Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Luty, 2018”

Kaczyński osobiście odkręcił zawór szambiarki, z której chlusnęły wstydliwie dotąd skrywane złe słowa, przekleństwa i obelgi

Publicysta Piotr Szumlewicz i inni odnieśli się do informacji opublikowanych przez posła Krzysztofa Brejzę na temat nagród dla rządu.

Eliza Michalik (Superstacja) sparafrazowała słowa Radosława Sikorskiego z Rady Krajowej PO.

W najbliższą środę w warszawskim sądzie obędzie się rozprawa Radosława Sikorskiego i Jarosława Kaczyńskiego oskarżonego o zniesławienie.

„W związku z licznymi wypowiedziami medialnymi Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, w których dopuszczał się ataków na konstytucyjne organy Rzeczypospolitej, a także poszczególnych sędziów pełniących służbę w tych organach, wieloma wypowiedziami dla zagranicznych mediów oraz polityków zagranicznych, w których działał na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, zdecydowaliśmy się na złożenie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa” – poinformował Zarząd Główny Komitetu Obrony Demokracji. Pismo zostało zaadresowane do prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego.

KOD powołuje się m.in. na tekst Morawieckiego opublikowany w „Washington Examiner”. W zawiadomieniu znajdują się cytaty z tego materiału. – „Sędziowie są przypisywani do spraw przez bliskich współpracowników bez kontroli społecznej. Przyjaciele robią sobie przysługi. Na przeciwników spada zemsta. Łapówki są wymagane w niektórych z najbardziej lukratywnych spraw. Postępowania bywają przeciągane. (…) Sędziowie zdarzali się być dostępni dla osób z politycznymi wpływami lub grubym portfelem” – napisał Morawiecki. Jego zdaniem, w czasie obrad Okrągłego Stołu Wojciechowi Jaruzelskiemu pozwolono na obsadzenie w sądach postkomunistycznych sędziów z czasów komunizmu. – „Sędziowie ci dominowali w naszym wymiarze sprawiedliwości przez kolejne ćwierć wieku. Niektórzy z nich wciąż pracują” – stwierdził premier.

Stanowczo przeciw tym słowom protestują w zawiadomieniu do prokuratury działacze KOD. – „Z przykrością stwierdzamy, że przytoczone w treści niniejszego zawiadomienia wypowiedzi pana Mateusza Morawieckiego zawierają bezpodstawne stwierdzenia szkalujące dobre imię polskiego sądownictwa, które w żaden sposób nie przystoją premierowi praworządnego państwa. Takie stwierdzenia, motywowane osiągnięciem doraźnych celów politycznych, podważają autorytet wymiaru sprawiedliwości, przez co prowadzą do dewastacji i anarchizacji życia publicznego w kraju, a zarazem podważają pozycję Polski na arenie międzynarodowej” – napisali.

Działacze KOD oskarżają Morawieckiego także o „nadużycie zaufania w stosunkach z zagranicą”. W uzasadnieniu zawiadomienia czytamy, że Morawiecki w rozmowie z prezydentem Francji porównał „polskie sądy, Sąd Najwyższy oraz sędziów Rzeczypospolitej Polskiej do sądów Republiki Vichy kolaborujących z nazistami, przez co działał na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej”.

Przedstawiciele KOD uważają, że „odrobienie strat wizerunkowych już poniesionych przez polski wymiar sprawiedliwości w wyniku opisanych w zawiadomieniu działań Pana Premiera będzie zadaniem obliczonym na wiele lat, zakładając, że w ogóle jest możliwe”.

Ministerstwo Edukacji Narodowej latem ubiegłego roku poddało konsultacjom społecznym podstawy programowe zajęć z wychowania do życia w rodzinie dla szkół ponadpodstawowych. Do przysyłania uwag przystąpiło wiele organizacji i jak czytamy w portalu gazeta.pl, wiele z propozycji zostało przyjętych. To – wydawałoby się – nowość w podejściu władz PiS do konsultacji społecznych. Jednak rozwiązanie tej zagadki nie będzie trudne, jeśli wziąć pod uwagę… oświadczenie Ordo Iuris. Właśnie pochwaliło się ono, że resort oświaty uwzględnił i zaakceptował postulaty zaproponowane przez tę organizację.

W ten sposób w nowym programie zostanie należycie wyeksponowane małżeństwo „jako związek kobiety i mężczyzny, fundament życia rodzinnego”. Ordo Iuris alarmowało MEN, że w poprzedniej podstawie pojęcie „małżeństwa” pojawiało się dopiero w punkcie ósmym w pierwszym dziale podstawy programowej! Teraz niedopatrzenie naprawiono i uczeń będzie mógł wreszcie „pogłębić wiedzę na temat funkcji rodziny, miłości, przyjaźni, pełnienia ról małżeńskich, seksualności człowieka”. Co więcej, zgodnie z rekomendacjami ministerstwo rozbudowało program wychowania do życia w rodzinie m.in. o tematykę trwałości małżeństwa czy odpowiedniego przygotowania do niego. Wcześniej na omawianym przedmiocie nie poruszano tych spraw wcale, choć rośnie alarmująco liczba rozwodów, jak stwierdzają działacze wspomnianej organizacji.

Dlatego też w trosce o „wzmocnienie znaczenia rodziny we współczesnym świecie” prawnicy Ordo Iuris zadbali także o to, aby w podstawie programowej wychowania do życia w rodzinie nie pojawiły się czasem jakiekolwiek informacje o założeniach tzw. Konwencji Stambulskiej. Chodzi o konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zakładającej m.in. zapewnienie 24-godzinnej infolinii dla ofiar przemocy czy zapewnienie trybu ścigania za gwałt z urzędu. Trudno się dziwić – w końcu sprawy te porządnych katolickich rodzin nie dotyczą.
A ci, którym kwestia małżeństwa jest obojętna, niech się sami borykają z takimi przejawami degeneracji, nieprawdaż? – „W czasach kryzysu rodziny, właściwe przedstawienie małżeństwa w podstawie programowej WDŻ, było kluczową kwestią, o którą upominały się organizacje społeczne”– podkreśliła z zadowoleniem Anna Świerzewska, analityk Ordo Iuris, cytowana w oświadczeniu organizacji.

Odwierty geotermalne to jedno z najważniejszych biznesowych przedsięwzięć redemptorystów. Jeśli uda im się wpiąć w sieć ciepłowniczą i dostarczać ogrzewanie do części mieszkań i firm w zachodniej części Torunia, zyski będą gwarantowane. W planach jest jeszcze uzdrowisko, ale zamiast strumienia pieniędzy – przybywa jedynie problemów. Ojciec Tadeusz Rydzyk poskarżył się niedawno, że na konto jego fundacji wciąż jeszcze nie dotarł przelew 19,5 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Stwierdził, że obiecana dotacja dla jego toruńskiej ciepłowni jest „przyznana, ale nie dana”. – „Mimo, że rządzi PiS, to wcale nie jest nam łatwiej. Dlatego mam zaufanie do rządzących bardzo ograniczone. To wszystko powinno już być i działać. Dwa i pół roku walczymy o to, co otrzymują inni obywatele” – żalił się w typowym dla siebie stylu, w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej. Nie zapomniał wskazać winnych tego staniu rzeczy.  – „Myślałem, że gdy przyjdą rządy Prawa i Sprawiedliwości, to nie będzie takiej blokady. Zastanawiam się czy bariery, na które napotykamy związane są z jakimś lobby, poprzednimi ideologami czy działaczami” – stwierdził.

Pozostawmy na uboczu pytanie, dlaczego ojcu Rydzykowi miałoby być łatwiej za rządów partii Jarosława Kaczyńskiego i łatwość, z jaką redemptorysta dopatruje się „jakiegoś lobby”. Prawda okazuje się znacznie prostsza. Jak ustalił portal Wirtualna Polska, pomysłodawca Geotermii Toruńskiej liczył na pieniądze… bez pokazywania faktur. Skąd taki wniosek? Fundacja o. Rydzyka nie udokumentowała fakturami poniesionych kosztów, a nawet nie złożyła wniosku o płatność zaliczki w ramach przyznanej dotacji. Tymczasem jest to rutynowa praktyka beneficjentów realizujących projekty geotermalne, a współpracujących z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. I chociaż gminy Szaflary, Lądek Zdrój oraz Sochaczew także czekają na środki, dla tamtejszych urzędników procedury są oczywiste. – „Przecież nie dostaje się pieniędzy do ręki, tylko trzeba zrobić przetarg, gdy inwestycje ruszą, przedstawia się faktury do rozliczenia” – mówi portalowi skarbnik jednej ze wspomnianych gmin.

To kuriozalna sytuacja, w której ojciec Rydzyk domaga się specjalnego traktowania, a do tego publicznie ponagla urzędników. I rzeczywiście może poczuć się rozczarowany, skoro wcześniej bez problemu wywalczył 26,5 mln zł odszkodowania za to, że za rządów PO-PSL państwo odstąpiło od finansowania jego geotermalnej inwestycji. Tyle, że po rekonstrukcji rządu o. Tadeusz Rydzyk stracił wpływowego protektora – prof. Jana Szyszkę, byłego ministra ochrony środowiska, częstego gościa toruńskich mediów redemptorysty, który wspierał jego inicjatywę geotermalną. Nowy minister Henryk Kowalczyk najwyraźniej nie podziela entuzjazmu poprzednika i porządkuje resort, i odkręca niektóre decyzje prof. Szyszki, szczególnie w sprawie działań leśników w Puszczy Białowieskiej. Nie można zapomnieć o dodatkowej okoliczności. Toruńską ciepłownią Rydzyk chciał stworzyć konkurencję dla miejskiej ciepłowni w Toruniu, która jeszcze do niedawna należała do francuskiej firmy EdF. Jednak od listopada 2017 roku polskie aktywa EdF stały się własnością kontrolowanej przez skarb państwa Polskiej Grupy Energetycznej, zatem konflikt z zagranicznym inwestorem przestał być aktualny. Państwowemu gigantowi konkurencja ze strony przedsiębiorczego zakonnika nie jest specjalnie potrzebna.

Tymczasem w sukurs o. Rydzykowi ruszyła posłanka Anna Sobecka, w przeszłości spikerka Radia Maryja. W interpelacji do ministra środowiska pyta, dlaczego NFOŚiGW nie udziela toruńskim redemptorystom pożyczki na odwierty z niskim oprocentowaniem. Posłanka pisze: „Potrzebna ciepłownia wciąż nie powstała, a sama inwestycja napotyka na ciągłe blokady. Ponadto obok dotacji potrzebna jest też pożyczka i własne środki. Tymczasem NFOŚiGW zaproponował pierwotnie tak złe warunki, jak nikomu innemu. Według szacunków zasoby geotermalne Polski mogą wielokrotnie zaspokoić nasze potrzeby energetyczne” – czytamy w portalu Onet.pl. Według Sobeckiej NFOŚiGW zaoferował spółce pożyczkę na sześć procent, podczas gdy inne podmioty miały ją dostawać na półtora procent. Przy tej okazji publicznie krytykuje ona również to, że redemptoryści „wciąż nie dostali pieniędzy na wydobywanie wód solankowych”.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o szambie PiS.

Jarosław Kaczyński osobiście odkręcił zawór szambiarki, z której chlusnęły wstydliwie dotąd skrywane złe słowa, przekleństwa i obelgi

Biblijną wieżę, zwaną w języku hebrajskim מִגְדָּל בָּבֶל, budowały narody w krainie Szinear po to, by ludzkość nie rozproszyła się w świecie. Bóg Jahwe, przeciwny idei zjednoczenia, pomieszał budowniczym języki i inwestycji nie udało się dokończyć, bo społeczności się rozpierzchły. Zdaniem wybitnego biblisty R.N. Whybraya opowieść ta przestrzega przed wybujałymi ambicjami, które zagrażając bożej supremacji, potrafią udaremnić ludzkie plany.

Jarosław Kaczyński, samozwańczy delegat Pana Boga na Polskę, który od dwóch lat pisze polską wersję Księgi Rodzaju, przerabia też przypowieść o wieży Babel. Jego wybujała ambicja traktuje inne poglądy jak zagrożenie dla własnej supremacji, a umiejętność majstrowania w ludzkich umysłach pozwala mu niweczyć polskie plany. Zatrzymał już naszą pogoń za rozwiniętymi krajami Europy. Zahamował proces integracji z cywilizowanymi narodami. Zanegował wspólnotę celów, a obiecujące projekty zastąpił mrocznymi wizjami z lat zniewolenia. Skłócił narody i społeczności, obudził strachy, wypuścił demony agresji, nienawiści i antagonizmów. I wciąż podkopuje fundamenty współczesnej unijnej wersji wieży, pracowicie wznoszonej przez narody jednoczące się wokół wspólnego celu – bezpiecznego, dostatniego i przyjaznego współistnienia.

Kaczyński nie jest ani mężem stanu, ani wybitnym myślicielem. Przeciwnie, wiele faktów dowodzi jego bezmyślności w konstruowaniu chorych idei oraz partactwa w ich realizacji. Jak więc udało mu się w ciągu dwóch lat rozwalić dorobek dwudziestu pięciu poprzednich? Myślę, że zdarzyło mu się przeczytać Księgę Rodzaju i wzorem Jahwe pomieszał Polakom języki. Przestaliśmy się rozumieć i żmudnie budowana konstrukcja nowoczesnego państwa zaczęła się sypać.

Proces wielkiej modyfikacji polskiego języka rozpoczął się chyba wraz z ogłoszeniem kresu „polityki wstydu”. Jarosław Kaczyński osobiście odkręcił zawór szambiarki, z której chlusnęły wstydliwie dotąd skrywane złe słowa, przekleństwa i obelgi. PiS zainaugurowało swoją politykę bezwstydu poczynając od przeróbki prawa.  Ustawy, przepychane w pośpiechu i podpisywane nocą przez zaspanego prezydenta w piżamie, zawierały treści niezrozumiałe nawet dla najwybitniejszych znawców języka prawa. Równocześnie rozmaite parafrazy języka urzędowego uniemożliwiły Polakom zrozumienie, dlaczego niszczenie państwa prawa nazywane jest przywracaniem reguł demokracji, a zawłaszczanie instytucji demokratycznych przez jedną partię to umacnianie praworządności.

Ale prawdziwe kłopoty rozpoczęły się dopiero, gdy kaczyńska rewolucja rozpełzła się poza nasze granice.  Świat nie pojął ani słowa z rzewnych opowieści o dobrej zmianie. Argumentów PiS nie udało się przełożyć na żaden spośród licznych języków Unii.  Mimo wymiany ministra spraw zagranicznych nadal jedynymi krajami Europy, gdzie jeszcze udają, że rozumieją Polskę, pozostają Węgry i Białoruś. Nic nie dały wysiłki ambasadorów, tyrady europosłów PiS i gromkie oświadczenia tych funkcjonariuszy Kaczyńskiego, którzy dzielą się premiami na najwyższych stanowiskach państwowych. Nie pomogła nawet wymiana premiera na takiego, który w Brukseli potrafi samodzielnie przywitać się, zamówić golonkę i trafić do właściwej toalety.  Ta roszada nie tylko nam nie pomogła, a wręcz zaszkodziła, bo koncepcje polskiego rządu wyrażane w lokalnej nowomowie można jeszcze zakwalifikować do kategorii dziwacznych obyczajów prowincjonalnych ludów, natomiast opisane językiem cywilizowanym porażają bezmyślnym, brutalnym cynizmem.  Obawiam się, że również przygotowywana w pośpiechu „biała księga” polskich przemian będzie dla naszych byłych europejskich przyjaciół jedynie katalogiem frazesów, albo wręcz zbiorem pustych kartek.

W schyłkowym Peerelu krążyły w narodzie kasety magnetofonowe z komentarzami Jacka Fedorowicza, który m.in. radził Polakom: – Jeśli w jakiejś sytuacji nie wiesz, co zrobić i jak postąpić – włącz dziennik TV i zachowaj się dokładnie odwrotnie, niż tam cię namawiają. Może faktycznie udałoby się coś zrozumieć z pisowskiej koncepcji sprawowania władzy, przestawiając znaczenia słów i całych zdań? Patriota = narodowiec i katolicki fundamentalista. Demokracja = dyktatura części narodu realizującej program partii władzy.  Odzyskiwanie godności = utrata autorytetu i przyjaciół. Niespotykane przyspieszenie polskiej gospodarki = czas pakować walizki.

Co dalej? Myślącym Polakom nie pozostaje nic innego, jak w oczekiwaniu na wybory zredagować sobie słownik wyrazów obcych, mylących i nierzadko paskudnych. A totalnej władzy nie pozostaje nic innego jak tylko powołać kolejny patriotyczny komitet – jakiś Narodowy Instytut Nazywania Rzeczy po Imieniu i uchwalić ustawę „O odnowionym języku dobrej zmiany”.  Odtąd każde słowo będzie musiało oznaczać dokładnie to, co zdefiniował nowo powołany Instytut, a używanie tego słowa w innym znaczeniu zagrożone będzie karą do 3 lat więzienia i ścigane na całym świecie.

Waldemar Mystkowski o rozumieniu działania ustawy o IPN przez PiS.

Wiceszef dyplomacji Bartosz Cichocki łaskawie rzecze, iż „każdy, kto powie, że były przypadki, że Polacy kolaborowali z Niemcami – nikt tego nie zamierza penalizować”. Ktoś taki jest delegowany do szefowania zespołowi ds. dialogu z Izraelem.

Izrael to odpuści, przecież nie będzie się wiecznie mocował z politykami, którzy zaprzeczają faktom. Ten „intelektualista” Cichocki mówi o ustawie o IPN, odwracając kota ogonem, bo w swojej wypowiedzi nie umieszcza informacji o wydawaniu przez polskich szmalcowników Żydów w ręce nazistów. Taki jest język PiS – kłamać. Otóż szmalcownictwo to nie były żadne „przypadki”, to było „hurtownictwo”, które otrzymało podkład w okresie międzywojennym politycznym antysemityzmem endecji, która – podobnie jak dzisiaj – miała poparcie Kościoła katolickiego. W czasie okupacji do aktów podobnych Jedwabnemu dochodziło w miejscach, gdzie endecja miała największe poparcie.

Tacy Cichoccy są groźni dla społeczeństwa, bo posługują się kłamstwem jako orężem politycznym, umniejszają naród polski, który w ich mniemaniu ma żyć w zakłamaniu o sobie, czyli w małości. Polaków stać na prawdę o sobie, iż wśród nich byli szmalcownicy, że są także chowający się po lasach wyznawcy nazizmu, którzy od czasu do czasu maszerują w różnych marszach – jak w Hajnówce – i mają wsparcie administracji PiS.

To jest poniżenie narodu polskiego. Tenże Cichocki ponadto stwierdził w rozmowie w Radiu Zet, że „ustawa o IPN ujawniła pokłady niewiedzy, uprzedzeń, nawet pogardy w stosunku do Polaków”. Nie słyszałem, aby polityk innego narodu powiedział o Polakach „kanalie i mordy zdradzieckie”. A to jest wykładnia pogardy do Polaków, ale też propagowanie zakłamania, jakim posługuje się Cichocki.

Inny kontekst ustawy o IPN dotyczy naszych relacji z Ukrainą. Jan Olszewski – wszak bliski kaczyzmowi – zwrócił uwagę, iż osławiony w Polsce Stepan Bandera nie miał niczego wspólnego z rzezią wołyńską, bo był w niemieckiej niewoli. Ba, „gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło”.

Do zbrodni tej doszło z powodów nacjonalistycznych, bo nieodpowiedzialni politycy swoimi „kanaliami i mordami zdradzieckimi” tworzą krwiożerczą atmosferę i nie dziwmy się, że następuje reakcja w postaci „wyrównania rachunków”. Syndrom Jakuba Szeli jest uniwersalny.

Zabić dobre stosunki z innymi narodami jest bardzo łatwo, takiej zbrodni dopuszcza się pisowska ustawa o IPN. PiS jej nie potrafi poprawić, w budowaniu dobrych relacji jest impotentny. Liczę, iż Polacy oprzytomnieją z tego otumanienia, choć nie mam złudzeń, że wychodzenie z choroby, jaką PiS zaraził Polaków, musi trochę potrwać. Nosiciel nienawiści będzie się jednak bronił się do końca swego upadku, taka jest logika oblężonej twierdzy. Reżimy upadają, bo upada państwo przez reżim zarządzane. Mam nadzieję, że Polacy dadzą wcześniej odpowiedź tym, którzy nazwali ich „kanaliami i mordami zdradzieckimi” i dopilnują tego przy urnie wyborczej, dopilnują, aby nie sfałszowano ich głosu suwerena.

Morawieckiemu słoma wystaje ze wszystkiego

To jedno z wielu haseł, które pojawiły się podczas protestu warszawiaków przeciw zawłaszczaniu przez PiS pl. Piłsudskiego, na którym mają stanąć pomniki ofiar katastrofy smoleńskiej i Lecha Kaczyńskiego. Na transparentach pojawiły się także takie napisy: „Nie ma nic wiecznego na pl. Piłsudskiego”, „Tu człowiek ma prawa, tu wolna jest Warszawa”, „Place, ulice, urzędy dla mieszkańców, nie dla polityków”.

Marsz pod hasłem „Tu wolna jest Warszawa” przeszedł z pl. Zamkowego pod pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego. Poprzedziły go wystąpienia. Kandydat PO i Nowoczesnej na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski powiedział, że w proteście nie chodzi o sam pomnik, tylko o to, w jaki sposób PiS, anektując plac Piłsudskiego, bez żadnych zgód i konsultacji, podejmuje decyzje. – „Jeżeli rządzący będą sobie zabierać kolejne place, ulice, to skończy się tak, że samorząd, ludzie, którzy są wybierani przez was w wyborach bezpośrednich – powoli nie będą mieli nic do powiedzenia, bo rząd PiS zafunduje nam w Warszawie namiestnika, który będzie podejmował wszystkie najważniejsze decyzje. I na to nie może być zgody” – mówił do zebranych Trzaskowski.

Były prezydent Warszawy, poseł PO Marcin Święcicki przypomniał, że za jego prezydentury postawiono pomniki m.in. Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego, Poległym i Pomordowanym na Wschodzie i dwa pomniki Józefa Piłsudskiego. – „Pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej powinien być pomnikiem, który nas zjednoczy – tam zginęli ludzie ze wszystkich opcji politycznych, ze wszystkich wyznań, rozmaitych instytucji. Tymczasem komuś zależy na tym, żeby tutaj nie było zgody, żeby te pomniki budować wbrew prawu, wbrew społeczeństwu, wbrew architektom, wbrew konsultacjom społecznym” – powiedział Święcicki.

Święcicki zauważył, że plac Piłsudskiego jest ważnym symbolem, który upamiętnia m.in. ok. 200 zbrojnych czynów oręża państwa polskiego oraz Jana Pawła II. Pomniki ofiar katastrofy smoleńskiej „mają swoimi gabarytami, rozmiarami przytłumić tamte pomniki. Mają być większe niż pomnik marszałka Piłsudskiego, wyższy niż Grób Nieznanego Żołnierza” – mówił poseł PO.

Protest zakończył się złożeniem kwiatów przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Manifestujący wysyłali także kartki do wojewody mazowieckiego, w których protestują „przeciw zawłaszczaniu przestrzeni publicznej w Warszawie”. Zapowiedzieli, że będą się spotykać regularnie, organizując przed urzędem wojewody „wojewodnice”, w odpowiedzi na miesięcznice Prawa i Sprawiedliwości.

Pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej ma zostać odsłonięty 10 kwietnia, a pomnik Lecha Kaczyńskiego jesienią, najprawdopodobniej 10 listopada.

„Temat stosunków polsko-żydowskich jest zbyt ważny, by mieszać go z innymi sprawami. Oczywiście problem stosunków polsko-ukraińskich też jest istotny, ale to sprawa innego rzędu. Należy ją traktować oddzielnie. Łączenie tych dwóch tematów jest rzeczą co najmniej dziwaczną” – powiedział w rozmowie z „Super Ekspressem” Jan Olszewski premier rządu RP w latach 1991- 92.

Tym samym, polityk odniósł się krytycznie do nowelizacji ustawy o IPN, którą na początku lutego prezydent Andrzej Duda podpisał i wysłał do Trybunału Konstytucyjnego. Czyniąc zarzut z tego, że „Polskim politykom sondażowe słupki przesłoniły racjonalne myślenie i realną twardą politykę”, powiedział o połączeniu kwestii Izraela i Ukrainy w jednej ustawie, że ma ona „charakter czegoś pomiędzy obsesją a dywersją”. Olszewski dodał: „Może to mocne słowa, ale tak to wygląda. Bo trudno znaleźć jakieś inne uzasadnienie”. 

Jeśli dać wiarę Faktowi, nocne głosowania w Sejmie to najgorsze co może się zdarzyć. Posłanki komentują zachowanie kolegów: „Popici już są. Wtedy hamulce puszczają”. Opowiadają o chamstwie i seksistowskich odzywkach, a nawet niewybrednie formułowanych seksualnych propozycjach.

Wicemarszałek Małgorzata Kidawa – Błońska apeluje: Niech wszystkie źle potraktowane przyjdą do mnie! Poseł PiS mówi: Wstyd mi czasem za tych baranów. Chwilami trudno w to uwierzyć, ale np. słowa ważnego polityka klubu Kukiza wywołały ostatnio lawinę komentarzy. I nie tylko wśród kobiet uznawanych za feministki. Słowa posła Jakubiaka skierowane do dziennikarki: „To ja mam być zadowolony”, wywołały prawdziwą burzę.

Wszystko to z wolna staje się w polskim parlamencie normą, bo „Fakt” zwraca uwagę, że bywają gorsze sytuacje i odzywki.

„Te, du**! I rechot do tego. I komentarz, jaką to du** mam” – opowiada gazecie jedna z posłanek.  I dodaje, że musi naprawdę zachowywać zimną krew, aby nie dać się wyprowadzić z równowagi – pisze dziennik.

„No chodź, do PiS cię wezmę, wiesz, kim jestem” – relacjonuje parlamentarzystka „zaloty” posła zapraszającego ją na seks. Ale bym ją wyru*** – usłyszała, gdy wchodziła na mównicę.

Kolejna opowiada „Faktowi”, jak przemawiała, a potem w kuluarach usłyszała: „Szkoda takiej dupusi na gadanie”.  Jeśli gazeta nie przesadza, to bez większego ryzyka można powiedzieć, że w polskim Sejmie robi się gorzej niż w najpodlejszych koszarach.

Potwierdza to poseł PiS, który dość blisko siedzi przy mównicy, a nie jest jednym z „rechoczących” i przyznaje dziennikarzowi:

„Uszy mi czasem więdną. Jakbym był pod przysłowiową budą z piwem. No, ale co mam zrobić?” – opowiada.

Znana parlamentarzystka PiS opowiada Faktowi, że decyzja marszałka Marka Kuchcińskiego o zamknięciu kuluarów dla dziennikarzy także podyktowana była troską o to, aby żurnaliści nie mieli styczności z posłami „pod wpływem”. – No co powiem? No, chamy czasem” – cytuje dziennik.

Wicemarszałek Sejmu Barbara Dolniak z Nowoczesnej dyplomatycznie mówi o tym, że „traktowanie ludzi” w pewien sposób świadczy o nich samych. Pięknie to powiedziane, ale niczego nie rozwiązuje i nie uczy. Zupełnie tak samo jak naiwne westchnienie którejś posłanki:

„…ja bym chciała, żeby prezes Kaczyński, znany ponoć z atencji do kobiet, tak kochający swoją matkę panią Jadwigę, zobaczył, co tutaj się dzieje w ławach jego posłów! Czy pozwoliłby na takie chamstwo, na takie obrażanie? Swojej matki też?” – cytuje „Fakt”.

Pięćdziesięciu żyjących polskich Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata złożyło swe podpisy, pod apelem wystosowanym do rządów, parlamentów i narodów Polski oraz Izraela, nawołującym do powrotu na drogę dialogu i pojednania.

„Nie zgadzamy się na skłócanie Żydów i Polaków. Apelujemy, aby nasze narody budowały przymierze i przyszłość, oparte na przyjaźni, solidarności i prawdzie” – czytamy w dokumencie, który wpłynął do KPRM.

„Nie zgadzamy się na skłócanie Żydów i Polaków. Apelujemy, aby nasze dwa narody połączone blisko 1000-letnią, wspólną historią, budowały w Polsce, Europie, Izraelu i Ameryce przymierze i przyszłość, oparte na przyjaźni, solidarności i prawdzie. My Sprawiedliwi, nosząc w pamięci prawdę o tamtych czasach, prosimy wszystkich o empatię i rozwagę, o wrażliwość przy tworzeniu prawa i odpowiedzialną medialną narrację, o uczciwe i niezależne badania historyczne – gdyż tylko takie służą wyjaśnieniu tego, co wymaga wyjaśnienia – o dialog i serdeczność” – podkreślają sygnatariusze listu.

Jak informuje PAP będzie on przekazany przez ambasadę w Warszawie premierowi Izraela i przewodniczącemu Knesetu. Trafił już do gabinetu premiera Morawieckiego i zostanie przekazany marszałkowi Sejmu Markowi Kuchcińskiemu.

Apel będzie również opublikowany w głównych mediach m.in. w Polsce, Izraelu, Stanach Zjednoczonych, Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Na przełomie roku Ministerstwo Sprawiedliwości poprosiło dziekana Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego o wskazanie kandydata do komisji organizującej egzaminy dla przyszłych komorników. Dziekan zaproponował Bartłomieja Swaczynę, który spełnia wszystkie warunki, by brać udział w pracach tej komisji. Jest on prawnikiem z tytułem dr. hab., specjalistą w zakresie zagadnień związanych z hipoteką, wykłada na UJ i już dwukrotnie był członkiem takiej komisji. Wydawało się więc, że wybór pana Swaczyny jest jak najbardziej słuszny, a jednak po niecałych trzech tygodniach został on odwołany.

Jak mówi Bartłomiej Swaczyna „21 lutego zadzwoniła do mnie dyrektor departamentu, informując, że zostałem odwołany przez pana ministra. Żadnego uzasadnienia (…)  Na pytanie, czy to jedyny sposób poinformowania mnie o decyzji, pani dyrektor odpowiedziała, że dostanę jeszcze zarządzenie ministra”. Na jego miejsce został powołany Czesław Kłak z niepublicznej Rzeszowskiej Szkoły Wyższej, specjalizujący się w prawie karnym i nie mający żadnego związku z postępowaniem egzekucyjnym.

Co ciekawe, nie ma żadnych regulacji prawnych, które pozwalałyby ministerstwu na takie działania. Przepisy mówią tylko o powołaniu komisji co dwa lata, ale nie ma słowa na temat procedury odwołania któregoś z członków. Ministerstwo, w odpowiedzi na zapytanie o podstawy prawne tej decyzji powołało się na Ustawę o komornikach sądowych i egzekucji, która wskazuje jedynie, że „kształtowanie 7-osobowego składu komisji egzaminacyjnej do spraw przeprowadzenia egzaminów konkursowego i komorniczego należy do Ministra Sprawiedliwości”. Bartłomiej Swaczyna ripostuje – „Przepis ustawy wskazuje na jednorazowy akt, zatem swoboda ministra kończy się z chwilą jego dokonania. Natomiast odpowiedź ministerstwa sugeruje, że minister według swojego uznania może zawsze określać skład komisji, także po jej powołaniu”.

Wydaje się, że problemem ministerstwa jest zaangażowanie pana Swaczyny w działalność KOD-u. Jest on członkiem zarządu małopolskiego tego ruchu, brał udział w demonstracjach przeciwko zmianom w sądownictwie, jakie wprowadziło PiS. Wielokrotnie wypowiadał się krytycznie o reformie ministra Ziobry. Danuta Czechmanowska, szefowa małopolskiego oddziału KOD nie ukrywa swojego oburzenia – „Bartłomiej Swaczyna nigdy nie ukrywał swoich poglądów. Reakcja decydentów jest śmieszna, oczywista, banalna i wykonana w stylu tej władzy. Nawet nie postarali się ukryć, że jest to grożenie palcem i ostrzeżenie dla tych, którzy bezkompromisowo i głośno mówią o bezprawnych działaniach obozu rządzącego. Groteskowa twarz władzy – bo Bartłomiej jest lubianym wykładowcą uniwersyteckim.  

Zaskoczony jest też dziekan Wydziału Prawa, profesor Jerzy Pisuliński. „Do tej pory, jeśli ministerstwo miało zastrzeżenia wobec wskazanej przez nas osoby, prosiło o wyłonienie innego kandydata. Takiego pisma w sprawie Bartłomieja Swaczyny nie dostaliśmy”

Cała ta sytuacja świadczy o jednym. Praworządność i sprawiedliwość w dzisiejszej Polsce jest coraz większą fikcją. Sprawa Bartłomieja Swaczyny to kolejny przykład karania obywateli, którzy nie popierają poczynań PiS-u i ostro wyrażają swój sprzeciw wobec łamania zasad demokracji i konstytucji. Wróciły czasy prześladowań za poglądy, które tak świetnie pamiętamy z okresu PRL. Obawiam się, że będzie coraz gorzej…

O premierze Morawieckim pisze Waldemar Mystkowski.

Wydawało się, że Mateusz Morawiecki będzie mniej prowincjonalny, mniej zahukany, niż Beata Szydło, bo jest absolwentem MBA i zna języki obce. Ba, nawet zaliczył epizod w szerokiej ekipie Donalda Tuska, gdzie chciał podrasować karierę. Nie udało się tam, za to wziął go Jarosław Kaczyński, gdyż ten kadr nie ma żadnych.

Morawiecki codziennie daje dowód, iż to polityk w garniturze od Armaniego i w butach od Gucciego, ale słoma wyłazi mu tak, że w oczy kole. Morawiecki zalicza więcej wpadek niż Beata Szydło, którą całkiem trafnie określa wydana dyspozycja dla bezdomnych, aby w mrozy nie wychodzili z domu bez potrzeby. Zdecydowanie gorsze są „rozważania” Morawieckiego o panującym w Polsce ustroju: „demokracja państwa narodowego”.

Dlatego nie bądźmy zdziwieni, iż Morawiecki składa hołd pod pomnikiem kolaborantów nazistowskich – Brygady Świętokrzyskiej. Nie bądźmy zdziwieni, gdy rozmawia z dziennikarzem z „New York Timesa” i pogłębia kryzys dyplomatyczny, o którym mówi cały świat.

Toż to chodzący kryzys, za Morawieckiego będzie płaciła Polska i my, jako obywatele. Gdzie nie otworzy ust, tam zalicza kompromitujace wpadki. Szydło popisywała się logoreą, Morawiecki wpadkami, bo ma luki w wiedzy humanistycznej, o literaturze, kulturze, tradycji. Mogę tylko sobie wyobrazić, jakie używanie mogą mieć unijne elity polityczne w Brukseli, dlatego za pierwszym pobytem dał stamtąd dyla, a za drugim musiał być delikatnie pouczony przez Donalda Tuska.

Morawiecki jest skazany zajmować się nieistotnymi imponderabiliami, przekładając posiedzenia rady ministrów. Rząd w czwartek będzie zajmować się ustawą o odebraniu stopni generalskich członkom WRON Jaruzelskiemu i Kiszczakowi. A także pierwszemu i jedynemu kosmonaucie polskiemu, a będzie nim w podręcznikach pisowskich szeregowy Mirosław Hermaszewski.

Morawieckiemu słoma wystaje ze wszystkiego, szczególnie drażni nieumiejętność posługiwania się językiem polskim. Premier na Twitterze napisał, iż „Dziś 65. rocznica zamordowania przez komunistów gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, człowieka, który całe życie poświęcił walce o niepodległość i suwerenność Polski”.

Wynika z tego, iż Fieldorf w okresie międzywojennym poświęcił się walce o niepodległość Polski i mierzył się z Józefem Piłsudskim. Chyba, że Fieldorf walczył… o kolonię dla niepodległej Polski, tj. o Madagaskar (po Beniowskim), który także był rozważany jako zsyłka dla Żydów. Popularnym endeckim hasłem ówczesnych Morawieckich było „Żydzi na Madagaskar”.

Dzięki takim politykom od słomy, jak Morawiecki, ciągle żywy będzie w naszej kulturze Fredro, Bareja, Mrożek. Dzisiaj występuje pilna potrzeba odświeżenia narracyjnej groteski, pokraczności Polski pisowskiej.

PiS zanotowało wyraźny spadek poparcia w najnowszym sondażu pracowni Kantar Public.

PAWŁOWICZ ZAORANA PRZEZ KURSKIEGO :))))

Kogo PiS robi z Polaków?

Dyskusje, jakie wywołała na całym świecie nowelizacja ustawy o IPN, nie służą Polsce. Można odnieść wrażenie, że pozycja, na którą pracowaliśmy przez ostatnich kilkadziesiąt lat, zostaje konsekwentnie niszczona pod pretekstem – o ironio – obrony dobrego imienia Polski. Na piątkowej konferencji w Brukseli przewodniczący Rady Europy – Donald Tusk, odniósł się do relacji Polski z Izraelem, określając zaistniałą sytuacją jako bardzo poważną, na którą jest „tylko jedna rada, a mianowicie – zatrzymać falę złych opinii o Polsce oraz antysemickich wypowiedzi w kraju.”  („Tusk do Morawieckiego: nie jest za późno na zwykłą ludzką przyzwoitość”) Na reakcje polityków PiS-u nie trzeba było długo czekać. Jak donosi portal wpolityce.pl do słów przewodniczącego Rady Europy odniosła się na antenie Radia Maryja prof. Krystyna Pawłowicz.

Mówienie o tym, że w Polsce „powinniśmy przestać szerzyć antysemityzm” jest jednostronnym uderzaniem w Polskę. Tutaj walka toczy się o to, że my nie wypowiadamy antysemickich stwierdzeń, rząd nie wypowiada się antysemicko, tylko broni dobrego imienia Polski i prawdy. Jest to dowód największej możliwej hipokryzji. To, co mówi pan Tusk jest niezwykle zakłamaną i fałszywą wypowiedzią”.

W dalszej części swojej wypowiedzi prof. Pawłowicz zarzuca poprzednim ekipom rządzącym całkowitą bierność i zakłamanie w tematyce „polskich obozów śmierci”. Odpierając natomiast argumenty na temat szerzącego się w Polsce antysemityzmu, prof. Pawłowicz powiedziała jednocześnie, że rząd tylko broni dobrego imienia Polski i prawdy. Pan Tusk najwyraźniej nie widzi drugiej strony – izraelskiej, która fałsz zadaje prawdzie. Tu toczy się walka o prawdę. W Polsce nie ma żadnych przejawów antysemityzmu. Jest jedynie fala obrony, również oddolnej obywatelskiej, dobrego imienia Polski.”

Gdyby nie fakt, że sytuacja jest niezwykle trudna, można by wyobrazić sobie PiS w roli obrażonego chłopczyka, który tupie na wszystkich, próbując ich ustawić w kącie. Taki niezrozumiały dla pozostałych rodzaj zabawy, w której nie chcą uczestniczyć i odwracają się. Tylko, to co się dzieje, nie jest zabawą. Trudno dzisiaj dokładnie przewidzieć, jakie będą długoterminowe skutki pisowskiego podnoszenia z kolan narodu, ale jednego możemy być pewni: naprawianie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej zajmie nam wszystkim wiele lat i wysiłku.

„Lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”.

Radosław Sikorski miał najmocniejsze wystąpienie w czasie Krajowej Rady Platformy Obywatelskiej w Warszawie.

SZACUNEK ZA TE SŁOWA 🇵🇱🇪🇺

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze: Niech żyje syf!

Brawo, drodzy. Dzięki wam Polska wstaje z kolan.

Nauczycielka języka polskiego w gimnazjum mojej córki opowiedziała o rodzicach uczennicy, którzy kilka lat temu zgłosili się do niej z pretensjami, że każe dzieciom czytać książkę Idy Fink. – „Po co to czytać? Czego uczy taka opowieść pozbawiona happy endu?” – dopytywali się.

Zdumiona nauczycielka nie wiedziała, jak zareagować na tak kretyński zarzut, więc starała się wytłumaczyć, że nie każda opowieść musi się kończyć happy endem i że smutne historie też bywają pouczające i mogą nieść ważne przesłanie wzbogacające młodego człowieka i rozwijające jego wrażliwość. Oni jednak nie odpuszczali, więc ostatecznie nauczycielka poinformowała ich, że jeśli się nie zgadzają, to ich dziecko może nie czytać tej książki, bo to lektura uzupełniająca, a nie podstawowa, obowiązująca wszystkich.

Dopiero po zakończeniu rozmowy wyjaśniło się, o co naprawdę chodziło. Szydło wyszło z wora. – „A w ogóle to po co polskie dzieci mają czytać książki żydowskich pisarzy? Niech się tego uczą żydowskie dzieci” – powiedzieli na odchodnym rodzice dziewczynki.

Ta rozmowa odbyła się w innej epoce. W Polsce nie rządził jeszcze PiS i antysemici wstydzili się wystąpić z otwartą przyłbicą. Ukrywali swój antysemityzm, bo uważali, że to przypadłość równie kłopotliwa i krępująca jak syfilis, dawniej noszący nazwę „niemocy kurewników i cudzołożników”. Broniąc umysłu swego dziecka przed myślami żydowskiej pisarki, musieli zdrowo się nagimnastykować, by podać jakiś wiarygodny powód swego sprzeciwu.

Jednak od tamtej pory w Polsce dokonała się „dobra zmiana” – dziś ofiary wirusa paradują z uniesionym czołem, chełpliwie głosząc wszem i wobec: „Jesteśmy dumnymi nosicielami”.

Brawo drodzy, ja też jestem z was dumny. Dla mnie to naprawdę zaszczyt i wielka radość obracać się wśród ludzi pokrytych ropiejącymi wrzodami, z powiększonymi węzłami chłonnymi i wypadającymi włosami. Dzięki wam Polska wstaje z kolan i odzyskuje należny jej szacunek wśród narodów świata.

A wszystko to zawdzięczamy Jarosławowi Kaczyńskiemu, który przywrócił nam godność, mówiąc: – „Nie ma się czego wstydzić; jesteśmy dumnym narodem i przedmurzem chrześcijaństwa, nie będą nam inni narzucać swoich norm politycznej poprawności”. Dzięki panu prezesowi świat patrzy z uznaniem, jak na terenach zamieszkałych przez mniejszość białoruską maszerują dziarscy rodacy sławiący imię Romualda Rajsa „Burego”, który w minionej epoce niesłusznie był uznany za zbrodniarza i mordercę białoruskich chłopów. Tymczasem dziś już wiemy, że to bohater narodowy i żołnierz wyklęty.

Niezmiernie wdzięczny jestem też panu prezesowi za zaprowadzenie porządku na polskich ulicach. Dawniej panowało tu całkowite bezhołowie i Polak czuł się jak obywatel drugiej kategorii, panoszyli się jacyś Ukraińcy, Niemcy, pełno było ciapatych, którzy bez skrępowania trajkotali w swoich narzeczach, jakby byli u siebie w domu. Dziś wreszcie nabrali trochę moresu.

A gdy jeden taki profesor uniwersytetu (to prawdziwa zakała polskości ci jajogłowi!) próbował z Niemiaszkiem gadać w tramwaju po ichniemu, to zaraz został przywołany do porządku przez patriotę, który dał mu w ryj. I dobrze. Wreszcie jesteśmy gospodarzami w swoim własnym kraju. Dziękujemy, panie prezesie. Niech żyje syf!

Waldemar Mystkowski o Morawieckim.

Polityki nie da się uprawiać – zwłaszcza na zewnątrz – kłamiąc przyjaciołom w żywe oczy. A tak postępuje premier Mateusz Morawiecki, kontynuując sławetną linię zwycięstwa 1:27 Beaty Szydło, tj. Jarosława Kaczyńskiego. A jeżeli tę samą miarkę moralną stosuje się do przyjaciół, tym samym ustawia się ich w szeregu nieprzyjaciół. I niedługo doświadczymy owoców dla Polski, odpowiednim potraktowaniem naszego kraju w organizacjach międzynarodowych, szczególnie w Unii Europejskiej.

„Ofensywa” europejska Morawieckiego bierze się tylko z jednego, rozpoczęcia gry o unijny budżet po 2020 roku. Karty przetargowe mamy żadne, same blotki o najniższych nominałach wiarygodności. Angela Merkel zapowiedziała, iż rozdział budżetu winien być powiązany z solidarnością w kwestii uchodźców, a komisarz Günther Oettinger uzależnić chce od praworządności.

Ofensywę Morawieckiego biorę w cudzysłów, jak jego samodzielność. Pijarowcy podpowiedzieli mu, aby spory wokół Holocaustu spowodowane nieszczęsną ustawą o IPN przewekslować na antypolonizm, który jakoby zagraża tożsamości Polski. Takiego argumentu użył Morawiecki w rozmowie z amerykańskim portalem Bloomberg, co w komentarzu zostało potraktowane zdziwieniem, wszak antypolonizm na sztandarach noszą najbardziej radykalne nacjonalistyczne grupy w Polsce. My w Polsce to wiemy, świat właśnie o tym się przekonuje.

Na szczycie w Brukseli Morawiecki usłyszał od Donalda Tuska bardzo nieprzyjemne słowa: „Wszyscy ciężko pracowaliśmy w Polsce, ja też, przez ostatnie 30 lat, nad dobrymi relacjami Polski ze światem zewnętrznym, w tym z Izraelem i wspólnotą żydowską. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś w kilka tygodni zrujnował całą tę robotę”.

Morawiecki przelotnie spotkał się z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem, zapowiedział, iż do czasu kolejnego z nim spotkania będzie gotowa „biała księga” w sprawie praworządności w Polsce. To ma być odpowiedź na uruchomienie artykułu 7 Traktatu UE, który może na końcu skutkować sankcjami wobec Polski.

W czasie, gdy Morawiecki w Brukseli mamił polityków europejskich i Junckera, profesor Uniwersytetu Middlesex w Londynie, Laurent Pech, przeanalizował inny niedawny wywiad Morawieckiego dla „Spiegla” i wykazał kłamstwa premiera polskiego rządu.

„Morawiecki w wywiadzie dla „Der Spiegel” mija się z prawdą?

Otóż w „białej księdze” zapowiadanej przez Morawieckiego powinna znaleźć się analiza prof. Pecha z Uniwersytetu Middlesex, podana w skondensowanych wpisach na Twitterze.

Co tymi kłamstwami zyska Morawiecki? Nic. Przedłuży agonię Polski. I gdyby był w miarę uczciwy w stosunku do swego kraju i rodaków, po przyjęciu rozdziału unijnych pieniędzy – mam jednak nadzieję, że PiS do tego czasu nie będzie u władzy – Morawiecki za dawnym premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem zakrzyknie (jednak odwrotnie do „yes, yes, yes”): no, no, no!

Duda niezłomny jak plastelina

Krzysztof Siemieński, były działacz „Solidarności”, miał otrzymać z rąk prezydenta Andrzeja Dudy Krzyż Wolności i Solidarności.

Siemieński odmówił Dudzie.

Działacz opozycji w czasach PRL Krzysztof Siemieński to kolejna osoba, która odmówiła przyjęcia odznaczenia z rąk Andrzeja Dudy. – „Poczekam z przyjęciem Krzyża Wolności i Solidarności do czasu, kiedy w Pałacu Prezydenckim zamieszka lokator rzeczywiście godny miana Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej” – napisał Siemieński w liście, który złożył w Kancelarii Prezydenta.

Siemieński podkreślił, że Andrzej Duda ślubował stać na straży Konstytucji i przekonywał, że jest człowiekiem niezłomnym. – „Nie kwestionuję pańskiego mandatu do pełnienia urzędu, na który został Pan powołany zgodnie z wolą większości wyborców głosujących w wolnych demokratycznych wyborach. Obejmując ten urząd, ślubował Pan jednak stanie na straży Konstytucji RP. Mówił Pan wtedy o sobie, że jest człowiekiem niezłomnym. Niestety, ze smutkiem stwierdzam, że niezłomny jest Pan co najwyżej jak plastelina w rękach prezesa rządzącej dzisiaj Polską partii” – podkreślił w liście.

Wyraził oburzenie z powodu tego, że Duda nie stanął w obronie Władysława Frasyniuka, „wyprowadzonego o szóstej rano z domu w kajdankach, z rękami skutymi z tyłu”. Siemieński napisał, że dziś jest tak samo zniesmaczony działaniem władz państwowych, jak wtedy, kiedy sam walczył z komunistyczną władzą.

Na swoim profilu na Facebooku umieścił skan dokumentu, który złożył w Kancelarii Prezydenta. Jak pisze Siemieński, zdaje sobie sprawę, że adresat tego listu prawdopodobnie nawet go nie przeczyta. – „Nie mogłem postąpić inaczej wobec tego, co dzieje się dzisiaj w Polsce. (…) gdybym postąpił inaczej, czułbym się jeszcze bardziej niekomfortowo niż teraz” – napisał były opozycjonista.

Minister edukacji narodowej Anna Zalewska ma kolejny „genialny” pomysł. Chce, aby szkolni katecheci mogli być wychowawcami klas. Według obowiązującego od 1992 r. rozporządzenia, osoby uczące religii w szkołach, nie mogą pełnić obowiązków wychowawców.

Projekt Zalewskiej dający możliwość powoływania katechetów na wychowawców klas trafił do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji publicznych. Rozporządzenie może zacząć obowiązywać w kolejnym roku szkolnym 2018/2019.

Przypomnijmy, że nauczyciel religii jest opłacany przez szkołę, ale o zatrudnieniu decyduje biskup, przyznając i odbierając misję kanoniczną. Dyrektor w praktyce nie może nawet zwolnić katechety. W szkołach religii uczą osoby świeckie, ale także księża i zakonnice. Program nauczania opracowywany jest przez Episkopat.

Jak swój pomysł uzasadnia MEN? – „Na potrzebę zmiany przepisu w tym zakresie wielokrotnie wskazywali przedstawiciele kościołów i innych związków wyznaniowych prowadzących nauczanie religii w szkołach. Kwestia ta jest także poruszana w interpelacjach poselskich oraz w zapytaniach kierowanych do Ministerstwa Edukacji Narodowej, zarówno przez dyrektorów szkół, nauczycieli religii, jak i rodziców” – napisano uzasadnieniu. Brakuje jeszcze stwierdzenia, że domagają się tego Polki i Polacy…

Zamiast krytykować trzeba się od nich uczyć. Wciskanie kitu to specjalność wielu. Tak się składa, że od ponad dwóch lat wyścig w tej kategorii prowadzą: jedynie słuszna partia rządząca oraz zaprzyjaźniona z nią część polskiego kościoła. Trzeba przyznać, że oba „podmioty” opanowały tę umiejętność do perfekcji. Dlatego nie krytykujemy tylko jesteśmy pełni uznania. Tym razem wyścig wygrywa nowatorska metoda wychowawcza kościoła. Mowa tu o nowym podręczniku do katechezy, który służyć będzie nauczaniu religii w polskich szkołach. 

Oto rada dla dzieci z rubryczki “Wprowadź w życie”: „postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“. Każdy przyzna, że umiejętność oszczędzania to szlachetna i pożyteczna cecha. W przypadku jednak zdolności do oszczędzania dla kogoś, możemy mówić już o wyższym stopniu umiejętności, być może nawet o swego rodzaju talencie. A kto nie chciałby mieć utalentowanego dziecka?

Kościół oczywiście nie potrzebuje tej kasy, bo ma w końcu nie byle jakie wsparcie bezdomnych. To jest wyłącznie szlachetny zabieg wychowawczy, który słusznie wprowadza lewaków w osłupienie podszyte zazdrością.

A tak serio? Od pewnego czasu naiwni pocieszają się, że tego już „ciemny lud nie kupi”, że tym razem oni sobie zaszkodzą, może nawet się „wyłożą”. Otóż nie, ciemny lud kupi więcej niż nam się wydaje.

Tomasz Moskal na koduj24.pl recenzuje książkę Anny Bikont „My z Jedwabnego”.

Żeby była jasność – nie mam najmniejszych wątpliwości, że o dobre imię własnego kraju trzeba dbać! Głównie jednak za sprawą mądrych, odpowiedzialnych zachowań, racjonalnej i rozsądnej polityki, która pielęgnując własną historię równocześnie szanuje partnerów. Nigdy przez wprowadzanie durnych, martwych, cieszących średnio wyedukowaną gawiedź przepisów, które jednocześnie osłabiają naszą pozycję międzynarodową.

To, że prezydent jest zakładnikiem myśli prezesa nie dziwi mnie w ogóle. Był czas przywyknąć. Nie mogę jednak zdzierżyć i najzwyczajniej mną trzęsie, gdy widzę jak bardzo ta niska, koniunkturalna i perfidna decyzja o grze antysemityzmem wpłynęła na instynkty. I jak w jej efekcie z najbardziej schowanych, brudnych i nikczemnych zakamarków wypełzać zaczęły ohydne narodowe, etniczne, społeczne, ekonomiczne i edukacyjne uprzedzenia…

Jak wiele okrutnych i plugawych słów padło. I jak wielu ludzi, także z grona moich znajomych, zdjęło maski, ukazując antysemickie, prostackie mordy. To akurat nie problem, będzie okazja, by uszczuplić grono moich „bliskich”. Gorzej, że ten cyniczny taniec z diabłem niszczy nadzieję i wiarę w to, że nie wszystko jeszcze stracone.

Nigdy nie mogłem zrozumieć, skąd w człowieku rodzi się pogarda rasowa. Z czego wynika nienawiść do innych ludzi tylko dlatego, że wierzą w innego Boga, mają inny światopogląd czy ciemniejszą karnację. Dziś zrzucam to na karb ignorancji, miałkości charakteru i kompleksów tych, którzy oblepieni narodowymi barwami często nie znają nawet własnej historii.

A wystarczy, zamiast karmić się populizmem, sięgnąć do źródeł. Przeczytać kilka książek, ogarnąć kilka świadectw, pojechać na Majdanek lub do Oświęcimia. A potem uderzyć się w pierś, uśmiechnąć do świata i spróbować zrozumieć ludzi! Tylko czy można tego oczekiwać od Imperium Ortalionu i dyktatury chamstwa, którym ta władza dała siłę i przekonanie o wielkiej wartości?

Jest wiele książek, świadectw, opracowań historycznych i relacji, po których przeczytaniu wielu osobom antysemicki krzyk zamarłby w gardłach. Jest wstrząsający „Dziennik z lat okupacji” Zygmunta Klukowskiego, fenomenalna książka Anny Kłys „Tajemnica Pana Cukra”, jest wreszcie coś, przy czym milkną wszelkie bezsensowne dywagacje – „My z Jedwabnego” Anny Bikont.

Wisława Szymborska napisała o niej: – „To jest najsmutniejsza książka, jaką czytałam napisana przez najbardziej pogodną osobę, jaką znam”. Ryszard Kapuściński uznał ją za: – „Jedną z najważniejszych i najbardziej dramatycznych książek w powojennej Polsce”, a Marek Edelman stwierdził, że: – „Lektura tej książki wywołuje niemal fizyczny ból, nie sposób się od niej oderwać. Anna Bikont z niezwykłą przenikliwością wczuwa się w cierpienie ofiar i daje porażający obraz nienawiści, która latem 1941 r. ogarnęła mieszkańców miasteczka Jedwabne, nienawiści, która pokutuje tam po dziś dzień”.

Lektura tej książki poraża. Oddanymi z reporterską dbałością o szczegóły historiami zaplanowanej metodycznie, odrażającej i ohydnej zbrodni dokonanej przez Polaków na Żydach. Zbrodni wynikającej z ignorancji, chęci wzbogacenia się kożuchem lub kołdrą, zawiści rasowej i materialnej. Zbrodni będącej efektem spirali niechęci, antysemickiej propagandy i jadu sączonego w proste głowy przez polityków, nacjonalistów, kler. Poraża także tym, jak zmowa milczenia wokół zbrodni przechodziła z pokolenia na pokolenie. A wraz z nią także nienawiść, pogarda i zawiść. Także względem tych, którzy chcieli uderzyć się w pierś. Poraża wreszcie tym, jak niewiele się wokół zmieniło…

Lektura książki Bikont nie jest sprawą łatwą. Ten głos i tę relację trzeba jednak poznać. Zanim zabierze się głos w gorącej dyskusji i wypowie słowa, które nie będą mieć żadnego znaczenia!

Bożena Chlabicz-Polak pisze o nowym demonie.

Oglądajcie „Telewizję Republika”. Od tego może zależeć wasza przyszłość i miejsce w narodowej wspólnocie. Bo demon krąży ponad Polską! Demon… intelektualizmu.

Tymczasem media adresowane do totalnej opozycji owszem, straszą na potęgę, ale głównie antypolonizmem i syberyjskimi mrozami. A o demonie cisza. Zmowa milczenia nie obejmuje – na szczęście dla nas wszystkich – źródeł informacji adresowanych do „suwerena”, bo tam nie tylko się o demonie informuje szeroko, ale nawet podejmuje działania naprawcze.

Tym większa więc zasługa redaktora Pawła Wrońskiego z „Gazety Wyborczej”, który w końcu zdemaskował wysłannika piekieł w tekście „Egzorcysta III…”. Pomógł mu przypadek. O problemie groźniejszym niż pandemia grypy skojarzona ze zwycięstwem opozycji w wyborach samorządowych dowiedział się programu w Telewizji Republika. I natychmiast poinformował o tym czytelników „Wyborczej”, chociaż dla nich na ratunek i tak jest już – zdaje się – za późno…

Demon bowiem – jak wynika z relacji redaktora – infekuje ofiary skłonnością do refleksji i myślenia krytycznego, czyli bezproduktywnego mędrkowania, awanturnictwa i dzielenia włosa na czworo. A że dodatkowe objawy opętania przez demona to utrata zdolności do bezwzględnego posłuszeństwa autorytetom i ślepej wiary w nieomylność przywódców, skutki epidemii mogą się okazać opłakane dla przyszłości całego narodu.

Przywleczony przez demona wirus intelektualizmu pokonuje barierę krew-mózg ofiary i dokonuje nieodwracalnych spustoszeń w korze nowej, zmieniając statystycznego suwerena (szczerego patriotę całym sercem popierającego „dobrą zmianę”) w zwolennika totalnej opozycji, czytującego do poduszki „Gazetę Wyborczą”. Ta straszliwa zaraza godzi więc w podstawowe wartości, odbiera tożsamość i dziesiątkuje zastępy prawdziwych Polaków, przerabiając ich na gromadę liberalno-lewackich marionetek na usługach Brukseli.

Na domiar złego, demon atakuje niepostrzeżenie. Zarażeniu intelektualizmem nie towarzyszą plamy na skórze, szpotawość kolan, skolioza świadcząca z daleka o spaczeniu charakteru, czy choćby kaszel albo chrypa. Jedyne, co może świadczyć o infekcji, to osłabienie wzroku, skutkujące noszeniem okularów. Co jednak – w dobie powszechnego dostępu do soczewek kontaktowych – jest łatwe do ukrycia. Innym objawem zakażenia bywa roztargnienie, przez które jednostki opętane przez intelektualizm dają się przyłapać w miejscach publicznych z egzemplarzem „Gazety Wyborczej” lub białą różą w aktówce.

O zarażeniu może też świadczyć umiarkowanie w komentarzach nieprzychylnych totalnej opozycji, sceptycyzm wobec niektórych ustaw forsowanych przez obóz władzy (na przykład tej o IPN) czy nieobecność na miesięcznicach smoleńskich. Bo – niestety – zakażeni trafiają się także w otoczeniu partii rządzącej i wśród jej zwolenników.

Co tam robią? Karierę, oczywiście. Co podpowiada im świeżo nabyty intelektualizm. Infekcja jest więc wyjątkowo niebezpieczna, a na dodatek nieuleczalna tradycyjnymi metodami. Bo nie da się jej wykurować żadnym antybiotykiem, niestety. Trochę pomaga szczepionka w postaci religii od przedszkola, ale lobby antyszczepionkowców nie bez racji przekonuje o groźnych skutkach ubocznych przymusowej immunizacji. Ta wyznaniowa być może odpowiada za epidemię antyklerykalizmu.

Rząd próbuje też zwalczać zagrożenie za pomocą reformy szkolnictwa, mediów publicznych i instytucji kultury, więc ogniska intelektualizmu zostały w ostatnim czasie wyraźnie ograniczone do największych miast po zachodniej stronie Wisły, co nie znaczy, że można już spocząć na laurach. Tym bardziej, że – jak dowodzą sondaże – opętanie skłonnością do racjonalnego myślenia ciągle dotyczy co najmniej 60 procent populacji.

Na szczęście jest jeden sposób. Egzorcyzmy mianowicie. I w tym cały kłopot. Bo skutecznym wypędzaniem demona intelektualizmu zajmuje się nad Wisłą zaledwie jeden ksiądz – Piotr Glas. To właśnie jego oglądał redaktor Wroński w Telewizji Republika.

Stacja w poczuciu misji regularnie gości egzorcystę przed kamerami, bo tylko w ten sposób może on dotrzeć z pomocą do szerokiego grona zagrożonych opętaniem. To zresztą sprawdzony patent. Już kiedyś, za Peerelu, też łatano braki kadrowe w służbie zdrowia za pomocą szklanego ekranu, z którego uzdrawiał publiczność Anatolij Kaszpirowski. Podobno miał wyniki. Więc może i tym razem…

A tak poza tym, to już samo oglądanie mediów sprzyjających „dobrej zmianie” powinno zresztą chronić przed działaniem demona, bo intelektualizmu w nich mniej więcej tyle, co siarki w zapałce.

„Powiedziałem premierowi Morawieckiemu, że sytuacja jest bardzo poważna, dotyczy bezpośrednio polskich interesów, reputacji i polskiej pozycji w świecie” – poinformował przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Obaj politycy spotkali się podczas nieformalnego szczytu państw europejskich w Brukseli i rozmawiali o kryzysie polsko-izraelskim.

Tusk stwierdził, że „trzeba zrobić wszystko, żeby zatrzymać dwie fale: po pierwsze – falę złych opinii o Polsce, a ta fala przypomina już dziś wręcz tsunami, i drugą falę – niemądrych i nieprzyzwoitych ekscesów, antysemickich wypowiedzi w kraju”. Jego zdaniem, „obóz rządzący ma wszystkie narzędzia, by zatrzymać obie te fale, jeśli tylko tego rzeczywiście chce”.

Były premier dodał, że „wszyscy ciężko pracowaliśmy w Polsce nad dobrymi relacjami Polski ze światem zewnętrznym, w tym Izraelem i wspólnotą żydowską. Nie możemy pozwolić, aby ktoś w kilka tygodni zrujnował całą tę robotę. Nie jest jeszcze za późno na konkretne działania, tak jak nie jest za późno na zwykłą ludzką przyzwoitość” – zaapelował do premiera Morawieckiego Donald Tusk.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, czym powinni zajmować się politycy, a czym historycy.

Czy politykom PiS właśnie na tym zależało, by przywrócić nasze relacje z Ukrainą z czasów, gdy zło między nami grało pierwsze skrzypce?

Zacznę od tego, że wszelkie akty przemocy, mające znamiona ludobójstwa, są dla mnie grozą nie do zrozumienia. Nieważne, gdzie miały one miejsce. Wołyń, Małopolska Wschodnia, tereny byłej Jugosławii, Rwanda, ZSRR… wszystkie one powinny być potępione i zapamiętane na zawsze jako największe zbrodnie człowieka przeciwko człowiekowi.

Dlaczego o tym wspominam? Od kilku tygodni PiS zafundowało nam niezłą jazdę, otwierając puszkę Pandory, czyli nowelizując ustawę o IPN. Wszyscy skupili się na jednym wątku, związanym z Holokaustem i antyżydowskimi działaniami Polaków podczas okupacji niemieckiej. W ferworze dyskusji, chwilami wręcz kłótni o interpretację nowego zapisu, grożącego karą więzienia każdemu, kto naruszy polską godność narodową, ginie gdzieś dodany artykuł 2a, odnoszący się do naszego wschodniego sąsiada. Patrz Ukraino i drżyj, bo nadchodzi czas, gdy Polska rozliczy Ciebie za działania antypolskie, którymi „są czyny popełnione przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1925–1950, polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności. Zbrodnią ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą Niemiecką jest również udział w eksterminacji ludności żydowskiej oraz ludobójstwie na obywatelach II Rzeczypospolitej na terenach Wołynia i Małopolski Wschodniej”.

Dla wielu Polaków ten zapis w ustawie jest satysfakcjonującym zadośćuczynieniem za krzywdy, jakich Polska doznała od Ukrainy. Za UPA, Banderę, Wołyń. Sprawiedliwości musi stać się wreszcie zadość, a i sama Ukraina powinna pochylić się nad zbrodniami, jakie miały miejsce w naszej wspólnej historii. Ciekawa jestem, czy ktokolwiek z tych, tak radośnie przyklaskujących znowelizowanej ustawie, zastanowił się choć przez chwilę, skąd ten Bandera, OUN, ta nienawiść do Polski. Dlaczego dla nas to terroryzm i zbrodnia, a dla wielu Ukraińców bohaterski akt walki o wolność i niezależność?

Pominę okres, gdy Bolesław Chrobry najeżdżał na Ruś. Nie będę wgłębiała się w historię aż do XIV wieku, kiedy to Bolesław Jerzy II, książę i pan Rusi, zawarł układ z Kazimierzem Wielkim i uznał go za dziedzica Rusi. Odpuszczę pojawiający się konflikt na tle narodowym i wyznaniowym, który zaowocował powstaniami w wiekach XVI oraz XVII. Mamy wiek XX. Zakończyła się I wojna światowa, a w Wersalu zwycięskie mocarstwa układały na nowo Europę. Polska odzyskała niepodległość. Ukraina miała podobne marzenie. Wprawdzie pierwszą decyzją konferencji w Wersalu było przekazanie Polsce tymczasowego zarządu nad ukraińską Galicją, jednak mocarstwa zastanawiały się, czy o przyszłości tych ziem nie powinien zadecydować plebiscyt, co dla Ukrainy było takim „światełkiem w tunelu”.

Już w latach 1917-1918 Ukraińcy, pełni poczucia krzywdy, wymierzyli „dziejową sprawiedliwość”, mordując ok. 2 tysięcy Polaków, co zdecydowanie wpłynęło potem na politykę władz polskich wobec nich. Natomiast w latach 1918–1919 Polska, realizując swój plan wytyczenia po swojemu polskiej granicy wschodniej, toczyła walkę o Lwów z Zachodnioukraińską Republiką Ludową, na Wołyniu z Ukraińską Republiką Ludową, w wyniku ofensywy 1919 roku zajęła cała Galicję Wschodnią po Zbrucz. W obliczu zagrożenia bolszewikami 21 kwietnia 1920 r. podpisana została umowa z atamanem Semenem Petlurą, na mocy której Polska uznała niepodległość Ukrainy, Ukraina zrzekła się pretensji do Galicji Wschodniej i części Wołynia i oba państwa nawiązały sojusz przeciwko bolszewikom. Po odbiciu Kijowa Piłsudski powiedział: – „Polska i Ukraina przeżyły ciężką niewolę. […] Wolna Polska nie może być istotnie swobodna, dopóki naokoło panuje wciąż hasło poddawania woli narodowej przy pomocy terroru. […] Szczęśliwym będę, kiedy nie ja – mały sługa swego narodu – ale przedstawiciele sejmu polskiego i ukraińskiego ustanowią wspólną platformę porozumienia. W imieniu Polski wznoszę okrzyk: Niech żyje wolna Ukraina!”.

Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy Polska podpisała z Rosją pokój w Rydze, kończący wojnę polsko – rosyjską. Szef polskiej delegacji Jan Dąbski, godząc się na wykluczenie Ukrainy jako pełnoprawnego partnera w rokowaniach, pogrzebał nadzieje Ukraińców na niepodległość. Również i sam Józef Piłsudski nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo propolska Ukraina miała w jego zamyśle stanowić bufor między Polską a bolszewicką Rosją. Ostatecznie jednak Galicja Wschodnia i zachodni Wołyń znalazły się w II Rzeczypospolitej, Ruś Zakarpacka weszła w skład Czechosłowacji, Besarabia i Bukowina w skład Rumunii, a większość terytorium dzisiejszej Ukrainy znalazła się pod władzą sowiecką jako Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka, od grudnia 1922 w składzie ZSRR.

Chociaż Polska podpisała tzw. „mały traktat wersalski”, który mówił o prawach mniejszości narodowych oraz zagwarantowała równe prawa wszystkim obywatelom Państwa Polskiego w konstytucji marcowej 1921 roku, to jednak w praktyce nie wyglądało to najlepiej. Władze polskie rozpoczęły natychmiastową polonizację Kresów Wschodnich. Spolonizowano urzędy, usuwając z nich wszystkich, którzy odmawiali składania przysięgi na wierność państwu polskiemu. Zlikwidowano także ukraińskie katedry na uniwersytecie we Lwowie, a studiować mogli jedynie ci, którzy odbyli służbę w Wojsku Polskim. W grudniu 1920 r. Sejm wydał ustawę o dużej pomocy finansowej dla byłych żołnierzy i inwalidów wojennych, którzy zdecydowaliby się osiedlić na Wołyniu.

Ukraińcy stawili ostry opór wobec działań polskiego rządu. Partie polityczne nie uznały polskiego państwa, zbojkotowano udział w spisie powszechnym, zaczęły powstawać tajne koła i stowarzyszenia, a od lipca 1921 r. rozpoczął swą działalność Tajny Uniwersytet Ukraiński, na którym studiowało 1500 Ukraińców. Wraz z innymi tajnymi uczelniami został on zlikwidowany przez polskie władze w 1925 roku. W ciągu 10 lat liczba szkół ukraińskich spadła z 2500 do ok. 500.

Trudno się dziwić, że wśród Ukraińców wzrastała coraz bardziej niechęć do polskiej władzy i rodzimy nacjonalizm cieszył się coraz większą popularnością. Wprawdzie sytuacja zmieniła się po przewrocie majowym, gdy piłsudczycy próbowali zmienić relacje polsko–ukraińskie na bardziej przyjazne, ale już w tym czasie ukraiński nacjonalizm mocno się zakorzenił, a poczucie krzywdy i niesprawiedliwości było zbyt silne, by Ukraińcy chcieli zaakceptować zmianę na lepsze. Mimo licznych inwestycji i działań na rzecz pojednania nacjonaliści ukraińscy nie dali się przekonać. W obawie przed zagrożeniem idei „narodowej rewolucji” utworzyli w Wiedniu Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). W ciągu pierwszych kilku miesięcy dokonali aż 200 aktów terroru i sabotażu, podpalając w Małopolsce Wschodniej gospodarstwa Polaków i „ugodowych” Ukraińców. Wówczas Piłsudski nakazał siłą przywrócić spokój. W ciągu 10 tygodni przeszukano setki ukraińskich gospodarstw, aresztowano 30 byłych posłów na Sejm, rozwiązano ukraińskie organizacje młodzieżowe, których struktury zostały opanowane przez nacjonalistów, zamknięto trzy gimnazja ukraińskie w Rohatynie, Drohobyczu i Tarnopolu. Policja prowadziła rewizje w poszukiwaniu broni i ulotek propagandowych. Nie obyło się bez licznych nadużyć. Dewastowano przy tym meble, niszczono żywność, stosowano nawet kary „chłosty”. Zeneida z Zamoyskich Koziełł-Poklewska wspominała: – „Polskie wojsko brutalnie pacyfikowało ukraińskie wsie. Słynne »tulipany« nie należały do rzadkości. Dziewczęta ukraińskie wieszano za nogi głową w dół i wtedy spadające spódnice przypominały tulipany”.

Mimo wielu prób uspokojenia sytuacji, spirala nienawiści coraz bardziej się nakręcała. W 1931 roku bojownicy OUN zamordowali Tadeusza Hołówkę, orędownika porozumienia polsko – ukraińskiego, a w 3 lata później ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, który próbował rozładować napięcia w Małopolsce Wschodniej. Przywódców OUN Stepana Banderę i Romana Szuchewycza schwytano i skazano na karę śmierci. W 1934 r. Polska wypowiedziała „mały traktat wersalski”, a prowadzona akcja przeciw prawosławiu, która spowodowała, że do 1938 r. zniszczono na Lubelszczyźnie 138 cerkwi, nie poprawiła relacji z Ukraińcami. Dochodziło do profanacji i niszczenia przedmiotów kultu religijnego, dewastowano cmentarze prawosławne i biblioteki. Władze polskie siłą starały się nawrócić na katolicyzm mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej. Wprawdzie w międzyczasie znowu próbowano załagodzić konflikt, wypuszczając, w ramach okazania dobrej woli, niektórych działaczy OUN z Berezy Kartuskiej, zamieniając Banderze wyrok śmierci na dożywocie, obniżając kary za przestępstwa polityczne, ale wydaje się, że była to już „musztarda po obiedzie”.

Potem mamy już lata II wojny światowej, pacyfikację wsi polskich przez ukraińskich nacjonalistów i w odwecie pacyfikacje wsi ukraińskich, które okrucieństwem nie różniły się między sobą. Po zakończeniu wojny mamy obóz w Jaworznie, przez który przeszło 3873 więźniów ukraińskich, w tym 823 kobiet i nieletnich. 162 osoby zmarły w nim, a ile zmarło już po wyjściu w następstwie tortur, tego już nie dowiemy się nigdy. Mamy akcję „Wisła” czyli wysiedlenia ludności ukraińskiej, łemkowskiej i bojkowskiej z Bieszczad. Jedni twierdzą, że jej celem było zniszczenie UPA, inni podkreślają, że w ramach odpowiedzialności zbiorowej dotknęła niewinnych ludzi.

Mamy za sobą lata ciężkiej, bardzo trudnej, pracy nad normalizacją stosunków sąsiedzkich z Ukrainą i… mamy teraz tę nieszczęsną nowelizację ustawy o IPN, która przywraca całe zło historii i czyni z niej narzędzie polityki. Polityki dla mnie zupełnie niezrozumiałej. Ukraina pała oburzeniem. Nacjonaliści ukraińscy podnoszą głowę. Padają słowa o żądaniu odszkodowania za polską okupację Ukrainy Zachodniej, o rozliczenie Polski za doznane krzywdy. Czy o to właśnie chodziło? Czy politykom PiS właśnie na tym zależało, by przywrócić nasze relacje z Ukrainą z czasów, gdy zło między nami grało pierwsze skrzypce?

Z historią tak już jest. Nigdy nie jest ona biała lub czarna. Każdy naród inaczej ją postrzega, inaczej ocenia, bo kieruje się swoim, narodowym myśleniem. Może warto pozostawić historię historykom. Może warto, by to oni, w zespołach polsko-ukraińskich wypracowali wspólne stanowisko, ustalili obiektywny przekaz faktów. Może warto wreszcie uwolnić historię od polityki, bo takie połączenie nigdy nie buduje, a raczej niszczy wzajemne relacje. I może warto, zanim samemu się oceni, najpierw dobrze poznać, dlaczego stało się tak, że człowiek stanął przeciwko człowiekowi, że miały miejsce tak straszne zbrodnie. Akurat w tym przypadku nie ma sensu rozkładania winy na szale i odmierzania, kto bardziej, kto mniej. Obie strony mają swoje za uszami. Obie strony nie wychodzą z tej historycznej potyczki zwycięsko. Obie strony nie mają czym się szczycić.

Kilka dni temu szef MSZ Ukrainy Pawło Klimkin powiedział: – „Gotów jestem uznać winę niektórych przedstawicieli Ukrainy czy oddziałów za zabijanie Polaków na Wołyniu. (…) A czy wy jesteście na to gotowi?”. Odpowiedzi polskich władz na te słowa nie usłyszałam…

Najważniejsza jest ideologia – to prawda znana od wieków. Zna ją również Prawo i Sprawiedliwość. Zresztą wszyscy wiemy, że „czym skorupka za młodu…” itd. Dlatego katastrofa smoleńska powinna być przez dzieci przemyślana i właściwie zrozumiana. Niektóre szkoły już o to zadbały.

W podlaskich gimnazjach oraz szkołach ponadgimnazjalnych ogłoszono po raz kolejny konkurs historyczno-literacki. Tym razem temat brzmi: „By czas nie zaćmił i niepamięć. W poszukiwaniu prawdy o Katyniu, Smoleńsku i Obławie Augustowskiej”. Sekretariat konkursu, jak informuje „Gazeta Wyborcza” mieści się w biurze poselskim Jarosława Zielińskiego, wiceministra spraw wewnętrznych i administracji.

Jak podkreśla Bożena Dzitkowska, p.o. kuratorka z Podlasia ma to być „wzmacnianie wychowawczej roli szkoły ku patriotyzmowi, szacunkowi do ojczyzny i historii”.

Zieliński uważa, że skoro posłowie uznali w kwietniu w 2010 r., że katastrofa w Smoleńsku ma prawo nosić miano największej tragedii w powojennej historii Polski, to w szkołach powinny być zorganizowane apele, akademie, spotkania, programy artystyczne i inne przedsięwzięcia o charakterze edukacyjnym. Równocześnie zaznacza, że nikt nie narzuca szkołom w jaki sposób mają uczcić rocznicę katastrofy. O tym mają decydować rady pedagogiczne i dyrektorzy szkół. Ważne jest jednak, by nie zaniedbywać polskiej historii.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie problem, którą wersję wydarzeń szkoła powinna wybrać. Właściwie my wszyscy nie wiemy, która jest obowiązująca. Z jednej strony mamy profesjonalny raport komisji Millera, z drugiej podkomisja smoleńska pod wodzą Macierewicza nadal „tworzy”. Czy więc od dyrektora szkoły i jego poglądów będzie zależało czego dowiedzą się uczniowie? Czy dojdzie do manipulacji młodzieżą i umacniania w nich przekonania, że katastrofa w Smoleńsku była zamachem, a nie wypadkiem?

Minister Zieliński nie widzi problemu, wręcz przeciwnie widzi pozytywne aspekty tej sytuacji. – „Chcemy też wiedzieć, czego w tej sprawie nie wiemy i młodzież będzie zapewne sobie wyrabiała na ten temat pogląd. Też wyrobi sobie pogląd na temat manipulacji dotyczącej katastrofy smoleńskiej”. I dalej: „Nawet jeśli sobie tylko uzmysłowi to, że ma kłopoty ze znalezieniem podstawowej wiedzy po ponad sześciu latach od katastrofy, to już jest dużo. To znaczy, że uświadomi sobie miejsce i okoliczności, w jakich żyje. Jeśli uświadomi sobie dalej, że prawda podlega manipulacji, to też dobrze. Uświadomienie sobie choćby tylko tego ma wartość”.

Rydzykowi za mało. Więcej i więcej ryczy

Pisarka Maria Nurowska napisała na temat budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w centrum Warszawy.

Maciej Stuhr wypowiedział się na temat narracji historycznej polityków PiS.

„Mimo że rządzi PiS, to wcale nie jest nam łatwiej. Dlatego mam zaufanie do rządzących bardzo ograniczone. To wszystko powinno już być i działać” – „żalił się” Tadeusz Rydzyk podczas zorganizowanej w jego szkole konferencji „Polityka Surowcowa Państwa”. Chodzi o przyznaną mu przez Jana Szyszkę dotację w wysokości 19,5 mln zł. Za te pieniądze Geotermia Toruń (kontrolowana przez Rydzyka) ma wybudować ciepłownię.

Rydzyk stwierdził, że realizacja przedsięwzięcia napotyka cały czas na problemy, a wszystko bardzo długo trwa. – „Myślałem, że gdy przyjdą rządy Prawa i Sprawiedliwości, to nie będzie takiej blokady. Zastanawiam się, czy bariery, na które napotykamy, związane są z jakimś lobby, poprzednimi ideologami czy działaczami. Nie wiem, co to jest. Dotacja jest przyznana, ale nie oznacza to, że dana. Do tego trzeba mieć jeszcze pożyczkę i własne środki” – skarżył się dalej Rydzyk. Powiedział, że pożyczka z NFOŚiGW na Geotermię Toruń mogłaby być udzielona na prawie 6 proc., a inni – chociaż oczywiście nie wymienił tych „innych” – otrzymywali na 1,5 proc.

Pewnie już niedługo przekonamy się, jak bardzo szybko po takiej reprymendzie PiS znajdzie sposób rozwiązania „problemów” Rydzyka. Dodajmy tylko, że przez ostatnie 2,5 roku na przedsięwzięcia tego redemptorysty z budżetu państwa, czyli z naszych kieszeni, przekazano ponad 73 mln zł!

Z serii „ksiądz proboszcz poleca ” dieta-cud. Nie żryjcie cukierków, rzućcie na tacę! (Z podręcznika do religii dla kl. V).

Waldemar Mystkowski pisze o Bonkowskim.

Co nie działa w politykach PiS? Jaki mechanizm im szwankuje? Mateusz Morawiecki twierdzi, że w Polsce prawo zostało wymienione na naród i mamy „demokratyczne państwo narodowe”. Morawiecki nie jest pierwszym politykiem PiS, który nie zna Konstytucji RP, owej cieniutkiej książeczki, jak nowela „Janko Muzykant”.

Stanisław Karczewski zapowiedział, że nie będzie działać ustawa o IPN, mimo podpisania jej przez prezydenta Andrzeja Dudę. Może politycy PiS nie wiedzą, co mówią, a może nie wiedzą, co mówić. W każdym razie z tego dobrodziejstwa, że ustawa nie będzie działała, postanowił skorzystać senator PiS Waldemar Bonkowski. Dla ułatwienia – Bonkowski to ten gościu, co bił swoją żonę, bo mu przeszkadzała romansować z uczestniczką miesięcznic smoleńskich.

Na swoim profilu na Facebooku Bonkowski zamieścił klip zmontowany z nazistowskich materiałów propagandowych, przedstawiających żydowskich kapo, zaś na ścieżce dźwiękowej pobrzmiewa wesoła muzyka klezmerska. Senator nadto linkuje strony antysemickie, jak choćby z portalu prawy.pl, na którym autorzy dzielą się nazistowską narracją: „Prawda Żydów w oczy kole. Kolaboracja Żydów z Niemcami podczas II wojny światowej”.

Ponadto Bonkowski zamieścił na swoim profilu „Słownik żydowski”, m.in. z takimi hasłami: „Dialog – sytuacja, gdy Żyd mówi, a goj słucha. Antysemita – człowiek, który ma czelność bronić swoich praw przed arogancją i pazernością Żydów. Ludobójstwo – zabicie Żyda przez goja”.

Antysemityzm w PiS jest faktem. Bonkowski to postać wyjęta z przedwojennych antysemickich tumultów, gdy w Polsce nienawiść do Żydów była o podobnym natężeniu, jak w nazistowskich Niemczech. Pomocniczość endecka w Holocauście dała znać o sobie w Jedwabnem i dziesiątkach podobnych wyczynów „sąsiadów”.

Czym się różni „parch” Rafała Ziemkiewicza od klasyki antysemickiej, „Żyda Suessa”, filmu nazistowskiego z 1940 roku? Co? – jeszcze Jacek Kurski nie wyemitował w TVP?

Nienawiść i pogarda to powszechne emocje w partii Kaczyńskiego. Parch, kanalia, morda zdradziecka. Na świecie zauważono i odnotowano także, że największy antypolonizm panuje w Polsce. Z takimi osobnikami, jak Bonkowski, który wysypał się, bo wystąpił przed szereg, nigdy nie wybrniemy z konfliktu dyplomatycznego z Izraelem.

Mocno zalatuje „ostatecznym rozwiązaniem”.

Ośmieszanie Polski przez PiS. Na świecie postrzegani jesteśmy jako antysemici, ksenofobi i głupcy

Kuba Wątły (Superstacja) przypomina kolaboracje polskich duchownych z nazistami i brak działań Kościoła ws. rozliczenia się z pedofilii.

Aż jedenaście minut trwał monolog Tadeusza Rydzyka, w którym przekonywał: – „Lewicowo-liberalne media mogą przygotowywać kolejny atak na Radio Maryja”. Postanowił więc ostrzec swoich słuchaczy i zalecił, żeby nie udzielali wywiadów. – „Oni nam nie darują naszego głosu, ta strona liberalno-lewicowa. To może być przygotowywanie kolejnego ataku mediów na Radio Maryja, a może i w kontekście tego ataku międzynarodowego lewactwa na Polskę, może i uderzyć w Polskę. Trzeba bardzo uważać (…) Widzimy, co robią, jakie siły uruchamiają. To atak na Polskę, na Kościół Katolicki. Obawiam się, że oni coś szykują następnego. Widać, że oni nam nie darują tego, że jesteśmy, jacy jesteśmy” – mówił Rydzyk.

Pod żadnym pozorem nie wolno takich dziennikarzy traktować po przyjacielsku. – „Niekiedy nasze spontaniczne słowo czy obraz to materiał, który można wykorzystać w różnych sytuacjach i różnie nim manipulować, wyciąć z kontekstu (…) Znając media liberalne, nieżyczliwe Kościołowi, Polsce, trzeba mieć dystans. Nawet do tych spoza Polski. Wypowiedzi można zmanipulować. (…) Z ofiary można zrobić kata i odwrotnie. Na różne sposoby to się robi”.

Rodzina Radia Maryja ma brać przykład z samego Rydzyka, który jak przyznał, nie udziela wywiadów. Zauważył, że jeśli on ich odmawia, to „tak zwani dziennikarze” próbują kontaktu gdzieś indziej, m.in. w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. – „Zapraszają na kawę i mają ze sobą ukryte mikrofon i kamerę” – mówił. Redemptorysta zaapelował do słuchaczy, by donosili o przypadkach, gdy będą zgłaszali się do nich jacyś dziennikarze.

Opowiedział o swoim nieżyjącym już bracie jako osobie wykorzystanej przez media. – „Przyszła do niego jakaś pani, to była zima, i mówi, że chce porozmawiać o Radio Maryja i bracie, czyli o mnie. I ten brat, po wylewie, nie jest już taki błyskotliwy jak przed chorobą, powiedział do żony po imieniu „Halinka, zrób pani herbatę, bo zimno jest”. Życzliwie ją przyjął, a co ona powypisywała, jakie kłamstwa, w jakim nakładzie! To było uderzenie w Radio Maryja”– mówił Rydzyk, ale nie dodał, z jakiego medium była „jakaś pani”.

A poza wszystkim Rodzina Radia Maryja ma – zdaniem Rydzyka – słuchać audycji toruńskiej rozgłośni, czytać „Nasz Dziennik” i oglądać Telewizję Trwam. – „Nie potrzeba nam udzielać wywiadów w innych mediach, my mamy swoje” – zaznaczył. I to jakie! Rydzyk stwierdził, że wśród nie tylko polskich, ale i światowych mediów, katolickie jest tylko Radio Maryja i TV Trwam.

Wielokrotnie pisałem o kontrowersjach, które budziło wprowadzenie przez Antoniego Macierewicza odczytywania podczas uroczystości tzw. apelu smoleńskiego. Nie będzie on już obowiązkowy, gdy organizator chce mieć wojskową asystę honorową – donosi gazeta.pl.

Decyzja Macierewicza o konieczności odczytywania podczas apeli pamięci poległych także nazwisk ofiar katastrofy smoleńskiej była nieformalna – czytamy w gazeta.pl. Nie był to ani rozkaz, ani prawne zarządzenie, ale polecenie było faktycznie stosowane z uwagi na oczekiwanie i presję byłego już ministra.

MON „po cichu” wycofuje się ze stosowania tej decyzji. – „Zgodnie z ceremoniałem wojskowym podczas uroczystości, w których uczestniczy wojskowa asysta honorowa, apele pamięci oraz apele poległych mogą, ale nie muszą być odczytywane. Apele są każdorazowo, indywidualnie opracowywane lub konsultowane na poszczególne uroczystości” – informuje resort.

Odczytywanie tzw. apelu smoleńskiego podczas rocznicy Powstania Warszawskiego krytykowali nawet ludzie związani z PiS – Bronisław Wildstein czy historyk prof. Andrzej Nowak. Trzeba przypomnieć obchody wybuchu II wojny światowej w ubiegłym roku. „PiSowska lekcja patriotyzmu na Westerplatte”. A obchody rocznicy Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu – z powodu apelu smoleńskiego – odbyły się bez udziału wojska.

Waldemar Mystkowski pisze o „sukcesie” ustawy o IPN.

Podpowiedzi pisowskich „orłów” na kryzys dyplomatyczny z Izraelem.

Ustawa o IPN, która wg marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, ma jakoby nie działać (być martwym prawem), odniosła „sukces”. Oto mamy wojnę dyplomatyczną Polski z Izraelem oraz innymi państwami. Globalne media dotychczas nam wielce sprzyjające (np. „New York Times”) odkrywają, iż antysemityzm w Polsce ma się dobrze, bo PiS dziwnym trafem uwolnił demony przeszłości. Wojna przechodzi na kolejny poziom – najgroźniejszy – bo społeczny.

Oto wpływowa amerykańska organizacja żydowska Ruderman Family Foundation w akcji „Never Deny” zbiera podpisy pod petycją do Białego Domu o zawieszenie stosunków dyplomatycznych z Polską.

Co na to nasi? Nie mogę spamiętać nazwiska szefa polskiej dyplomacji, który na szczęście nie zaapelował do amerykańskiej Polonii o reakcję na „Never Deny”. Acz znając pokraczność pisowskich polityków, nie można zakładać kolejnej ich głupawki. Wszak niepytany może poczuć wzmożenie patriotyczne Mateusz Morawiecki i kolejny raz zaserwuje bigos po polsku, którego świat nie chce spożywać i wywala do kubła na śmieci.

Rozpoczęły się już podpowiedzi „orłów”, co mógłby w tej sytuacji zrobić polski rząd. Wzbił się na wyżyny intelektu naczelny „Do Rzeczy” Paweł Lisicki, który w wywiadzie dla swego portalu, ostrzega: – „Polskie władze w żadnym wypadku nie powinny robić wrażenia, jakby ustępowały pod wpływem siły i szantażu”. I zachęca rząd do dogmatycznej metodologii pisowskiej: – „Odpowiedzią na to, co się dzieje, powinno być na przykład wznowienie ekshumacji w Jedwabnem, które wreszcie by do końca wyjaśniła, co się tam tak naprawdę wydarzyło”.

Polityka funeralna, polityka hien cmentarnych, ta łopatologia jest bliska sercu każdego sympatyka partii Jarosława Kaczyńskiego. Inny „orzeł” – naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz – wpadł na „genialny” pomysł, jak dowiedzieć się, czy ktoś jest Polakiem, czy nie: – „Jeżeli nie wiesz, czy Twój rozmówca jest Polakiem, zapytaj go, co czuje. Takie kryterium to najwspanialszy spadek po naszej historii, która daje nam powód do dumy”.

Tak robią nam koło pióra „orły” pisowskie. Oj, będzie co sprzątać przez wiele, wiele lat po tych nielotach.

PiS narobił w Polsce gnoju

.

Państwo PiS znalazło się pod czerwona latarnią.

Ewa Siedlecka pisze o zmianie ustroju i konstytucji przez PiS (fragment).

Preambuła pisowskiego projektu konstytucji zaczyna się od słów „w imię Boga wszechmogącego” i nie przewiduje już miejsca dla „osób niepodzielających tej wiary”. Odwołuje się wyłącznie do „tysiącletnich dziejów związanych z chrześcijaństwem”. A więc kryterium wiary katolickiej jako element przynależności do narodu jest silnie eksponowany.

Co do kryterium krwi nie ma w pisowskim projekcie konstytucji jednoznacznego odniesienia. Jednak jego art. drugi stanowi: „Rzeczpospolita Polska strzeże swej suwerenności, która jest warunkiem zachowania dziedzictwa wszystkich pokoleń Polaków oraz rozwoju osoby we wspólnocie narodowej”. A więc można przypuszczać, że przynależność do narodu polskiego będzie oceniana poprzez „rozwój osoby we wspólnocie narodowej”.

Jeśli ktoś się w tej wspólnocie nie „rozwijał”, może mieć problemy z uznaniem go za Polaka. Nawiązując do sporu pisowsko-izraelskiego o ustawę o IPN, można będzie mieć wątpliwość, czy osoba „rozwijająca się” we wspólnocie kulturowej i wyznaniowej żydowskiej, choć od pokoleń w rodzinie obywateli polskich, uznana będzie za pełnoprawnego członka „narodu polskiego”. Nie w sensie etnicznym, ale politycznym: tego „narodu”, który przewiduje pisowska wizja konstytucji.

„Radio Maryja kumpluje się z każdym, kto może osiągnąć władzę oraz osobami, które są u władzy. To nie jest chrześcijańskie” – powiedział na spotkaniu w Zawierciu biskup Tadeusz Pieronek. Sala Miejskiego Ośrodka Kultury pękała w szwach – trzeba było dostawiać krzesła – opisuje „Dziennik Zachodni”.

Uczestnicy spotkania zadawali wiele pytań. Jedno z nich dotyczyło angażowania się przez księży w politykę. – „Polityka to roztropna troska o dobro wspólne. Każdy z nas powinien być w to uwikłany. Jest też także inne pojęcie polityki. Dotyczy zdobywania władzy, sprawowania władzy oraz przekazywania władzy innym. I do tego pojęcia Kościół nie powinien dokładać nawet paznokcia. To autonomia świecka. Duchowni są od tego, aby głosić Słowo Boże” – powiedział bp Pieronek.

Odpowiedział także na pytanie dotyczące Radia Maryja. – „Jest taki ośrodek w Polsce, który nazywa się Radio Maryja. To ośrodek, który zobowiązuje. To nie jest polski pomysł. Jeśli dobrze pamiętam, to pomysł zrodził się we Włoszech. Też miał kłopoty, ale się nawrócił. Nasze Radio Maryja kumpluje się z każdym, kto może osiągnąć władzę oraz osobami, które są u władzy. To nie jest chrześcijańskie” – stwierdził.

Bp Tadeusz Pieronek odniósł się także do obaw, że chrześcijaństwo może zostać zniszczone przez islam. Jego zdaniem, tak się nie stanie pod warunkiem, że chrześcijanie zmienią nastawienie. – „Jeżeli będziemy traktować wybiórczo zasady życia moralnego, to jest to kpina. Nie wystarczy nam metryka lub tradycja. Wypisać z Kościoła się nie da. To kwestia chrztu i wiary. Można to zatracić, jeśli się nie żyje wiarą. Jeśli się nie żyje wiarą, to taka wspólnota nie ma szansy przetrwać” – mówił bp Pieronek.

Apelował, żeby odróżniać migrantów, którzy szukają lepszego miejsca do życia, od uchodźców, uciekających przed wojną, aby ocalić swoje życie.

Rząd robi kolejny krok ku przejęciu całkowitej kontroli nad każdym obszarem życia. Tym razem pod lupą znalazły się zbiórki publiczne.

Przygotowana przez MSWiA nowelizacja ustawy o zbiórkach publicznych z którą zapoznali się dziennikarze Onetu, zakłada, że „Rząd będzie mógł zablokować każdą zbiórkę publiczną, jeśli uzna, że jej cel będzie sprzeczny z zasadami życia społecznego lub będzie naruszał ważny interes publiczny”. Dotychczas wszystko było proste. Organizator rejestrował zbiórkę na portalu zbiórki.gov.pl. i tyle. Tylko w przypadku zbiórki niezgodnej z prawem, była ona blokowana (art. 15 ustawy). Teraz, jeśli minister uzna, że cel zbiórki zgłoszonej na portalu rządowym narusza zasady, zawarte w ustawie, ma prawo ją po prostu wykreślić. Organizator będzie musiał w ciągu trzech dni określić inny cel zbiórki i poinformować o tym resort. Jeśli tego nie zrobi, wówczas jego akcja zostanie zablokowana, a pieniądze przejdą na cel wskazany przez ministra.

Obecny minister MSWiA Joachim Brudziński wspomniał w Sejmie o zmianach ustawy podczas swojego wystąpienia w trakcie ostrej debaty o narastającym w Polsce faszyzmie i neonazizmie. Odniósł się wtedy do zarzutów dotyczących zgody na zbiórkę, jaką prowadziła Duma i Nowoczesność, by zebrać pieniądze dla Walusia, człowieka, który zamordował Chrisa Haniego – czarnoskórego przywódcy partii komunistycznej w RPA. Czy rzeczywiście można wierzyć, iż tyko w takim przypadku ustawa ta będzie stosowana?

Organizacje pozarządowe są pełne niepokoju. Obawiają się, że tak sformułowana ustawa może stać się narzędziem walki obecnego rządu z organizacjami, które nie są przychylne władzy. To wprowadzenie dodatkowej kontroli organizacji pozarządowych i ograniczenie ich finansowania. Przedstawiciele kilku NGO-ów nie ukrywają, że to daje ministrowi szansę zablokowania zbiórek pieniężnych, organizowanych przez KOD, Obywateli RP czy WOŚP.  Do MSWiA trafiła już w tej sprawie petycja, podpisana przez 30 NGO-sów.

Ministerstwo oczywiście uspokaja. Wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker wyraźnie podkreśla „że proponowane przepisy nie mają na celu ograniczenia jakiejkolwiek działalności podmiotów, które przeprowadzają na co dzień zbiórki publiczne. Proponowane rozwiązanie będzie miało swoje zastosowanie jedynie w sytuacjach nadzwyczajnych (…) Jesteśmy otwarci na dialog i współpracę z organizacjami, które przeprowadzają zbiórki publiczne. W ramach konsultacji społecznych odbędzie się m.in. spotkanie, na które zostaną zaproszeni przedstawiciele sektora pozarządowego”.

Jakoś nie bardzo wierzę w szczere intencje rządzących. Przez te dwa lata wyraźnie pokazali, że niby chcą dobrze, niby wszystko zgodnie z zasadami demokracji, a zawsze okazywało się to kolejnym skróceniem smyczy, na jakiej prowadzone jest społeczeństwo polskie. Czy WOŚP nam jeszcze zagra? Czy wciąż możemy czuć się pełnoprawnymi obywatelami dzisiejszej Polski? Czy ta wzrastająca kontrola państwa nad nami czegoś nam nie przypomina?

Tamara Olszewska

Były minister obrony Antoni Macierewicz, przewodniczący Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem nie daje za wygraną i konsekwentnie drąży temat przyczyn katastrofy, w czym efektywnie wspiera go prawicowa prasa.

„Gazeta Polska” ujawnia np. kolejne „rewelacje”, potwierdzające teorie o wybuchu na pokładzie rządowego samolotu nad lotniskiem Siewiernyj.

„Kto majstrował przy skrzydle Tu-154? Nieznane nagranie z nocy przed katastrofą” – tak zapowiada swoje odkrycia z najnowszego wydania. Tygodnik pisze o materiałach pochodzących z lotniskowych kamer, które podobno zarejestrowały ruch niepowołanych osób kręcących się przy Tupolewie.

10 kwietnia 2010 roku, nad ranem kamery Wojskowego Portu Lotniczego Warszawa – Okęcie zarejestrowały nieprawidłowości w pracy BOR – podaje tygodnik. Zauważa, że na nagraniu widać osoby dokonujące nieustalonych czynności przy lewym skrzydle samolotu. „Tuż przed godz. 5 w nocy, przez blisko 15 minut, zarejestrowani na nagraniu osobnicy dokonują jakichś czynności przy tej części skrzydła, gdzie według podkomisji smoleńskiej nastąpiła seria eksplozji” – pisze autor artykułu.

„GP” zapewnia, że zasięgnęła opinii doświadczonego mechanika lotniczego, a ten twierdzi, że „nikt z obsługi technicznej lub załogi nie robiłby niczego aż tak długo przy tym jednym elemencie maszyny (chyba że wystąpiłaby poważna awaria, a takiej przed samym wylotem nie odnotowano)”. Tygodnik pyta więc: Kto to mógł być? Niestety, bliżej tego nie wyjaśnia, nagranie pochodzi bowiem z kamer, które umieszczone były daleko od stojącego na płycie lotniska Tupolewa.  Mimo to były minister obrony Antoni Macierewicz twierdzi autorytatywnie: „Kwestia eksplozji w tym miejscu nie ulega wątpliwości” i przypomina, że według podkomisji wybuch nastąpił właśnie w rejonie lewego skrzydła.

„Występują tam zniekształcenia w największym stopniu wskazujące na wybuch, bo to stamtąd został wyrwany i przeleciał kilkadziesiąt metrów do przodu pierwszy dźwigar lewego skrzydła” – cytuje Antoniego Macierewicza „GP”.

Co na to były przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Maciej Lasek. Na Twitterze przypomina o wcześniejszych ustaleniach, z których jasno wynika kim byli ludzie z nagrań: „Między godzinami 4.00 a 5.40 rano 6 techników z 36splt wykonywało obsługę bieżącą samolotu Tu-154M. Opisane w raporcie.

Oczywiście zapis z kamer przemysłowych był dostępny podczas prac Komisji Millera i zapewne prokuratury też. O 5.05 rozpoczęła się próba silników, a o 5.30 kontrola pirotechniczna. O 6.30 załadowano do luków samolotu bagaż. Przed 7.00 miejsca zajęli ostatni pasażerowie i oczekiwano na przybycie Prezydenta”.

Wcześniejsze ustalenia w sprawie katastrofy smoleńskiej wprawdzie zniknęły ze stron rządowych – wraz z przejęciem władzy przez PiS – jednak nadal są dostępne na stronie faktysmolensk.niezniknelo.com – podaje portal naTemat.

Waldemar Mystkowski pisze o bezprawiu PiS.

Jak dementują, to coś musi być na rzeczy. W PiS wszak syndrom „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” jest dogmatem partyjnym. Przecieki z centrali Nowogrodzkiej wypływają następującej treści: – „Kaczyński jest wściekły na Morawieckiego za jego długi język”. Po co więc rzecznik PiS Beata Mazurek dementuje: – „Mówienie czy pisanie, że Prezes Jarosław Kaczyński jest wściekły na Premiera Mateusza Morawieckiego to totalna bzdura. Nie skłócicie nas bez względu na to do czego będziecie się posuwać”? Pomijam nielogiczność ostatniego zdania i interpunkcję.

Takie komunikaty nie powstają w próżni. Oto kolejny lapsus (nazywam eufemistycznie) Morawieckiego w wywiadzie dla „Der Spiegel”: – „Polska jest demokratycznym państwem narodowym”. Ufff… ciarki przechodzą po plecach. A jeżeli ma się na uwadze, w jakich pochodach depcze tatuś premiera Kornel Morawiecki i kto z ugrupowania Kukiz’15 wszedł do Sejmu obecnej kadencji, ciarki zamieniają się w podejrzenia i to o barwie brunatnej.

Czy może nas uspokoić sytuacja – o czym zawiadomiła publikę w radiowej Trójce rzecznik rządu Joanna Kopcińska – iż „powstał zespół ds. walki z faszyzmem”? Czujecie tę pisowską mietę przez rumianek? Wszak o tej mięcie niedawno Joachim Brudziński mówił w Sejmie, że w Polsce nie ma faszyzmu, a Mariusz Błaszczak – bywszy ministrem spraw wewnętrznych – utrzymywał, że to margines marginesu.

A teraz powołuje Brudziński zespół. To z kim będzie ten zespół resortowy walczył? Z faszyzmem, który jest „narodową demokracją” (wszak to definicja politologiczna)? Wynika z tego, że PiS będzie częściowo walczył ze sobą, bo w obowiązującej Konstytucji RP mamy zapisany inny ustrój niż twierdzi Morawiecki: demokratyczne państwo prawa.

Poprzednik Brudzińskiego, Błaszczak, rozmontował system zwalczania przestępstw z nienawiści i faszyzmu. w listopadzie 2016 roku rozwiązany został Zespół ds. Ochrony Praw Człowieka, który był kluczową rządową komórką ds. walki z rasizmem, antysemityzmem czy homofobią. Wycofano podręcznik dla policjantów do rozpoznawania przestępstw motywowanych nienawiścią i dyskryminacją, bo wg sławnego wiceministra od konfetti Jarosława Zielińskiego, policjanci uczyli się z niego nienawiści do środowisk prawicowych, jakoby niesłusznie symbol falangi znalazł się na liście symboli nienawiści.

Oj, skrzeczy pisowska rzeczywistość. Zajmują się naprawianiem tego, co sami sknocili, a że inaczej nie potrafią, tylko knocić, można spodziewać się, że nie będą walczyć z faszyzmem, tylko przy okazji rozszerzą definicję faszyzmu i tę walkę przekierują na społeczeństwo obywatelskie.

Kaczyńskiego widzieć w ciuchach więziennych. Satysfakcja dla Polaków murowana!

„Z niepokojem odnotowuję, że w naszym społeczeństwie – tak ciężko doświadczonym przez zbrodnie nazizmu – coraz częściej faszystowskie czy rasistowskie symbole lub treści obecne są w przestrzeni publicznej” – napisał w listach do premiera oraz ministra sprawiedliwości Rzecznik Praw Obywatelskich. Jednym z przykładów, na który powołuje się Adam Bodnar jest ubiegłoroczny Marsz Niepodległości.

W swoich listach nawiązuje także do reportażu „Superwizjera” TVN o polskich neonazistach. –„Zdarzenia ujawnione przez autorów reportażu nie stanowią zjawiska o charakterze marginalnym, lecz wpisują się w stałą tendencję nasilania się postaw rasistowskich i ksenofobicznych w Polsce. Dane statystyczne publikowane przez Prokuraturę Krajową wskazują, że w ciągu ostatnich lat liczba prowadzonych przez organy ścigania postępowań o przestępstwa popełnione z pobudek rasistowskich, antysemickich lub ksenofobicznych notuje stałą tendencję wzrostową” – zauważa Bodnar.

Także biuro RPO z roku na rok musi coraz częściej interweniować w podobnych sprawach. – „Do ataków na tle dyskryminacyjnym dochodzi w Polsce coraz częściej, a ataki te nie ograniczają się do obelżywych słów pod adresem cudzoziemców czy osób porozumiewających się w obcym języku, lecz często przeradzają się w agresję fizyczną, w skrajnych przypadkach nawet wobec dzieci”. Bodnar przypomina napaść na 14-letnią Turczynkę w centrum Warszawy. Napastnik poturbował nastolatkę i wykrzykiwał „Polska dla Polaków”.

Bodnar w liście do Zbigniewa Ziobry pisze, że „na organach ścigania ciąży szczególna odpowiedzialność”. Chce, aby minister poinformował biuro RPO o „aktualnym stanie wszystkich postępowań toczących się w związku z okolicznościami ujawnionymi przez autorów reportażu „Polscy neonaziści”. Zdaniem Rzecznika, należałoby dokonać analizy przepisów Kodeksu karnego i opracować nową, kompleksową strategię, mającą na celu zwalczanie rasizmu i ksenofobii w Polsce.

Nie zdążył opaść „kurz” po jednej awanturze, a już mamy kolejną. Lider PiS, jest podobno zły na premiera, za jego ostatnie wypowiedzi o Żydach, wygłoszone podczas konferencji bezpieczeństwa w Monachium – podaje „Fakt”. Politycy tej partii za kulisami przyznają, że Mateusz Morawiecki popełnił błąd, bo „ma za długi język” i nie trzyma się w dostatecznym stopniu wytycznych. Zamiast pracować na wyciszenie burzy wywołanej nowelizacją ustawy o IPN, szef rządu doprowadził do eskalacji konfliktu z Tel Awiwem.

Odpowiadając na pytanie dziennikarza „New York Timesa” Ronena Bergmana stwierdził, że „nie będzie karane, jeśli ktoś opisując losy swojej rodziny powie, że byli polscy sprawcy Holocaustu”.Dodał też, że „byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy czy ukraińscy – nie tylko niemieccy”.

„Szydło nigdy nie powiedziałaby czegoś takiego!” – powiedział „Faktowi” z nieskrywaną satysfakcją przeciwnik awansu Morawieckiego.

„Morawiecki jako minister rozwoju czy finansów wypowiadał się głównie o VAT i budżecie. Premier jest pytany o wszystko, a Morawiecki nie ma doświadczenia politycznego” – jak powiedział gazecie inny ważny polityk PiS. I przypominał wpadkę z lipca 2016 roku. W czasie wizyty w Bydgoszczy, ówczesny wicepremier rzucił, że 500+ jest wypłacane na kredyt, a kredyt ten trzeba będzie kiedyś spłacić. „Nie dość, że mógł tym dać paliwo opozycji, która to nieustanie powtarza, to jeszcze nastraszył ludzi. A teraz było Monachium” – zauważył.

W PiS–ie wrze. Na nic się zdają uspokajające tłumaczenia szefa MSZ Jacka Czaputowicza: „Byli zdrajcy wśród Polaków i byli bohaterowie. Były też jednak przypadki, że Żydzi złapani przez Niemców denuncjowali Polaków, którzy ich ukrywali” – wypowiedziane w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną”. Minister, komentując słowa premiera ocenił:

„Odsłuchałem kilkakrotnie wypowiedź premiera. Podkreśla on, że intencją nowelizacji ustawy nie jest karanie tych badaczy, którzy mówią, że wśród współpracowników Niemców byli obywatele polscy, ani tych, którzy mówią, że wśród współpracowników Niemców byli Żydzi czy przedstawiciele innych narodowości”. Czy to jednak cokolwiek wyjaśnia? Nie za wiele.  Znów za to słychać głosy, że to jednak Kaczyński powinien być premierem – donosi „Fakt”.

Po kompromitujących wypowiedziach premiera Mateusza Morawieckiego, krytycznych uwag nie szczędzą mu ludzie świata kultury. „Nie było polskich obozów śmierci. Musimy to tłumaczyć ludziom. W 1968 r. nie było w ogóle Polski. Był reżim komunistyczny, który tak naprawdę paskudnie traktował Żydów. To wszystko to karygodny i błędny atak na dobre imię Polski” – stwierdził szef polskiego rządu.

Na te słowa odpowiedział mu na swoim profilu na Facebooku aktor, Wiktor Zborowski:

„W sierpniu 1968 roku grałem na koszykarskich mistrzostwach Europy juniorów w Vigo. Reprezentowałem państwo, którego nie było. M. in. graliśmy z reprezentacją Izraela, który wtedy był. A nas nie było? To z kim Izrael grał? Ech panie Morawiecki junior, wstydu trochę byśmy poprosili”

W krytycznym tonie o wypowiedziach premiera Morawieckiego wypowiedzieli się także między innymi pisarz Szczepan Twardoch i dziennikarka Karolina Korwin Piotrowska.

Szczepan Twardoch

W piątek

Premier Morawiecki powiedział właśnie w Berlinie, że w 1968 roku nie było Polski, więc za to, co złego wtedy wyrządzono Żydom odpowiadają ogólnie komuniści, a nie Polska. Której nie było. Ponieważ, jak wiemy, kiedy tylko w Polsce dzieje się coś niegodnego, to na czas tych wydarzeń polskość ulega magicznemu zniknięciu. A kiedy dzieje się coś heroicznego, to polskość w równie magiczny sposób się pojawia. Puff!

I w ten sposób , biorąc pierwszy z brzegu przykład: w relacji Perechodnika polscy mieszkańcy Otwocka rabują pożydowskie mienie i cóż tu się dzieje, puff!, po prostu nie mają nic z polskością wspólnego i nikt się w Polsce za ich i im podobnych uczynki nie musi w żaden sposób poczuwać do odpowiedzialności. Dlaczego? A dlatego, że rabując pożydowskie mienie zachowywali się niegodnie, a przecież Polacy w czasie wojny zachowywali się godnie, z wyjątkiem jakichś marginalnych niejasnej proweniencji szmalcowników, więc jeśli już, to ci mieszkańcy Otwocka byli szmalcownikami, nie Polakami. Proste? Proste.
Gdyby zaś w tym czasie nosili ukrywającym się Żydom jedzenie, to znowu, puff!, w ich czynach Polska jaśniałaby w całym swoim tajemnym i wspaniałym blasku.

I tak samo: polscy członkowie PZPR wyganiają z Polski Żydów w 1968 roku i co, puff!, automatycznie z polskości się wyłączają i nic z Polską nie mają wspólnego, ponieważ zachowują się paskudnie, natomiast przedwojenna socjalistka i powojenna członkini tej samej PZPR Irena Sendlerowa, ratująca Żydów w czasie wojny, znowu puff! oczywiście jest polskości wcieleniem i kwintesencją i można sobie z niej zrobić polskości symbol i to polskości takiej, jaką sama zainteresowana raczej, zdaje się, brzydziła się głęboko.

I tak to się pięknie czarodziejsko toczy w tym czarodziejskim kraju, którego premier na serio może powiedzieć, że w 1968 roku Polski nie było. Puff!

Również inni internauci drwią z szefa rządu: „Jak według Morawieckiego za komuny nie było Polski, to dlaczego obchodzimy w tym roku 100 lecie niepodległości Polski? Może mi ktoś tę logikę wyjaśni, bo ja ze tępy!” – pisze jeden z nich. Inny zwraca premierowi uwagę na datę jego urodzenia – 1968 rok i pyta, w jakim kraju Morawiecki się w takim razie urodził.

Waldemar Mystkowski pisze o pannie Krysi.

Nawet Julia Przyłębska musiała ustąpić miejsca Krystynie Pawłowicz na okładce najnowszego numeru tygodnika Karnowskich „Sieci”, a przecież posłanka PiS nie została Człowiekiem Wolności. Wychodzi na to, że jest kimś lepszym, o czym mogą świadczyć gadżety, które na ilustracji Pawłowicz trzyma w rękach – zamiast tradycyjnego dla niej wachlarza japońskiego, dzierży miecz. Czyżby chodziło o to, że nie chce być już wcieleniem pisowskiego ninja płci żeńskiej, lecz jakąś Jedi z „Gwiezdnych wojen”, a może nawet księżniczką Leią?

Jednak miecz w jej rękach nie wygląda na świetlisty. Gdybyśmy założyli patriotycznie, iż Pawłowicz pozuje na Piastównę, bo zdaje się, że na kogoś podobnego jest wystylizowana posłanka w dobie serialu TVP „Korona królów”, to poleglibyśmy w konfrontacji z twardymi faktami. Mianowicie kobiety naszych pierwszych władców były porównywalne do królic – tak były płodne – i potrafiły trzymać miecz w dłoniach, a Pawłowicz trzyma narzędzie walki za ostrze – co jest zbrodnią na samym sobie – i jak prezes nie zostawi po sobie żadnego potomstwa.

Pawłowicz udzieliła Karnowskim wywiadu. O tyle jest on istotny, iż zwykle posłanka PiS jest awangardą „dobrej zmiany”, które swoje źródło mają w głowie prezesa. Pawłowicz nam wieści, co prezesowi się wykreowało pod siwą czupryną. A że zaraz wejdziemy w czas kampanii wyborczej, to prezes musi kombinować bardziej intensywnie niż zwykle, aby wygrać wybory za cenę ich skręcenia, gdyż jako Mojżesz swego ludu nie pozwoli na to, aby przed Trybunałem Stanu stanęły jego marionetki, czy to Andrzej Duda (wielokroć złamał Konstytucję) bądź Beata Szydło. Mateusz Morawiecki musi się trochę napracować, aby dorównać wymienionym.

Pawłowicz zapowiada, iż dojdzie do ostatecznego rozwiązania z niezależnymi mediami albo zostaną tak sparaliżowane, iż nie będą mogły krytykować władzy PiS. Gdyby jednak krytykowały geniusz Kaczyńskiego, to odebrana im winna być koncesja (Pawłowicz: – „Trzeba stosować środki takie jak ograniczenie lub cofnięcie koncesji, gdy łamane jest prawo”).

W głowie prezesa główny zamysł dotyczy tego, aby „by zmiany były nie do odwrócenia„, gdyż „potrzeba nam więcej kadencji”. Przekładając na język wprost: by PiS nie oddał władzy. A więc „nasza” pisowska winna być Państwowa Komisja Wyborcza i podległe partii Kaczyńskiego sądy, gdyby opozycji wpadło do głowy zaskarżyć wynik „ustalony” w PKW.

Nie łudźmy się – PiS nie odda władzy, nawet gdyby przegrało wybory. Kaczyński zabezpiecza się na najgorszą dla niego możliwość. Ba, walczy o swoje miejsce w historii, to jest zresztą jego główny motor działania pod koniec życia. O znaczeniu w historii narodu świadczą pomniki – i o to walczy prezes. Jacek Karnowski we wstępniaku właśnie im poświęca szczególną uwagę: – „A co do zapowiedzi PO, że pomniki zostaną rozebrane, to można z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż stanie się odwrotnie”.

W tym kontekście patrzę na okładkę „Sieci” i pisząc o tych abnegatach intelektu, wysnuwam takie oto podejrzenie: Pawłowicz z mieczem w rękach może zastąpić warszawską Syrenkę. Warszawiacy mają czego się bać.

Wielki Frasyniuk i nędzny Morawiecki

Dzisiaj nie ma wolności w Polsce?

Nie ma. Cała grupa obywateli, która wyszła na ulicę, po to, żeby zaprotestować przeciwko temu, że władza faworyzuje samą siebie poprzez cykliczne manifestacje, i ogranicza wolność zgromadzeń, jest dzisiaj szykanowana. W krajach demokratycznych można swobodnie protestować. W Polsce PiS przegłosował dla siebie ustawę ograniczającą wolność zgromadzeń innym. Nowe prawo o zgromadzeniach, czyli cykliczne manifestacje, to przywileje dla rządzących wprowadzone kosztem reszty społeczeństwa. Nie mogę milczeć gdy PiS zawłaszcza sądownictwo, likwiduje trójpodział władzy, łamie konstytucję, ogranicza naszą wolność.

Państwo już nie pamiętają, ale parę miesięcy wcześniej wraz z trójką byłych prezydentów oraz kilkoma wybitnymi postaciami sceny politycznej, opublikowaliśmy list ostrzegający przed działaniami władzy: „W obliczu zagrożenia wynikającego z serii antydemokratycznych i niekonstytucyjnych decyzji rządu PiS stajemy w obronie podstawowych wolności należnych każdemu człowiekowi i obywatelowi RP.” Ten apel jest wciąż aktualny. Ludzie życia publicznego nie mogą milczeć. Dlatego protestuję. Ważne, że coś się udaje.

Co?

10 czerwca, kiedy nas zatrzymano za protest, Jarosław Kaczyński uświadomił sobie, że paliwo w postaci religii smoleńskiej się kończy. Kontrmanifestacje smoleńskie rozpoczęte przez Pawła Kasprzaka i Obywateli RP pokazały, że król jest nagi. W lipcu Kaczyński zapowiedział, że rezygnują z miesięcznic, i moim zdaniem już w lipcu wiedział, że zdejmie Macierewicza z urzędu ministra. To jest sukces obywateli, którzy 10 czerwca siedli.

Inni obywatele, którzy siedli, nie mają nazwiska Frasyniuk, a policja zaczęła wzywać około 800 osób w całym kraju za udział w rozmaitych „nielegalnych zgromadzeniach”.

Kiedy ja siadłem razem z protestującymi obywatelami, oni mieli już postępowania za protesty. Media o nich nie pisały lub pisały znikomo. Przyszedłem wesprzeć Obywateli RP i powiedzieć: w państwie prawa, takie rzeczy są niedopuszczalne. 10 czerwca były nas setki, a 10 lipca była nas już 2-3 tysiące. Nasza siła był już tak duża, że nie musieliśmy siadać. Wystarczyło, że odwróciliśmy się plecami do „religijnej” uroczystości smoleńskiej. Kaczyński trafnie odczytał naszą siłę.

Prezes powiedział, że kończy z miesięcznicami i kwietniowa będzie ostatnią, która złoży się na uczczenie każdej z ofiar katastrofy.

Kaczyński próbuje wyjść z twarzą. Koniec miesięcznic nie powinien uspokoić społeczeństwa, gdyż są zapowiadane kolejne cykliczne manifestacje 11 listopada, są fragmenty Warszawy wyłączone z obywatelskiej równowagi. Mam pretensje do opozycji, mediów i obywateli, że nie krzyczą wystarczająco głośno o panoszących się w Polsce faszystach. Prezydent, premier, prezes powiedzieli, że nie ma miejsca w Polsce dla faszyzmu i rasizmu, a rasistów z Marszu Niepodległości do dzisiaj nie wręczono wezwania na przesłuchanie.

Nęka się Obywateli RP, a faszyści i rasiści pozostają bezkarni. Pamiętam czasy PRL, gdzie w „Tygodniku Mazowsze” była rubryka: represjonowani, po to żeby ich rodziny miały sygnał, że nie są same i społeczeństwo przyjdzie im z pomocą. Byłem przekonany, że przy każdym biurze poselskim partii, które rwą się do wolności, powstaną biura prawne, pomagające osobom represjonowanym, a partie polityczne stworzą fundusz pomocy represjonowanym. Tak się nie dzieje. W Polsce brakuje wartości.

Dzisiaj koledzy z „Solidarności” krytykują pana, jak Andrzej Gwiazda czy Krzysztof Wyszkowski.

Szanuję Andrzeja Gwiazdę i uważam go za jednego z tych, któremu zawdzięczamy wolności. Różnica między nami polega na tym, że oni uznali, że nareszcie są przy władzy. Nagle Andrzejowi Gwiaździe nie przeszkadza brak szacunku dla konstytucji, kabaretowy TK, zamach na sądy.

Gwiazda idzie krok dalej i insynuuje, że był pan agentem bezpieki, tylko „papiery się nie zachowały”.

Uważam, że Gwiazda jest jedną z ważniejszych postaci w polskiej historii. Staram się o ludziach, którzy mają swoje zasługi w obalaniu komunizmu, mówić z szacunkiem. Jednak przestrzegam Andrzeja Gwiazdę, że kiedy ja miałem „ruską obstawę” i sadzano mnie „na dołkach”, on siedział w USA. I to na Gwiazdę jest papier, który nazywa się paszport. Warto więc wrócić do zasady, która wiązała „Solidarność”- odpowiedzialności za słowo.

Pojawiają się głosy, że wykorzystuje pan swoje przeszłe dokonania i chce się stawiać ponad prawem.

To nie jest prawda. Poddam się konsekwencjom prawnym. Zgadzam się z ministrem Ziobro, że wszyscy są równi wobec prawa. Niech zatem PiS i jego funkcjonariusze opublikują wyrok Trybunału Konstytucyjnego z czasów prof. Rzeplińskiego dotyczący sędziów dublerów, niech zniosą ustawę o zgromadzeniach cyklicznych, niech przywrócą trójpodział władz pisząc ustawy o sądownictwie zgodne z konstytucją. Wtedy będziemy mówić, że rzeczywiście wszyscy są równi wobec prawa. Jeśli ktoś natomiast czyni mi zarzut za przeszłe dokonania, to odpowiem mu: każdy mógł być Frasyniukiem! Każdy mógł być Wałęsą. Każdy mógł pójść siedzieć. Każdy mógł wyciągnąć 80 milionów z banku za komuny pod czujnym okiem bezpieki. Rozumiem, że krytykują moje pokolenia za kombatanctwo, ale od czasu „Solidarności” nic lepszego w Polsce się nie wydarzyło.

Zamierza pan wrócić do polityki?

Jestem w polityce, choć nie zamierzam wracać do polityki partyjnej. Nie będę kandydował w wyborach. Nie tworzę partii politycznej. Chciałbym żyć swoimi sprawami, mieć czas dla siebie i bliskich i żyć w kraju, w którym toczy się merytoryczna debata. Tylko mamy takie czasy, w których albo się sprzeciwimy albo zaczniemy urządzać się w tej „d…” Z jednej strony są represje wobec osób broniących konstytucji, a z drugiej pobłaża się faszystom. Żyjemy w państwie, w którym rządzący obnosili się znajomością z antysemitami. Dzisiaj okazuje się, że jedynymi potencjalnymi sojusznikami Polski może być Rosja i Turcja. Z pozostałymi mamy konflikt. Przed Pałac Prezydencki przychodzą nacjonaliści z napisem: „Ściągnij jarmułkę, podpisz ustawę.” i prezydent ją podpisuje. Wie pa czego najbardziej się boję?

Czego?

Tłumu tchórzy po tamtej stronie. Brak reakcji na obrażanie prezydenta, strach przed narodowcami i blokowanie ulicy na której znajduje się izraelska ambasada to przejawił słabości i tchórzostwa państwa. Dzisiaj rządzący pracują na łatkę antysemitów dla Polaków, której nie ściągniemy z siebie przez kolejne trzy pokolenia. Przez Kaczyńskiego Polska jest postrzegana jako naród „żydożerców”. I tego piętna nie pozbędziemy się przez kolejne pokolenia. Ustawa o IPN to rekonstrukcja marca 1968 roku. Nie mam pretensji, że PiS rządzi. Program 500+ jest świetny, mimo że warto go skorygować. Partia Kaczyńskiego została wybrana w demokratycznych wyborach, ale nie do tego, żeby łamać konstytucję, ale do tego, żeby rządzić państwem. PiS nie dostał mandatu na dewastację państwa prawa. I przeciwko temu będę protestować.

Co by pan powiedział dzisiaj prezesowi Kaczyńskiemu, gdyby go spotkał?

Wziąłbym Jarka Kaczyńskiego do kina na „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Powiedziałbym Jarkowi, że wierzę w demokrację i przemianę człowieka: „Demokracja każdego dnia daje ci szansę. W każdym są pokłady dobra. W tobie Jarku, też. Rozumiem twoje pretensje do mojego środowiska, ale szukaj w sobie pokładu dobra i odwołaj się do Solidarności.” Z przyjemnością porozmawiałbym oko w oko z Jarosławem Kaczyńskim o tym, co można zrobić, żeby Polaków łączyć i przekonywałbym go, że to jest nasze państwo, a wyborca PiS nie jest lepszy od wyborcy, który na PiS nie głosuje. Gigantyczna robota czeka przyszłe pokolenia, żeby zbudować społeczeństwo obywatelskie, które jak będzie problem, to dziesiątki tysięcy ludzi wyjdzie na ulicę. W sytych i bogatych krajach, dziesiątki tysięcy ludzi wychodzi na ulicę, bo mają poczucie, że to co dzieje się w kraju, to ich wspólna sprawa. Brakuje mi Polaków, którzy mają odwagę cywilną. Brakuje mi dialogu, edukacji i szacunku dla drugiego człowieka. To są fundamenty budowania dobrobytu i bezpieczeństwa społeczeństwa.

W samym środku – wywołanego m.in. przez siebie jednego z największych kryzysów dyplomatycznych – Mateusz Morawiecki znalazł czas, żeby towarzyszyć Jarosławowi Kaczyńskiemu w nawiedzeniu grobu bratu i bratowej. No, cóż – są sprawy ważne i ważniejsze…

Zdaje się, że Morawiecki wcześniej nie jeździł z prezesem co miesiąc na Wawel. Czyżby do zakresu obowiązków premiera dopisano kolejny punkt?

Oprócz Morawieckiego, u boku prezesa – jak co miesiąc – pojawili się: była premier Beata Szydło, wierni ministrowie Joachim Brudziński, Mariusz Błaszczak i Andrzej Adamczyk oraz szef klubu PiS Ryszard Terlecki i wojewoda małopolski Piotr Ćwik.

Przed katedrą na Wawelu czekali na nich zwolennicy i przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego. Ci pierwsi – z Klubu „Gazety Polskiej” machali biało-czerwonymi flagami oraz odtwarzali pieśni patriotyczne. Po drugiej stronie zgromadzili się działacze stowarzyszenia Obywatele Solidarni w Akcji, którzy wołali do prezesa PiS m.in. „Będziesz siedział”.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o zdemolowaniu demokracji w Polsce.

Demokratyczne hasło, używane przez funkcjonariuszy PiS do demolowania demokracji, jest dzisiaj tak odległe od rzeczywistości, że aż śmieszy.

Demonstracyjne zatrzymanie Władysława Frasyniuka nie było wydarzeniem zaskakującym. Można się było spodziewać, że i w tej sprawie ekipa Kaczyńskiego pokaże, jak bliska jest peerelowskim metodom sprawowania władzy. Ale mało kto spodziewał się, że to spektakularne wydarzenie przyniesie tak radykalny zwrot w dotychczasowej polityce wewnętrznej państwa PiS. Oto bowiem, w odpowiedzi na liczne głosy oburzenia, funkcjonariusze tej partii – co do jednego, wspólnym głosem i identycznym tekstem, zawiadomili społeczeństwo, że w Polsce wszyscy są równi wobec prawa!

Trudno przecenić rangę tej historycznej deklaracji, która zaskoczyła Polaków. Wielu miało wrażenie, że się przesłyszeli, a inni do dziś nie potrafią ogarnąć znaczenia i dalekosiężnych skutków nowej doktryny PiS. Warto więc pokazać, jak bardzo zmieni się teraz nasze życie polityczne i wyjaśnić, co w praktyce oznacza zrównanie praw wszystkich Polaków, niezależnie od ich życiorysu, sprawowanej funkcji, majętności, poglądów czy przynależności partyjnej.

Przede wszystkim możemy teraz mieć pewność, że sprawa Władysława Frasyniuka zakończy się jego uniewinnieniem, przeprosinami i ofertą objęcia dobrze płatnego stanowiska rządowego. Nawet gdyby sąd wydał werdykt skazujący, to prezydent Duda niewątpliwie go ułaskawi – dokładnie tak, jak ułaskawił Mariusza Kamińskiego i trzech jego kolegów z kierownictwa CBA, a także kilkudziesięciu „równych wobec prawa” przestępców, w tym zabójcę i dilera narkotyków. Różnica będzie tylko taka, że Kamiński & company dopraszali się prezydenckiej łaski, a Frasyniuk ma ją gdzieś. A przy okazji: zdarzyło się kiedyś, że o. Rydzyk wezwany przed oblicze sprawiedliwości (były takie czasy!) postanowił nie dać się przesłuchać – i się nie dał. Dzisiaj nie miałby szans, bo gdyby odmówił wizyty w prokuraturze, to z pewnością policja wpadłaby po niego o 6.00 rano i zgodnie ze stosowaną od niedawna procedurą skułaby go na plecach. Bo przecież wszyscy jesteśmy równi wobec prawa – prawda, panowie z PiS?

Tylko patrzeć jak policja zgarnie też mgr Julię Przyłębską (pseudonim „profesor”), która popełniła wykroczenie z tego samego paragrafu co Obywatele RP, którzy podczas demonstracji niemiło zwracali się do pracownika TVP (pseudonim „dziennikarz”) i przesłaniali mu widoczność. Mgr Przyłębska mimo prawnej gwarancji jawności nie wpuszcza dziennikarzy do Trybunału Konstytucyjnego nawet na ogłaszanie wyroku, a na reklamowaną przez kancelarię premiera konferencję pt. „Tożsamość konstytucyjna” wpuściła tylko media partyjno-rządowe.

Skoro jesteśmy równi wobec prawa, to zapewne spełni się również przepowiednia Jacka Żakowskiego: Jarosław Kaczyński zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za manipulowanie polskim hymnem. Skoro Jasia Kapelę skazano właśnie za dopisaną do hymnu propozycję, by uchodźcy maszerowali do Polski i łączyli się z naszym narodem, to i prezes powinien wyjaśnić przed sądem, dlaczego śpiewając (?) hymn wysłał gen. Dąbrowskiego z ziemi polskiej do Wolski.

Historyczna deklaracja PiS, że dla tej partii nie ma już różnicy, kto narusza prawo, umożliwi gniewnym ludziom z opozycji powieszenie na szubienicach portretów Kaczyńskiego, Ziobry, Błaszczaka i każdego spośród funkcjonariuszy prezesa, kto kapował na Polskę. W przeszłości donosili do Unii w sprawie rzekomych krzywd o. Rydzyka, spowodowania katastrofy smoleńskiej czy domniemanego sfałszowania wyborów, a obecnie upowszechniają za granicą kłamliwe informacje na temat naszej praworządności, kompromitują Polskę łgarstwami o milionie (jak nie więcej) przyjętych uchodźców czy o rzekomej degrengoladzie skorumpowanych polskich sędziów, masowo skazujących opozycjonistów w stanie wojennym. Rzecz jasna ci, którzy zechcą powiesić na szubienicy portrety donosicieli z PiS, muszą się liczyć, że policja odpyta ich „na okoliczność”, jednak docelowo spotkają się z równie troskliwą reakcją władzy, jak narodowcy wieszający podobizny europosłów z Platformy.

Epokowa deklaracja PiS uradowała wielu. Cieszy się gorszy sort, świętują liberałowie, lewica, Żydzi, Polacy o orientalnym wyglądzie, ateiści, feministki, geje i lesbijki i wszyscy inni, odsądzani dotąd od czci i godności w Polsce Kaczyńskiego. Radują się parlamentarzyści opozycji, bo od dzisiaj każdy z nich może bezkarnie łamać regulamin Sejmu – np. wejść na mównicę i zelżyć przeciwników politycznych w dowolnie obraźliwych słowach, a marszałek nie będzie się temu sprzeciwiał, jeśli tylko ów poseł wypowie uprzednio formułkę: „Ja bez żadnego trybu”. Zadowolona jest również małżonka prezydenta Poznania Joanna Jaśkowiak, oskarżona o to, że podczas demonstracji poinformowała zebranych, że jest wk…ona dobrą zmianą. Teraz, równa wobec prawa, potraktowana zostanie tak, jak młodzi narodowcy, wyjący tłumnie „wyp…ać z uchodźcami” – czyli wyrozumiale i życzliwie.

***

Nietrudno kpić z żałosnego przekazu autorstwa partyjnego propagandzisty, który nalot na legendę „Solidarności”, motywowany chęcią zastraszenia opozycji, zalecił uzasadniać przestrzeganiem demokratycznych norm państwa prawa. Ani Frasyniuk się nie przestraszył, ani nikt nie uwierzył w nagłe przywiązanie PiS do reguł praworządności. Demokratyczne hasło, używane przez funkcjonariuszy Kaczyńskiego do demolowania demokracji, jest dzisiaj tak odległe od rzeczywistości, że aż śmieszy. Każdy jest równy wobec prawa… A wobec bezprawia?

Morawiecki to większy pokraka niż Szydło

Mateusz Morawiecki to zdecydowanie większa pokraka polityczna niż Beata Szydło.

Morawiecki to istna pokraka.

Co się wydarzyło w Monachium?

Zwracając się do Morawieckiego ws. nowelizacji ustawy o IPN, dziennikarz Ronen Bergman przedstawił historię swojej urodzonej w Polsce matki, która przeżyła Holokaust, ale wielu członków jej rodziny zginęło, ponieważ zostali zadenuncjowani na Gestapo przez Polaków, po czym oświadczył: Gdybym opowiedział jej historię w Polsce, byłbym uznany za przestępcę. Co wy próbujecie zrobić? Dolewacie oliwy do ognia – relacjonuje izraelski dziennik „Haarec” w wydaniu online i odnotowuje, że zebrani zaczęli bić brawo, gdy padły te słowa.

Odpowiadając na pytanie Bergmana, Morawiecki powiedział m.in.: Jest to niezmiernie ważne, aby zrozumieć, że oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy sprawcy. Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, czy ukraińscy – nie tylko niemieccy.

„Narodowi żydowskiemu należą się przeprosiny za wypaczanie prawdy o Holokauście” –  oświadczyła wiceminister spraw zagranicznych Izraela Cippi Chotoweli, po wypowiedzi Mateusza Morawieckiego, podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. Słowa Morawieckiego o różnej narodowości sprawców Holokaustu wywołały falę oburzenia w Izraelu.

Na monachijskiej konferencji pojawił się izraelski dziennikarz „New York Times’a” Ronen Bergman, którego rodzice jako nieliczni z rodziny przeżyli Holokaust. Nawiązując do nowelizowanej ustawy o IPN opowiedział Morawieckiemu historię swoich przodków, których wydali Gestapo ich polscy rodacy. „Czy jeśli opowiem tę historię w Polsce będę traktowany jako kryminalista?” – zapytał, wywołując na sali gromkie oklaski.

„Jest to niezmiernie ważne, aby zrozumieć, że oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy sprawcy Holokaustu. Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, czy ukraińscy – nie tylko niemieccy” – odpowiedział szef polskiego rządu.

„Polski premier mówi jak zwyczajny negacjonista Holokaustu” – skomentował te słowa premier Izraela Benjamin Netanjahu. W oficjalnym oświadczeniu dał wyraz swemu oburzeniu słowami Morawieckiego, krytykując jego „niezrozumienie historii i brak wrażliwości”.

Na burzę wywołaną wypowiedzią polskiego premiera zareagowała rzeczniczka jego rządu wyjaśniając, że słowa wypowiedziane przez premiera należy interpretować jako „wezwanie do szczerego mówienia o zbrodniach popełnianych na Żydach – zgodnie z faktami i bez względu na narodowość tego, kto w konkretnym przypadku ich dokonał, brał w nich udział lub się do nich przyczynił”.

„Każdy przypadek musi być oceniany indywidualnie, a żaden pojedynczy akt niegodziwości nie może obciążać odpowiedzialnością całych podbitych i zniewolonych narodów” –  oświadczyła.

„Trzeba też podkreślić, iż to zniszczenie, podbój i okupacja Państwa Polskiego przez III Rzeszę Niemiecką były warunkiem eksterminacji narodu żydowskiego. Przed II wojną światową Żydzi Polscy żyli, tworzyli i pracowali na polskiej ziemi przez 800 lat” – dodała.

„Premier Mateusz Morawiecki wielokrotnie i zdecydowanie sprzeciwiał się zaprzeczaniu niewyobrażalnemu ludobójstwu, jakim była Zagłada europejskich Żydów, jak również wszelkim przejawom antysemityzmu. Często także podkreślał, że strona polska chce szanować żydowską wrażliwość oraz kontynuować dialog z Izraelem i diasporą w duchu prawdy i wzajemnego zaufania” – czytamy w oświadczeniu.

Prof. Dariusz Stola (dyrektor Muzeum POLIN) skomentował aktywność premiera Mateusza Morawieckiego.

Największy antypolonizm jest w Polsce. To nie Polaków atakują, to Polacy Polaków gnębią, pomawiają, plują. Daniel Passent trafnie to opisuje.

Problemem jest „antypolonizm” w Polsce, a nie zagranicą. Zagranicą „antypolonizm” jest zjawiskiem marginesowym, na pewno mniejszym niż antyamerykanizm, anty-izraelizm, czy rusofobia, nie zasługującym na ogólnonarodową mobilizację, po 1989 roku reputacja Polski stawała coraz lepsza ze względu na rolę w obaleniu komunizmu i transformację. Ostatnio sprawy mają się gorzej ze względu na antypolonizm w … Polsce. To u nas mówi się najgorzej o Polakach drugiego sortu, zdradzieckich mordach itp. Nigdzie nie spotkałem tyle niechęci do Polaków, co w Polsce.

To polscy politycy, z prezydentem włącznie, przyjęli żałosną ustawę, którą nawet prawicowi autorzy krytykują jako „prowadzącą donikąd” (prof. Cenckiewicz), „ryk bezzębnego papierowego tygrysa, kolejną międzynarodową katastrofę” (Piotr Zychowicz, Do Rzeczy). Tolerowali skandowanie słowa „syjoniści”. Wywołali nawrót antysemityzmu nie notowany od 1968 roku. Mimo wizerunkowej katastrofy, premier Morawiecki mówi tylko , że „BYĆ MOŻE nastąpi PEWNE doprecyzowanie NIEKTÓRYCH zapisów ustawy” (podkreślenie moje). Premier i prezydent zamiast odsunąć ustawę i jej autorów, zejść ze złej drogi, brną dalej. Prezydent podpisał ustawę ( i skierował do Trybunału mgr Przyłębskiej), którą jego doradczyni określa jako „idiotyczną”, a premier – zamiast docenić trud historyków w wolnej Polsce, mówi o „ogromnych błędach polityki historycznej III RP”. Tamte błędy to jest małe miki w porównaniu z tym, co wysmażyli panowie Jaki, Świrski i inni.

To polskie władze u nas, w Polsce, wyzwoliły niespotykaną od lat katastrofę wizerunkową, którą usiłują teraz za wszelką cenę naprawić, miotając się od stolicy do stolicy. Autorzy są tu, a  nie tam.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o pomniku smoleńskim.

Władza wchodzi w buty okupantów i zaborców, którzy przemocą narzucali stolicy symbole swego panowania.

Prawo i Sprawiedliwość przemocą stawia pomniki smoleńskie na placu Piłsudskiego w Warszawie i zmienia nazwy ulic wbrew woli mieszkańców. Nawet się z tym nie kryje – naga przemoc jest naprawdę naga. Bez żadnych listków figowych, parawanów, teatralnych dekoracji. Kłuje w oczy, jak żelazne barierki ustawiane na Krakowskim Przedmieściu 10 dnia każdego miesiąca.

PiS na siłę wmusza obywatelom symbole ucieleśniające jego wizję rzeczywistości, bo doskonale wie, że nie zdołałby tego przeprowadzić po dobroci, posługując się metodami przyjętymi w cywilizowanej demokracji. Dzieje się tak w całej Polsce, ale samowolne wznoszenie pomnika smoleńskiego, będącego w istocie pomnikiem PiS-owskiej buty, sprawia, że przypadek Warszawy jawi się jako szczególnie drastyczny.

Rządzący doskonale wiedzą, że mieszkańcy stolicy nie zgodziliby się, by imię Lecha Kaczyńskiego nadać głównej arterii wschód-zachód, która od momentu powstania nosi nazwę Trasy Łazienkowskiej. Owszem, w oficjalnych dokumentach spory jej odcinek figurował jako „Aleja Armii Ludowej”, ale w praktyce nikt się tą nazwą nie posługiwał. Warszawiacy nie zgodziliby się też na postawienie pomników smoleńskich na placu Piłsudskiego. Właśnie dlatego ten plac został Warszawie odebrany, stając się swoistą PiS-owską eksterytorialną enklawą.

To zdumiewające – władza, która wywodzi się z demokratycznych i wolnych wyborów i która mogłaby cieszyć się poparciem społecznym, rządząc w zgodzie z demokratycznym standardami, wchodzi w buty okupantów i zaborców, którzy w przeszłości wielokrotnie próbowali narzucić stolicy symbole swego panowania. I tak jak oni sięga po nagą przemoc, nie próbując jej zamaskować choćby pozorami społecznego poparcia. Nowa ustawa zabrania zmieniać nazwy nadane przez wojewodę, bo ma być tak, jak władza każe. Baczność i stulić pyski!

Warszawa – miasto doświadczane przez historię – ma jednak praktykę w stawianiu oporu. Potrafi bronić swoich symboli i potrafi odrzucać symbole narzucane przez opresyjną władzę. Czasem robi to w sposób fizycznie dosłowny, np. usuwając niemiecką tablicę zasłaniającą polski napis na pomniku Kopernika (akurat w ostatnią niedzielę, 11 lutego wypadła rocznica tej akcji małego sabotażu z 1942 r.) czy wmurowując w stanie wojennym tablicę upamiętniającą „Solidarność” w mur obronny Starego Miasta.

Częściej jednak walka ta rozgrywa się w sferze świadomości, do której władza nie ma dostępu. Rządzącym komunistom przez kilkadziesiąt lat nie udało się zmusić mieszkańców stolicy, by na Plac Bankowy mówili „plac Dzierżyńskiego”, a na plac Wilsona – „plac Komuny Paryskiej”. Prawdziwe nazwy funkcjonowały w mowie potocznej i życiu codziennym, a gdy wreszcie w 1989 r. ustała polityczna opresja, powróciły do sfery oficjalnej.

Zniknęły za to materialne i symboliczne znaki wrogiego panowania nad Warszawą. Nie ma rosyjskiej cerkwi na placu Piłsudskiego, nie ma pomnika Dzierżyńskiego na Placu Bankowym, nie ma pomnika ani ulicy Nowotki.

Warto przypomnieć o tym politykom partii rządzącej, którzy forsują swoją wolę, nie licząc się z uczuciami warszawiaków. Wyrządzają w ten sposób krzywdę tym, których pamięć ponoć chcą uwiecznić i uczcić. We wzniesionych przemocą pomnikach i w nadanych przemocą nazwach mieszkańcy stolicy będą widzieć przede wszystkim symbole PiS-owskiej buty. I potraktują je w taki właśnie sposób, gdy PiS-owska okupacja dobiegnie końca.

„Tak sobie myśle ze w Polsce powinien zostać stworzony banknot 300 złotowy a na jego nominale powinien sie znaleś taki jeden skoczek narciarski Kamil Trzeci Wielki:-)” – napisał na swoim Instagramie Piotr Żyła.

Post Navigation