Hairwald

W ciętej ranie obecności

Kaczyńskiego dzień świra, który jest największym szkodnikiem politycznym w Polsce po 1989 roku

Europoseł Dariusz Rosati zareagował na informację dziennikarki Dominiki Wielowieyskiej na temat ustawy o IPN.

Borys Budka, Leszek Balcerowicz i internauci odnieśli się do dokumentów, jakie premier Mateusz Morawiecki przekazał Komisji Europejskiej na temat „reformy” wymiaru sprawiedliwości w Polsce.

„Jak ktoś nie wojował z generałem Jaruzelskim, gdy on żył, to chce sobie powojować chociaż, gdy on już nie żyje. To jest szczególny rodzaj odwagi, podobnie jak wyrzucanie nieboszczyków z grobów. To odwaga hieny cmentarnej. Jak ktoś nie był odważny jak lew, to teraz chce być antykomunistyczny i odważny jak hiena cmentarna. Za późno, przechlapane” – powiedział w TVN24 historyk prof. Karol Modzelewski, były działacz opozycji w czasach PRL. Jego zdaniem, generałowi Jaruzelskiemu w ogóle nie należy odbierać stopnia. – „Uważam, że trzeba mu było odebrać władzę, co zostało zrobione i basta” – stwierdził.

Prof. Modzelewski odniósł się także do ustawy o IPN. – „Nikt tak nie zaszkodził dobremu imieniu Polski i jej pozycji międzynarodowej jak Reduta Dobrego Imienia, czyli pan Maciej Świrski, który tę ustawę podobno przygotował”. Według profesora, to najgłupsza ustawa, jaką widział od lat, więc należy „zrobić krok w tył, bo trwanie w tym ślepym zaułku wyrządza krzywdę nam wszystkim”.

Zdaniem profesora Modzelewskiego, „ta ustawa musiała wywołać szok na świecie”. Jeżeli rządzący myśleli inaczej, to znaczy, że „nikt w tej ekipie ani w jej otoczeniu nie ma pojęcia o świecie. Polska znowu stanęła w sytuacji kraju, który nie radzi sobie ze swoją przeszłością i ładuje kompleksy narodowe w takie decyzje i w takie wypowiedzi”. Według profesora, PiS może wyobrażał sobie, że ustawa o IPN pozwoli mu „wziąć pod skrzydełka elektorat faszystowski w Polsce”.

Zapytany, czy prezydent Andrzej Duda słusznie zrobił, przepraszając 8 marca Żydów, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia Polski w 1968, Modzelewski stwierdził: – „Lepiej przepraszać zbyt często, niż uważać siebie za anioła. To jest bardzo szkodliwe moralnie, żeby uważać się za wcielenie anielstwa”.

Tamra Olszewska na koduj24.pl pisze o wybielaniu historii.

PiS-owska moda na odcinanie się od wszystkiego, co w dziejach naszych niewygodne, trwa w najlepsze.

Dziwne rzeczy dzieją się w naszym państwie. Oj, dziwne. Politycy PiS znaleźli sobie kolejną zabawkę i odpuszczać nie zamierzają. W obliczu ostrej wpadki wizualnej na świecie, związanej z poprawioną ustawą o IPN oraz świętowaniem rocznic różnych wydarzeń w Polsce, nagle zaczęli nam szatkować historię, wybierając z niej to, co polskie i warte uwagi. Wygląda to tak, jakby któregoś wieczoru zasiedli sobie na Nowogrodzkiej i wspólnie ustalili, jakim przekazem historycznym będą karmić naród. Bez minimum refleksji, bez zastanowienia ruszyli w Polskę z newsem, co w naszych dziejach było polskie, a co nie.

Marzec 1968 to powód do dumy, bo całe zło, które potem nastąpiło to już wina „nie Polaków” tylko jakiegoś tam obcego. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata to nasza chwała, ale szmalcownicy to nie nasi, bo przecież w czasie okupacji niemieckiej nie było polskiego państwa. Pogromy Żydów w Polsce? A kto to wymyślił? Jak to powiedział premier Morawiecki, stosunki polsko–żydowskie na przestrzeni wieków były wręcz super.

Moda na odcinanie się od wszystkiego, co w dziejach naszych niewygodne, trwa w najlepsze. Ciekawe, do czego to nas zaprowadzi? Przyjrzyjmy się uważnie, co jeszcze z polskiej historii mogą wyciąć geniusze partii rządzącej.

Mieszka pewnie zostawią w spokoju. W końcu wprowadził na ziemiach polskich chrześcijaństwo, a potem w Dagome Iudex przekazał całe państwo pod opiekę Stolicy Apostolskiej. Do tego pokonał Niemców pod Cedynią i zdobył Śląsk. Gorzej już jednak z Bolesławem Chrobrym. Wyrzucił swoich braci przyrodnich z Polski, cudzołożył, posunął się nawet do gwałtu. Z drugiej jednak strony, to za jego rządów odbył się Zjazd Gnieźnieński, powstało pierwsze arcybiskupstwo, prowadzone wojny nieco powiększyły polskie terytorium, no i był pierwszym królem Polski. Może więc mu politycy PiS darują te „małe” wykroczenia i pozwolą wciąż cieszyć oko zapiskami o nim na kartach historii?

Czasy po śmierci Mieszka II to już na bank „antypolskie”, więc do wycięcia i do kosza. Powstanie ludowe, odwrócenie się od chrześcijaństwa, całkowity chaos społeczny to cecha lat od wywalenia Kazimierza Odnowiciela do jego powrotu (ok. 1034 – 1039). Potem nieszczęsny Bolesław Śmiały, który śmiał podnieść rękę na sługę bożego, Stanisława, lekko go poobcinał i w końcu musiał uciec z Polski, by ratować życie. Czy politycy PiS pozwolą nam go zapamiętać?

A co z Bolesławem Krzywoustym? Za zabójstwo brata został obłożony klątwą. Wprawdzie książę wykupił się od tejże klątwy, ale fakt pozostaje faktem. Morderca i tyle. Do tego skłócony z kim tylko się dało, poza Danią, totalny dyletant, jeśli chodzi o politykę zagraniczną i wewnętrzną. Dodajmy do tego jego „genialny” pomysł, by podzielić Polskę na dzielnice i mamy problem. Pozostanie na kartach polskiej historii czy też PiS go wywali?

Potem mamy lata rozbicia dzielnicowego (1138 – 1320). Okres mało chwalebny dla Polski i w ogóle pytanie, czy można mówić w tym okresie o państwie polskim? Niby był ten senior, niby dzielnica senioralna, która miała utrzymać jedność państwa, ale to czasy ostrej jatki, zwalczania się, rywalizacji o wpływy. Tu trucizna, tam porwanie, gdzie indziej jakaś zdrada i zasztyletowanie. Była to Polska w rozumieniu partii dzisiaj rządzącej czy też nie?

Władysław Łokietek – „mały ciałem wielki duchem”. Można się do niego odwoływać, chociaż i on nie taki krystalicznie czysty. Dwukrotnie obłożony klątwą. Gdy walczył o Wielkopolskę, mordował i niszczył wszystko jak leci, nawet cmentarze i dobra kościelne. Miał też na swoim sumieniu biskupa krakowskiego, którego wrzucił do ciemnicy, a jego ziemie zagarnął. Ponoć maczał też łapki w zabójstwie króla Przemysła II. Jego syn, Kazimierz zwany Wielkim, wydaje się mężem cnót wszelakich. Wydawałoby się, że tutaj politycy PiS z czystym sumieniem mogą mówić o „prawdziwym Polaku”, patriocie, a jednak nie do końca. W sprawach publicznych Kazimierz rzeczywiście godny naśladowania, ale poza tym był to jednak kawał drania. Nieobcy był mu gwałt, a o jego zdradach małżeńskich głośno było w całym królestwie.

Zapewne o czasach panowania Andegawenów i Jagiellonów dzisiejsi „ojcowie narodu” mogą spokojnie mówić, że były one na wskroś polskie. A co tam drobiazgi w postaci dość bujnego życia osobistego, jakieś tam niewielkie knucia, podtruwania. Ważne, że polskość, ta w dzisiejszym rozumieniu, aż kwitła. Gorzej natomiast z kolejnym etapem w historii naszego narodu. Królowie elekcyjni. Co z nimi? A właściwie tymi sześcioma, co to Polakami nie byli, choć co niektórzy mieli troszkę polskiej krwi w sobie? Toż to obcy, rządzący naszą Polską. Można więc uznać lata ich panowania za nasze?

Jest też pewien problem ze Stanisławem Augustem Poniatowskim, pupilkiem carycy Katarzyny. Jego panowanie to konfederacja radomska, barska, targowicka. To rozbiory, ostra ingerencja państw ościennych. To polska Polska czy nie?

Ciekawa też jestem, jaki okres Polski powojennej „PiS-olubni” uznają za swój. Ten do 1926 roku, gdy prezydentem był Stanisław Wojciechowski, związany dość mocno ze środowiskiem socjalistycznym, czy ten po przewrocie majowym w 1926 roku, rządy sanacji, okres wzrostu nastrojów nacjonalistycznych? Nie mam pojęcia, który z nich jest polski, a który antypolski.

II wojna światowa, okupacja niemiecka, potem PRL. Całe zło, jakie miało miejsce w tych czasach jest, według obecnej mody interpretacyjnej, dziełem nie Państwa Polskiego, nie narodu polskiego, ale właśnie tych „antypolaków”.

Przepraszam, ale można dostać od tego jakiejś głupawki. Co w końcu jest polskie, a co nie? Kto jest Polakiem, a w zależności od nieciekawej postawy, już nie? Jakimi kryteriami kierują się politycy i historycy PiS, wskazując nam elementy z historii, które takie, całym sobą, nasze, polskie, a które wstrętne i wrogie naszej polskości?

Jeszcze trochę, a okaże się, że cała historia, zbudowana jest z wyrwanych z kontekstu epizodów i to ma nam, Polakom, wystarczyć do ukształtowania naszej tożsamości narodowej. Taki prawdziwy to Polak będzie. Prawdziwy patriota. Prawdziwy „Homo PiS-us”.

A figa…. Powtórzę to, co już kiedyś powiedziałam. Powtarzam więc głośno i będę powtarzała tak długo jak będzie trzeba: Sprawiedliwi wśród Narodów Świata i polscy mordercy z okresu wojny to część mojej Polski! Lata PRL-u to część mojej Polski! Jacek Kuroń, Lech Wałęsa, Władek Frasyniuk, Adam Michnik, Władysław Bartoszewski i tylu innych wspaniałych to część mojej Polski! Zbrodnie stalinowskie na naszych ziemiach to część mojej Polski! Żydzi, Ukraińcy, Kaszubi, Ślązacy, Warmiacy, Mazurzy i ich trudne losy to część mojej Polski! Nawet ten Kaczyński i rządu PiS-u to też część mojej Polski!

Polska była, jest i będzie i wszelkie zaklinanie historii tego nie zmieni. Była piękna i smutna. Tragiczna i heroiczna. Czerwona i biała. Okrutna i wspaniałomyślna. Bohaterska i tchórzliwa… To moja Ojczyzna. Jakiekolwiek zaprzeczanie temu, wybieranie, co jeszcze polskie, a co już nie, zabawa pojęciami „naród” i „państwo” oznacza jedno – wielkie kompleksy, poczucie niedowartościowania, totalnie zachwianą psychikę i manipulację obywatelami. Przepraszam, ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej mnie mdli ta nasza polska rzeczywistość w objęciach niedouków i dyletantów.

Waldemar Mystkowski pisze o zbliżającej się rocznicy smoleńskiej.

Za miesiąc odbędzie się największe święto partii Jarosława Kaczyńskiego i związany z tym festyn – 8. rocznica katastrofy smoleńskiej. Prezes z pewnością da popis swojej elokwencji emocjonalnej, tego i owego obrazi – a jak będziemy mieli szczęście – cały naród zostanie opluty jakimś gorszym sortem, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Ustawa o IPN jest nieprecyzyjna, więc postuluję, aby w następnej nowelizacji zawrzeć artykuły precyzujące antypolonizm, pod który podpada retoryka wiecowa Kaczyńskiego.

Niestety, na święto PiS nie otrzymamy dokumentu „ideologicznego”, którego autorem bywał Antoni Macierewicz – „Raportu smoleńskiego”. Poprzednie raporty osiągały status wydawniczy bestsellerów. Pewnie wydawca „Gazeta Polska” i Macierewicz sporo grosza na tym zarobili, bo elektorat PiS wierzy w pismo święte swego apostoła zamachu.

Wiara smoleńska miała się dobrze, gdy działała w opozycyjnych katakumbach, gdy Macierewicz mógł ogłosić każdą niestworzoną brednię, a prezes Kaczyński ze swojego stołka na Krakowskim Przedmieściu potwierdzić, iż „idziemy i zbliżamy się do prawdy”. Gdy wraz ze zdobyciem władzy przez PiS, możliwości badania katastrofy smoleńskiej przez Macierewicza stały się wszechpotężne, gdy prezes ze swoim wiernym ludem odgrodził się barierkami, ideologia katastrofy podupadła – żadnych dowodów na zamach nie ujrzeliśmy. Apostoł smoleński Macierewicz poszedł w odstawkę, ale za to przyszedł czas świątków – pomników Lecha Kaczyńskiego.

Pomnik smoleński na placu Piłsudskiego ma być wyższy niż Grób Nieznanego Żołnierza. Jeszcze pisowcy oficjalnie nie wpadli na pomysł monumentu brata prezesa wielkości Chrystusa w Świebodzinie, ale kto wie, czy obok pozostającego na razie w zamysłach największego portu lotniczego w tej części Europy nie zostanie posadowiony – jak w Rio de Janeiro – ogromny Lech Kaczyński, który będzie rozłożonymi ramionami witał i żegnał.

W 8. rocznicę Macierewicz ma zamiar zaprezentować tylko skromną prezentację multimedialną, przez niektórych określaną filmem. Znaczenie temu zdarzeniu może nadać tylko sam prezes, który albo przybędzie na premierę, albo nie przebędzie. A jak przybędzie, to z kim będzie dawał się fotografować na ściance. Wybuch w smoleńskim Tupolewie okazał się niewypałem. A to pech!

Z Maciejem Laskiem – byłym przewodniczącym Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego utworzonej do zbadania katastrofy Tu-154 w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 rozmawia Bartosz Wiciński.

B.W.: Chciałbym na początku cofnąć się trochę i proszę, żeby Pan przypomniał kilka faktów z katastrofy smoleńskiej. Nie wszyscy być może pamiętają, co się wydarzyło na początku, ale również bardzo wiele młodych osób przez ostatnie siedem lat zaczęło interesować się polityką. Od tego momentu w przestrzeni medialnej – głównie prawicowej – pojawiło się wiele przeinaczeń i półprawd, które do dzisiaj żyją swoim życiem. Jak to było z odczytywaniem czarnych skrzynek i rejestratorów lotu? Kiedy to zostało wykonane i jak miała się sprawa z dostępem do tych rejestratorów? Do dzisiaj niektórzy dziennikarze i media powiązane z Prawem i Sprawiedliwością piszą, że niczego nie odsłuchano.

– Pierwsza grupa polskich specjalistów, wraz z prokuratorami i ekspertami, którzy później weszli w skład zespołu biegłych, przybyła na miejsce wypadku już 10 kwietnia, a kolejna 11 kwietnia. Już 10 kwietnia dwóch specjalistów (w zakresie badań zapisów rejestratorów, pilotażu i szkolenia) wraz z prokuratorem poleciało ze Smoleńska do Moskwy z rejestratorami katastroficznymi danych i głosu, aby tam w niedzielę wykonać kopię ich zapisów. Często się o tym zapomina, ale to właśnie polski specjalista po sprawdzeniu plomb dokonał otwarcia obydwu rejestratorów, wyjął taśmę z zapisem i umieścił ją w specjalnym magnetofonie kopiującym. Wszystko to działo się pod nadzorem polskich i rosyjskich prokuratorów. W tym samym czasie koledzy, którzy pozostali w Smoleńsku, dokumentowali miejsce zdarzenia, stan szczątków wraku, sprawdzali konfigurację samolotu w chwili wypadku, jak np. wysunięcia popychaczy mechanizmów wykonawczych układu sterowania, stan techniczny silników. Brali też udział w przesłuchaniach rosyjskiego personelu lotniska, w tym meteorologa, kontrolerów i z-cy dowódcy bazy. Jednym z ważniejszych działań było wykonanie kopii zapisów z magnetofonu ze smoleńskiej wieży, który rejestrował korespondencję, rozmowy telefoniczne i rozmowy w tle kontrolerów w tym krytycznym dniu. Dzięki temu mogliśmy później, w połączeniu z analizą zapisów rejestratorów z tupolewa ocenić działanie rosyjskich kontrolerów i jego wpływ na przebieg wypadku. W sumie w Smoleńsku było 18 członków polskiej komisji, pracujących do zakończenia badania na miejscu wypadku przez MAK. Należy pamiętać, że członkowie komisji Millera pracowali na miejscu wypadku niezależnie od MAK, choć dzięki przyjęciu przez MAK w swoim badaniu procedur opisanych w Załączniku 13 mieli też, poprzez akredytowanego przedstawiciela, prawo do udziału w badaniu prowadzonym przez MAK.

Wokół zastosowania w tym badaniu Załącznika 13 narosło w ostatnich latach w Polsce wiele mitów, najczęściej z powodu niewiedzy polityków. Warto więc wyjaśnić, że zgodnie ze słynnym porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP i Ministerstwem obrony FR z 1993, w przypadku awarii i katastrof spowodowanych przez polskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni FR lub rosyjskie statki powietrzne w przestrzeni powietrznej RP, badanie prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie, przy zapewnieniu dostępu do niezbędnych dokumentów, z zachowaniem obowiązujących je zasad ochrony tajemnicy państwowej. Czyli, w takich przypadkach, badanie prowadzone jest równolegle przez właściwe komisje obydwu państw. Po stronie polskiej właściwym organem była, powołana w oparciu o polskie prawo, Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, po stronie rosyjskiej natomiast był to MAK, który w swoim badaniu przyjął procedury z Załącznika 13. Dlaczego 2 komisje pracujące równolegle stosowały różne procedury dot. badania? Wynika to z faktu, że wspomniane Porozumienie z 1993 roku nie reguluje zasad dostępu do wraku, rejestratorów, miejsca zdarzenia, przesłuchań świadków czy formy sporządzenia i zgłaszania uwag do raportu z wypadku. Nie jest ratyfikowaną umową międzynarodową, a jedynie porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP a Ministerstwem Obrony FR w sprawie zasad wzajemnego ruchu wojskowych statków powietrznych nad terytorium obu państw. Wybór przez MAK Załącznika 13 paradoksalnie dał stronie polskiej więcej praw w badaniu rosyjskim niż Rosji w badaniu KBWL LP. Dzięki temu strona polska zyskała prawo pozwalające się włączyć w badanie prowadzone przez stronę rosyjską poprzez Akredytowanego Przedstawiciela i jego Doradców (płk. Edmund Klich oraz kilkunastu doradców z KBWLLP), a w szczególności do: udania się na miejsce wypadku, zbadania szczątków, uzyskania informacji od świadków i zaproponowania zakresu przesłuchania, posiadania pełnego i niezwłocznego dostępu do istotnych dowodów, uzyskania kopii wszystkich stosownych dokumentów, udziału w odczytywaniu zarejestrowanych materiałów, udziału w czynnościach badawczych poza miejscem wypadku, takich jak badanie części, prezentacje techniczne, testy i symulacje, udziału w spotkaniach związanych z postępami badania, łącznie z dyskusjami odnoszącymi się do analizy, ustaleń, przyczyn i zaleceń dotyczących bezpieczeństwa i składania wniosków dotyczących różnych elementów badania. Mieliśmy też prawo do zapoznania się z projektem raportu końcowego przygotowanego przez MAK i zgłoszenie do niego uwag. Tych wszystkich wymienionych praw nie miała strona rosyjska w prowadzonym przez nas badaniu, gdyż polskie przepisy wojskowe, w oparciu o które pracowała Komisja Millera, tego nie przewidywały.

B.W.: Pamięta Pan sprawę sfałszowanego zdjęcia tupolewa, a dokładnie lewego skrzydła jakim posługiwał się Pan Binienda? O co w tym dokładnie chodziło? Zespół pracujący przy kancelarii premiera miał to wtedy zgłosić do prokuratury. Był jakiś finał tej sprawy?

– Chodzi o materiał, zamieszczony w prezentacjach prof. Wiesława Biniendy, pokazujący lewe skrzydło samolotu, które nie ma zniszczonej krawędzi natarcia, a jedynie rozszarpany środek powierzchni skrzydła. Jego zdaniem to dowód, który miał potwierdzać hipotezę o wybuchu. Rzeczywiste zdjęcia z rekonstrukcji urwanego skrzydła wyglądały jednak inaczej. Wyraźna różnica na zdjęciach wykorzystywanych przez prof. Biniendę wynika z manipulacji w ułożeniu fragmentów zniszczonego skrzydła oraz twórczego potraktowania zdjęć. Jak się później okazało, autorem przerobionych zdjęć był rosyjski bloger, który przerobił w programie graficznym przednią i tylną część skrzydła w miejscu jego przecięcia po zderzeniu z brzozą tak, aby wyglądały na nieuszkodzone. Jako zespół zapowiadaliśmy wtedy złożenie zawiadomienia do prokuratury o ustalenie autora tego fałszerstwa. Jednakże szybko udało się go odkryć, a osoba ta na swoim blogu nawet przyznała się do tego, że celowo tak zmodyfikowała zdjęcie, żeby pokazać, jak mogłoby wyglądać skrzydło, gdyby nie doszło do zderzenia z brzozą tylko wybuchu. W takiej sytuacji składanie zawiadomienia było bezprzedmiotowe. Jednakże pokazało, że grupa tzw. ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym posła Antoniego Macierewicza nie cofnie się przed niczym, aby tylko spróbować uwiarygodnić swoje teorie. Nie wierzę, że nie mieli świadomości, iż wykorzystane przez nich zdjęcie to manipulacja.

B.W.:  Czy było więcej przypadków powoływania się przez ludzi Macierewicza na fałszywe i zmanipulowane dokumenty? Jeden z ekspertów dzisiejszego szefa MON powoływał się na dokument który nie istniał, to był słynny blef Rońdy.

– Do słynnego blefu profesora Rońdy doszło podczas dyskusji między prof. Pawłem Artymowiczem a prof. Jackiem Rońdą w studio telewizyjnym po projekcji filmu National Geographic „Śmierć Prezydenta”. W pewnym momencie prof. Rońda pokazując jakąś kartkę powiedział, że jest w posiadaniu dokumentu, z którego wynika, że samolot nigdy nie zszedł poniżej 100 m. Nie chciał powiedzieć co to za dokument ani skąd go dostał (później chyba wskazał na min. Macierewicza). Kilka dni później, w telewizji Trwam przyznał jednak, że samolot zszedł poniżej 100 m, a jego wcześniejsza wypowiedź w dyskusji była blefem. Wielokrotnie zarzucano nam, że nie chcemy skonfrontować naszego badania z tezami ludzi z zespołu Macierewicza. Dyskusja jest możliwa i ma sens, gdy obie strony grają fair, mają ten sam poziom wiedzy czy doświadczenia. W tym przypadku, działania tzw. ekspertów smoleńskich wykazały, że nie są oni partnerami do takich rozmów.

B.W.: Czy dopuszcza Pan taką myśl, że rosyjskie trolle celowo umieszczały fałszywe zdjęcia lub dokumenty, które pocztą pantoflową trafiały do Macierewicza i były potem wykorzystywane?

– Jest to wielce prawdopodobne. Było więcej takich przypadków, kiedy poseł Antoni Macierewicz powoływał się na pozyskane w niejasnych okolicznościach materiały od Rosjan. Wszystkie miały jedną cechę wspólną – nie zgadzały się z zebranym czy przez komisję Millera czy też przez prokuraturę materiałem dowodowym. Wiadomym jest, że sprawa katastrofy smoleńskiej dzieli Polaków. Nikomu tak, jak Rosji nie zależy na tym, aby ten podział wzmacniać, a jednocześnie ośmieszać nasz kraj na arenie międzynarodowej. Dlaczego ośmieszać? Bo przyczyny katastrofy są znane i zrozumiałe dla całego profesjonalnego środowiska badaczy wypadków lotniczych na świecie. Zapoznali się z faktami, raportem i podczas wielu dyskusji czy konferencji dali temu dowód. Wspieranie przez państwo teorii niepopartych faktami, a często sprzecznych z elementarną logiką musi budzić wśród nich zdziwienie, jeżeli nie politowanie.

B.W.: Wróćmy zatem do teraźniejszości. Od kilku dni pojawia się coraz więcej informacji od dziennikarzy mówiących o tym, że podkomisja nie chce – w ramach dostępu do informacji publicznej – ujawnić komu i za co zapłaciła. Wydano w pierwszym roku astronomiczną kwotę 1.4 ml zł. Czemu podkomisja robi z tego taki wielki problem? Obawiają się czegoś?

– Nie widzę podstaw do nieudzielania tych informacji. Co innego jeżeli chodzi o wyniki tych prac. Badanie każdego wypadku według procedur wojskowych prowadzone jest w trybie niejawnym i to przewodniczący komisji decyduje o upublicznianiu wyników. Przez wiele lat zarzucano nam, że przez brak informowania społeczeństwa o wynikach prac komisji Millera dopuściliśmy do rozwoju mitów smoleńskich. Ponieważ przyczyny wypadku jak również fakty i większość dowodów są znane, uważam, że w tak ważnej dla Polaków sprawie niezbędna jest transparentność działań podkomisji. Obawiam się jednak, że jej milczenie podyktowane jest przede wszystkim tym, że nie mają się czym pochwalić.

B.W.: Jakie są do tej pory osiągnięcia podkomisji, co było obiecywane i co z tego zrealizowano? Wali się gmach kłamstwa smoleńskiego, jak to minister Macierewicz określił pod koniec zeszłego roku?

– Póki co, podkomisja nie ma żadnych osiągnięć. Minął ponad rok od szumnie ogłoszonego przez ministra Macierewicza wznowienia badania wypadku i powołania podkomisji. Do dzisiaj podkomisja nie przedstawiła żadnych konkretów, nie pojechała do Smoleńska, aby przeprowadzić badanie wraku, nie pojechała do Moskwy, żeby wykonać własną kopię zapisów rejestratorów. Pracuje w oparciu o zgromadzony przez komisję Millera i prokuraturę materiał. I jak widać, w porównaniu do odważnych tez o zamachu, wybuchu, przecinania brzozy jak nożem bez uszkodzenia skrzydła, zestrzelenia, usterki technicznej czy obezwładnienia samolotu, dzisiejsza narracja dr. Berczyńskiego jest zdecydowanie zachowawcza: badamy, nie przesądzamy o przyczynach, nie faworyzujemy żadnej z hipotez itd. Co się zmieniło w ciągu ostatniego roku? Podkomisja ma dostęp do dowodów. I nawet brak wiedzy i doświadczenia, a przypomnijmy, że żaden z jej członków nigdy nie badał wypadku lotniczego, a większość nie spełnia wymogów prawa lotniczego, aby móc zasiadać w takim gremium, nie pozwoliła na wyciąganie w oparciu o ten materiał alternatywnych wniosków.

B.W.: Raport Millera został usunięty ze stron rządowych i jedynym dostępnym dokumentem dla dziennikarzy ze świata jest raport MAK-u przygotowany na zlecenie Federacji Rosyjskiej. Teraz jak ktoś na świecie pisząc artykuł o katastrofie smoleńskiej, będzie się chciał posłużyć opisem lub wnioskami z wypadku, trafi na opis znacznie różniący się od faktów ustalonych przez komisję Millera. To miała być zemsta, ale okazuje się, że to może zadziałać kontrproduktywnie. To nie jest strzał w stopę?

– Polski raport jest znacznie obszerniejszy od raportu MAK i uwzględnia wszystkie okoliczności, które doprowadziły do wypadku – w tym niedociągnięcia po stronie rosyjskiej. To my wskazaliśmy na błędy w działaniu rosyjskich kontrolerów i niewłaściwe przygotowanie lotniska w Smoleńsku. Raport przetłumaczono na język rosyjski i angielski, jest bardzo dobrze oceniany w środowisku profesjonalistów związanych z bezpieczeństwem lotniczym. Był również podstawą do poprawy bezpieczeństwa w polskim lotnictwie wojskowym. Do raportu świetnym uzupełnieniem były informacje na stronie faktysmolensk.gov.pl (dzisiaj można je znaleźć dzięki internautom na faktysmolensk.niezniknelo.com). Niestety, krótkowzroczność rządzących doprowadziła do tego, że dzisiaj łatwiej znaleźć raport MAK niż komisji Millera, a raportu podkomisji dr. Berczyńskiego przy takim tempie prac nie zobaczymy pewnie jeszcze przez kilka lat, choć może to i lepiej.

B.W.: Czy po odwołaniu Pana z funkcji szefa PKBWL ktoś ze strony rządowej lub podległych im służb kontaktował się z Panem? Zapytam wprost. Czy były przypadki gróźb, próby zmuszenia do zaprzestania opisywania oraz wypowiadania się o katastrofie smoleńskiej? Czy były naciski?

– Nie było takich prób albo ja o nich nic nie wiem. Wielu moich kolegów pracujących dzisiaj w administracji czy w spółkach z udziałem skarbu państwa ma zakaz wypowiedzi dla mediów – oczywiście pracodawca ma takie prawo, aby tego wymagać. Jednak mam żal do kolegów z wojskowej części komisji Millera, dzisiaj już chyba wszyscy są emerytami, że nie zabierają głosu w sprawie katastrofy. Rozumiem, że wygodniej jest siedzieć w wygodnym fotelu i udawać, że to ich nie dotyczy, ale niestety wpasowuje się to w nurt coraz powszechniejszego dzisiaj koniunkturalizmu.

B.W.: Na koniec proponuję zagrać w ruletkę. Może być rosyjska. Co w tym roku na kolejną rocznice katastrofy może być wielkim przełomem?

– Nie oczekuję żadnych przełomów, tak jak nie było ich w ciągu ostatnich 6 lat. Czekam natomiast na chwilę, kiedy pan prezes Jarosław Kaczyński czy minister Antoni Macierewicz powiedzą, „przepraszamy, to był wypadek. Zróbmy wszystko, aby nigdy się nie powtórzył”.

Maciej Lasek – polski inżynier specjalizujący się w mechanice lotu, doktor nauk technicznych, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (2012-2016).

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: