnie Żydzi to byli ci, którzy chodzą w chałatach, z pejsami, a z nimi moja rodzina nie miała i nie chciała mieć nic wspólnego – wspomina.

W domu mówiło się po polsku, choć wśród znajomych rodziców nie było „Polaków o słowiańskich korzeniach”, jak to ujmuje Urban. Świat gojów, katolików, był dla nich „egzotyczny”, a przez to – ciekawy.

Urban1
„Jerzyk? Rozpuszczony i uparty”

Rodzina była zamożna, a jedynak Jerzyk – rozpuszczony i uparty. Po wybuchu wojny Urbachowie uciekli do Lwowa, a gdy miasto zajęli Niemcy, zmienili mieszkanie i załatwili sobie aryjskie papiery, na bardziej aryjsko brzmiące nazwisko „Urban”. Do małego Jerzyka przychodził ksiądz, który nauczył go żegnać się i modlić.

Ojciec rodziny doskonale znał niemiecki i zatrudnił się jako urzędnik kolportażu prasy w małym miasteczku pod Tarnopolem, niedaleko granicy rumuńskiej. Tam rodzinie udało się przetrwać ciężkie lata.

Po wojnie ojciec Urbana został redaktorem tygodnika PPS, potem urzędowego dziennika „Monitor Polski”. Rodzina wróciła do Łodzi. Jerzy poszedł do szkoły, zapisał się do ZMP i zaczął fascynować się marksizmem. Jak wspomina, ta pierwsza faza bezkrytycznego zauroczenia powojenną rzeczywistością trwała aż do październikowej odwilży. W ZMP był ideowym aktywistą, organizował pochody na 1 maja.

Postrzegał ZMP jako organizację „młodzieżowej kontestacji” przeciwko „mieszczaństwu, płaskości bezideowego życia, przeciw religii, wyzyskowi”. – Praktykowaliśmy wolną miłość, paliliśmy papierosy i piliśmy wódkę – wspomina Urban, któremu pozycja działacza ZMP dawała też możliwość przechodzenia z klasy do klasy, mimo całkowitego braku chęci do nauki. Maturę zrobił w Warszawie, co oznaczało oddalenie się od rodziny, która pozostała w Łodzi.

„Prześladowania? Dotyczyły marginesu społeczeństwa”

– Moja zaletą jest to, że mając 15 lat, wziąłem w ręce swoje życie i już go z nich nigdy nie wypuszczałem – wspomina. W Warszawie znalazł pracę w redakcji „Nowej Wsi”, potem został kierownikiem działu politycznego w „Po prostu”. Są wczesne lata 50., szczyt stalinowskiego terroru, ale młody Urban nie zna nikogo, kto byłby represjonowany.

Także jako 80-latek, z perspektywy czasu, nie widzi w masowych prześladowaniach środowisk AK-owskich społecznego problemu, uważa, że dotyczyły one marginesu społeczeństwa.

„Po prostu” stopniowo stało się jedną z najciekawszych polskich gazet swojego czasu, krytyczną wobec władzy, gazetą, gdzie publikowały takie postaci jak Hłasko, Jasienica, Kołakowski, Dygat, gdzie w odcinkach ukazywał się „Zły” Tyrmanda. Kiedy Gomułka zamknął to pismo w ramach usztywniania kursu po październikowej liberalizacji, w Warszawie protesty trwały cztery dni, aresztowano 500 osób.

Urban, choć nie należał do grona najbardziej radykalnych redakcyjnych zwolenników liberalizacji PRL-owskiego systemu, podobnie jak inni dziennikarze „Po prostu” został objęty nieformalnym zakazem publikacji, mógł pisywać tylko pod pseudonimem. Po trzech latach publicznego niebytu trafił do „Polityki” kierowanej przez Mieczysława Rakowskiego, gdzie szybko stał się jednym z najbardziej cenionych i popularnych dziennikarzy, jego felietony w „Szpilkach” i „Kulisach” przyciągały rzesze czytelników.

W tym czasie Urban był dość krytycznie nastawiony do PRL-owskiego systemu. Na początku lat 60. zwolniono go z pracy za tekst o lokalnym działaczu PZPR z Krakowa, do „Polityki” wrócił dopiero po pięciu latach.

Bujne lata 70.?

W latach 70. Urban prowadził bujne życie towarzyskie, przyjaźnił się się z Agnieszką Osiecką, Markiem Hłasko, Jerzym Andrzejewskim, Danielem Passentem, bywał w leśniczówce Rakowskiego, gdzie organizowano redakcyjne sylwestry. W tym czasie zaczynała się kształtować w Polsce demokratyczna opozycja, z którą wielu znajomych i przyjaciół Urbana sympatyzowało.

Pierwsza jego reakcja na powstanie Solidarności była pozytywna, cieszył się w liście do Rakowskiego, że „coś się dzieje”, idą wyczekiwane zmiany w systemie. Ale po bliższym przyjrzeniu się ludziom, którzy tworzyli ten ruch, Urban zajął stanowisko krytyczne.

– Zobaczyłem, że ten związek zawodowy jest czymś innym niż masy protestujące w ’56 czy ’76 roku. Antyradzieckość niebezpieczna, nacjonalizm paskudny, populizm ziejący, klerykalizm – mówi. Karnawał Solidarności go nie porwał, przeciwnie, nie zgadzając się z redakcyjnymi entuzjastami ruchu, odszedł z pracy w „Polityce”.

Rzecznik rządu generała Jaruzelskiego

Tak więc w 1981 roku Urban szukał pracy i ją znalazł. Zaproponowano mu stanowisko rzecznika rządu generała Jaruzelskiego. Urban dobrze się poczuł na suto opłacanym stanowisku ze służbowym samochodem i sekretarką, praca okazała się niekłopotliwa, choć też mało kreatywna – jego zadaniem było przekazywanie mediom oświadczeń rządu.

Wszystko zmieniło się 13 grudnia 1981 r. Już pierwszego dnia Urban stał się twarzą nowego reżimu, z czasem – najbardziej znienawidzoną osobą w kraju, symbolem kłamliwej propagandy. Generał Jaruzelski przy bliższym poznaniu okazał się, jak mówi Urban, człowiekiem „niesłychanie lojalnym wobec podwładnych”, przenikliwym, z ogromną cierpliwością wobec ludzi.

Urban zaczął go bardzo cenić, choć jednocześnie dostrzegał, że generał nie ma pojęcia o mechanizmach sprawowania władzy, skupia się na szczegółach, nie dostrzegając istoty sprawy. Posiedzenia rządu, w których Urban brał udział, były niekończącymi się nasiadówkami, z których wynikało bardzo niewiele.

Jednak, jak przyznaje, stanowisko rzecznika dawało mu ogromnie przyjemne poczucie władzy. Podobnie jak wielu innych ludzi z kręgów rządowych, Urban widział słabości ustroju, ale pieriestrojka i obrady Okrągłego Stołu były dla niego jednak pewnym zaskoczeniem.

LATA 80

„Alfabet Urbana” za 120 tys. dolarów

W nowej rzeczywistości nie wiedział, co ze sobą zrobić i wtedy wydawca podsunął pomysł wydania „Alfabetu Urbana”. 120 tys. dolarów, jakie zarobił na tej książce, zainwestował w tygodnik „Nie”. Kiedy w 1993 roku lewica wróciła w Polsce do władzy, media obiegła fotografia Urbana ze złośliwie wywalonym językiem.

Znów czuł, że jest na fali. Atmosferę lat 90. w jego życiu obrazuje w książce zdjęcie z jednej z owianych legendą imprez w jego domu. Na zdjęciu są Kwaśniewski, Miller i Michnik, ci dwaj ostatni w uścisku. Towarzyszące im panie występują w kosztownych futrach, choć po strojach panów widać, że w pomieszczeniu jest gorąco.

Kawiorowa lewica. „Równość? Jestem za, ale nie chcę jej podlegać”

Urban ma obecnie, jak wyznaje, dwa domy, kilka samochodów, kryty basen, zatrudnia kierowcę, menedżera, dwie służące, dwie sekretarki i sześciu ochroniarzy. Jest zdrowy, choć dokucza mu spadek aktywności związany z wiekiem. Uważa się za typowego przedstawiciela kawiorowej lewicy. – Popieram idee lewicowe, jestem za równością, ale bynajmniej nie chce jej podlegać – mówi.

– Mając 80 lat, nie mogę teraz niczego zwalać na innych, na bieg historii, którykolwiek ustrój. Wszystkie złe przypadki potrafiłem obrócić na swoją korzyść. Z każdego etapu swojego życia udawało mi się dobrze wybrnąć. Poczucie porażki czy nieszczęścia trapiło mnie tylko incydentalnie. Na tle polskich życiorysów mojego pokolenia uważam swoje życie za dość spójne politycznie, a ideowo dostosowane do biegu rzeki. Odróżniam się od innych umiejętnością spadania na cztery łapy i szczerością. Nazywane jest to cynizmem – podsumowuje Urban.

Książka „Jerzy Urban” ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.

IV RP – metody KGB

Tomasz-Kaczmarek

Chorzy przedstawiciele IV RP dzisiaj puszczają farbę. Jak agent Tomek, który po wyroku w sprawie Beaty Sawickiej oczyszczającym ją z zarzutów, bo dowody były zbierane niezgodnie z prawem. Ten Casanova z remizy mówi o formach działania: – Sam na własne oczy widziałem decyzję prokuratora generalnego (Zbigniewa Ziobry), który wydał zgodę na przeprowadzenie działań związanych z kombinacją operacyjną, z wykorzystaniem funkcjonariuszy pod przykryciem. Ta zgoda w materiałach śledztwa się znajduje i działania CBA były zgodne z prawem .

 

Taka była IV RP. Nastawiona na inicjowanie bezprawia. Zachowania godne czekistów i KGB. Sowiecka mentalność. Chłam niegodny miana Polaków. Paskudy nie powinni mieć miejsca w Polsce.

O pedofilii hierarchowie nie wiedzieli – tak dzisiaj utrzymują

Nycz-Gołębiewski

Hierarchowie warszawscy kard. Kazimierz Nycz i abp Marian Gołębiewski utrzymują, iż nic nie wiedzieli o molestowaniu 12-letniego Marcina K. przez księdza Zbigniewa R. – pisze „Tygodnik Powszechny”.

 

Zdarzenie to miało miejsce w Kołobrzegu, gdy w kurii koszalińsko-kołobrzeskiej rządzili powyżsi biskupi. Ksiądz R. w 2012 roku został skazany na 2 lata bezwzględnego więzienia. Miał się stawić 20 marca br. w więzieniu, do tej pory jednak tego nie zrobił.

 

Molestowany Marcin K. – dzisiaj 25-letni mężczyzna – jest pierwszą ofiarą polską ofiarą księdza, która zamierza w sądzie domagać się zadośćuczynienia od kurii. Twierdzi, że przełożeni jego oprawcy wiedzieli o praktykach księdza i nie zareagowali.

 

Niezależnie od tego, jaki będzie wyrok i jak będzie wyglądał rozkład winy za praktyki pedofilskie w tej konkretnej kurii, należy się cieszyć, że wreszcie ktoś z powództwa cywilnego występuje przeciw przestępstwom seksualnym w Kościele. To wyzwoli odwagę u innych ofiar.

 

Źródło: TOK FM

Gowin do dymisji

Tusk-Gowin

Nareszcie zdecydowany głos szefa klubu parlamentarnego PO Rafała Grupińskiego w sprawie Gowina: – Wszyscy jesteśmy na tyle odpowiedzialni, że nikt z powodu utraty stanowiska nie żegnałby się z PO. A szczególnie tak ideowy polityk jak Jarosław Gowin.

To brzmi jak wyrok. Decyzję jednak w poniedziałek podejmie Donald Tusk. Teraz wydaje się być jedyna: dymisja Gowina.

– Od ministra sprawiedliwości wszyscy oczekują przede wszystkim reformy sądownictwa. Dostał od premiera konkretne zadania związane z deregulacją. Ale przez rok otrzymaliśmy tylko jeden pakiet deregulacyjny. Nie powiem, żeby tempo prac w ministerstwie było oszołamiające – ta recenzja Grupińskiego mówi wszystko.

Gowin out.

Sawka

A co dalej? Praca w pocie czoła. Tego potu wymagam od premiera, od pozostałych członków rządu. Władza jest podarunkiem od wyborców, nie jest dana na zawsze.

cezary-kucharski-robert-lewandowski-300-227

Z przyjemniejszych rzeczy, bo Polak potrafi. To, co zrobił Robert Lewandowski na zawsze wpisze się w piłkę. Na pewno w polską piłkę. 4 bramki władowane Realowi Madryt – cudo.

Koło północy do Roberta zadzwonił Donald Tusk z gratulacjami. To jest wydarzenie nie tylko piłkarskie, bo Robert robi świetną reklamę Polsce, nowoczesnej, ambitnej i bez kompleksów.

Krętactwo Ruchu Palikota

Palikot

Janusz Palikot zanotował wpadkę ze szmalem. A z czym innym miałoby to być? Tylko szmal. „Rzeczpospolita” ustaliła, iż Karol Jene – dyrektor biura parlamentarnego Ruchu Palikota – jeden z najbardziej zaufanych ludzi szefa partii miał dostać z pieniędzy Sejmu dodatkowe 18 tys. złotych, choć i tak w ciągu poprzednich 12 miesięcy dostawał tyle co miesiąc.

 

Chłopina dostał 18232 zł premii. „Rz” tak pisze o krętactwach RP: „W sprawie nagrody dla Jenego nie udało nam się uzyskać komentarza rzecznika partii. Twierdzi on, że pracownik nagrody… nie dostał. „Klub Poselski Ruch Palikota nie występował w tym roku o dodatkowe wynagrodzenie roczne („trzynastkę”) dla Karola Jenego” – napisał Andrzej Rozenek do redakcji „Rz”. To nieprawda. Przed wysłaniem do niego pytań, informację o nagrodzie potwierdziliśmy w dwóch źródłach. Po otrzymaniu odpowiedzi zwróciliśmy się do Kancelarii Sejmu”.

 

Dlaczego zatem Ruch Palikota pozbył się wybitnej przedstawicielki kobiet ze swoich szeregów wicemarszałkini Wandy Nowickiej za to, że wzięła premię (choć o niej nie wiedziała), a szef biura RP Jene lekką rączką dostaje i pewnie został pogłaskany po krętaczej główce?

 

Wiecie, dlaczego?

 

Dlatego – kochani – że Nowicka to baba, a Jene swój chłop, krętacz. Nie lubią kobiet w Ruchu Palikota, bo są lepsze od niezgułów męskich. Rozenek musiał się za dużo naoglądać „Seksmisji”, ma umysł, jak widz, który nic nie rozumie, a przy tym o fatalnej retoryce, parcianej, jak pisowcy. Upodabnia się Ruch Palikota do PiS – niestety. Quasi-lewica. Tfu. Krętacze. Za Nowicką im nie wybaczę, niezgułom.

 

Źródło: „Rzeczpospolita”

Tusk ma dzisiaj urodziny – życzenia

Tusk

 

Dzisiaj Donald Tusk ma urodziny. Smutne urodziny, bo na głowę posypały się porażki. Przegrana w wyborach uzupełniających do Senatu w Rybniku kandydata PO z Bolesławem Piechą z PiS.

 

Koalicjant Janusz Piechociński powiedział dla „Rzeczpospolitej”, że jeśli pomysł PSL nie będą honorowane, to odejdzie z rządu. „Nie zamierzam być malowanym wicepremierem” – dodał. Z dziennikarzami rozmawiał też o ciosach, które dostaje od koalicjanta.

 

Sławomir Nowak, ulubieniec Tuska i przymierzany do zajęcia jego miejsca, gdy zdecyduje się odejść, ma kłopoty wizerunkowe. Tygodnik „Wprost” sugeruje zbyt daleko idące związki Nowaka z biznesem – i korzyści, na razie tylko w postaci drogich zegarków.

 

Wiosna się zaczęła (pogodowa), a Tusk ma jak w ubiegłym roku podobne kłopoty. Wówczas z nich wybrnął. Życzę premierowi, że podobnie sobie poradził, bo co może bloger. Napisać w dniu urodzin słowa pocieszenia.

 

100 TIME’a

Time

 

Malala Yousafzai, Gabby Giffords, Chris Christie, Yair Lapid, Rand Paul, Michelle Obama, prezydenci USA, Chin, Korei Południowej, przywódca Korei Północnej, współtwórca Instagrama, Steven Spielberg, Jay-Z, Jennifer Lawrence i tenisistka Na Li. Co ich łączy? Według TIME’a są jednymi z najbardziej wpływowymi ludźmi na świecie.

 

Amerykański magazyn TIME opublikował dziś swoją tradycyjną listę – 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Uszeregowani oni są w 5 kategoriach: tytani (Titans), liderzy (Leaders), artyści (Artists), pionierzy (Pioneers) i ikony (Icons).

Wśród ikon można znaleźć i amerykańską Pierwszą Damę Michelle Obamę, i odważną pakistańską dziewczynkę Malalę Yousafzai (która pojawia się na międzynarodowych okładkach TIME’a w wydaniu prezentującym tę listę), ale także Gabby Giffords, byłą demokratyczną senatorkę, obecnie aktywistkę, która w trakcie rehabilitacji po postrzale podczas strzelaniny w Tuscon w 2011 roku zaczęła mocno lobbować za ograniczeniem dostępu do broni. Jest też Peng Liyuan, chińska Pierwsza Dama, Aung San Suu Kyi, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla i przywódczyni birmańskiej opozycji prodemokratycznej.

Kim są tytani? To między innymi Valerie Jarrett, wpływowa doradczyni Baracka Obamy, Kevin Systrom, współzałożyciel Instagramu, Shonda Rhimes, kreatorka seriali (w tym „Scandalu”/”Skandalu”, opowiadającego o kulisach Waszyngtonu), Ted Sarandos, który odpowiedzialny jest za to, co możemy oglądać w Netfliksie, czy Sheryl Sandberg z Facebooka.

Najciekawszą politycznie jest kategoria liderów. To takie małe „who is who” w amerykańskiej i światowej polityce. Jest tu i papież Franciszek, prezydent Barack Obama, ale także prezydent Chin Xi Jinping (nota bene, na liście, w innej kategorii, pojawiają się także żony obu prezydentów), pani prezydent Korei Południowej Park Geun-hye, prezydent Somalii Hassan Sheik Mohamud, prezydent Meksyku Enrique Peña Nieto. W tej kategorii pojawił się także przywódca Korei Północnej Kim Jong Un. Poza tym można tu znaleźć Yaira Lapida, nową gwiazdę sceny politycznej Izraela i obecnego ministra finansów tego państwa, Johna Brennana, nowego szefa CIA, Wayne’a LaPierre’a, głowę NRA. Są też politycy Partii Republikańskiej, o których mówi się, że mają prezydenckie ambicje, czyli Rand Paul, syn Rona Paula, który coraz mocniej pracuje na swoje nazwisko, i Chris Christie, niesłychanie popularny gubernator New Jersey, na którego w najbliższych wyborach gubernatorskich zamierzają głosować także zwolennicy Partii Demokratycznej. Jest też Susana Martinez, republikanka, gubernator Nowego Meksyku i Kamala Harris, kalifornijska prokurator generalna, o której niedawno prezydent Obama powiedział, że stanowi przyjemny widok dla oczu (za co musiał potem przepraszać).

 

Dość interesujący są także autorzy sylwetek osób z listy. Wśród są inni politycy, artyści, gwiazdy i osobowości medialne. Profil Malali napisała Chelsea Clinton, córka Billa i Hillary, która ostatnio próbuje swoich sił w dziennikarstwie, o Michelle Obamie pisze natomiast ceniona poetka Maya Angelou, o Shondzie Rhimes – Oprah Winfrey, o Sheryl Sandberg – feministyczna ikona Gloria Steinem. Autorką profilu Randa Paula jest Sarah Palin, natomiast o Baracku Obamie napisała była sekretarz stanu Hillary Clinton. Wśród innych autorów można znaleźć Henry’ego Kissingera (sylwetka prezydenta Chin), czy Madeleine Albright i Nancy Pelosi.

Autorką sylwetki Chrisa Christiego jest dziewięciolatka ze stanu New Jersey, którego jest on gubernatorem. O prezydencie Somalii napisał prezydent Ruandy. Redakcja TIME’a namówiła także prezydenta Obamę, by podzielił się kilkoma słowami o senatorze Tomie Coburnie. Sylwetkę wiceprezydenta Bidena napisał Eric Cantor, przywódca Republikanów w Izbie Reprezentantów. Profil Garbielle Gifford jest autorstwa Jima Brady’ego, byłego rzecznika prezydenta Reagana, który został ciężko ranny w zamachu na swojego szefa (dziś Brady jest gorącym zwolennikiem zaostrzenia prawa dotyczącego posiadania broni.

 

Cała setka do znalezienia na stronie magazynu TIME.

Za: 300polityka.pl

Post Navigation