Hairwald

W ciętej ranie obecności

Kościół wspomaga PiS

Duchowny Stanisław Walczak o hierarchach Kościoła legitymizujących kłamstwa polityków PiS.

W październiku 2016 r. odbył się pierwszy „czarny protest”, w którym kobiety wyraziły swój sprzeciw wobec zaostrzenia ustawy aborcyjnej. W Poznaniu część uczestników przeszła pod biuro poselskie PiS, gdzie kilka zamaskowanych osób rzuciła race w stronę policjantów. Doszło do przepychanek, a funkcjonariusze wykazali się wielką nadgorliwością, okładając na chybił trafił obecnych w tym miejscu protestujących.

Prokuratura postawiła zarzuty nie tylko tym trzem osobom, ale i kolejnym, które brały udział w manifestacji, ale nie zostały ani zatrzymane, ani nawet wylegitymowane. Ciekawe, jakimi kryteriami kierowała się policja, wskazując właśnie na tych kilku uczestników? W jaki sposób wyłuskali z ponad półtoratysięcznego tłumu „winnych nadmiernej agresji” wobec funkcjonariuszy?

W akcie oskarżenia znajduje się tylko lakoniczna informacja, że „brały udział w zbiegowisku”, ale dziennikarzom Gazety Wyborczej udało się dowiedzieć coś więcej. Okazuje się, że dwie z tych osób same zgłosiły się na policję, by złożyć doniesienie na agresywne zachowanie funkcjonariuszy prawa, a trzecia miała być świadkiem, potwierdzającym wniesione zarzuty. Oczywiście prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, a po interwencji sądu i tak sprawę umorzyła. Uznała bowiem, że policja działała legalnie i w pełni słusznie. Natomiast ci, którzy odważyli się złożyć skargę, zostali oskarżeni o napaść na policjantów. Zarzuca się im udział w nielegalnym zgromadzeniu, którego członkowie „wspólnymi siłami dopuszczali się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy policji wykonujących obowiązki służbowe”.

Oskarżeni nie przyznają się do winy, a Agnieszka Rybak–Starczak, adwokatka zatrzymanych, jest przekonana, że „Policjanci bez powodu zaczęli okładać pałkami osoby spokojnie demonstrujące na ul. Święty Marcin. Świece dymne były rzucane wcześniej przez niezidentyfikowane osoby z tłumu, ale moi klienci nie mieli z tym nic wspólnego (…) Policja zareagowała gwałtownie. Moim zdaniem dlatego, że wszystko działo się obok siedziby PiS. Zresztą w aktach sprawy znalazłam potem podziękowania za interwencję od posła PiS Tadeusza Dziuby”.

Prokurator Katarzyna Guźniczak, autorka aktu oskarżenia, niewiele ma do powiedzenia. Choć twierdzi, że akt oskarżenia powstał w oparciu o solidny materiał dowodowy, to jednak nie podaje żadnych szczegółów. Nie potrafi też powiedzieć, dlaczego tym właśnie tym trzem osobom postawiono zarzuty.

Małgorzata, uczestniczka protestu, oskarżona za wybicie kciuka jednemu z interweniujących policjantów zastanawia się, w jaki sposób można się bronić, gdy „osoby składające zawiadomienia same zostały oskarżone. Doszło do absurdalnej sytuacji, bo istnieje ryzyko, że osoby, które chcielibyśmy powołać w sądzie na świadków, też będą stawiane potem w stan oskarżenia”.

Pierwsza rozprawa w tej sprawie odbędzie się dzisiaj, na Starym Mieście.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o lekcji polsko-polskiej.

Lekcja godności 

Kiedy na poprzednich zajęciach („Patrioci z certyfikatem PiS”) zajmowaliśmy się wyjaśnianiem praktycznego znaczenia pojęcia PATRIOTYZM, doszliśmy do zaskakujących wniosków. Okazało się, że wbrew aktualnie obowiązującej doktrynie, polski patriota wcale nie musi być członkiem partii sprawującej kierownicza rolę, nie musi nawet wspierać grupy oburącz trzymającej władzę! Po wnikliwej analizie dostępnych definicji udało się obalić tezę, że patriotyzm polega na głoszeniu bogoojczyźnianych frazesów przez samozwańczych Prawdziwych Patriotów.  W sumie wyszło nam, że patriotyzm, to z grubsza biorąc działanie korzystne dla ojczyzny, wynikające z przyjaznego i ciepłego uczucia obywatela do swojego kraju. Polski patriota po prostu kocha Polskę, a jeśli tak, to i Polaków stara się lubić.  Wie, że tych, których lubi, nie powinien oszukiwać, ani dzielić ich na sorty, na podkategorie czy nienawistne plemiona. Poza tym patriota w miarę możliwości nie demoluje swojej ojczyzny, nie psuje jej mechanizmów, nie kompromituje kraju, nie naraża go na zagrożenia, nie szuka Polsce wrogów i nie zraża do niej przyjaciół.

Dzięki tym ustaleniom każdy może teraz sprawdzić czy sam spełnia wymogi patrioty oraz ocenić kto ich nie spełnia – zatem kwestię uznać już można za zamkniętą.  A teraz proszę otworzyć zeszyt lub umysł, kto tam co ma, i zanotować temat dzisiejszego spotkania: GODNOŚĆ I JEJ OKOLICE

Słowo „godność” zrobiło ostatnio niebywałą karierę, jednak coraz częściej staje się źródłem nieporozumień. Słowniki zgodnie opisują GODNOŚĆ jako «poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie» oraz «zaszczytne stanowisko, tytuł, zaszczytna funkcja».  Pomijam trzecie znaczenie: «w zwrotach grzecznościowych godność oznacza nazwisko», bo w Polsce żywa jest tradycja radosnego nabijania się z nazwisk, wyglądu i niepełnosprawności.

Godność człowieka wyraża się więc w dążeniu, by zarówno on sam, jak i wszyscy inni, mieli poczucie jego wartości i okazywali mu szacunek. Cóż jednak, gdy komuś brak walorów duchowych, moralnych czy też zasług społecznych? Przyzwoity człowiek w takim wypadku odwołuje się do preambuły i art. 30 Konstytucji, gdzie mowa jest o przyrodzonej godności człowieka , a równocześnie stara się jakoś zasłużyć krajowi, czym potrafi. Nieprzyzwoity człowiek natomiast kontestuje Konstytucję (która o dziwo – nie wyłącza kobiet z prawa do przyrodzonej godności) i twierdzi, że na świecie istnieje ograniczony zasób godności, którą można zdobyć tylko odbierając ją innym.

W polskiej praktyce GODNOŚĆ ma wiele imion. Wspomniana już Osobista przynależy tylko tym, którzy wyzbywają się pokusy samodzielnego myślenia. Wraz z nominacją na Osoby Godne nabywają automatycznie uprawnienie do odbierania godności innym ludziom. I tak jedni Polacy stają się godni zaszczytów, a inni godni pożałowania, krytyki lub w ogóle niegodni.  Ponieważ godność osób uznanych za Godne nie jest poparta żadnymi dowodami, ludzie ci lgną do podobnych sobie i gromadzą się w lokalnych grupach, tworząc nie zdefiniowaną jeszcze w słownikach Godność Grupową.  Jej cechą wyróżniającą jest przekonanie o należnym grupie szacunku, który wynika z samego faktu przynależności do wybranych beneficjentów nowego ustroju –. księży, członków PiS, usłużnych dziennikarzy itp. Każda taka grupa tworzy własny mit władzy. Ksiądz na przykład rządzi duszami swych owieczek bez względu na to, czy jest mądrym pasterzem, czy prymitywnym pastuchem, który nie dostrzega, że jego niedbałe „Bóg zapłać” za przekazywane mu kolejne dobra, brzmi coraz częściej jak „Bóg zapłacz”.

Godność Grupowa przejawia się żądaniem szacunku za cokolwiek, co zdaniem grupy na szacunek zasługuje. Rządzącym należy się więc szacunek wynikający z samego faktu sprawowania przez nich rządów, ponieważ nie sfałszowali wyborów. PiS domaga się szacunku, bo nie kradnie, w odróżnieniu.  Politrukom należy się podziw za utrzymanie niezmiennych słupków poparcia dla PiS mimo coraz bardziej idiotycznych pomysłów władzy. Cynglom Kaczyńskiego dziękuję za to, że moja ulubiona drużyna Lech Poznań nie zmieniła jeszcze nazwy na Jarosław Poznań.

Inną, jakże polską odmianą godności, jest Godność Narodowa.  Autorzy tego pojęcia za nic mają opinię prof. Adama Strzembosza, że naród to bardziej stan psychiczny niż fakt prawny. Dla teoretyków obecnego ustroju Naród, podobnie jak Suweren, jest paramilitarnym fanklubem zdziecinniałego piromana. W rękach nieodpowiedzialnego za nic prezesa Godność Narodowa stała się bronią masowej zagłady demokratycznych reguł funkcjonowania cywilizowanych społeczeństw i wolnościowych idei. W imię tej specyficznej godności funkcjonariusze podłej zmiany gotowi są rozwalać sojusze, atakować przyjaciół i lżyć sąsiadów, równocześnie żądając szacunku od  tych, których obrażają. Utożsamiając Unię z okupantem przemocą domagają się od Europy uznania polskiej godności.   Nie zauważają, że budząc nienawistne upiory starają się budować własną godność kosztem swojego człowieczeństwa.

Coraz częściej Godność staje sie przymiotnikiem, określającym m.in. historię lub politykę. Polityki zwyczajnej już nie ma. Jest albo godnościowa, albo służalcza. Dla partii sprawującej kierowniczą rolę godność jest właściwością panujących i czymś w rodzaju legitymacji uprawniającej do zaszczytów, pieniędzy oraz wyboru dowolnych metod rządzenia.  Przedstawiciel totalnej władzy wyjaśniłby to tak: – Polacy bywają rozmaici. Weźmy przykładowo takiego mnie. Jestem tu, gdzie jestem, bom godny stanowiska, dobrej pensji, dodatków, służbowej karty kredytowej i premii, które mi się zwyczajnie należą. Wyjaśniła to już pani premier w sejmie.  Natomiast ten, co był przedtem na moim miejscu jest oczywiście niegodny i dlatego w demokratycznych wyborach suweren oderwał go od koryta. W ostatniej chwili, bo tamci o mało co całą Polskę by rozkradli. My obiecaliśmy nie kraść i dotrzymujemy słowa. Nie kradniemy, bo i po co, skoro wszystko jest teraz nasze i zawsze możemy sobie wziąć co nam potrzebne…

***

Codziennie przybywa faktów i zdarzeń – wykwitów polskiej polityki godnościowej. Dla mnie symbolem tej choroby jest pomnik na skraju lasu, poświęcony pamięci okolicznych powstańców wielkopolskich, zamordowanych przez hitlerowców. Do niedawna był tradycyjnym obeliskiem z klasyczną tablicą pamiątkową. Dzisiaj pomnik ma kształt piramidy z tandetnych kostek brukowych na postumencie z wmurowanymi uchwytami na dwie flagi. Jedna flaga przybrudziła się i spłowiała, a drugą od razu ukradli.

Dla crowdmedia.pl Cezary Michalski rozmawia z Januszem Lewandowskim.

W Polsce na temat Unii Europejskiej i pozycji naszego kraju w UE mamy dziś dwie kompletnie sprzeczne diagnozy. Pierwsza, powtarzana przez PO, proeuropejskich ekspertów, krytyków polityki PiS-u: „Unia nam ucieka, integracja w strefie euro wypchnie nas ponownie na peryferie Zachodu, w chaos i w ramiona Putina”. Na co antyunijna prawica, nie tylko PiS-owska, odpowiada: „nic nam nie ucieknie, bo Unia się rozpada, Zachód się rozpada, w tym chaosie możemy budować albo przynajmniej udawać suwerenną potęgę, jak Rosja Putina”. Która z tych diagnoz jest prawdziwa?

Mamy za sobą fatalne lata 2015-2016, kiedy dominowały tendencje odśrodkowe, a populizm, głównie prawicowy, dyktował zbiorowe emocje w Unii. Jeszcze nie zagoiły się rany po kryzysie gospodarczym, gdy Europę zalała fala uchodźców, a islamski terroryzm zaatakował Paryż, Brukselę, Niceę i Berlin. Skojarzenie terroryzmu z migracją, a migracji z Europą bez granic było śmiertelnie groźne nie tylko dla UE, ale dla całego liberalnego Zachodu. To był czas Brexitu i zwycięstwa Trumpa. Natomiast już rok 2017 przyniósł otrzeźwienie. Szok Brexitu stał się dla kontynentalnej Europy terapią szokową. Wzrosło zaufanie do wspólnotowych instytucji, czego potwierdzeniem był cykl wyborczy w Holandii, Francji, nawet Austrii. Także w Niemczech mamy ostatecznie proeuropejski rząd. Chorują Włochy, ale Unia jako całość ma się lepiej.

W Austrii do koalicji rządzącej weszła skrajna prawica.

Ale dominujący w tej koalicji konserwatyści są proeuropejscy, a odpowiedzialność za kraj stępiła antyunijny język ich prawicowego koalicjanta. W następstwie Brexitu zaczęło do ludzi docierać coś, co nie jest wcale łatwe do wytłumaczenia, gdy wspólną Europę widzi się jako rzecz oczywistą, zastaną, daną raz na zawsze. Zrozumienie wartości zachodnich instytucji jako zapewniających nam wszystkim na co dzień pokój, wolności obywatelskie, swobodę podróżowania i pozyskiwania pracy, dobrobyt – trochę na zasadzie Mickiewiczowskiego „zdrowia”, które zaczynamy doceniać dopiero wtedy, gdy się je traci. W dzień po referendum Anglicy obudzili się z kacem, a młodzież brytyjska uniemożliwiała prowadzenie lekcji skandując: „my chcemy być w Unii Europejskiej”.

Anglii to już nie pomogło, a na kontynencie ta energia uratowała Holandię i Francję, ale już nie Włochy.

Kryzys we Włoszech jest kryzysem domowym, chociaż doprawionym przez migrantów z Afryki, którym najbliżej do Lampeduzy czy Sycylii. Nie wynika z błędów popełnionych przez Unię, ale z niskiej jakości włoskiej polityki wewnętrznej. Bruksela, lokując nadzieję w premierze Renzim, robiła dla Włochów ustępstwa, rozmiękczając rygory finansowe, ale to nie pomogło. Tamtejsza klasa polityczna całkowicie zawiodła zaufanie obywateli – oddając pole populistom.

Na ile może to zablokować integracyjne projekty Macrona? Czy kryzys polityczny we Włoszech, w połączeniu z koniecznością negocjowania warunków Brexitu, nie wyczerpie politycznej energii Paryża, Berlina, Brukseli?

Macronowi jesteśmy wdzięczni, bo zatrzymał anty-europejski Front Narodowy i wiemy jak trudna jest misja reformowania Francji. Dlatego ze zrozumieniem przyjmujemy jego górnolotne projekty wielkiej reformy strefy euro, tożsamej z wizją „Europą dwóch prędkości”. Europejska „ucieczka do przodu” Macrona, która mu się opłaciła w wyborach francuskich, była ożywczym dla całego kontynentu przypomnieniem wartości europejskiej integracji. Zarazem, szczególnie Polacy nie mogą przymykać oczu na protekcyjny wymiar jego wizji, osłaniany hasłem „dumpingu socjalnego”. Kiedyś pod tym hasłem wylansowano sztucznie problem „polskiego hydraulika”, teraz służy w kampanii przeciw pracownikom delegowanym i generalnie konkurencji z Europy Wschodniej. A ponieważ rząd PiS-u dostarcza dzisiaj alibi dla każdego uderzenia w polskie interesy w UE, oberwaliśmy na wielu frontach, istotnych dla polskiej ofensywy na wspólnym rynku.

Jeśli Włochy przekreśliły nadmierny optymizm w integrowaniu strefy euro, to jaki Unii pozostał scenariusz, poza obroną status quo i łagodzeniem bieżących kryzysów?

W strefie euro nie będzie rewolucji, ale to nie znaczy, że pozostanie bez zmian. Ostrożne reformy wymusi konieczność ubezpieczenia wspólnej waluty na wypadek złej pogody w światowej gospodarce. Lepiej to robić dziś, w czasach koniunktury, niż czekać na kolejny kryzys. Zatem będzie pogłębiana unia bankowa, być może z wspólnymi gwarancjami depozytów. Europejski Mechanizm Stabilizacji (ESM) przekształci się zapewne w pełnokrwisty Europejski Fundusz Walutowy. Przez co ta właściwa UE, wokół strefy euro, będzie nam odjeżdżała.

Czy Polska – tak jak zapewniają Kaczyński i Morawiecki – może zablokować proces tworzenia się „Unii dwóch prędkości”, na przykład znajdując jakichś sojuszników przeciwko Paryżowi, Berlinowi i ostatecznie Brukseli?

Nasza strategia „trzymania nogi w drzwiach”, by mieć wpływ na strefę euro, to już przeszłość. Na ostatnim szczycie Unii Polska po raz pierwszy straciła miejsce przy euro-stole, gdyż premier Morawiecki zechciał opuścić Brukselę, gdy sprawa się rozstrzygała. Nasza zdolność koalicyjna to też przeszłość. W czasie, kiedy byłem komisarzem odpowiedzialnym za tworzenie obecnej perspektywy budżetowej, Polska spinała koalicję Wschodu i Południa, nazywaną „friends of cohesion”, a także różne inne sojusze. Ale to nie były koalicje „przeciwko Brukseli”. Strategiczne interesy Polski – budżetowe, energetyczne, w polityce wschodniej – realizowaliśmy pod sztandarem Unii. Czyli była to sztuka budowania koalicji dośrodkowych, wykorzystujących siłę całej Wspólnoty. Dziś wszyscy wiedzą, że z Polską PiS łatwiej coś stracić, niż wygrać.

Dlaczego, przecież Włosi czy Grecy mogliby w Kaczyńskim szukać sojusznika do wyciskania dodatkowych pieniędzy od Niemiec?

Polskę od krajów Południa Europy całkowicie odcięło nieprzejednane stanowisko rządu PiS w sprawie uchodźców. Włochów, Greków, Hiszpanów szlag trafia, gdy słyszą polskie roszczenia budżetowe. Oczekują solidarności, a słyszą rządowe kłamstwa o setkach tysięcy uchodźców z Ukrainy. Orban zdołał się z tego wywikłać robiąc symboliczne humanitarne gesty, podobnie Czesi. Polski rząd nawet do takiego symbolicznego minimum nie jest zdolny.

Kiedy Grzegorz Schetyna wraz z panem zaproponował w Brukseli podobne humanitarne minimum, jakie później wprowadził Orban – przyjęcie 80 matek z dziećmi z Aleppo, z obozów we Włoszech i Grecji, sprawdzonych już przez europejskie służby – PiS zaatakowało was za „próbę islamizacji Polski”.

Zatem z krajami Południa rząd PiS ma dziś „na pieńku”. Grupa wyszehradzka od święta pozoruje jedność, ale w istocie jest wewnętrznie skłócona i osłabiona. Każdy gra osobno. Rząd PiS tak bardzo skonfliktował się z Brukselą, że inne kraje nie chcą być z tym kojarzone. W dodatku Węgry ostentacyjnie łamią europejską solidarność układając się z Rosją Putina.

Jest pan jednym z czterech sprawozdawców Parlamentu Europejskiego uczestniczących bezpośrednio w pracach nad nowym budżetem Unii. Jak ta polityka rządu PiS wpływa na waszą zdolność obrony finansowych interesów Polski?

To, że wśród czterech sprawozdawców PE w sprawie przyszłego budżetu UE jest dwóch Polaków – Jan Olbrycht i ja – to jest świadectwo naszej skuteczności. Z drugiej strony mamy Czarneckiego i Korwin-Mikkego na krótkiej liście euro-parlamentarnego obciachu. Z jednej strony twarze „dobrej zmiany”, z drugiej, jak to nazywam, reduty dawnego wpływu.

Pozostałości po czasach, kiedy Polska stabilizowała politycznie cały wschodni region UE i budowała dzięki temu pozycję w instytucjach unijnych?

Delegacja PO-PSL w europarlamencie nadal stanowi drugą siłę, po Niemcach, w największej frakcji, chadecko-konserwatywnej. Z naszej frakcji wywodzi się z szef parlamentu – Tajani, szef Komisji Europejskiej – Juncker i szef Rady – Tusk. Najpierw zadbaliśmy z Olbrychtem, by stanowisko budżetowe naszej rodziny politycznej było korzystne dla Polski. Żeby uwzględniało nowe potrzeby, zrozumiałe dla Europejczyków, kontrolę migracji, szczelność zewnętrznych granic, walka z terroryzmem, ale nie kosztem polityki spójności i dopłat rolnych. Potem nadaliśmy idącą w tym kierunku treść rezolucjom całego Parlamentu Europejskiego, przegłosowanym w marcu 2018. Robimy więc wszystko, żeby Polska nie płaciła ceny za politykę Kaczyńskiego, albo żeby ta cena była jak najniższa. Koniunktura w Europie jest dzisiaj dobra, przez co klimat wokół tworzenia budżetu UE jest lepszy, niż w okresie głębokiego kryzysu i zaciskania pasa, kiedy projektowałem budżet 2014-20. Dziś są sygnały z Berlina i Paryża – a to są główni płatnicy netto – że składka do budżetu UE może wzrosnąć. Nie ma premiera Camerona, którego PiS uważał za swojego najlepszego sojusznika, a który cały czas domagał się drastycznych cięć europejskich wydatków.

Miało mu to pomóc wygrać referendum w sprawie Brexitu.

Chciał przekonać Brytyjczyków do pozostania w Unii pokazując Wspólnotę jako instytucję rozrzutną i niewydolną, którą tylko on zdoła zdyscyplinować. Samobójcza strategia! Wiemy jak to się skończyło dla samego Camerona i dla Wielkiej Brytanii. Dziś, bez Camerona, jest zdecydowanie łatwiej bronić dużego budżetu UE.

Tylko że polityka imigracyjna, bezpieczeństwo, w tym także wspólna polityka obronna, na co będą dodatkowe pieniądze w nowym budżecie UE – to akurat obszary, z których rząd PiS Polskę skutecznie wycofał. Macierewicz zniszczył naszą współpracę z europejskimi partnerami w obszarze polityki obronnej. Naszą polityką imigracyjną rządzi Chruszczowowskie „niet!” powtarzane przez Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by Polska nie płaciła za grzechy Kaczyńskiego, Szydło i Morawieckiego. Mniej groźna, niż się to wydawało, okazała się perspektywa oddzielnego budżetu dla strefy euro, czyli dwóch unijnych budżetów, a nawet dwóch parlamentów. Tego nie będzie. Wspólny budżet ma zawierać specjalną linię adresowaną do krajów strefy euro, ale szacowaną dziś na 25 miliardów euro. To nie jest rozmiar, który uszkodzi całą konstrukcję budżetu dla 27 państw.

Zatem Polska zyskała trochę czasu, żeby nie musieć później po raz drugi „wchodzić do Unii” – tym razem zdefiniowanej jako strefa euro. Czy jednak Kaczyński i Morawiecki nie dojdą do wniosku, że w kraju mogą już sobie pozwolić na wszystko, bo „Unia i tak da nam kasę”?

Trwają prace, bardzo zaawansowane, jeśli chodzi o powiązanie funduszy europejskich ze stanem praworządności w krajach członkowskich. Południe chciałoby wiązać wypłaty z solidarnością w kwestii uchodźców. W obu wypadkach dzieje się tak za sprawą Polski. Klimat wokół Polski jest fatalny i jest odwrotnością szacunku i zaufania, jakim cieszyliśmy się do roku 2015. Efekty ujawnią się 2 maja, kiedy Komisja Europejska przedstawi propozycję budżetu po roku 2020. Ludzie pracujący w instytucjach unijnych wiedzą jednak, że za grzechy na górze zapłacą ludzie na dole. Zakładnikami polityki Kaczyńskiego są Polacy, którzy w większości na PiS nie głosowali. Stąd zresztą bierze się także nasz dylemat – jak mają głosować europosłowie Platformy w kwestiach zawinionych przez Kaczyńskiego, ale gdzie ofiarą sankcji może paść Polska, czyli wszyscy Polacy.

Można by zrozumieć każdą waszą decyzję – głosowanie za, wstrzymanie się od głosu, nieuczestniczenie w głosowaniu. Kłopot pojawia się wówczas, kiedy jedni wasi europosłowie głosują tak, drudzy inaczej. To osłabia wizerunek przywództwa Platformy, jako największej partii opozycyjnej, która musi się przeciwstawić Kaczyńskiemu w kraju.

Żadna delegacja narodowa nie stanęła wcześniej wobec tak dramatycznego wyboru. Jesteśmy pierwsi, bo Polska PiS to jest poligon doświadczalny, na którym UE wypróbuje art, 7. Stąd próba przeniesienia reguły obowiązującej w Radzie Europejskiej, gdzie delegacja narodowa nie głosuje w kwestii, która dotyczy jej własnego państwa.

Zatem jak ktoś kopie w europejską konstrukcję – jak dzisiaj Kaczyński czy Orban – to kłopot mają jej obrońcy, a nie ci, którzy niszczą.

To jest problem, który prześladuje UE od czasu, gdy w Austrii objawił się nacjonalista Haider. Skoro jednak wspólnota demokratycznych narodów znalazła receptę na kryzys gospodarczy, znajdzie prędzej, czy później metodę radzenia sobie z eurosceptycznymi rządami w krajach, które wypełniły kryteria wstępu do europejskiego klubu, a potem łamią fundamentalne zasady, na których wspiera się Unia. Sankcje idące przez budżet nie dotkną rządu, który „sam się wyżywi”. Restrykcje, które precyzyjnie uderzają w sprawców zła, a nie w ich ofiary, znajdują się w repertuarze UE, ale dotyczą krajów trzecich – Rosji czy Białorusi. Wszystkie warunkowości budżetowe, o których rozmawiamy, nie szkodzą rządowi PiS, stąd dylematy opozycji. Można oczywiście utrudniać wykorzystanie funduszy w zatwierdzonej kopercie narodowej, ale w tej części, która zależy od marszałków województw (ponad 30 mld euro), wystarczającym utrudnieniem jest już atak CBA na urzędy marszałkowskie.

Ale to znowu uderza bezpośrednio w Polskę, a w Kaczyńskiego pośrednio, tylko jeśli Polacy zaczną go politycznie rozliczać.

Niestety, wyborcy PiS nie kojarzą głównego sprawcy zła z porażkami na arenie międzynarodowej. Pranie mózgów przez TVP robi swoje. Kaczyński, Szydło i Morawiecki przegrywają wszystko, co kiedyś wygrywała Polska – ważne funkcje w UE, pracownicy delegowani, ETS, potencjalnie budżet. Jeśli zdarza się sukces, choćby w postaci dyrektywy gazowej, przegłosowanej w komisji ITRE pod przewodnictwem Buzka, która utrudnia budowę Nord Stream II, to żadna w tym zasługa rządu. Nigdy od czasu wstąpienia do UE w roku 2004 nasz kraj nie miał tak słabej pozycji w rozgrywaniu naszych realnych interesów. My w PO odrzucamy zasadę „im gorzej, tym lepiej”. Walczymy o jak najwięcej pieniędzy dla Polski z kolejnego budżetu UE i stoimy na polskie bramce, gdy rząd strzela samobóje. Ale coraz więcej jest do zrobienia. Świadom problemu polskich i węgierskich NGO-sów, zgłosiłem projekt specjalnej linii budżetowej dla organizacji, które stoją na straży unijnych wartości – zarządzanej przez Komisję Europejską, bez pośrednictwa rządów. Teraz jest to oficjalne stanowisko Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że komisarz Oettinger uwzględni mój postulat w projekcie Wieloletnich Ram Finansowych 2021-27.

Żeby jedynym NGO-sem w Polsce nie było Radio Maryja – finansowane przez Narodowy Instytut Wolności obsadzony przez ludzi PiS?

Ksiądz Rydzyk zniechęcał Polaków do NATO i UE, ale chętnie sięga po fundusze unijne, a zasilanie rządowe traktuje jako naturalne zadośćuczynienie za polityczne wsparcie PiS. Instrument budżetowy UE jest o tyle istotny, że ubezpiecza społeczeństwo cywilne lepiej, niż wszelkie fundusze spoza UE, w tym fundusze Sorosa. Ani Orban, ani Kaczyński nie są w stanie zakazać finansowania polskich organizacji pozarządowych z budżetu Unii.

Ocalenie NGO-sów jest ważne, jednak państwo postrzega się głównie poprzez politykę jego rządu.

Dlatego ryzyko geopolityczne spowodowane przez politykę Kaczyńskiego będzie rosło. Ten poziom zaufania do Polski i do całej Europy Wschodniej, jaki był jeszcze w roku 2015, nie wróci. Kaczyński, Orban, a ostatnio kryzys na Słowacji – to wszystko sprawia, że w całej Europie Wschodniej trudno dziś znaleźć modelowo działającą demokrację. Może jedynym wyjątkiem jest tu Estonia. Wracamy przez to do sytuacji jeszcze z początku lat 90., kiedy Zachód miał olbrzymie wątpliwości, co do tego, czy w naszym regionie potrafimy zbudować stabilną demokrację.

Od tego zależała decyzja, czy zostawić nas w rosyjskiej strefie wpływów, czy pomóc nam się z niej wydostać – ryzykując konflikt z Rosją, angażując znaczne środki pomocowe, ale w zamian mając perspektywę politycznego ustabilizowania całej Europy.

Walczyliśmy z tymi uprzedzeniami Zachodu długo i skutecznie. Teraz ten dorobek III RP jest w ruinie. Morawiecki nosi lepsze garnitury i mówi po angielsku – co zresztą nieraz, tak jak w Monachium, rodzi kłopoty. Jednocześnie on i Kaczyński codziennie dostarczają argumentów tym wszystkim, którzy chcieliby Polskę i całą Europę Wschodnią wypchnąć ze zjednoczonej Europy. Słyszę od moich kolegów z Europy Zachodniej pytanie: „a może Polska prawdziwa to jest Polska Kaczyńskiego?”. Dlatego Platforma pokazuje inną Polskę – w Brukseli i w kraju. Dlatego proponujemy rozpoczęcie debaty o przyjęciu euro, dlatego szukamy humanitarnego rozwiązania problemu uchodźców, dlatego Platforma złożyła projekt nowelizacji ustawy o IPN, by wybrnąć z katastrofy wizerunkowej, którą spowodował PiS. Musimy uprawiać własną politykę zagraniczną, trochę tak, jak opozycja w latach 80. Żeby pokazać inną twarz Polski, jako kraju i społeczeństwa, które dobrze czuje się kręgu cywilizacji zachodniej.

Rozmawiał Cezary Michalski

Janusz Lewandowski – ekonomista, polityk. W latach 80. doradca podziemnej „Solidarności”. W 1988 współzałożyciel, a potem jeden z liderów Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Były minister przekształceń własnościowych odpowiedzialny za przygotowanie Programu Powszechnej Prywatyzacji. Działacz Unii Wolności, a od 2001 roku Platformy Obywatelskiej. Od 2004 roku poseł Parlamentu Europejskiego z PO. W latach 2010-2014 członek Komisji Europejskiej odpowiedzialny za tworzenie i realizację budżetu UE.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim.

Przynajmniej w jednej kwestii wyprzedziliśmy USA i demokracje zachodnie. Otóż Paweł Śpiewak na początku roku akademickiego był zapowiedzieć, iż na Uniwersytecie Warszawskim studenci mogą wziąć udział w fakultatywnych zajęciach, w seminarium „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”. Co prawda w zajęciach bierze udział tylko 10 studentów, ale od czegoś trzeba zacząć.

Dopiero teraz nauka Jankesów podąża za „dobrą zmianą”. Na amerykańskich uniwersytetach można posiąść wiedzę o władzy PiS, o której nauczają w ramach nowego przedmiotu „Erozja demokracji”. W Polsce myśl „geniusza z Nowogrodzkiej” rozpowszechnia tylko UW, a za Atlantykiem aż 16 uniwersytetów, w tym na sławny Yale. Lepszej rekomendacji umysłowi prezesa PiS nie trzeba.

Jeszcze Kaczyńskiemu nie będą na świecie wystawiane pomniki, a jego „Porozumienie przeciw monowładzy” nie dostąpi porównań z „Księciem” Macciavellego, a raczej z pijarowskimi sztuczkami Goebbelsa, ale kto by się tym przejmował, bo – powtarzając za Julianem Tuwimem – najważniejsze, aby nazwiska nie pomylili.

Acz nie naucza o prezesie, ale przestrzega przed nim, wybitny konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski (Uniwersytet w Sydney), który Kaczyńskiego zna, uważa, iż ten odkrył w sobie niezgłębione pokłady cynizmu i jest tym bardziej niebezpieczny dla życia w Polsce, niż gdyby był tępym fanatykiem.

Sadurski twierdzi, iż Kaczyński uruchomił demony, które nie będzie łatwo cofnąć. Raczej nie pomogą nam kraje Zachodu – ani USA, ani Unia Europejska – jeżeli sami sobie z tym nie poradzimy. Polacy muszą uporać się ze złem, które za sprawą Kaczyńskiego dotknęło politykę i sferę publiczną.

Kaczyński sam w sobie jest przysłowiowy ze swoimi najgorszymi sortami, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Nie trzeba więc na jego temat pisać żadnych oryginalnych teoretycznych prac, został zanalizowany choćby przez austriackiego noblistę Konrada Lorentza w dostępnych w języku polskim pozycjach „Regres człowieczeństwa” i „Tak zwane zło”. Zwłaszcza ta ostatnia publikacja mająca u nas kilka wydań opisuje źródła zła zarówna wśród zwierząt i ludzi. Kaczyński może być przykładem laboratoryjnym uruchomienia antyhumanitaryzmu, które u niego i członków PiS działa na zasadzie odruchu Pawłowa, w retoryce choćby otrzymujące miano w stosunku do przeciwników politycznych: „totalnej opozycji”, czy jeszcze bardziej widoczne w stosunku do uchodźców.

Sami sobie wyhodowaliśmy ten polip zła, który może zabić nasz kraj i odebrać w konsekwencji niepodległość.

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: