Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Kwiecień, 2018”

Pisowski przekręt i slapstick

Przekręt Piotra Glińskiego z kolekcją Czartoryskich wygląda na rozwojowy.

Sam wicepremier puścił farbę. Kto przytulił 5%?

https://video.wp.p

 

To strategia PiS wobec niepełnosprawnych.

Wobec protestu niepełnosprawnych władze PiS stosują uniwersalną wojenną strategię: brania zakładników i głodem. Nie jest to może tak prymitywne, jak podczas wojen średniowiecznych, ale symbolika ta jest łatwa do odczytania, zinterpretowania.

Jeden z najmniej elokwentnych polityków PiS – ani bee, ani mee – marszałek Sejmu Marek Kuchciński zabronił otwierania okien i wychodzenia na spacer protestującym. Podobnie postępowano z okrążonymi, jeżeli to była niewielka twierdza, podpalano, aby wykurzyć wrogów.

Podkomisja ds. osób niepełnosprawnych – obradowała dzisiaj – została przeniesiona do budynku G Sejmu, do którego niepełnosprawni nie mają dostępu. Po to jednak się zebrała, aby ogłosić przerwę w pracach nad projektem dla osób niepełnosprawnych do 17 maja!

To wszak działanie, aby „wziąć głodem”, by niepełnosprawni zostali zapomniani, bo możliwe, że prezes Kaczyński ze swoją nieodłaczną „damą do towarzystwa” Joachimem Brudzińskim uda się śladem Beaty Szydło na spływ flisaków na Dunajcu.

Szydło zaś została tak zmarginalizowana w rządzie PiS, iż zamiast niej, udział w pozorowanym dialogu z niepełnosprawnymi bierze minister Elżbieta Rafalska. Była premier – jak dzień wcześniej Andrzej Duda – zapowiedziała postawienie na posiedzeniu rządu sprawy 2-letniego Brytyjczyka Alfiego Evansa, aby mu pomóc. Ten malec w stanie wegetatywnej śpiączki (ma zniszczone 70 proc. mózgu) decyzją sądu brytyjskiego może być poddany eutanazji.

Internauci wypomnieli Szydło, gdzie ona była, „gdy umierały te dzieci, Anielka, Wojtuś, Ewelinka, bo nie było na leczenie, bo brakło wsparcia Państwa i pieniędzy?”. Apeli o pomoc dla umierających dzieci na Twitterze i Facebooku jest naprawdę sporo i – Polacy się zrzucają, zamiast rządu. Ale w wypadku Szydło i polityków PiS chodzi o zagłuszenie sumienia. Duda przynajmniej ofiarował pomoc modlitwą.

Czy Duda modli się o referendum konstytucyjne? Wątpię. Na jego konwencji konstytucyjnej na Stadionie Narodowym nie zjawił się żaden polityk PiS. Prezes Kaczyński pokazał prezydentowi, gdzie go ma i w jakim poważaniu – w tym samym czasie zaprezentował kandydatów PiS na prezydentów dużych miast.

Duda nawet zaproponował Mateuszowi Morawieckiemu nowy pijarowski program – zamiast „Piątka Morawieckiego” – „Szóstka Morawieckiego”. Chciałby dorzucić premierowi jako szósty temat: pomoc niepełnosprawnym. W wydaniu Dudy jest to akt desperacji, chwyta się wszystkiego, z niepełnosprawnych robiąc zakładników, bo prezes w ogóle go nie słucha.

Jak Duda będzie dalej się upierał z referendum konstytucyjnym, to Kaczyński może go postraszyć Trybunałem Stanu, jeszcze zanim to zrobi opozycja, bo ta musi odzyskać władzę.

Waldemar Mystkowski

Moje podniebienie dowcipu ukształtował Mrożek, Woody Allen, Czechow, Brecht. U wczesnego Barei dostrzegałem niedostatki w budżecie na film, a dzisiaj niewystarczająco śmieszy mnie „Ucho prezesa”, w którym dostrzegam niedostatki narracji. Wolę Roberta Górskiego jako kabareciarza, niż narratora. Tak jak wolę genialnego Chaplina z „Gorączki złota”, niż z epoki slapsticku, w której latał po ekranie i zasadzał kopy w zadki żandarmom.

Dzisiaj PiS znajduje się w epoce slapsticku, zasadza kopy we wszelkie zadki i otrzymujemy niedoinwestowanego Bareję, jak w obrazku rodzajowym z pierwszego posiedzenia Krajowej Rady Sądownictwa. Na Twitterze opisał je dziennikarz RMF FM Tomasz Skory po wybraniu przewodniczącego tego ciała. Podaję w zapisie scenopisarskim:

„Przewodniczący Mazur: Czy pan sędzia Mitera wyraża zgodę na kandydowanie?
Wiceprzewodniczący Johann: Chwileczkę. Jeszcze nie zgłosiłem kandydatury…
Wiceprzewodniczący Johann (po wyborze): Maćku, gabinet jest obszerny, ale przetrzyj ten fotel po Żurku…”.

Komentarz Skorego: – „Zaniemówiłem”. Slapstick, a w zasadzie wczesny Bareja. Pocieszające, iż polityka to jednak nie gatunek narracyjny, literacki, nie może ewoluować do epoki udźwiękowionej, panoramicznej. PiS zatrzymał się w slapsticku, w epoce kamienia łupanego i wali nas maczugami.
Czy długo to wytrzymamy, czy żandarm odwróci się i przyłoży pałą kopiącemu go w zadek? Na razie PiS także żandarmerię obsadził swoimi. Tyle ich, bo to farbowane lisy, awansowani przez Błaszczaka bądź Brudzińskiego. Bynajmniej nie fachowcy.

Tak przynajmniej należy ocenić postępowanie policji w Poznaniu wobec Joanny Jaśkowiak i pięciu innych kobiet. Jaśkowiak w ubiegłym roku podczas protestu w Dniu Kobiet powiedziała: – „Od czasu „dobrej zmiany” budzą się we mnie różne uczucia. Najpierw było zdziwienie, później zaskoczenie, oburzenie, złość i wściekłość. Teraz tylko jedno słowo przychodzi mi do głowy – jestem wku******”.

9 miesięcy policja czekała na anonim, który wreszcie się urodził i mogła wezwać Jaśkowiak na przesłuchanie. Jaśkowiak i wspierające ją kobiety teraz staną przed sądem. Wszczęto bowiem postępowanie z art. 141 kodeksu wykroczeń. Za używanie nieprzyzwoitych słów w miejscu publicznym grozi ograniczenie wolności, grzywna do 1500 złotych bądź nagana.

Ponoć policja ma opinię jakiegoś biegłego językoznawcy, wg którego hasło prezentowane przez Jaśkowiak jest wulgaryzmem. Czysty slapstick, gdyż rzeczywisty filolog wyśmieje policję oraz tego „rzeczoznawcę” i wyśle tych przedstawicieli pałki do nauki.

Napisałem o policji „farbowane lisy”, bo to w istocie wysługująca się PiS-owi milicja, jak w PRL-u. Joanna Jaśkowiak to żona prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka, który doznał podobnej „przyjemności” od organów ścigania w dniu, gdy Platforma i Nowoczesna ogłosiły, iż jest ich kandydatem na prezydenta miasta w najbliższych wyborach samorządowych. Do Urzędu Miasta wkroczyła CBA pod jakimś wyssanym z palca podejrzeniem (znowu pewnie jakiś anonim).

PiS posługuje się takimi maczugami, innej polityki nie znają, żyją w epoce kopania po zadkach, choć chcieliby się podszyć pod wyższe cywilizowane formy. Oto Patryk Jaki, kandydat PiS na prezydenta Warszawy, zmienia strategię: podlizywanie się, a nie kopanie w zadek. Chce nabrać warszawiaków, iż jest cacy. Jaki zapowiedział, że jest gotów rozważyć, „żeby wesprzeć taki program in vitro”. Posuwa się jeszcze dalej, stwierdził w Polsacie: – „Rozumiem i wspieram protestujących niepełnosprawnych w Sejmie. Uważam, że mają rację”. Farbowane lisy, milicja, kopanie w zadki – tak wygląda imaginarium pisowskiego slapsticku.

Waldemar Mystkowski

KRÓTKIE PYTANIE. KTO JEST ZA?

Donald Tusk jest najważniejszym politykiem dla Polaków

Donald Tusk jest liderem rankingu zaufania do polityków – wynika z sondażu IBRiS dla Onetu. Tuskowi ufa dziś 42,8 proc. respondentów. Brak zaufania wyraża do niego 42,7 proc. ankietowanych.

Tusk zdecydowanie wyprzedził prezydenta Andrzeja Dudę, który był liderem rankingu zaufania w marcu. W kwietniu Duda spadł na drugą pozycję – ufa mu 36,6 proc. badanych, nie ufa – 49,2 proc. Na podium znalazł się jeszcze Mateusz Morawiecki (ufa mu 36,5 proc., nie ufa – 43,9 proc.).

Spośród przywódców partii opozycyjnych największym zaufaniem cieszy się Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej (33,4 proc. polaków jej ufa, 35,8 proc. – nie ufa).

Dobre notowania ma też lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz – ufa mu 31,1 proc. respondentów, nie ufa – 35,4 proc.

Paweł Kukiz, lider Kukiz’15, wzbudza zaufanie 21,8 proc. ankietowanych, nie ufa mu 51,8 proc.

Grzegorzowi Schetynie, liderowi PO, ufa 18,1 proc. respondentów, a nie ufa 61,8 proc. Gorzej od niego wypada lider SLD Włodzimierz Czarzasty – ufa mu 17,3 proc. ankietowanych, nie ufa – 42,1 proc.

Na szczycie rankingu nieufności znajduje się Antoni Macierewicz, któremu nie ufa 72,9 proc. respondentów. Jarosławowi Kaczyńskiemu nie ufa 64,3 proc. ankietowanych.

wPolityce.pl

Andrzej Celiński skomentował decyzję władz Jasnej Góry ws. pielgrzymki skrajnej prawicy.

Krystyna Pawłowicz odniosła się do informacji posła Sławomira Neumanna na temat powstającej w Sejmie tablicy dla Lecha Kaczyńskiego.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o upadku Kaczyńskiego.

Ludzie PiS poszli do polityki dla pozycji społecznej, pieniędzy i komfortu życia. A prezes – w imię swych infantylnych marzeń o władzy absolutnej – wymaga teraz od nich ascezy.

Gdy PiS obejmował władzę w roku 2015, prognozowałem, że jego rządy potrwają około 2 lat. Mam na to świadków w redakcji „Gazety Wyborczej”, kto nie wierzy, może zapytać. Traktując tę prognozę dosłownie – pomyliłem się. Nie wygląda na to, by w najbliższym czasie Prawo i Sprawiedliwość miało stracić władzę. Formułując przepowiednię, nie wziąłem poprawki na erozję standardów życia politycznego w Polsce. W poprzednich, normalnych i cywilizowanych warunkach, wyszłoby na moje.

Kryzys polityczny taki jak ten obecny, spowodowany pazernością polityków rządowych, doprowadziłby do potężnego przesilenia politycznego, w wyniku którego konstrukcja wzniesiona przez Jarosława Kaczyńskiego rozsypałaby się zapewne jak domek z kart. To, że dziś się tak nie dzieje, wynika z faktu, że normalne standardy demokracji przestały w Polsce obowiązywać i władza w stanie agonalnym może przedłużać swą wegetację. Do czasu.

Jarosław Kaczyński wyczerpał już znaczną część arsenału trików socjotechnicznych i politycznych, pozwalających podtrzymywać legitymizację jego rządów. Po odwołaniu Beaty Szydło i mianowaniu na jej miejsce Mateusza Morawieckiego nie może już zamydlić oczu opinii publicznej kolejną rekonstrukcją gabinetu.

Pewnie teraz żałuje, że pospieszył się z wymianą premiera. Zrobił to przedwcześnie i bez wyraźnej potrzeby politycznej, budząc zdziwienie i niezadowolenie w kręgach działaczy i elektoratu PiS. Możliwość zdymisjonowania szefa rządu i powołania nowego człowieka, który przyszedłby z czystą kartą i symbolizowałby nowe otwarcie, przydałaby mu się teraz. Ale ten pocisk został już odpalony i drugi raz nie da się go użyć.

Kaczyński próbuje więc zmusić PiS do demonstrowania ascetyzmu. Posłowie, samorządowcy, przedstawiciele aparatu mają się zgodzić na znaczące obniżki uposażeń, by przekonać wyborców, że oskarżenia o pazerność są nieprawdziwe. Tyle tylko, że opinia publiczna doskonale zdaje sobie sprawę, iż jest to krok wymuszony przez okoliczności, mający zamaskować prawdziwą naturę rządów PiS. Po drugie zaś – wywołuje on zrozumiałe i uzasadnione niezadowolenie w szeregach działaczy partii rządzącej. A to podważa pozycję Jarosława Kaczyńskiego jako nieomylnego i uwielbianego wodza.

PiS nie jest normalną demokratyczną partią polityczną, taką samą jak pozostałe ugrupowania na polskiej scenie. Widać to już nawet w zapisach statutu, który oddaje prezesowi niespotykanie wielką władzę, zwłaszcza w sprawach personalnych. To Kaczyński w ostatecznym rozrachunku jednoosobowo decyduje, kto będzie kierować strukturami partii w terenie, kto będzie kandydatem do parlamentu czy do europarlamentu.

Dopóki prezes prowadził partię od zwycięstwa do zwycięstwa i dawał jej działaczom dostęp do konfitur w administracji państwowej i spółkach skarbu państwa, ten układ był funkcjonalny i nie rodził sprzeciwów. Pozycji wodza nikt nie tylko nie ośmielił się, ale i nie miał powodu kwestionować. Teraz jednak sytuacja się zmienia. Wódz żąda wyrzeczeń i odbiera konfitury.

A w imię czego to robi? W imię swej osobistej władzy. Aktyw PiS coraz wyraźniej widzi, że wyznawana przez działaczy hierarchia wartości rozjeżdża się z tą, którą wyznaje prezes. Oni poszli do polityki dla pieniędzy, komfortu, pozycji społecznej i poczucia, że przynależą do rządzącej elity. Dla niego zaś większość materialnych wartości nie ma większego znaczenia. Chodzi mu tylko o to, by być zbawcą narodu i by móc rozstawiać pionki na politycznej szachownicy, której na imię Polska. By brat był pochowany na Wawelu i miał pomniki w każdym mieście. By w Starachowicach była ulica matki – Jadwigi Kaczyńskiej. Tylko to się liczy. W wymiarze materialnym Kaczyński jest typem ascetycznego maniaka władzy, podobnie jak był nim Władysław Gomułka czy János Kádár na Węgrzech.

Marzenia prezesa są marzeniami małego chłopca, który przypadkiem zaplątał się w dorosłą politykę. Dopóki jednak jego wyznawcy i wielbiciele mogli przy okazji realizować także swoje aspiracje, infantylizm przywódcy nie rzucał się w oczy i nie stanowił problemu. Ale dziś? Działacze PiS-u, zmuszeni do godzenia się z obniżkami zarobków, zaczną zadawać sobie pytanie: czy na pewno chcemy iść ślepo w ogień za człowiekiem o mentalności chłopczyka?

Ciekawe, jakiej odpowiedzi udzielą.

Wydaje się, że bezwstydne przyznanie wyjątkowo wysokich nagród będzie jeszcze długo odbijać się czkawką politykom Prawa i Sprawiedliwości. Pełne pychy i naostrzonych pazurków wystąpienie wicepremier Beaty Szydło zamiast przekonać wyborców, że im się te nagrody należały, dolało tylko oliwy do ognia. Lud nie dał się przekonać, a swoje niezadowolenie wyraził w sondażach, które zanotowały spory spadek partii. Opozycja również wykorzystała kwestię nagród w walce politycznej.

Jak zwykle w sytuacjach kryzysowych do akcji wkroczył szeregowy poseł, prezes PiS, Jarosław Kaczyński Jednak myliłby się ten, kto uważa, że sprawa zwrotu nagród była najważniejszą deklaracją, jaką złożył podczas konferencji prezes PiS. Prawdziwą burzę wywołało oświadczenie, że Prawo i Sprawiedliwość obniży posłom wynagrodzenia o 20 procent.

Szeregowi parlamentarzyści partii, wprawdzie anonimowo, ale jednak, zaczynają publicznie wyrażać swoje niezadowolenie. Dziennikarka „Faktu”, Agnieszka Burzyńska pisze o jednym z takich przypadków: „Bardzo zdenerwował JK swoich posłów. Pierwszy raz słyszę aż tak mocne słowa: człowiek, który korzysta z partyjnych pieniędzy, jest wożony, karmiony i nie ma pojęcia o codziennym życiu decyduje o obniżce zarobków tych, którzy nie przyznawali sobie samym żadnych nagród.” Czy to niezadowolenie jest zapowiedzią buntu? Czy Jarosław Kaczyński tnąc posłom pensje nadal może liczyć na ich niezachwianą lojalność?

Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej” uważa, że jak na razie pozycja prezesa i wizerunku jednolitości partii jest niezachwiana: „Rozmawiałem właśnie z czołowym politykiem rządu. W PiS jest przekonanie, że sprawa nagród jest zamknięta i opozycja nic już w tym temacie nie ugra. A nt. buntu w PiS po obniżkach pensji: buntu nie będzie, bo nikt nie zaryzykuje przed ułożeniem list. Wywiad w Rzepie już wkrótce.”

Zapewne politycy Prawa i Sprawiedliwości będą próbowali tuszować wszelkie pęknięcia wewnątrz partii, szczególnie przed zbliżającą się konwencją. Przekaz, który powinien trafić do społeczeństwa nie może być skażony żadnymi wewnętrznymi fochami, niezadowoleniem czy buntem. Mimo wszystko sprawa wynagrodzeń i nagród wywołała małe trzęsienie w partii, pokazując jednocześnie, że nie jest ona takim monolitem, jakim ją nam malują.

Oczyma duszy to widzę. Komitet Polityczny PiS, na nim gościnnie premier, ministrowie, sekretarze i podsekretarze stanu. Coś w formule tragedii greckiej – ponury poświątecznie Prezes jako aktor, rząd jako chór wyśpiewuje: „Pozwól nam, o Wielki, oddać te nagrody do Caritasu”. Prezes jakby łagodnieje, wychodzi na konferencję prasową. Koniec sceny.

PiS traci od wielomiesięcznego spektaklu rekonstrukcji rządu. Traci pewność siebie, zdolności narracyjne, słuch społeczny. Przekaz dnia, powtarzany w wypowiedziach i wpisach, że obcinamy wynagrodzenia posłom, samorządowcom, urzędnikom państwowym, „bo Polacy tego chcą”, to zaklinanie rzeczywistości. Ostatni ciąg zdarzeń nie jest podyktowany populizmem – jest nieracjonalną polityką, efektem strachu.

W przeciągu tygodnia obserwowaliśmy dwa strzały w obie stopy. Pierwszy to „pazurki” Beaty Szydło wbijające się w szyję tych wyborców, którzy dali partii zwycięstwo. Ludzi utrzymywanych w przeświadczeniu, że rządy PiS to rządy altruistycznych aniołów, brzydzących się przyjmowaniem pieniądza publicznego. Jarosław Kaczyński swoim wywiadem dla pisma najwierniejszych z wiernych, braci Karnowskich, sejmowe pokrzykiwania byłej premier o tym, że kasa się należała, jednoznacznie poparł.

Inaczej zachowali się odpytywani przez sondażownie wyborcy, pojawił się znaczący spadek poparcia. Nie święconka na stole wielkanocnym, a sondaże spowodowały, że Prezes wpadł w panikę i pomysłem przekazania nagród Caritasowi i obniżenia wynagrodzeń osobom pełniącym funkcje publiczne strzelił w drugą stopę – we własny partyjny aparat. Wprawdzie strzał został pomyślany tak, żeby zabolał też opozycyjną PO – po to do grupy, której wskaźnik skromności ma być wyregulowany ustawą, dorzucono samorządowców. Niemniej przy całej radości, że „sąsiada też boli”, uderzenie idzie w trzon PiS.

Nie jest szczególną tajemnicą, że radni, pracownicy samorządowi, nominaci w spółkach samorządu czy skarbu państwa to ci, którzy niosą partię, dają tłum na konwentach, stanowią sieć zapewniających podpisy pod listami wyborczymi, tworzą poparcie ogólnopolskie dla zjawisk telewizyjnych. Nie byłoby zapewne dużym problemem oszacować liczbę ludzi, których byt, powodzenie finansowe rodzin zależą od posad, które dostają dzięki takiemu zaangażowaniu. Setki tysięcy w skali kraju.

Oba te strzały są głośniejsze i boleśniejsze dla wyborców i aparatu partii rządzącej od każdego sporu o Trybunał Konstytucyjny, sądy, konfliktu z Komisją Europejską – tam można było wszystko tłumaczyć geniuszem i dalekosiężną wizją Prezesa w sprawach abstrakcyjnych dla rodziny przy stole, w ostateczności programem 500 plus. Wytłumaczenie aktywowi programu Minus 20 proc. nie będzie łatwe.

Już za kilka dni dokona się to, co proroczo zapowiedział pan prezes. Wśród (wirtualnych) ruin Pałacu Saskiego – bo Polska ciągle w ruinie – powstał nareszcie pomnik zamachu w Smoleńsku, który już tylko najbardziej zaciekłe „lewactwo” nazywa zwykłą katastrofą.

Tym pomnikiem środowiska patriotyczno-wolnościowe ostatecznie zamkną usta wszystkim, którym wciąż jeszcze przychodzi do głowy myśl tyleż obrazoburcza, co głęboko świętokradcza, że „prezydenta tysiąclecia” i całą prawicową elitę Rzeczpospolitej mógł odesłać do wieczności banalny wypadek lotniczy. Nie mógł i to jest oczywista oczywistość. Do tej prawdy – być może – jeszcze kiedyś dojdziemy, choć w zasadzie nie ma po co tak chodzić, skoro przecież wiadomo, jak było. Jest na to słowo ministra Macierewicza oraz arcydzieło narodowej kinematografii pod tytułem „Smoleńsk”. No i teraz będzie jeszcze pomnik.

Biorąc pod uwagę cechy formalne i symbolikę tego szczególnego monumentu, wzniesionego według projektu wybitnego polskiego rzeźbiarza – Jerzego Kaliny, trzeba przyznać, że powstało oto dzieło wybitne, godnie upamiętniające tę narodową tragedię. Takie, na którego przykładzie przyszłe pokolenia uczyć się będą nie tylko patriotyzmu, prawdziwej wersji dziejów najnowszych oraz historii powtórnego zbawienia narodu polskiego, ale także sztuki. Tego zwłaszcza, że jej wielkie dzieła mówią o zleceniodawcach znacznie więcej, niżby chcieli mecenasi…

Bo weźmy formę pomnika. Inspirację miały dlań podobno stanowić mobilne schody pasażerskie. Takie, jakich tuziny widzi się na każdym lotnisku. Symbol dość oczywisty, tym bardziej, że chodzi wszak o monument upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej (lub zamachu), dla których były one „ostatnią drogą”, schodami do wieczności, ale też – i tu kłania się ikonografia chrześcijańska – ścieżkę męczeństwa, prowadzącą do wiecznej chwały w Niebie, a na ziemi – do pamięci potomnych. Oczywistą tu więc mamy symboliczną oczywistość.

Tyle tylko, że – jak donoszą media – u szczytu tychże schodów jest w pomniku… klapa. Po co tam ona komu? Cóż, obok upamiętniającej, ten osobliwy pomnik będzie jeszcze – najwyraźniej – pełnił inne ważne funkcje, o których w tej chwili wie tylko najbliższe otoczenie pana prezesa.

Pewien trop mogłaby stanowić zapowiedź, że odsłonięcie „Schodów” będzie oznaczało przeniesienie cyklicznych miesięcznic smoleńskich na plac Piłsudskiego. Można więc domniemywać, że odtąd szef partii aktualnie rządzącej będzie zapowiadał dochodzenie do prawdy z wysokości cokołu, a stopnie (czy raczej winda) zastąpią słynną rozkładaną drabinkę z Krakowskiego Przedmieścia. Tak byłoby rzeczywiście bardziej godnie i dostojnie, bo kto to widział, żeby poważny człowiek i już w latach wspinał się na drabinę, jak – nie przymierzając – gospodyni domowa rozwieszająca firanki.

Warto też wziąć pod uwagę, że forma pomnika nawiązuje – siłą rzeczy – do kształtu piramidy, czyli starożytnego grobowca. Schodkowej, ale to nawet lepiej, bo przez to bogatszej o dodatkową symbolikę.

W takim na przykład starożytnym sumeryjskim mieście Ur, na szczycie piramidy (nazywanej tam zikkuratem) pomieszkiwał lokalny bóg. Objawiał się on swoim wiernym z okazji świąt religijnych, a też bez żadnego trybu. Więc czy to w takim razie nie jest najbardziej odpowiednie miejsce na konferencje prasowe i oświadczenia pana prezesa? Wszak sam niedawno okrasił ogłoszenie swojej decyzji w sprawie nagród w rządzie łacińskim „Vox populi, vox Dei”, wyraźnie wskazując rolę, jaką wyznaczył sobie w relacji z ludem i to zdaje się nie tylko tym „pisowskim”.

To po pierwsze. A po drugie – ów lud od dawna już widzi w panu prezesie zbawcę („Jarosław, Polskę zbaw!”). No a jak zbawca, to szczyt piramidy jako miejsce comiesięcznych objawień byłby akurat jak znalazł.

Symbolika piramidy schodkowej, popularnej nie tylko w delcie Tygrysu i Eurfatu, ale także w Ameryce Południowej, wykazuje zresztą niejakie powinowactwo do sposobu uprawiania polityki przez pana prezesa, jako że bóstwa meksykańskie i peruwiańskie to byli – prawie wszystko – bogowie krwawej zemsty. Miejsca ich kultu spływały krwią wrogów, którym żywcem wyrywano na szczytach piramid serca, a potem strącano w przepaść.

W naszych czasach takie marnotrawstwo organów na pewno spotkałoby się z protestami transplantologów. No, ale gdyby tak tuż pod klapą ustawić szubienicę albo szafot, pomnik pełniłby w środowiskach patriotycznych funkcję integracyjną także w czasie między kolejnymi miesięcznicami. Odbywałyby się tam cykliczne egzekucje zdrajców dyplomatycznych, karanych za wszystkie winy Tuska. Czyż nie o tym pisał w adresowanych do pana prezesa kolejnych poematach naczelny wieszcz partii aktualnie rządzącej? Tak więc – szubienica i szafot. A wokół budki z kebabem i Sławomir…

Monument, poprzez swoją formę, może też odegrać nieocenioną rolę w edukacji obywatelskiej przyszłych pokoleń. Wskazuje bowiem czy wręcz – wizualizuje, którędy wiedzie droga na szczyty władzy. Step by step, mianowicie. (I tylko lewicowo-liberalne kanalie mogą sugerować, że niektórym ta wspinaczka udaje się tylko incydentalnie, gdy w charakterze stopni użyją trumien ofiar katastrofy.) W tym kontekście klapa mogłaby służyć demonstracji oczywistej prawdy, że każda władza przemija. Bo ten i ów może wprawdzie – z kaprysu prezesa – znaleźć się na samym szczycie, ale za chwilę i tak otworzy się pod nim ta nieszczęsna zapadnia. Albo nieopatrznie sam zrobi o krok za daleko.

W sumie to właśnie w tej swojej funkcji wielokrotnego użycia pomnik wydaje się szczególnie nowatorski, ze względu na tak teraz modną ochronę środowiska. Chodzi o recycling właśnie. Bo stawiamy na cokole na kogo akurat mamy ochotę, a potem wystarczy uruchomić klapę i po sprawie. Odpada kłopot z obaleniem monumentów i zrzucaniem z pomników nieaktualnych bohaterów.

No, a poza tym taki pomnik przechodni to symbol zapowiadanej przez partię rządzącą demokracji dla każdego. Bo w tej sytuacji każdy – i to nie czekając na oficjalne zaproszenie – sam może wspiąć się na cokół. I co z tego, że tylko na chwilę, że profanacja. Monitoring, straż miejska, mandat i w ogóle. Marketing za to jaki dla stolicy! „Pięć minut” sławy, zrobienie selfika z pomnika i szybka wrzutka na Instagram – tylko w Warszawie.

Owszem, lewactwo robi sobie „śmichy-chichy”, że w takim razie ten pomnik to nie tyle „schody do chwały”, ile „donikąd”. Bo skoro to monument wielokrotnego użytku…

Lewackie gorsze sorty od dawna zresztą szydzą, że projekt został – nazwijmy to elegancko – „pożyczony” z XVIII Księgi komiksu Henryka Chmielewskiego o Tytusie i spółce, gdzie podobne schody nazywały się właśnie „Schodami Do Nikąd”. Ale wszelkie podobieństwa do rzeczonego wydawnictwa są absolutnie przypadkowe, a poza tym to fake news zrodzony w chorej, lewackiej wyobraźni, za który jego kolporterów będzie osobiście i do surowego wyroku ścigał pan poseł Tarczyński.

Pomnik bowiem jest oryginalny. A też monumentalny, wzniosły, przepiękny i w ogóle… A na końcu – klapa.

Black Sabbath budzi ludzi 😇

Kaczyński jest ruiną człowieka, prędzej czy później pociągnie to towarzystwo w przepaść

Ks. Wojciech Lemański odniósł się do słów Tadeusza Rydzyka.

Michał Wójcik (sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości) informuje o nagrodach za rządu PO-PSL.

Prof. Marcin Matczak odniósł się do słów marszałka seniora Kornela Morawieckiego na temat ustawy degradacyjnej.

Pisarka Maria Nurowska o swoim stosunku do polityków PiS.

Jarosław Kaczyński zdecydował, że ministrowie konstytucyjni, sekretarze stanu, którzy są politykami, muszą oddać nagrody na Caritas. Ale to zapowiedź obniżenia pensji parlamentarzystom o 20 proc. miała wywołać prawdziwą burzę w szeregach PiS – przebija z komentarzy.

Czwartkowa konferencja Jarosława Kaczyńskiego miała zamknąć usta opozycji i ostatecznie zakończyć publiczną debatę nad nagrodami dla ministrów i sekretarzy stanu, które otrzymali w latach 2016-2017.

–  Ministrowie konstytucyjni, sekretarze stanu, którzy są politykami, zdecydowali się oddać nagrody do połowy maja na cele społeczne, do Caritasu – oznajmił prezes PiS. Jak zapewnił Kaczyński na konferencji w siedzibie partii, „ministrowie podjęli te decyzje sami, dzisiaj było takie spotkanie, nikt nie protestował”.

Kaczyński żąda od posłów „skromności”. Sam oprócz uposażenia pobiera emeryturę

Tymczasem, jak napisał dziennikarz Michał Wróblewski, jeden z ministrów miał stwierdzić, że nie stać go na oddanie nagrody, którą wydał w całości. A żeby to zrobić, „musiałby zaciągnąć kredyt”.

Jednak to nie zwrot ministerialnych nagród, a zapowiedź obniżenia pensji parlamentarzystom o 20 proc. miała wywołać burzę wśród szeregowych posłów PiS.

Bardzo zdenerwował JK swoich posłów. Pierwszy raz słyszę aż tak mocne słowa: człowiek, który korzysta z partyjnych pieniędzy, jest wożony, karmiony i nie ma pojęcia o codziennym życiu decyduje o obniżce zarobków tych, którzy nie przyznawali sobie samym żadnych nagród

Wśród komentarzy pojawił się i ten głos wicemarszałka Sejmu, Stanisława Tyszki. Poseł Kukiz’15 napisał, że trochę rozumie zdenerwowanie posłów PiS.

„Niewielu udało się załapać do rządu, oni sobie nagród nie przyznawali, głosują jak trzeba, zawsze karnie, czy się zgadzają, czy nie, a tu w „nagrodę” szef im tnie wynagrodzenia” – skomentował Tyszka.

Wydaje się jednak, że mimo tych głosów oburzenia, oczywiście anonimowych, nikt w PiS nie ośmieli się publicznie skrytykować decyzji kierownictwa PiS i samego prezesa Kaczyńskiego.

„Rozmawiałem właśnie z czołowym politykiem rządu. W PiS jest przekonanie, że sprawa nagród jest zamknięta i opozycja nic już w tym temacie nie ugra. A nt. buntu w PiS po obniżkach pensji: buntu nie będzie, bo nikt nie zaryzykuje przed ułożeniem list. Wywiad w Rzepie już wkrótce.” – napisał na Twitterze z kolej Jacek Nizinkiewicz.

Nikt też zapewne nie zaryzykuje otwartej krytyki na zbliżającej się konwencji Prawa i Sprawiedliwości i partii wchodzących w skład koalicji Zjednoczonej Prawicy. A ta już 14 kwietnia w Warszawie.

Jak zapowiadał w publicznym radiu wiceminister kultury Jarosław Sellin, konwencja ma być nowym otwarciem politycznym przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi.

Sam pomnik jest imponujący, choć rozmachem daleko mu do pomnika mającego przypominać replikę samolotu TU-134M z Kałkowa. Budapesztański projekt zawiera w sobie mały kopczyk ze stojącym na nim krzyżem, pokrytą biało-czerwonymi płytkami ścieżkę oraz coś, co w najlepszym wypadku można nazwać „bramą z kulą”.

Autor rzeźby Sandor Gyula Makoldi chciał w projekcie nawiązać zarówno do tragedii smoleńskiej, jak i zbrodni katyńskiej, o pomoście łączącym oba wydarzenia miały przypominać ukośne kolumny podtrzymujące kulę, przypominającą… symbol egipskiej bogini Hathor. To nie żart. Wielbiciele filmów z serii „Mumia” nie powinni mieć wątpliwości, jakie były inspiracje autora pomnika. Hathor była boginią nieba i opiekunką nekropolii tebańskiej. Jej związek z katastrofą smoleńską na razie stanowi zagadkę.

Trudno powiedzieć, czy stojąca na obrzeżach miasta eklektyczna konstrukcja przypadła do gustu Jarosławowi Kaczyńskiemu. W przemówieniu wspomniał o niej wyłącznie w kontekście wdzięczności, którą żywi do przedstawicieli Fideszu, stojącymi za budową monumentu. Znacznie więcej czasu prezes PiS poświęcił Viktorowi Orbánowi, którego porównywał do Lecha Kaczyńskiego, przyjaźni polsko-węgierskiej oraz niedzielnym wyborom.

Kolejne rządy Fideszu

10 kwietnia minie osiem lat od katastrofy smoleńskiej, dwa dni wcześniej odbędą się wybory do węgierskiego parlamentu. Biorąc pod uwagę serdeczne relacje między liderami obu państw, byłoby dziwne, gdyby Viktor Orbán nie próbował tej korelacji wykorzystać. – Termin jest oczywiście nieprzypadkowy. Jest to rządowi na rękę, pokazuje, że największe państwo w regionie utrzymuje z nim bardzo dobre relacje – mówi Veronika Józwiak z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Wsparcie Jarosława Kaczyńskiego jest tym istotniejsze, że Fidesz osnuł kampanię wyborczą wokół tematu migracji z Bliskiego Wschodu i rzekomo wspierającego ją George′a Sorosa. Całą stolicę pokryły plakaty węgierskiego milionera, który w pojedynkę lub z liderami partii opozycyjnych przecina drut kolczasty, oddzielający Węgry od fantomowych hord uchodźców wdzierających się w głąb Kotliny Panońskiej. Do tej sprawy rządy w Budapeszcie i Warszawie mają identyczne podejście. W zeszłym roku Węgry przyjęły 1300 uchodźców, choć nie na podstawie unijnych kwot, a zapisów konwencji genewskiej.

Według sondaży antyimigrancka taktyka przynosi skutki. Fidesz może liczyć na pierwsze miejsce na podium z blisko 50-proc. poparciem. – Wygrana Fideszu wydaje się pewna. Pytanie, czy zdobędzie on większość konstytucyjną lub zdolność do samodzielnych rządów. Na tym polu może się wiele wydarzyć – dodaje Veronika Józwiak.

Ewentualne osłabienie rządu Orbána byłoby ważną informacją dla pozostałych państw regionu. Wiadomością mówiącą, że pójście pod prąd i na przekór panującym w Europie regułom w końcu znudzi się wyborcom. Czy tak się stanie, dowiemy się w niedzielę.

W Budapeszcie spotkali się dzisiaj dwaj bohaterowi z okładki najnowszego magazynu „Politico Europe” Viktor Orban i Jarosław Kaczyński. Ten ostatni przywiózł ze sobą Mateusza Morawieckiego, premiera polskiego rządu. W narracji jednego z najważniejszych magazynów politycznych dwaj bohaterowie nazywani są nowymi komunistami. Brakowało trzeciego podobnego do nich – Władimira Putina, ale to Orban do niego jeździ, jak Kaczyński do Budapesztu. Jeszcze prezes PiS nie jeździ na Kreml, ale gdyby historia miała się toczyć, jak się toczy, to i tego dostąpimy.

Kaczyński pojechał do Budapesztu w celach hołdowniczych, jakbyśmy mieli do czynienia z dawno minionymi Austro-Węgrami. Do takiego dochodzi anachronizmu. Na przedmieściach Budapesztu (8 km od centrum) odsłonięto pomnik smoleński z płaskorzeźbą Lecha Kaczyńskiego. Zacytuję dramatyczne głosy trzech uczestników uroczystości (dramatis personae), które brzmią jak farsa (do tego sprowadza się katastrofa smoleńska).

Nowy komunista I (Jarosław Kaczyński): – „To, co dzieje się na Węgrzech i w Polsce nie jest wymierzone przeciwko Europie, ale wskazuje jej inną drogę. Choć ta droga jest trudna, to idziemy nią i umacniając naszą przyjaźń, choćby przez budowę tego pomnika, idziemy tą drogą”.

Didaskalia: Ależ zaleciało Krakowskim Przedmieściem.

Nowy komunista I (dalej): – „Za dwa dni to wy będziecie decydować o drodze wolności, nie tylko w skali Węgier, ale i Europy, i świata”.

Nowy komunista II (Viktor Orban): – „Kiedy Polska jest atakowana, to atakowana jest Europa Środkowa, atakowane są też wtedy Węgry”.

Didaskalia: Na Węgrzech w niedzielę odbędą się wybory. Wg komunisty Kaczyńskiego będzie się decydować podczas nich historia Europy i świata. Zaś ataki na Polskę i Węgry idą ze strony… Brukseli. Taka retoryka jest godna jakiejś remizy spod Rzeszowa, a nie polityka, który się mieni nieformalnym naczelnikiem dużego i dumnego narodu europejskiego.

Odezwał się też pomagier nowego komunisty I Mateusz Morawiecki, ten odleciał, jak mówi się kolokwialnie „od czapy”: – „Nie można zrozumieć współczesnej historii Polski bez zrozumienia tej straszliwej katastrofy, jaką była katastrofa smoleńska”. Lech Kaczyński został wyżyłowany politycznie przez brata na wszelkie możliwe sposoby i kiedyś w politologii ten niechlubny epizod z naszej historii będzie analizowany pod kątem, jak uprawia się politykę funeralną.

Spointuję powyższe satyryczne wypowiedzi innym politykiem tego samego obozu, szefem Gabinetu Prezydenta Krzysztofem Szczerskim. Zapytano go w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, dlaczego Donald Trump nie chce spotkać się z Dudą, Szczerski odpowiedział: – „Trump chce się spotkać z Dudą, ale panowie mają zbyt zajęte kalendarze”. I to jest… zupełnie od czapy.

Jest wyjście – oficjalny spis zajęć Trumpa jest powszechnie znany, codziennie od godziny 8 do 11 tweetuje albo ogląda telewizję. Gdyby Duda się postarał (przesunięcie czasowo na Wschodnim Wybrzeżu USA wynosi – 6-7 godzin – w stosunku do czasu środkowoeuropejskiego), to od godziny 1 do 3 w nocy zamiast tweetować z jakimś Ruchadełkiem leśnym, mógłby poćwierkać z Trumpem.

Tak wygląda polska polityka… od czapy.

Waldemar Mystkowski

„Celem sprawy nie jestem ja, tylko Donald Tusk. Ja jestem środkiem do osiągnięcia celu, a cel uświęca środki” – komentował w TVN 24 swoje zatrzymanie przez CBA Jacek Kapica. Były wiceminister finansów w rządzie PO-PSL powiedział, że jest niewinny i zamierza to udowodnić przed prokuratorem albo przed sądem.

Przed tygodniem Prokuratura Okręgowa w Białymstoku postawiła Kapicy zarzuty „niedopełnienia obowiązków służbowych w latach 2008-2015 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej dla innych osób, w łącznej kwocie ponad 21 mld zł”. – „Moja sprawa nie jest rozwojowa. Może być rozwojowa tylko z punktu widzenia politycznego. Bo ktoś kreuje scenariusz na tę okoliczność bez względu na środki, których używa” – stwierdził.

Opowiedział, jak wyglądało wejście funkcjonariuszy CBA do jego domu o 7.00 rano. – „W momencie, kiedy u mnie byli agenci, pół godziny później „Wiadomości” podały tę informację z całą historią. Jak jechałem do Białegostoku, to minister i wiceminister już wystąpili na konferencji, mówiąc, jaki to jest sukces, ile to jest tomów akt, i najważniejsze jest, co Jacek wie na temat Donalda Tuska. Wszystkie czynności miały charakter fasadowy. Nie zatrzymano mojego prywatnego laptopa, tylko zatrzymano mój telefon i laptop służbowy, moje dzieci mają komputery i nikt tam nie zajrzał. Mój syn nawet się nie obudził w tym czasie, bo agent wszedł, zobaczył, że jest dziecko i wyszedł. Nikt nie zajrzał do garderoby i pudełek po butach mojej żony. Co to było za przeszukanie?” – opisywał Kapica.

Odniósł się także do postawionego mu przez prokuraturę zarzutu. – „Nikt nigdy nie dostał takiego wyssanego z palca zarzutu na taką sumę. Równie dobrze można by powiedzieć, że to są 22 biliardy zł. Bo to jest tak naprawdę wyssana z palca suma po to, żeby uzasadnić zarzut” – ocenił w TVN24.

Jacek Kapica w rządzie Donalda Tuska odpowiadał za wdrażanie ustawy hazardowej, która miała wyczyścić Polskę z tzw. jednorękich bandytów. – „Razem ze swoimi współpracownikami w 2008 r. zaczęliśmy rozmontowywać eldorado gier hazardowych, które funkcjonowało w Polsce od 2002 do 2007 r. Trzeba mieć na uwadze, że efekt każdych działań jest odłożony w czasie. Za rządów PO-PSL zapoczątkowano wiele działań, które tak naprawdę przyniosły efekt w roku 2015 – 2016 czy 2017” – tłumaczył Kapica. – „Bez względu na to, jakie intencje ma prokurator, panowie z branży hazardowej zacierają ręce. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, że tak jest. Bo byłem ich wrogiem i jestem ich wrogiem – podsumował.

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pani ruch Jarosława Kaczyńskiego, który nakazał zwrócić nagrody i zapowiedział obniżki zarobków dla polityków?

JADWIGA STANISZKIS: To na pewno reakcja na sondaż, bo polskie społeczeństwo jest w większości ubogie i jest wrażliwe na wynagrodzenia, które ich zdaniem są zbyt wysokie. Jednak ja bym zaczęła od oceny kompetencji tych ludzi, którzy obecnie włączyli się do polityki. Myślę, że najbardziej porażający jest z jednej strony ten ich oportunizm, kiedy przyczyniają się do niszczenia demokracji, a z drugiej strony fatalny sposób wyrażania się czy uzasadniania, beznadziejny styl. No i najważniejsze, to ich niskie kompetencje. Myślę, że w kraju, który jest w tak złożonej i trudnej sytuacji międzynarodowej, która wymaga długofalowej strategii rozwoju, tego typu ludzie nie powinni iść do polityki.

Mój dziadek był przed wojną politykiem, endeckim zresztą, był posłem w Sejmie i jednocześnie pracował. Był profesorem Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, zginął w Oświęcimiu. Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką, to babcia często się skarżyła, że dopłacali z pensji do polityki.

Myślę, że gdyby ci ludzie pracowali, a nie całe życie byli w polityce, to lepiej by się orientowali, jakie są wyzwania, co się dzieje w społeczeństwie i przede wszystkim, jak wygląda normalne życie. Niestety, większość z nich nie ma kompetencji czy zawodów, aby mieć szanse na dobre zarobki. Ja zaczęłabym w ogóle od oceny tych posłów, ministrów, czy w ogóle powinni być w polityce.

Rozumiem decyzję Kaczyńskiego i on wie, że ten poziom, ten typ ludzi nie zasługuje na większe pieniądze. Ja pracowałam 50 lat i mam emeryturę większą niż niejeden emeryt, ale jest mniejszą niż te nagrody. Nie skarżę się, ale nie dziwie się też, że nawet twardy elektorat PiS-u już tego nie wytrzymał.

A czy ten ruch Kaczyńskiego spowoduje, że słupki poparcia wzrosną?

Być może trochę tak. W biednym społeczeństwie takie populistyczne działania, jak oddawanie tych nagród na Caritas, plus zapowiedź obniżenia pensji posłom o 20 procent, mogą się spodobać. Niestety, ludzie są bardziej wrażliwi na punkcie dochodów niż demokracji.

A obniżanie pensji samorządowcom?

Dla mnie

obniżanie dochodów samorządowców to błąd, bo praca w samorządach jest konkretna, wymierna. Samorządowcy są dokładnie oceniani, bo widać efekty ich pracy. Tutaj ludzie kompetentni są na wagę złota, dlatego nie powinno się obniżać zarobków.

Czy obniżenie pensji posłom nie jest jednocześnie sprytnym uderzeniem w opozycję? Poseł zarabia 2 średnie krajowe.

Ludzie o wysokich kompetencjach zawodowych i z doświadczeniem politycznym, także międzynarodowym, którzy się wykazują, powinni zarabiać dobrze. Dwie średnie krajowe to nie są ogromne zarobki. Jednak według mnie lepszym sposobem byłoby zachęcenie ich do równoległej pracy i dopełnianie swojego budżetu normalną płacą. Wtedy byliby też lepiej poinformowani o tym, jakie są dziś wyzwania społeczne. W tej chwili zachowują się często poniżej poziomu, a nawet absurdalnie.

Zapomnieli, jak wygląda normalne życie?

Tak, bo praca posła nie jest zbyt wymagająca.

Większość z nich naciska tylko guziczek do głosowania i podnosi rękę, i to nawet nie codziennie. Dlatego mogliby spokojnie pracować. Praca poselska jest zaszczytem, wiąże się z prestiżem i można by ją traktować bardziej jak pracę społeczną.

Czy pani wicepremier Szydło powinna podać się do dymisji, albo należałoby ją zdymisjonować? Jeszcze niedawno krzyczała z mównicy, że nagrody były za ciężką pracę, że się należały, za co zresztą dostała owację na stojąco od polityków PiS.

Ona broniła tych nagród, mówiła, że ministrowie pracowali po 20 godzin na dobę, ale dla mnie ważniejsze są efekty tej pracy. Tymczasem Polska jest w fatalnej sytuacji międzynarodowej, nie reagowali, a wręcz przeciwnie, podnosili rękę i przyciskali guziczek, gdy niszczono demokrację, łącznie z prezydentem Dudą, który wszystko podpisywał, a więc myślę, że nie są na poziomie, który jest na miarę wyzwań, przed którymi stoi Polska, nie są też na miarę tak wysokich nagród.

A pieniądze z nagród powinny wrócić do budżetu, czy pójść na Caritasu?

Myślę, że

ruch z Caritasem jest sposobem na polepszenie relacji z Kościołem, o co zabiega Kaczyński.

On jest człowiekiem zdolnym, kompetentnym, choć przez tragedię smoleńską całkowicie „odjazdowym”, niemniej ja na jego miejscu zaczęłabym od sprawdzenia kompetencji tych ludzi przed najbliższymi wyborami.

Tylko że Kaczyński nie ma za bardzo na kogo ich wymienić. Wszyscy, którzy mieli własne zdanie, odeszli, zostali wyrzuceni lub zginęli w Smoleńsku.

Nie wiem, jak wygląda drugi szereg w PiS-ie, być może tak, natomiast znając wyzwania, jakie stoją przed Polską, powinno się szukać takich osób, które będą miały kompetencje, aby skutecznie działać i popchnąć politykę do przodu. Niestety,

niekompetentni dobierają sobie niekompetentnych.

Kazimierz Michał Ujazdowski, kiedyś w PiS, teraz kandydat na prezydenta Wrocławia PO. To dobry ruch Grzegorza Schetyny?

Z przykrością patrzę na te ataki na Ujazdowskiego, który studiował we Wrocławiu, zna wyzwania, jest przywiązany emocjonalnie do tego miasta. Myślę, że on jest świetnym kandydatem. Tak przyzwoity i świetny prawnik, jak Ujazdowski, znakomicie się do tej roli nadaje.

W sondażu IBRiS przeprowadzonym 4 kwietnia dla „Rzeczpospolitej” przewaga Prawa i Sprawiedliwości nad pozostałymi ugrupowaniami zmalała o 7,6 punktów procentowych w porównaniu z miesiącem poprzednim. Poparcie dla PiS jest obecnie niższe niż w wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Pozostałe partie zanotowały niewielkie wzrosty, z czego najwięcej zyskało SLD.

Podział mandatów w Sejmie

Gdyby wybory parlamentarne odbyły się dziś, PiS mógłby liczyć na 194 mandatów w Sejmie, Platforma – 135, SLD – 58, Kukiz’15 – 42, PSL – 20, a Nowoczesna – 10. By rządzić, PiS musiałby więc szukać koalicjantów. Jeśli zaś opozycja chciałaby sprawować władzę, musiałaby dążyć do stworzenia szerokiej koalicji.

Marcin Horała, poseł PiS z Gdyni, będzie ścigał Platformę Obywatelską. Zostanie przewodniczącym komisji śledczej ds. podatku VAT

„Projekt uchwały o powołaniu komisji śledczej ds. wyłudzeń VAT został złożony w Sejmie” – poinformował Horała w piątek na Twitterze. Komisja ma liczyć dziewięciu członków i zająć się tylko okresem od grudnia 2007 r. do listopada 2015 r., kiedy rządziła koalicja PO-PSL. To ma być polityczny lejtmotyw PiS na najbliższe miesiące.

Marcin Horała zaczynał od UPR

Horała ma 36 lat, jest politologiem z Gdyni. Wcześniej zdobył pewne doświadczenie w dziedzinie finansów. Karierę zawodową zaczynał w Eurobanku jako sprzedawca, opiekun klienta. Przeniósł się do Bałtyckiego Terminalu Kontenerowego w Gdyni, gdzie przeszedł drogę od ekspedytora do specjalisty zajmującego się projektami unijnymi i kierownika administracji.

Od kilku miesięcy regularnie pojawia się w mediach narodowych, gdzie prezentuje stanowisko swojej partii. Dostrzegł go prezes Kaczyński, dlatego został na Pomorzu pełnomocnikiem ds. wyborów samorządowych. Sam Horała ma kandydować na prezydenta Gdyni.

Wychowała go matka, radca prawny. Żyli skromnie, z ojcem kontaktów nie utrzymują. – Pasjami oglądałem bloki spotów wyborczych z lat 90. z jasnowidzami i bioenergoterapeutami. Gdy rozpoczynałem liceum w 1995 r., miałem już zdecydowane poglądy polityczne. Analizowałem programy partii i wyszło mi, że rację ma Korwin. Jego ogólna prawicowość, rozważania gospodarcze i zbiór poglądów były kuszące dla młodego człowieka. Z czasem się okazało, że to nie jest takie proste. W dniu moich 18. urodzin zapisałem się do Unii Polityki Realnej, tam szybko zrobiłem karierę. W wieku 21 lat byłem członkiem rady głównej partii, choć nie byłem osobistym zwolennikiem Korwina – mówił „Wyborczej”.

Z UPR odszedł w 2004 r. do PiS. Miejskim liderem partii w Gdyni był wtedy Zbigniew Kozak. Gdy wszedł do Sejmu, Horała został jednym z jego asystentów, a rok później radnym.

Poseł Horała dba o swoich ludzi

Był wiceprezesem założonego przez Dorotę Arciszewską-Mielewczyk (PiS) stowarzyszenia Powiernictwo Polskie. O Powiernictwie było głośno za sprawą spalenia kukły Eriki Steinbach przed gdańskim sądem i plakatu, w którym zestawiono ją z żołnierzem SS. Niemiecki sąd przyznał Steinbach 50 tys. euro za zniesławienie. Powiernictwo nie miało pieniędzy, by zapłacić karę, i zaprzestało działalności w 2013 r.

Horała posłem jest od 2015 r. i pokazał, że dba o politycznych podopiecznych. Jego asystenci Patryk Felmet i Michał Bełbot dostali posady w Enerdze i spółce zależnej od Zarządu Morskiego Portu Gdańsk. Ujawniliśmy, że działacze PiS z Gdyni opanowali rady nadzorcze spółek portowych. Szybko zostali jednak odwołani, gdy okazało się, że nie mają uprawnień do zasiadania w nich.

Wtedy Horała zaczął zabiegać o usunięcie zapisów, które od członków rad spółek portowych wymagały m.in. zdania egzaminu na członków rad nadzorczych. Wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz (PO) nazwał to „lex Horała”. Poseł PiS zarzekał się, że nie chodziło mu o przywileje dla znajomych, lecz o uporządkowanie przepisów i złagodzenie wymogów dla członków rad małych spółek.

Co to jest luka w VAT?

To różnica pomiędzy realnymi wpływami z podatku VAT a wpływami możliwymi do osiągnięcia. Wbrew narracji PiS luka to nie tylko oszustwa podatkowe, ale przede wszystkim szara strefa: remonty mieszkań na lewo czy zakupy bez paragonu. A także upadłości podatników czy ich błędy oraz niewydajność aparatu skarbowego.

Wszelkie szacunki luki w VAT są więc obarczone gigantycznym błędem. Według ekspertów firmy doradczej PwC w Polsce w 2016 r. wyniosła ona 2,9 proc. PKB, czyli ok. 52 mld zł. W ubiegłym roku było ponoć dużo lepiej – tylko 2 proc. PKB, czyli ok. 39 mld zł.

I tu pojawia się koronny argument PiS. Kiedy koalicja PO-PSL przejmowała władzę w 2007 r., luka wynosiła tylko 0,6 proc., a potem rosła, przebijając w 2012 r. 2 proc. PKB i osiągając 2,3 proc. Czy PO faktycznie zaniedbało sprawę VAT? I tak, i nie.

Rząd PO-PSL dostrzegł problem tak naprawdę dopiero po rezygnacji ministra finansów Jacka Rostowskiego (PO). Za jego czasów w resorcie niewiele w tym temacie się działo. Po części dlatego, że rząd zmagał się ze światowym kryzysem gospodarczym i walką z deficytem budżetowym.

Bo jeśli gospodarka jest w dobrej kondycji, szara strefa się kurczy, gdy w złej – rośnie. Naszej gospodarce sprzyja teraz koniunktura na świecie, ale kilka lat temu tak nie było. Na dodatek PiS sam za rządów PO-PSL nawoływał do poluzowania działalności skarbówki względem przedsiębiorców.

Luka ma również silny związek z dochodami na głowę – im wyższe, tym luka jest mniejsza. W kryzysie nasze dochody nie rosły, raczej pełzały.

PiS chwała za to, że rzeczywiście przeprowadził jedną z największych operacji uszczelniania systemu podatkowego po 1989 r. Zaczął ją jednak rząd PO-PSL, walcząc z przestępcami z branży stalowej czy elektronicznej, oraz firmując Jednolity Plik Kontrolny, który później uchwalił PiS. Minister finansów Mateusz Szczurek zostawił następcy z PiS Pawłowi Szałamasze pakiet ośmiu metod eliminowania wyłudzeń VAT. Opracowała je Rada Konsultacyjna Prawa Podatkowego złożona z 23 profesorów i doktorów prawa. Wśród pomysłów było składanie deklaracji VAT co miesiąc (zamiast kwartalnie) i walka z mafią paliwową – oba PiS wprowadził. A także centralny rejestr faktur i split payment (VAT przelewa się na rachunek pod kontrolą skarbówki, wejdzie w życie od lipca br.).

Obniżanie wynagrodzeń parlamentarzystom i samorządowcom jest według prezesa PiS wsłuchaniem się w głos ludu. „Vox populi, vox Dei” – powiedział, ogłaszając urbi et orbi swoją decyzję. Można by pomyśleć, że jak obniżać to wszystkim i wszystko. „Czy w imię „skromności” prezes PiS skoryguje swoje apanaże?”.

W związku z tym pojawił się temat wydatków na ochronę prezesa PiS. Pieniądze na ten cel pochodzą z subwencji z budżetu państwa, czyli od podatników, którzy się na ten budżet składają. Wieloosobowa ochrona Jarosława Kaczyńskiego kosztuje ponad 1,6 mln zł rocznie, czyli 135 tys. zł miesięcznie.

Jeśli komuś przez głowę przeszła myśl, że może prezes zrezygnuje z prywatnej ochrony, musi ją porzucić. Wszelkie wątpliwości rozwiała na Twitterze Beata Mazurek. – „Chronimy i będziemy chronić PJK.Potencjalny zamachowiec nie wybiera dni tygodnia.Tak jak nie wybierał Cyba, b. członek sojuszniczej dla .nowoczesnej PO, który „w zastępstwie” J. Kaczyńskiego zabił działacza PiS. Ile trzeba nikczemności żeby tego nie rozumieć?” [pisownia oryg.] – napisała rzeczniczka PiS. Mazurek chodziło o sytuację z października 2010 roku.

Pod wpisem rzeczniczki pojawiły się kąśliwe i ironiczne komentarze: – „Szkoda, że nie chronicie obywateli i doprowadzacie ich do aktów samospalenia. A JK możecie sobie chronić, ale fair byłoby ze składek członków PiS, a nie z subwencji z budżetu”; – „Chcecie prezesa bronić przed suwerenem? Why? Lud kocha swojego Naczelnika!”.

Wcześniej dziennikarz Tomasz Sekielski proponował: –„Jeśli Prezes czuje się zagrożony, niech skorzysta z ochrony rządowej SOP, a nie będzie wywalał nie swoich pieniędzy na prywatną ochronę. Skoro ma być skromniej, to niech będzie”. Owszem, będzie, ale nie dotyczy to – jak sam siebie ostatnio określił Kaczyński – „skromnego posła”.

Spanikowany Kaczyński pokazał jakim jest krętaczem. Superkrętacz

Jarosław Kaczyński miał rozważać dymisję Beaty Szydło z funkcji wicepremiera po aferze z nagrodami – podaje „Fakt”. Prezes miał być wściekły po tym, jak Szydło przekonywała w Sejmie, że ministrom „premie się należały”.

Ministrowie konstytucyjni i sekretarze stanu mają oddać przyznane przez Beatę Szydło nagrody na cele społeczne, do Caritasu. Oprócz tego PiS planuje wprowadzić ustawę obniżającą pensje posłom i senatorom o 20 proc. – takie informacje przedstawił w czwartek Jarosław Kaczyński na konferencji prasowej.

Ze wcześniejszej wypowiedzi rzeczniczki PiS wynika natomiast, że prezes PiS nie wiedział o nagrodach. Oboje podkreślali, że Kaczyński – wbrew temu, co pojawiło się w jego wywiadzie z serwisem wPolityce.pl – nie radził Szydło, by broniąc nagród w Sejmie „pokazała pazurki”. – O żadnych pazurkach nie mówiłem, natomiast, tak wiedziałem, że pani premier będzie w tej sprawie mówiła. Ale konkrety tej wypowiedzi – to była jej decyzja. Miała prawo się bronić i broniła się, społeczeństwo tego nie zaakceptowało. Przyjęliśmy to do wiadomości – tłumaczył.

Dymisja Beaty Szydło

Z informacji „Faktu” wynika, że prezes nie tylko namawiał Szydło do zaostrzenia kursu, ale wręcz był na nią tak zły, że jako jedną z opcji rozważał jej dymisję z funkcji wicepremiera.

Nasz rozmówca z PiS przyznał. że nawet jeśli PiS wyjdzie cało z kryzysu z nagrodami, Szydło już straciła wszystkie atrybuty, jakie miała jeszcze kilka tygodni temu

– czytamy w dzienniku. Informator „Faktu” powiedział również, że była premier powinna była w Sejmie „przeprosić i przyznać do błędu”. – Straciła szansę. Jedyną – mówi.

Lech Wałęsa skomentował słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat nagród dla polityków PiS.

Prof. Joanna Senyszyn skomentowała plan polityków PiS, aby przekazać swoje nagrody dla katolickiej fundacji Caritas.

Waldemar Mystkowski na ten bulwersujący temat też pisze.

Prezes PiS uderza przede wszystkim w opozycję, zmniejszając pensje parlamentarzystom oraz w samorządowców.

Jarosław Kaczyński zdecydował, iż za ujawnienie ogromnych nagród przyznanych ministrom i wiceministrom rządu PiS koszta w pierwszym rzędzie poniosą posłowie i senatorowie Platformy Obywatelskiej, bo prezes uznał, że o 20 proc. zmniejsza im pensje poselskie.

Wg prezesa, Krzysztof Brejza z PO musi czuć przy potylicy przystawioną lufę, gdy zapyta o nagrody dla ministrów, albo nie daj boże, ile kosztuje ochrona Kaczyńskiego. Grozi to dalszym obniżeniem pensji Brejzie i jego kolegom. Można też orzec, że prezes to „ludzki pan”, wszak zostawia 80 proc. uposażenia, a mógłby zabrać wszystko i powiedzieć: pieniądze nie są najważniejsze, warto pracować dla idei, a taką jest służba Polsce (tak przekonywał Stanisław Karczewski lekarzy rezydentów).

Parlamentarzyści opozycji zostali zatem ukarani, bo posłowie i senatorowie PiS odbiją sobie w rozlicznych synekurach, w radach nadzorczych państwowych spółek.

Dlaczego nie zostali pokarani ministrowie i wiceministrowie pisowskiego rządu? Bo choć nagrody muszą oddać, to Kaczyński nie zmniejszył im pensji o 20 proc., a to oni są winni, iż przyznawali sobie ogromne premie. I jakiej wysokości muszą oddać nagrody? Te, które zostały ujawnione, czy wszystkie nagrody, w tym jeszcze nieujawnione. Proces odtajniania dodatkowych apanaży był rozwojowy, nie wszystko dotarło do opinii publicznej.

Chyba już nikogo nie dziwi, że poinformował o tym szeregowy poseł, a nie premier rządu albo prezydent. Jak zatem zostanie prawnie usankcjonowana degradacja dochodów parlamentarzystów? Przez dekret prezydenta czy przez sejmową ustawę? Przy okazji można sobie wyobrazić wyrazy twarzy posłów, gdy będą procedować i głosować za zmniejszeniem swoich apanaży.

Czy dojdzie do paradoksalnej sytuacji, iż w MOPS-ach zjawią się politycy pokroju Gowina, który przyznawał, że mu nie starczało do pierwszego, do sytuacji godnej Barei, w której posłowie będą korzystać z socjału dla bezrobotnych, bo im nie starcza?

Piszę, że Kaczyński zarządził oddanie nagród przez rząd PiS, ale to nie jest prawdą w świetle jego słów: – „Ministrowie sami podjęli tę decyzję, dzisiaj było takie spotkanie. Nikt nie protestował”.

Co zatem z byłą premier Beatą Szydło, która w emocjonalnym sejmowym wystąpieniu stwierdziła, że „się należało”. Dostała od prezesa na taką mowę pozwolenie, aby „pokazać pazurki”. Prezes powiedział, że o pazurkach nie mówił. Czy to znaczy, że Beata Szydło zostanie zdymisjonowana z funkcji wicepremiera?

Zdaje się, że mamy takie wzmożenie taniego dziadowskiego państwa z powodu wewnętrznych sondaży, zleconych przez PiS po świątecznych rozmowach Polaków przy stole wielkanocnym. Słupki poparcia muszą wyglądać źle, skoro dochodzi do takich akrobacji prezesa z nagrodami.

„Ludzki pan” orzekł, aby przekazać premie na cele charytatywne dla Caritas, a nie Lux Veritatis, acz może jeszcze dojść do zmiany w kwestii stowarzyszenia i fundacji, której zwrot się należy, bo drugi naczelnik państwa Tadeusz Rydzyk nie wypowiedział jeszcze swojego zdania.

Dziennikarz nawiązał tym samym do zarządzenia posła Kaczyńskiego, który kazał ministrom rządu PiS oddać nagrody, które dała im była premier Szydło, a także zapowiedział, że obniży pensje posłom, senatorom i samorządowcom. Według Żakowskiego wczorajsza konferencja przewodniczącego PiS dotknęła tylko powierzchni głębokiego problemu, jaki PiS ma z czerpaniem profitów ze skarbu państwa.

– O tym pan prezes powinien poważnie pomyśleć, bo rzeczywiście przyciąga patologię, jak było widać po tym, jak kompletnie pani Szydło nie rozumiała co zrobiła, rozdając te gigantyczne nagrody, w tym sobie. Ale tu warto oddać sprawiedliwość premier Szydło: ona dostała najniższą z nagród, które przyznała. To jest takie minimum elegancji, które zostało zachowane, ale cała akcja jest poza granicą przyzwoitości – powiedział publicysta.

Koryto PiS

Żakowski zawrócił uwagę, że nagrody dla członków rządu PiS to tylko wierzchołek góry lodowej, bo działacze partyjni i ludzie w inny sposób związani z partią biorą pieniądze ze spółek skarbu państwa.

– Nie chodzi tylko o słynne nagrody, czy też o pensje, które dostają politycy. Chodzi też o różne inne rzeczy. Na przykład pani Kaja Godek dostała posadę w radzie nadzorczej wartą przeszło 4 tys. miesięcznie. Ciekaw jestem za co. Niby 4 tys. to nie jest fortuna, ale jednak. Można powiedzieć, że jest to z grubsza prawie tyle, co pani premier dała sobie nagrody z naszych. Ktoś dał też pani Godek – zauważył Żakowski.

– PiS mówił o odspawywaniu od koryta i zastanawiałem się, skąd taka brutalność języka. Otóż (bierze się – red.) z tego koryta. Chodziło o to, żeby odspawać innych i samemu włożyć to, co odpowiednie zwierzątko wsadza do koryta. Nie będę tej części ciała nazywał, żeby nikt się nie poczuł dotknięty, ale PiS zanurzył tę część ciała bardzo głęboko, w korytowej brei i ciągnie wszystkimi otworami aż się krztusi – podsumował publicysta.

Dziennikarka Gazety Wyborczej, Agnieszka Kubik, rozmawia dzisiaj z prof. dr hab. Jackiem Raciborskim, socjologiem, kierownikiem Zakładu Socjologii Polityki w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, autorem książki „Państwo w praktyce: style działania”.  Temat rozmowy dotyczy PiS i takiej polityki tej partii, która coraz mocniej podkopuje jej wiarygodność.

Na pierwszy ogień idą oczywiście nagrody dla ministrów i tutaj pan profesor dostrzega, że sytuacja w PiS-ie musi być bardzo zła, jeśli Jarosław Kaczyński nakazuje zwrócić nagrody, jakie otrzymali pracownicy rządu przez minione dwa lata. To już nie tylko kwestia wizerunku partii, spadających sondaży, ale fala populizmu, którą PiS „wzniecił i od niej ginie”.

Jak mówi Jacek Raciborski, „Nie chodzi tylko o nagrody. To dużo wcześniejszy przekaz o łże-elitach czy ośmiorniczkach za PO. To był przekaz antyelitarny, nawet gdy te elity rozumie się bardzo szeroko jako elity zawodowe. Radykalny populizm PiS uprawiał od kilku lat i był to ważny element kampanii wyborczej 2015 r”. Dodajmy do tego przejęcie przez tę partię wszystkich urzędów i agencji, wymianę prawie całej kadry kierowniczej, utworzenie ponad tysiąc wyższych stanowisk kierowniczych w administracji rządowej, rozmontowanie mechanizmów rekrutacji do służby cywilnej. Profesor podkreśla, że „ten kontekst dotychczas był społecznie nieczynny, jakby ignorowany. Teraz stał się aktywny i uczestniczy w definiowaniu sytuacji politycznej i w ocenach obozu władzy”, ale teraz sytuacja się zmieniła, stała się społecznie znacznie ważniejsza.

Według profesora, to nie te nagrody są tą rzeczą, o które można byłoby mieć pretensje do PiS. To przede wszystkim droższe co najmniej o 400 tys. zł wybory samorządowe, koszty związane z reformą edukacji. To fakt, że klasie ludowej się poprawiło, ale jakże inaczej wygląda sytuacja finansowa w klasie średniej – „konfrontacja zarobków urzędniczych wynoszących 2 tys. na rękę z nagrodami dla ministrów wypada niekorzystnie dla władzy”.

W literaturze socjologicznej taka sytuacja jest opisywana jako bardzo niebezpieczna dla stabilności. Bo do rewolucji dochodzi nie wtedy, kiedy ludziom się pogarsza, tylko kiedy ludziom się zaczyna poprawiać zbyt wolno w stosunku do oczekiwań – mówi profesor i trudno nie przyznać mu racji.

Nie można też dziwić się, że do wyobraźni wyborcy bardziej docierają informacje o wysokości nagród niż np. zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego. Słusznie zauważa Jacek Raciborski, że łatwo taką postawę wyjaśnić. „Klasy średnie i ludowe są mało wrażliwe na kwestie symboliczne, a także te dotyczące demokracji. Ale są wrażliwe na pewne reguły sprawiedliwości, istnieją potoczne wyobrażenia o sprawiedliwych wynagrodzeniach.

Tymi nagrodami PiS naruszył zasadę jawności, tak ważną w życiu publicznym. Pokazał też, że obiecywana sanacja moralna to fikcja. Nie wyciągnął żadnej nauki z afery z Misiewiczem, choć już wtedy, po raz pierwszy, miała miejsce pierwsza reakcja opinii publicznej na arogancję i nepotyzm. Dzisiaj profesor widzi „zamieszanie, niespójność, brak konsekwencji w obozie władzy. Ta sprawa – jak to często bywa, relatywnie niezbyt dużej rangi – okazuje się politycznym granatem czy nawet bombą. Żądanie zwrotu legalnie przyznanych premii, od których już zapłacono podatek, to jest coś wyjątkowego”. Uważa, że błędem było przyznanie tak wysokich nagród, ale równocześnie błędem jest nakaz ich oddania, bo „to jest reakcja pełna paniki. Dotychczasowa polityka PiS przysporzyła wielu dramatycznych problemów. PiS winien wykonać zwrot, ale przemyślany i uporządkowany, konieczne jest jakieś całościowe uporządkowanie sytuacji, uwzględniające sprawę reformy sądownictwa, sprawę IPN, a także płac w sferze budżetowej”.

PiS znalazło się w trudnej sytuacji. Czy ich wyborcy z klasy średniej, którzy najwięcej stracili do tej pory na rządach swojej partii, nadal będą wiernie stać u jej boku? Czas pokaże…

Tamara Olszewska

Anna Sobecka, posłanka PiS, a kiedyś spikerka Radia Maryja, postanowiła stanąć w obronie najlepszego biznesmena wśród redemptorystów. Poszło o mobilny billboard PO, z którego wynika, że Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln zł dotacji. Kwota ta pochodzi ze strony dlugwdziecznosci.pl, której współtwórcą jest szef klubu PO Sławomir Neumann.

Czyżby – parafrazując przysłowie – po celnym uderzeniu, odezwały się nożyce? Posłanka Sobecka wysłała pismo do Zbigniewa Ziobry, występującego w tym przypadku w roli prokuratura generalnego. Kolega posłanki PiS z tzw. Zjednoczonej Prawicy ma sprawdzić, czy jeżdżący po ulicach Torunia billboard nie narusza dobrego imienia Tadeusza Rydzyka.

Sobecka uważa, że zakonnik został pomówiony za to, że wykonuje działalność publiczną. – „Z zapisów ustawowych Kodeksu Postępowania Karnego wynika, że w szczególnych wypadkach, jeżeli przemawia za tym interes społeczny, Prokuratura może i powinna objąć taki czyn ściganiem z urzędu. Kierując się właśnie dobrem społecznym polegającym na niedopuszczalności podważania zaufania do osoby duchownej tak zasłużonej, proszę Pana Prokuratora Generalnego o ściganie tej sprawy z urzędu” – napisała do Ziobry Anna Sobecka.

Drugim pismem, które sporządziła, było oświadczenie, w którym działania Platformy nazywa skandalicznymi, oszczerczymi i zarzuciła jej politykom posługiwanie się insynuacjami. – „Użyty zwrot „Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln dotacji” jednoznacznie sugeruje, iż jest on w posiadaniu ogromnych środków finansowych. Tymczasem Ojciec dr Tadeusz Rydzyk wielokrotnie podkreślał, że dzieła, którymi kieruje, są własnością Warszawskiej Prowincji Ojców Redemptorystów, a środki przyznane fundacji Lux Veritatis nie są jego osobistym majątkiem” – napisała Sobecka. Bardziej pokrętnego tłumaczenia próżno by szukać.

Ale przecież – jak wcześniej stwierdził kolega partyjny Sobeckiej Andrzej Jaworski – trzeba bronić toruńskiego duchownego, który oddał „dla naszej ojczyzny całe swoje życie”. No – to już wszystko jasne!

Kaczyński, wzór nowego komucha. Jak ten lewus mógł zawłaszczyć Polskę?

Europejskie wydanie gazety POLITICO umieściło na swojej pierwszej stronie Jarosława Kaczyńskiego wspólnie z Victorem Orbanem.

Wypowiedź roku:

❗️ uwielbia żyć na koszt podatnika. To dowód też na to, jak oderwany od normalnego życia jest J. Człowiek decyduje o losach 38 mln ludzi, odgradza się od nich kordonem policji, a wydatki ponosi suweren –

W karierze Żebrowskiemu pomaga Andrzej Jaworski, były lider PiS w Gdańsku, a także europosłanka Anna Fotyga (61 l.). Żebrowski jest jej asystentem. Oprócz pracy w jej biurze, był też zatrudniony w Pomorskim Hurtowym Centrum Rolno-Spożywczym, gdzie był pełnomocnikiem ds. rozwoju. Zarobki? Bajońskie! Z europarlamentu na jego konto w 2016 r. wpłynęło 57 tys. zł, z PHCRS – 100 tys. zł, a z sejmiku – 27 tys. zł. Ale to nie wszystko.

– Jaworski pomógł mu ulokować się w Polskim Cukrze, gdzie sam jest członkiem zarządu – mówi informator z PiS. Dla Żebrowskiego trzeba było wymyślić specjalne stanowisko. – Został ekspertem od zaopatrzenia w Malborku, choć całe lata w tym oddziale takie stanowisko nie było nikomu potrzebne – mówią pracownicy Polskiego Cukru i dodają, że doświadczenie Żebrowskiego w tej branży jest zerowe.

Gdy „Fakt” pytał, kto załatwił mu fuchę, Żebrowski odpowiada wymijająco i prosi o wysłanie pytań. Do dziś żadna odpowiedź nie nadeszła. Spółka odmawia podania informacji, ile zarabia, ale zdaniem informatorów może to być nawet 100 tys. zł rocznie.

Po ulicach wielu miejscowości w całej Polsce jeździ od wczoraj Konwój Wstydu. Na mobilnych billboardach pokazane są wizerunki około 50 polityków partii rządzącej. Przy każdym nazwisku widnieje kwota premii, którą pobrała dana osoba, np. „Patryk Jaki wziął 32 tys. zł” czy „Beata Szydło sama sobie przyznała 65 tys. zł”.

Z kolei na Facebooku można przeglądać Polską Listę Wstydu, z podtytułem „Ministrowie w rządzie PiS wzięli 1,4 mln zł”. Co kwadrans pojawiają się tam nazwiska polityków PiS, którzy otrzymali wysokie premie, ale także ludzi, którzy dzięki tej partii objęli stanowiska w spółkach skarbu państwa.

Znaleźć tam można między innymi byłego prezesa Orlenu: „Wojciech Jasiński zarobił niemal 2 mln zł!” czy „Małgorzata Sadurska zarobiła w PZU 421 tys. zł!”. Na liście nie mogło zabraknąć najsłynniejszego polskiego redemptorysty „Tadeusz Rydzyk wziął dotacji 94 mln zł!”.

Każda z grafik zawiera cytat – a jakże! – z Beaty Szydło: – „Te pieniądze im się po prostu należały”…

Wiadomo.co publikuje tekst o syndromie zbawcy.

LECH, TADEUSZ I CZŁOWIEK ZNIKĄD

Zapomniany, wstydliwy epizod sprzed blisko 28 laty – wybory prezydenckie w pierwszym roku po upadku Peerelu. Wszyscy są przekonani, że wyścig do Belwederu rozstrzygnie się między dwoma tuzami polskiej polityki.

Jednym jest Lech Wałęsa, cieszący się wówczas niekwestionowaną sławą pogromcy komunizmu. Drugim – Tadeusz Mazowiecki, od sierpnia 1989 roku premier pierwszego niekomunistycznego rządu, człowiek bliski Kościołowi, od lat zaangażowany w działalność antykomunistyczną, jeden z najważniejszych doradców „Solidarności”. Ale Polacy odrzucają Mazowieckiego, a rozstrzygającą walkę Wałęsa musi stoczyć ze Stanem Tymińskim.

Kontrkandydat najbardziej znanego Polaka na świecie, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, to człowiek znikąd. W jego pokrętnym życiorysie jest pobyt w Peru i informatyczna firma w Kanadzie. Ale jest człowiekiem z mitycznego Zachodu, uosobieniem wielkiego sukcesu w kapitalistycznym świecie. Wówczas, bo dzisiaj ten sukces wygląda już lichutko. Spędziłem wówczas, jako młody reporter tygodnika „Wprost”, kilka dni w towarzystwie Tymińskiego, obserwując jego kampanię wyborczą. Jeździłem z nim samochodem, jadłem posiłki, słuchałem jego opowieści o „prawdziwym kapitalizmie”, recept dla Polski, a wreszcie przeczytałem jego książkę Święte psy. Bełkot. Nieustanny i nużący. Ten człowiek nie miał Polakom nic do zaproponowania. A jednak w drugiej turze wyborów prezydenckich oddało na niego głos ponad 3,6 miliona Polaków, blisko 26 procent biorących udział w głosowaniu!

Dla Polaków, zmęczonych dziesięcioleciem permanentnego kryzysu epoki Wojciecha Jaruzelskiego i mozolnym przestawianiem zwrotnicy dziejów w latach 1989‒1990, Stan Tymiński stał się w 1990 roku ucieleśnieniem Zachodu. Obietnicą, że ten mityczny Zachód można błyskawicznie dogonić, bez konieczności przechodzenia ciernistej drogi od purnonsensowego systemu socjalistyczno-wojskowej dyktatury do mlekiem i miodem płynącego kapitalizmu. Ten nowy wódz miał nas do tego doprowadzić, ostrożnie stąpając na białym koniu po grząskim gruncie wydobywającego się z niebytu państwa. Niemal jedna trzecia świadomych Polaków w to wierzyła i była gotowa powierzyć stery rządów blisko 38-milionowego narodu człowiekowi, o którym niemal nic nie wiedziała!

OD CESARZA NAPOLEONA DO GENERAŁA ANDERSA

Nie był to jednak przypadek odosobniony. Przykładów podobnej desperacji, podobnego zawierzenia polskich losów wbrew zdrowemu rozsądkowi jest w polskiej historii dużo więcej. Za dużo.

Zbyt często wybieraliśmy sobie wodzów na białym rumaku nie według zimnej kalkulacji, ale z porywu serca. Na początku XIX wieku tym marzeniom odpowiadał Napoleon Bonaparte. Był pogromcą cesarzy rosyjskiego i austriackiego oraz króla Prus, a na dodatek wydawał się kontynuatorem rewolucji francuskiej, ta zaś była ucieleśnieniem polskich marzeń o braterstwie i równości. Nie do końca było to zgodne z prawdą i intencjami Napoleona I, ale my nie lubimy oglądać rzeczywistości „mędrca szkiełkiem i okiem”. Napoleon miał nam dać wolność i niezależność z czystej sympatii i z powodu polskiej miłości do Francji, bo zapomnieliśmy – lub nie wiedzieliśmy – że jest on zimnym, wyrachowanym graczem politycznym, który konsekwentnie i z determinacją realizuje interes Cesarstwa. I swój. Poniewczasie okazało się, że „mały kapral” bardziej jest zainteresowany wdziękami Marii Walewskiej (też zresztą krótko) niż Polską. Na dodatek, choć Polacy uważali go za niezwyciężonego, i on w końcu musiał uznać wyższość antyfrancuskiej koalicji. Jeszcze raz okazało się, że niezwyciężonych wodzów na świecie jak na lekarstwo.

Ten brak politycznego rozeznania, to myślenie sercem, a nie rozumem, ten brak zimnej kalkulacji, nadzieje, że tym razem to już na pewno, będzie nam towarzyszyło niemal nieustannie. Tak będzie w sierpniu 1944 roku, gdy władze Polski Podziemnej podejmą decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego; gdy Stanisław Mikołajczyk będzie negocjował ze Stalinem kształt i ustrój przyszłej Polski, wierząc w bezwarunkowe poparcie Zachodu dla budowy demokratycznego kraju u granic totalitarnej satrapii. A gdy te negocjacje zakończą się totalną klęską, gdy Kreml obsadzi Warszawę całkowicie sobie powolnymi komunistycznymi funkcjonariuszami, Polacy będą marzyć i modlić się do generała Władysława Andersa. Będą wierzyć, że Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, opromieniony zwycięstwem pod Monte Cassino, zdoła przekonać Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią – liżące rany po największej w dziejach ludzkości wojnie i zażywających największego w swojej historii boomu ekonomicznego – do rozpoczęcia kolejnego, grożącego niewyobrażalnymi zniszczeniami (od 1949 roku Związek Sowiecki dysponuje bronią atomową, od 1952 bombą termojądrową) konfliktu. W imię czego?

Odpowiedź na to pytanie wymagałaby racjonalności, a na to stać było tylko nielicznych. Dziś chodzą po mieście słuchy, jakoby Stalin był umierający na anginę pectoris i na uremię. Także pogłoski o gromadzeniu jakoby wielkiej ilości sprzętu przez Anglosasów na linii demarkacyjnej w okupacji niemieckiej, i to sprzętu pomalowanego na biało [chodziło o maskowanie na ogarniętych zimą terenach ZSRR] – zanotowała w swoim Dzienniku 30 listopada 1945 roku Maria Dąbrowska. – Nie przypisuję tym pogłoskom większego znaczenia niż tysiącom innych, co kursowały w ciągu ostatnich sześciu lat, nigdy się nie sprawdzając. Gdyby Stalin istotnie umarł, a na jego miejsce przyszedł Mołotow, mogłoby to mieć dla Polski dzisiejszej najopłakańsze skutki. Jeśli Stalin jako Gruzin mógł mieć jakieś resztki uznania autonomii narodów, to Mołotow jest tylko nacjonalistą i imperialistą rosyjskim. W tym czasie większość Polaków uważała, że śmierć Generalissimusa położy kres istnieniu sowieckiego imperium, a już na pewno nie chciała wierzyć, że wojna z Moskwą w obronie Polski nikogo nie interesuje. Dąbrowska zresztą też wykazała się w odniesieniu do Stalina niemałą naiwnością, choć wielkoruskie poglądy Mołotowa rozpoznała idealnie.

PAPIEŻ I TRZĘSĄCE SIĘ NOGI JARUZELSKIEGO

Kilka dziesięcioleci później wodza na białym koniu widziano w Karolu Wojtyle. To on miał nam – jak pisano na transparentach podczas pielgrzymek papieża do Polski – dać wolną ojczyznę. Wolną, sprawiedliwą i piękną. Z jakąż satysfakcją patrzyliśmy na spotkanie Jana Pawła II z generałem Wojciechem Jaruzelskim na Wawelu w 1983 roku, gdy na ekranach telewizorów wyraźnie było widać, jak dyktatorowi w ciemnych okularach trzęsą się nogi, i słychać, jak łamie mu się głos. Już wcześniej wiele wskazywało, że ten odziany w białe szaty wódz wreszcie okaże się wodzem skutecznym – kilka miesięcy po pierwszej wizycie w Polsce niedawnego krakowskiego arcybiskupa, wybuchł Sierpień. A wraz z nim legenda Wałęsy. Nowy wódz dobrze pasował do zgrzebnej, robociarskiej Polski, zamiast na białym koniu ruszył gromić komunizm wózkiem akumulatorowym. A co ważniejsze, nie otaczała go już tylko garstka podobnych mu straceńców, bo legitymację „Solidarności” nosiło 10 milionów Polaków.

To w naszych dziejach, wbrew legendzie, którą lubimy się karmić – a w ostatnich dwóch latach karmią nas tą legendą już bez żadnej miary – ewenement. Z reguły wódz na białym koniu miał załatwić wszystko sam, jedynie z nieliczną garstką współpracujących z nim straceńców. Krzyczeli, żeśmy stumanieni / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc! / Laliśmy krew osamotnieni – śpiewali legioniści Piłsudskiego. Gorzko, ale prawdziwie. Tę samotność legionistów potwierdzają liczby. W szczytowym momencie Józef Piłsudski zdołał pod swoją komendą zgromadzić niespełna 20 tysięcy osób. Znikoma grupa, właściwie garstka ludzi. Dla porównania – podczas I wojny światowej pod broń powołano ponad 70 milionów żołnierzy. W armii francuskiej służył co piąty obywatel Francji, w austro-węgierskiej 15 procent, w niemieckiej ponad 13 procent, a w rosyjskiej blisko 10 procent populacji. Oczywiście, oni mieli swoje państwa z całym ich aparatem, ale Polacy, wbrew stworzonej po 1918 roku legendzie, wcale się do walki o niepodległość nie garnęli. Dwadzieścia tysięcy Polaków walczących o niepodległość?! Toż to wielkość kompromitująca. To tak marzyliśmy o niepodległości? Ledwie dwadzieścia tysięcy osób było gotowych bić się za tę wyśnioną, Najjaśniejszą Rzeczpospolitą? To tak zachowują się potomkowie zwycięzców spod Grunwaldu, Kircholmu i Wiednia?

Nie bez przyczyny jedna ze zwrotek pieśni My Pierwsza Brygada brzmi: Nie chcemy dziś od was uznania / Ni waszych mów, ni waszych łez / Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies (w wersji pierwotnej kończyła się brutalnie: …jebał was pies). Bo pieniędzmi, niezbędnymi do prowadzenia walki o niepodległość, Polacy też wówczas dzielili się niechętnie. Nigdy zresztą nie robiliśmy tego zbyt chętnie. Gdy w 1933 roku władze ogłosiły zbiórkę pieniędzy na Fundusz Obrony Morskiej, z którego miano sfinansować budowę okrętów wojennych, przez jedenaście miesięcy zebrano 2 mln 644 tys. zł. Drugą Rzeczpospolitą zamieszkiwało wówczas blisko 35 milionów obywateli, co oznacza, że statystyczny obywatel kraju dał na ten szczytny cel 0,07 złotych. Dla porównania – w 2017 roku na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy statystyczny Polak dał 3 zł, blisko 43 razy więcej!

POCZEKAMY, AŻ NAS WYZWOLICIE

Nigdy zresztą zaangażowanie Polaków w odzyskanie niepodległości – wbrew temu co o sobie myślimy – nie było oszałamiające. Legiony Henryka Dąbrowskiego liczyły w 1795 roku ledwie 15 tysięcy żołnierzy, choć Polaków było wówczas ponad 4 miliony. Można to tłumaczyć odległością, Dąbrowski sformował swoją armię we Włoszech. Bardziej adekwatnym przykładem może być natomiast Powstanie Styczniowe, w którym walczyło ledwie 30 tysięcy bojowników, podczas gdy armia rosyjska dysponowała ponadsześciokrotnie większymi siłami. Peerelowskie społeczeństwo komunizmu nie kochało, ale kontestowało go z dużą ostrożnością, skoro w działalność wymierzoną we władzę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zaangażowany był niewielki odsetek obywateli. Gierkowski minister spraw wewnętrznych, generał Stanisław Kowalczyk, mówił w 1980 roku, że Służba Bezpieczeństwa jest w stanie nakryć całą opozycję czapkami. Przechwałki komunistycznego aparatczyka wcale nie były tak bardzo dalekie od prawdy, jak się dzisiaj wydaje. W 1981 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, licząca blisko 10 milionów osób „Solidarność” – zgodnie zresztą z rachubami Wojciecha Jaruzelskiego – błyskawicznie się rozpierzchła, a walkę o obalenie komuny kontynuowało ledwie kilka tysięcy osób. Reszta wolała ten czas przespać pod mamusiną kołdrą, ograniczając się do demonstrowania swojej opozycyjności na imieninach u szwagra. Nawet w 1989 roku, gdy Peerel był już tylko przegniłą wydmuszką, ponad 37 procent wyborców nie poszło do urn. Głosowanie nie było aktem wielkiej odwagi, ale ponad jedna trzecia Polaków wolała poczekać, aż jakiś kolejny wódz na białym koniu zdecyduje za nich i za nich urządzi tę Polskę ich marzeń. Niewielu wówczas chciało już, aby ludowa Polska, jak to określiła Maria Dąbrowska, ten fantom, który gdy Rosja gwizdnie, to sam się posłusznie zlikwiduje, nadal trwał, ale niewiele więcej było takich, którzy mieli odwagę, wówczas już nie nazbyt wielką, przyłożyć do tego rękę.

Myślenie Polaków o własnej historii jest myśleniem magicznym. Pięknym, przepełnionym legendami, ale nieprawdziwym. Baśniowym. Nie w tym jednak tkwi największy z naszych grzechów. Ten tkwi w bierności. W przekonaniu, że wszystko za nas załatwią inni. A jeszcze później tych bohaterów, wodzów na białym koniu, gdy już wypełnią swoje zadanie, my poddamy bezkompromisowemu osądowi, oskarżając o agenturalność, dyktatorskie zapędy, niezliczone błędy. To nie jest tylko przypadek Lecha Wałęsy. To również przypadek Józefa Piłsudskiego. Utracona miłość narodu smakuje w Polsce wyjątkowo gorzko.

SEKRETARZ I, ALE WŁADYSŁAW V

Jednak mimo miłości do wodzów na białym koniu, mimo całego romantyzmu targającego polskim sercem, potrafimy czasem wznieść się na wyżyny racjonalności. Kwintesencją takiego zachowania był rok 1956. Przez jedenaście lat po wojnie nadzieja na przyjazd Andersa – a więc na wojnę Zachodu ze Związkiem Sowieckim – wreszcie się wypaliła. Co więcej, wypaliła się także wiara w to, że Polska szybko może się wyzwolić spod sowieckiej dominacji. W 1956 Polacy zrozumieli, że to zwyczajnie nierealne. Marzenia o suwerenności zastąpiło myślenie o Polsce urządzonej na nowo, bez sowieckiego imprimatur na każdej decyzji. Polacy zaakceptowali – bo nie oni przecież podjęli decyzję – myśl o zawierzeniu swoich losów już nie wodzowi na białym koniu, ale raczej na szarym ośle, który podążał do celu dość konsekwentnie, lecz powoli. Oddali w Październiku ’56 swój los Władysławowi Gomułce, jednemu z niedawnych przywódców niedawnej Polskiej Partii Robotniczej, odpowiedzialnemu za instalowanie nad Wisłą sowieckiego socjalizmu. Doskonale to pamiętali, ale zminimalizowali swoje oczekiwania.

Wystarczyło im, że przez jakiś czas „Wiesław” przesiedział w stalinowskim więzieniu, że okupację spędził w Polsce, a nie w Moskwie, że pozytywnie ocenił robotniczy protest w Poznaniu. Nadzieje związane z Gomułką były mocno przesadzone, też okraszone romantyzmem, ale okazały się, jak na ówczesne warunki geopolityczne, racjonalne. Naród nie miał wielkich złudzeń. NKWD i jego filie odwróciły tylko swoją skórzaną kurtkę baranią wełną na wierzch – zanotowała Maria Dąbrowska we wrześniu 1956 roku. Mimo to Gomułce uwierzono, a nawet, na krótko, pokochano go. Na słynnym wiecu na Placu Defilad w Warszawie, 24 października 1956 roku zgromadziło się 300‒400 tysięcy osób, więcej niż kiedykolwiek słuchało na żywo jakiegokolwiek polskiego polityka, marszałka Józefa Piłsudskiego nie wyłączając.

Gdy nowy szef partii szykował się do wyjazdu do Moskwy, na Rakowieckiej, pod siedzibą MSW i UB zbierały się tłumy żądające skutecznej ochrony I sekretarza KC PZPR, a gdy wracał, ludzie zatrzymywali pociąg, którym podróżował. Gazetowe sprawozdania z powrotu Gomułki z Moskwy pełne są opisów wiwatujących tłumów i społecznego entuzjazmu nie widzianego nad Wisłą przynajmniej od zakończenia II wojny światowej. W Terespolu, na granicy polsko-sowieckiej, I sekretarza witało kilkaset osób. Były kwiaty, łzy, było „Sto lat” i przemówienie bohatera uroczystości. Później Gomułka musiał jeszcze przemawiać w Białej Podlaskiej, gdzie powitano go wielkim bochnem chleba i solą, oraz w Międzyrzeczu koło Supraśla, gdzie mieszkańcy wymuszają zatrzymanie pociągu. Osiągnęliśmy wszystkie nasze słuszne postulaty – zapewnił Gomułka. Wreszcie pociąg specjalny dotarł do Warszawy. W ciągu czterech dni naszego pobytu w Moskwie, spotkań i rozmów z towarzyszami radzieckimi, uregulowane zostały wszystkie sprawy, które nagromadziły się w ciągu lat– mówi szef partii do kilkuset zgromadzonych na dworcu osób. Rozlegają się oklaski i znów tradycyjne „Sto lat”. To był autentyczny entuzjazm. Nawet księża nazywali nowego I sekretarza KC PZPR „Władysławem V”.

SZCZYPTA RACJONALNEGO MYŚLENIA

Gomułka pokładanych w nim nadziei nie spełnił. Nawet jeśli niektórzy widzieli w nim wodza, który na białym koniu wyprowadzi Polskę z sowieckiego obozu, to tylko nieliczni i na krótko. Ale jednego nie sposób mu odmówić – powstrzymał sowiecką interwencję. Nikita Chruszczow miał zamiar wysłać wówczas na Polskę dywizje Armii Czerwonej, podobnie, jak uczynił to na Węgrzech. Miał, patrząc z Kremla, powody, by dokonać nad Wisłą krwawej łaźni. Gomułka potrafił te zakusy następcy Stalina spacyfikować, m.in. wykorzystując narastający konflikt Chruszczowa z Mao Zedongiem. Choć główne zasługi na tym polu należą się poprzednikowi „Wiesława”, twardemu staliniście Edwardowi Ochabowi. Ważniejsze jest jednak co innego – mimo całego rozedrgania, wielkich emocji oraz nadziei – Polacy potrafili zapanować nad emocjami. Gdyby było inaczej, zamiast wodza na białym koniu Bug przekroczyłby wódz na koniu czerwonym.

Dowodu dostarcza historia Węgier w 1956 roku. Biograf Mao Zedonga twierdzi, że początkowo przywódca Komunistycznej Partii Chin ostrzegał Kreml, aby nie interweniował nad Dunajem. Zmienił zdanie, gdy do Pekinu doszły słuchy o linczach na funkcjonariuszach budapeszteńskiej bezpieki AVH. To oznaczało przekroczenie czerwonej linii. W Polsce antysowieckich demonstracji było niewiele. Największą, która mogła dać pretekst do czerwonej inwazji, był pochód sformowany po wiecu na Placu Defilad. Tłum ludzi, mniej zresztą liczny niż można się było spodziewać, ruszył pod Ambasadę Związku Sowieckiego, ale powstrzymali go robotnicy z Żerania.

Roztropnością cechowali się też strajkujący w sierpniu 1980 roku. W kolejnych miesiącach było już gorzej. Wyjątkiem był marzec 1981 roku i wydarzenia w Bydgoszczy, które, jak się wydaje, były prowokacją mającą doprowadzić do sowieckiej inwazji. Jej rozpędzoną już machinę zatrzymał Lech Wałęsa, podpisując – wbrew większości władz „Solidarności” – porozumienie z wicepremierem Mieczysławem F. Rakowskim. Przy okazji mocno nadszarpnął swój wizerunek, bo Polacy kochają raczej przywódców z gorącą głową, do nieprzytomności odważnych nie zaś zimno kalkulujących, co przynajmniej u niektórych oznacza „wchodzących w układy z przeciwnikiem”.

KIEDY SILNY PRZYWÓDCA JEST POTRZEBNY…

Polacy kochają wodzów, silnych przywódców, którzy wskazują im drogę do wyznaczonego celu. To na nich ogniskujemy naszą uwagę, naszą wiarę w lepszą przyszłość, w nich pokładamy nadzieję. A później, nieodmiennie, doznajemy rozczarowań. Więc czy silni przywódcy naprawdę są we współczesnej demokracji potrzebni? Bez wątpienia są potrzebni w chwilach tragicznych, podczas wojen. Bez przywódcy cały społeczny wysiłek pozostaje rozproszony i przez to nieskuteczny. Przywódca nadaje kierunek, inspiruje i wyznacza cele. Przywódca potrafi zawładnąć wyobraźnią dużych grup i „powieść na barykady”. Czy w 1940 roku brytyjskie samoloty obroniłyby Londyn przed nawałnicą Luftwaffe, gdyby nie Winston Churchill? Czy to nie za sprawą Charles’a de Gaulle’a Francja w 1945 roku dołączyła do wąskiego grona zwycięskich mocarstw? Czy to nie determinacji oraz sprytowi Józefa Stalina – i jego bezwzględności – sowiecka Rosja zawdzięczała zwycięstwo pod Stalingradem, na Łuku Kurskim i zdobycie Berlina, a później podporządkowanie sobie połowy Europy i awans do globalnej superligi? Ale czy owi silni przywódcy są potrzebni na co dzień, w normalnym demokratycznym kraju?

Silny przywódca zawsze ogranicza demokrację, zawsze bowiem uważa, że cel, który wyznaczył, jest najlepiej wybrany, więcej – jedyny możliwy. Czy po roku 1920, po odparciu bolszewickiej inwazji, Polska byłaby słabszym krajem, gdyby nie było marszałka Piłsudskiego? Czy po 1945 roku Francja nie stałaby się jednym z najważniejszych krajów Europy, gdyby w Pałacu Elizejskim nie zasiadał Charles de Gaulle? Czy dzisiejsza Polska nie byłaby lepszym państwem, nawet gdyby władzę nadal sprawowało Prawo i Sprawiedliwość, ale będące partią demokratyczną, pozbawioną bezwzględnego przywództwa Jarosława Kaczyńskiego? Od upadku de Gaulle’a Francja miała raczej słabych przywódców i rozwija się znakomicie. Tak samo było w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii po Franco, we Włoszech, w Szwajcarii, Szwecji, Danii, Norwegii i Finlandii. Lista jest długa. Dotyczy nawet krajów Europy Środkowej – choćby Czech i Słowacji – gdzie przywiązanie do autorytarnej formy rządów jest jednak większe niż w Europie Zachodniej.

… A KIEDY WRĘCZ PRZECIWNIE?

Odwróćmy pytanie – czy na pewno Rosja byłaby dzisiaj gorszym krajem, gdyby dyktatorskiej władzy na Kremlu nie sprawował Władimir Putin? Czy Stany Zjednoczone były gorszym państwem, gdy w Białym Domu zasiadał Bill Clinton lub Barack Obama, czy gorszym jest dzisiaj, gdy jego lokatorem jest Donald Trump ze swoją ambicją – na szczęście skutecznie hamowaną przez panujący w USA system polityczny – do decydowania o wszystkim i wszystkich? To pytanie dotyczy także skuteczności rządzenia: przez cały pierwszy rok swojej prezydentury Trumpowi udało się przepchnąć jedną jedyną reformę – systemu podatkowego. Co więcej, choć na przykład Obamę oskarżano o słabość i niezdecydowanie, to amerykańskie przywództwo na świecie było za jego dwukrotnej prezydentury silniejsze niż dzisiaj, gdy stery rządów sprawuje człowiek kreujący się na silnego przywódcę.

Silni przywódcy, owi wodzowie na białych koniach, zawsze modelują rzeczywistość na własną modłę. I zawsze, w ostateczności, nadgryzają demokrację, idąc na skróty. Im dłużej rządzą, tym bardziej. Przykładami są de Gaulle, Margaret Thatcher, Helmut Kohl, który pogrążył Niemcy w wielkiej, do dziś nie całkiem wyjaśnionej aferze korupcyjnej. Silne przywództwo jeśli nie zawsze, to na pewno z reguły, staje się po pewnym czasie przekleństwem. Bo jego apologeci odsuwają na bok procedury, a przepisy naginają do swoich potrzeb i nieustannie rosnących ambicji.

Co gorsza – i to jest największy grzech wodzów na białych koniach – zdejmują z obywateli odpowiedzialność za państwo. A ci, z powodu konformizmu, chętnie na to, niestety, się godzą, uważając, że ich los spoczywa w dobrych rękach. Z czasem okazuje się, że to nieprawda. Białe konie i ich jeźdźcy, nawet najwybitniejsi, tracą animusz. Gdy są już niezdolni do dalszego sprawowania rządów, okazuje się, że pozostawili po sobie „spaloną ziemię” – a nawet jeśli wyznaczyli następców, to ci nie są w stanie podźwignąć ciężaru schedy. Przykład zmarłego w 1935 roku Józefa Piłsudskiego jest tutaj aż nadto wymowny.

TUSK NA KONIU ANDERSA

Dzisiaj na swojego wodza na białym koniu czeka polska opozycja i ta część społeczeństwa, która nie godzi się na siłowy sposób sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Do tej roli coraz bardziej i wyraźniej szykowany jest Donald Tusk. To on, opromieniony kilkuletnią aktywnością na głównej europejskiej arenie politycznej, zaprzyjaźniony z wieloma zachodnimi przywódcami, ma przyjechać na białym koniu i odsunąć od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego „drużynę dobrej zmiany”. Ma być nowym Andersem.

Każdy wymierzony w PiS tweet przewodniczącego Rady Europejskiej, każda krytyczna uwaga, jest przez przeciwników PiS traktowana tak, jak na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych traktowano każdą plotkę o nadciągającej wojnie. Porażka Beaty Szydło 27:1 w głosowaniu nad reelekcją Tuska wywołała u polityków opozycji nieopisany entuzjazm i została potraktowana jako zapowiedź klęski PiS w zbliżających się wyborach, a wezwany na przesłuchanie do prokuratury Tusk był odprowadzany przez tłum niczym największy bohater. Ale właśnie ten spacer i ten potweetowy entuzjazm opozycyjnie nastawionej części społeczeństwa jest najbardziej wymownym dowodem instytucjonalnej słabości opozycji.

Być może Donald Tusk zdecyduje się ponownie stanąć na ringu krajowej polityki i zmierzyć się w wyborach prezydenckich z Andrzejem Dudą. Nie jest to wykluczone, choć byłoby mało racjonalne. Nie to jest też dzisiaj najważniejsze. Najważniejsza jest reakcja społeczeństwa na łamanie konstytucji, ograniczenie niezależności sądów, na wypchnięcie Polski z głównego nurtu europejskiej polityki. A ta reakcja nie jest, jak dotychczas, budująca. Demonstracje przeciwko podporządkowaniu sądów politykom, przez chwilę masowe, szybko wygasły. Opór przeciwko łamaniu konstytucji słabnie i przy bierności społeczeństwa, koniunkturalizmie i słabości opozycji niewiele czynników – jeśli rzeczywiście wraz z rekonstrukcją rządu PiS wkroczył na drogę łagodniejszej polityki – będzie w stanie znów go rozniecić.

Zresztą same demonstracje nie zmienią wszystkiego. Potrzebna jest instytucjonalizacja przeciwników „dobrej zmiany”. Więcej, ona jest niezbędna. Czekanie na Tuska, który wjedzie do Polski na białym koniu i uratuje kraj, nie doprowadzi do sukcesu. Opozycja powinna starannie przeanalizować działania Prawa i Sprawiedliwości z przełomu pierwszego i drugiego dziesięciolecia XXI wieku, bo są one przykładem bardzo przemyślanego i skutecznego działania. W tym okresie partia Kaczyńskiego nie czekała na wodza na białym koniu, ale tworzyła wielki ruch społeczny, który doprowadził ją w końcu do zwycięstwa w wyborach prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku. To działanie wypada zaliczyć do najbardziej racjonalnych w naszej najnowszej historii.

DAŁ NAM PRZYKŁAD KACZYŃSKI

Przede wszystkim PiS stworzył sieć klubów w całej Polsce, jednoczących się pod hasłem „prawdy o Smoleńsku”. W ten sposób udało się zgromadzić nie tylko wyznawców „zamachu”, ale także ludzi mających wątpliwości, czy katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku była tylko zwykłym wypadkiem lotniczym. I te wątpliwości rozniecić. To był grunt, baza obejmująca nie tylko zwolenników prawicy. Owe kluby, które działały nie tylko w dużych miastach, ale również w małych miejscowościach, nie zostały pozostawione same sobie. PiS stworzył prawdziwą sieć, z centralnym systemem dystrybucji informacji, zaleceń i co najważniejsze – spotkań z politykami PiS, którzy jeździli po kraju i przedstawiali swój punkt widzenia.

Obserwowałem działalność takiego środowiska w jednej z małych, wielkopolskich miejscowości, gdzie często bywał na przykład Antoni Macierewicz. Zrazu słuchało go niewielu mieszkańców, stałych zwolenników prawicy. Ale z czasem ich liczba rosła. Nie wszyscy byli fanami Jarosława Kaczyńskiego, ale wszyscy doceniali przyjazdy osób „znanych z telewizji”. Czuli się ważni. Nie wszyscy też dali się przekonać, że „Polska jest w ruinie”, ale wiara wielu, że III RP to kraj sukcesu, została nadwątlona. To wystarczyło. Część z nich w wyborach nie głosowała, przyczyniając się do zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości.

Od tego PiS rozpoczął wojnę ideologiczną. Znaczenie ideologii było – i jest nadal! – doceniane wyłącznie po prawej stronie sceny politycznej. Liberałowie i lewica uważają ją za anachronizm. To błąd, który w latach dziewięćdziesiątych pogrzebał w Polsce postkomunistów, a liberalne ugrupowania – najpierw Unia Wolności, później Platforma Obywatelska – tej lekcji nie odrobiły. A PiS działał w tej sferze bardzo konsekwentnie, umiejętnie sącząc ludziom argumenty „godnościowe”, forsując swoją wizję najnowszej historii, pełną spisków masonerii, Żydów, wykupywania Polski. To tezy, które brzmią śmiesznie w warszawskich lokalach podczas spożywania zapijanych chianti ośmiorniczek. Ale są bardzo przekonywujące na prowincji, zwłaszcza wygłaszane podczas spotkań w zimnych, ciemnych kościelnych salkach.

Innym przejawem tej działalności było stworzenie „własnych” mediów. Na tej fali powstała TV Republika, tygodnik „Do Rzeczy”, grupa medialna braci Karnowskich, rozwinęła się „Gazeta Polska”, niezliczone prawicowe portale i strony internetowe. PiS zbudowało własny, alternatywny świat i stopniowo wciągało do niego coraz więcej obywateli. To była ciężka, organiczna praca, a nie czekanie na zbawcę na białym koniu. Praca zwieńczona tryumfem. Nie tylko zwycięstwem w wyborach, ale także zbudowaniem dużej grupy odbiorców o dość trwałych poglądach. Liczenie, że Donald Tusk potrafi to zmienić, niczym Harry Potter jednym machnięciem czarodziejskiej różdżki, jest naiwnością. Wprawdzie polityczne cele osiąga się też mitami, ale tylko pod warunkiem, że ich krzewienie jest podparte ciężką pracą.

Polityka jest dziś rzeczą zbyt ważną, żeby zostawić ją politykom. Tę pracę muszą oczywiście wykonać politycy opozycji. Przede wszystkim musi ją jednak wykonać społeczeństwo obywatelskie. Bo powrotu do Polski sprzed 2015 roku już nie ma, to zamknięty rozdział. Obywatele muszą sami zakasać rękawy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego chcą kraju i jakimi środkami można ten cel osiągnąć. Politycy sami tego nie zrobią, a jeśli zrobią, to źle, na swoją modłę. Historia nas tego uczyła i warto z tej nauki – wreszcie! – wyciągnąć wnioski.

Francuski premier, pisarz i lekarz Georges Clemenceau mówił, że wojna jest rzeczą zbyt poważną, by powierzyć ją wojskowym. Polityka też jest dziś w Polsce rzeczą zbyt ważną, żeby zostawić ją politykom.

Piotr Gajdziński

„Ten wyrok pokazuje, że zwykły poseł może mieszać z błotem połowę obywateli i nic nie można z tym zrobić” – powiedziała po wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie Krystyna Malinowska, bydgoska działaczka Obywateli RP. Sędzia Agnieszka Wlekły-Pietrzak oddaliła pozew aktywistki przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu o naruszenie jej dóbr osobistych. Sąd uznał, że wypowiedzi prezesa PiS nie dotyczyły konkretnych osób – miały charakter ogólny i metaforyczny. („Czy sąd skaże Kaczyńskiego za „gorszy sort”?”)

Według sędzi, Krystyna Malinowska nie udowodniła, że słowa o „gorszym sorcie” były skierowane do niej. Sędzia warszawskiego Sądu Okręgowego powiedziała, że wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego była „niekonkretna”, a polityk nie oznaczył „osoby lub grupy osób, do których je odnosi, poza tym, że to Polacy”.

Wyrok nie jest prawomocny. – „Nie zgadzam się z takim uzasadnieniem wyroku, dlatego moi pełnomocnicy złożą w najbliższym czasie apelację” – zapowiedziała Krystyna Malinowska. Na pytanie reportera TVN 24, czy gdyby te słowa wypowiedział inny polityk, to wyrok byłby inny, działaczka odpowiedziała: – „Przypuszczam, że mógłby być inny. Dobrze, że jest apelacja i nad tą sprawą pochylą się jeszcze inni sędziowie”.

Piotr Marański, adwokat z Wrocławia, który reprezentował Malinowską pro bono, przekonywał, że sąd nie odniósł się do meritum sprawy. – „Wskazywaliśmy, że doszło do naruszenia dóbr naszej klientki, która była członkiem określonej, zamkniętej grupy. Sąd uznał, że mieliśmy do czynienia z dyskursem politycznym. A naszym zdaniem doszło do naruszenia godności i czci pani Malinowskiej, która w tej określonej grupie się znajdowała” – powiedział Marański.

Ani prezes PiS, ani nawet jego pełnomocnicy w pojawili się w sądzie. Krystyna Malinowska ciągle domaga się od Jarosława Kaczyńskiego przeprosin w TVN, w Polsacie, TVP i TV Republika oraz 20 tys. zł zadośćuczynienia na cel społeczny.

Za: wiadomo.co

Wśród wielkich myślicieli, w tym wybitnych filozofów i naukowców – żyjących również wtedy, gdy życie religijne jeszcze bardziej niż dziś dominowało – można znaleźć sporo osób wątpiących w istnienie teistycznego Boga. Wyraźna bywała wśród nich, zwłaszcza w czasach nam bliższych, nadreprezentacja ateistów.

Uniwersalne zapotrzebowanie na religię

Powszechnie ujawnia się dziś wciąż bardzo duże zapotrzebowanie na dostarczany przez religie monoteistyczne spójny wizerunek rzeczywistości. I to zarówno tej poznawalnej empirycznie, jak i niedostępnej tego rodzaju poznaniu. Jakość życia człowieka, jego psychologiczne przystosowanie, rozwój osobowy i efektywność osiągania strategicznych celów życiowych zazwyczaj zyskują dzięki wierze w Boga i religijnemu zaangażowaniu. Wyniki badań psychologicznych wskazują, iż znakomita większość ludzi uważa dziś religię za ważny składnik ich codziennego życia, kształtujący i określający istotną jego część.

Szacuje się, że tylko około 15 procent żyjących współcześnie na świecie ludzi uznaje siebie za agnostyków lub ateistów. Ale w rozmaitych populacjach proporcje te są bardzo odmienne. Tak na przykład amerykańscy naukowcy są generalnie wyraźnie mniej religijni niż ogół tamtejszej populacji, a jeszcze mniejszy jest odsetek wierzących w teistycznego Boga wśród najwybitniejszych uczonych. W bardziej zsekularyzowanej Europie jest podobnie. W krajach Zachodu odnotowuje się też negatywną korelację między rozmaicie przejawianą i diagnozowaną religijnością a liberalnymi poglądami politycznymi, wykształceniem, zainteresowaniami naukowymi oraz inteligencją. Przy tym negatywny związek między religijnością a inteligencją bywa zwykle nieco silniejszy, gdy w grę wchodzi religijność „wewnętrzna”, służąca przybliżaniu ważnych celów religii, niż wówczas, gdy brana jest pod uwagę jej odmiana „zewnętrzna”, kiedy to przekonania i zaangażowanie religijne są traktowane jako środki służące do osiągania celów pozareligijnych.

Na coraz bardziej zsekularyzowanym Zachodzie uwidacznia się presja na prywatyzację religii, jednak wiele wskazuje na to, że presja ta nie jest powiązana z poważniejszą redukcją potrzeb religijnych. Ujawnianych również przez niektórych naukowców, w tym psychologów, akcentujących przydatność religii i religijności w funkcjonowaniu i rozwoju człowieka. Ich ustalenia wskazują, że zapotrzebowanie na całościowy i zarazem koherentny wizerunek rzeczywistości, jakiego dostarczają wszystkie wielkie religie, nasila się u ludzi o zamkniętym (dogmatycznym) umyśle, choć widoczne jest również u wielu bardziej otwartych poznawczo. Wszyscy potrzebujemy przeświadczenia, iż znaleźliśmy sens istnienia, a nasze poglądy układają się w spójny system i są niepodatne na deformacje i iluzje. Skłonność do wykorzystującej język metafizyki refleksji nad rzeczywistością cechuje też niektórych ludzi niewyznających światopoglądu religijnego, choć refleksje takie są dla nich trudnym wyzwaniem i ujawniają się rzadziej.

O świecie sacrum z perspektywy psychologa

Zygmunt Freud co prawda uważał istnienie teistycznego Boga za złudzenie, ale wcale nie był skory do rugowania religii ze sfery życia społecznego i jednostkowego, a niektórzy prominentni kontynuatorzy jego myśli wyraźnie koncentrowali się bardziej na blaskach niż na cieniach religijności. Jej doniosłość dla jednostki bywała też akcentowana przez wybitnych psychologów lokujących się w różnych tradycjach swojej nauki, poza inspirowanym przez Freuda jej nurtem psychodynamicznym. Szczególnie wpływowe były poglądy filozofa i psychologa Williama Jamesa, który postulował psychologiczną doniosłość woli wiary w teistycznie pojmowanego Boga. W jego ujęciu zaangażowanie religijne jest odpowiedzią na osobiste, ale powszechnie się ujawniające pragnienia. O znaczeniu religii w życiu człowieka decydować ma jej pragmatycznie pojmowana przydatność, jako że dostarcza ona jednostce zarówno pociechy, jak i poczucia mocy, sensu życia i bezpieczeństwa. Przy tym indywidualistycznie nastawiony i zdystansowany wobec wszelkich zinstytucjonalizowanych form religii James ignorował jej aspekt społeczno-kulturowy, zakotwiczenie w tradycji i w życiu wspólnoty.

W tym ujęciu wiara jawi się jako bardzo człowiekowi przydatna, a nawet niezbędna. Również inny psycholog, wielki znawca religii Gordon W. Allport akcentował jej użyteczność w przeciwstawianiu się trudnościom życia. Podkreślał, iż chroni ona człowieka przed lękiem, zwątpieniem i rozpaczą, ułatwia jego rozwój i pozwala na uchwycenie powiązań osoby z Bytem. Według niego dojrzałe poczucia religijne służą połączeniu ogółu doświadczeń człowieka w jednym integralnym systemie.

Nieustającą popularnością wśród wielu ludzi nauki cieszy się przekonanie o zupełnej jej rozdzielności od religii. Nie znajduje ono oczywiście wsparcia we wciąż wielce wpływowej w katolicyzmie filozofii tomistycznej, postulującej (upraszczając) ścisłe współdziałanie rozumu, doświadczenia i objawienia. Przekonanie to wyraziście ujawniło się w rozmowach prowadzonych parę lat temu przez Magdalenę Bajer z wybitnymi polskimi uczonymi, wśród których wyraźnie nadreprezentowane były osoby wierzące w Boga. Według większości z nich nauka i religia odnoszą się do różnych rzeczywistości, stawiają inne pytania i operują odmiennymi kategoriami opisu. Ich drogi biegną równolegle i nigdy się nie przecinają.

Wszystkie wielkie religie udzielają odpowiedzi na pytania dotyczące tego, jak świat powstał i jak funkcjonuje, oraz pouczają, jaki powinien być i jak należy ten pożądany stan osiągać. Dostarczają drogowskazów moralnych, są przewodnikami w życiu wiecznym oraz ułatwiają radzenie sobie z niezrozumiałym i zagrażającym światem doczesnym. Czynią jego wizerunek spójnym, redukują niepewność i zagubienie człowieka rodzone przez przytłaczającą, zmienną i nieprzewidywalną, zazwyczaj nie poddającą się kontroli rzeczywistość.

Pożytki płynące z religii i religijności

Każda religia aspiruje do wyłączności w kontrolowaniu myślenia, odczuwania i zachowania swoich wyznawców. Oferuje określony wizerunek rzeczywistości nadprzyrodzonej, ze swej istoty niepodatny na empiryczne zakwestionowanie. Zawiera odpowiedzi na zasadnicze pytania egzystencjalne oraz określa niepodważalne dla swoich wyznawców sposoby objaśnienia przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości, również lokowanej po śmierci, w życiu wiecznym. Oferuje przesłanki dla argumentacji na rzecz przeświadczenia, że rzeczywistość jest lub przynajmniej może być zrozumiała.

Jak wskazują wyniki badań psychologicznych, religie dostarczają instrumentów redukowania lęku przed śmiercią i przygotowywania się do życia wiecznego, prezentują określoną wizję nieśmiertelności. Zapewniają poczucie kontroli nad własnym życiem i nad rzeczywistością zewnętrzną wobec Ja oraz dostarczają wiarygodnego zakotwiczenia tożsamości. Służą obronie poczucia własnej wartości i godności, łagodzą rozmaite lęki oraz ułatwiają zrozumienie zjawisk naturalnych i psychicznych. Są przez swoich wyznawców uważane za jedyne źródło norm, teistyczny Bóg bywa na ich gruncie postrzegany jako zasadniczy podmiot moralny.

Wierzenia religijne nie tylko zapewniają poczucie łączności z Bogiem, ale też odpowiadają najgłębszym, uniwersalnym pragnieniom wtopienia się we wspólnotę traktowaną jako moralna całość. Przede wszystkim jednak dostarczają odpowiedzi na fundamentalne pytania metafizyczne. Ludzie chcą wierzyć, że za przemijalnym i często przytłaczającym życiem stoi jakaś Istota Najwyższa. Wiara w nią czyni wizerunek otaczającego świata sensownym i wzmacnia ich siły witalne. Przy tym w świetle przeprowadzanych porównań międzykulturowych religijność sprzyja przystosowaniu, zwłaszcza w słabo zsekularyzowanych środowiskach, w których jest ona cenną wartością. Być może czerpanie z niej różnych psychologicznych korzyści jest specyficzne dla takich kontekstów historyczno-kulturowych. Tam, gdzie religijność jest mniej ceniona, ludzie w nią zaangażowani mają mniej pochlebne wyobrażenia o sobie i czują się gorzej.

Nawet ateista może dostrzegać zalety religii

Jak akcentuje słynny przeciwnik Pana Boga Richard Dawkins, nawet ateista może dostrzegać wiele zalet religii. Wyniki badań wskazują, że ludzie religijni często bywają bardziej od niereligijnych szczęśliwi i zdrowi, żyją dłużej i są bardziej odporni na rozmaite zagrożenia. Ich religijne zaangażowania co prawda wcale nierzadko prowadzą do rozbudowanej, restryktywnej samokontroli, owocującej awersyjnie odczuwanym tłumieniem własnych skłonności i dlatego rodzącej cierpienie. Ale u wielu osób religijnych zaangażowania takie usprawniają procesy psychicznej samoregulacji, szczególnie gdy silnie uwewnętrzniły i przyswoiły wymagania „swojej” religii. Jak powszechnie wiadomo, wiara w Boga bywa też źródłem doznań ekstatycznych oraz inspiruje przeżycia mistyczne.

Może też pozytywnie wpływać na proces leczenia; religijnie zakotwiczona nadzieja na wyleczenie łagodzi ból i przebieg wielu chorób. Efekty placebo bywają szczególnie skuteczne, jeśli towarzyszy im nadzieja na wyzdrowienie, a ta często miewa zakotwiczenie w religii. Nadzieja zmienia chemię mózgu, a wydzielane substancje przekazują te zmiany przez system nerwowy do reszty ciała, wywołując uzdrowieńcze skutki. Ufna wiara w moc sił nadprzyrodzonych powoduje, że również modlitwa może przynosić takie pozytywne efekty.

W świetle tego, co dziś wiemy, nasz umysł został tak ukształtowany, aby ułatwiać jednoczenie się ze wspólnotą i tym samym zwiększać jej szanse na powodzenie w rywalizacji z innymi grupami. Postulowany przez wszelkiej maści konserwatystów altruizm „parafialny”, ukierunkowany na wybiórcze pomaganie członkom własnej wspólnoty, sprzyja jej spójności i ułatwia osiąganie przez nią strategicznie ważnych celów. Nierzadko do jego aktywizacji przyczynia się nasilona religijność jej członków. Co nie dziwi, jeśli uznać, że religie są efektywnymi adaptacjami kulturowymi i choćby dlatego pojawiają się we wszystkich dobrze rokujących ludzkich kulturach. Adaptacje takie sprzyjają zachowaniom altruistycznym wobec członków własnej grupy, w rezultacie ludzie religijni często bywają dobrymi sąsiadami i obywatelami. Ich religijność sprzyja wzajemnemu zaufaniu i współpracy, cementuje wspólnotę osób wyznających podobne przekonania.

Religie promują też czasem efektywność ekonomiczną. W świetle szeroko znanego stanowiska socjologa Maxa Webera osobliwy etos rozwijającego się na Zachodzie protestantyzmu wspierał ludzką przedsiębiorczość i dlatego przyczynił się do rozwoju kapitalizmu.

Religijność a wrogość międzygrupowa

Niektóre wyniki badań pokazują, że to ludzie niereligijni bywają czasem bardziej od religijnych uwrażliwieni na krzywdę innych, a ich altruizm bazuje głównie na współczuciu, podczas gdy prospołeczne zachowania osób religijnych umocowane są raczej na zinternalizowanym poczuciu obowiązku. Bywa i tak, że ludzie niewierzący w Boga nie tylko ujawniają mniej uprzedzeń od tych, którzy w niego wierzą, ale też postępują bardziej od tych ostatnich moralnie i rzadziej łamią normy prawne.

Altruizm „parafialny” obserwowany u osób religijnych nie tylko przejawia się wybiórczym preferowaniem „swoich”, ale też współwystępuje ze społecznym wykluczaniem różnych „innych” oraz z uprzedzeniami, wrogością i agresją wobec obcych. Wyniki badań psychologicznych, przeprowadzonych kilka lat temu na reprezentatywnych próbach mieszkańców ośmiu państw europejskich ukazały powiązania religijności z uogólnionymi uprzedzeniami i z nasileniem międzygrupowej wrogości.

Rozmaite religie w praktyce sprzyjają, wbrew explicite przez nie przyjmowanym i głoszonym uniwersalistycznym odniesieniom, gloryfikacji własnej wspólnoty i wrogości wobec Innego. Skoro tak, nie dziwi powoływanie się na święte księgi towarzyszące demonstracjom międzygrupowej nienawiści. Angażowanie się w praktyki religijne nie tylko wspomaga własną wspólnotę, bywa też czynnikiem pośredniczącym między unikaniem niepewności przez jej członków a ich nietolerancją wobec tych, którzy są postrzegani jako źródło zagrożenia dla wyznawanych wartości religijnych. Sprzyja konformizmowi wobec własnej społeczności i poszanowaniu rodzimej tradycji, zarazem promuje nietolerancję dla wszelkiej, nie tylko religijnej odmienności. Takie nastawienia bywają ceną, jaką płacą członkowie wspólnoty religijnej za spokój, dobre samopoczucie i wewnętrzną spójność.

Fundamentalizm religijny i myślenie spiskowe

Chociaż niektóre opisywane przez historyków ruchy religijne powstrzymywały przejawianie wrogości wobec „tamtych/innych”, liczne inne sprzyjały przemocy, a czasem nawet wspomagały oddziaływania toksycznych, zbrodniczych idei. Z drugiej strony, niemożność odwołania się do Boga powoduje, że jednostka zmuszona jest polegać wyłącznie na wewnętrznej busoli moralnej, co bywa dla niej trudnym wyzwaniem, silnie absorbującym zasoby psychiczne. Wykorzystywane zasady etyczne w większym stopniu są wówczas odbiciem jej zindywidualizowanych potrzeb.

Zwłaszcza instrumentalne traktowanie własnej religii i religijności jako źródła poczucia bezpieczeństwa i przynależności społecznej sprzyja faworyzowaniu swoich w porównaniu z obcymi. Jeśli ludzie organizują swoje życie wokół przekonań religijnych, które nadają mu sens i wyznaczają ich tożsamość, a inni je deprecjonują i odrzucają, ci pierwsi przeżywają potężną frustrację i bardzo często odpowiadają nieskrywaną wrogością i agresją. Religijność w szczególności wiąże się z nasiloną wrogością wobec wszelkiej maści bluźnierców i heretyków. A jeśli przy tym ci nie podzielający przekonań i identyfikacji religijnych są postrzegani jako wyraźnie odmienni, jako grupa złożona z osób różniących się pod względem wyrazistych atrybutów (zwłaszcza wyglądu i typowych zachowań), stają się poręcznym obiektem uprzedzeń, doświadczając nawet skrajnych przejawów wrogości.

Nie zaskakuje, że fundamentalizm religijny sprzyja intensyfikacji negatywnych nastawień i działań wobec „innych”. Wyniki badań psychologicznych wskazują, że każdy ekstremizm ważnych dla człowieka przekonań (nie tylko religijnych!) owocuje nasileniem jego uprzedzeń i wrogości wobec tych, którzy ich nie podzielają. Ich spolaryzowanie przejawia się w fanatycznym dla nich oddaniu, a bywa i tak, że uleganie ich presji skutkuje angażowaniem się w śmiercionośne wojny, a nawet prowadzi do ludobójstwa. Łatwo o jego przykłady również w dzisiejszych czasach.

Nasilenie religijności w szczególności bywa powiązane z myśleniem spiskowym, które w naszych warunkach owocuje odporną na wszelkie świadectwa wiarą w spiskowe tłumaczenie katastrofy smoleńskiej. Gdy jednak ludzie religijni są bardziej otwarci, zorientowani na stawianie pytań i poszukiwanie na nie odpowiedzi, ich religijność okazuje się niepowiązana z tego rodzaju wiarą.

Osobliwości religijności Polaków

Jak wiadomo, dzisiejsi Polacy wyróżniają się w Europie przywiązaniem do religii katolickiej. Są przekonani, że wiara w Boga i religijność nadają sens i niezbędną siłę ich życiu oraz że świat pozbawiony odwołań do Boga jest niezrozumiały i zagrażający. Jednocześnie wyniki badań wskazują, że ich religijność jest powiązana z występowaniem uogólnionych uprzedzeń oraz nasiloną wrogością wobec rozmaitych grup zewnętrznych i mniejszościowych.

Wydaje się, że episkopat polskiego Kościoła, który w istocie stał się narodowym i prowadzi własną politykę historyczną, bardzo ryzykuje, nie dystansując się wyraźnie od ekscesów obozu dziś rządzącego, tolerującego wrogość nie tylko wobec wojennych uchodźców, ale też ludzi na różne sposoby odmiennych. Nie wystarczą tu z rzadka wypowiadane politycznie poprawne deklaracje. Nawet w najgorszych dla siebie czasach polski Kościół hierarchiczny zazwyczaj optował na rzecz niepartykularnie rozumianej miłości bliźniego. Dziś w praktyce stroni od poważnego angażowania się w pomaganie „nie-swoim”, negatywnie wyróżniając się pod tym względem w katolickiej Europie. Zaniechania te ignorują uniwersalistyczne przesłanie jego własnej doktryny i spójne z nią naciski papieża Franciszka. Już w nieodległej przyszłości może za to zapłacić wielką cenę, walnie przyczynić się do przyspieszenia na razie spowolnionych procesów sekularyzacji naszego społeczeństwa.

Ta postawa Kościoła zdaje się obficie czerpać z zakodowanych w narodowej pamięci zbiorowej wspomnień o swoistościach mentalności szlacheckiej, które odciskają piętno na wielu dzisiejszych Polakach. Jak pamiętamy, wybujały, anarchizujący indywidualizm sarmatów, którzy onegdaj bez reszty zawłaszczyli Rzeczpospolitą, towarzyszył ich osobliwej, ludowej, fasadowo-obrzędowej religijności. Przesiąknięta wielkościowymi urojeniami szlachta polska spostrzegała siebie jako naród wybrany i mocno wierzyła w szczególną opiekę Boga nad nią i nad jej państwem. Od końca XVI wieku ten jej katolicyzm stopniowo wypierał inne wyznania, chwilowa moda na protestantyzm została skutecznie wyrugowana. W początkowym okresie nasilenia się wojen religijnych w Europie byli sarmaci tolerancyjni dla innych religii, chlubiąc się „państwem bez stosów”, ale przynajmniej od połowy XVII wieku przestali się pozytywnie wyróżniać pod tym względem.

Narodowa megalomania i zdeformowany indywidualizm

Ówczesną szlachtę cechowały (przypomnijmy) przeświadczenie o jej wyższości wobec sąsiadów, ksenofobia oraz chełpliwe odwracanie się od Zachodu. Również dziś, choć niemało zawdzięczamy Europie, wielu z nas pozostaje w kręgu oddziaływania sarmackiej spuścizny i bardzo obawia się zbyt daleko posuniętej z Europą symbiozy. Niekoniecznie świadomie czerpiąc z zakodowanych w pamięci zbiorowej wspomnień o postawach i zachowaniach dawnej szlachty, odrzuca zachodnioeuropejskie wartości i odmawia wsparcia wojennych uchodźców, tam na ogół życzliwie przyjmowanych. To prawda, że dobrze się czujemy, wierząc w narodowe mity i urojenia głoszące, że bywaliśmy (i wciąż jesteśmy!) przedmurzem chrześcijaństwa czy Chrystusem narodów, że cechuje nas wielka łagodność charakteru i skłonność do tolerancji. Obserwowane dziś niedostatki realizmu politycznego w połączeniu z megalomanią narodową i zdeformowanym indywidualizmem sprzyjającym anarchizującemu ignorowaniu dobra wspólnego zdają się szeroko czerpać z tamtej przeszłości.

Opisywany przez psychologów kolektywny narcyzm oznacza idealizację autowizerunku zbiorowości. Gdy jest nią naród, może znajdować wyraz – tak jak dzisiaj u nas – w państwowej polityce historycznej, przesadnie akcentującej jego wzloty i dokonania oraz ignorującej, zamazującej lub bagatelizującej niepowodzenia i porażki. Jeśli polityka ta okaże się skuteczna, może spowodować nadmierne zawyżenie i rozchwianie narodowej samooceny, utrwalenie wspólnotowych kompleksów, reaktywację poczucia zagrożenia narodowej tożsamości. A przecież nawet Roman Dmowski, ikona rodzimego nacjonalizmu, uważał spuściznę sarmacką za obciążenie, szlachtę oskarżał o przyczynienie się do upadku polskiej państwowości i demoralizację narodu.

Selektywnie nawiązujący do endeckiej spuścizny obóz rządzący dziś w Polsce nie odcina się od iluzji i urojeń charakterystycznych dla dawnych szlacheckich elit, szeroko czerpie z najmniej chwalebnej spuścizny sarmackiego katolicyzmu. Może to zagrażać funkcjonowaniu państwa, któremu po uwolnieniu z komunistycznych okowów wiodło się całkiem nieźle.

Maciej Dymkowski

Musimy odpowiedzieć wspólnie na atak wymierzony w Ojca Tadeusza Rydzyka – zaapelował Andrzej Jaworski, przewodniczący Rady Instytutu Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

Politycy PO umieścili wizerunek dyrektora katolickiej rozgłośni na ruchomym billboardzie insynuując, że O. Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln zł z państwowych dotacji. To kolejna odsłona akcji PO, w ramach której w całej Polsce prezentowane są ruchome billboardy z wizerunkiem kilkudziesięciu polityków PiS-u oraz informacją o wysokości nagród, jakie mieli otrzymać.

Więcej można przeczytać [tutaj].

Andrzej Jaworski zaznaczył, że nie można pozostać obojętnym wobec akcji uderzającej w Ojca Tadeusza Rydzyka.

– Ojciec Tadeusz Rydzyk nie tylko nie wziął 94 mln dotacji, ale nie wziął choćby złotówki. Te kłamstwa, ta manipulacja nie mogą być dla nas obojętne. Namawiam państwa, jako Rodzinę Radia Maryja, do tego, abyśmy wspólnie odpowiedzieli na ten bezczelny atak osób, które doprowadziły do tego, że Polska była grabiona na setki milionów złotych, żebyśmy razem wystąpili do Prokuratury Generalnej z apelem o ukaranie osób, które w tak bezczelny sposób próbują wprowadzić opinię publiczną w błąd – podkreślił przewodniczący Rady Instytutu Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

Andrzej Jaworski zachęca do wysyłania pism w tej sprawie do Prokuratury Generalnej oraz przesyłania kopii tych listów na adres Radia Maryja.

No i dlaczego podniósł na 2017 i 2018? Żeby było na ⁉️

Macierewicz, Morawiecki – panowie Zero Zero, którzy mienią się Polakami. Tacy zdegradowali nam ojczyznę

Dr Maciej Lasek skomentował wypowiedź Bartosza Kownackiego (PiS) na temat katastrofy smoleńskiej.

Politycy PiS wydają się bardzo zaskoczeni zawetowaniem przez prezydenta Dudę ustawy degradacyjnej. Miała ona umożliwić odebranie stopni wojskowych tym, którzy w latach 1943 – 1990 zaprzeczyli swoją postawą „polskiej racji stanu”. Prezydent uzasadniając swoją decyzję, powiedział, że „długo się nad tą ustawą zastanawiałem. Moje poglądy, jeśli chodzi o czasy słusznie minione i ludzi, którzy brali czynny udział zwłaszcza w budowaniu aparatu represji, są jednoznaczne (…) Ta ustawa jest niesprawiedliwa. Nie możemy przywracać sprawiedliwości niesprawiedliwą ustawą. Nie tędy droga”.

Do tej decyzji odniósł się Antoni Macierewicz w swoim programie „Pilnujemy Polski” emitowanym na antenie Telewizji Republika. Były minister obrony nie pozostawia na prezydencie suchej nitki. Zarzuca mu pomoc ludziom z dawnego aparatu komunistycznego i zastanawia się czy „Andrzej Duda powrócił do formuły grubej kreski i Okrągłego Stołu”. Jednocześnie podważa sens jego prezydentury, bo ma wrażenie, że „mało kto ze środowiska obozu patriotycznego zdawał sobie sprawę, że głosując na Andrzeja Dudę, wybiera taki, a nie inny sposób wyjścia spod okupacji sowieckiej (…) Wyjście, które poprzez weto potrwa latami”.

No cóż, jak widać „wojenka” na linii Antoni Macierewicz – prezydent Duda ma się dobrze. Były szef resortu obrony nie odpuści, bo w końcu prawda jest tylko jedna, oczywiście jego, Antoniego Macierewicza.

W swoim programie nie ominął też tematu katastrofy smoleńskiej. Wszystkim wiadomo, że 10 kwietnia, w rocznicę tej tragedii, miał ukazać się już pełen raport, potwierdzający teorię zamachu. Zgodnie jednak z przewidywaniami, termin przekazania Polakom tego raportu znowu przeciąga się w czasie. Pan Macierewicz stwierdził, że „nie ma jeszcze wyniku badań związanych z sekcją zwłok. Opis, analiza i podsumowanie to czynności, które potrwają kilka miesięcy”.

Zapewne też nikt nie jest zaskoczony tym przedłużającym się śledztwem. Już mówi się, że podkomisja smoleńska potrzebuje jeszcze kilku dobrych lat na udowodnienie swoich tez więc bądźmy cierpliwi i czekajmy w spokoju. Może nowi eksperci, o których nikt nic nie wie, poza panem Macierewiczem, wspomogą jego teorie spiskowe i wreszcie legenda zyska dobrą oprawę „faktograficzną”?

„Człowiek, który w pierwszym wywiadzie po objęciu tego stanowiska mówi, że marzy mu się rechrystianizacja Europy, który następnie mówi o żydowskich sprawcach Holokaustu – a następnie składa wieniec przy pomniku, przy jakimś symbolicznym kamieniu upamiętniającym jedyną wojskową polską formację kolaborującą z nazistami, z hitlerowcami w czasie II wojny światowej – przekreśla się w tym momencie kompletnie. Dla zagranicy to jest „pan zero” – tak skomentował w TVN24 dotychczasowe dokonania Mateusza Morawieckiego na arenie międzynarodowej były premier Włodzimierz Cimoszewicz. Jego zdaniem, Beata Szydło nie była lepsza na tym stanowisku. – „Nie była ani mądrzejsza, ani lepsza. Ale nie próbowała mówić po angielsku” – dodał.

Cimoszewicz odniósł się do zbliżającej się 8 rocznicy katastrofy smoleńskiej i faktu, że – wbrew zapowiedziom Macierewicza i reszty PiS – nie zostanie opublikowany raport końcowy, a tylko częściowy. – „To są żałosne próby ratowania się przed kompromitacją, która będzie konsekwencją przyznania, że nigdy żadnego zamachu nie było. Pan Kaczyński ze swoją grupą polityczną w sposób krańcowo cyniczny, dosyć obrzydliwy – biorąc pod uwagę, że zginął jego brat – wykorzystali do celów politycznych katastrofę lotniczą” – powiedział były premier.

Z pozycji doktora nauk prawnych Cimoszewicz skomentował wejście w życie znowelizowanej ustawy o Sądzie Najwyższym, w której zapisano m.in., że sędziowie mają przechodzić w stan spoczynku w wieku 65 lat. – „To dowodzi samobójczej skłonności do trwonienia zasobów, jakimi jako społeczeństwo dysponujemy”. Jego zdaniem, Komisja Europejska nie się „nabrać” na pozorne ustępstwa PiS w ustawach o sądach. – „Rośnie irytacja takimi próbami oszukania. Ci ludzie nie chcą, by robić z nich głupków” – stwierdził.

Ziobro skomentował uchylenie decyzji przez sąd w Gdańsku.

Polaku… minister przepierdala na delegacje 611 tys. zł a Tobie wzrośnie średnia emerytura o CZTERNAŚCIE zł… brutto? 😁👍

PiS-ie, nadchodzi strach, widać go jak w oczach wilka, po was przyjdzie gajowy Marucha

Kamil Durczok przewiduje kres rządów PiS.

Ponad dwa miliony złotych kosztowały prace tzw. ekspertów podkomisji smoleńskiej, która – zdaniem PiS, a przede wszystkim Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego – miały doprowadzić nas do prawdy… 10 kwietnia 2018 r. miał zostać przedstawiony raport końcowy dotyczący przyczyn katastrofy smoleńskiej według PiS („Zamiast raportu końcowego podkomisja smoleńska przedstawi… prezentację”).

W najnowszym wywiadzie, którego Jarosław Kaczyński udzielił „Gazecie Polskiej”, znajdujemy stuprocentowe potwierdzenie, że w ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej będziemy mieli do czynienia z raportem częściowym. – „Wiemy, że końcowego raportu nie będzie na ósmą rocznicę tragedii. Będzie za to raport częściowy, który – tak mniemam – szczegółowo pokaże, co bezsprzecznie zostało już ustalone, i wskaże pytania, na które podkomisja Antoniego Macierewicza będzie szukała odpowiedzi” – powiedział prezes PiS.

Czyli to nie koniec wydawania pieniędzy podatników na udowodnienie wątpliwych tez Antoniego Macierewicza… Co więcej, można się spodziewać, że „badanie” będzie trwało przynajmniej jeszcze rok.

Według Kaczyńskiego, „niezwykle ważne, a może nawet przełomowe”, mogą okazać się wyniki prac amerykańskich ekspertów, którzy kilka tygodni temu pracowali w Mińsku Mazowieckim i skanowali bliźniaczego TU-154 M. – „Jednak na nie jeszcze musimy poczekać. To niezwykle precyzyjne, zaawansowane technicznie analizy wymagające czasu. Według zapowiedzi badania te zajmą około roku, może nawet nieco dłużej” – stwierdził Kaczyński.

W wywiadzie Kaczyński przyznał, że jeden z ekspertów powołanych z kolei przez polską prokuraturę współpracuje z instytucjami propagandy Kremla: Russia Today i agencją Sputnik. – „Słyszałem o tych zastrzeżeniach. Wiem, że ta sprawa jest sprawdzana. Także przez służby specjalne. Zastrzeżenia nie wyglądają na bezpodstawne, dlatego są analizowane. Z tego, co wiem, prokuratura nie zawarła jeszcze ostatecznych umów” – dodał prezes PiS. Retorycznym pozostaje pytanie, skąd i dlaczego skromny poseł – jak ostatnio sam się określił – ma wiedzę na temat działań służb specjalnych.

A tym ekspertem jest Theodore Postol – czytamy w portalu gazeta.pl. W jednym z wywiadów dla „Sputnika” Postol stwierdził, że rozmieszczanie przez USA rakiet w Europie byłoby głupie z wojskowego punktu widzenia. Z kolei w Russia Today stwierdził, że „podstawowa fizyka udowadnia, że amerykański system obrony przeciwrakietowej jest bezużyteczny”.

PiS-owi spada, więc chwyta się czego może. Widać to choćby w sposobie, w jaki premier Mateusz Morawiecki postanowił podnieść notowania swojego rządu. Otóż premier zdecydował, że odniesie się na Twitterze do… rocznicy śmierci Jana Pawła II. – „Służba narodowi musi być zawsze ukierunkowana na dobro wspólne, które zabezpiecza dobro każdego obywatela. Tak mówił Ojciec Święty Jan Paweł II w Sejmie w 1999 r. Dwie dekady później te słowa pozostają dewizą naszego rządu” – poinformował Morawiecki.

Na reakcje internautów nie trzeba było długo czekać. – „A o tym co Papież mówił o praworządności i trójpodziale władzy Pan czytał?” – zapytał nie bez ironii jeden z komentujących. – „Wykorzystywanie słów wielkiego człowieka do marnych żałosnych politycznych gierek jest wyjątkowo wstrętne. Brzydzę się tym” – stwierdził ostro inny użytkownik Twittera. – „Świetna dewiza. Dałbym za nią 65 000 nagrody dla każdego ministra. A może nawet po 70 000″ – to kolejny komentarz, nawiązujący do słynnej afery z nagrodami.

Jak przypomina portal NaTemat, z badania Kantar Millward Brown wynika, że 75 proc. badanych źle ocenia buńczuczną wypowiedź Beaty Szydło o nagrodach, które przyznała ministrom i sobie. Sprawa wraca w komentarzach niczym bumerang. – „Ładnie tak zasłaniać się słowami JP 2? To brzmi jak kpina w sytuacji, kiedy była premier przyznała sobie samej premię w wys. 65 tys. zł” – wypomniał kolejny internauta.

Na słowa Morawieckiego ostro zareagował także były minister sprawiedliwości, wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej Borys Budka. – „Jakim trzeba być hipokrytą, by – powołując się na naukę św. Jana Pawła II – niszczyć fundamenty państwa prawa, podważać ideę zjednoczonej Europy i wspierać się goebbelsowską propagandą, okłamując własny naród…” – napisał pod tweetem Morawieckiego polityk PO. Do rocznicy śmierci Jana Pawła II nawiązał także były prezydent Lech Wałęsa, pisząc o „podzielonych Polakach” i przytaczając wypowiedź papieża sprzed lat.

Jak widać, do myśli Jana Pawła II można nawiązywać mniej lub bardziej skutecznie, byle z umiarem. A tego obecnym rządzącym brakuje nawet w tak prostych kwestiach.

Brytyjski historyk, specjalizujący się w historii Polski, prof. Norman Davies obecne zależności w obozie władzy porównał do tych, jakie obowiązywały w PRL. Rząd PiS nazwał „reżimem autorytarnym”. – „Zbliżamy się do państwa partyjnego. Chyba każdy obywatel w Polsce pamięta, gdy sekretarz partii się liczył bardziej niż premier czy prezydent i tak dalej. I taka jest obecna sytuacja” – powiedział w wywiadzie dla TVN24. To oczywiste nawiązanie do tego, że Jarosław Kaczyński nie sprawuje żadnego państwowego urzędu.

Kolejnym przykładem zbliżania się do PRL-u jest – zdaniem prof. Daviesa – polityka historyczna prowadzona przez rząd PiS. – „Są oficjalne poglądy i trzeba się trzymać tej linii, bo jeśli nie, to są konsekwencje” – stwierdził. Przypomniał, że na początku tego roku on i Timothy Snyder zostali usunięci z rady programowej Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Według brytyjskiego historyka, dziś „nie można tam pracować bez zgody na linię historyczną rządzącej partii”. Prof. Davies powiedział, że PiS wykorzystuje politykę historyczną do realizacji celów politycznych. – „Oni chcą przekonać ludzi, że mają politykę bieżącą, ale mają też politykę o przeszłości i przyszłości” – zauważył.

Prof. Davies przyznał, że jest przeciwnikiem znowelizowanej przez PiS ustawy o IPN. Stwierdził jednak, że „więcej niż absurdem” i „wstydem” jest twierdzenie, że wszyscy Polacy byli antysemitami. –„Nie wolno mówić o całych narodach właśnie w tych kategoriach – powiedział. Dodał, że Polacy nie są aniołami. – „Każdy naród ma swoich bohaterów i kryminalistów, a pośrodku zwykłych ludzi”.

Wygląda na to, że przy analizie działań PiS i jego polityki trzeba będzie poważniej brać pod uwagę sprawę pozornie tylko banalną: konflikt między premierem Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobro.  Dlaczego? Otóż jego temperatura zaczyna destabilizować rząd – czytamy w portalu Onet. Każdy z nich widzi się w roli następcy niemal 70-letniego Jarosława Kaczyńskiego, a każdy z nich teoretycznie ma spore szanse.

Minister Morawiecki i jego otoczenie uważa, że Zbigniew Ziobro odpowiada za większość wpadek premiera, kłopotów rządu i przecieków, które stają się utrapieniem PiS. Dlatego też naciska na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, by usunął ministra z rządu. Argument numer jeden to oczywiście ustawa o IPN, która już w pierwszych dniach urzędowania Morawieckiego naraziła go na ostre reakcje liderów USA i Izraela. Powstała ona w Ministerstwie Sprawiedliwości wprawdzie już w 2016 r., ale Ziobro przypomniał o niej Jarosławowi Kaczyńskiemu, proponując jej szybkie przyjęcie, na początku 2018 r. Oczywiście nikt – nawet w Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie przewidział wybuchu potężnego międzynarodowego skandalu. Chodziło raczej o antidotum na reportaż TVN o polskich neonazistach. Faktem pozostaje, że ze skandalu premier wyszedł mocno osłabiony. A to już było na rękę Ziobrze. Dodać warto, w ślad za portalem, że Morawiecki nie miał pojęcia o tej ustawie! Jako że nie jest posłem, więc nawet nad nią nie głosował. Kiedy pod koniec stycznia podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau izraelska ambasador Anna Azari skrytykowała ustawę, Morawiecki początkowo był przekonany, że chodzi jej o ustawę reprywatyzacyjną, dotyczącą zwrotu przedwojennych majątków. Mimo narastającego skandalu Ziobro uparcie bronił ustawy, a podczas spotkania z ambasador Izraela w Ministerstwie Sprawiedliwości, właśnie MSZ obciążał odpowiedzialnością za protesty w Izraelu i USA.

Takie zachowanie Ziobry wywołuje podejrzliwość otoczenia Morawieckiego, które przypisuje ministrowi sprawiedliwości jednolicie złe intencje i większą niż realna sprawczość. Przykład? Zgodnie z plotką krążącą po publikacji w jednym z prawicowych tygodników, ludzie Ziobry mieli przygotowywać przeciek, ujawniający kulisy negocjacji dotyczących zwrotu przedwojennych majątków żydowskich obywatelom Izraela oraz USA. Skutkiem byłoby ogromne napięcie w kraju i kolejna fala antysemityzmu, destrukcyjna dla Morawieckiego. „Ziobrystom” przypisywane jest nawet inspirowanie publikacji dotyczących przeniesienia wartych miliony nieruchomości na żonę, aby nie kuły w oczy elektoratu. Według informacji Onetu, Morawiecki poskarżył się w tej sprawie Kaczyńskiemu, wskazując Ziobrę jako źródło przecieku. Naciskał jednocześnie na odwołanie go z rządu. To nie wszystko. Redukcje na stanowiskach wiceministrów oraz przetasowania w Kancelarii Premiera posłużyły Morawieckiemu jako pretekst do zdegradowania lub przesunięcia ludzi Ziobry i jego sojuszniczki Szydło.

Efektem ubocznym narastającego konfliktu w obozie władzy wydaje się także … zaproponowany Brukseli kompromis w sprawie sądów. Otóż zgodnie z nim bez opinii kolegium sądu oraz Krajowej Rady Sądownictwa minister sprawiedliwości nie będzie mógł odwołać prezesa lub wiceprezesa sądu. Jeśli rzecz przejdzie, Ziobro straci posiadaną pełną dowolność ich dymisji. Zaś prawo do decydowania, którzy sędziowie po osiągnięciu wieku emerytalnego będą nadal sądzić przejmie prezydent. Co więcej –  Morawiecki wymusił na Ziobrze wycofanie się z bezkrytycznego stosunku do ustawy o IPN. To właśnie, jak już wiadomo, pod naciskiem premiera, Ziobro przesłał do badającego tę ustawę Trybunału Konstytucyjnego swą opinię podważającą część zapisów. Morawiecki chce również odbić z rąk ludzi Ziobry państwowy kombinat finansowy PZU-PEKAO SA, bo nie może wg portalu pozwolić na to, by kluczowy holding finansowy w kraju kontrolował jego najpoważniejszy konkurent. Nad ministrem Ziobro powoli zbierają się czarne chmury. Przeciwko niemu coraz bardziej otwarcie występuje także Antoni Macierewicz, idol twardego skrzydła PiS i konkurent o wpływy w środowisku Radia Maryja. Powód? Macierewicz atakuje Ziobrę za śledztwo smoleńskie, w tym dobór zagranicznych ekspertów, których uważa (a jakże) za rosyjskich agentów.

Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie? Raczej narastania konfliktu niż jego uśmierzenia. Sprawa jest względnie prosta – wszystko wskazuje na to, że na razie Jarosław Kaczyński zaciera ręce, bo za sprawą ambitnych konkurentów może skutecznie dzielić i rządzić, wykorzystując ich animozje. Fakt, że cierpi na tym autorytet Polski, najwyraźniej niespecjalnie go przejmuje.

…w taki i podobny sposób internauci komentują na Twitterze nie całkiem poważną utarczkę słowną, do jakiej doszło między rzeczniczką PiS Beatą Mazurek, a znanym z buty posłem tej partii Dominikiem Tarczyńskim.

Polityk, w rozmowie z portalem wpolityce.pl odsłonił cele planowanej na 14 kwietnia konwencji PiS. Podkreślając przełomowy charakter tego wydarzenia oświadczył autorytatywnie:

„Chcemy przedstawić Polakom, jakie mamy plany na przyszłość. Podczas naszych spotkań z obywatelami nie będziemy wyłącznie mówić o wyborach samorządowych, ale także chcemy rozmawiać o przyszłych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Konwencja 14 kwietnia będzie w pewnym sensie konwencją przełomową” – zapowiedział.

Słowa te najwyraźniej mocno zirytowały Beatę Mazurek, która nie zważając na rezonans, dość brutalnie skomentowała wywiad Tarczyńskiego: „A skąd wiesz o czym będziemy mówić? Jasnowidz?” – napisała.

To nie wywołało korzystnej reakcji internautów, którzy z kpiną wytykają nadwątloną w ostatnim czasie spójność i komunikację w partii… Dla samej pani rzecznik mają najważniejszą radę: lepiej mądrze milczeć niż głupio się odezwać.

Nie wytrzymali nawet zwolennicy PiS, którzy z niepokojem sugerują swojej partii, że  to ostatni moment, by się pozbierać, po ostatnich wpadkach …

„Jeżeli pierwsza dama miałaby pensję, to miałaby także zakres obowiązków i można by ją z tego rozliczać” – uważa małżonka byłego prezydenta RP Anna Komorowska i postuluje, aby żony głów państwa dostawały pełne wynagrodzenie za swoją pracę „Okres prezydentury mojego męża to był czas, kiedy najintensywniej pracowałam. Ten czas przynajmniej powinien się liczyć jako okres składkowy, do emerytury. I to jest minimum” – zaznaczyła pani Komorowska.

Dziś polskie pierwsze damy nie dostają pieniędzy. „Zerowe wynagrodzenie, przymus rezygnacji z dotychczasowej pracy czy brak składek ZUS – z takimi problemami musi borykać się żona prezydenta Agata Duda” – zwraca uwagę Super Ekspress.

Jednocześnie przypomina, że w 2016 roku PiS był bliski przeforsowania pomysłu, aby pierwsza dama dostawała wynagrodzenie w wysokości ok. 13,2 tys. zł. Projekt ostatecznie jednak upadł, choć zdanie, że żony prezydentów nie powinny być dłużej dyskryminowane, popierają również eksperci.

Wojciech Maziarski pisze o zbliżającym się końcu PiS.

Rewolucyjna dynamika „dobrej zmiany” została złamana. Walec zatrzymał się i dalej już nie pojedzie.

Na Święta zajączek przyniósł prezydenckie weto do ustawy degradacyjnej – Andrzej Duda nie zgodził się, by minister mógł samowolnie degradować (także pośmiertnie) oficerów wojska, którzy jego zdaniem sprzeniewierzyli się państwu polskiemu. Ustawa, pozbawiona trybu odwoławczego, budziła sprzeciwy natury zarówno prawnej, jak i moralnej. Czy – ściślej mówiąc – estetycznej, bo przecież obrzydzenie wobec grzebania w grobach i zrywania naramienników trupom jest przede wszystkim kwestią smaku.

Nie jest do końca jasne, co prezydenta skłoniło do tego kroku. Między bajki można bowiem włożyć oficjalne uzasadnienie weta, zgodnie z którym ustawa była wadliwa z powodów prawnych i etycznych. To jasne, że była, ale równie jasne jest, że prezydent w przeszłości ochoczo podpisywał wiele równie wadliwych aktów prawnych i ręka mu przy tym nie zadrżała.

Podstawowe pytanie brzmi zatem: czy weto było uzgodnione z kierownictwem PiS, czyli Jarosławem Kaczyńskim, czy też było samodzielną inicjatywą Andrzeja Dudy. Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, kojarzonego z obozem prezydenckim, mówił w TVN24, że „trudno mu sobie wyobrazić”, by prezydent podjął taką decyzję bez zgody prezesa PiS.

Partia zwalcza macierewiczowskie odchylenie

Na to, że cała operacja była zawczasu uzgodniona i zaplanowana, wskazuje też rachityczność protestów w obozie władzy. Owszem, Marek Suski, partyjny oficer polityczny w rządzie, oddelegowany przez prezesa do obserwowania poczynań Mateusza Morawieckiego i kablowania na niego, powiedział, że po wecie nie będzie już głosować na Andrzeja Dudę. Jednak ta wypowiedź więcej mówi o zasobach intelektualnych Suskiego niż o stanowisku kierownictwa PiS. Osoby z kręgów decyzyjnych partii milczą, zaś komentatorzy i publicyści z obozu władzy wypowiadają się bardzo oględnie i łagodnie. Nawet w komentarzu harcownika i fanatycznego propagandysty Michała Karnowskiego więcej jest przygnębienia i rezygnacji niż buntu przeciw decyzji prezydenta: – „Kiszczak i Jaruzelski muszą chyba być sowieckimi „generałami” w polskich mundurach. W takim stanie rzeczy się urodziliśmy, w takim umrzemy. Nikogo nie winię, ale szkoda”.

Ostre protesty słychać głównie z ośrodka skupionego wokół Antoniego Macierewicza, który był autorem i promotorem zawetowanej ustawy. Decyzję prezydenta krytykuje zarówno sam były minister obrony, jak i publicyści „Gazety Polskiej”, która cieszy się zasłużoną opinią organu sekty smoleńskiej.

Wygląda więc na to, że zawetowanie ustawy degradacyjnej najprawdopodobniej było elementem wiosennych porządków po zdymisjonowaniu Antoniego Macierewicza. Partia walczy z „macierewiczowskim odchyleniem”, usuwając jego ludzi ze stanowisk i ukręcając łeb jego politycznym inicjatywom.

„Dobra zmiana” ugrzęzła

Tyle tylko, że wszystko to jest kompletnie bez znaczenia. Wewnętrzne przepychanki frakcyjne w obozie „dobrej zmiany” są może interesujące dla hobbystów obserwujących niuanse pałacowego życia na Nowogrodzkiej (dla nazwania ich przydałby się jakiś termin w rodzaju „kremlinologów” z czasów ZSRR), lecz dla ogółu opinii publicznej są drugo- albo i trzeciorzędne.

Dla przeciętnego wyborcy – i to zarówno tego, który głosuje na PiS, jak i przeciw niemu – liczy się tylko jedno: partia władzy, która dotąd parła do przodu niepowstrzymanie niczym walec miażdżący wszystko na swej drodze, utknęła i zaczęła się chaotycznie miotać. Cofnęła się w sprawie degradacji, cofnęła się w sprawie IPN, anulowała gigantyczną karę finansową nałożoną na TVN za nadanie programu, który się nie spodobał PiS-owi, kombinuje, jak udobruchać Brukselę oburzoną zamachem na niezależność polskiego sądownictwa, wykonuje nerwowe i nieskoordynowane ruchy w sprawie nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło: najpierw mówi, że premie te były błędem i zapowiada, że odtąd już nie będzie ich przyznawać, a potem „pokazuje pazurki” i krzyczy, że pieniądze się należały…

Wyborca obserwujący te konwulsje rozumie jedno: rewolucyjna dynamika „dobrej zmiany” została złamana. Walec zatrzymał się i dalej już nie pojedzie. Jednoznacznie potwierdzają to sondaże. Na pół roku przed jesiennymi wyborami samorządowymi do Polski dotarły ciepłe wiatry z zachodu, mróz cofa się na wschód.

Przystawki żądają dla siebie większych półmisków

To oczywiście ośmiela przeciwników PiS, dodaje im otuchy i nadziei. Natomiast morale obozu władzy załamuje się, zarysowują się w nim pęknięcia, które w przyszłości – być może niedalekiej – doprowadzą do jego dezintegracji.

Ośrodek macierewiczowski właściwie już został wykluczony z PiS, choć formalny rozwód jeszcze się nie dokonał. Pojawiają się jednak sygnały, że także inne środowiska zaczynają się nieśmiało emancypować i w obliczu osłabienia spójności obozu władzy i zachwiania pozycji centrum decyzyjnego domagają się dla siebie więcej wpływów i większej autonomii. Przed wyborami samorządowymi Zbigniew Ziobro, który stoi na czele partii Solidarna Polska, ale wszedł do Sejmu z listy PiS, domaga się, by na kartach wyborczych obok nazwisk jego ludzi pojawiła się też nazwa ugrupowania.

Polityczną odrębność delikatnie i subtelnie zaczyna także akcentować Jarosław Gowin, lider partii tak znanej, że pisząc ten tekst, jej nazwę musiałem sprawdzić w Wikipedii: „Porozumienie Jarosława Gowina”; słyszeliście kiedyś o takim ugrupowaniu?

Teraz jego lider zaczyna poczynać sobie coraz śmielej. Gdy nieomylny i wszechwiedzący Prezes Tysiąclecia, którego słów nikt dotąd nie odważył się kwestionować, oświadczył, że w sprawie IPN czy sądów wzorem Viktora Orbána trzeba będzie pójść z Zachodem na kompromis, którego cena jest gorzka, Gowin odpowiedział publicznie: – „Cena kompromisu z Brukselą w sprawie reformy sądownictwa nie jest dla mnie gorzka, tak jak dla prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego”. A prezes, zamiast zuchwalca ukarać, próbuje go ugłaskać i pozyskać, deklarując, że zrobi wszystko, by przygotowana przez Gowina ustawa o szkolnictwie wyższym weszła w życie.

Koniec imperium PiS

Tak konają imperia i potęgi polityczne: metropolia traci wpływy, pojawiają się ruchy odśrodkowe, peryferia się usamodzielniają i przestają słuchać poleceń z centrali, która musi się z tym pogodzić, robiąc dobrą minę do złej gry. A z zewnątrz już nadciągają wojska wroga, który widząc słabość za murami, szykuje się do szturmu.

Pytanie, jak zachowa się lud. Będzie wspierać władzę i jej żołnierzy broniących się przed oblężeniem? Czy może raczej sam otworzy bramy przed nadciągającą armią i zaprosi ją do środka?

Idzie wiosna.

Ten moment, gdy w poświąteczny poranek FAKT kruszy w pył grafiki … Spokojnie, w tekście jest przypomnienie na kwotach, ile dostawali urzędnicy za czasów PO-PSL;)

Waldemar Mystkowski pisze o Pawłowicz i Dudzie w konteście świąt.

Od kiedy w Straży Pożarnej pojawiły się kobiety – do parytetów fifty-fifty daleko – strażaczki przejęły inicjatywę w śmigus-dyngus. I leją wodą prosto z pomp strażackich na swoich partnerów w służbie. Największą radochę ma ta przy sikawce, czyli sikawkowa. Co lunie po strażakach, to jej.

Taką sikawkową w PiS jest Krystyna Pawłowicz, która nie przebiera w słowach. Jej retoryka jest zwykle knajacka, a proza na Facebooku i Twitterze podana w kiepskiej polszczyźnie, zwykle z błędami gramatycznymi, interpunkcyjnymi i bez zachowania reguł graficznych. Tak bluzga emocjami, że staje się zrozumiałe, dlaczego nie radzi sobie z polszczyzną. Sikawkowa Pawłowicz zawsze leje swoją brudną polszczyzną na opozycję.

Tym razem lunęła na prezydenta Andrzeja Dudę, bo ten śmiał zawetować ustawę degradacyjną, wg której miano zrywać pagony truchłom generałów (kto ekshumowałby Jaruzelskiego i Kiszczaka, aby zerwać im pagony?). Tym razem Pawłowicz opublikowała list otwarty do Dudy na łamach portalu braci Karnowskich, w którym bluzga na prezydenta z jej formacji. Jako że list przeszedł redakcję, więc nie ma zwykłych dla niej wpadek gramatyczno-interpunkcyjnych, ale za to możemy „podziwiać” niezborność intelektualną, luki w wiedzy, a w zasadzie poznać jej niewiedzę i tak naprawdę odhumanizowane emocje.

Pawłowicz chciałaby urządzić nieboszczykom generałom coś w rodzaju Norymbergi, bo nie było w procesie zbrodniarzy wojennych procedur odwoławczych. Nie trzyma się to żadnej logiki, bo po pierwsze w ustawie degradacyjnej nie było żadnej mowy o sądzeniu, a tylko o wyroku degradującym. Jakby też nie patrzył, Jaruzelskiego i Kiszczaka trudno byłoby podciągnąć pod jakąkolwiek interpretację terminu prawnego ludobójstwa, zdefiniowanego przez polskiego prawnika Rafała Lemkina. No i Pawłowicz odbiera prezydentowi prerogatywę weta, co nawet nie jest śmieszne.

Polecam zapoznania się z listem Pawłowicz, bo pokazuje jak marnej jest ona kondycji intelektualnej. Powstaje pytanie: jak doszło do tego, iż ktoś takiego żenującego pokroju umysłowego wykładał na uczelni?

Posłanka PiS Pawłowicz nadaje się tylko do obsługi bluzgów, do języka godnego podrzędnej knajpy, a nie do obecności w przestrzeni publicznej, acz dopuszczalnym jest, aby w śmigus-dyngus jako sikawkowa PiS lunęła na Dudę, bo temu się należy za wielokrotne złamanie Konstytucji.

Pisanka od Tuska

Ładnie Daniel Passent ujął treść wywiadu z Donaldem Tuskiem w TVN24 – pisanka.

Pisanka od Ani.

Pisanka od policjantów i innych mundurowych.

Jak wesz została mendą.

Post Navigation