Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Styczeń, 2014”

Ks. Oko przed sąd: oko za oko, aby łajza nogami się nakrył i kwiczał

Ks--Dariusz-Oko

Ks. Dariusz Oko prędzej czy później dostanie od prawa takie limo pod oko, że tylko zaświeci swoimi wrednymi oczkami i się nie wypłaci.

Paskuda kościelna w środę w Tychach przestrzegał przed homoseksualistami, genderystami i ateistami. Jeden z mieszkańców poczuł się tym urażony, zapowiedział złożenie pozwu do sądu, a jest nim Robert Trybus. Pozew ma być zbiorowy, Trybus szuka chętnych, którzy mają takie same odczucie: poniżenie uczuć humanistycznych przez klechę.

Spokojnie! Znajdzie Trybus chętnych do pozwu zbiorowego. Oko musi dostać od prawa tak pod oko, aby nogami się nakrył i kwikał. Toż to nie człowiek, to amoralna świnia ludzka.

Trybus uzasadnia swoje poczucie krzywdy:

Przede wszystkim twierdzenie, że ateiści chcą doprowadzić do seksualizacji dzieci oraz pogląd, że zamiast wartości etycznych posiadamy wartości erotyczne. Ponadto ksiądz Oko twierdzi, że „ateiści, jak to pokazują badania, są mniej moralni, mniej duchowi, bardziej zdolni do rzeczy złych i najgorszych, bardziej prymitywni, brutalni. Oni najbardziej poniżają godność człowieka”. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek próbował kogokolwiek poniżyć.

Łajzę klechę za łachy i przed sąd. Ludziom pluje w twarz.

Więcej >>>

Degeneracja polskiego Kościoła

Demonstrant-z-polska-flaga-na-pl--Zbawiciela--W-tl

Powyższe zdjęcie zostało uznane za najlepszą patriotyczną fotografię roku przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Przypomnę: 11 listopada 2013 – Demonstrant z polską flagą na pl. Zbawiciela. W tle płonąca tęcza.

I to wszystko. Degeneracja polskich katolików, dziennikarzy, którzy mianują się katolikami. Degeneracja polskiego Kościoła, który się od tego nie odcina. Kościół znalazł się na dnie za sprawą wielu czynników, a przede wszystkim funkcjonariuszy Pana Boga: kleru.

Ciekawą analizę degeneracji polskiego Kościoła przeprowadza Jacek Żakowski (link) >>>

„Nie szukał już we wraku rosomaka nóg przyjaciela. Leki zdjęły z niego tę warstwę stresu bojowego” [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Agnieszka Wądołowska
Najnowsza książka Grażyny Jagielskej Najnowsza książka Grażyny Jagielskej (Fot. Materiały promocyjne/ Wydawnictwa Znak)
„Dziwią się, że wracam do domu i nie mogę się dogadać z żoną albo że dzieci się mnie boją. Boją się jak cholera! Bo jak tatusiowi odbije, to tatuś w ogóle siebie, k****, nie przypomina. A tatuś siebie nie przypomina, bo srał przez pół roku do beczki! Tatuś robi dziwne rzeczy, pierdyknie czymś o ścianę albo wstaje od stołu przy kolacji, wychodzi i nie ma go trzy dni. Ale tatuś zrobi tak, żeby się naprostować, choćby miał przy tym, k****, skonać”. Prezentujemy fragmenty najnowszej książki Grażyny Jagielskiej „Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku”.
Klinika Psychiatrii i Stresu Bojowego w Warszawie. Prawie pół roku terapii. Najpierw oddział zamknięty i odurzenie lekami. Później otwarty i zajęcia w grupie, dramy, opowiadanie życiorysów. Większość pacjentów to weterani z Afganistanu. A między nimi drobna Grażyna Jagielska, którą latami paraliżował strach o męża – korespondenta wojennego Wojciecha.”Anioły” to już nie, jak poprzednia książka Jagielskiej, zapis świadomości przechodzącej przez depresję kobiety, ale dokumentacja zmagań grupy pacjentów kliniki psychiatrii – walczą z koszmarnymi wspomnieniami z misji, autodestrukcyjnymi odruchami, całkowitą autoizolacją.

Jagielska dba o postaci, które opisuje. We wstępie wyjaśnia, że zmieniła dane tak, by mogły pozostać anonimowe. Przyznaje, że niektóre postaci powstały w wyniku połączenia historii kilku pacjentów.

Poniżej prezentujemy fragmenty najnowszej książki Grażyny Jagielskiej „Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku”, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

„Nadal buzuje we mnie tak, że czasem chcę kogoś rozwalić” [FRAGMENTY]

Ratownika prawie nie poznałam, tak się zmienił od czasu pobytu na oddziale zamkniętym. Leki zdjęły z niego najbardziej widoczną warstwę stresu bojowego, wystarczyło kilka tygodni, by ją z niego usunąć farmakologicznie. Nie krzyczał już wieczorami, szukając we wraku rosomaka nóg przyjaciela trzy, cztery razy w tygodniu. Potrafił zapanować nad tamtymi wydarzeniami: już wiedział, że miały miejsce w innym czasie, daleko stąd. Nadal jednak nie potrafił kontrolować obrazów, jakie ukazywały mu się w ciągu dnia.

– Dlatego ogoliłem głowę – powiedział, siadając na sąsiednim łóżku, cienie czerwieniejących winorośli oplatających werandę biegały mu po odsłoniętej, jeszcze tkliwej skórze jak zgłodniałe, chciwe myśli. Sąsiednie łóżko stało pod samym oknem i miały do niego dostęp ogrodowe szmery. – Wyglądam przez to zupełnie inaczej. Myślałem, że jeżeli będę wyglądał inaczej, będę kimś innym i nie będę widywał takich rzeczy. Ale nadal buzuje we mnie tak, że czasem chcę kogoś rozwalić.

Ratownik przychodził do mnie na pogawędkę po zajęciach porannych. Do południa mówił bardzo wyraźnie, wcale nie było znać tego upośledzenia mowy, które ujawniało się w miarę upływu dnia. Pod wieczór zniekształcał słowa, mówił na przykład „kotlarz” zamiast „korytarz”. Denerwowało go to, ponieważ kiedyś był rehabilitantem, pracował w ośrodku rehabilitacji dla dzieci.

– Rozumiesz, złapać i rozwalić głowę o ścianę. Idę korytarzem albo siedzę w palarni i czekam, żeby ktoś mnie sprowokował. Gdyby mnie stąd wypuścili, zabiłbym kogoś w ciągu godziny. Chodziłbym ulicami i wypatrywał kogo.

Dlatego tak rzadko wracam do domu, mam tam siostrę i jej dwoje dzieci. Kiedy jestem tutaj, wiem przynajmniej, że nikomu nie zrobię krzywdy. Taki nie może wrócić do pracy w ośrodku rehabilitacyjnym, to chyba oczywiste. Oczywiste, prawda? Pytał mnie o to raz po raz, jakby się spodziewał, że kiedyś udzielę innej odpowiedzi.

Mówił, że kiedy się zamyśli, a potem niespodziewanie spojrzy w dół, widzi, że trzyma odcięte ręce albo nogi – z czymś takim nie nadaje się do pracy z dziećmi, nie nadaje się, prawda?

– Najgorsze jest to, że nie wiem, czy one są moje czy kogoś innego. Myślę, że gdybym to wiedział, przestałoby mnie tak łupać w głowie i w ogóle byłbym spokojniejszy. Kilka razy trzymałem urwane ręce albo nogi, tych ludzi, których ratowałem, ale teraz wydaje mi się, że są moje. Kiedy mam te flashbacki, zupełnie mi odbija.

***

Adamowego demona wyobrażałam sobie na różne sposoby. Adam prawie nic nie mówił i nikt nie wiedział, co mu się przytrafiło podczas misji. Terapeutka też nie mogła tego znieść, po kilku tygodniach obie byłyśmy zupełnie wyczerpane.

Omawialiśmy w kręgu cele terapeutyczne na kolejny tydzień. Każdy z nas miał powiedzieć, co chce osiągnąć w ciągu najbliższych dni. Zazwyczaj mówiłam, że mam kłopoty z nazywaniem uczuć, chcę się bardziej otworzyć przed grupą, choć częściowo uwolnić emocje. Podczas tematu wolnego spróbuję nawiązać do moich przeżyć wojennych, do pierwszego okresu małżeństwa, kiedy praca mojego męża, korespondenta wojennego…

Po mnie przychodziła kolej Adama.

– Panie Adamie?

Adam patrzył na nas spokojnie z lekko odchyloną do tyłu głową. Na dźwięk swojego imienia przybierał inny wyraz twarzy, jakby większego oddalenia i niepokoju. Wiedział, co chce zrobić ta piękna, spokojna blondynka. Chciała dobrać się do niego tym łagodnym, niezmiennym głosem, dobrać się do tego, co zrobił na wojnie, i jakoś to w nim przetworzyć.

Mówiła, że bez jego pomocy może operować w granicach pięciu, dziesięciu procent jego cierpienia. Jeżeli trochę jej pomoże, odbierze mu go więcej, czterdzieści, powiedzmy, pięćdziesiąt procent. Pięćdziesiąt procent, panie Adamie! Mogę zwiększyć panu komfort odczuwania o połowę, proszę to sobie przemyśleć.

Ale problem polegał na tym, że Adam nie chciał majstrować przy tym, co przeżył na wojnie, nie chciał niczego oddawać ani mnie, ani pięknej blondynce. Blondynka miała własny plan – nie umiała przejść obok cierpienia obojętnie, walczyła z cierpieniem zawodowo. Była twarda jak stal i nigdy nie odpuszczała.

– Panie Adamie?Czasem próbowałam ustalić, kogo widzi Adam, patrząc przed siebie tym dziwnym, prawie zupełnie pustym wzrokiem.

Myślałam nawet, że to może mi przynieść ulgę, przerwie ciszę albo w jakiś sposób zmusi Adama do mówienia. I żeby to nie były słowa: „W tym tygodniu chcę spróbować wyjść na ulicę, może nawet dojść do Biedronki”. Weterani często stawiali sobie taki cel, ale zwykle nie potrafili osiągnąć go w pojedynkę.

Umawiali się na takie wyjścia, wychodzili grupkami, osłaniając się wzajemnie. Droga nie była dla nich łatwa, prowadziła między ogródkami działkowymi przez dużą, otwartą przestrzeń, a potem zatłoczonymi uliczkami. I jedno, i drugie stanowiło zagrożenie. Po kilku tygodniach prób zwykle potrafili dojść do targowiska na głównym placu dzielnicy, odległym od szpitala o kilkaset metrów. Przez piętnaście tygodni, jakie spędziłam w klinice, nie poznałam nikogo, kto wszedłby między targowe budy. Strzelec pokładowy Chętny przyniósł sznur do wieszania bielizny na dowód, że był na targu, ale przyznał, że kupił go w zewnętrznym kręgu straganów.

***

Weterani nie lubili Julka, właściwie nie wiedziałam dlaczego. Twierdzili, że coś jest nie w porządku z jego życiorysem. Julek był młody, życzliwy ludziom, pełen dobrych chęci.

Tyle tylko że opowiadał swój życiorys chętnie, bez śladu emocji. Weterani byli inni, mówienie o tym, co im się przydarzyło, przychodziło im z największym trudem albo w ogóle im się nie udawało, niektórzy nie byli do tego zdolni nawet po kilku hospitalizacjach. Płakali, nie mogąc mówić, wychodzili z kliniki i wracali do rodzin, z którymi nie mogli się porozumieć, znowu przyjeżdżali do kliniki i próbowali powiedzieć, co im się przydarzyło na wojnie. Julek uśmiechał się i mówił, że zastrzelił dwanaście osób, pociski porozrywały je na kawałki. Większość czasu spędzał w pokoju telewizyjnym, rozłożywszy na podłodze matę do zajęć relaksacyjnych, czytał, rozmawiał przez telefon albo oglądał telewizję z panią Stasią. Dużo też udzielał się w zajęciach terapeutycznych, mówił chętnie o tym, co czuje, nie miał żadnych luk w swoim życiorysie. Dzwonił bardzo często do żony. Teraz przypominam sobie, że rozmawiał z nią, ile razy zdarzyło mi się wejść do pokoju telewizyjnego – doładowywałam tam komórkę.

Podłączałam ją do prądu, a w tym czasie Julek upewniał się, co żona kupiła w sklepie spożywczym, albo pytał, czy wezwała hydraulika do tego cieknącego zlewu, o którym mówili poprzedniego dnia. Czy Magdusia ładnie dzisiaj zjadła?

Którędy jeździcie do przedszkola? Tą drogą koło kościoła? Jesteś teraz w kuchni?

Myślę, że nie wierzył, by ona i dziecko istnieli w czasie, gdy on do nich nie dzwoni. Istnieli tylko wtedy, kiedy słyszał głos żony w słuchawce.

– Wszystko w porządku? – pytał. – Jesteś w kuchni?

Potem zaczęło mnie zastanawiać, kiedy utracił poczucie, że jego rodzina jest bezpieczna nawet wtedy, gdy on jej nie pilnuje i nie bierze udziału w jej życiu. I co się dzieje w okresach między telefonami?

– Zawsze musisz wiedzieć, co robią? – zapytałam ze współczuciem. – Kiedy ci się tak porobiło?

– Muszę do niej dzwonić. Tylko wtedy wiem, gdzie jest.

Nie powiedziałam mu, że to wcale nie jest prawda, zamiast tego zapytałam, co się dzieje z jego żoną, kiedy nie rozmawia z nim przez telefon. Znika, opuszcza go, robi coś złego?

Jak on to sobie wyobraża?

– Spada na nią bomba – powiedział Julek, zamawiając sokowirówkę w telezakupach. Mówił do mnie, wklepując numer telefonu w komórkę. – Rozbija się samolot, mieszkamy przy lotnisku. Nic z niej nie zostaje, samolot spada na dom.

Wali się na nią ściana dużego pokoju. Czasem również pali się po wybuchu gazu.

*************************

Przeszliśmy do jadalni, obsiedliśmy stoły i terapeutka od zajęć praktycznych rozdała nam farbki, pędzelki i kartki z bloku technicznego. Blondynka powiedziała, że naszym zadaniem jest narysowanie obrazka pod tytułem „Grupa walczy ze smokiem”. Mamy na to piętnaście minut. Potem omówimy treść naszych prac.

Siedzieliśmy przy stołach nad pustymi kartkami papieru, pod oknami ktoś kosił trawnik, choć w godzinach zajęć było to zabronione, szumiała lodówka.Szeregowy Mazur powiedział, że może namalować dinozaura, zawsze umiał. Od dziecka bardzo dobrze rysował dinozaury, reszty zadania nie rozumie. Jeżeli ma je wykonać, ktoś będzie mu to musiał wytłumaczyć. Kiedyś już coś takiego było, takie zajęcia inne niż zwykle, kazali mu odegrać krasnoludka, i już się nawet bał, że to się teraz powtórzy.

Możliwe, że chodzi o to samo.

– Kazali nam odgrywać krasnoludki, żebyśmy nauczyli się mówić, co czujemy, głąbie. Chcą nas nauczyć, jak żyć poza wojskiem. Nie mam pojęcia, jak się żyje w prawdziwym świecie. Jakbym miał trzy lata, a nie trzydzieści trzy. Mój syn radzi sobie lepiej niż ja.

– Nie mamy o tym pojęcia, czuby. Rysujmy te pierdolone smoki, może to coś da. W ogóle nie rozumiem, o co chodzi mojej żonie, nie możemy się dogadać. Próbowałem już wszystkiego. Czytam, k****, poradnik małżeński.

Narysuję, a Blondyna mnie spyta, co czułem, kiedy to rysowałem, wiem, że spyta. Po to każe nam to robić.

Nie wiem, kto pierwszy sięgnął po pędzelek. Saper powiedział, że jak mamy malować, to malujmy, jest zadanie do wykonania. Nie kombinować, tylko brać się do roboty, Biały dodał: „K****, k****, k****”.

– Mazur, co czułeś, będąc krasnoludkiem?

– Po cholerę miałem wiedzieć, co czuję. Miałem być krasnoludkiem, to byłem krasnoludkiem.

Namalowany przez Ratownika obrazek „Grupa walczy ze smokiem” przedstawia rosomaka, z którego uciekają ludzie. Spod podwozia wydobywają się smugi ognia – to oznacza, że rosomak przed chwilą wjechał na ajdika, w środku są ranni.

Wokół stoją w ochronnym szyku pozostałe wozy z patrolu, osłaniając ten uszkodzony. Rosomak stracił dwa koła, które leżą obok wykoślawione i ogromne, nieproporcjonalnie duże. Pojazd jest uszkodzony, ale nadal jest smokiem, grupa nie ma z nim szans. „Grupa nie walczy – powiedział Ratownik. – Grupa jest pożarta przez smoka. Niektórzy jeszcze się palą, próbują uciekać. Reszta jest już na dobre w jego wnętrzu, będę musiał ich stamtąd wyciągnąć. Ale nie wszystko znajdę. Znajdę but ze stopą w środku. Nie będę wiedział, że ona tam jest, po prostu podniosę but, żeby wrzucić go do worka z rzeczami. A powinien iść do worka z kawałkami ciał. Będę to musiał poprawić”.

Biały narysował smoka w postaci wielkiego czerwonego węża leżącego obok skulonej, kukiełkowej postaci w sukience. Głowa węża wielokrotnie od niej większa, znajduje się na poziomie głowy kobiety.

Ktoś powiedział, że to straszny rysunek, nie powinniśmy rysować takich rzeczy, powinniśmy wyznaczyć jakieś granice. Nie widać tu żadnej walki, kobieta nie będzie się bronić, w zasadzie już jest martwa. Jest jak szmaciana lalka, już nie ma w niej żadnego życia. Tylko siedzi i czeka na śmiertelny cios.

– Może wie, że nic jej nie uratuje – wyjaśnił Biały. – Jad uśmierci ją na miejscu.

Terapeutka zapytała, czym jest ten jad.

– Może w ogóle nie wie o niebezpieczeństwie. – Biały podniósł głos. Już wzbierał w nim gniew: był najbezpieczniejszą i najlepiej znaną mu drogą ucieczki. – Może tylko się domyśla. Nie wie nic na pewno. Wie tylko, że coś jest kurewsko nie w porządku. Jest we mnie ten drugi, którego nigdy nie widziała. Ale go czuje, nawet jeżeli ten drugi tak dobrze się kryje. Już trzeci rok.

– Może pan spróbuje nam o tym opowiedzieć. Od czego ta kobieta umrze? I czy naprawdę musi?

– Umrze od tego, czego jej nie powiem – tłumaczył Biały. – Nigdy mi się nie uda.

– Dlaczego pan tego nie zrobi?

Biały długo się namyślał. Oczy mu się zapadły i stał się mniejszy. Wykręcał sobie palce.

– No to, mówię! – powiedział.

Nie możemy być razem, jeżeli jej nie powiem, co było w Afganistanie. Długo to trwało, zanim zrozumiałem, ze dwie hospitalizacje. Ale jak mam jej o tym powiedzieć? Może: Rybko, k****, przysiądź tu na chwilę, powiem ci, co zrobiłem w Afganie? Napijemy się wina, a potem powiem ci, co zrobiłem w Afganie. Albo co tam widziałem. Najbardziej wstydzę się tego, co tam widziałem. Co ludzie robią na wojnie. Czasem przyjeżdżaliśmy na miejsce i zastawaliśmy takie rzeczy… Ten wstyd jest gorszy niż wspomnienie tego, co zrobiłem.

Wstydzę się tego, w czym uczestniczyłem, nawet jeżeli to nie była nasza robota. Ale my też tam byliśmy, należeliśmy do tych, co to zrobili. Wyglądaliśmy tak samo. Jeżeli nie powiem tego żonie, nigdy nie będziemy razem. Już się nie dogadamy.

Za: TOK FM

Post Navigation