Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Styczeń, 2018”

Kaczyński i jego szemrane towarzystwo PiS wyczerpali limit

JEŚLI CHCECIE ZROZUMIEĆ SKALĘ ROZPASANIA PAŃSTWA, TO PROSZĘ. Jak to było? „Skromność i pokora”?

 

Ewa Błaszczyk (Obywatele RP) informuje, że została dzisiaj przesłuchana przez policję ws. zakłócenia zgromadzenia neofaszystów w Warszawie w Dzień Niepodległości.

Tego słowa w języku publicznym od dawna nikt nie używał. Wydawało się, że już nigdy nie pojawi się w cywilizowanej debacie. Prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz przywołał je, nazywając parchami izraelskich przeciwników nowej polskiej ustawy o IPN.

Późnym wieczorem w niedzielę Ziemkiewicz napisał na Twitterze: – „Przez wiele lat przekonywałem rodaków, że powinniśmy Izrael wspierać. Dziś przez paru głupich względnie chciwych parchów czuję się z tym jak palant”. Słowo „parch” jest uznawane za wyjątkowo obraźliwe określenie w stosunku do Żydów.

Internauci nie szczędzili Ziemkowiczowi krytyki. – „Parchów? Czy panu sufit na łeb zleciał?”, – „Nie sądziłem, że kiedyś zobaczę takie słownictwo. To niepojęte”, – „Przerażające, że szanowałem kiedyś Pana jako najlepszego prawicowego publicystę” – pisali oburzeni.

Użycie takiego sformułowania przez Ziemkiewicza skrytykował także Dawid Wildstein, obecnie wicedyrektor TVP 1: – „Używanie określenia parchy jest wyjątkowo paskudne – niezależnie od intencji używającego (…). To, że odnosi je on do wąskiej grupki – faktycznie paskudnie się zachowujących – nic nie zmienia. To słowo jest obrzydliwe” (…)– napisał na Twitterze. Jednak na końcu wpisu też nie potrafił się powstrzymać przed dosadnymi określeniami dla przeciwników ustawy o IPN i „zaproponował”: – „Jest zresztą tyle innych słów – np. „sk#rwiele”.

2018 rok. Kiedyś publiczna telewizja. Kilkaset metrów od dawnych murów getta.

Prof. Barbara Engelking dla „Wyborczej”: PiS ustawą o IPN buduje infantylną tożsamość. Bardzo brakuje teraz profesora Bartoszewskiego, miałby o tym dużo do powiedzenia

Komisja wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych Parlamentu Europejskiego przyjęła rezolucję popierającą uruchomienie przez KE art. 7 traktatu wobec Polski.

Rezolucja została przygotowana – jak podały służby prasowe Parlamentu Europejskiego – po decyzji Komisji Europejskiej o uruchomieniu artykułu 7 unijnego traktatu wobec Polski, „ponieważ kraj ten jest uważany za wyraźnie zagrożony naruszeniem europejskich wartości”. Miesiąc wcześniej z propozycją uruchomienia takiej procedury wystąpił PE, ale po decyzji Komisji uznał, że wycofa się z własnej procedury, by nie dublować postępowania.

Artykuł 7 w punkcie 3 mówi, że Rada Europejska „może zdecydować o zawieszeniu niektórych praw wynikających ze stosowania Traktatów dla tego Państwa Członkowskiego, łącznie z prawem do głosowania przedstawiciela rządu tego Państwa Członkowskiego w Radzie”. Według ekspertów, sformułowanie „niektóre prawa” oznaczać może również dotkliwe ograniczenie funduszy unijnych.

Przypomnijmy, że procedurę związaną z artykułem 7. unijnego traktatu Komisja Europejska rozpoczęła pod koniec ubiegłego roku. Do krajów członkowskich wysłano wniosek o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. Sytuacja w Polsce ma być wstępnie omówiona na spotkaniu ministrów do spraw europejskich państw UE pod koniec lutego.

LIMIT WYCZERPANY.

Polacy potrzebują przebudzenia. Smutna refleksja o polskim narodzie, podatności na cyniczną rozgrywkę Kaczyńskiego. Dużo pytań. Odpowiedzi brak…

W taki oto sposób zakonnica na lekcjach religii dyscyplinowała uczniów Szkoły Podstawowej nr 1 w Rawie Mazowieckiej. Straszyła też dzieci i wyrzucała je na korytarz.

Rodzice uczniów – oburzeni zachowaniem siostry katechetki – złożyli skargę. – „Takie zachowania nie przystoją osobom, które powinny dawać jak najlepszy przykład młodzieży” – powiedziała jedna z matek „Dziennikowi Łódzkiemu”. – „Zadzwonił do nas rodzic w tej sprawie, o czym poinformowaliśmy dyrekcję szkoły i księdza proboszcza” – dodała przewodnicząca Rady Rodziców Magdalena Mordaka.

W efekcie siostra katechetka ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu została odsunięta od nauczania. Proboszcz parafii NMP w Rawie Mazowieckiej, który jest odpowiedzialny za wskazanie osób do nauczania religii w tej podstawówce, przesunął ją „do innej posługi”. Obecnie katechetka przebywa na zwolnieniu lekarskim.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl zastanawia, co stało się z dziennikarzami.

Ubyło mediów w służbie publicznej, zastąpionych przez polityczne środki masowego przykazu.

Reporterów śledczych z TVN (Bertolda Kittela, Annę Sobolewską i Piotra Wacowskiego) pochwalił nawet pan prezydent. Przez zaciśnięte zęby co prawda, ale jednak pochwalił. Groteskowe oskarżanie tych dziennikarzy o „ukrywanie przestępstwa” dowodzi, że celnie i boleśnie trafili protektorów polskich neofaszystów.  – Dlaczego dopiero po pół roku TVN opublikowała ten materiał? – pokrzykują piszący funkcjonariusze PiS, którzy od dawna nie są już dziennikarzami. – A dlaczego ABW nie zajęło się tym wcześniej? – odpowiadają im przyzwoici ludzie, ucieszeni medialnym sukcesem.  A jednak ani ten niewątpliwy wyczyn wolnych mediów, ani wcześniejsze ujawnienie przez Wojciecha Bojanowskiego okoliczności brutalnego skatowania Igora Stachowiaka, ani kilka innych spektakularnych materiałów opublikowanych przez dziennikarzy śledczych nie dowodzą rosnącej siły czwartej władzy. Przeciwnie. Czwarta władza słabnie.

Ubyło mediów w służbie publicznej, zastąpionych przez polityczne środki masowego przykazu. Ubyło dziennikarzy, a przybyło funkcjonariuszy aparatu politycznego, realizujących wytyczne partii o ambicjach przewodniej siły narodu. Ubywa wojowników o prawdę i przyzwoitość, a przybywa wazeliniarzy, cynicznych graczy, nawiedzonych ideologów i prymitywnych agitatorów, absolwentów toruńskiej zawodówki, opiniowanej skrótem nazwy Doktrynalna Uczelnia Propagandy i Agitacji.

Oglądam relacje z konferencji prasowych, briefingów premiera i ministrów, rozmaitych spotkań z czołowymi politykami, relacjonowanych na żywo przez publikatory ze wszystkich zakątków sceny politycznej.  Rejestruję rzucane w medialną przestrzeń wielopiętrowe łgarstwa, przekłamania, pomówienia i oskarżenia bez dowodów. I coraz częściej daremnie czekam na jakąkolwiek reakcję przyzwoitych dziennikarzy. Czekam na jakieś pytanie które naruszy konstrukcję briefingu zaprogramowaną na indoktrynację, unieważni fałszywy bonmot, podda w wątpliwość półprawdę, wyprostuje ćwierćprawdy i nie pozwoli omamić odbiorcy. Nic z tego.

Nie zauważyłem reakcji na piramidalna bzdurę ogłaszaną dziennikarzom przez kilku ważnych polityków: o równym, symetrycznym zagrożeniu ze strony nazizmu i komunizmu – nikt nie spytał żadnego z tych durniów o przykłady gloryfikowania Stalina ani o liczbę komunistycznych bojówek ukrywających się w polskich kniejach. Żaden dziennikarz nie dopytał europosła Czarneckiego, czy nie należy zakwalifikować do kategorii szmalcowników także tych funkcjonariuszy PiS, którzy rozpowszechniają w Europie fałszywe informacje kompromitujące polski wymiar sprawiedliwości. Podczas konferencji prasowej pana premiera nikt jakoś nie spytał czy coś mu wiadomo o całkowitej wymianie składu Sądu Najwyższego po odzyskaniu wolności, nikt nie poprosił o podanie nazwisk tych kilkunastu sędziów SN, którzy rzekomo sekowali opozycję w stanie wojennym oraz zidentyfikowanie licznych podobno przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, którzy zdaniem Mateusza Morawieckiego dawali się korumpować. Mimo wielu okazji dziennikarze nie dowiedzieli się też, dlaczego za czasów pani Szydło przyjęliśmy milion „uchodźców”, a po zmianie premiera okazało się, że jest ich już półtora miliona. Do dzisiaj nie wiemy także dlaczego przyjeżdżający do Polski pracownicy z Ukrainy są uchodźcami, a uciekający z Aleppo spod bomb to imigranci ekonomiczni, z zawodu terroryści.

W większości przypadków widzowie i słuchacze rozmaitych wystąpień na żywo i konferencji pozostają z kłamstwem w pamięci i fałszywym obrazkiem w podświadomości.  Bo zadawane tam pytania i gorące komentarze albo drążą szczegóły prezentowanych ludowi fantasmagorii, albo nie prowadzą do niczego i przypominają prognozę w TVN, z której bez wyglądania za okno można się dowiedzieć jaka jest właśnie pogoda.  Celne riposty i sprostowania dorabiane są dopiero później, na użytek odbiorcy bloku wiadomości. Ale nie usłyszy ich już klient narodowej TV, bo on ogląda tylko swój dziennik. Uczciwej stacji nie uda się pozyskać odbiorców z tamtej strony barykady, jeśli komentarze do kłamstw dostarczać im będą wyłącznie tamtejsi spece od propagandy.

Na prawdziwych studiach dziennikarskich uczą, że wywiad to nie rozmowa, podczas której dziennikarz chce się dowiedzieć czegoś, o czym nie ma żadnego pojęcia, więc pyta, dostaje odpowiedź i na końcu mówi: – Aha! Bo po pierwsze dziennikarz musi się do wywiadu przygotować i jednak coś wiedzieć o sprawie, w której zaprosił fachowca, a po drugie przez cały czas trzeba mieć świadomość, że w tej rozmowie uczestniczą jeszcze słuchacze (widzowie, czytelnicy), którzy domagają się od dziennikarza, by pomógł odsłonić im prawdę o jakimś wydarzeniu. To w ich imieniu dziennikarz domaga się prawdziwej informacji od swego rozmówcy. Niestety te reguły rzadko są dotrzymywane. Bo dziennikarz (dziennikarka) nieustannie przerywa rozmówcy, sam(a) odpowiada na swoje pytania, wciska jakieś bonmoty obok tematu i usilnie stara się pokazać kto tak naprawdę jest gwiazdą programu.  W efekcie odpytywana persona wychodzi z konfrontacji zwycięsko, pozostawiając w głowach widzów bałagan, albo zasiane tam zatrute chwasty.

Nie mówię niestety o młodych początkujących w zawodzie. Doświadczona dziennikarka przyzwoitej stacji TV z olimpijskim spokojem przyjmuje do akceptującej wiadomości informację, że już trzeci miesiąc trwa żmudne „wyodrębnianie wizerunków” nacjonalistów, którzy na czele pochodu nieśli transparenty – wizerunków ludzi, których twarze znane są każdemu kto widział którąś z publicznych relacji.  Nie mniej doświadczona laureatka zaszczytnego trofeum dziennikarskiego, mając w garści wyjątkowo kłamliwego cynika, spaceruje z nim po powierzchni ważnych tematów, omijając oczywiste łgarstwa i nie zważając, że rozradowany Patryk Jaki korzysta z okazji i kilkakrotnie zawiadamia telewidzów, że za faszystowskie ekscesy odpowiedzialna jest Platforma, bo to ona zarejestrowała partię nazistowską, natomiast przyzwoity PiS właśnie tych faszystów delegalizuje. Prowadząca pozostawiła w tym przekonaniu wielu odbiorców, bo nie spytała choćby od kiedy partia polityczna rejestruje stowarzyszenia oraz na jakiej podstawie można było odmówić rejestracji nieznanej wcześniej organizacji, która zaprezentowała w pełni legalny patriotyczny statut. Nie spytała również czy PiS naprawdę zdelegalizowałby chronioną dotąd przez władze „Dumę i Nowoczesność”, gdyby nie relacja w Superwizjerze TVN. Kilkoro innych dziennikarzy prowadzących programy „gadających głów” z satysfakcją podkreślało stanowcze deklaracje przedstawicieli totalnej władzy o zerowej tolerancji dla wszelkich objawów rasizmu i nacjonalizmu. Jakoś nikt nie zapytał, jak można zwalczać faszyzm, którego u nas przecież nie ma, bo maszeruje na ulicach Berlina.

Pewnie marudzę, bo tak naprawdę, to jeszcze polskie dziennikarstwo nie zginęło. Są jeszcze świetni śledczy, reporterzy z prawdziwego zdarzenia, przytomni publicyści i wyborni felietoniści. Ale w miarę jak odchodzi pokolenie dziennikarzy podziemnej prasy stanu wojennego i „powojennej” budowy wolnej demokratycznej Polski, na medialnej mapie Polski przybywa czarnych i szarych plam.  Nie tylko zresztą na mapie medialnej. Dla przyzwoitych dziennikarzy to nie są czasy spokojnego odrywania kuponów od minionych dokonań ani literalnej realizacji zasad zawodowej pragmatyki – spokojnego, oglądu rzeczywistości i zdystansowanego opisu zdarzeń.   Instynkt samozachowawczy nakazuje poprzeszkadzać trochę Kaczyńskiemu.

Waldemar Mystkowski pisze o cudach Rydzyka.

Tadeusz Rydzyk dokonuje cudów, nie wstydźmy się tego słowa. Cud jest zjawiskiem zachodzącym wbrew prawom fizycznym, a redemptorysta dorzuca do niego inne korzenie cudów jako zjawiska wbrew socjologicznym uwarunkowaniom, a nawet wbrew rozumowi. Cuda w wydaniu Rydzyka mieszczą się w idiomie: „to się w głowie nie mieści”.

Brakuje Rydzykowi dwóch limuzyn? Bierze ojciec dyrektor jakieś narzędzie do szacher-macher, pokręci nim jak różdżką w swych dłoniach i z filmowej mgły cudowności wyłazi bezdomny, wręcza redemptoryście kluczyki do dwóch limuzyn, które zakupił po innym cudzie, wygranej w totolotka.

Identycznie Rydzyk postępuje jako biznesmen. Dokonuje szacher-macher wbrew prawom ekonomicznym. Aby zostać przedsiębiorcą, trzeba zainwestować w interes z własnej kieszeni bądź z pożyczki, a następnie ciężko pracować, aby przynosił zyski. Te prawa nie działają u Rydzyka. On ma tylko pomysł, jak ciągnąć zyski, czyli przystępuje do fazy ostatniej, która jest związana ze szmalem.

Rydzyk nie ma pieniędzy, bo jest biednym zakonnikiem, ale ma pomysł na wody geotermalne. Więc ojciec dyrektor bierze różdżkę do szacher-macher, stawia przed sobą rządzących polityków PiS, wygłasza swoje zaklęcia, po czym płynie w kierunku Rydzyka strużka szmalu. A tam strużka – struga, rzeka milionów, dziesiątek i setek milionów złotych.

Na inwestycję geotermalną wg biznesplanu potrzeba było Rydzykowi 40,3 mln zł, a do tej pory dostał w sumie ten cudotwórca blisko 58 mln zł. Skąd ta różnica?  Rydzyk dostał więcej niż potrzebował. Ano, taki jest rozkurz przy działaniu cudu.

Tak więc Rydzyk z niczego będzie miał świetną inwestycję, która przyniesie mu kilkadziesiąt milionów złotych zysku rocznie od mieszkańców Torunia, bo ich mieszkania będą ogrzewane wodami z czeluści ziemi.

Jedni chodzą po wodzie, pamięta o tym cała ludzkość, a Rydzyk ma o wiele szerszy wachlarz cudów, wiedzą o tym tylko Polacy. Tacy jesteśmy szczęściarze, wśród nas jest cudotwórca od szacher-macher.

Na sfinalizowanie inwestycji w geotermię o. Tadeusz Rydzyk czekał niemal dekadę. I doczekał się. Rząd Prawa i Sprawiedliwości z publicznych pieniędzy przyznał mu kolejne miliony na jego biznes. W sumie to jest 58,5 mln zł !!! I CO WY NA TO?

Projekt tzw. ustawy Gowina – przez niego samego nazywany „Konstytucją dla nauki” – wywołuje duże zaniepokojenie środowiska akademickiego. Jednym z pomysłów, zapisanych w projekcie jest wprowadzenie tytułu profesora uczelnianego. – „Takie osoby nie musiałby mieć habilitacji, by tytuł profesora uzyskać. To jest prosta droga do nagradzania zasłużonych dla obecnej władzy tym stanowiskiem. Widzę, że wracamy do praktyki docentów marcowych, to jest po prostu przerażające”– powiedział w rozmowie z onet.pl prof. Jarosław Płuciennik z Katedry Teorii Literatury Uniwersytetu Łódzkiego.

Według prof. Małgorzaty Niewiadomskiej-Cudak z Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie, „Konstytucja dla nauki” na celu tylko jedno: wymianę elit. – „Nadawanie tych „profesur uczelnianych” będzie doskonałym narzędziem do promocji „swoich”. A ci „nieswoi” będą musieli odejść. Temu służyć ma, między innymi, obniżenie wieku emerytalnego dla wykładowców. Dotąd było to 70 lat, obecnie akademicy będą musieli odchodzić, gdy skończą lat 65. To jest absurdalne, bo w środowisku naukowym osoby 65-letnie mają przed sobą jeszcze mnóstwo do napisania i do zbadania, to są często wybitne umysły, a minister chce się ich z uczelni pozbywać. Cel jest oczywisty – to element szerszego programu „wymiany elit” – twierdzi prof. Niewiadomska-Cudak.

Zdaniem naukowców, „Konstytucja dla nauki” kompletnie nie przystaje do naszych czasów. – „Ta ustawa jest archaiczna mentalnie. To raczej powrót do PRL-u, z nadzorem państwa nad nauką. Przedstawia się ją jako nowoczesną i odpowiadającą na wyzwania chwili, a nie zauważa ona dwóch podstawowych wyzwań obecnych czasów, czyli globalizacji i digitalizacji” – uważa prof. Płuciennik. I podsumowuje krótko: – „Wzięli sądy, teraz chcą zawłaszczyć uczelnie”.

CZY KTOŚ TO OGARNIA?

Św. Penis ministra zdrowia

Eliza Michalik wypowiedziała się na temat ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego.

PiS akuszerem faszyzmu w Polsce

„Hitler bardzo, ale to bardzo przestrzegał reguł demokracji” – m.in. takie słowa padły podczas spotkania odbywającego się nie w lesie, ale w centrum Warszawy. Dziennikarze wp.pl nagrali je ukrytą kamerą.

Krzysztof Mossakowski, prezes Centrum Edukacyjnego Powiśle, regularnie organizuje wykłady dotyczące polityki, historii czy imigracji. Tym razem gościem był Andrzej Ryba, szef gdańskiego wydawnictwa Finna. Ryba odpowiada za wydanie w Polsce książki „Wiek Hitlera” Leona Degrelle’a, który kolaborował z nazistowskimi Niemcami.

Ryba wychwalał politykę Adolfa Hitlera. – „Dbał o Niemców, zmniejszył bezrobocie, sprawił, że żyło się im lepiej. Oni szczerze opłakiwali jego śmierć” – mówił. Kolejnym „bohaterem” dla Ryby jest SS-Obergruppenführer Reinhard Heydrich – uważany za jednego z głównych organizatorów Holocaustu, nazywany katem Czech i Moraw. Według Ryby, był… kochany przez Czechów, a ludzie, którzy dokonali na niego zamachu za jego zbrodnie to „garstka chłopców, z którymi nikt się nie liczył”.

Jeszcze dalej w swoim wystąpieniu posunął się prowadzący spotkanie Krzysztof Mossakowski. – „Polakom w Niemczech było lepiej za czasów rządów kanclerza Adolfa Hitlera, niż za czasów kanclerz Angeli Merkel” – stwierdził. Mossakowskiemu podoba się też pomysł Hitlera, by kobiety karać za aborcję śmiercią. Według niego, to wyraz „polityki prorodzinnej”.

Tamara Olszewska na portalu koduj24 pisze o nacjonalizmie, który ma sie dobrze za rzadów PiS.

Politycy PiS wciąż próbują minimalizować problem; mówią, że takie neonazistowskie postawy to tylko margines…

Reportaż dziennikarzy o imprezce, jaką zorganizowali sobie członkowie Dumy i Nowoczesności zaszokował, wielu przeraził i oburzył. Na tej fali pojawia się wiele pytań, z których najważniejsze to, czym właściwie jest polski nacjonalizm, czy to przypadkiem już nie faszyzm albo nazizm i co z tym fantem, czyli narodowcami, właściwie zrobić.

Granica pomiędzy nacjonalizmem, faszyzmem a nazizmem chwilami jest dość cienka. Może dlatego, że tak naprawdę jedno wypływa z drugiego, uzupełnia, staje się skrajną postacią. Popatrzmy. Sam nacjonalizm oznacza „przekonanie, że naród jest najważniejszą formą uspołecznienia, a tożsamość narodowa najważniejszym składnikiem tożsamości jednostki, połączone z nakazem przedkładania solidarności narodowej nad wszelkie inne związki i zobowiązania oraz wszystkiego, co narodowe, nad to, co cudzoziemskie lub kosmopolityczne; ideologia polityczna, wg której podstawowym zadaniem państwa jest obrona interesów narodowych, a jego zasięg terytorialny winien odpowiadać obszarom zamieszkanym przez dany naród” (Encyklopedia PWN). Ideolodzy nacjonalizmu wielokrotnie podkreślają, że nie jest on ideą agresywną, a raczej pewnym nurtem, w którym najważniejszy jest własny naród.

Faszyzm opiera się na hasłach antydemokratycznych, skrajnie nacjonalistycznych i antyliberalnych. Początkowo faszyzm był wolny od rasizmu i antysemityzmu. Dopiero w 1938 r., po zawiązaniu przez faszystowskie Włochy sojuszu z Rzeszą Niemiecką, zaczął przyjmować koncepcje rasistowskie. Podobnie wyglądało z antysemityzmem. Mimo że faszyści nie przepadali za Żydami, to jednak we Włoszech Mussoliniego żyło im się całkiem spokojnie. Żydzi należeli też do partii faszystowskiej, nie byli prześladowani. Dopiero bliższe relacje z nazistowskimi Niemcami zaowocowały ustawami, podobnymi do norymberskich.

Nazizm to ideologia, która przejęła z nacjonalizmu i faszyzmu wszystko, co najmroczniejsze i „antyludzkie”. Wyższość rasy niemieckiej, rasizm i antysemityzm w najostrzejszej formie. Obozy koncentracyjne, prześladowania, masowe mordy. Całe zło w pigułce.

Oczywiście, bardzo uogólniłam, ale to chyba wystarczy, by wspólnie zastanowić się nad polskim nacjonalizmem. Czy to wciąż tylko nacjonalizm, czy już wejście w ideologie, które zagrażały ludzkości?

ONR i Młodzież Wszechpolska oburzają się, gdy nazywamy ich faszystami czy nazistami. Przecież oni są tylko nacjonalistami w tej łagodniejszej formie. Nie palą kukieł Żydów, nie nawołują do nienawiści. To nie oni. No to popatrzmy…

Mateusz Janusz, twarz lubelskiego ONR, który zachęcał w 2015 roku do udziału w neonazistowskim koncercie w Gostyniu. Udział w nim wzięły zaproszone zespoły, również spoza Polski o bardzo silnym zabarwieniu właśnie nazistowskim. Wspomagał go Jacek Lanuszny z Dumy i Nowoczesności, który był jednocześnie członkiem Rady Politycznej Ruchu Narodowego, z którego ramienia kandydował: w wyborach uzupełniających do Senatu (w pakiecie z Marianem Kowalskim i Krzysztofem Bosakiem) oraz jako jedynka w wyborach samorządowych do sejmiku województwa śląskiego.

W listopadzie 2017 roku media związane z Młodzieżą Wszechpolską wsparły koncert „Ku Niepodległej”. Oczywiście zagrały w nim zespoły słynące ze swoich neonazistowskich poglądów. Co ciekawe, taki koncert odbywał się już po raz siódmy, ale dopiero w tym roku nie patronowało mu stowarzyszenie Marsz Niepodległości. Czy to oznacza, że w poprzednich latach organizatorzy marszu, w tym ONR wspierali również ów koncert? Koncert zespołów, które śpiewają m.in. o tym, że „Ta ziemia nie jest dla ciebie, czarna szumowino, chciwy Żydzie. Jesteście bezużyteczni. Litości nie będzie. Trwa na was sezon” – zespół Mistreat. 27 stycznia w Poznaniu ma się odbyć koncert patriotyczny, zorganizowany przez ONR. Jednym z uczestników ma być zespół Nordica, którego wokalistą jest niejaki Tomasz Kuś, członek Straży Marszu Niepodległości. Zespół ten jest projektem członków zespołu Agressiva 88, który nagrał takie utwory jak: „Dumny nadczłowieku”, „Narodowi Socjaliści”, „Biała Ku**a Czarnucha”. O jego związkach z festiwalem Orle Gniazdo to już nawet nie wspominam. Tak jak wspominać nie będę organizowanego przez ONR Turnieju Piłki Halowej im. Janusza Walusia, neonazisty, odsiadującego wyrok w RPA za zamordowanie czarnoskórego lidera partii opozycyjnej Chrisa Haniego.

Przyjrzyjmy się też Marszom Niepodległości, szczególnie temu ostatniemu. Hasła prezentowane na transparentach obiegły już cały świat. „Biała Europa”, „Wszyscy różni, wszyscy biali”, „Biała siła”, „Ku Klux Klan”, „Narodowy socjalizm” czy „Sieg heil”. Marsz zaszczycili również goście, ekstremiści z Europy. Dodajmy do tego rzucane race, ręce uniesione w powitaniu, jednoznacznie kojarzące się z hitlerowskim, marszowy krok, u co niektórych przesłonięte twarze i co tu więcej powiedzieć?

Tylko minister Błaszczak i inni politycy PiS, z prezesem Kaczyńskim na czele, nie dopatrzyli się w tym marszu niczego złego. Mało tego, nie zauważyli nawet tego typu haseł, a marsz określili jako piękny pokaz polskiego patriotyzmu. W ogóle udają ślepych i głuchych, ignorując wszelkie sygnały, że polski nacjonalizm idzie złą drogą i w złym kierunku. Policja własnym ciałem chroni marsze, w których aż się roi od neonazistowskich haseł. Kiedy już musi wziąć się do roboty, bo któryś z Polaków odważył się zgłosić doniesienie o przestępstwie, to działa tak nieudolnie, że mając nawet dowody podsunięte pod nos, nie potrafi zidentyfikować sprawców łamania polskiego prawa w zakresie szerzenia nienawiści na tle rasowym i antysemityzmu. Prokuratura pod władaniem nieomylnego pana Ziobry pilnuje, by polskich naziolków żadna krzywda nie spotkała i pod jej naciskiem chłopaczki są uniewinniani, mimo że ewidentnie zasługują na karę.

We wrześniu 2017 roku Prokuratura Krajowa wycofała akt oskarżenia przeciwko Jackowi Międlarowi. Były ksiądz był oskarżony o nawoływanie do nienawiści wobec Ukraińców i Żydów. Piotrowi Rybakowi, który na rynku wrocławskim podpalił kukłę Żyda, sąd zamienił karę więzienia na areszt domowy. Dopiero, gdy złamał on zasady umowy, wziął udział w marszu Wielkiej Polski Niepodległej, wykrzykując te swoje hasełka antysemickie, a potem dorzucił jeszcze kilka słów o głowie państwa – „Prezydent jest proukraiński, jego rodzice też, jego żona jest żydówą… Dzisiaj takie żydostwo zajęło moją ojczyznę i mówi, co robić” – wrócił za kratki. Wrocławska prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa w słowach działaczki ONR, Justyny Helcyk, która na antymuzułmańskiej manifestacji we Wrocławiu wykrzyczała – „Nie pozwolimy, by islamskie ścierwo zniszczyło naród polski”. Policja oddelegowała aż jednego funkcjonariusza do zbadania i znalezienia nadawców listu do Donalda Tuska, w którym grożą oni wymordowaniem jego rodziny. Przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć, bo gdzie człowiek nie spojrzy, tam polscy narodowcy mają umarzane sprawy, mimo że ewidentnie ich działania wykazują neonazistowski charakter.

Dowodów na pobłażliwość obecnej władzy jest mnóstwo. Ot, chociażby likwidacja, działającego w MSWiA od 10 lat zespołu ds. Ochrony Praw Człowieka, który zajmował się monitorowaniem i wyłapywaniem przestępstw z nienawiści. Likwidacja przez Beatę Szydło Rady ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej w KPRM, powołaną w 2011 roku. Po dojściu PiS do władzy zamknięto śledztwo w sprawie gangów neonazistów. Prokuratora odsunięto od postępowania, a szefa wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną w CBŚ zesłano do Sochaczewa, by tam zajął się m.in. włamaniami do piwnic.

Teraz politycy PiS nie bardzo wiedzą, jak zareagować na reportaż dziennikarzy Superwizjera. Z jednej strony nie mają wyjścia, więc coś tam mówią o delegalizacji. Niby oczka im się nieco otworzyły, ale… wciąż próbują minimalizować problem. Mówią, że takie neonazistowskie postawy to tylko margines, że ważniejsze od tego są ataki na biura polityków PiS. Mówią „Polacy nic się nie stało” tak, jakby chcieli upewnić samych siebie, że neonazizmu w Polsce nie ma, a narodowcy to potulne owieczki, kwiat polskiego patriotyzmu. Ich działania nazywają poglądami osobistymi, które niczym nie zagrażają, próbują zwalić całą winę na PO…

Czyż można więc dziwić się, że narodowcy grożą złożeniem skargi do prokuratury na każdego, kto nazwie ich faszystą lub nazistą? Czyż można się dziwić ugrupowaniu Duma i Nowoczesność, że chcą zażądać 1 mln zł od TVN za naruszenie ich dóbr osobistych? Przecież do tej pory było świetnie. Byli hołubieni, kochani, noszeni wręcz na rękach i całkowicie bezkarni. Władza ich kochała, część Kościoła prawie wielbiła, a teraz nagle jakaś taka, zupełnie niezrozumiała nagonka. Przecież to nie oni szli z takimi hasłami na marszu, ich program nie zawiera treści nazistowskich. To nie oni…

Czy rzeczywiście polski nacjonalizm nie zahacza już o faszyzm i nazizm? Myślę, że tylko ktoś bardzo naiwny, ktoś ze świetnie rozwiniętym mechanizmem wyparcia, może w to uwierzyć. Sam fakt współorganizowania koncertów neonazistowskich, wspierania neonazistów, zapraszania ich do Polski na uroczyste obchody tak ważnych dla nas świąt, współpracy z takimi ludźmi jak Rybak czy Międlar, odnoszenie się do symboliki nazistowskiej, to już wystarczy, by wiedzieć, czym pachnie ten polski nacjonalizm. Ja nie mam złudzeń, a Wy?

Zjednoczona opozycja

– Podjęliśmy decyzję o budowaniu koalicji wyborczej na wybory samorządowe – te wybory do sejmików, które są solą tych wyborów, są czymś najważniejszym, bo piszą mapę polityczną polskich województw – tłumaczył Grzegorz Schetyna. – Chcemy pokazać, że praca ma sens i jesteśmy w stanie odłożyć wszystko, co nas dzieli. Zdając sobie sprawę z różnic, chcemy podkreślić, że ważna jest wspólnota – mówiła Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej.

Dwie największe opozycyjne partie parlamentarne zdecydowały się na koalicję, by zatrzymać PiS i zachowując odrębność programową przedstawić wspólne rozwiązania polityczne dla samorządu lokalnego.

– Jesteśmy zdecydowani na współpracę, jesteśmy przekonani, że to jest droga, która połączy nasze ugrupowania, odpowie też na oczekiwania wyborców naszych partii, a także da nam szansę zbudować wspólny program – podkreślił lider Platformy.

Zespół do prac

Wspólny program ma powstać podczas prac specjalnie powołanego zespołu. Ma on wypracować nie tylko wspólne minimum programowe, które jest potrzebne do późniejszej współpracy, ale też pracować nad wspólnymi listami. Zespół składa się z czterech członków, po dwóch z każdej partii. Nowoczesną reprezentować będą posłowie Witold Zembaczyński oraz Adam Szłapka, Platformę – Mariusz Witczak i Jacek Protas.

Partie nie wykluczają szerszej współpracy. – Priorytetem jest sejmik wojewódzki, bo to on stanie się papierkiem lakmusowym tego, jak wyglądają nastroje społeczne. W wielu innych miejscach będziemy się dogadywać również co do prezydentów, burmistrzów, będą to wspólni kandydaci także z PSL, a może nawet z SLD – mówiła Lubnauer.

Nowa formuła organizacji współpracy i minimum programowe ma powstać do połowy lutego.

Kaczyński listy pisze do swojej ferajny

W ubiegłym tygodniu senatorowie zadecydowali, by Stanisław Kogut, podejrzany o korupcję, nadal zasiadał w ławach Senatu. Taka decyzja zaskoczyła Jarosława Kaczyńskiego, którego zdanie, wszystkim 65 przedstawicielom PiS w tej izbie, było dobrze znane.

Jarosław Kaczyński, pełen oburzenia, napisał list do członków swojej partii, w którym padły ostre słowa – „Oto przedstawiciele naszej formacji, noszącej nazwę Prawo i Sprawiedliwość, odmówili potraktowania jednego ze swych członków jak obywatela RP, zwykłego obywatela, nie korzystającego z żadnych przywilejów”.

Równie mocno uderzył go fakt, że jego senatorowie głosowali ramię w ramię z przedstawicielami PO, stając wspólnie w obronie pana Koguta. „współdziałanie z taką formacją (…) po to, by utrudnić egzekwowanie prawa, stawia Prawo i Sprawiedliwość w sytuacji, w której musimy się bronić przed często stawianym zarzutem, że w istocie jesteśmy tacy sami, jak nasi przeciwnicy”, a to może mocno zaszkodzić wizerunkowi partii.

Ponieważ „wielu senatorów zeszło z tej drogi”, która ma wprowadzić „uczciwość w życiu publicznym”, prezes zapowiada nowe rozwiązania strukturalne, by w ten sposób zapobiec takim nagannym postawom członków PiS. Myśli o zmianach w regulaminie Senatu, w ustawie dotyczącej immunitetu. Po głowie chodzi mu też deklaracja dotycząca właśnie immunitetu, którą będą musieli podpisać wszyscy, startujący do Parlamentu z jego partii.

Ponieważ dla wielu członków PiS niezrozumiała wciąż jest decyzja o tak dużych zmianach w rządzie, Jarosław Kaczyński odniósł się w swoim liście i do tej kwestii. „Odwołanie ze stanowiska wcale nie musi oznaczać krytycznej oceny efektów jego pełnienia, co więcej, może być to decyzja podjęta mimo bardzo wysokiej oceny sposobu wykonania związanych z daną funkcją zadań”.

Jedno jest pewne. Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się władza na długie, długie lata, a to wymaga od członków partii jedności. Mówiąc, że „Nasz wielki projekt nie może być zrealizowany w ciągu jednej, czy nawet dwóch, kadencji. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy społeczeństwo, a przynajmniej jego wielka część, będzie nam wierzyć, będzie nam ufać” wyraźnie daje do zrozumienia, iż sprawa pana Koguta to właśnie taki „punkt honoru” PiS. Partii, która ma pokazać narodowi, jak bardzo jest praworządna i sprawiedliwa.

Szkoda tylko, że pan prezes jest „ślepy i głuchy” na nepotyzm, który wręcz szaleje i liczne wpadki członków partii rządzącej, które nie budują wiary i zaufania. Nie wystarczy „wystawić” pana Koguta, zmienić dobry rząd w lepszy, pochować do szafy, kolejny już raz swoich, kontrowersyjnych polityków, by naród uwierzył w dobre intencje partii rządzącej.

Zainspirowani naziści spieprzającymi dziadami, kanaliami i mordami zdradzieckimi

Żule wykreowały faszystów. Waldemar Mystkowski pisze o tym (fragment):

To jest nieodzowny element faszyzacji naszego życia społecznego. Zakłamywać niczym Goebbels, powtarzać fałsze, manipulować, bredzić. Zawsze coś się przyklei. Wspaniale wychwycił ten element Brytyjczyk Ben Stanley, wszak pochodzi z kraju Monty Pythona. Oto opublikował cztery portrety komentatorów z programu TVP Info „Minęła dwudziesta”. Brytyjczyk pyta, czy to, co widzi, to aby na pewno program publicystyczny w telewizji publicznej, czy raczej część gry komputerowej. Faktycznie! – w języku kolokwialnym można określić, iż to mordy zakazane z jakiejś gry grozy.

Acz wolę opisy niegdyś słynnego psychiatry, antropologa i kryminologa włoskiego Cesare Lombroso, który typ przestępcy wiązał z jego facjatą. Lombroso często nie mylił się, dzisiaj jednak są subtelniejsze narzędzia opisujące wszelkich przestępców i dewiantów. Niemniej gdyby w mroku spotkać te cztery twarze z „Minęła dwudziesta”, co bardziej wrażliwsi mogliby się przestraszyć.

Zmierzam do stwierdzenia, iż polska rzeczywistość jest chora i nie łudźmy się, aby samoistnie miała się poprawić. Mentalności nie można zmienić, można zmienić tylko rządzących. Któregoś dnia pęknie ten wrzód, nieczystości pisowskiego fałszu zaleją nas. Oby nie była to krew, oby nie urzeczywistniły się zawołania „zabić Tuska”, „klepać mordy je***ym lewakom”. To, co się dzieje to pokłosie słynnych słów o kanaliach i mordach zdradzieckich.

Krystyna Pawłowicz czeka na usunięcie z Facebooka

Były już petycje dotyczące usunięcia posłanki PiS Krystyny Pawłowicz z Facebooka. Okazuje się, że administratorzy tego portalu społecznościowego też tracą do niej cierpliwość… Pawłowicz otrzymała od nich ostrzeżenie, że umieszcza „niewłaściwe treści”. Zapowiedziano, że jeśli to się powtórzy, jej profil na Facebooku zostanie zlikwidowany.

O sytuacji poinformowała sama Pawłowicz. „Dziś wyświetliło mi się na fb „ostrzeżenie”, że mój poniższy post narusza jakiś regulamin, bo ma jakieś „niewłaściwe treści”. (…) Treść sprzeczna z konkretnym przepisem prawa – to rozumiem, ale zwrotu „niewłaściwa treść” – nie rozumiem. Bo „niewłaściwa” z czyjego punktu widzenia? Z mojego, wszystko, co piszę jest właściwe. Czyli fb prymitywnie cenzuruje moje opinie, opinie o sprawach polskich polskiego posła. Nie zmieniam ani jednego słowa w żadnym z moich postów”.

Moderatorzy Facebooka mają zastrzeżenia do wpisu posłanki PiS, w którym dzieliła się swoimi spostrzeżeniami, dotyczącymi rozmowy szefa polskiego MSZ Jacka Czaputowicza z wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej Fransem Timmermansem. Pawłowicz napisała m.in.: – „Żadnych migrantów i bez podchodów do nowego polskiego rządu, Panie Timmermans. Panie ministrze spraw zagranicznych, Polacy za Panem stoją, i pilnujemy bezpieczeństwa Polaków razem z Panem. A islamski stręczyciel i naganiacz lepiej niech do Polski nie przyjeżdża, bo wymyśli sobie i rozpocznie jakąś nową, własną procedurę i nie odczepimy się od niego”.

Niecierpliwie czekam na dalszy rozwój wypadków…

Prawicowe półgłówki. Pisowskie pachołki

Dzieje się tak, że policję i sluzby specjalne zastępuje niezależna telewizja TVN. Tak było zabójstwem paralizatorem Igora Stachowiaka przez policję we Wrocławiu.

Tak teraz ujawniono szokujące obrzedy faszystów. Policja nic nie wie, slużby nie mają pojęcia, musi za nich robotę odwalić dziennikarz.

Jak ja teraz słucham pis-że to wszystko to wina PO, to powiem tak Q…przestańcie kłamać,to PO walczyła z kibolami i nazistami, za to wy z naziolami i kibolami ręka w rękę manifestowaliście.

Pisze o tym Daniel Passent.

Pośród niezliczonych pytań, jakie się nasuwają, wybieram jedno: gdzie były służby i policja, odpowiedzialne za zwalczanie i penetrację środowisk przestępczych prowadzących działalność sprzeczną z prawem, w tym z konstytucją? Gdzie są dymisje odpowiedzialnych? Jeden znakomity reporter potrafi więcej niż cała służba do tego przeznaczona. Instytucje państwowe, takie jak IPN, wojewodowie, szkoły, media publiczne, skupione na dekomunizacji umysłów, ulic i pomników, jakoś dziwnie mało zajmują się defaszyzacją, radykalną prawicą, spadkobiercami pogromów, wyznawcami Adolfa. Nie zabrakło ich na Marszu Niepodległości.

(…)

Odpowiedzialny za pracę policji minister Zieliński pozostał na stanowisku i przetrwał rekonstrukcję rządu, a minister Mariusz Błaszczak został ministrem obrony.

Ciekaw jestem informacji, jaką w sprawie organizacji ekstremistycznych ma w czwartek, 25 stycznia, złożyć w Sejmie nowy szef MSWiA, Joachim Brudziński. Zobaczymy, jak ten problem naświetli i czy będzie się kajał za resort, którym jeszcze kilka tygodni temu kierował jego partyjny kolega, Błaszczak.

Może minister Mariusz Kamiński – gospodarz służb – oraz (kolejny) komendant główny policji zwołają konferencję prasową, podziękują TVN-owi, wręczą odznaczenia autorom demaskatorskich reportaży i podzielą się refleksjami, jak to się dzieje, że reporterzy i media wyręczają służby i policję?

Jaka jest rzeczywista wartość służb zarządzanych przez PiS – analizuje Ewa Siedlecka.

Obywatele RP, „kobiety z Mostu” i wszyscy inni, którzy blokowali nazistowskie przemarsze są dziś moralnymi zwycięzcami. Ale też kryminalistami, których ściga aparat PiSowskiego państwa. Tego samego, którego funkcjonariusze właśnie publicznie oburzają się po materiale Superwizjera TVN24.

(…)

Teraz obserwujemy wzmożenie po materiale telewizyjnym o czczeniu Hitlera. Ciekawe, na jak długo go wystarczy. A warto pamiętać, że przeciwko osobom z Obywateli RP, KODu, Strajku Kobiet i innych organizacji blokujących rozmaite pochody neonazistów toczą się postępowania, za przeszkadzanie w „legalnym zgromadzeniu”. Legalnym, czyli w tym przypadku takim, które idzie pod nazistowskimi, ksenofobicznymi, nienawistnymi hasłami. Obywatele RP są nawet ścigani za blokowanie ostatniego Marszu Niepodległości zanim zdążyli stanąć na jego trasie i zanim on w ogóle ruszył.

A czternastu Kobietom z Mostu, które siadły w środku neonazistowskiej demonstracji idącej w ramach Marszu nie udzielono pomocy, poszarpano i grożą im zarzuty.

Premier Morawiecki oburza się, że neonaziści obrażają pamięć polskich bohaterów. Jakoś nie staje w obronie zadeptywanych kobiet, obrażanych i zastraszanych osób LGBT, nie oburza się podpaleniami siedziby Kampanii przeciw Homofobii, a rząd wypiera się, jakoby przestępstwa z ksenofobicznej nienawiści były w Polsce problemem. Oburza się na czczenie Hitlera. Tymczasem owa cześć oddawana Hitlerowi to tylko kuriozalny dodatek do niszczącej moralność publiczną i więzi społeczne aktywności neonazistowskich ugrupowań działających w Polsce. Jedynymi, którzy się im naprawdę przeciwstawiają, są działacze pozarządowej demokratycznej opozycji, których rząd PiS za to prześladuje.

Więc jakoś nie wzrusza mnie to obecne wzmożenie. I nie wierzę w moralne przebudzenie PiSu. Ale hipokryzja jest podobno hołdem występku składanymcnocie, więc dobrze, że chociaż w ten sposób owa cnota zyskała uznanie.

KUKIZ MA ZA CO PRZEPRASZAĆ. Dzięki niemu tacy ludzie jak Winnicki dostali się do Sejmu…

Pisowskie zakłamanie podsumowuje dziennikarz „Rzeczpospolitrj” Jacek Nizinkiewicz.

Leczenie modlitwą. Tak ma Holecka, quasi-dziennikarka w epoki kamienia łupanego

Nie ukrywająca swej bogobojności, czołowa gwiazda flagowego programu TVP „Wiadomości” –  Danuta Holecka, opowiedziała w wywiadzie udzielonym „Do Rzeczy,” o tym jak modlitwa wpływa na jej życie. Czasem dotyczy to – jak widać – nawet najbardziej prozaicznych życiowych sytuacji. Zmówi paciorek i po krzyku. Wszystko samo się rozwiązuje… Tak było właśnie w tym przypadku:

„Półtorej godziny przed wejściem na wizję już prawie nie mogłam wytrzymać z bólu. Wyszłam z newsroomu, uciekłam i zaczęłam prosić: „panie Boże, pomóż, bo zwariuję. Przepraszam, że o to proszę, ale nie mogę wytrzymać, nie mogę na niczym się skupić”. Niech pan sobie wyobrazi, że po chwili wstałam z kolan, wróciłam do swojego biurka, usiadłam przy komputerze i nagle poczułam, że mogę skoncentrować się na pracy” – wspomina.

Już raz, nie tak dawno temu, dziennikarka opowiedziała o tym niewątpliwym cudzie pewnemu magazynowi i wówczas spotkała się z falą drwin oraz zwykłego hejtu, dlatego też szybko dodała: „Nie lubię opowiadać takich historii, bo później mi wstyd, gdy przez to moi krytycy wyśmiewają Pana Boga.”

Jak będzie tym razem – zobaczymy.  „Ci którzy chcą mnie zaatakować, śledzą moich synów. I wypisują wyssane z palca informacje na ich temat” – z nieukrywanym wzburzeniem żaliła się dalej telewizyjna prezenterka.

Poskarżyła się, że ostatnio pretekstem stała się sprawa jej syna, który poparł protest młodych lekarzy. „Kiedy jednak się zorientował, że na pierwszy plan w tym proteście wysuwają się politycy, wycofał się. Nie chciał z tym mieć nic wspólnego. Niestety nie trzeba było długo czekać, by został zaatakowany. Tylko dlatego, że jego matka jest dziennikarką „Wiadomości”” – stwierdziła z niesmakiem Danuta Holecka.

Rozwód Kościoła i władzy

Wojciech Maziarski na koduj24 pisze o Kościele, który pcha swoje łapska we wszelkie instytucje w kraju.

Już dziś potrzebna jest komisja społeczna, która dokona przeglądu polskiego prawa i wskaże przypadki nienależnych przywilejów Kościoła.

„Super Express” poinformował, że szpital w Makowie Mazowieckim płaci kapelanowi ponad 6 tys. zł. I szpital, i bp Piotr Libera natychmiast sprostowali: nie 6 tys., lecz 1225,36 zł brutto. Dziękuję za informację i od razu proszę o odpowiedź na kolejne pytanie: dlaczego w ogóle mu płaci z pieniędzy podatników? Dlaczego w neutralnym światopoglądowo państwie, które utrzymują ze swych podatków obywatele różnych wyznań i niewierzący, kapłan katolicki za usługi duchowe dostaje pensję? Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby była to pensja ufundowana z podatku kościelnego, płaconego przez katolików. Jednak zrzucają się na nią wszyscy, także ja – niewierzący. A czy szpital w Makowie Mazowieckim płaci też popowi prawosławnemu?

Wiem, że to naiwne i prowokacyjne pytania. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większościowa religia, jaką jest w Polsce katolicyzm, ma uprzywilejowaną pozycję. Do niedawna niemal nikogo to nie dziwiło ani specjalnie nie raziło. Jednak dziś już nadeszła pora, by zacząć się dziwić i przygotowywać do zmiany tego stanu rzeczy.

Po upadku komunizmu, systemu dyskryminującego i prześladującego religię, Kościół katolicki w Polsce okazał się wielkim wygranym. Nie mogło być inaczej – rekompensata za doznane krzywdy wydawała się czymś oczywistym i należnym. Tym bardziej, że Kościół był wówczas postrzegany jako sojusznik polskiej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Stosunkowo niewiele osób zgłaszało wątpliwości, a rządzący zgadzali się na uprzywilejowane traktowanie Kościoła w wielu sprawach, choćby w kwestii zwrotu majątku.

Pierwszą sprawą, która wywołała kontrowersje, było wprowadzenie nauki religii do szkół publicznych. Zwolennicy tego rozwiązania uspokajali wówczas, że przecież ocen nie będzie na świadectwach, a lekcje religii będą umieszczane w planie zajęć na początku lub na końcu dnia, by uczniowie nieuczęszczający na nie, nie musieli czekać na korytarzu. Jak wygląda praktyka, dziś już, po latach, widzimy: oceny z religii są na świadectwach, a lekcje są organizowane w środku dnia, pomiędzy innymi zajęciami. Katecheci dostają pensje z podatków wszystkich obywateli – w sumie 1,2 mld złotych rocznie!

W dodatku treści nauczania państwo w żaden sposób nie kontroluje. W wielu wypadkach lekcje religii są okazją do propagowania idei i postaw sprzecznych z wartościami nowoczesnego europejskiego społeczeństwa demokratycznego. Znam też przypadki katechetów wmawiających dzieciom, że zabawy halloweenowe są grzechem, że Harry Potter to literatura satanistyczna itp. I właśnie za opowiadanie dzieciom tych bzdur płacimy z naszych podatków.

Pod koniec życia Tadeusz Mazowiecki, były katolicki premier, który na wpuszczenie katechetów do szkół wyraził zgodę, mówił, że Kościół okazał się dla niego największym rozczarowaniem w wolnej Polsce. Szkoda, że poniewczasie…

W 2015 roku środowiska liberalne skupione wokół redakcji pisma „Libertè!” wystąpiły z inicjatywą, by nauka religii przestała być finansowana z budżetu – niech płaci za nią Kościół ze składek wiernych. Sukces akcji przerósł oczekiwania – w ciągu kilku miesięcy zebrano 150 tys. podpisów pod wnioskiem, który jednak został przez konserwatywną większość zamrożony w sejmowej komisji. Pewnie poleży tam do wyborów, bo trudno oczekiwać, by pod rządami obecnej ekipy coś w tej sprawie drgnęło.

Jednak to nie znaczy, że powinniśmy oczekiwać bezczynnie. Najwyższa pora, by zacząć się koncepcyjnie przygotowywać do gruntownej rewizji aktów prawnych i rozwiązań systemowych, które dziś obowiązują, a powinny zostać znowelizowane. Gdy zmieni się polityczna aura w Polsce, powinniśmy mieć przygotowany pakiet zmian. A przynajmniej powinniśmy mieć dobrze rozpoznany i opisany stan faktyczny.

Tymczasem na razie krytycyzm wobec ekspansji Kościoła wyładowuje się w jałowym antyklerykalizmie niektórych mediów i środowisk. Para idzie w gwizdek, a przecież nie chodzi o to, by szczuć opinię publiczną przeciw duchownym i religii. Celem powinno być nie nakręcenie emocji, lecz gruntowna naprawa relacji między Kościołem a państwem. Taka naprawa, która nie dyskryminuje Kościoła, ale odbiera mu nienależne przywileje i kładzie kres patologicznej symbiozie ołtarza i tronu.

Dlatego dobrze by było, by środowiska liberalne – m.in. te, które zbierały podpisy pod wnioskiem w sprawie świeckiej szkoły – powołały ponadpartyjną czy pozapartyjną komisję społeczną, która wzięłaby na siebie zadanie dokonania przeglądu polskiego prawa i rozwiązań systemowych, wskazując, co konkretnie należy zmienić. Począwszy od usunięcia krzyża powieszonego prawem kaduka w Sali sejmowej przez wykreślenie „wartości chrześcijańskich” (ktoś wie, co to takiego?), których respektowanie nakazuje ustawa medialna, po ostatnio przyjętą „ustawę o deszczówce”, w myśl której właściciele działek o powierzchni ponad 3500 metrów kwadratowych, gdzie zabudowa zajmuje więcej niż 70 proc., muszą odprowadzać specjalny podatek. Zwolnione z niego są jednak nieruchomości Kościołów i związków wyznaniowych. Niby dlaczego? Czyżby woda spływająca z kościelnych dachów nabierała mocy wody święconej i zasługiwała na uprzywilejowane traktowanie?

Pedoflia w Kościele – najnowszy film Smarzowskiego. Amoralny Morawiecki, piejący Kogut i Felicjan Karczewski

Już jest po zdjęciach do filmu o pedofilii w Kościele katolickim pod tytułem „3”, bo to trzy historie o pedofilach pod koloratką.

Film jest ponoć wstrząsający.

Wstrzą-sa-ją-cy.

Krucjaty różańcowe murowane.

Mateusz Morawiecki zidiociał.

Być w PiS-ie to koniecznie upaść na głowę – glacą na beton.

Waldemar Kuczyński nie przyjmie księdza po kolędzie.

Pisowski senator Stanisław Kogut mimo zarzutów CBA może odetchnąć z ulgą. Koledzy obronili go w Senacie.

Internauci te szalbierstwo zaprzaństwo skomentowali.

Waldemar Mystkowski pisze o Karczewskim.

Karczewski więcej mówi niż Felicjan Dulski, jest esencją dulszczyzny, zakłamania, polskiej prowincjonalnej duszności, kołtunem, co się zowie. Odtwarzać rolę Karczewskiego może każdy polityk PiS, jest łatwa w swym przesłaniu, nie wymaga żadnej samodzielności, kreatywności, głębi.

Karczewski poparł Ryszarda Czarneckiego, który określił europosłankę Platformy Obywatelskiej Różę Thun „szmalcownikiem”. Dulski zaapelował do Thun, aby zrezygnowała z polityki. To jest zakłamanie. Brudy są dziełem zbiorowym polityków PiS, są widziane w całej Europie i postponowane, na tym traci Polska. Dlaczego jeszcze miałyby być zakłamywane przez polityków opozycji? Róża Thun nazwała po imieniu antypolskie efekty polityki PiS, przynoszące naszemu krajowi ujmę, przynoszące wstyd.

Kołtun Karczewski ma oczekiwania, że inni będą wyznawać taką dulszczyznę jak on. Ktoś taki jak Karczewski powinien ustąpić ze stanowiska, marszałek Senatu nie może być kołtunem. Marszałek jest funkcją dla szlachetnego człowieka, a nie dla stłamszonego Dulskiego, panie Felicjanie Karczewski!

Internauci informują, że po sprawie Ryszarda Czarneckiego z Różą Thun, politycy PiS dostali przekaz, aby mówić jednym głosem.

©Andrzej Mleczko

Post Navigation