Hairwald

W ciętej ranie obecności

Donald Tusk jest najważniejszym politykiem dla Polaków

Donald Tusk jest liderem rankingu zaufania do polityków – wynika z sondażu IBRiS dla Onetu. Tuskowi ufa dziś 42,8 proc. respondentów. Brak zaufania wyraża do niego 42,7 proc. ankietowanych.

Tusk zdecydowanie wyprzedził prezydenta Andrzeja Dudę, który był liderem rankingu zaufania w marcu. W kwietniu Duda spadł na drugą pozycję – ufa mu 36,6 proc. badanych, nie ufa – 49,2 proc. Na podium znalazł się jeszcze Mateusz Morawiecki (ufa mu 36,5 proc., nie ufa – 43,9 proc.).

Spośród przywódców partii opozycyjnych największym zaufaniem cieszy się Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej (33,4 proc. polaków jej ufa, 35,8 proc. – nie ufa).

Dobre notowania ma też lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz – ufa mu 31,1 proc. respondentów, nie ufa – 35,4 proc.

Paweł Kukiz, lider Kukiz’15, wzbudza zaufanie 21,8 proc. ankietowanych, nie ufa mu 51,8 proc.

Grzegorzowi Schetynie, liderowi PO, ufa 18,1 proc. respondentów, a nie ufa 61,8 proc. Gorzej od niego wypada lider SLD Włodzimierz Czarzasty – ufa mu 17,3 proc. ankietowanych, nie ufa – 42,1 proc.

Na szczycie rankingu nieufności znajduje się Antoni Macierewicz, któremu nie ufa 72,9 proc. respondentów. Jarosławowi Kaczyńskiemu nie ufa 64,3 proc. ankietowanych.

wPolityce.pl

Andrzej Celiński skomentował decyzję władz Jasnej Góry ws. pielgrzymki skrajnej prawicy.

Krystyna Pawłowicz odniosła się do informacji posła Sławomira Neumanna na temat powstającej w Sejmie tablicy dla Lecha Kaczyńskiego.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o upadku Kaczyńskiego.

Ludzie PiS poszli do polityki dla pozycji społecznej, pieniędzy i komfortu życia. A prezes – w imię swych infantylnych marzeń o władzy absolutnej – wymaga teraz od nich ascezy.

Gdy PiS obejmował władzę w roku 2015, prognozowałem, że jego rządy potrwają około 2 lat. Mam na to świadków w redakcji „Gazety Wyborczej”, kto nie wierzy, może zapytać. Traktując tę prognozę dosłownie – pomyliłem się. Nie wygląda na to, by w najbliższym czasie Prawo i Sprawiedliwość miało stracić władzę. Formułując przepowiednię, nie wziąłem poprawki na erozję standardów życia politycznego w Polsce. W poprzednich, normalnych i cywilizowanych warunkach, wyszłoby na moje.

Kryzys polityczny taki jak ten obecny, spowodowany pazernością polityków rządowych, doprowadziłby do potężnego przesilenia politycznego, w wyniku którego konstrukcja wzniesiona przez Jarosława Kaczyńskiego rozsypałaby się zapewne jak domek z kart. To, że dziś się tak nie dzieje, wynika z faktu, że normalne standardy demokracji przestały w Polsce obowiązywać i władza w stanie agonalnym może przedłużać swą wegetację. Do czasu.

Jarosław Kaczyński wyczerpał już znaczną część arsenału trików socjotechnicznych i politycznych, pozwalających podtrzymywać legitymizację jego rządów. Po odwołaniu Beaty Szydło i mianowaniu na jej miejsce Mateusza Morawieckiego nie może już zamydlić oczu opinii publicznej kolejną rekonstrukcją gabinetu.

Pewnie teraz żałuje, że pospieszył się z wymianą premiera. Zrobił to przedwcześnie i bez wyraźnej potrzeby politycznej, budząc zdziwienie i niezadowolenie w kręgach działaczy i elektoratu PiS. Możliwość zdymisjonowania szefa rządu i powołania nowego człowieka, który przyszedłby z czystą kartą i symbolizowałby nowe otwarcie, przydałaby mu się teraz. Ale ten pocisk został już odpalony i drugi raz nie da się go użyć.

Kaczyński próbuje więc zmusić PiS do demonstrowania ascetyzmu. Posłowie, samorządowcy, przedstawiciele aparatu mają się zgodzić na znaczące obniżki uposażeń, by przekonać wyborców, że oskarżenia o pazerność są nieprawdziwe. Tyle tylko, że opinia publiczna doskonale zdaje sobie sprawę, iż jest to krok wymuszony przez okoliczności, mający zamaskować prawdziwą naturę rządów PiS. Po drugie zaś – wywołuje on zrozumiałe i uzasadnione niezadowolenie w szeregach działaczy partii rządzącej. A to podważa pozycję Jarosława Kaczyńskiego jako nieomylnego i uwielbianego wodza.

PiS nie jest normalną demokratyczną partią polityczną, taką samą jak pozostałe ugrupowania na polskiej scenie. Widać to już nawet w zapisach statutu, który oddaje prezesowi niespotykanie wielką władzę, zwłaszcza w sprawach personalnych. To Kaczyński w ostatecznym rozrachunku jednoosobowo decyduje, kto będzie kierować strukturami partii w terenie, kto będzie kandydatem do parlamentu czy do europarlamentu.

Dopóki prezes prowadził partię od zwycięstwa do zwycięstwa i dawał jej działaczom dostęp do konfitur w administracji państwowej i spółkach skarbu państwa, ten układ był funkcjonalny i nie rodził sprzeciwów. Pozycji wodza nikt nie tylko nie ośmielił się, ale i nie miał powodu kwestionować. Teraz jednak sytuacja się zmienia. Wódz żąda wyrzeczeń i odbiera konfitury.

A w imię czego to robi? W imię swej osobistej władzy. Aktyw PiS coraz wyraźniej widzi, że wyznawana przez działaczy hierarchia wartości rozjeżdża się z tą, którą wyznaje prezes. Oni poszli do polityki dla pieniędzy, komfortu, pozycji społecznej i poczucia, że przynależą do rządzącej elity. Dla niego zaś większość materialnych wartości nie ma większego znaczenia. Chodzi mu tylko o to, by być zbawcą narodu i by móc rozstawiać pionki na politycznej szachownicy, której na imię Polska. By brat był pochowany na Wawelu i miał pomniki w każdym mieście. By w Starachowicach była ulica matki – Jadwigi Kaczyńskiej. Tylko to się liczy. W wymiarze materialnym Kaczyński jest typem ascetycznego maniaka władzy, podobnie jak był nim Władysław Gomułka czy János Kádár na Węgrzech.

Marzenia prezesa są marzeniami małego chłopca, który przypadkiem zaplątał się w dorosłą politykę. Dopóki jednak jego wyznawcy i wielbiciele mogli przy okazji realizować także swoje aspiracje, infantylizm przywódcy nie rzucał się w oczy i nie stanowił problemu. Ale dziś? Działacze PiS-u, zmuszeni do godzenia się z obniżkami zarobków, zaczną zadawać sobie pytanie: czy na pewno chcemy iść ślepo w ogień za człowiekiem o mentalności chłopczyka?

Ciekawe, jakiej odpowiedzi udzielą.

Wydaje się, że bezwstydne przyznanie wyjątkowo wysokich nagród będzie jeszcze długo odbijać się czkawką politykom Prawa i Sprawiedliwości. Pełne pychy i naostrzonych pazurków wystąpienie wicepremier Beaty Szydło zamiast przekonać wyborców, że im się te nagrody należały, dolało tylko oliwy do ognia. Lud nie dał się przekonać, a swoje niezadowolenie wyraził w sondażach, które zanotowały spory spadek partii. Opozycja również wykorzystała kwestię nagród w walce politycznej.

Jak zwykle w sytuacjach kryzysowych do akcji wkroczył szeregowy poseł, prezes PiS, Jarosław Kaczyński Jednak myliłby się ten, kto uważa, że sprawa zwrotu nagród była najważniejszą deklaracją, jaką złożył podczas konferencji prezes PiS. Prawdziwą burzę wywołało oświadczenie, że Prawo i Sprawiedliwość obniży posłom wynagrodzenia o 20 procent.

Szeregowi parlamentarzyści partii, wprawdzie anonimowo, ale jednak, zaczynają publicznie wyrażać swoje niezadowolenie. Dziennikarka „Faktu”, Agnieszka Burzyńska pisze o jednym z takich przypadków: „Bardzo zdenerwował JK swoich posłów. Pierwszy raz słyszę aż tak mocne słowa: człowiek, który korzysta z partyjnych pieniędzy, jest wożony, karmiony i nie ma pojęcia o codziennym życiu decyduje o obniżce zarobków tych, którzy nie przyznawali sobie samym żadnych nagród.” Czy to niezadowolenie jest zapowiedzią buntu? Czy Jarosław Kaczyński tnąc posłom pensje nadal może liczyć na ich niezachwianą lojalność?

Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej” uważa, że jak na razie pozycja prezesa i wizerunku jednolitości partii jest niezachwiana: „Rozmawiałem właśnie z czołowym politykiem rządu. W PiS jest przekonanie, że sprawa nagród jest zamknięta i opozycja nic już w tym temacie nie ugra. A nt. buntu w PiS po obniżkach pensji: buntu nie będzie, bo nikt nie zaryzykuje przed ułożeniem list. Wywiad w Rzepie już wkrótce.”

Zapewne politycy Prawa i Sprawiedliwości będą próbowali tuszować wszelkie pęknięcia wewnątrz partii, szczególnie przed zbliżającą się konwencją. Przekaz, który powinien trafić do społeczeństwa nie może być skażony żadnymi wewnętrznymi fochami, niezadowoleniem czy buntem. Mimo wszystko sprawa wynagrodzeń i nagród wywołała małe trzęsienie w partii, pokazując jednocześnie, że nie jest ona takim monolitem, jakim ją nam malują.

Oczyma duszy to widzę. Komitet Polityczny PiS, na nim gościnnie premier, ministrowie, sekretarze i podsekretarze stanu. Coś w formule tragedii greckiej – ponury poświątecznie Prezes jako aktor, rząd jako chór wyśpiewuje: „Pozwól nam, o Wielki, oddać te nagrody do Caritasu”. Prezes jakby łagodnieje, wychodzi na konferencję prasową. Koniec sceny.

PiS traci od wielomiesięcznego spektaklu rekonstrukcji rządu. Traci pewność siebie, zdolności narracyjne, słuch społeczny. Przekaz dnia, powtarzany w wypowiedziach i wpisach, że obcinamy wynagrodzenia posłom, samorządowcom, urzędnikom państwowym, „bo Polacy tego chcą”, to zaklinanie rzeczywistości. Ostatni ciąg zdarzeń nie jest podyktowany populizmem – jest nieracjonalną polityką, efektem strachu.

W przeciągu tygodnia obserwowaliśmy dwa strzały w obie stopy. Pierwszy to „pazurki” Beaty Szydło wbijające się w szyję tych wyborców, którzy dali partii zwycięstwo. Ludzi utrzymywanych w przeświadczeniu, że rządy PiS to rządy altruistycznych aniołów, brzydzących się przyjmowaniem pieniądza publicznego. Jarosław Kaczyński swoim wywiadem dla pisma najwierniejszych z wiernych, braci Karnowskich, sejmowe pokrzykiwania byłej premier o tym, że kasa się należała, jednoznacznie poparł.

Inaczej zachowali się odpytywani przez sondażownie wyborcy, pojawił się znaczący spadek poparcia. Nie święconka na stole wielkanocnym, a sondaże spowodowały, że Prezes wpadł w panikę i pomysłem przekazania nagród Caritasowi i obniżenia wynagrodzeń osobom pełniącym funkcje publiczne strzelił w drugą stopę – we własny partyjny aparat. Wprawdzie strzał został pomyślany tak, żeby zabolał też opozycyjną PO – po to do grupy, której wskaźnik skromności ma być wyregulowany ustawą, dorzucono samorządowców. Niemniej przy całej radości, że „sąsiada też boli”, uderzenie idzie w trzon PiS.

Nie jest szczególną tajemnicą, że radni, pracownicy samorządowi, nominaci w spółkach samorządu czy skarbu państwa to ci, którzy niosą partię, dają tłum na konwentach, stanowią sieć zapewniających podpisy pod listami wyborczymi, tworzą poparcie ogólnopolskie dla zjawisk telewizyjnych. Nie byłoby zapewne dużym problemem oszacować liczbę ludzi, których byt, powodzenie finansowe rodzin zależą od posad, które dostają dzięki takiemu zaangażowaniu. Setki tysięcy w skali kraju.

Oba te strzały są głośniejsze i boleśniejsze dla wyborców i aparatu partii rządzącej od każdego sporu o Trybunał Konstytucyjny, sądy, konfliktu z Komisją Europejską – tam można było wszystko tłumaczyć geniuszem i dalekosiężną wizją Prezesa w sprawach abstrakcyjnych dla rodziny przy stole, w ostateczności programem 500 plus. Wytłumaczenie aktywowi programu Minus 20 proc. nie będzie łatwe.

Już za kilka dni dokona się to, co proroczo zapowiedział pan prezes. Wśród (wirtualnych) ruin Pałacu Saskiego – bo Polska ciągle w ruinie – powstał nareszcie pomnik zamachu w Smoleńsku, który już tylko najbardziej zaciekłe „lewactwo” nazywa zwykłą katastrofą.

Tym pomnikiem środowiska patriotyczno-wolnościowe ostatecznie zamkną usta wszystkim, którym wciąż jeszcze przychodzi do głowy myśl tyleż obrazoburcza, co głęboko świętokradcza, że „prezydenta tysiąclecia” i całą prawicową elitę Rzeczpospolitej mógł odesłać do wieczności banalny wypadek lotniczy. Nie mógł i to jest oczywista oczywistość. Do tej prawdy – być może – jeszcze kiedyś dojdziemy, choć w zasadzie nie ma po co tak chodzić, skoro przecież wiadomo, jak było. Jest na to słowo ministra Macierewicza oraz arcydzieło narodowej kinematografii pod tytułem „Smoleńsk”. No i teraz będzie jeszcze pomnik.

Biorąc pod uwagę cechy formalne i symbolikę tego szczególnego monumentu, wzniesionego według projektu wybitnego polskiego rzeźbiarza – Jerzego Kaliny, trzeba przyznać, że powstało oto dzieło wybitne, godnie upamiętniające tę narodową tragedię. Takie, na którego przykładzie przyszłe pokolenia uczyć się będą nie tylko patriotyzmu, prawdziwej wersji dziejów najnowszych oraz historii powtórnego zbawienia narodu polskiego, ale także sztuki. Tego zwłaszcza, że jej wielkie dzieła mówią o zleceniodawcach znacznie więcej, niżby chcieli mecenasi…

Bo weźmy formę pomnika. Inspirację miały dlań podobno stanowić mobilne schody pasażerskie. Takie, jakich tuziny widzi się na każdym lotnisku. Symbol dość oczywisty, tym bardziej, że chodzi wszak o monument upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej (lub zamachu), dla których były one „ostatnią drogą”, schodami do wieczności, ale też – i tu kłania się ikonografia chrześcijańska – ścieżkę męczeństwa, prowadzącą do wiecznej chwały w Niebie, a na ziemi – do pamięci potomnych. Oczywistą tu więc mamy symboliczną oczywistość.

Tyle tylko, że – jak donoszą media – u szczytu tychże schodów jest w pomniku… klapa. Po co tam ona komu? Cóż, obok upamiętniającej, ten osobliwy pomnik będzie jeszcze – najwyraźniej – pełnił inne ważne funkcje, o których w tej chwili wie tylko najbliższe otoczenie pana prezesa.

Pewien trop mogłaby stanowić zapowiedź, że odsłonięcie „Schodów” będzie oznaczało przeniesienie cyklicznych miesięcznic smoleńskich na plac Piłsudskiego. Można więc domniemywać, że odtąd szef partii aktualnie rządzącej będzie zapowiadał dochodzenie do prawdy z wysokości cokołu, a stopnie (czy raczej winda) zastąpią słynną rozkładaną drabinkę z Krakowskiego Przedmieścia. Tak byłoby rzeczywiście bardziej godnie i dostojnie, bo kto to widział, żeby poważny człowiek i już w latach wspinał się na drabinę, jak – nie przymierzając – gospodyni domowa rozwieszająca firanki.

Warto też wziąć pod uwagę, że forma pomnika nawiązuje – siłą rzeczy – do kształtu piramidy, czyli starożytnego grobowca. Schodkowej, ale to nawet lepiej, bo przez to bogatszej o dodatkową symbolikę.

W takim na przykład starożytnym sumeryjskim mieście Ur, na szczycie piramidy (nazywanej tam zikkuratem) pomieszkiwał lokalny bóg. Objawiał się on swoim wiernym z okazji świąt religijnych, a też bez żadnego trybu. Więc czy to w takim razie nie jest najbardziej odpowiednie miejsce na konferencje prasowe i oświadczenia pana prezesa? Wszak sam niedawno okrasił ogłoszenie swojej decyzji w sprawie nagród w rządzie łacińskim „Vox populi, vox Dei”, wyraźnie wskazując rolę, jaką wyznaczył sobie w relacji z ludem i to zdaje się nie tylko tym „pisowskim”.

To po pierwsze. A po drugie – ów lud od dawna już widzi w panu prezesie zbawcę („Jarosław, Polskę zbaw!”). No a jak zbawca, to szczyt piramidy jako miejsce comiesięcznych objawień byłby akurat jak znalazł.

Symbolika piramidy schodkowej, popularnej nie tylko w delcie Tygrysu i Eurfatu, ale także w Ameryce Południowej, wykazuje zresztą niejakie powinowactwo do sposobu uprawiania polityki przez pana prezesa, jako że bóstwa meksykańskie i peruwiańskie to byli – prawie wszystko – bogowie krwawej zemsty. Miejsca ich kultu spływały krwią wrogów, którym żywcem wyrywano na szczytach piramid serca, a potem strącano w przepaść.

W naszych czasach takie marnotrawstwo organów na pewno spotkałoby się z protestami transplantologów. No, ale gdyby tak tuż pod klapą ustawić szubienicę albo szafot, pomnik pełniłby w środowiskach patriotycznych funkcję integracyjną także w czasie między kolejnymi miesięcznicami. Odbywałyby się tam cykliczne egzekucje zdrajców dyplomatycznych, karanych za wszystkie winy Tuska. Czyż nie o tym pisał w adresowanych do pana prezesa kolejnych poematach naczelny wieszcz partii aktualnie rządzącej? Tak więc – szubienica i szafot. A wokół budki z kebabem i Sławomir…

Monument, poprzez swoją formę, może też odegrać nieocenioną rolę w edukacji obywatelskiej przyszłych pokoleń. Wskazuje bowiem czy wręcz – wizualizuje, którędy wiedzie droga na szczyty władzy. Step by step, mianowicie. (I tylko lewicowo-liberalne kanalie mogą sugerować, że niektórym ta wspinaczka udaje się tylko incydentalnie, gdy w charakterze stopni użyją trumien ofiar katastrofy.) W tym kontekście klapa mogłaby służyć demonstracji oczywistej prawdy, że każda władza przemija. Bo ten i ów może wprawdzie – z kaprysu prezesa – znaleźć się na samym szczycie, ale za chwilę i tak otworzy się pod nim ta nieszczęsna zapadnia. Albo nieopatrznie sam zrobi o krok za daleko.

W sumie to właśnie w tej swojej funkcji wielokrotnego użycia pomnik wydaje się szczególnie nowatorski, ze względu na tak teraz modną ochronę środowiska. Chodzi o recycling właśnie. Bo stawiamy na cokole na kogo akurat mamy ochotę, a potem wystarczy uruchomić klapę i po sprawie. Odpada kłopot z obaleniem monumentów i zrzucaniem z pomników nieaktualnych bohaterów.

No, a poza tym taki pomnik przechodni to symbol zapowiadanej przez partię rządzącą demokracji dla każdego. Bo w tej sytuacji każdy – i to nie czekając na oficjalne zaproszenie – sam może wspiąć się na cokół. I co z tego, że tylko na chwilę, że profanacja. Monitoring, straż miejska, mandat i w ogóle. Marketing za to jaki dla stolicy! „Pięć minut” sławy, zrobienie selfika z pomnika i szybka wrzutka na Instagram – tylko w Warszawie.

Owszem, lewactwo robi sobie „śmichy-chichy”, że w takim razie ten pomnik to nie tyle „schody do chwały”, ile „donikąd”. Bo skoro to monument wielokrotnego użytku…

Lewackie gorsze sorty od dawna zresztą szydzą, że projekt został – nazwijmy to elegancko – „pożyczony” z XVIII Księgi komiksu Henryka Chmielewskiego o Tytusie i spółce, gdzie podobne schody nazywały się właśnie „Schodami Do Nikąd”. Ale wszelkie podobieństwa do rzeczonego wydawnictwa są absolutnie przypadkowe, a poza tym to fake news zrodzony w chorej, lewackiej wyobraźni, za który jego kolporterów będzie osobiście i do surowego wyroku ścigał pan poseł Tarczyński.

Pomnik bowiem jest oryginalny. A też monumentalny, wzniosły, przepiękny i w ogóle… A na końcu – klapa.

Black Sabbath budzi ludzi 😇

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: