Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Marzec, 2018”

Kaczyński i jego szemrane towarzystwo nie będą mieli spokojnych świąt

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk był gościem programu „Tak Jest” TVN24. W rozmowie z Andrzejem Morozowskim były premier odniósł się do ostatnich krajowych wydarzeń. Oto najważniejsze punkty jego wypowiedzi:

1. Sprawa mojego wiceministra Jacka K. jest o wiele poważniejsza niż domysły PiS i próba uderzenia we mnie. Ważne, żeby istotę tego problemu dobrze określić. Używa się telewizji rządowej, policji i prokuratury, wybierając człowieka, który zachowuje się bez zarzutu. Robi się z niego ofiarę dla korzyści politycznej. To druzgocące dla państwa prawa.

2. O wecie tzw. ustawy degradacyjnej: Pamiętam, jak zachowywał się prezydent przy innych ustawach. Proponuję poczekać, by poznać prawdziwą motywację przy tym wecie.

3. Będę robił wszystko, żeby Polska nie ucierpiała, zwłaszcza w kwestiach budżetowych. Chcę, żeby w Brukseli wszyscy uznali, że w Polskę dalej warto inwestować. Powiem brutalnie: PiS nie jest na wieki wieków.

4. Chciałbym o polskim rządzie, nawet gdy ten widzi we mnie główny problem, mówić wyłącznie dobrze. Jeśli nie mogę mówić dobrze, wolałbym, szczególnie w Brukseli, nie mówić nic. Nie mogę narzekać na nadmiar kontaktów. Zarówno premier Szydło, jak i premier Morawiecki nie byli i nie są zainteresowani współpracą ze mną, choć takie sygnały wysyłałem. Nie będę płakał z tego powodu. Do tanga trzeba dwojga.

5. Moim politycznym celem jest utrzymanie jedności europejskiej. Mam swój udział w przekonywaniu państw, żeby w sytuacji, w której Rosja zachowuje się źle, UE zachowywała się jednomyślnie i dojrzale. Sama sprawa Skripala i reakcja Rosji wymaga solidarności z Wielką Brytanią. Byłem mile zaskoczony skalą poparcia ze strony polityków, którzy byli życzliwie nastawieni do Putina i do Rosji. Świat dzisiaj jest tak skomplikowany, że dla Europy rzeczą kluczową jest dbanie o jedność zachowań.

6. Nie wybieram się na emeryturę. Muszę powiedzieć, że to, co robię w Brukseli i co robiłem w Polsce, daje mi poczucie posiadania wiedzy i narzędzi, które warto wykorzystywać. W 2019 roku będę w Polsce i niech nikt nie myśli, że będę wyłącznie oglądał telewizję.

7. Nie czuję się powołany, by oceniać model władzy w partii Jarosława Kaczyńskiego.Bezdyskusyjnie lepszym modelem jest, gdy decyzje podejmuje władza o charakterze formalnym. Gdy obserwujemy zagrożenia, których źródłem jest władza, wynika to z tego, że osoby, które realnie podejmują decyzje, nie podlegają prawu.

8. Jarosławowi Kaczyńskiemu życzyłbym pogody ducha i więcej szczęścia w prywatnym życiu. Wielkanoc to czas perspektywicznej nadziei. Życzę Polakom nadziei. Zawsze warto ją mieć, może kiedyś się spełni. My, wszyscy Polacy, bez wyjątku, mamy w ręku wszystkie narzędzia, by żyć w przyszłości w lepszej Polsce.

Po wywiadzie przewodniczącego Rady Europejskiej dla TVN 24 można się było w zasadzie spodziewać frontalnego ataku na niego ze strony telewizji kierowanej przez Jacka Kurskiego. „Wiadomości” TVP i TVP „nie zawiodły”…

„Wiadomości” skupiły się na wątku związanym z zatrzymaniem byłego ministra finansów i jego obrony przez Donalda Tuska. Posłużyło to do przypuszczenia bezpardonowego ataku personalnego. Posunięto się nawet do zacytowania rozmowy polityków SLD, Ryszarda Kalisza i Aleksandra Kwaśniewskiego. – „Jest wyjątkowo mściwy. Jest rudy i mściwy. Kanalia nawet bym powiedział” – to cytat z nieoficjalnej rozmowy obu panów, których w innych sytuacjach TVP odsądza od czci i wiary.

Potem pokazano nagranie bardzo młodego Donalda Tuska, który tańczy z kobietą – to chyba też dla PiS przestępstwo? Po raz kolejny przytoczono jego wyrwane z kontekstu słowa z 1987 r.: – „Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu”.

Z kolei w TVP Info powstał materiał o tym, że Donald Tusk nie chciał rozmawiać z reporterem tej stacji. Za to pokazano ujęcia sprzed rozpoczęcia rozmowy byłego premiera z dziennikarzem TVN 24 Andrzejem Morozowskim, który przeprowadził wywiad. „(Nie)zależne dziennikarstwo. Serdeczna rozmowa Tuska z redaktorem TVN-u” – głosił pasek.

„Nooo poszliście po bandzie. Serdeczna rozmowa z politykiem dowodem na „zależność”. No to co powiedzieć o was? Ile tych serdeczności ludzie widzieli? – skomentował to Jacek Czarnecki z Radia ZET. – „Lokaje recenzują dziennikarzy” – napisał Tomasz Lis z „Newsweeka”.

Wygaszanie konfliktów i walka o jedność obozu – to ostatnio zajęcia, którym intensywnie oddaje się Jarosław Kaczyński (69 l.). Pokazem tej jedności ma być zaplanowana na 14 kwietnia wielka konwencja całej Zjednoczonej Prawicy.

Ostatniego kryzysu związanego z przyznaniem nagród ministrom można by uniknąć, gdyby nie konflikt na linii premier Mateusz Morawiecki (50 l.) – była szefowa rządu Beata Szydło (55 l.). Kiedy obecny premier po ujawnieniu sprawy nagród zapowiedział ich ukrócenie i zasugerował, aby obdarowani przekazali je na cele charytatywne, nie spotkał się z posłuchem dużej części partii. Kilku byłych ministrów Szydło twardo obstawało przy tym, że na premie zasłużyli, a sama była premier stwierdziła, że nagrody „im się należały”. Ale ten konflikt nie jest jedynym, który rozgrywa się w obozie rządowym.

– Szydło przeciwko Morawieckiemu, Morawiecki w sporze ze Zbigniewem Ziobrą, Jarosław Gowin przeciwko Ryszardowi Terleckiemu, Antoni Macierewicz przeciwko wszystkim. A jakby tego było mało, to jeszcze potencjalni kandydaci na prezydentów miast kłócą się na potęgę – wylicza polityk PiS.

Dlatego prezes od dobrych kilku tygodni walczy o jedność w swoich szeregach. Wzywał do tego podczas jajeczka w Sejmie, które zresztą „zbojkotowali” Szydło z b. szefem MON Antonim Macierewiczem (70 l.). – Prezes uznał, że największym zagrożeniem dla nas są wewnętrzne wojny i podziały – mówi Faktowi ważny polityk PiS.

– To, co wewnętrznie dzieje się w obozie władzy, silne walki między grupami, których nie widać gołym okiem, mają wpływ na gospodarkę, zarządzanie państwem. Ta metoda, wydaje mi się, w pewnym momencie się wyczerpała i zaczyna przypominać klimat z 2007 roku – stwierdził wczoraj w Radiu ZET były rzecznik PiS Adam Hofman (38 l.).

Kaczyńskiemu krzyżyk na drogę…

Zgodnie z przewidywaniami buldogi wyskoczyły spod dywanu, gryzą się zażarcie i bez skrępowania. Nie będą już słuchać swego pana, bo wiedzą, że zanim je kopnie, one wbiją mu kły w łydkę.

Przeto pan tylko biega wokół nich i śmiesznie wymachuje rączkami. Ziobro, Duda, Morawicki, Szydło już tylko udają, że bawią się w „Stary niedźwiedź mocno śpi”. Stary może się tylko obudzić i znowu zdrzemnąć. To już traci znaczenie. Teraz się gra w „Kółko graniaste, czterokanciaste”. A za tym kółkiem jeszcze Macierewicz, Gowin, Rydzyk, Kukiz… Wszyscy czekają, aż się kółko za cztery grosze połamie.

W PiS zaczęła się bezpardonowa walka o mięcho wyborcze, którego będzie mniej, niż się spodziewali. Sondaże spadają i będą spadać. Rajdy CBA i pokazówki mogą to zatrzymać na moment, ale kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie – za chwilę rozkręci się afera spółki Srebrna i Kaczyński Tower, odsłonią się brzydkie deale reprywatyzacyjne, może nawet powróci Telegraf, może i sprawa udziału ludzi Kamińskiego w aferze taśmowej.

Jak media poczują, że PiS słabnie, z miłą chęcią odpalą te akcje, a stare kotlety wrzucą do mikrofali. Premie dla rządu, grandy z Polską Fundacją Narodową, jachciki i rauciki, kuzyni prezesa na stanowiskach, drenowanie spółek skarbu państwa na potrzeby partyjne i wiele innych tego rodzaju aferek – to więcej niż jakieś tam abstrakcyjne zamachy na „porządek konstytucyjny”. Bo władza może być bezczelna i łamać wszelkie zasady, byleby trzymała się tej jednej: kraść mniej niż poprzednicy.

A tymczasem lud już nie ma pewności, czy „tuski” kradły więcej, czy „kaczory”. I ta niepewność pod sklepami i przy wódce w małych miasteczkach i na wsiach jest dla PiS zgubna. Raz rozbudzona, nie zostanie już ukojona. Zaufania ludu nie da się odzyskać. Tak jak nie da się utrzymać wdzięczności za 500 plus, tym bardziej że ludzie nie cierpią być wdzięczni. Jak im się powie, że obalenie PiS nie odbierze im tych pieniędzy, to się chętnie przerzucą na „kto da więcej”.

Poza tym doszło na wieś, że Kaczyński się awanturuje z Europą, a to może zaszkodzić dopłatom do szanownych areałów. Lepiej więc wybrać jakichś spokojniejszych, co lepiej liczyć umią. I już by oddali temu komuś swe serca, gdyby tylko się pojawił. PiS ma już tylko dwa atuty: światową koniunkturę gospodarczą i słabość opozycji. Jednak do wyborów 2019 może się to zmienić.

Za chwilę im się rypnie. Bo w polityce działa zasada pochyłego drzewa: pochylisz się za bardzo, to zaraz ci wskakują na plecy. To się dzieje nagle. A tymczasem nie udało im się „zrepolonizować”, czyli podporządkować sobie mediów. Nie panują w internecie, nie kontrolują większości sędziów, nie kontrolują nawet znacznej części prokuratorów. Wielu urzędników myśli już o świecie po PiS i woli się zabezpieczyć, przyjąć postawę oportunistyczno-wyczekującą. A niektórzy nawet chcieliby sobie wyrobić reputację opozycjonistów.

Zatrzymało się PiS-owi w pół drogi, a wrogowie dyszą żądzą zemsty. Ich gorący oddech owiewa bycze karki politycznych parweniuszy, małych karierowiczów i sprzedawczyków, których niezliczone zastępy partia rozstawiła po kraju. A w narodzie złość coraz większa. I coraz większa odwaga, bo PiS cofa się „na z góry upatrzone pozycje” dosłownie na wszystkich frontach. Hasłem sezonu staje się „Kuria mać!”. Któż by się tego spodziewał?! Dosłownie świat się wali i Sodomka z Gomorką.

W PiS postępuje proces destrukcji – od góry do dołu. Nikt tam już nie wierzy, że Kaczyński niczym Mojżesz przeprowadzi całą partyjną hordę przez morze wyborów do ziemi obiecanej drugiej kadencji, gdzie znów każdy otrzyma nadania – wedle rangi, wieku i posłuszeństwa. To już nie działa. Kaczyński stracił kontrolę, choruje, nie rozumie sytuacji, która całkiem go przerasta. Zwykłe rozgrywanie ludzi kijem i marchewką wedle zasady, że każdy pilnuje wyłącznie swego interesu i każdego można przekupić, po prostu już nie wystarczy. Ani Unii, ani USA nie da się „dogadać” poprzez jakiś wulgarny „deal”, ani narodu i Kościoła nie ma już czym kupić. Pieniądze rozdane, godność zwrócona, a dziobki ciągle rozwarte.

Tak w narodzie i kościele, jak w samej partii. Nikt już nie wierzy, że stary dyktator ma wór z prezentami i rózgę. Wór pustawy, a rózga połamana. Pozbycie się Macierewicza i Szyszki, a więc de facto zerwanie układu z Rydzykiem, kosztowało Kaczyńskiego utratę połowy aktywów. Macierewicz, zapewne nadal dobrze obstawiony prze tych samych zagranicznych przyjaciół, poleruje sztylet i segreguje kwity. Rydzyk tylko czeka na kogoś młodszego, kto na dłużej go zabezpieczy i będzie na tyle mierny i lękliwy, że można nim łatwo manipulować. I Ziobro dobry, i Duda. Biskupi też nie będą się już przejmować schorowanym 70-latkiem. Co mógł im dać, to dał. Teraz trzeba poszukać nowego kandydata do zbawienia, któremu miękną nogi, gdy go biskup po plecach poklepie. Zawsze tacy byli i będą. Jeszcze tak nie było, żeby nie było. Dłużej klasztora niźli przeora. Nie będzie Kaczyńskiego, to będzie inny.

Kaczyński narzeka, że mu Duda zrobił psikusa z wetami. Czyżby stracił wyczucie i przyznaje się do porażki? Co gorsza, wziął na siebie wyskok Szydło. Durny i nie do obrony. Czyżby nie rozumiał, że się podkłada? To nieprawda, że Kaczyński ma instynkt i myśli trzy kroki do przodu. Nawet w PiS już w to nie wierzą. Działa ad hoc, kierując się odruchami idiosynkrazji i podpowiedziami zauszników i piarowców. Mit nieomylnego wodza nieodwołanie się posypał.

Liczba i skala porażek PiS w ostatnim czasie jest zdumiewająca. Kompletny wypad z polityki międzynarodowej z powodu ustawy o IPN, totalna kompromitacja na odcinku smoleńsko-pomnikowo-miesięcznicowym, na szyi aborcyjna pętla i otwarty konflikt z fundamentalistami we własnym obozie oraz z kobietami, zabrane niedziele, klęska programu mieszkaniowego – by wymienić te najważniejsze.

I niemal w każdym przypadku rejterada. I nie wiadomo, co dalej. Unia nie da sobie zamydlić oczu byle jakimi poprawkami do ustaw niszczących niezawisłość sądownictwa, biskupi już się nie cofną i będą przypierać słabnącego Kaczyńskiego do muru, a Rosjanie nie podarują Kaczyńskiemu „dowodów na zamach”, bo też już nie stawiają na tego konia. I nawet Morawiecki zawiódł. Miał być piarowy hit, a wyszedł prawicowy „oszołom”, wygadujący bzdury o Holokauście i kładący kwiaty na grobach faszystów.

Kaczyński ma pewnie nadzieję, że przez lato ludzie zapomną, a do tego czasu wynajdzie się dla nich jakiś prezent albo zrobi jakiś inny „sukces”. Może Unia nie uruchomi procedury ze słynnego artykułu 7? Może coś się zdąży wybudować albo rozdać? Ale nic z tego. Z poparciem tak jest, że jak już zacznie spadać, to spada. A Tusk tylko czeka, przyczajony, żeby zadać cios. Zostanie podkręcanie ordynacji wyborczej i awantury. Ale to za mało, żeby z jesiennych wyborów samorządowych wyjść z tarczą. Dobre czasy posła Kaczyńskiego już się skończyły. Nie będzie spoglądał z nowego gabinetu na setnym piętrze Kaczyński Tower na swój odzyskany kraj i naród. Nie będzie emerytowanym zbawcą narodu, lecz emerytowanym politycznym bankrutem.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o potrzebie na gwałt sukcesu w PiS.

Minęły raptem trzy miesiące 2018 roku, a PiS coraz bardziej pogrąża się w bagienku.

Coś się nie wiedzie ostatnimi miesiącami partii rządzącej. Gdzie się nie ruszy tam wtopa za wtopą, a kolejne pomysły w niczym jej nie pomagają. Już nawet ich najwierniejszy elektorat gubi gdzieś „różowe okulary” i coraz krytyczniej obserwuje poczynania swoich ulubieńców politycznych.

Zmiana premiera i „biała księga” niewiele pomogły, bo Komisja Europejska i Rada UE jednak nie dały się wziąć na lep pustosłowia, nie dały się okręcić wspaniałą angielszczyzną Mateusza Morawieckiego i twardo stoją na stanowisku, że z tą praworządnością w Polsce kiepsko. Rząd nasz przyjął założenie, że UE pójdzie na wszystko, co jej pokażemy, jeśli tylko zobaczy, że mamy dobrą wolę, a tutaj…klapa. Artykuł 7 wisi nad nami jak miecz Damoklesa i nijak nie da się spotkań premiera w Brukseli przekuć w sukces.

Znowelizowana ustawa o IPN, która zadziałała na światową opinię publiczną jak płachta na byka. Izrael, Stany Zjednoczone, Ukraina, media – wszyscy wspólnie podnieśli wielkie larum, a ostra krytyka poleciała na nas z każdej, możliwej strony. Pojęcie „polskie obozy śmierci” stało się najczęściej chyba cytowanym przez polityków, historyków i dziennikarzy. Zaczęło się więc wielkie tłumaczenie, przekładanie niefortunnego zapisu na język potoczny, przekonywanie, że to pomyłka w interpretacji, bo PiS myślał zupełnie co innego niż to, co zapisano w ustawie itp. itd. Najlepszy był pan Ziobro, który jako minister sprawiedliwości całkowicie się pod tą ustawą podpisał, ale jako prokurator generalny dostrzegł w niej pewne błędy. Trzeba przyznać, że to niezły przykład rozdwojenia jaźni, który znacznie obniżył wiarygodność tego pana, co to „dwa w jednym” i znacznie ośmieszył.

Nie zapominajmy o tym, co najbardziej dotknęło Polaków z każdej strony sceny politycznej, czyli niesamowicie wysokie nagrody dla ministrów, piękne premie dla członków Trybunału Konstytucyjnego, finansowe dowartościowanie urzędników w Kancelarii Prezydenta RP i w ogóle coraz więcej przykładów szastania publicznymi pieniędzmi na prawo i lewo. Jeden z internautów przeliczył tę kasę na liczbę ośmiorniczek, które pomogły wykończyć PO. Dla pani Szydło to raptem 43,37 ośmiorniczek dziennie, ale już pan Waszczykowski mógłby zajadać ich 50,24, pani Zalewska 50,55, pan Waszczykowski z panem Glińskim 50,24, pan Macierewicz 48,85, obecny premier 50,55, a pan Gowin 43,37. Teraz nagle większość z obdarowanych poczuła w sobie ducha samarytanina i przekazuje kasę na cele charytatywne. Ale była premier zagrzmiała z trybuny sejmowej o ciężkiej pracy swoich urzędników i ich pełnego prawa do nagród, bo zasłużyli sobie na nie, jak nikt przedtem. Tralala, ale Polacy nie tacy głupi, tym bardziej, gdy chodzi o pieniądze. Tym razem rząd przegiął i tego im naród nie daruje.

Dodajmy jeszcze do tego wtopę z pracą nad ustawą zaostrzającą zakaz aborcji, co doprowadziło do wielotysięcznych protestów w Czarny Piątek. Dodajmy do tego ostatnie orzeczenia sądowe, wskazujące, że cały naród zapłacił ze swojej kieszeni za prywatną imprezę, jaką okazały się miesięcznice smoleńskie. Tak, właśnie – prywatne imprezki, bo zgodnie z przyjętymi prawnie kryteriami nie można ich nazwać zgromadzeniami publicznymi. Tak dla przypomnienia, kosztowały nas one w 2015 roku – ok. 620 tysięcy zł, w 2016 – 950 tysięcy złotych, w 2017 roku – 4,5 mln zł plus oczywiście koszty już tegoroczne. Ta kasa aż bije po oczach. Ciekawe, czy organizatorzy te pieniądze zwrócą. Dodajmy do tego informację o „genialnym” pomyśle Polskiej Fundacji Narodowej, która za nasze pieniądze kupiła sobie jacht i chce ruszyć w podróż dokoła świata, by sławić imię Polski. Koszt to „zaledwie” ok. 20 mln zł. A co, stać Polskę na to…

Minęły raptem 3 miesiące 2018 roku, a PiS coraz bardziej pogrąża się w bagienku. Wystarczy spojrzeć na ostatni sondaż, według którego partia rządząca straciła aż 12% poparcia i może obecnie liczyć tylko na 28%. Oczywiście, politycy PiS podchodzą do tego sondażu dosyć spokojnie i udają, że się nie przejmują. Prezes Kaczyński próbuje nas przekonać, że sondaż sondażowi nierówny, bo wiadomo, że świetnie można nim manipulować przez odpowiedni dobór narzędzi i samą formułę. Pozostali nabrali wody w usta i starają się milczeć. A jednak ten sondaż zabolał, uderzył w czuły punkt, zaniepokoił.

Nie ma co, źle się zadziało w Państwie PiS-u i trzeba się teraz ratować. Rozpoczął się więc okres rozpaczliwego poszukiwania sukcesu, którym będzie można przykryć „niefortunne” dla PiS wydarzenia. Jak to mówi stara zasada, „kto szuka ten znajdzie”, wziął się do roboty minister Ziobro i dokonano wczoraj spektakularnego zatrzymania byłego wiceministra finansów w rządzie PO/PSL, Jacka K., który ma ponoć związek z aferą hazardową. Tak, z tą aferą, o której sądzono, że już wyjaśniona. I tak, ten polityk, który ponoć powinien zostać „odstrzelony” za ściganie nieprawidłowości na rynku automatów do gier. Wtedy stał na drodze lobbującym za automatami, dzisiaj oskarża się go o jakieś korzyści majątkowe jakiś tam ludzi. Akcja jednak była piękna. Zamiast wezwać pana K. na przesłuchanie, wtargnięto do jego mieszkania o świcie o 5 rano, poczekano do godziny 7 i gdy się pojawił, CBA zapakowało go do samochodu, przewiozło na przesłuchanie do Białegostoku i … wypuszczono go na wolność. Ponoć „napalony” prokurator z kręgu pana Ziobry już się doczekać nie może, by pana K. usadzić, ponoć planowane są kolejne zatrzymania, a ja czekam na słowa ministra, który stanie przed kamerami i powie nam, narodowi swojemu, że „już nigdy przez tego pana Polska nie zmarnotrawi milionów”. No tak, jakby właśnie nam PiS nie pokazało, jak fajnie i łatwo da się wydać nasze pieniądze.

Drugim takim sukcesem jest podpisana wreszcie umowa o zakupie rakiet Patriot. PiS aż sapie z zachwytu nad tym doniosłym wydarzeniem, ale np. pan Siemoniak, do którego mam spore zaufanie, uważa, że to tylko działanie propagandowe, za którym wcale nie idzie jakieś specjalne wzmocnienie militarne Polski. Twierdzi wręcz, że ostro przepłaciliśmy, bo „przecież Rumunia zapłaciła dwa i pół razy taniej. Oczywiście, są różnice w wersjach, jakie otrzymają oba kraje, ale nie usprawiedliwiają one takiego rozdźwięku”. Nic nie zostało też z „zapowiedzi o 50 proc. udziale polskiej zbrojeniówki”. Tak więc, mamy sukces czy nie?

Czy uda się PiS-owi przesłonić wpadki ostatnich miesięcy, czas pokaże. Jedno jest pewne. Ten świąteczny czas będzie dla prezesa i jego ludzi bardzo pracowity. Trzeba przecież znaleźć kolejne „sukcesy”, przekonać naród, że to, co widzą i słyszą to pikuś w porównaniu z kolejnymi etapami „dobrej zmiany”. Tak więc jedni do odpoczynku, a inni do roboty…

Waldemar Mystkowski pisze o wecie Dudy.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że weto Andrzeja Dudy dotyczące tzw. ustawy degradacyjnej było zwykłą ustawką. Grę w te klocki Jarosław Kaczyński ma przećwiczone, „kunszt” można porównać do gry w warcaby: kto więcej zbije, ten wygrywa.

Nie jest to więc gra w szachy, w której trzeba naprzód przewidywać ruchy przeciwnika, ale zegar i tak tyka, do końca PiS zostało 520 dni. Weto prezydenta sprawdziło się przy dwóch ustawach sądowych, tysiące protestujących zeszło z ulic, a Duda i tak podpisał zmanipulowane ustawy, na które nie daje się jednak nabierać Komisja Europejska.

Wartość weta dotyczące tej ustawy nazywanej też ustawą degradacyjną (autorstwa) Macierewicza i Błaszczaka jest niemal żadna, bo w istocie nie można zdegradować zapisów w podręcznikach. Wszak żaden autor nie napisze, że stan wojenny wprowadził szeregowy Jaruzelski, chodziło o to, aby wymierzyć symbolicznego kopa nieboszczykowi.

Przecież Duda nie zawetował ustawy o zdecydowanie większej wartości egzystencjalnej, tzw. ustawy dezubekizacyjnej, odbierającej emerytury zweryfikowanym funkcjonariuszom, którzy choć jeden dzień przepracowali w PRL w służbach.

Warto więc odnotować ustawy, które winny być zawetowane z powodów naruszenia Konstytucji bądź spychające nas do nienowoczesnych praktyk, ale „niezłomny” Duda je podpisał: o Krajowej Radzie Sądownictwa, o Sądzie Najwyższym, o IPN (oddana do TK), ograniczająca handel w niedzielę, o antykoncepcji awaryjnej, o reformie edukacji czy też nowelizację Kodeksu Wyborczego.

Przy wielkanocnym stole Polacy mają rozmawiać nie o sondażach, które coraz wyraźniej wskazują, iż PiS za 520 dni odda władzę, ale o kosmonaucie Hermaszewskim, który pozostał przy pagonach generalskich. Zresztą na nie powołał się Duda.

Po ustawce z wetem politycy PiS dostali przykazanie, aby się nie wysypać i nie komentować, o czym tweetnęła Beata Mazurek: „komentować nie będziemy”. Ta sama złotousta rzeczniczka komentowała przyjęcie ustawy w Sejmie: „Wrona Orła nie pokona (…) Precz z komuną”.

Wyłamał się z niekomentowania Antoni Macierewicz, ale on jest osobnym bytem politycznym – zdaje się, iż wraz ze swoim Misiewiczem knują w kwestii partii bardziej prawicowej niż PiS – nazwał weto „następnym krokiem w złą stronę”. Wszak pierwszy zły krok to była dymisja Macierewicza.
Weto Dudy więc brzydko pachnie, jest świątecznym jajkiem podrzuconym na polskie stoły, by nie powiedzieć zbukiem.

Tusk nie idzie na emeryturę, Kaczyński powinien się bać

„Nie idę na emeryturę. W 2019 będę tutaj i niech nikt nie myśli, że będę oglądał wyłącznie telewizję czy grał w piłkę z wnukami, chociaż z całą pewnością będę o tym pamiętał. Wszystko będzie zależało od sytuacji. Mam nadzieję, że nie będzie potrzeby żadnych akcji ratunkowych. Ciągle czuję się odpowiedzialny za to, co dzieje się w Polsce” – to odpowiedź przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska na pytanie, co będzie robił po zakończeniu swojej kadencji. – „Jest kilka fundamentalnych powodów, aby się martwić. Na stan państwa polskiego w kontekście prawa, szanowania Konstytucji trzeba patrzeć z niepokojem. Dla wielu Polaków najbardziej dotkliwe zło zdarzyło się, gdy zaatakowano niezawisłe sądownictwo. Prawo i wymiar sprawiedliwości są instrumentalnie wykorzystywane przez obecnie rządzącą partię” – powiedział w wywiadzie dla TVN 24 Tusk.

Były premier nawiązał do wyników ostatnich sondaży, w których PiS wyraźnie traci poparcie. – „Moje doświadczenie podpowiada mi, że zużywanie się władzy jest zależne nie tylko od jej błędów, ale też jest funkcją czasu. Aktualna władza popełniła wystarczającą ilość błędów, żeby wielu Polaków zaczęło kwestionować sens jej działania. Jedna władza zużywa się szybciej, inna wolniej – ta obecna chce chyba pobić rekordy” – stwierdził.

Donald Tusk mówił także o sporach rządu PiS z Komisją Europejską. – „Dobrze by było, gdyby polski rząd umiał przekonać, może nie do tych zmian sądowych, bo one wydają się ciągle kosmetyczne, może to słowo jest zbyt brutalne, ale chyba do tego sprowadzają się te zmiany, ale dobrze byłoby, aby polski rząd umiał przekonać przede wszystkim obywateli, ale także KE, że ma rzeczywistą wolę odejścia od tych najbardziej kontrowersyjnych czy wręcz gorszących rozstrzygnięć. Moją intencją jest przekonywanie w Europie że te problemy wywołane tymi złymi ustawami mają jednak charakter tymczasowy. PiS nie jest na wieki wieków. Będę pomagał Polsce, aby nie poniosła strat, ale nie po to, żeby usprawiedliwić pewne działania PiS-u” – powiedział. Dodał, że przedstawiciele rządu PiS nie są zainteresowani współpracą z nim jako przewodniczącym Rady Europejskiej.

Odniósł się także do zatrzymania byłego wiceministra finansów w jego rządzie. – „Z człowieka robi się ofiarę. Dla doraźnego interesu politycznego używa się machiny państwa, policji, prokuratury, telewizji rządowe. Obecnej władzy potrzebny jest spektakl – kamera i oskarżyciele, budowanie nieustannego stanu zagrożenia. Po to, aby ukrywać m.in. swoje oczywiste błędy. Nie mam żadnych wątpliwości, że tu nie chodzi o tzw. dochodzenie do prawdy. Z całą pewnością to nie ułatwi nam odbudowy reputacji Polski, polskiego państwa – tak w oczach Polaków, jak i społeczności międzynarodowej” – podsumował Tusk.

Imperium finansowe PiS. A do tego kradną z budżetu państwa. Macierewicz zakłada partię Misiewiczów

PiS bierze sobie – kradnie z budżetu – więcej niż się przyznaje. Oj, wybija szambo tego szemranego towarzystwa.

„Nie żaden Smoleńsk, nie aborcja, nie Żołnierze Wyklęci spajają tę partię, tylko kasa, nagrody wypłacane sobie. Wyborcy zobaczyli, że to nie partia Prawo i Sprawiedliwość, tylko partia kasa i jeszcze raz kasa” – powiedział w TVN24 były minister obrony w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak. To jego komentarz do sondażu, w którym PiS stracił w stosunku do poprzedniego badania aż 12 proc.

Siemoniak stwierdził, że był zszokowany, słysząc jak Beata Szydło w Sejmie broniła przyznanych ministrom nagród. – „Nie miałem przesadnie dobrej opinii o pani premier Szydło. (…) Okazuje się, że politycy PiS-u w oczach mają złotówki, a nie jakieś sprawy publiczne. Nagrody, pensje w spółkach Skarbu Państwa, te tłumy Misiewiczów…” – stwierdził Siemoniak.

Wiceszef PO skomentował także zatrzymanie przez CBA byłego wiceministra finansów i byłego szefa Służby Celnej. – „Cała ta sprawa jest tak dęta, że gdyby nie chodziło o konkretnego, uczciwego człowieka, to można byłoby się pośmiać. W ciągu jednego dnia z kogoś, kto wiele lat pracował dla Polski, właśnie słynął z takiej uczciwości, pryncypialności, zrobiono Jacka K. Wszystko po to, żeby tworzyć spektakl telewizyjny przed świętami. (…) Jest to zła PiS-owska metoda. Grubość tej nici to jest w ogóle lina okrętowa. To wstyd, iż prokuratura w taki sposób działa” – zaznaczył Siemoniak.

Do sprawy odniósł się także Donald Tusk, który napisał na Twitterze: – „Kiedy Jacek Kapica bezkompromisowo walczył jako minister w moim rządzie z przestępcami, też był atakowany podłymi metodami. Nie poddał się wtedy, nie podda się dzisiaj”.

Macierewicz knuje z Misiewiczem – zakładają Partię Przyjaciół Kasy.

Fakt:

W PiS aż huczy od plotek, że w najbliższych tygodniach Antoni Macierewicz (70 l.) wystartuje z nową inicjatywą polityczną. W organizacji nowej formacji ma mu pomagać Bartłomiej Misiewicz (28 l.), szczególnie ostatnio aktywny w mediach. Choć były rzecznik Macierewicza zapewnia, że widuje się z nim sporadycznie, mamy dowody, że jest inaczej. Przyłapaliśmy obu panów na spotkaniu!

To, nad czym pracują Macierewicz z Misiewiczem, owiane jest aurą tajemnicy. Ten drugi całe dnie spędza na jeżdżeniu swoim nowym mercedesem. A to Piaseczno i szybkie spotkanie, a to Radzymin. Część rozmów to krótkie spotkania z ludźmi kojarzonymi z Macierewiczem. Wygląda na to, jak gdyby panowie unikali kontaktu telefonicznego. Misiewicz nagle, po roku milczenia (dokładnie rok temu został wyrzucony z PiS), udzielił serii wywiadów. Przekonywał, że pracuje teraz na własny rachunek. Twierdzi, że doradza zarządowi Telewizji Republika i „osobom prywatnym”. Oficjalnie zaprzecza, że współpracuje z byłym szefem MON. – Nie ma SMS-ów, jeśli już to (kontakt) telefoniczny – mówił w Wirtualnej Polsce.

Precyzował, że widuje się z Macierewiczem sporadycznie. W jego zapewnienia nasi rozmówcy z PiS jednak nie wierzą. A my postanowiliśmy to sprawdzić. W dniu swych urodzin Misiewicz wcale nie świętował. Większość dnia spędził… w samochodzie. A niemal cały wieczór na parkingu pod siedzibą Telewizji Republika. Choć ponoć tam pracuje (nikt z pracowników nigdy go tam nie spotkał), nie wszedł do środka aż do chwili, gdy audycji w tej stacji nie skończył Macierewicz. Wówczas spotkali się w holu i rozmawiali około kwadransa, gorączkowo gestykulując.

Misiewicz niby mówi, że „nie planuje wrócić do polityki”, ale zaraz zastrzega, że nie są to plany na najbliższy czas. W jednym z wywiadów rzucił jednak, że… „jest gotów wrócić do rządu”, jeśli go ktoś o to poprosi. Od czego zależy realizacja planów duetu panów Macierewicz-Misiewicz? Nasi rozmówcy mówią, że wszystko zależy od przebiegu 8. rocznicy katastrofy smoleńskiej. Jeśli były szef MON zostanie upokorzony i nie będzie kontynuacji prac podkomisji, jego rozstanie z PiS może być szybkie i burzliwe.

Nie ma drugiego polityka, który miałby w swoim otoczeniu spółkę dysponującymi tak atrakcyjnymi gruntami, przejętymi w niejasnych okolicznościach. Jarosław Kaczyński stara się kreować na człowieka, który był przeciw formule przemian III RP, więc ja przypominam, że środowisko Kaczyńskiego najbardziej na tych przemianach skorzystało. Wyraźnie widać, że wokół Kaczyńskiego stworzył się układ oligarchiczny, choć on zawsze twierdził, że z oligarchią walczy – mówi #TYLKONATEMAT Marcin Kierwiński z Platformy Obywatelskiej.

Zszokowała pana informacja zatrzymaniu byłego wiceministra finansów Jacka K.?

To mnie nie zszokowało. Zawsze, kiedy PiS ma wielkie problemy wizerunkowe, pojawiają się afery i sondaże im spadają, można być pewnym, że będzie próba odwrócenia uwagi opinii publicznej przy użyciu służb specjalnych i usłużnej prokuratury.

Wielu Polaków nazwisko Jacka K. nic nie mówi, dawno nie ma go w polityczny obiegu. Dość głośno spekuluje się, że chodzi o pretekst do ciągania po prokuraturach zarówno Donalda Tuska, jak i Grzegorza Schetynę. Uderzenie w Jacka K. miałoby na to pozwolić.

Nie mam wątpliwości, że motywacja tych działań jest stricte polityczna. PiS od dawna lubi tak używać upolitycznionych instytucja państwa. Używa usłużnych prokuratorów i funkcjonariuszy służb. Trwa polowanie na opozycyjnych polityków, ale z tego typu akcjami trafiają, jak kulą w płot. Większość tych spraw okazuje się sprawami dętymi…

Zbigniew Ziobro na konferencji poświęconej zatrzymaniu Jacka K. wielokrotnie podkreślał, że były wiceminister miał przełożonych i mógł być poddawany naciskom. Można było odnieść wrażenie, że prokurator generalny i szef Ministerstwa Sprawiedliwości ma nadzieję, że K. „sypnie” jakiegoś ministra lub nawet byłego premiera.

Zbigniew Ziobro podobnymi konferencjami już w przeszłości wielokrotnie się kompromitował. A tą czwartkową konferencją tylko przybił pieczątkę z logo koalicji rządzącej, która informuje, że ta cała akcja miała charakter polityczny.

To wszystko ma być wstępem powstania sejmowej komisja śledczej, która miałby zbadać rzekome wyłudzenia podatku VAT. PO poprze pomysł jej powołania?

Bardzo chciałbym posłuchać takiej komisji tłumaczeń PiS na temat tego, dlaczego wpływy z VAT w ostatnich dwóch latach były mniejsze niż zapowiadano. Chciałbym dowiedzieć się też, jak wyglądała ściągalność VAT-u za czasów, gdy PiS rządziło po praz pierwszy…

PiS wielokrotnie powoływało różne komisje, które miały być problemem dla opozycji, a najbardziej kłopotliwe stały się dla nich samych. Proszę tylko spojrzeć na komisję śledczą zajmującą się Amber Gold. Tam praca Krzysztofa Brejzy ujawnia bardzo dziwne związki zaplecza finansowego PiS ze spółką Marcina P. Niestety politycy PiS, którzy mogliby wiele na ten temat powiedzieć, nie są zapraszani przed komisję. Ciekawa jest też komisja reprywatyzacyjna, gdzie Patryk Jaki panicznie boi się przesłuchania Jakuba R., czyli głównego oskarżonego w sprawie afery reprywatyzacyjnej w Warszawie.

PO mocno podkreśla powiązania głównego bohatera afery reprywatyzacyjnej Jakuba R. z najwyższego szczebla szefostwem służb specjalnych. Czy ta sprawa nie jest jednak zbyt skomplikowana dla przeciętnego Polaka?

Tu nie chodzi tylko o politykę, ale kwestię elementarnej uczciwości w życiu publicznym. Mamy polityków, którzy kreują się na nieskazitelnych szeryfów, a osoby uwikłane w aferę reprywatyzacyjną otwarcie mówią, że to ci politycy PiS mieli załatwić pracę Jakubowi R. w warszawskim ratuszu, gdzie później ten pan miał dbać o interesy spółki związanej z partią Jarosława Kaczyńskiego.

Prezes PiS kreuje się na postać krystalicznie czystą, która po 1989 roku nie skorzystała na przemianach ustrojowych. A ja w polityce jestem zbyt długo, by nie wiedzieć, że nie ma dziś polityka, który skorzystał na przemianach lat 90-tych bardziej niż Kaczyński.

Sugeruje pan, że Jarosław Kaczyński nie jest krystalicznie czysty?

Twierdzę, że to, co o sobie mówi, nie ma nic wspólnego z prawdą. Nie ma drugiego polityka, który miałby w swoim otoczeniu spółkę dysponującymi tak atrakcyjnymi gruntami, przejętymi w niejasnych okolicznościach. Jarosław Kaczyński stara się kreować na człowieka, który był przeciw formule przemian III RP, więc ja przypominam, że środowisko Kaczyńskiego najbardziej na tych przemianach skorzystało. Wyraźnie widać, że wokół Kaczyńskiego stworzył się układ oligarchiczny, choć on zawsze twierdził, że z oligarchią walczy.

Mocno eksploatujecie w PO to, co na temat spółki Srebrna pokazano w programie „Czarno na białym” w TVN24, ale czy tam było coś nowego? Przecież ludzie nawet pobieżnie interesujący się polityką o większości tych powiązań wiedzą od lat.

Oj, nie. Nie o wszystkim było dotąd wiadomo. Informacje o tym, że Srebrna próbuje zbyć grunt, który przejęła w latach 90-tych poprzez cypryjskiego pośrednika to informacje nowe. One pokazują też zastanawiający mechanizm. W jakim celu taka transakcja miałaby się odbyć? Celem „optymalizacji podatkowej”, czyli niepłacenia podatków Polsce? Dziwię się, że Zbigniew Ziobro nic z tym jeszcze nie zrobił.

A jeśli mówimy o przejęcie majątku RSW „Prasa Książka Ruch” przez środowisko związane z Fundacją Prasową „Solidarność”, to rzeczywiście nie są to sprawy nowe, ale nadal bardzo niejasne. Opinia publiczna powinna zdawać sobie sprawę, że Jarosław Kaczyński chce kreować się na twardego antykomunistę, a wspomnianą fundację zakładał z osobami, które miały przeszłość w PZPR. Mowa szczególnie o Krzysztofie Czabańskim. To on był likwidatorem RSW „Prasa Książka Ruch”, a zarazem fundatorem Fundacji Prasowej „Solidarność, która przejęła ten majątek. Według współczesnych standardów politycznych, występowanie w takiej roli jest nieakceptowalne.

W tych dniach żaden wywiad polityczny nie może obyć się bez pytania o najnowszysondaż Kantar Millward Brown SA dla „Faktów” TVN i TVN24. Uwierzyliście w PO w te dane?

Ja ogólnie do sondaży podchodzę ze spokojem. Cieszą mnie wzrosty PO, ale ten sondaż pokazuje głównie to, że Polacy poczuli się bardzo oszukiwani przez PiS. W 2015 roku słyszeli premier Beatę Szydło, która opowiadała im o pokorze, umiarze i roztropności, a dostali niekończący się bałagan w Polsce, wojny w polityce zagranicznej, a na koniec eksploatowanie budżetu państwa na własne potrzeby oraz butę i arogancję.

Gdy Szydło z poparciem Kaczyńskiego twierdzi, że politykom PiS ten system drugich pensji po prostu się należy, to musi działać na wyobraźnię Polaków. Zwykły Polak zarabia jedną pensję i często trudno mu dociągnąć do pierwszego.

Budują pomniki. Urządzają miesięcznice. Sam Kaczyński mówi o dążeniu do prawdy, ale dopiero wchodząc w szczegóły widać, ile w tym wszystkim brutalnej hipokryzji.

Nie dość, że trumnę posła PO – Sebastiana Karpiniuka, który zginał w 2010 r. w katastrofie nad lotniskiem Siewiernyj wyciągano bladym świtem, a ekshumację przeprowadzono wbrew woli ojca i przyjaciół, to teraz – kiedy półtora miesiąca po tamtych bolesnych chwilach – prokuratura oddaje szczątki posła, próbowano go zakopać cichcem, jak za komuny – dowiadujemy się portalu gazeta.pl.

„Gdyby nie to, że spółka zarządzająca cmentarzem w Kołobrzegu podlega prezydentowi miasta z PO, w ogóle nie wiedzielibyśmy, że dzisiaj, po ekshumacji i badaniach, wracają szczątki posła Sebastiana Karpiniuka – powiedział Piotr Ryćko, działacz Platformy, kolega nieżyjącego posła.

Wszystko odbyło się bez większych ceregieli: „Firma pogrzebowa, która działa na zlecenie Prokuratury Krajowej, zadzwoniła do spółki, która zarządza cmentarzem, że dzisiaj przywożą szczątki posła. Rodziny, ani przyjaciół o tym fakcie nikt nie powiadomił” – dodaje.

 „Chcieli podrzucić szczątki. Chcieli, tak po prostu, wrzucić Sebastiana do grobu” – komentuje z goryczą senator PO z Koszalina – Anna Sztark.

„Trzeba być pozbawionym uczuć, żeby tak bawić się cudzym nieszczęściem. Dowiem się, który prokurator podejmował takie decyzje”.

Na dodatek „przywożą ciało w czasie, kiedy nie odprawia się mszy żałobnych. W Wielki Czwartek tj. dzień, w którym rozpoczyna się triduum paschalne” – mówi Grażyna Sztark.  Zatem ksiądz tylko pomodli się nad grobem Sebastiana – zauważa i zapewnia: „Ja się dowiem, kto tak zdecydował”.

 z godnością. Sebastian byłby dumny. Niech spoczywa w spokoju.

Nawet częściowo zjednoczona opozycja jest już bliska zwycięstwa z PiS – wynika z nowego sondażu przedwyborczego wykonanego dla jednej z partii w poniedziałek 26 marca. Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utrzymuje przewagę, ale jest ona minimalna. To kolejny sondaż w ostatnich dniach pokazujący znaczący spadek notowań obozu zjednoczonej prawicy.

Według najnowszego sondażu przedwyborczego, opublikowanego w czwartek wieczorem na stronie internetowej „Rzeczpospolitej”, PiS może liczyć na poparcie 35,2 proc. Polaków. Zaskakująco dobry wynik uzyskała koalicja PO i Nowoczesnej – w sondażu liczona jako jedna lista, na którą swój głos zamierza oddać 33 proc. badanych. W Sejmie znalazłby się też ruch Kukiz’15 z 9 proc. poparciem.

Wynik osiągnięty przez PiS jest lepszy niż w badaniu Kantar dla TVN24 opublikowanym w środę, gdzie PiS ma 28 proc., ale i tak jest słabszy niż w poprzednich badaniach IBRiS, w których głosy na partie opozycyjne liczono oddzielnie.

Jak dodał szef klubu PO, do Kapicy wjeżdża o 7 CBA, żeby zrobić telewizyjną pokazówkę, zająć opinię publiczną jego sprawą, żeby ludzie przestali dyskutować o tym, co nabroił PiS. „To typowa przykrywka, którą PiS zaproponował Polakom. To jeden wielki pic” – stwierdził.

„To ciekawe, bo jak budowaliśmy tę koalicję przedtem, przed wyborem mnie na przewodniczącą, to często był problem, ponieważ ta koalicja zasadniczo się nie budowała, natomiast udało mi się zbudować m.in. dlatego, że udało nam się jakoś porozumieć, co jest ważne. Czasami trzeba patrzeć trochę dalej, niż czubek własnego nosa i zastanowić się, czego oczekują nasi wyborcy, a ci oczekiwali porozumienia i koalicji, a po drugie trzeba się zastanowić na jakich warunkach. Bardzo jasno określiłam te warunki, że to musi być koalicja, a nie start z czyjejś listy, że to musi być koalicja o charakterze partnerskim, że musimy ustalić warunki, które będą korzystne i uczciwe dla obu ugrupowań. To ma szanse być koalicja win-win”

Sześcioro nieumundurowanych funkcjonariuszy policji wkroczyło w środę wieczorem do mieszkania dziennikarki radiowej Trójki i musiały upłynąć długie godziny, żeby zorientowali się, że nie tej osoby szukają. – „Nagle wpadło do domu czterech panów i dwie panie (…) Zakuli mnie w kajdanki i zażądali ode mnie dowodu osobistego. Następnie przeszukano mój plecak, w którym znajdowały się m.in. trójkowy mikrofon i moja legitymacja prasowa. Nie powstrzymało to panów przed wykonywaniem dalszych czynności. Zaczęło się przeszukanie: wyrzucono wszystkie rzeczy z szaf, zabrano komórki, pendrive’y” – napisała dziennikarka radiowej Trójki Anna Rokicińska na Facebooku.

Funkcjonariusze szukali kobiety zamieszanej w proceder wyłudzenia kredytów oraz cyberprzestępczość. Działania policji odbywały się w obecności dwójki małych dzieci dziennikarki. Rokicińska mówi, że policjanci zachowywali się agresywnie. – „Szantażowano mnie mówiąc, że oprócz mnie aresztowany zostanie również mój mąż, a dzieci trafią do policyjnej izby dziecka. Wmawiano mi, że ukrywam coś, że nie chcę niczego powiedzieć. Tymczasem policjanci w trakcie zatrzymania rozmawiali na tematy prywatne i zachowywali się w sposób niekulturalny” – relacjonowała dziennikarka.

Po trzech godzinach okazało się, że funkcjonariusze pomylili… adres. – „Jest nam niezmiernie przykro, że doszło do takiej sytuacji. Zapewniamy, że wszystkie okoliczności tej sprawy, a także zachowanie policjantów wykonujących czynności dokładnie zostaną wyjaśnione” – powiedziała rzeczniczka mazowieckiej komendy policji Katarzyna Kucharska. A my mamy nadzieję, że sprawa, zwłaszcza potraktowania niewinnej dziennikarki przez funkcjonariuszy – zakończy się wyrokiem sądowym, a nie tylko wyjaśnieniami.

Przyznanie nagród ministrom rządu byłej już premier, pani Beaty Szydło, wstrząsnęło opinią publiczną. Nawet ten najbardziej wierny elektorat nie znajduje niczego, co mogłoby usprawiedliwić takie działanie. Nawet oni nie kryją swojego oburzenia. PiS-em zatrzęsło, słupki sondażowe poszły ostro w dół i od kilku dni politycy tej partii usiłują przekonać naród, że wszystko jest ok.

Trzeba jakoś zapanować nad sytuacją, więc prezes Jarosław Kaczyński przygotował instrukcję, w której dokładnie zapisano, jak wypowiadać się w tym temacie i uzasadniać sens przyznania tak wysokich nagród dla członków rządu. Stanisław Pięta, poproszony o komentarz w sprawie nagród powiedział, że rozumie, iż „kwestia nagród może być odbierana krytycznie, ale one zostały przyznane ministrom w rządzie Prawa i Sprawiedliwości za ich ciężką pracę. Oni nie zostali wynagrodzeni za kiepską pracę, ale za ciężką pracę, która przyniosła dobre efekty dla nas wszystkich. Ministrowie w rządzie pracują bardzo rzetelnie i ta praca przynosi pozytywne efekty. Idealnie w tym samym tonie i tymi samymi słowami posługują się pozostali politycy PiS. Nawet nie próbują przedstawić swego zdania po swojemu, tylko powtarzają jak mantrę, tekst instrukcji, wykuty na blachę.

Instrukcja mówi też, jak wyjaśnić odmienne zdanie obecnego premiera co do nagród dla rządu. Jeden z członków PiS przyznaje, że „przekaz jest taki, że nie ma istotnej sprzeczności w sprawie nagród między tym, co w tej kwestii mówili ostatnio prezes Jarosław Kaczyński, premier Mateusz Morawiecki (50 l.) i pani wicepremier Beata Szydło (55 l.) w Sejmie. Bo te nagrody się po prostu należały dla ministrów za ich ciężką pracę dla Polski. A teraz pan premier Mateusz Morawiecki ma prawo wprowadzać taki system nagradzania i oceny, jaki uzna za właściwy”.

Nie ma to jak dobra instrukcja. Może pomoże…

Waldemar Mystkowski pisze o zbliżających się świętach PiS.

Wcale nie uważam, aby program festynu PiS zaplanowany na 10 kwietnia był bogaty. Prezes Kaczyński nazwałby, że jest skrajnie skromny.

Proszę się zastanowić! Miesięcznice smoleńskie odbywają się każdego miesiąca, a Boże Narodzenie czy też Wielkanoc – raz w roku. Dlaczego więc tak ważne święto PiS-u ma zarezerwowany tylko jeden dzień? Czy nie mogłoby to być dwudniowe święto poprzedzone wigilią? Akurat w tym roku wypada ono we wtorek, przeddzień święta (wigilia) wypada w poniedziałek,  Polacy mieliby zatem wolne 5 dni od pracy, to byłby długi weekend, że hej.

Dzień 10 kwietnia jest tak gęsty w imprezy, iż nie na wszystkie można będzie się załapać. Start od godziny 8.00, gdy odbędzie się msza, a zaraz apel smoleński (8.41) przed Pałacem Prezydenckim. Następnie trzeba biec na plac Piłsudskiego, na którym kino w plenerze fundnie dwa bloki filmowe. Po wrażeniach artystycznych odświeży się tradycję średniowieczną przez odmówienie koronki do Miłosierdzia Bożego.

Następnie wiekopomna chwila, bo odsłonięty zostanie pomnik smoleński (Pomnik Ofiar Tragedii Smoleńskiej 2010 r.), a pod drugi – najważniejszy pomnik: brata Jarosława Kaczyńskiego – położony będzie kamień. Mówkę palną prezydent i prezes. Po czym dojdzie do kolejnej części artystycznej – koncertu. Tym, którym będzie mało mowy prezesa, zaplanowane jest jeszcze jedno wystąpienie przed Pałacem Prezydenckim.

Ufff… To ma być święto? To mordęga, jak na jakimś festiwalu filmowym w Cannes albo w Wenecji, gęstym od zdarzeń. Dlatego moje pretensje, aby rozłożyć to na wigilię i dwa dni świąt są – przynajmniej dla mnie – zasadne.

Jest wiele pytań, na które dzisiaj nie ma jeszcze odpowiedzi. Kto przybędzie zza granicy? Ile tysięcy policjantów będzie pilnowało festynu? Jak wysokie będzie ogrodzenie, bo wielu chciałoby popatrzeć, jak prezes się bawi?

Ba! W kontekście orzeczenia Sądu Najwyższego, iż wojewoda nie może zakazać kontrmiesięcznic, nawet pod groźbą kary więzienia, powstaje pytanie – dla mnie ważne – gdzie zostanie zorganizowana kontrrocznica (tak jak kontrmiesięcznice)?

Gdzie? Bo mnie świerzbią nogi, aby też pobiegać. Jedźmy dalej: jeżeli sprawca katastrofy smoleńskiej (nawet uznany za mimowolnego) – Lech Kaczyński – będzie miał pomnik, to gdzie można postawić kontrpomnik? W każdym razie festyn pisowski winien otrzymać w ramach symetrii równie bogaty kontrfestyn. Takie jest moje zdanie, moje ucho od śledzia.

Co łączyło szefów służb z Jakubem R.?

Szefowie służb specjalnych Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński wypierają się znajomości z przebywającym w areszcie Jakubem R., kluczowym podejrzanym w aferze reprywatyzacyjnej. W odpowiedzi Marcin Rudnicki, brat Jakuba, pokazuje zdjęcia ze wspólnych towarzyskich spotkań. – Nasze kontakty były bliskie. Wypieranie się tego jest sprzeczne z prawdą i niesmaczne – mówi w programie „Czarno na białym” w TVN24. Tłumaczy, że  zarówno Wąsik, jak i reszta ludzi związanych ze służbami, których zna, „kreuje w mediach zupełnie inny wizerunek od tego, jacy są naprawdę”. Znajomym Jakuba R. miał być również obecny szef CBA Ernest Bejda.

Jakub R. był wiceszefem Biura Gospodarki Nieruchomościami Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Do warszawskiego ratusza trafił w 2006 roku, kiedy w stolicy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Teraz prokuratura zarzuca mu przyjmowanie łapówek w zamian za pozytywne decyzje o zwrotach nieruchomości. Jest głównym podejrzanym, ale przed Komisją Weryfikacyjną Patryka Jakiego do tej pory nie stanął.

W listach z aresztu Jakub R. pisze, że znajomość z Kamińskim czy Bejdą nie była bezinteresowna. Pod koniec 2006 roku PiS stracił władzę w Warszawie, a na prezydenta wybrano Hannę Gronkiewicz-Waltz. Do Jakuba R. – według jego relacji – mieli wtedy odezwać się ludzie, którzy wcześniej mieli pomóc mu zdobyć pracę w ratuszu. – Mój brat powiedział mi o tym, że Ernest Bejda przyszedł do niego w sprawie Srebrnej, ale nie wypytywałem, o co dokładnie chodziło. Nie interesowało mnie to za bardzo – opowiada w TVN24 Marcin Rudnicki.

Historia spółki Srebrna i cypryjski ślad

Spółka została utworzona w 1995 roku. Założyły ją osoby należące do partii politycznej Porozumienie Centrum. Głównym udziałowcem Srebrnej została Fundacja Prasowa „Solidarność” Jarosława Kaczyńskiego. W 2012 roku władze Fundacji zdecydowały o jej likwidacji. Udziały w spółce Srebrna przekazały na rzecz Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Od tej pory Instytut stał się większościowym udziałowcem spółki Srebrna. Członkiem zarządu Srebrnej jest Adam Lipiński, wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości, jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego.

Spółka Srebrna od zawsze zajmowała się zarządzaniem nieruchomościami. Posiada olbrzymi majątek przejęty zaraz po upadku PRL. To głównie nieruchomości w atrakcyjnych lokalizacjach w centrum stolicy. Na jednej z działek spółka Srebrna planuje wybudować jeden z najwyższych wieżowców w stolicy, tzw. „Kaczyński Tower”. Problem w tym – jak twierdzą reporterzy programu „Czarno na białym” – że do działki roszczą sobie prawa spadkobiercy. A chodzi o ogromne pieniądze. Budowa wieżowca i jego ewentualna sprzedaż może prowadzić na Cypr. W ubiegłym roku ziemię należącą do Srebrnej chciała kupić cypryjska spółka Conarius. Tutaj pojawia się jeszcze więcej pytań.

O sprawie niejasnych powiązań Srebrnej z cypryjską spółką pisała już „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek”.

PO: „Historia wielkiego układu”. Sprawa musi zostać wyjaśniona!

– Informacje są na tyle bulwersujące i ważne, że wymagają jasnego stanowiska premiera – mówią krótko politycy PO. Dlatego złożyli wniosek do marszałka Sejmu, w którym domagają się zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu w najbliższą środę o godz. 12.

Na nadzwyczajnym posiedzeniu Sejmu posłowie mieliby wysłuchać informacji premiera Morawieckiego o działalności najważniejszych osób w służbach oraz informacji Zbigniewa Ziobro o transferach finansowych i niejasnych powiązaniach między spółką Srebra i spółkami na Cyprze.

– Przez ostatnie tygodnie i dni nie padło ani jedno zdanie z ust Mateusza Morawieckiego na ten temat. PiS udaje, że nie ma sprawy. Ale my nie pozwolimy na to, aby w cieniu służb specjalnych ukrywane były wielkie interesy finansowe PiS-u. Żądamy od marszałka Marka Kuchcińskiego zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu po to, aby na tym posiedzeniu premier rządu mógł odnieść się do informacji i wyjaśnić zaangażowanie najważniejszych osób kierujących służbami specjalnymi państwa w działania przy aferze reprywatyzacyjnej – mówi szef klubu PO poseł Sławomir Neumann.

– Czy panowie, którzy kierują służbami specjalnymi, bardziej dbają o interes państwa, czy spółki związanej ze środowiskiem PiS-u? – pyta także poseł PO Marcin Kierwiński. I dodaje: – Od lat 90. środowisko związane z Jarosławem Kaczyńskim buduje oligarchiczny układ władzy oparty o przejęte w centrum Warszawy nieruchomości, to m.in. słynna nieruchomość przy ulicy Srebrnej. Nie ma w Polsce drugiej partii, która przejęłaby tak gigantyczny majątek od Skarbu Państwa. To wymaga wyjaśnienia.

– Czas chowania głowy w piasek przez pana premiera minął. Wiemy, że jest pan w trudnej sytuacji, bo wszystkie nitki w tej sprawie prowadzą do Jarosława Kaczyńskiego. Ale został pan premierem i musi pan wyjaśnić te powiązania. Tego wymaga bezpieczeństwo finansowe państwa – mówi Kierwiński.

„Żadna inna partia w Polsce nie obrosła tak spółkami, biznesami i fundacjami” – pisze o PiS „Gazeta Wyborcza”. I opisuje finansowe imperium partii rządzącej, za którego budową stoi Jarosław Kaczyński. Na taki pomysł wpadł w autobusie na Żoliborz, a w tle znajdziemy m. in. kacyków PZPR, „panią Basię” z „Ucha Prezesa” i Ludwika Dorna, którego nie stać na fryzjera.

Początek budowy dzisiejszego imperium sięga początku lat 90. Tuż po transformacji ustrojowej Kaczyński szefował Porozumieniu Centrum, ale to nie partia miała w tym czasie największe znaczenie. Dużo większą rolę miała odegrać Fundacja Prasowa Solidarności. Jej założycielami – oprócz Kaczyńskiego – byli również Sławomir Siwek, Krzysztof Czabański i Maciej Zalewski.

Jak pisze „Wyborcza”, zaczęło się od przejęcia popularnej gazety popołudniowej – „Expressu Wieczornego”. Dzięki dobrym kontaktom ze świeżo upieczonym prezydentem Lechem Wałęsą, Kaczyńskiemu i spółce udaje się zdobyć ten tytuł, o czym zresztą sam prezes PiS wspomniał w swojej autobiografii.

Przejęcie „Expressu” nie doszłoby do skutku, gdyby nie udało się uzyskać 1,6 mln zł. A do tego konieczny był fortel. Fundacja zdecydowała się bowiem wynająć pomieszczenia redakcyjne. Najemcą został Bank Przemysłowo-Handlowy, założony jeszcze w poprzednim ustroju przez I sekretarza PZPR Mieczysława Rakowskiego.

BPH zapłacił czynsz z góry za 13 lat, więc Fundacja zdobyła pieniądze na przejęcie gazety i dawne zakłady graficzne przy Nowogrodzkiej. Naczelnym „Expressu Wieczornego” został Krzysztof Czabański.

Później zaczynają się chudsze lata, bo Fundacja przeżywa kłopoty finansowe. Wszystko za sprawą przegranych przez Porozumienie Centrum wyborów. Co więcej, Fundacja pożyczyła partii na kampanię 800 tys. zł – sprawa otarła się nawet o prokuraturę. W efekcie członkowie Fundacji „klepali biedę”. Do tego stopnia – jak pisze „GW” – że np. Ludwika Dorna musiała strzyc żona, bo nie było go stać na fryzjera.

Nie było więc wyboru – trzeba było sprzedać gazetę. W ten sposób „Express” trafił w ręce Szwajcarów.

Kaczyński i spółka do gry wrócili w 1994 roku, gdy jako Fundacja przejęli 20 tys. m kw. w warszawskich biurowcach i tyle samo gruntów. Siwek i Kaczyński trafili natomiast do władz spółek – jeden do Air Link i Celsy, a drugi – do spółki Srebrna. Wszystkie trzy zarządzały atrakcyjnymi nieruchomościami w centrum.

Wtedy też dochodzi do przekształceń. Fundacja przekształca się w dwie nowe. Kaczyński i Czabański rejestrują Fundację Nowe Państwo, a Siwek – Solidarną Wieś. Ta druga zresztą ma bardzo dobre kontakty z episkopatem. W dużej mierze za sprawą samego Siwka. Obie otrzymują od Fundacji Prasowej Solidarności cały majątek.

Choć Porozumienie Centrum było wtedy w opozycji, to za pośrednictwem fundacji zarabiało mnóstwo pieniędzy na czynszach czy obsadach rad nadzorczych. W spółce Srebrna miejsce znaleźli dla siebie m. in. Przemysław Gosiewski, Adam Lipiński, Wojciech Jasiński, Marek Suski czy Krzysztof Wyszkowski.

W 2001 roku powstaje Prawo i Sprawiedliwość i większość z nich niedługo później wchodzi do Sejmu. Właśnie z list PiS.

Zresztą spółka Srebrna to odrębna historia. Powiązana z nią była inna, mniejsza spółka – Srebrna Media. Tam, jak pisze „GW”, miał rządzić Krzysztof Czabański – dziś szef Rady Mediów Narodowych. Później za jej sterami zasiadała również żona i syn. Spółka dysponuje sporym majątkiem – głównie nieruchomościami.

Obie spółki poszły w „deweloperkę”. Poza mniejszymi projektami, jak zagospodarowanie skweru przy siedzibie PiS, Srebrna szykuje prawdziwą bombę. U zbiegu ulic Srebrnej i Towarowej spółka chce wybudować wieżowiec, o którym pisaliśmy niedawno na naszych łamach. „Kaczyński Tower” ma, według różnych doniesień, mierzyć od 140 do 190 metrów wysokości. Teraz poszukiwany jest partner, który pomoże niedoświadczonym deweloperom postawić drapacz chmur.

Kilka lat temu Srebrna toczyła również wojny o siedzibę PiS z izraelskim Metropolem, który przejął budynek przy Nowogrodzkiej. To efekt wolty Sławomira Siwka, który sprzedał nieruchomość w 2007 roku za ok. 34 mln zł. Czy Kaczyński na to zezwolił? To tajemnica, a wersje są sprzeczne – pisze „Gazeta Wyborcza”.

Właśnie ta transakcja była źródłem napięć i konfliktów. Okazało się bowiem, że Metropol chciał od PiS pieniędzy za korzystanie z podziemnego garażu pod siedzibą partii przy Nowogrodzkiej. Z tym nie zgadzała się spółka Srebrna, która uważała, że pieniądze należą się jej. Walkę ze strony tej spółki prowadziła przyjaciółka Jarosława Kaczyńskiego – Janina Goss.

Doszło nawet do tego, że Metropol i Srebrna blokowały wjazd i wyjazd do parkingu. Wojna podjazdowa skończyła się na wyraźne polecenie szefa PiS i pieniądze pobierają właściciele z Izraela. Ale to ich nie zadowala, bo najchętniej zburzyliby oni siedzibę partii i wybudowali tam biurowiec. Na to jednak nie ma zgody Srebrnej i dlatego Metropol szuka kupca na nieruchomość. Chętnych na razie nie ma.

Po katastrofie smoleńskiej Fundacja Nowe Państwo zmienia nazwę na instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Ma również propagować myśli społecznej byłego prezydenta. Instytut ma jednak również udziały w spółce Srebrna. Tej samej, która ma wybudować wieżowiec przy ul. Towarowej.

Pozostali udziałowcy? Jak twierdzi „Wyborcza”, w 2015 r. Kaczyński dopuścił do spółki również Barbarę Skrzypek. To nazwisko niewiele mówi, ale może powiedzieć więcej, gdy okaże się, że to „pani Basia” z popularnego „Ucha Prezesa”.

Ośmiornica PiS. Elektorat przeciera oczy

Internauci komentują artykuł „Faktu” podliczający nagrody w rządzie Beaty Szydło (PiS) i Donalda Tuska (PO).

Prof. Marcin Matczak o polityce rządu PiS wobec przedsiębiorców.

Waldemar Mystkowski komentuje sondaż.

Prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i najnowszy sondaż to dla niego manipulacja.

Jarosław Kaczyński został zaskoczony. Już miał wpakować piłkę do kosza, usłyszał jednak pytanie: co z tym sondażem? Prezes został złapany na wykroku.

Z sondażu wynika, że zjednoczona opozycja ma tyle samo punktów procentowych, co PiS. Na tablicy widnieje remis 28:28. Więc prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i obwieszcza: manipulacja. – „Z szacunkiem odnosimy się do wyników i z pokorą do wyników badań, ale też wiemy, jak są prowadzone i w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu”.

Prezes wraz z Jarosławem Gowinem promowali konstytucję, choć to inna konstytucja, bo dla nauki. Pada jednak słowo kluczowe dla bezprawia PiS. Można zatem kozłować i kiwać wokół prawa, jak to PiS je przestrzega. Gowin nawet cmokał prezesa i konsultacje społeczne: – „Chciałbym bardzo serdecznie podziękować prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu za to poparcie (…). To był dialog unikalny. Na taką skalę po 1989 roku nie organizowano żadnych konsultacji społecznych z zainteresowanymi grupami zawodowymi”.

Sondaż przykrył cmokanie Gowina. Cóż jednak z sondażu wynika? Przede wszystkim jest to taki pierwszy sondaż, tąpniecie bardzo poważne, bo aż o 12 proc. spadło PiS-owi, z 40 do 28. Gdyby w jednym z miast śląskich doszło do tak poważnego tąpnięcia, to centrum miasta zapadłoby się pod ziemię, nawet, gdyby ratusz znajdował się przy Nowogrodzkiej.

Wg socjologicznych obliczeń, przy założeniu, iż frekwencja wyborcza wynosi 50 proc., to 12 proc. wyborców, które odeszło od PiS, to około 1,5 mln elektoratu. Czy to możliwe, że PiS w ostatnich tygodniach stracił zaufanie aż tylu Polaków z powodu przyznania sobie wysokich nagród?

Z pewnością mamy do czynienia ze spadkiem poparcia wyborców dla PiS. Poczekajmy na następne sondaże, które albo potwierdzą sondażową katastrofę dla PiS, albo pokażą dynamikę zjazdu partii Kaczyńskiego. Dotychczas nic nie ruszało partii Kaczyńskiego, żadni Misiewicze, zawłaszczanie państwowych spółek, przyznawanie niebotycznych apanaży.

Obsuwa wydaje się być trwała. PiS będzie się pogrążało, gdyż dopiero teraz na wierzch wybije szambo, o którym za wiele nie wiemy. Ponadto dojdzie do wyrywania sukna dla siebie, wewnętrzne tarcia i oskarżanie siebie nawzajem. I ukaże się imposybilizm rządu, który nic nie może bez Kaczyńskiego.

Tąpnięcie PiS to dla nich piekło, gdyż trzeba będzie ponieść odpowiedzialność za łamanie Konstytucji i prawa, a tam na dole elektorat już czeka, będzie przysmażał, domagał się prawa i sprawiedliwości. Oj, będzie – Pichcenie i Skwareczki.

PiS bez skrupułów grabi Polskę

Brak skrupułów rządu PiS i powściągliwość u Tuska

Duchowny Stanisław Walczak na temat ustawy mającej zaostrzyć prawo aborcyjne w Polsce w kontekście postawy Kościoła.

Poseł Marcin Kierwiński i inni o wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat przejmowania nielegalnie majątków.

Stanisław Lem był wielkim pisarzem i wizjonerem.Udało mu się nawet przewidzieć, że coś takiego jak PiS powstanie, a członkowie tej sekty będą dość charakterystyczni.😂

Bożena Chlabicz-Polak na koduj24.pl pisze o Godek.

Według PiS – nie ma takiego urzędu, resortu czy instytucji, którymi nie potrafiłby kierować absolwent podstawówki, a co dopiero anglistka Godek!

Na biedną Kaję Godek posypały się medialne gromy. Pismaki-lewaki wyszperały, że aktywistka firmująca kolejne ustawy „za życiem” dorabia w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa, w firmie mającej do czynienia z „układami wtryskowymi” czy jakoś podobnie. Posada w sam raz dla dyplomowanej filolog angielskiej.

No, ale czy to wina pani Kai, że w edukacji człowiek jest skazany na klepanie biedy? A przecież już pod reżimem PO niektórzy humaniści dorobili się majątku, dostając za zasługi w walce z komunizmem intratne posady tam, gdzie płaci się realne pieniądze. Był, na przykład, taki jeden historyk, co został dyrektorem banku. I to od razu komercyjnego. I proszę – dał radę, śpiewająco!

Więc fala hejtu na Bogu ducha, a kobietom nakaz rodzenia zdeformowanych płodów winną panią Kaję to nic, tylko zawiść, że już nie wspomnę o porażającym chamstwie. Oj, nieładnie, zazdrośnicy, oj nieładnie… Przecież to wszystko legalnie wypłacone z budżetu!

Czyż nie po to była zresztą dokonująca się od dwóch lat „kontrrewolucja moralna”, żeby rewolucjoniści, dotąd tyrający za średnią krajową, teraz mogli żyć co najmniej tak godnie, jak liberały-aferały i ujadające lewactwo, co się nakradło wcześniej? Sam pan prezes był łaskaw wyjaśnić wreszcie tę kwestię, popierając stanowisko premier Szydło w kwestii nagród, a konkluzja tej wypowiedzi brzmiała: Się Należy!

To po prostu twórcze, na skalę wyborczego zwycięstwa, rozwinięcie znanej koncepcji autorstwa partii aktualnie rządzącej – znane bardziej w formie akronimu TKM. Nagroda za postawę, po prostu. Za skromność. Za pracowitość wreszcie, w dziele umacniania „zmiany”, która z definicji miała być dobra, ale wyłącznie – i to już było drobnym drukiem – dla jej (zmiany, znaczy) zwolenników.

Wobec powyższego kwalifikacje na wszelkie urzędy, stanowiska, rady i temu podobne też trzeba teraz mieć głównie moralne. A co do reszty, to w każdej spółce, urzędzie, ministerstwie i czego tam jeszcze nie poobsadzano zwolennikami partii władzy, zawsze znajdzie się jakiś niedobitek ze słusznie minionej epoki, fachowiec z dyplomem odpowiedniej uczelni, który to wszystko ogarnie. W czasach słusznie minionych mówiło się o takich „dobry fachowiec, ale bezpartyjny”, co znaczyło, że trudno, niech pracuje, bo ktoś musi, ale kariery finansowej to taki na pewno nie zrobi.

Dzięki temu w radach nadzorczych czego bądź mogą zasiadać – i zasiadają – całe zastępy takich państwa z państwa PiS. I to już reguła. Symbolem tego typu polityki kadrowej jest słynny pomocnik aptekarza z Łomianek. Pani Kaja i tak wyróżnia się na tle tego egzotycznego grona, bo się legitymuje dość przyzwoitym wykształceniem. Tymczasem w radach nadzorczych potrafią sobie doskonale radzić (zwłaszcza finansowo) także panie i panowie ledwie po maturze. A nawet i bez.

Partia aktualnie rządząca realizuje w ten sposób swoje obietnice wyborcze. Po pierwsze – następuje oto zapowiadana „wymiana elit”. Po drugie – uciera się nosa wykształciuchom i pokazuje im, gdzie ich miejsce. Bo – okazuje się – nie ma takiej dziedziny gospodarki, takiego urzędu, resortu czy instytucji – którymi nie potrafiłby kierować absolwent podstawówki! W końcu frakcja władzy dała suwerenowi słowo, że odtąd już państwo będzie świetnie zorganizowane. A – dla przypomnienia – dobrze zorganizowane państwo jest wtedy i tylko wtedy, kiedy – by zacytować klasyka – może nim sprawnie zarządzać nawet… kucharka.

No i jest jeszcze coś. Jak powiedział pan prezes w komentarzu do sprawy nagród w rządzie premier Szydło – zanim do Polski wróciła wolność, „nie takie majątki były przejmowane”. Teraz nastąpił więc czas wyrównywania tych rachunków. Z tym, że nie ma już mowy o żadnym uwłaszczaniu się pod stołem. Teraz pierwszego miliona już nie trzeba kraść. Wystarczy go sobie „uczciwie wypłacić z budżetu”!

„Najpierw pod pretekstem religijnym szczuje się i zniesławia ludzi. Później pod pretekstem kłamstwa, że plac ma służyć obronności, przejmuje się go i stawia pomniki, w tym brata. To budzi najwyższy niesmak” – powiedział Radosław Sikorski w TVN 24.

Sikorski dodał, że stawiając w całym kraju pomniki Lecha Kaczyńskiego, prezes PiS „nie zmusi Polaków do szacunku” wobec brata. – „Prezes Kaczyński używa brata do dzielenia Polaków i robi mu krzywdę. Były rzeczy, które Lech Kaczyński robił dobrze, jak stosunki z Izraelem czy Ukrainą” – podkreślił były minister spraw zagranicznych.

Odniósł się także do wysokich nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło i jej samej. – „Myślę, że wszyscy jesteśmy zniesmaczeni kontrastem między tym, co mówili: „skromność”, „służba Polsce”, a tym, co robią, czyli czerpaniem szeroką garścią. To nie były de facto nagrody. Nagroda to jest coś, co ma uzasadnienie, a to był system drugich pensji. Sądzę, że tam puściły hamulce” – skonstatował Sikorski.

Przyznał, że w rządzie Donalda Tuska przyznano nagrody wiceministrom. – „Za wynegocjowanie pakietu energetyczno-klimatycznego i za sukces w sprawie największego w historii budżetu Unii Europejskiej dla Polski. To rzeczywiście wymagało nagród, bo to były wieloletnie negocjacje. Wyliczyłem, że gdyby koledzy z PiS-u byli tak długo w rządzie jak ja – 14 lat – to według tych stawek, które sobie płacą, wyszłoby milion złotych na osobę” – podsumował Radosław Sikorski.

„Projekt PiS w sprawie nieopublikowanych wyroków Trybunału Konstytucyjnego z 2016 r. jest zbędny, zaś zmiany zaproponowane w projekcie Prawa i Sprawiedliwości odnoszące się do procedury odwoływania prezesów sądów mają charakter iluzoryczny” – czytamy w opublikowanych dziś opiniach Sądu Najwyższego na temat tych projektów.

Zdaniem sędziów z SN, PiS-owski projekt ustawy o TK ma „wywołać przekonanie, że rozstrzygnięcia w powyższych sprawach nie były orzeczeniami TK w rozumieniu Konstytucji”. W opinii napisano, że „jest to założenie wewnętrznie sprzeczne”.

SN zwrócił też uwagę, że Komisja Europejska uznaje orzeczenia jako wyroki TK i zaleca ich opublikowanie. Niepotrzebna jest więc ustawa przygotowana przez PiS. Szydło, a potem Morawiecki na podstawie Konstytucji powinni opublikować orzeczenia Trybunału z 9 marca, 11 sierpnia i 7 listopada 2016 r.

W drugiej opinii Sąd Najwyższy odniósł się do projektu zmian ustaw o sądach. – „W większości mają one charakter iluzoryczny. Zakładane w projekcie zmiany nie eliminują zasadniczych zastrzeżeń konstytucyjnych wobec obecnego kształtu ustaw o Sądzie Najwyższym i sądach powszechnych” – czytamy w opinii.

SN zaznaczył też, że zaproponowane przez PiS zmiany nie realizują zaleceń Komisji Europejskiej, która wskazała m.in. na potrzebę wyeliminowania swobody decyzyjnej ministra sprawiedliwości w zakresie powoływania i odwoływania prezesów sądów oraz zmiany podjętych już decyzji. – „Omawiane zmiany w ogóle nie dotyczą zaś procedury powoływania prezesów i decyzji już podjętych” – podkreślono.

Ze stopnia starszego posterunkowego na sierżanta awansował jeden z policjantów, który podczas czerwcowej kontrmiesięcznicy wynosił, a później legitymował Władysława Frasyniuka. Podwyższono też pensję funkcjonariusza – z ok. 2,5 tys. zł do 3,1 tys. zł miesięcznie – twierdzi wp.pl.

– „To była nagroda za interwencję wobec Frasyniuka. Mógł sobie wybrać jednostkę, w której chce służyć i awansował na stanowisko dowódcy drużyny” – stwierdził informator wp.pl. Kolejny też mówi, że to nagroda i dodaje, że nie każdy funkcjonariusz miałby szanse na taki awans. – „Rzecz jasna w dokumentach nie będzie śladu, jaki był faktyczny powód awansu. Zawsze to można uzasadnić inaczej” – powiedział wp.pl. funkcjonariusz. No i „jak na zamówienie” – rzecznik Komendy Stołecznej Policji Sylwester Marczak zaprzeczył, że awans był nagrodą za interwencję wobec Frasyniuka.

– „Trzeba karmić dłoń, którą się podnosi na obywatela. Mam postawiony zarzut o naruszenie nietykalności funkcjonariuszy. Dwóch policjantów zeznawało. Być może to jeden z nich” – skomentował w rozmowie z wp. pl. Władysław Frasyniuk.

Waldemar Mystkowski pisze o pieniądzach PiS.

Nieprofesjonaliści, niedołędzy zawsze więcej kosztują. Wszak nie płacimy im za potrzebną pracę, ale za to, że szkodzą. PiS dzisiaj nas ogromnie wiele kosztuje, ale gdy zostaną odsunięci od władzy, koszty wzrosną jeszcze bardziej. Szkodnika zawsze trzeba poprawiać, mimo że zawyżone koszty za jego obecność już ponieśliśmy. To tylko sfera materialna, a gdzie duchowa, psychologiczna?

Wypadek Beaty Szydło może posłużyć za przykład, jak to wygląda i będzie wyglądało. Skasowany został samochód z kolumny konwojującej byłą premier na odpoczynek, przez rok grupa śledczych do niczego nie doszła, pobierała pensje i za nią, i wszelakie ekspertyzy zapłacono 154 tys. zł.
To jednak nie koniec, bo młody kierowca seicento nie godzi się być kozłem ofiarnym, aby za nim ciągnął się smród polityków, którym wystaje słoma z pantofli. Koszty procesowe znowu spadną na państwo.

Pod tym względem Szydło ma rację: – „Ministrowie i wiceministrowie otrzymywali nagrody za ciężką, uczciwą pracę i te pieniądze im się po prostu należały”. Może nie jest tak ciężko coś zepsuć – limuzynę rządową bądź prawo konstytucyjne i sądownictwo – ale ciężko jest prowadzić felerne śledztwo i ustanawiać felerne ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, sądownictwie, KRS i Sądzie Najwyższym.

Napracowali się. To jednak nie wszystko, bo rzeczywiste koszty przed nami. Nadszarpnięta została reputacja Polski, szkodnicy nie uzyskają adekwatnych pieniędzy z budżetu unijnego. Więc zasadne jest dzisiaj pytanie: Czy PiS zapłaci Polsce reperacje za swoje szkodliwe nieudacznictwo?

Jeden z funkcjonariuszy PiS Marek Suski przynajmniej potrafił się zachować. Gdy dowiedział się o nagrodzie, że została przelana z automatu, oddał ją: – „Poszedłem do banku i odesłałem – 31 tys. zł”. Dobrze wiedzieć, że w PiS działa automat, który przelewa szmal o takiej wysokości. Suski jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego ledwie trzy miesiące, a już automat mu przelewa. A przecież nie jest jakimś Stańczykiem, lecz zwykłą „kupą śmiechu”. Ile zatem automat przelewa bardziej zasłużonym szkodnikom, hę?

Po PiS zostaną do zapłacenia ogromne rachunki i ten startup: automat przelewający szmal na konto.

Kościół wspomaga PiS

Duchowny Stanisław Walczak o hierarchach Kościoła legitymizujących kłamstwa polityków PiS.

W październiku 2016 r. odbył się pierwszy „czarny protest”, w którym kobiety wyraziły swój sprzeciw wobec zaostrzenia ustawy aborcyjnej. W Poznaniu część uczestników przeszła pod biuro poselskie PiS, gdzie kilka zamaskowanych osób rzuciła race w stronę policjantów. Doszło do przepychanek, a funkcjonariusze wykazali się wielką nadgorliwością, okładając na chybił trafił obecnych w tym miejscu protestujących.

Prokuratura postawiła zarzuty nie tylko tym trzem osobom, ale i kolejnym, które brały udział w manifestacji, ale nie zostały ani zatrzymane, ani nawet wylegitymowane. Ciekawe, jakimi kryteriami kierowała się policja, wskazując właśnie na tych kilku uczestników? W jaki sposób wyłuskali z ponad półtoratysięcznego tłumu „winnych nadmiernej agresji” wobec funkcjonariuszy?

W akcie oskarżenia znajduje się tylko lakoniczna informacja, że „brały udział w zbiegowisku”, ale dziennikarzom Gazety Wyborczej udało się dowiedzieć coś więcej. Okazuje się, że dwie z tych osób same zgłosiły się na policję, by złożyć doniesienie na agresywne zachowanie funkcjonariuszy prawa, a trzecia miała być świadkiem, potwierdzającym wniesione zarzuty. Oczywiście prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, a po interwencji sądu i tak sprawę umorzyła. Uznała bowiem, że policja działała legalnie i w pełni słusznie. Natomiast ci, którzy odważyli się złożyć skargę, zostali oskarżeni o napaść na policjantów. Zarzuca się im udział w nielegalnym zgromadzeniu, którego członkowie „wspólnymi siłami dopuszczali się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy policji wykonujących obowiązki służbowe”.

Oskarżeni nie przyznają się do winy, a Agnieszka Rybak–Starczak, adwokatka zatrzymanych, jest przekonana, że „Policjanci bez powodu zaczęli okładać pałkami osoby spokojnie demonstrujące na ul. Święty Marcin. Świece dymne były rzucane wcześniej przez niezidentyfikowane osoby z tłumu, ale moi klienci nie mieli z tym nic wspólnego (…) Policja zareagowała gwałtownie. Moim zdaniem dlatego, że wszystko działo się obok siedziby PiS. Zresztą w aktach sprawy znalazłam potem podziękowania za interwencję od posła PiS Tadeusza Dziuby”.

Prokurator Katarzyna Guźniczak, autorka aktu oskarżenia, niewiele ma do powiedzenia. Choć twierdzi, że akt oskarżenia powstał w oparciu o solidny materiał dowodowy, to jednak nie podaje żadnych szczegółów. Nie potrafi też powiedzieć, dlaczego tym właśnie tym trzem osobom postawiono zarzuty.

Małgorzata, uczestniczka protestu, oskarżona za wybicie kciuka jednemu z interweniujących policjantów zastanawia się, w jaki sposób można się bronić, gdy „osoby składające zawiadomienia same zostały oskarżone. Doszło do absurdalnej sytuacji, bo istnieje ryzyko, że osoby, które chcielibyśmy powołać w sądzie na świadków, też będą stawiane potem w stan oskarżenia”.

Pierwsza rozprawa w tej sprawie odbędzie się dzisiaj, na Starym Mieście.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o lekcji polsko-polskiej.

Lekcja godności 

Kiedy na poprzednich zajęciach („Patrioci z certyfikatem PiS”) zajmowaliśmy się wyjaśnianiem praktycznego znaczenia pojęcia PATRIOTYZM, doszliśmy do zaskakujących wniosków. Okazało się, że wbrew aktualnie obowiązującej doktrynie, polski patriota wcale nie musi być członkiem partii sprawującej kierownicza rolę, nie musi nawet wspierać grupy oburącz trzymającej władzę! Po wnikliwej analizie dostępnych definicji udało się obalić tezę, że patriotyzm polega na głoszeniu bogoojczyźnianych frazesów przez samozwańczych Prawdziwych Patriotów.  W sumie wyszło nam, że patriotyzm, to z grubsza biorąc działanie korzystne dla ojczyzny, wynikające z przyjaznego i ciepłego uczucia obywatela do swojego kraju. Polski patriota po prostu kocha Polskę, a jeśli tak, to i Polaków stara się lubić.  Wie, że tych, których lubi, nie powinien oszukiwać, ani dzielić ich na sorty, na podkategorie czy nienawistne plemiona. Poza tym patriota w miarę możliwości nie demoluje swojej ojczyzny, nie psuje jej mechanizmów, nie kompromituje kraju, nie naraża go na zagrożenia, nie szuka Polsce wrogów i nie zraża do niej przyjaciół.

Dzięki tym ustaleniom każdy może teraz sprawdzić czy sam spełnia wymogi patrioty oraz ocenić kto ich nie spełnia – zatem kwestię uznać już można za zamkniętą.  A teraz proszę otworzyć zeszyt lub umysł, kto tam co ma, i zanotować temat dzisiejszego spotkania: GODNOŚĆ I JEJ OKOLICE

Słowo „godność” zrobiło ostatnio niebywałą karierę, jednak coraz częściej staje się źródłem nieporozumień. Słowniki zgodnie opisują GODNOŚĆ jako «poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie» oraz «zaszczytne stanowisko, tytuł, zaszczytna funkcja».  Pomijam trzecie znaczenie: «w zwrotach grzecznościowych godność oznacza nazwisko», bo w Polsce żywa jest tradycja radosnego nabijania się z nazwisk, wyglądu i niepełnosprawności.

Godność człowieka wyraża się więc w dążeniu, by zarówno on sam, jak i wszyscy inni, mieli poczucie jego wartości i okazywali mu szacunek. Cóż jednak, gdy komuś brak walorów duchowych, moralnych czy też zasług społecznych? Przyzwoity człowiek w takim wypadku odwołuje się do preambuły i art. 30 Konstytucji, gdzie mowa jest o przyrodzonej godności człowieka , a równocześnie stara się jakoś zasłużyć krajowi, czym potrafi. Nieprzyzwoity człowiek natomiast kontestuje Konstytucję (która o dziwo – nie wyłącza kobiet z prawa do przyrodzonej godności) i twierdzi, że na świecie istnieje ograniczony zasób godności, którą można zdobyć tylko odbierając ją innym.

W polskiej praktyce GODNOŚĆ ma wiele imion. Wspomniana już Osobista przynależy tylko tym, którzy wyzbywają się pokusy samodzielnego myślenia. Wraz z nominacją na Osoby Godne nabywają automatycznie uprawnienie do odbierania godności innym ludziom. I tak jedni Polacy stają się godni zaszczytów, a inni godni pożałowania, krytyki lub w ogóle niegodni.  Ponieważ godność osób uznanych za Godne nie jest poparta żadnymi dowodami, ludzie ci lgną do podobnych sobie i gromadzą się w lokalnych grupach, tworząc nie zdefiniowaną jeszcze w słownikach Godność Grupową.  Jej cechą wyróżniającą jest przekonanie o należnym grupie szacunku, który wynika z samego faktu przynależności do wybranych beneficjentów nowego ustroju –. księży, członków PiS, usłużnych dziennikarzy itp. Każda taka grupa tworzy własny mit władzy. Ksiądz na przykład rządzi duszami swych owieczek bez względu na to, czy jest mądrym pasterzem, czy prymitywnym pastuchem, który nie dostrzega, że jego niedbałe „Bóg zapłać” za przekazywane mu kolejne dobra, brzmi coraz częściej jak „Bóg zapłacz”.

Godność Grupowa przejawia się żądaniem szacunku za cokolwiek, co zdaniem grupy na szacunek zasługuje. Rządzącym należy się więc szacunek wynikający z samego faktu sprawowania przez nich rządów, ponieważ nie sfałszowali wyborów. PiS domaga się szacunku, bo nie kradnie, w odróżnieniu.  Politrukom należy się podziw za utrzymanie niezmiennych słupków poparcia dla PiS mimo coraz bardziej idiotycznych pomysłów władzy. Cynglom Kaczyńskiego dziękuję za to, że moja ulubiona drużyna Lech Poznań nie zmieniła jeszcze nazwy na Jarosław Poznań.

Inną, jakże polską odmianą godności, jest Godność Narodowa.  Autorzy tego pojęcia za nic mają opinię prof. Adama Strzembosza, że naród to bardziej stan psychiczny niż fakt prawny. Dla teoretyków obecnego ustroju Naród, podobnie jak Suweren, jest paramilitarnym fanklubem zdziecinniałego piromana. W rękach nieodpowiedzialnego za nic prezesa Godność Narodowa stała się bronią masowej zagłady demokratycznych reguł funkcjonowania cywilizowanych społeczeństw i wolnościowych idei. W imię tej specyficznej godności funkcjonariusze podłej zmiany gotowi są rozwalać sojusze, atakować przyjaciół i lżyć sąsiadów, równocześnie żądając szacunku od  tych, których obrażają. Utożsamiając Unię z okupantem przemocą domagają się od Europy uznania polskiej godności.   Nie zauważają, że budząc nienawistne upiory starają się budować własną godność kosztem swojego człowieczeństwa.

Coraz częściej Godność staje sie przymiotnikiem, określającym m.in. historię lub politykę. Polityki zwyczajnej już nie ma. Jest albo godnościowa, albo służalcza. Dla partii sprawującej kierowniczą rolę godność jest właściwością panujących i czymś w rodzaju legitymacji uprawniającej do zaszczytów, pieniędzy oraz wyboru dowolnych metod rządzenia.  Przedstawiciel totalnej władzy wyjaśniłby to tak: – Polacy bywają rozmaici. Weźmy przykładowo takiego mnie. Jestem tu, gdzie jestem, bom godny stanowiska, dobrej pensji, dodatków, służbowej karty kredytowej i premii, które mi się zwyczajnie należą. Wyjaśniła to już pani premier w sejmie.  Natomiast ten, co był przedtem na moim miejscu jest oczywiście niegodny i dlatego w demokratycznych wyborach suweren oderwał go od koryta. W ostatniej chwili, bo tamci o mało co całą Polskę by rozkradli. My obiecaliśmy nie kraść i dotrzymujemy słowa. Nie kradniemy, bo i po co, skoro wszystko jest teraz nasze i zawsze możemy sobie wziąć co nam potrzebne…

***

Codziennie przybywa faktów i zdarzeń – wykwitów polskiej polityki godnościowej. Dla mnie symbolem tej choroby jest pomnik na skraju lasu, poświęcony pamięci okolicznych powstańców wielkopolskich, zamordowanych przez hitlerowców. Do niedawna był tradycyjnym obeliskiem z klasyczną tablicą pamiątkową. Dzisiaj pomnik ma kształt piramidy z tandetnych kostek brukowych na postumencie z wmurowanymi uchwytami na dwie flagi. Jedna flaga przybrudziła się i spłowiała, a drugą od razu ukradli.

Dla crowdmedia.pl Cezary Michalski rozmawia z Januszem Lewandowskim.

W Polsce na temat Unii Europejskiej i pozycji naszego kraju w UE mamy dziś dwie kompletnie sprzeczne diagnozy. Pierwsza, powtarzana przez PO, proeuropejskich ekspertów, krytyków polityki PiS-u: „Unia nam ucieka, integracja w strefie euro wypchnie nas ponownie na peryferie Zachodu, w chaos i w ramiona Putina”. Na co antyunijna prawica, nie tylko PiS-owska, odpowiada: „nic nam nie ucieknie, bo Unia się rozpada, Zachód się rozpada, w tym chaosie możemy budować albo przynajmniej udawać suwerenną potęgę, jak Rosja Putina”. Która z tych diagnoz jest prawdziwa?

Mamy za sobą fatalne lata 2015-2016, kiedy dominowały tendencje odśrodkowe, a populizm, głównie prawicowy, dyktował zbiorowe emocje w Unii. Jeszcze nie zagoiły się rany po kryzysie gospodarczym, gdy Europę zalała fala uchodźców, a islamski terroryzm zaatakował Paryż, Brukselę, Niceę i Berlin. Skojarzenie terroryzmu z migracją, a migracji z Europą bez granic było śmiertelnie groźne nie tylko dla UE, ale dla całego liberalnego Zachodu. To był czas Brexitu i zwycięstwa Trumpa. Natomiast już rok 2017 przyniósł otrzeźwienie. Szok Brexitu stał się dla kontynentalnej Europy terapią szokową. Wzrosło zaufanie do wspólnotowych instytucji, czego potwierdzeniem był cykl wyborczy w Holandii, Francji, nawet Austrii. Także w Niemczech mamy ostatecznie proeuropejski rząd. Chorują Włochy, ale Unia jako całość ma się lepiej.

W Austrii do koalicji rządzącej weszła skrajna prawica.

Ale dominujący w tej koalicji konserwatyści są proeuropejscy, a odpowiedzialność za kraj stępiła antyunijny język ich prawicowego koalicjanta. W następstwie Brexitu zaczęło do ludzi docierać coś, co nie jest wcale łatwe do wytłumaczenia, gdy wspólną Europę widzi się jako rzecz oczywistą, zastaną, daną raz na zawsze. Zrozumienie wartości zachodnich instytucji jako zapewniających nam wszystkim na co dzień pokój, wolności obywatelskie, swobodę podróżowania i pozyskiwania pracy, dobrobyt – trochę na zasadzie Mickiewiczowskiego „zdrowia”, które zaczynamy doceniać dopiero wtedy, gdy się je traci. W dzień po referendum Anglicy obudzili się z kacem, a młodzież brytyjska uniemożliwiała prowadzenie lekcji skandując: „my chcemy być w Unii Europejskiej”.

Anglii to już nie pomogło, a na kontynencie ta energia uratowała Holandię i Francję, ale już nie Włochy.

Kryzys we Włoszech jest kryzysem domowym, chociaż doprawionym przez migrantów z Afryki, którym najbliżej do Lampeduzy czy Sycylii. Nie wynika z błędów popełnionych przez Unię, ale z niskiej jakości włoskiej polityki wewnętrznej. Bruksela, lokując nadzieję w premierze Renzim, robiła dla Włochów ustępstwa, rozmiękczając rygory finansowe, ale to nie pomogło. Tamtejsza klasa polityczna całkowicie zawiodła zaufanie obywateli – oddając pole populistom.

Na ile może to zablokować integracyjne projekty Macrona? Czy kryzys polityczny we Włoszech, w połączeniu z koniecznością negocjowania warunków Brexitu, nie wyczerpie politycznej energii Paryża, Berlina, Brukseli?

Macronowi jesteśmy wdzięczni, bo zatrzymał anty-europejski Front Narodowy i wiemy jak trudna jest misja reformowania Francji. Dlatego ze zrozumieniem przyjmujemy jego górnolotne projekty wielkiej reformy strefy euro, tożsamej z wizją „Europą dwóch prędkości”. Europejska „ucieczka do przodu” Macrona, która mu się opłaciła w wyborach francuskich, była ożywczym dla całego kontynentu przypomnieniem wartości europejskiej integracji. Zarazem, szczególnie Polacy nie mogą przymykać oczu na protekcyjny wymiar jego wizji, osłaniany hasłem „dumpingu socjalnego”. Kiedyś pod tym hasłem wylansowano sztucznie problem „polskiego hydraulika”, teraz służy w kampanii przeciw pracownikom delegowanym i generalnie konkurencji z Europy Wschodniej. A ponieważ rząd PiS-u dostarcza dzisiaj alibi dla każdego uderzenia w polskie interesy w UE, oberwaliśmy na wielu frontach, istotnych dla polskiej ofensywy na wspólnym rynku.

Jeśli Włochy przekreśliły nadmierny optymizm w integrowaniu strefy euro, to jaki Unii pozostał scenariusz, poza obroną status quo i łagodzeniem bieżących kryzysów?

W strefie euro nie będzie rewolucji, ale to nie znaczy, że pozostanie bez zmian. Ostrożne reformy wymusi konieczność ubezpieczenia wspólnej waluty na wypadek złej pogody w światowej gospodarce. Lepiej to robić dziś, w czasach koniunktury, niż czekać na kolejny kryzys. Zatem będzie pogłębiana unia bankowa, być może z wspólnymi gwarancjami depozytów. Europejski Mechanizm Stabilizacji (ESM) przekształci się zapewne w pełnokrwisty Europejski Fundusz Walutowy. Przez co ta właściwa UE, wokół strefy euro, będzie nam odjeżdżała.

Czy Polska – tak jak zapewniają Kaczyński i Morawiecki – może zablokować proces tworzenia się „Unii dwóch prędkości”, na przykład znajdując jakichś sojuszników przeciwko Paryżowi, Berlinowi i ostatecznie Brukseli?

Nasza strategia „trzymania nogi w drzwiach”, by mieć wpływ na strefę euro, to już przeszłość. Na ostatnim szczycie Unii Polska po raz pierwszy straciła miejsce przy euro-stole, gdyż premier Morawiecki zechciał opuścić Brukselę, gdy sprawa się rozstrzygała. Nasza zdolność koalicyjna to też przeszłość. W czasie, kiedy byłem komisarzem odpowiedzialnym za tworzenie obecnej perspektywy budżetowej, Polska spinała koalicję Wschodu i Południa, nazywaną „friends of cohesion”, a także różne inne sojusze. Ale to nie były koalicje „przeciwko Brukseli”. Strategiczne interesy Polski – budżetowe, energetyczne, w polityce wschodniej – realizowaliśmy pod sztandarem Unii. Czyli była to sztuka budowania koalicji dośrodkowych, wykorzystujących siłę całej Wspólnoty. Dziś wszyscy wiedzą, że z Polską PiS łatwiej coś stracić, niż wygrać.

Dlaczego, przecież Włosi czy Grecy mogliby w Kaczyńskim szukać sojusznika do wyciskania dodatkowych pieniędzy od Niemiec?

Polskę od krajów Południa Europy całkowicie odcięło nieprzejednane stanowisko rządu PiS w sprawie uchodźców. Włochów, Greków, Hiszpanów szlag trafia, gdy słyszą polskie roszczenia budżetowe. Oczekują solidarności, a słyszą rządowe kłamstwa o setkach tysięcy uchodźców z Ukrainy. Orban zdołał się z tego wywikłać robiąc symboliczne humanitarne gesty, podobnie Czesi. Polski rząd nawet do takiego symbolicznego minimum nie jest zdolny.

Kiedy Grzegorz Schetyna wraz z panem zaproponował w Brukseli podobne humanitarne minimum, jakie później wprowadził Orban – przyjęcie 80 matek z dziećmi z Aleppo, z obozów we Włoszech i Grecji, sprawdzonych już przez europejskie służby – PiS zaatakowało was za „próbę islamizacji Polski”.

Zatem z krajami Południa rząd PiS ma dziś „na pieńku”. Grupa wyszehradzka od święta pozoruje jedność, ale w istocie jest wewnętrznie skłócona i osłabiona. Każdy gra osobno. Rząd PiS tak bardzo skonfliktował się z Brukselą, że inne kraje nie chcą być z tym kojarzone. W dodatku Węgry ostentacyjnie łamią europejską solidarność układając się z Rosją Putina.

Jest pan jednym z czterech sprawozdawców Parlamentu Europejskiego uczestniczących bezpośrednio w pracach nad nowym budżetem Unii. Jak ta polityka rządu PiS wpływa na waszą zdolność obrony finansowych interesów Polski?

To, że wśród czterech sprawozdawców PE w sprawie przyszłego budżetu UE jest dwóch Polaków – Jan Olbrycht i ja – to jest świadectwo naszej skuteczności. Z drugiej strony mamy Czarneckiego i Korwin-Mikkego na krótkiej liście euro-parlamentarnego obciachu. Z jednej strony twarze „dobrej zmiany”, z drugiej, jak to nazywam, reduty dawnego wpływu.

Pozostałości po czasach, kiedy Polska stabilizowała politycznie cały wschodni region UE i budowała dzięki temu pozycję w instytucjach unijnych?

Delegacja PO-PSL w europarlamencie nadal stanowi drugą siłę, po Niemcach, w największej frakcji, chadecko-konserwatywnej. Z naszej frakcji wywodzi się z szef parlamentu – Tajani, szef Komisji Europejskiej – Juncker i szef Rady – Tusk. Najpierw zadbaliśmy z Olbrychtem, by stanowisko budżetowe naszej rodziny politycznej było korzystne dla Polski. Żeby uwzględniało nowe potrzeby, zrozumiałe dla Europejczyków, kontrolę migracji, szczelność zewnętrznych granic, walka z terroryzmem, ale nie kosztem polityki spójności i dopłat rolnych. Potem nadaliśmy idącą w tym kierunku treść rezolucjom całego Parlamentu Europejskiego, przegłosowanym w marcu 2018. Robimy więc wszystko, żeby Polska nie płaciła ceny za politykę Kaczyńskiego, albo żeby ta cena była jak najniższa. Koniunktura w Europie jest dzisiaj dobra, przez co klimat wokół tworzenia budżetu UE jest lepszy, niż w okresie głębokiego kryzysu i zaciskania pasa, kiedy projektowałem budżet 2014-20. Dziś są sygnały z Berlina i Paryża – a to są główni płatnicy netto – że składka do budżetu UE może wzrosnąć. Nie ma premiera Camerona, którego PiS uważał za swojego najlepszego sojusznika, a który cały czas domagał się drastycznych cięć europejskich wydatków.

Miało mu to pomóc wygrać referendum w sprawie Brexitu.

Chciał przekonać Brytyjczyków do pozostania w Unii pokazując Wspólnotę jako instytucję rozrzutną i niewydolną, którą tylko on zdoła zdyscyplinować. Samobójcza strategia! Wiemy jak to się skończyło dla samego Camerona i dla Wielkiej Brytanii. Dziś, bez Camerona, jest zdecydowanie łatwiej bronić dużego budżetu UE.

Tylko że polityka imigracyjna, bezpieczeństwo, w tym także wspólna polityka obronna, na co będą dodatkowe pieniądze w nowym budżecie UE – to akurat obszary, z których rząd PiS Polskę skutecznie wycofał. Macierewicz zniszczył naszą współpracę z europejskimi partnerami w obszarze polityki obronnej. Naszą polityką imigracyjną rządzi Chruszczowowskie „niet!” powtarzane przez Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by Polska nie płaciła za grzechy Kaczyńskiego, Szydło i Morawieckiego. Mniej groźna, niż się to wydawało, okazała się perspektywa oddzielnego budżetu dla strefy euro, czyli dwóch unijnych budżetów, a nawet dwóch parlamentów. Tego nie będzie. Wspólny budżet ma zawierać specjalną linię adresowaną do krajów strefy euro, ale szacowaną dziś na 25 miliardów euro. To nie jest rozmiar, który uszkodzi całą konstrukcję budżetu dla 27 państw.

Zatem Polska zyskała trochę czasu, żeby nie musieć później po raz drugi „wchodzić do Unii” – tym razem zdefiniowanej jako strefa euro. Czy jednak Kaczyński i Morawiecki nie dojdą do wniosku, że w kraju mogą już sobie pozwolić na wszystko, bo „Unia i tak da nam kasę”?

Trwają prace, bardzo zaawansowane, jeśli chodzi o powiązanie funduszy europejskich ze stanem praworządności w krajach członkowskich. Południe chciałoby wiązać wypłaty z solidarnością w kwestii uchodźców. W obu wypadkach dzieje się tak za sprawą Polski. Klimat wokół Polski jest fatalny i jest odwrotnością szacunku i zaufania, jakim cieszyliśmy się do roku 2015. Efekty ujawnią się 2 maja, kiedy Komisja Europejska przedstawi propozycję budżetu po roku 2020. Ludzie pracujący w instytucjach unijnych wiedzą jednak, że za grzechy na górze zapłacą ludzie na dole. Zakładnikami polityki Kaczyńskiego są Polacy, którzy w większości na PiS nie głosowali. Stąd zresztą bierze się także nasz dylemat – jak mają głosować europosłowie Platformy w kwestiach zawinionych przez Kaczyńskiego, ale gdzie ofiarą sankcji może paść Polska, czyli wszyscy Polacy.

Można by zrozumieć każdą waszą decyzję – głosowanie za, wstrzymanie się od głosu, nieuczestniczenie w głosowaniu. Kłopot pojawia się wówczas, kiedy jedni wasi europosłowie głosują tak, drudzy inaczej. To osłabia wizerunek przywództwa Platformy, jako największej partii opozycyjnej, która musi się przeciwstawić Kaczyńskiemu w kraju.

Żadna delegacja narodowa nie stanęła wcześniej wobec tak dramatycznego wyboru. Jesteśmy pierwsi, bo Polska PiS to jest poligon doświadczalny, na którym UE wypróbuje art, 7. Stąd próba przeniesienia reguły obowiązującej w Radzie Europejskiej, gdzie delegacja narodowa nie głosuje w kwestii, która dotyczy jej własnego państwa.

Zatem jak ktoś kopie w europejską konstrukcję – jak dzisiaj Kaczyński czy Orban – to kłopot mają jej obrońcy, a nie ci, którzy niszczą.

To jest problem, który prześladuje UE od czasu, gdy w Austrii objawił się nacjonalista Haider. Skoro jednak wspólnota demokratycznych narodów znalazła receptę na kryzys gospodarczy, znajdzie prędzej, czy później metodę radzenia sobie z eurosceptycznymi rządami w krajach, które wypełniły kryteria wstępu do europejskiego klubu, a potem łamią fundamentalne zasady, na których wspiera się Unia. Sankcje idące przez budżet nie dotkną rządu, który „sam się wyżywi”. Restrykcje, które precyzyjnie uderzają w sprawców zła, a nie w ich ofiary, znajdują się w repertuarze UE, ale dotyczą krajów trzecich – Rosji czy Białorusi. Wszystkie warunkowości budżetowe, o których rozmawiamy, nie szkodzą rządowi PiS, stąd dylematy opozycji. Można oczywiście utrudniać wykorzystanie funduszy w zatwierdzonej kopercie narodowej, ale w tej części, która zależy od marszałków województw (ponad 30 mld euro), wystarczającym utrudnieniem jest już atak CBA na urzędy marszałkowskie.

Ale to znowu uderza bezpośrednio w Polskę, a w Kaczyńskiego pośrednio, tylko jeśli Polacy zaczną go politycznie rozliczać.

Niestety, wyborcy PiS nie kojarzą głównego sprawcy zła z porażkami na arenie międzynarodowej. Pranie mózgów przez TVP robi swoje. Kaczyński, Szydło i Morawiecki przegrywają wszystko, co kiedyś wygrywała Polska – ważne funkcje w UE, pracownicy delegowani, ETS, potencjalnie budżet. Jeśli zdarza się sukces, choćby w postaci dyrektywy gazowej, przegłosowanej w komisji ITRE pod przewodnictwem Buzka, która utrudnia budowę Nord Stream II, to żadna w tym zasługa rządu. Nigdy od czasu wstąpienia do UE w roku 2004 nasz kraj nie miał tak słabej pozycji w rozgrywaniu naszych realnych interesów. My w PO odrzucamy zasadę „im gorzej, tym lepiej”. Walczymy o jak najwięcej pieniędzy dla Polski z kolejnego budżetu UE i stoimy na polskie bramce, gdy rząd strzela samobóje. Ale coraz więcej jest do zrobienia. Świadom problemu polskich i węgierskich NGO-sów, zgłosiłem projekt specjalnej linii budżetowej dla organizacji, które stoją na straży unijnych wartości – zarządzanej przez Komisję Europejską, bez pośrednictwa rządów. Teraz jest to oficjalne stanowisko Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że komisarz Oettinger uwzględni mój postulat w projekcie Wieloletnich Ram Finansowych 2021-27.

Żeby jedynym NGO-sem w Polsce nie było Radio Maryja – finansowane przez Narodowy Instytut Wolności obsadzony przez ludzi PiS?

Ksiądz Rydzyk zniechęcał Polaków do NATO i UE, ale chętnie sięga po fundusze unijne, a zasilanie rządowe traktuje jako naturalne zadośćuczynienie za polityczne wsparcie PiS. Instrument budżetowy UE jest o tyle istotny, że ubezpiecza społeczeństwo cywilne lepiej, niż wszelkie fundusze spoza UE, w tym fundusze Sorosa. Ani Orban, ani Kaczyński nie są w stanie zakazać finansowania polskich organizacji pozarządowych z budżetu Unii.

Ocalenie NGO-sów jest ważne, jednak państwo postrzega się głównie poprzez politykę jego rządu.

Dlatego ryzyko geopolityczne spowodowane przez politykę Kaczyńskiego będzie rosło. Ten poziom zaufania do Polski i do całej Europy Wschodniej, jaki był jeszcze w roku 2015, nie wróci. Kaczyński, Orban, a ostatnio kryzys na Słowacji – to wszystko sprawia, że w całej Europie Wschodniej trudno dziś znaleźć modelowo działającą demokrację. Może jedynym wyjątkiem jest tu Estonia. Wracamy przez to do sytuacji jeszcze z początku lat 90., kiedy Zachód miał olbrzymie wątpliwości, co do tego, czy w naszym regionie potrafimy zbudować stabilną demokrację.

Od tego zależała decyzja, czy zostawić nas w rosyjskiej strefie wpływów, czy pomóc nam się z niej wydostać – ryzykując konflikt z Rosją, angażując znaczne środki pomocowe, ale w zamian mając perspektywę politycznego ustabilizowania całej Europy.

Walczyliśmy z tymi uprzedzeniami Zachodu długo i skutecznie. Teraz ten dorobek III RP jest w ruinie. Morawiecki nosi lepsze garnitury i mówi po angielsku – co zresztą nieraz, tak jak w Monachium, rodzi kłopoty. Jednocześnie on i Kaczyński codziennie dostarczają argumentów tym wszystkim, którzy chcieliby Polskę i całą Europę Wschodnią wypchnąć ze zjednoczonej Europy. Słyszę od moich kolegów z Europy Zachodniej pytanie: „a może Polska prawdziwa to jest Polska Kaczyńskiego?”. Dlatego Platforma pokazuje inną Polskę – w Brukseli i w kraju. Dlatego proponujemy rozpoczęcie debaty o przyjęciu euro, dlatego szukamy humanitarnego rozwiązania problemu uchodźców, dlatego Platforma złożyła projekt nowelizacji ustawy o IPN, by wybrnąć z katastrofy wizerunkowej, którą spowodował PiS. Musimy uprawiać własną politykę zagraniczną, trochę tak, jak opozycja w latach 80. Żeby pokazać inną twarz Polski, jako kraju i społeczeństwa, które dobrze czuje się kręgu cywilizacji zachodniej.

Rozmawiał Cezary Michalski

Janusz Lewandowski – ekonomista, polityk. W latach 80. doradca podziemnej „Solidarności”. W 1988 współzałożyciel, a potem jeden z liderów Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Były minister przekształceń własnościowych odpowiedzialny za przygotowanie Programu Powszechnej Prywatyzacji. Działacz Unii Wolności, a od 2001 roku Platformy Obywatelskiej. Od 2004 roku poseł Parlamentu Europejskiego z PO. W latach 2010-2014 członek Komisji Europejskiej odpowiedzialny za tworzenie i realizację budżetu UE.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim.

Przynajmniej w jednej kwestii wyprzedziliśmy USA i demokracje zachodnie. Otóż Paweł Śpiewak na początku roku akademickiego był zapowiedzieć, iż na Uniwersytecie Warszawskim studenci mogą wziąć udział w fakultatywnych zajęciach, w seminarium „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”. Co prawda w zajęciach bierze udział tylko 10 studentów, ale od czegoś trzeba zacząć.

Dopiero teraz nauka Jankesów podąża za „dobrą zmianą”. Na amerykańskich uniwersytetach można posiąść wiedzę o władzy PiS, o której nauczają w ramach nowego przedmiotu „Erozja demokracji”. W Polsce myśl „geniusza z Nowogrodzkiej” rozpowszechnia tylko UW, a za Atlantykiem aż 16 uniwersytetów, w tym na sławny Yale. Lepszej rekomendacji umysłowi prezesa PiS nie trzeba.

Jeszcze Kaczyńskiemu nie będą na świecie wystawiane pomniki, a jego „Porozumienie przeciw monowładzy” nie dostąpi porównań z „Księciem” Macciavellego, a raczej z pijarowskimi sztuczkami Goebbelsa, ale kto by się tym przejmował, bo – powtarzając za Julianem Tuwimem – najważniejsze, aby nazwiska nie pomylili.

Acz nie naucza o prezesie, ale przestrzega przed nim, wybitny konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski (Uniwersytet w Sydney), który Kaczyńskiego zna, uważa, iż ten odkrył w sobie niezgłębione pokłady cynizmu i jest tym bardziej niebezpieczny dla życia w Polsce, niż gdyby był tępym fanatykiem.

Sadurski twierdzi, iż Kaczyński uruchomił demony, które nie będzie łatwo cofnąć. Raczej nie pomogą nam kraje Zachodu – ani USA, ani Unia Europejska – jeżeli sami sobie z tym nie poradzimy. Polacy muszą uporać się ze złem, które za sprawą Kaczyńskiego dotknęło politykę i sferę publiczną.

Kaczyński sam w sobie jest przysłowiowy ze swoimi najgorszymi sortami, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Nie trzeba więc na jego temat pisać żadnych oryginalnych teoretycznych prac, został zanalizowany choćby przez austriackiego noblistę Konrada Lorentza w dostępnych w języku polskim pozycjach „Regres człowieczeństwa” i „Tak zwane zło”. Zwłaszcza ta ostatnia publikacja mająca u nas kilka wydań opisuje źródła zła zarówna wśród zwierząt i ludzi. Kaczyński może być przykładem laboratoryjnym uruchomienia antyhumanitaryzmu, które u niego i członków PiS działa na zasadzie odruchu Pawłowa, w retoryce choćby otrzymujące miano w stosunku do przeciwników politycznych: „totalnej opozycji”, czy jeszcze bardziej widoczne w stosunku do uchodźców.

Sami sobie wyhodowaliśmy ten polip zła, który może zabić nasz kraj i odebrać w konsekwencji niepodległość.

Arogancja Kościoła służy faryzeuszowi Dudzie i jemu podobnym

Aktor Włodzimierz Matuszak wypowiedział się na temat pisowskiego pomysłu zaostrzenia prawa aborcyjnego oraz roli duchownych w kontekście osób wierzących.

Andrzej Duda poinformował dzisiaj internautów o wjeździe Jezusa Chrystusa do Jerozolimy.

Tego już nie da się komentować, bo ze śmiechu łzy same spływają po policzkach. Otóż toruński redemptorysta postanowił raz jeszcze powrócić do kompromitującej sprawy samochodów podarowanych przez pana Stanisława z Warszawy, który wygrał kasę w Toto Lotka, kupił samochody i podarował je duchownemu, a następnie zmarł.

„Kiedyś mówiłem w Radiu Maryja czy w Telewizji Trwam o tym, że Radio utrzymują ludzie i zdarzył się nawet taki przypadek. I teraz tę sprawę wyciągnęli. Myślę, że robią to ludzie, którzy sami nie wiedzą, co to znaczy czynić dobrze, a może nienawidzą Kościoła” – stwierdził o.Rydzyk. „Ze względu na pojawiające się kłamstwa, hejt, zwłaszcza w internecie, należy się ludziom normalna informacja” –  oświadczył i rozpoczął wzruszająca opowieść:

„Pamiętam, chyba 15 lat temu, pewnego dnia ojciec Jan Król mówi: „Przyszedł jakiś człowiek, chce dać dwa samochody”. Odpowiedziałem: „Nie wierzę, to może być następna prowokacja”. Przyszedłem do pokoju, gdzie był ten pan. Opowiedział mi swoją historię. Był sierotą, wychowały go ciocie, dobrze go wychowały. Skończył uniwersytet, założył firmę, ożenił się, niestety nieszczęśliwie. W pewnym momencie żona wyrzuciła go z domu, wtedy poszedł do córki, której kupił mieszkanie. Gdy zachorował, znalazł się w szpitalu, a po wyzdrowieniu córka powiedziała: „Nic mi nie dałeś, wynoś się”, i wyrzuciła go z domu. Podczas pobytu w pewnym mieście ten pan zobaczył punkt totolotka i pomyślał: „Wyślij”. Wrócił do siebie, patrzy: jest trójka – już mi się zwróciło, czwórka, piątka – nie jestem bezdomny. Okazała się szóstka – wygrał 1 milion 350 tysięcy złotych”.

Ciekawym intencji szlachetnego ofiarodawcy, redemptorysta oznajmił: „Dziękował nam: „Robicie dobrą robotę, ale potrzebujecie pomocy. Proszę, przywożę wam dwa samochody volkswageny”. Tych samochodów używamy do dziś – podkreślił o. Rydzyk.

Do biskupów i pisiorów. Nie wydymacie nas, to my pogonimy was!

Polki i Polacy wyszli dzisiaj na ulice polskich miast żeby zaprotestować przeciw ustawie zaostrzającej prawo aborcyjne.

Pani Beata z Gryfic stanęła dzisiaj samotnie na miejscowym rynku, aby wyrazić solidarność z kobietami protestującymi w wielu miejscach Polski.

Monika Olejnik w swoim piątkowym felietonie skomentowała dążenie polityków PiS i Kukiz ’15 do całkowitego zakazania aborcji w Polsce.

Według PiS, kobieta powinna rodzić potworki, siedzieć w domu, sprzątać, gotować i być pięknym uzupełnieniem samca „macho”.

Trudno dzisiaj zająć się jakimkolwiek innym tematem poza Czarnym Piątkiem. Wyborcy PiS i Polska Instytucja Kościelna długo już czekali, by ich partia wreszcie spłaciła swój dług za poparcie w wyborach i wzięła się wreszcie za to, co dla nich tak ważne. Czyli zaostrzenie ustawy aborcyjnej.

Tak, w tej dzisiejszej Polsce, w której jedno z hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci nie ma pieniędzy na pieluchy i podstawowe środki medyczne, rodziny z niepełnosprawnymi Maluchami nie mogą liczyć na większe zainteresowanie i pomoc państwa, resort zdrowia odcina się od refundacji leków na rzadkie schorzenia genetyczne małych pacjentów – w takim właśnie państwie PiS ze swoimi poplecznikami chce zmusić kobiety do rodzenia ciężko, nieuleczalnie, chorych dzieci. Kobiety mają rodzić, bo tego chce Kościół, tego chcą jego wyborcy.

A co to za problem urodzić? W końcu rząd da 4 tysiące złotych na otarcie łez, a duchowni zarobią też nieco kasy za udział w katolickim pochówku. Politycy PiS mówią, że tego chcą obywatele, a oni słuchają głosu narodu. Czy jednak można uznać 830 tysięcy ludzi, którzy podpisali projekt pani Kai Godek za rzeczywistą reprezentację narodu, w którym ponad 33 mln osób ma prawa wyborcze? Czy w tej sytuacji można mówić, że naród chce, PiS więc narodowi da tę fatalną ustawę?

Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy PiS spuściło ze smyczy nie tylko demony wszelkich możliwych fobii, ale również takiego potworka rodem z mroków średniowiecza, a który ma bardzo seksistowskie, antykobiece oblicze. Coraz częściej słyszę duchownych, polityków rządzącej partii i ich wielbicieli, którzy wypowiadają się o kobietach wręcz lekceważąco. Ot, popatrzmy chociaż na tatusia obecnego prezydenta, który bez skrępowania opowiadał, co myśli o płci pięknej podczas prelekcji na spotkaniu „katolickiej sieci mężczyzn, którzy powierzyli swoje życie Jezusowi Chrystusowi”. – „Mężczyzna ewolucyjnie został tak ukształtowany, żeby zajmował się sprawami strategicznymi. Ponadto mężczyźni dużo racjonalniej myślą i to nie jest dyskryminujące, tak jest po prostu” – przekonywał. Po chwili uzupełnił swoją „złotą myśl”, że „w małżeństwie mężczyzna pracuje, bo musi, bo on odpowiada za stronę materialną. Natomiast kobieta pracuje dlatego, żeby się lepiej czuć. Ona ma prawo do pracy, a my mamy obowiązek. I taka postawa powinna być kształtowana u chłopców”. No właśnie, mężczyzna ma obowiązek jako ta istota wyższego rzędu, a kobieta pracuje, bo ma taki kaprys, bo tak jej się chce i to właściwie mało znaczące… ta jej praca…

Niestety, tacy właśnie ludzi jak pan profesor Duda dzisiaj grają pierwsze skrzypce w polskiej przestrzeni publicznej. Nie można więc dziwić się, że projekt zaostrzający ustawę aborcyjną idealnie wpisuje się w seksistowską retorykę. W końcu, „kobieta głupszą jest”, więc sama nie może decydować o swoim ciele i swojej duszy. PiS to rozumie i bierze wraz z Polską Instytucją Kościelną brzemię odpowiedzialności za nas i nasze życie. Niech kobieta rodzi potworki, a do tego najlepiej, by siedziała w domu, pozwoliła się lać przez szanownego męża, sprzątała, gotowała i była pięknym uzupełnieniem samca „macho”.

Czarny Piątek to nie tylko wielki sprzeciw wobec chorej ustawy, ale krzyk Polskich Kobiet, że nie ma naszego przyzwolenia o decydowaniu o nas za nas. Nie damy wsadzić się do tej seksistowskiej klatki, jaką dla nas PiS przygotowało, a Polska Instytucja Kościelna trzyma do niej kluczyki i zaciera ze szczęścia łapki.

Godzina 17.00 i cała Polska była w „czerni”. Warszawa, Poznań, Wrocław, Szczecin, Rzeszów, Kraków, Katowice, Krosno, Grudziądz. Czy jest jakieś miasto w Polsce, z którego nie niósłby się dzisiaj głos sprzeciwu. Na wielkie uznanie i szacunek zasługuje pani Beata z Gryfic, która jako jedyna w tym mieście przyłączyła się do ogólnopolskiego Czarnego Piątku. Wraz z synkiem stała na gryfickim rynku i nie odpuszcza. Protesty również m. in. w Berlinie, Oslo, Sydney, Londynie, Paryżu. Na ulicach tłumy i te hasła „Wolność, równość, aborcja na żądanie”, „Myślę, czuję, decyduję”, „Równe prawa – wspólna sprawa”, „Wasza wiara od nas z dala”, „Politycy, marsz z kaplicy”, „Księża na księżyc”, „Rewolucja jest kobietą”, „Łamiecie nasze prawa, a to nie nasza sprawa”, „Wolność, równość, antyklerykalizm”.

Politycy PiS-u, Polska Instytucjo Kościelna, wy jeszcze nie wiecie, co to znaczy „wkurzona Polka”. Nie wygracie z nami…

Tamara Olszewska

Społeczeństwo obywatelskie nie zawsze znajduje odpowiedzi na PiS-owskie zawłaszczanie państwa i odbieranie sobie praw obywatelskich. A partia Kaczyńskiego konsekwentnie zaprowadza jakąś formę dyktatury. Na razie jest ona miękka, co wyraża się chronicznymi niedomogami samej władzy i jej wpadkami, czego by się nie dotknęła. Punktowo jednak może nękać poszczególnych polityków i obywateli szeroko pojętej opozycji i społeczeństwa.

Najwłaściwszym odporem jest zorganizowanie się w struktury stowarzyszeń, lecz i to wydaje się niewystarczające. Niecałe dwa lata temu KOD był potężny, na ulicach Warszawy potrafił protestować w liczbie przeszło 100 tysięcy uczestników, a prezesowi PiS tak drżały łydki, iż nie potrzeba było wnikliwych analiz politologicznych, aby owe drgawki dostrzec.

Równie duże były protesty w lipcu ubiegłego roku z powodu ustaw sądowniczych. Łańcuchy Światła kreowały nowych liderów opozycji społecznej, a jednak dość łatwo rozbrojony został gniew ulicy poprzez to, iż Andrzej Duda zawetował dwie z trzech ustaw i zapowiedział napisanie nowych. Protesty rozeszły się po kościach, a Duda „napisał” ustawy o treści identycznej, jak zawetowane. Tak orżnął Polki i Polaków.

Czy PiS poradzi sobie z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, który kolejny raz wychodzi na ulice w sprawie obrony kompromisu aborcyjnego obowiązującego od lat 90-tych? Niby to PiS się ugina pod presją społeczną, ale czy na pewno?

Gdy Kościół katolicki zagrzmiał, iż żadna aborcja nie jest miła funkcjonariuszom pana Boga, PiS następnego dnia zapowiedział rekomendację projektu ustawy „Zatrzymać aborcję” w komisji sejmowej – jednak bez zapowiedzi procedur jej uchwalenia. Od razu odezwało się społeczeństwo poprzez silną instytucję Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i studentów.

Kaczyńskiemu zadrżały łydki, ale też uciekł się do swojej sprawdzonej metody: orżnąć Polki i Polaków. Na Czarny Piątek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet odpowiedział zdjęciem z agendy projektu „Zatrzymać aborcję”, został wymyślony sposób orżnięcia buntu kobiet.

Orżnięcie polega na tym, iż pisowski Trybunał Konstytucyjny ma wydać wyrok, czy zgodny z Konstytucją jest trzeci wyjątek w ustawie o planowaniu rodziny, w którym dopuszcza się usunięcie ciąży ze względu na duże prawdopodobieństwo wady genetycznej dziecka.

Jeżeli Julia Przyłębska et consortes nazwą to aborcją eugeniczną będzie znaczyło, iż Trybunał Konstytucyjny wezwie parlament do zmiany prawa i uznania jakiejkolwiek aborcji za nielegalną. „Zabezpieczeniem” ma być program „Za życiem”, wg którego państwo ma wziąć na siebie ciężar wychowywania kalekich dzieci. Znaczy, że po zmianie ustawy kobiety będą zmuszone do urodzenia, a wszelka aborcja będzie bezprawna.

Tak PiS chce wykołować kobiety. Równolegle dojdzie do prowokacji, aby kompromitować liderów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Udało się to z innymi już wcześniej, czarnosecińcy Kaczyńskiego będą liczyć na sukces i w tym wypadku.

A to dla nas znaczy, iż musimy przepracować zjednoczenie społeczeństwa obywatelskiego. PiS nas dyma, bo na to pozwalamy.

Kaczyńskiego dzień świra, który jest największym szkodnikiem politycznym w Polsce po 1989 roku

Europoseł Dariusz Rosati zareagował na informację dziennikarki Dominiki Wielowieyskiej na temat ustawy o IPN.

Borys Budka, Leszek Balcerowicz i internauci odnieśli się do dokumentów, jakie premier Mateusz Morawiecki przekazał Komisji Europejskiej na temat „reformy” wymiaru sprawiedliwości w Polsce.

„Jak ktoś nie wojował z generałem Jaruzelskim, gdy on żył, to chce sobie powojować chociaż, gdy on już nie żyje. To jest szczególny rodzaj odwagi, podobnie jak wyrzucanie nieboszczyków z grobów. To odwaga hieny cmentarnej. Jak ktoś nie był odważny jak lew, to teraz chce być antykomunistyczny i odważny jak hiena cmentarna. Za późno, przechlapane” – powiedział w TVN24 historyk prof. Karol Modzelewski, były działacz opozycji w czasach PRL. Jego zdaniem, generałowi Jaruzelskiemu w ogóle nie należy odbierać stopnia. – „Uważam, że trzeba mu było odebrać władzę, co zostało zrobione i basta” – stwierdził.

Prof. Modzelewski odniósł się także do ustawy o IPN. – „Nikt tak nie zaszkodził dobremu imieniu Polski i jej pozycji międzynarodowej jak Reduta Dobrego Imienia, czyli pan Maciej Świrski, który tę ustawę podobno przygotował”. Według profesora, to najgłupsza ustawa, jaką widział od lat, więc należy „zrobić krok w tył, bo trwanie w tym ślepym zaułku wyrządza krzywdę nam wszystkim”.

Zdaniem profesora Modzelewskiego, „ta ustawa musiała wywołać szok na świecie”. Jeżeli rządzący myśleli inaczej, to znaczy, że „nikt w tej ekipie ani w jej otoczeniu nie ma pojęcia o świecie. Polska znowu stanęła w sytuacji kraju, który nie radzi sobie ze swoją przeszłością i ładuje kompleksy narodowe w takie decyzje i w takie wypowiedzi”. Według profesora, PiS może wyobrażał sobie, że ustawa o IPN pozwoli mu „wziąć pod skrzydełka elektorat faszystowski w Polsce”.

Zapytany, czy prezydent Andrzej Duda słusznie zrobił, przepraszając 8 marca Żydów, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia Polski w 1968, Modzelewski stwierdził: – „Lepiej przepraszać zbyt często, niż uważać siebie za anioła. To jest bardzo szkodliwe moralnie, żeby uważać się za wcielenie anielstwa”.

Tamra Olszewska na koduj24.pl pisze o wybielaniu historii.

PiS-owska moda na odcinanie się od wszystkiego, co w dziejach naszych niewygodne, trwa w najlepsze.

Dziwne rzeczy dzieją się w naszym państwie. Oj, dziwne. Politycy PiS znaleźli sobie kolejną zabawkę i odpuszczać nie zamierzają. W obliczu ostrej wpadki wizualnej na świecie, związanej z poprawioną ustawą o IPN oraz świętowaniem rocznic różnych wydarzeń w Polsce, nagle zaczęli nam szatkować historię, wybierając z niej to, co polskie i warte uwagi. Wygląda to tak, jakby któregoś wieczoru zasiedli sobie na Nowogrodzkiej i wspólnie ustalili, jakim przekazem historycznym będą karmić naród. Bez minimum refleksji, bez zastanowienia ruszyli w Polskę z newsem, co w naszych dziejach było polskie, a co nie.

Marzec 1968 to powód do dumy, bo całe zło, które potem nastąpiło to już wina „nie Polaków” tylko jakiegoś tam obcego. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata to nasza chwała, ale szmalcownicy to nie nasi, bo przecież w czasie okupacji niemieckiej nie było polskiego państwa. Pogromy Żydów w Polsce? A kto to wymyślił? Jak to powiedział premier Morawiecki, stosunki polsko–żydowskie na przestrzeni wieków były wręcz super.

Moda na odcinanie się od wszystkiego, co w dziejach naszych niewygodne, trwa w najlepsze. Ciekawe, do czego to nas zaprowadzi? Przyjrzyjmy się uważnie, co jeszcze z polskiej historii mogą wyciąć geniusze partii rządzącej.

Mieszka pewnie zostawią w spokoju. W końcu wprowadził na ziemiach polskich chrześcijaństwo, a potem w Dagome Iudex przekazał całe państwo pod opiekę Stolicy Apostolskiej. Do tego pokonał Niemców pod Cedynią i zdobył Śląsk. Gorzej już jednak z Bolesławem Chrobrym. Wyrzucił swoich braci przyrodnich z Polski, cudzołożył, posunął się nawet do gwałtu. Z drugiej jednak strony, to za jego rządów odbył się Zjazd Gnieźnieński, powstało pierwsze arcybiskupstwo, prowadzone wojny nieco powiększyły polskie terytorium, no i był pierwszym królem Polski. Może więc mu politycy PiS darują te „małe” wykroczenia i pozwolą wciąż cieszyć oko zapiskami o nim na kartach historii?

Czasy po śmierci Mieszka II to już na bank „antypolskie”, więc do wycięcia i do kosza. Powstanie ludowe, odwrócenie się od chrześcijaństwa, całkowity chaos społeczny to cecha lat od wywalenia Kazimierza Odnowiciela do jego powrotu (ok. 1034 – 1039). Potem nieszczęsny Bolesław Śmiały, który śmiał podnieść rękę na sługę bożego, Stanisława, lekko go poobcinał i w końcu musiał uciec z Polski, by ratować życie. Czy politycy PiS pozwolą nam go zapamiętać?

A co z Bolesławem Krzywoustym? Za zabójstwo brata został obłożony klątwą. Wprawdzie książę wykupił się od tejże klątwy, ale fakt pozostaje faktem. Morderca i tyle. Do tego skłócony z kim tylko się dało, poza Danią, totalny dyletant, jeśli chodzi o politykę zagraniczną i wewnętrzną. Dodajmy do tego jego „genialny” pomysł, by podzielić Polskę na dzielnice i mamy problem. Pozostanie na kartach polskiej historii czy też PiS go wywali?

Potem mamy lata rozbicia dzielnicowego (1138 – 1320). Okres mało chwalebny dla Polski i w ogóle pytanie, czy można mówić w tym okresie o państwie polskim? Niby był ten senior, niby dzielnica senioralna, która miała utrzymać jedność państwa, ale to czasy ostrej jatki, zwalczania się, rywalizacji o wpływy. Tu trucizna, tam porwanie, gdzie indziej jakaś zdrada i zasztyletowanie. Była to Polska w rozumieniu partii dzisiaj rządzącej czy też nie?

Władysław Łokietek – „mały ciałem wielki duchem”. Można się do niego odwoływać, chociaż i on nie taki krystalicznie czysty. Dwukrotnie obłożony klątwą. Gdy walczył o Wielkopolskę, mordował i niszczył wszystko jak leci, nawet cmentarze i dobra kościelne. Miał też na swoim sumieniu biskupa krakowskiego, którego wrzucił do ciemnicy, a jego ziemie zagarnął. Ponoć maczał też łapki w zabójstwie króla Przemysła II. Jego syn, Kazimierz zwany Wielkim, wydaje się mężem cnót wszelakich. Wydawałoby się, że tutaj politycy PiS z czystym sumieniem mogą mówić o „prawdziwym Polaku”, patriocie, a jednak nie do końca. W sprawach publicznych Kazimierz rzeczywiście godny naśladowania, ale poza tym był to jednak kawał drania. Nieobcy był mu gwałt, a o jego zdradach małżeńskich głośno było w całym królestwie.

Zapewne o czasach panowania Andegawenów i Jagiellonów dzisiejsi „ojcowie narodu” mogą spokojnie mówić, że były one na wskroś polskie. A co tam drobiazgi w postaci dość bujnego życia osobistego, jakieś tam niewielkie knucia, podtruwania. Ważne, że polskość, ta w dzisiejszym rozumieniu, aż kwitła. Gorzej natomiast z kolejnym etapem w historii naszego narodu. Królowie elekcyjni. Co z nimi? A właściwie tymi sześcioma, co to Polakami nie byli, choć co niektórzy mieli troszkę polskiej krwi w sobie? Toż to obcy, rządzący naszą Polską. Można więc uznać lata ich panowania za nasze?

Jest też pewien problem ze Stanisławem Augustem Poniatowskim, pupilkiem carycy Katarzyny. Jego panowanie to konfederacja radomska, barska, targowicka. To rozbiory, ostra ingerencja państw ościennych. To polska Polska czy nie?

Ciekawa też jestem, jaki okres Polski powojennej „PiS-olubni” uznają za swój. Ten do 1926 roku, gdy prezydentem był Stanisław Wojciechowski, związany dość mocno ze środowiskiem socjalistycznym, czy ten po przewrocie majowym w 1926 roku, rządy sanacji, okres wzrostu nastrojów nacjonalistycznych? Nie mam pojęcia, który z nich jest polski, a który antypolski.

II wojna światowa, okupacja niemiecka, potem PRL. Całe zło, jakie miało miejsce w tych czasach jest, według obecnej mody interpretacyjnej, dziełem nie Państwa Polskiego, nie narodu polskiego, ale właśnie tych „antypolaków”.

Przepraszam, ale można dostać od tego jakiejś głupawki. Co w końcu jest polskie, a co nie? Kto jest Polakiem, a w zależności od nieciekawej postawy, już nie? Jakimi kryteriami kierują się politycy i historycy PiS, wskazując nam elementy z historii, które takie, całym sobą, nasze, polskie, a które wstrętne i wrogie naszej polskości?

Jeszcze trochę, a okaże się, że cała historia, zbudowana jest z wyrwanych z kontekstu epizodów i to ma nam, Polakom, wystarczyć do ukształtowania naszej tożsamości narodowej. Taki prawdziwy to Polak będzie. Prawdziwy patriota. Prawdziwy „Homo PiS-us”.

A figa…. Powtórzę to, co już kiedyś powiedziałam. Powtarzam więc głośno i będę powtarzała tak długo jak będzie trzeba: Sprawiedliwi wśród Narodów Świata i polscy mordercy z okresu wojny to część mojej Polski! Lata PRL-u to część mojej Polski! Jacek Kuroń, Lech Wałęsa, Władek Frasyniuk, Adam Michnik, Władysław Bartoszewski i tylu innych wspaniałych to część mojej Polski! Zbrodnie stalinowskie na naszych ziemiach to część mojej Polski! Żydzi, Ukraińcy, Kaszubi, Ślązacy, Warmiacy, Mazurzy i ich trudne losy to część mojej Polski! Nawet ten Kaczyński i rządu PiS-u to też część mojej Polski!

Polska była, jest i będzie i wszelkie zaklinanie historii tego nie zmieni. Była piękna i smutna. Tragiczna i heroiczna. Czerwona i biała. Okrutna i wspaniałomyślna. Bohaterska i tchórzliwa… To moja Ojczyzna. Jakiekolwiek zaprzeczanie temu, wybieranie, co jeszcze polskie, a co już nie, zabawa pojęciami „naród” i „państwo” oznacza jedno – wielkie kompleksy, poczucie niedowartościowania, totalnie zachwianą psychikę i manipulację obywatelami. Przepraszam, ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej mnie mdli ta nasza polska rzeczywistość w objęciach niedouków i dyletantów.

Waldemar Mystkowski pisze o zbliżającej się rocznicy smoleńskiej.

Za miesiąc odbędzie się największe święto partii Jarosława Kaczyńskiego i związany z tym festyn – 8. rocznica katastrofy smoleńskiej. Prezes z pewnością da popis swojej elokwencji emocjonalnej, tego i owego obrazi – a jak będziemy mieli szczęście – cały naród zostanie opluty jakimś gorszym sortem, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Ustawa o IPN jest nieprecyzyjna, więc postuluję, aby w następnej nowelizacji zawrzeć artykuły precyzujące antypolonizm, pod który podpada retoryka wiecowa Kaczyńskiego.

Niestety, na święto PiS nie otrzymamy dokumentu „ideologicznego”, którego autorem bywał Antoni Macierewicz – „Raportu smoleńskiego”. Poprzednie raporty osiągały status wydawniczy bestsellerów. Pewnie wydawca „Gazeta Polska” i Macierewicz sporo grosza na tym zarobili, bo elektorat PiS wierzy w pismo święte swego apostoła zamachu.

Wiara smoleńska miała się dobrze, gdy działała w opozycyjnych katakumbach, gdy Macierewicz mógł ogłosić każdą niestworzoną brednię, a prezes Kaczyński ze swojego stołka na Krakowskim Przedmieściu potwierdzić, iż „idziemy i zbliżamy się do prawdy”. Gdy wraz ze zdobyciem władzy przez PiS, możliwości badania katastrofy smoleńskiej przez Macierewicza stały się wszechpotężne, gdy prezes ze swoim wiernym ludem odgrodził się barierkami, ideologia katastrofy podupadła – żadnych dowodów na zamach nie ujrzeliśmy. Apostoł smoleński Macierewicz poszedł w odstawkę, ale za to przyszedł czas świątków – pomników Lecha Kaczyńskiego.

Pomnik smoleński na placu Piłsudskiego ma być wyższy niż Grób Nieznanego Żołnierza. Jeszcze pisowcy oficjalnie nie wpadli na pomysł monumentu brata prezesa wielkości Chrystusa w Świebodzinie, ale kto wie, czy obok pozostającego na razie w zamysłach największego portu lotniczego w tej części Europy nie zostanie posadowiony – jak w Rio de Janeiro – ogromny Lech Kaczyński, który będzie rozłożonymi ramionami witał i żegnał.

W 8. rocznicę Macierewicz ma zamiar zaprezentować tylko skromną prezentację multimedialną, przez niektórych określaną filmem. Znaczenie temu zdarzeniu może nadać tylko sam prezes, który albo przybędzie na premierę, albo nie przebędzie. A jak przybędzie, to z kim będzie dawał się fotografować na ściance. Wybuch w smoleńskim Tupolewie okazał się niewypałem. A to pech!

Z Maciejem Laskiem – byłym przewodniczącym Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego utworzonej do zbadania katastrofy Tu-154 w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 rozmawia Bartosz Wiciński.

B.W.: Chciałbym na początku cofnąć się trochę i proszę, żeby Pan przypomniał kilka faktów z katastrofy smoleńskiej. Nie wszyscy być może pamiętają, co się wydarzyło na początku, ale również bardzo wiele młodych osób przez ostatnie siedem lat zaczęło interesować się polityką. Od tego momentu w przestrzeni medialnej – głównie prawicowej – pojawiło się wiele przeinaczeń i półprawd, które do dzisiaj żyją swoim życiem. Jak to było z odczytywaniem czarnych skrzynek i rejestratorów lotu? Kiedy to zostało wykonane i jak miała się sprawa z dostępem do tych rejestratorów? Do dzisiaj niektórzy dziennikarze i media powiązane z Prawem i Sprawiedliwością piszą, że niczego nie odsłuchano.

– Pierwsza grupa polskich specjalistów, wraz z prokuratorami i ekspertami, którzy później weszli w skład zespołu biegłych, przybyła na miejsce wypadku już 10 kwietnia, a kolejna 11 kwietnia. Już 10 kwietnia dwóch specjalistów (w zakresie badań zapisów rejestratorów, pilotażu i szkolenia) wraz z prokuratorem poleciało ze Smoleńska do Moskwy z rejestratorami katastroficznymi danych i głosu, aby tam w niedzielę wykonać kopię ich zapisów. Często się o tym zapomina, ale to właśnie polski specjalista po sprawdzeniu plomb dokonał otwarcia obydwu rejestratorów, wyjął taśmę z zapisem i umieścił ją w specjalnym magnetofonie kopiującym. Wszystko to działo się pod nadzorem polskich i rosyjskich prokuratorów. W tym samym czasie koledzy, którzy pozostali w Smoleńsku, dokumentowali miejsce zdarzenia, stan szczątków wraku, sprawdzali konfigurację samolotu w chwili wypadku, jak np. wysunięcia popychaczy mechanizmów wykonawczych układu sterowania, stan techniczny silników. Brali też udział w przesłuchaniach rosyjskiego personelu lotniska, w tym meteorologa, kontrolerów i z-cy dowódcy bazy. Jednym z ważniejszych działań było wykonanie kopii zapisów z magnetofonu ze smoleńskiej wieży, który rejestrował korespondencję, rozmowy telefoniczne i rozmowy w tle kontrolerów w tym krytycznym dniu. Dzięki temu mogliśmy później, w połączeniu z analizą zapisów rejestratorów z tupolewa ocenić działanie rosyjskich kontrolerów i jego wpływ na przebieg wypadku. W sumie w Smoleńsku było 18 członków polskiej komisji, pracujących do zakończenia badania na miejscu wypadku przez MAK. Należy pamiętać, że członkowie komisji Millera pracowali na miejscu wypadku niezależnie od MAK, choć dzięki przyjęciu przez MAK w swoim badaniu procedur opisanych w Załączniku 13 mieli też, poprzez akredytowanego przedstawiciela, prawo do udziału w badaniu prowadzonym przez MAK.

Wokół zastosowania w tym badaniu Załącznika 13 narosło w ostatnich latach w Polsce wiele mitów, najczęściej z powodu niewiedzy polityków. Warto więc wyjaśnić, że zgodnie ze słynnym porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP i Ministerstwem obrony FR z 1993, w przypadku awarii i katastrof spowodowanych przez polskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni FR lub rosyjskie statki powietrzne w przestrzeni powietrznej RP, badanie prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie, przy zapewnieniu dostępu do niezbędnych dokumentów, z zachowaniem obowiązujących je zasad ochrony tajemnicy państwowej. Czyli, w takich przypadkach, badanie prowadzone jest równolegle przez właściwe komisje obydwu państw. Po stronie polskiej właściwym organem była, powołana w oparciu o polskie prawo, Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, po stronie rosyjskiej natomiast był to MAK, który w swoim badaniu przyjął procedury z Załącznika 13. Dlaczego 2 komisje pracujące równolegle stosowały różne procedury dot. badania? Wynika to z faktu, że wspomniane Porozumienie z 1993 roku nie reguluje zasad dostępu do wraku, rejestratorów, miejsca zdarzenia, przesłuchań świadków czy formy sporządzenia i zgłaszania uwag do raportu z wypadku. Nie jest ratyfikowaną umową międzynarodową, a jedynie porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP a Ministerstwem Obrony FR w sprawie zasad wzajemnego ruchu wojskowych statków powietrznych nad terytorium obu państw. Wybór przez MAK Załącznika 13 paradoksalnie dał stronie polskiej więcej praw w badaniu rosyjskim niż Rosji w badaniu KBWL LP. Dzięki temu strona polska zyskała prawo pozwalające się włączyć w badanie prowadzone przez stronę rosyjską poprzez Akredytowanego Przedstawiciela i jego Doradców (płk. Edmund Klich oraz kilkunastu doradców z KBWLLP), a w szczególności do: udania się na miejsce wypadku, zbadania szczątków, uzyskania informacji od świadków i zaproponowania zakresu przesłuchania, posiadania pełnego i niezwłocznego dostępu do istotnych dowodów, uzyskania kopii wszystkich stosownych dokumentów, udziału w odczytywaniu zarejestrowanych materiałów, udziału w czynnościach badawczych poza miejscem wypadku, takich jak badanie części, prezentacje techniczne, testy i symulacje, udziału w spotkaniach związanych z postępami badania, łącznie z dyskusjami odnoszącymi się do analizy, ustaleń, przyczyn i zaleceń dotyczących bezpieczeństwa i składania wniosków dotyczących różnych elementów badania. Mieliśmy też prawo do zapoznania się z projektem raportu końcowego przygotowanego przez MAK i zgłoszenie do niego uwag. Tych wszystkich wymienionych praw nie miała strona rosyjska w prowadzonym przez nas badaniu, gdyż polskie przepisy wojskowe, w oparciu o które pracowała Komisja Millera, tego nie przewidywały.

B.W.: Pamięta Pan sprawę sfałszowanego zdjęcia tupolewa, a dokładnie lewego skrzydła jakim posługiwał się Pan Binienda? O co w tym dokładnie chodziło? Zespół pracujący przy kancelarii premiera miał to wtedy zgłosić do prokuratury. Był jakiś finał tej sprawy?

– Chodzi o materiał, zamieszczony w prezentacjach prof. Wiesława Biniendy, pokazujący lewe skrzydło samolotu, które nie ma zniszczonej krawędzi natarcia, a jedynie rozszarpany środek powierzchni skrzydła. Jego zdaniem to dowód, który miał potwierdzać hipotezę o wybuchu. Rzeczywiste zdjęcia z rekonstrukcji urwanego skrzydła wyglądały jednak inaczej. Wyraźna różnica na zdjęciach wykorzystywanych przez prof. Biniendę wynika z manipulacji w ułożeniu fragmentów zniszczonego skrzydła oraz twórczego potraktowania zdjęć. Jak się później okazało, autorem przerobionych zdjęć był rosyjski bloger, który przerobił w programie graficznym przednią i tylną część skrzydła w miejscu jego przecięcia po zderzeniu z brzozą tak, aby wyglądały na nieuszkodzone. Jako zespół zapowiadaliśmy wtedy złożenie zawiadomienia do prokuratury o ustalenie autora tego fałszerstwa. Jednakże szybko udało się go odkryć, a osoba ta na swoim blogu nawet przyznała się do tego, że celowo tak zmodyfikowała zdjęcie, żeby pokazać, jak mogłoby wyglądać skrzydło, gdyby nie doszło do zderzenia z brzozą tylko wybuchu. W takiej sytuacji składanie zawiadomienia było bezprzedmiotowe. Jednakże pokazało, że grupa tzw. ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym posła Antoniego Macierewicza nie cofnie się przed niczym, aby tylko spróbować uwiarygodnić swoje teorie. Nie wierzę, że nie mieli świadomości, iż wykorzystane przez nich zdjęcie to manipulacja.

B.W.:  Czy było więcej przypadków powoływania się przez ludzi Macierewicza na fałszywe i zmanipulowane dokumenty? Jeden z ekspertów dzisiejszego szefa MON powoływał się na dokument który nie istniał, to był słynny blef Rońdy.

– Do słynnego blefu profesora Rońdy doszło podczas dyskusji między prof. Pawłem Artymowiczem a prof. Jackiem Rońdą w studio telewizyjnym po projekcji filmu National Geographic „Śmierć Prezydenta”. W pewnym momencie prof. Rońda pokazując jakąś kartkę powiedział, że jest w posiadaniu dokumentu, z którego wynika, że samolot nigdy nie zszedł poniżej 100 m. Nie chciał powiedzieć co to za dokument ani skąd go dostał (później chyba wskazał na min. Macierewicza). Kilka dni później, w telewizji Trwam przyznał jednak, że samolot zszedł poniżej 100 m, a jego wcześniejsza wypowiedź w dyskusji była blefem. Wielokrotnie zarzucano nam, że nie chcemy skonfrontować naszego badania z tezami ludzi z zespołu Macierewicza. Dyskusja jest możliwa i ma sens, gdy obie strony grają fair, mają ten sam poziom wiedzy czy doświadczenia. W tym przypadku, działania tzw. ekspertów smoleńskich wykazały, że nie są oni partnerami do takich rozmów.

B.W.: Czy dopuszcza Pan taką myśl, że rosyjskie trolle celowo umieszczały fałszywe zdjęcia lub dokumenty, które pocztą pantoflową trafiały do Macierewicza i były potem wykorzystywane?

– Jest to wielce prawdopodobne. Było więcej takich przypadków, kiedy poseł Antoni Macierewicz powoływał się na pozyskane w niejasnych okolicznościach materiały od Rosjan. Wszystkie miały jedną cechę wspólną – nie zgadzały się z zebranym czy przez komisję Millera czy też przez prokuraturę materiałem dowodowym. Wiadomym jest, że sprawa katastrofy smoleńskiej dzieli Polaków. Nikomu tak, jak Rosji nie zależy na tym, aby ten podział wzmacniać, a jednocześnie ośmieszać nasz kraj na arenie międzynarodowej. Dlaczego ośmieszać? Bo przyczyny katastrofy są znane i zrozumiałe dla całego profesjonalnego środowiska badaczy wypadków lotniczych na świecie. Zapoznali się z faktami, raportem i podczas wielu dyskusji czy konferencji dali temu dowód. Wspieranie przez państwo teorii niepopartych faktami, a często sprzecznych z elementarną logiką musi budzić wśród nich zdziwienie, jeżeli nie politowanie.

B.W.: Wróćmy zatem do teraźniejszości. Od kilku dni pojawia się coraz więcej informacji od dziennikarzy mówiących o tym, że podkomisja nie chce – w ramach dostępu do informacji publicznej – ujawnić komu i za co zapłaciła. Wydano w pierwszym roku astronomiczną kwotę 1.4 ml zł. Czemu podkomisja robi z tego taki wielki problem? Obawiają się czegoś?

– Nie widzę podstaw do nieudzielania tych informacji. Co innego jeżeli chodzi o wyniki tych prac. Badanie każdego wypadku według procedur wojskowych prowadzone jest w trybie niejawnym i to przewodniczący komisji decyduje o upublicznianiu wyników. Przez wiele lat zarzucano nam, że przez brak informowania społeczeństwa o wynikach prac komisji Millera dopuściliśmy do rozwoju mitów smoleńskich. Ponieważ przyczyny wypadku jak również fakty i większość dowodów są znane, uważam, że w tak ważnej dla Polaków sprawie niezbędna jest transparentność działań podkomisji. Obawiam się jednak, że jej milczenie podyktowane jest przede wszystkim tym, że nie mają się czym pochwalić.

B.W.: Jakie są do tej pory osiągnięcia podkomisji, co było obiecywane i co z tego zrealizowano? Wali się gmach kłamstwa smoleńskiego, jak to minister Macierewicz określił pod koniec zeszłego roku?

– Póki co, podkomisja nie ma żadnych osiągnięć. Minął ponad rok od szumnie ogłoszonego przez ministra Macierewicza wznowienia badania wypadku i powołania podkomisji. Do dzisiaj podkomisja nie przedstawiła żadnych konkretów, nie pojechała do Smoleńska, aby przeprowadzić badanie wraku, nie pojechała do Moskwy, żeby wykonać własną kopię zapisów rejestratorów. Pracuje w oparciu o zgromadzony przez komisję Millera i prokuraturę materiał. I jak widać, w porównaniu do odważnych tez o zamachu, wybuchu, przecinania brzozy jak nożem bez uszkodzenia skrzydła, zestrzelenia, usterki technicznej czy obezwładnienia samolotu, dzisiejsza narracja dr. Berczyńskiego jest zdecydowanie zachowawcza: badamy, nie przesądzamy o przyczynach, nie faworyzujemy żadnej z hipotez itd. Co się zmieniło w ciągu ostatniego roku? Podkomisja ma dostęp do dowodów. I nawet brak wiedzy i doświadczenia, a przypomnijmy, że żaden z jej członków nigdy nie badał wypadku lotniczego, a większość nie spełnia wymogów prawa lotniczego, aby móc zasiadać w takim gremium, nie pozwoliła na wyciąganie w oparciu o ten materiał alternatywnych wniosków.

B.W.: Raport Millera został usunięty ze stron rządowych i jedynym dostępnym dokumentem dla dziennikarzy ze świata jest raport MAK-u przygotowany na zlecenie Federacji Rosyjskiej. Teraz jak ktoś na świecie pisząc artykuł o katastrofie smoleńskiej, będzie się chciał posłużyć opisem lub wnioskami z wypadku, trafi na opis znacznie różniący się od faktów ustalonych przez komisję Millera. To miała być zemsta, ale okazuje się, że to może zadziałać kontrproduktywnie. To nie jest strzał w stopę?

– Polski raport jest znacznie obszerniejszy od raportu MAK i uwzględnia wszystkie okoliczności, które doprowadziły do wypadku – w tym niedociągnięcia po stronie rosyjskiej. To my wskazaliśmy na błędy w działaniu rosyjskich kontrolerów i niewłaściwe przygotowanie lotniska w Smoleńsku. Raport przetłumaczono na język rosyjski i angielski, jest bardzo dobrze oceniany w środowisku profesjonalistów związanych z bezpieczeństwem lotniczym. Był również podstawą do poprawy bezpieczeństwa w polskim lotnictwie wojskowym. Do raportu świetnym uzupełnieniem były informacje na stronie faktysmolensk.gov.pl (dzisiaj można je znaleźć dzięki internautom na faktysmolensk.niezniknelo.com). Niestety, krótkowzroczność rządzących doprowadziła do tego, że dzisiaj łatwiej znaleźć raport MAK niż komisji Millera, a raportu podkomisji dr. Berczyńskiego przy takim tempie prac nie zobaczymy pewnie jeszcze przez kilka lat, choć może to i lepiej.

B.W.: Czy po odwołaniu Pana z funkcji szefa PKBWL ktoś ze strony rządowej lub podległych im służb kontaktował się z Panem? Zapytam wprost. Czy były przypadki gróźb, próby zmuszenia do zaprzestania opisywania oraz wypowiadania się o katastrofie smoleńskiej? Czy były naciski?

– Nie było takich prób albo ja o nich nic nie wiem. Wielu moich kolegów pracujących dzisiaj w administracji czy w spółkach z udziałem skarbu państwa ma zakaz wypowiedzi dla mediów – oczywiście pracodawca ma takie prawo, aby tego wymagać. Jednak mam żal do kolegów z wojskowej części komisji Millera, dzisiaj już chyba wszyscy są emerytami, że nie zabierają głosu w sprawie katastrofy. Rozumiem, że wygodniej jest siedzieć w wygodnym fotelu i udawać, że to ich nie dotyczy, ale niestety wpasowuje się to w nurt coraz powszechniejszego dzisiaj koniunkturalizmu.

B.W.: Na koniec proponuję zagrać w ruletkę. Może być rosyjska. Co w tym roku na kolejną rocznice katastrofy może być wielkim przełomem?

– Nie oczekuję żadnych przełomów, tak jak nie było ich w ciągu ostatnich 6 lat. Czekam natomiast na chwilę, kiedy pan prezes Jarosław Kaczyński czy minister Antoni Macierewicz powiedzą, „przepraszamy, to był wypadek. Zróbmy wszystko, aby nigdy się nie powtórzył”.

Maciej Lasek – polski inżynier specjalizujący się w mechanice lotu, doktor nauk technicznych, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (2012-2016).

PiS wyrychtował nam czarną przyszłość

Głosami posłów PiS oraz Kukiz’15, Sejm RP wybrał 15 nowych sędziów KRS. PO, PSL i Nowoczesna zbojkotowały głosowanie, bo – podobnie jaki liczni eksperci i organizacje pozarządowe uznają reformę KRS za niekonstytucyjną.

Wśród kandydatów nie było sędziów Sądu Najwyższego oraz sądów wojskowych, chociaż wymaga tego Konstytucja. Wybór nowych sędziów przerwie dziś o północy określoną w konstytucji kadencję dotychczasowych sędziów KRS. Tak Andrzej Duda i PiS skrócą kadencję konstytucyjnego organu, który decyduje o nominacjach do wszystkich sądów w kraju.

Jaki będzie efekt tego manewru?

„To jest bardzo smutne” – mówił w TVN24 Michał Wawrykiewicz, adwokat z inicjatywy Wolne Sądy. „KRS niezgodnie z konstytucją została wybrana przez parlament. To jeden z najczarniejszych dni w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Ten dzień zapisze się czarnymi zgłoskami. Dzieci kiedyś będą się o nim uczyć na historii, jak o upolitycznieniu sądów za czasów komunistycznych. Teraz będziemy mieć polityczne sądy w III RP.”

Wawrykiewicz uważa, iż „uchybienia powodują, że ta Rada nie ma żadnej legitymacji do sprawowania swoich konstytucyjnych funkcji”. Podkreśla, że „Co się teraz może zdarzyć, nawet dla prawników jest trudne do wyobrażenia. To spowoduje niewyobrażalny chaos. Przedsmak mamy w TK, gdzie wyroki wydają osoby, które nie są sędziami. Tak samo będzie z sędziami delegowanymi do sądów przez tę Radę. Ci sędziowie będą wydawać wyroki. Dla setek tysięcy obywateli możne to oznaczać w przyszłości problemy z legalnością wyroków” – dodał.

Roman Giertych

Apel do wszystkich prawników.

Dzisiaj Sejm wybierze KRS w sposób jawny i oczywisty naruszając Konstytucję. Organ ten nie będzie organem, o którym mówi nasza ustawa zasadnicza chociażby z tego powodu, że nie będzie w jego składzie sędziów SN oraz że Sejm nie ma prawa wybierać 15 członków KRS. Konskwencją tego będzie, że wszyscy sędziowie przedstawieni przez tzw. KRS Prezydentowi po dniu dzisiejszym nie będą prawidlowo wybrani.
Z tego powodu pełnomocnicy procesowi winni, w moim przekonaniu,w każdym przypadku, gdy łańcuch z orłem założy rzekomy sędzia, składać wnioski o jego wyłączenie. Wnioski te będą zgodnie z kpk, kpc i innymi procedurami rozstrzygać sędziowie dotychczasowi. Tym samym zapobiegniemy praktycznym skutkom niekonstytucyjnych ustaw.

Wzywam korporacje prawnicze do podjęcia stosownych uchwał w tej sprawie.

Roman Giertych

„Po antysemickiej nagonce w 1968 r. mieliśmy do czynienia z „marcowymi docentami” – miernymi, biernymi, ale wiernymi wobec partii. Teraz będziemy mieć do czynienia z „marcowymi sędziami”, którzy będą zawdzięczać karierę upolitycznionej KRS” – mówiła jedna z posłanek. Apelowała do sędziów o wytrwałość.  „Dziś sami będziecie musieli dbać o uczciwość procesów” – dodała.

„Każda osoba, która złamała konstytucję, będzie rozliczona, a każdy z sędziów, który wziął udział w tej nielegalnej procedurze pojawi się na billboardach w całej Polsce, tak jak wy to zrobiliście” – ostrzegał PiS w swym wystąpieniu sejmowym Borys Budka z PO.

Posłowie Nowoczesnej przyszli do Sejmu w czarnych koszulkach z napisem „Konstytucja”. Na posiedzenie Sejmu przynieśli „15 legitymacji partyjnych dla nominatów Ziobry”. „Minister Ziobro może je wręczyć swoim nominatom do KRS. Dzięki tym legitymacjom będzie wiadomo, kto kogo reprezentuje” – mówiła Gasiuk-Pihowicz. „16. legitymacja jest dla Pawła Kukiza – dla jasności sytuacji po hołdzie lennym, jaki Kukiz’15 złożył PiS”.

Jak podaje „Gazeta Wyborcza”: Większość kandydatów do KRS wskazanych przez PiS i klub Kukiz’15 ma związki z ministerstwem sprawiedliwości. To m.in. nowi prezesi i wiceprezesi sądów, którzy otrzymali stanowiska dzięki czystce przeprowadzonej przez Ziobrę na podstawie ustawy o sądach z 2017 r.

Kandydaci wskazani przez PiS to:

Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz, Teresa Kurcyusz-Furmanik, Ewa Łąpińska, Leszek Mazur, Maciej Nawacki, Dagmara Pawełczyk-Woicka, Rafał Puchalski i Paweł K. Styrna.

Kandydaci wskazani przez Klub Kukiz’15 to:

Grzegorz Furmankiewicz, Marek Jaskulski, Joanna Kołodziej-Michałowicz, Zbigniew Łupina, Jędrzej Kondek i Maciej A. Mitera.

Sędzia Waldemar Żurek zarzucił ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze łamanie prawa. – „Myśmy w starej KRS, czyli tej zgodnej z Konstytucją RP, procedowali na bieżąco kandydatury na sędziów. Tylko minister nie ogłaszał wolnych etatów, więc Rada sama z siebie nie mogła opiniować. To było fatalne, uważam, że minister łamał tutaj permanentnie ustawę od wielu miesięcy” – powiedział Żurek w TOK FM. Jego zdaniem, był to zabieg celowy, by nowych sędziów powołała Rada w składzie przegłosowanym przez PiS.

Sejm głosami PiS i Kukiz’15 wprowadził do KRS swoich sędziów. – „Jeśli pisze się takiego potworka prawnego, sprzecznego z ustawą zasadniczą, to później rodzi się szereg pytań, które można zadawać bardzo zaangażowanemu w tworzenie tej ustawy posłowi Piotrowiczowi. Uważam, że jest to organ niezgodny z Konstytucją RP i mój stosunek do niego się nie zmieni” – podsumował Żurek. Okazuje się bowiem, że po rezygnacji prof. Małgorzaty Gersdorf ze stanowiska przewodniczącej KRS oraz wprowadzenia nowych przepisów nie ma nikogo, kto miałby prawo zwołać posiedzenie Rady. Żurek przyznał, że jest jeszcze dwóch wiceprzewodniczących, ale skoro wszystkim dotychczasowym członkom Rady PiS wygasił mandaty, to wszystko wskazuje na to, że nie ma osoby, która obecnie zarządza KRS.

Wątpliwości te podziela Patryk Wachowiec, analityk prawny fundacji FOR. – „Wychodzi na to, że do dnia wejścia w życie ustawy o #SN, czyli 4 kwietnia, nie będzie posiedzenia #KRS. Nie wydaje mi się, by Pierwsza Prezes SN chciała legitymizować niekonstytucyjny skład Rady” – napisał na Twitterze. Do swojego wpisu dołączył treść art. 20 ust. 3 ustawy o KRS.

Kolejną sprawą, na którą zwrócił uwagę sędzia Żurek, jest opiniowanie sędziów i przedstawienie ich do nominowania przez prezydenta przez wybraną niekonstytucyjnie KRS. Zdaniem Żurka, już pojawiają się głosy od adwokatów, że „w procesach, które będą prowadzone przez nowo nominowanych sędziów, będą kwestionować orzecznictwo tych osób jako powołanych niezgodnie z Konstytucją RP. Kwestionowane zatem będą wyroki, co spowoduje, że sprawy będą trafiać na poziom europejski”.

„To jest ustawa odwetu. To jest PiS-owski odwet na historii i to jest PiS-owski odwet na teraźniejszości. Nawet w Polsce Ludowej degradacji dokonywał sąd” – tak o ustawie degradacyjnej jeszcze przed głosowaniami mówił w Sejmie poseł Stefan Niesiołowski (PSL-UED). Jak zauważył, według projektowanych przepisów, minister obrony narodowej bez sądu będzie miał prawo zdegradować dowolną osobę. – „To coś niesłychanego. Co wy w ogóle mówicie o jakimś podziale na bohaterów, na przyzwoitych ludzi, jakieś pisanie historii, to w ogóle nie jest rola Sejmu, to jest rola historyków. To nie posłowie decydują, kto był patriotą, a kto był zdrajcą. Tylko w dyktaturach dyktatorzy decydują o tym” – powiedział Niesiołowski do posłów PiS.

– „Jesteście absolutnie niewiarygodni. Człowiekiem, który występował w imieniu państwa klubu, jest oficer Ludowego Wojska Polskiego, który zaczynał służbę, kiedy generał Jaruzelski był ministrem obrony narodowej, rok po najeździe na Czechosłowację, i pozostał z Jaruzelskim do 1989 roku” – powiedziała Joanna Kluzik-Rostkowska, nawiązując do wystąpienia posła PiS Michała Jacha.

Marek Sowa z Nowoczesnej stwierdził, że ustawa otwiera „nowy rozdział polityki uprawianej na grobach”. – „Nie kieruje wami dążenie do prawdy, ale zwyczajna zemsta” – mówił do polityków PiS. Podkreślił, że zarówno Jaruzelskiego, jak i Kiszczaka uważa za oprawców. – „Historia oceniła ich jednoznacznie negatywnie – było wystarczająco dużo czasu, aby za życia zdegradować oprawców, patrząc im prosto w oczy. Lubicie odwoływać się do pamięci i działalności osoby Lecha Kaczyńskiego – był ministrem nadzorującym działania BBN, ministrem sprawiedliwości i w końcu prezydentem RP – w sumie 8 lat, ale nie odważył się na zrobienie takiej politycznej hucpy, jaką dziś Polsce fundujecie” – powiedział Sowa, zwracając się do posłów PiS.

Przegłosowana właśnie przez PiS ustawa zakłada możliwość pozbawiania stopni wojskowych żołnierzy w stanie spoczynku, którzy byli członkami m.in. WRON, KBW, pełnili służbę w organach bezpieczeństwa państwa wymienionych w ustawie lustracyjnej. Chodzi m.in. o gen. Wojciecha Jaruzelskiego i gen. Czesława Kiszczaka, ale także gen. Mirosława Hermaszewskiego.

 „Polacy, dzieje się coś niezwykle niebezpiecznego, coś, co wykracza poza wszelkie normy budowania społeczeństwa obywatelskiego” – alarmuje Jerzy Owsiak w imieniu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i innych organizacji pozarządowych. – „Urzędnicy MSWiA właśnie teraz, kilka tygodni po Finale, przygotowują szkodliwą, złą, a w opinii wielu specjalistów niekonstytucyjną ustawę o zbiórkach publicznych. Organizacje pozarządowe mówią jednym głosem – dotychczasowa ustawa jest wystarczająca. (…) Zwłaszcza takich, które dają ministrowi prawo odwołania wcześniej zatwierdzonej przez siebie zbiórki, które tej decyzji o odwołaniu nadają skutek natychmiastowy i które dają możliwość „przejęcia” środków już zgromadzonych w efekcie tej odwoływanej zbiórki” – napisał szef WOŚP na Facebooku.

Jurek Owsiak

Skok na kasę

Niech mi nikt nie mówi, że 3 godziny spędzone przez polskie organizacje pozarządowe, m.in. Fundację WOŚP, z przedstawicielami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji cokolwiek w sprawie zmian w Ustawy o zbiórkach publicznych wyjaśniły. Były to 3 godziny prezentowania kompletnie odległych od siebie stanowisk.

Organizacje pozarządowe mówią jednym głosem – dotychczasowa ustawa jest wystarczająca, powstała w wyniku wzorowego procesu konsultacji społecznych i dobrze reguluje organizację zbiórek publicznych w Polsce. Nie potrzeba tu żadnych zmian! Zwłaszcza takich, które dają ministrowi prawo odwołania wcześniej zatwierdzonej przez siebie zbiórki, które tej decyzji o odwołaniu nadają skutek natychmiastowy i które dają możliwość „przejęcia” środków już zgromadzonych w efekcie tej odwoływanej zbiórki.

Przez 26 lat między innymi nasza Fundacja tworzyła standardy nowoczesnych działań organizacji pozarządowych w Polsce. Zabiegaliśmy o regulacje dające organizacjom możliwość skutecznego działania, możliwość organizowania zbiórek pieniężnych, a także wpływania na cały system prawny III sektora, który w nowej Polsce musiał ulec zmianie. Przepisy o zbiórkach publicznych, na mocy których działaliśmy przez wiele lat, pochodziły jeszcze z lat 30-tych XX wieku! Między innymi my spowodowaliśmy, że standardem stało się to, że w zbiórkach uczestniczą zarejestrowani wolontariusze, którzy mają identyfikatory, a zbiórka ma jasno określony cel, ma sprecyzowany czas na zrealizowanie tego celu i na rozliczenie wydanych pieniędzy. Dziś jest to zawarte w nowym i nowoczesnym prawie. Jeśli ktoś to prawo łamie, to istnieje w Polsce policja, prokuratura i cały aparat państwa, który ma łamaniu prawa zapobiec, a wobec sprawców wyciągnąć konsekwencje.

MSWiA postanowiło to diametralnie zmienić, proponując coś, na co absolutnie nie ma zgody. Bez względu na opcję polityczną – nie może być tak, że minister spraw wewnętrznych na niejasnych bardzo przesłankach, jakimi są określenia „sprzeczność z zasadami współżycia społecznego” czy „ważny interes publiczny”, unieważnia zbiórkę oraz ma możliwość uruchomienia procedury „przejęcia” zebranych już środków.

3 godziny słuchaliśmy wywodów przedstawicieli MSWiA, które jak mantra powtarzały jedno sformułowanie – „w naszym wspólnym interesie…”. Organizacje pozarządowe z racji samej nazwy są organizacjami, które nie mogą zależeć od rządu! Jaki by on nie był. Mają pracować w swobodnych warunkach i zaspokajać potrzeby obywateli naszego kraju. To jest ich siła i to daje im skuteczność. Ograniczenie niezależności organizacji to nie jest żaden „wspólny interes”. To właśnie my, organizacje pozarządowe, wypełniamy te luki, z którymi nie daje sobie rady państwo. W naszym przypadku chociażby jest to brak urządzeń medycznych w szpitalach.

Żadna organizacja na dzisiejszym spotkaniu nie zgodziła się z proponowanymi zmianami! Nie ogłosiliśmy razem z Ministerstwem żadnego wspólnego komunikatu. Nasz postulat jest jeden – prosimy natychmiast odstąpić od tego pomysłu i nie „majstrować” przy Ustawie, dzięki której do tej pory chociażby WOŚP zebrała na pomoc państwu polskiemu i na zakup ponad 48 000 urządzeń medycznych dla publicznych szpitali ponad 825 milionów złotych. Dzisiejsze zapewnienia, że chodzi o „nasz wspólny interes” są niebezpieczne i zwodnicze. Za kilka dni, za kilka miesięcy, możemy wszyscy odczuć na własnej skórze, jak potężne narzędzie zyskają politycy w walce z nielubianymi przez siebie organizacjami – zakaz organizowania zbiórki i zmiana celu wydatkowania zebranych środków. Wtedy może paść argument – takie jest prawo, jest to polskie prawo, ustanowione przez nas, a wcześniej konsultowane z organizacjami pozarządowymi.

Mało tego! Po skończonym spotkaniu, nie informując uczestniczących w nim organizacji, urzędnicy zorganizowali swoją konferencję prasową, podając komunikaty, które w żaden sposób nie oddały prawdziwego klimatu zakończonych właśnie rozmów. Już ten fakt pokazuje styl, podejście, jakie mają urzędnicy ministerialni. Nasza fundacyjna ekipa dopiero z telefonów od dziennikarzy dowiedziała się, że konferencja ma właśnie miejsce i uczestniczą w niej tylko przedstawiciele MSWiA. I dziennikarze proszą nas poczekanie na jej zakończenie i o komentarz w tym temacie. Nie tak powinno to wyglądać!

Polacy, dzieje się coś niezwykle niebezpiecznego, coś co wykracza poza wszelkie normy budowania społeczeństwa obywatelskiego. 8 marca przedstawimy rezultat 26 Finału WOŚP. Zagraliśmy nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Mogę tylko powiedzieć, że poprzez tę zbiórkę po raz kolejny odczuliśmy gigantyczne, powtarzam – gigantyczne zaufanie Polaków do Orkiestry. Będziemy mogli zrealizować wszystkie nasze finałowe cele. Już teraz myślimy, co jeszcze możemy zrobić dla ratowania zdrowia i życia dzieci w polskich szpitalach. I jak grom z jasnego nieba urzędnicy MSWiA właśnie teraz, kilka tygodni po Finale, przygotowują szkodliwą, złą, a w opinii wielu specjalistów niekonstytucyjną ustawę o zbiórkach publicznych. Nie ma na to naszej zgody. Już teraz prosimy Was o pomoc, abyście także, kiedy zajdzie taka potrzeba, wyrazili swoją opinię. Być może się mylimy, być może nie mamy racji, być może nowe pomysły mieszczą się w standardach dzisiejszej Polski i większości Polaków odpowiadają. Ale będziemy chcieli o to zapytać, chcąc bronić swojej racji. No passaran! W tej sprawie nawet kroku do tyłu.

Bądźcie z nami. Wielkie dzięki za to co już zrobiliście dla siebie, innych współobywateli, dla nas wszystkich. Nie pozwólcie zniszczyć wspaniałego dorobku dobrych, uznanych, doświadczonych polskich organizacji pozarządowych.

Jerzy Owsiak i Fundacja WOŚP

Przedstawiciele kilkudziesięciu organizacji pozarządowych, m.in. WOŚP, PAH, Fundacji Batorego, Fundacji Anny Dymnej, Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce, spotkali się we wtorek z Pawłem Szefernakerem, wiceministrem spraw wewnętrznych. Owsiak opisuje przebieg tego spotkania: – „3 godziny słuchaliśmy wywodów przedstawicieli MSWiA, które jak mantra powtarzały jedno sformułowanie – „w naszym wspólnym interesie…”. Organizacje pozarządowe z racji samej nazwy są organizacjami, które nie mogą zależeć od rządu! (…) Żadna organizacja na dzisiejszym spotkaniu nie zgodziła się z proponowanymi zmianami! Nie ogłosiliśmy razem z Ministerstwem żadnego wspólnego komunikatu. (…) Mało tego! Po skończonym spotkaniu, nie informując uczestniczących w nim organizacji, urzędnicy zorganizowali swoją konferencję prasową, podając komunikaty, które w żaden sposób nie oddały prawdziwego klimatu zakończonych właśnie rozmów. Już ten fakt pokazuje styl, podejście, jakie mają urzędnicy ministerialni”.

W projekcie zawarto m.in. przepis, który pozwala na zablokowanie zbiórki, „gdy wskazany w zgłoszeniu cel byłby sprzeczny z zasadami współżycia społecznego lub naruszał ważny interes publiczny”. Organizatorzy będą mieć trzy dni na podanie nowego celu zbiórki, jeśli urzędnicy uznają, że jest ona nielegalna. – „Nie znam kraju, w którym zbiórki organizowane byłyby w oparciu o przepisy, jakie proponuje MSWiA” – powiedziała „Gazecie Wyborczej” Magdalena Pękacka, z Forum Darczyńców.

Owsiak więc przestrzega: – „Za kilka miesięcy możemy wszyscy odczuć na własnej skórze, jak potężne narzędzie zyskają politycy w walce z nielubianymi przez siebie organizacjami. (…) Nasz postulat jest jeden – prosimy natychmiast odstąpić od tego pomysłu i nie „majstrować” przy Ustawie, dzięki której do tej pory chociażby WOŚP zebrała na pomoc państwu polskiemu i na zakup ponad 48 000 urządzeń medycznych dla publicznych szpitali ponad 825 milionów złotych. (…) No pasaran! W tej sprawie nawet kroku do tyłu”.

Waldemar Mystkowski na ten temat pisze.

W PiS zostały uruchomione w tej kwestii mechanizmy obronne i zaprzeczenia.

USA nałożyły na Andrzeja Dudę i Mateusza Morawieckiego szczególne sankcje – zostali uznani za persona non grata w Białym Domu. Podkreślmy: szczególne sankcje, a nie ogólne. Różnica miedzy nimi jest taka, jak między profesorem zwyczajnym – tytuł obowiązujący wszędzie – a profesorem nadzwyczajnym, którym tytułuje się na uczelni zatrudniającej delikwenta. Jeszcze lepiej różnice oddaje ogólna teoria względności i szczególna teoria Einsteina.

Szczególne sankcje dotyczące Dudy i Morawieckiego będą działać – odźwierny w Białym Domu ma przykazane, aby tych dwóch osobników i ich wysłanników nie wpuszczać na pokoje – póki ustawa o IPN nie zostanie zmieniona, dopóty zostaną z niej usunięte zapisy kwestionujące święte słowa dla Jankesów o wolności słowa, wolności badań i wypowiedzi.

Waszyngtońskiej administracji nie spodobało się, iż mieniący się demokratami politycy PiS nakładają cenzurę i za wolność wypowiedzi możliwa jest sankcja prawna, bo tym jest ustawa o IPN.

Szczególne sankcje wobec Dudy i Morawieckiego nie muszą być ogłaszane, gdyż należą do sfery dyplomacji. To tak, jakbyśmy na ulicy zobaczyli Dudę bądź Morawieckiego i przeszli na drugą stroną. A że ulica należy do Amerykanów, więc nie wpuszczą na nią tych dwóch osobników, niech sobie łażą, gdzie chcą, byle nie narażali swoimi osobami na szwank rozumu.

Oczywiście, politycy PiS zaprzeczają owym sankcjom, bo nie zostały oficjalnie ogłoszone. Otóż sankcje szczególne płyną w nieoficjalnym nurcie, komunikuje się o nich poprzez zamierzony wyciek. I z takim mamy do czynienia. Dziennikarze Onetu dostali cynk, następnie sankcje potwierdził amerykański portal BuzzFeed.

Jarosław Kaczyński może tylko zacierać ręce. Na niego nie zostały nałożone sankcje, wszak od niego zależy, czy Duda i Morawiecki coś zrobią, aby ustawa o IPN została zmieniona i zaakceptowana przez zachodni świat.

Tymczasem w PiS zostały uruchomione mechanizmy obronne i zaprzeczenia. A to znaczy, że rozpoczęło się polowanie na kozła ofiarnego. Kto zawinił? Jak w takiej animalnej polityce bywa, zwykle źle zaplanowana jest nagonka, bo kozioł ofiarny zamienia się w osła. Ile kozłów by nie złożono w ofierze udobruchania bóstwa, to i tak pozostanie opinia, że ma się do czynienia z osłami.

Rząd Morawieckiego planuje podnieść ukradkiem ceny paliw.

Post Navigation