Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Maj, 2018”

Kempa, Kuchciński, Ziobro – metry z Sevres załgania

Ksiądz Proboszcz unieważnia ważność zwolnień L4, Jeżeli ktoś nie chce sprzątać kościoła i plebanii niech wynajmie sprzątaczki. I nie wpychać się bez kolejki do sprzątania. 😀😊

„Tylko werdykt niezależnego sądu może dziś rozwiązać problem niezależności polskiego sądownictwa. Dlatego opowiadam się za tym, by oceny budzących największe wątpliwości zmian w polskim sądownictwie dokonał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej” – napisał w oświadczeniu Lech Wałęsa. Zaadresował je do Komisji Europejskiej, która zgodnie z Traktatem o UE może wnieść do unijnego Trybunału Sprawiedliwości sprawę złamania przez państwo członkowskie jednego z traktatowych zobowiązań.

Trybunał Sprawiedliwości UE mógłby zbadać zmiany, które zgotował PiS Sądowi Najwyższemu. 3 lipca ma wejść w życie ustawa, która obniża wiek przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku do 65 lat. Oznacza to, że ok. 40 proc. obecnego składu będzie musiało przejść na sędziowską emeryturę i zostanie przerwana kadencja pierwszego prezesa, zapisana w Konstytucji.

Żeby do tego nie doszło, Komisja Europejska musiałaby bardzo szybko złożyć taką skargę. Już raz skorzystała z takiej możliwości przy reformie sądów powszechnych autorstwa PiS. Na skutek skargi polski rząd szybko wycofał się z dyskryminacji kobiet sędziów, wysyłanych na emeryturę szybciej od mężczyzn.

– „Naruszenie niezawisłości polskich sądów grozi bardzo negatywnymi konsekwencjami dla Polski, ale też dla całej Unii Europejskiej. Unia, która jest kotwicą polskiej racji stanu, nie może funkcjonować bez wolnych sądów, w każdym z jej krajów członkowskich. (…) Tak jak w 1980 roku nie mogło być wolności bez solidarności, tak dziś nie może być wolności, bez praworządności!” – napisał Lech Wałęsa.

W internecie pojawił się też apel „Europo, broń Sądu Najwyższego!”. – „Wielu dotychczasowych sędziów SN zastąpią nominaci wyznaczeni przez Krajową Radę Sądownictwa, którą kontroluje prokurator generalny Zbigniew Ziobro. (…) Wzywamy Komisję do natychmiastowego skierowania ustawy o Sądzie Najwyższym do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, wraz z wnioskiem o wstrzymanie wykonywania ustawy” – piszą autorzy petycji na stronie naszademokracja.pl.

 „Aktualnie Kancelaria Sejmu jest na etapie podsumowywania kosztów prawie półtoramiesięcznej akcji protestacyjnej. W miejscu, w którym była ona prowadzona, obecnie mają miejsce prace o charakterze porządkującym i remontowym. Decyzja, z jakich środków będą te koszty ostatecznie pokryte musi być poprzedzona dogłębną analizą finansową i prawną” – głosi komunikat opublikowany przez Centrum Informacyjne Sejmu. Zawiera on także podsumowanie trwającego przez 40 dni z punktu widzenia służb podległych Kuchcińskiemu.

Dowiadujemy się więc, że Kancelaria Sejmu proponowała protestującym noclegi w hotelu sejmowym lub w sali nr 102 w głównym gmachu, przy korytarzu wiodącym z holu głównego Sejmu do Senatu. Według CIS, „Sygnalizowanych przez protestujących niedogodności, takie jak stała obserwacja miejsca pobytu przez kamery, brak prywatności i oświetlenie korytarza również w godzinach nocnych, można było uniknąć w momencie przyjęcia propozycji Kancelarii Sejmu”. Czyli niepełnosprawni sami są sobie ”winni”…

Jak służby Kuchcińskiego oceniły wyrywanie banera i wykręcanie rąk protestującym kobietom? Nie mają sobie nic do zarzucenia – „Interwencja strażników 24 maja w ocenie Kancelarii Sejmu była zrealizowana zgodnie z prawem. W obowiązującej ustawie o Straży Marszałkowskiej znajdują się upoważnienia do używania w razie konieczności środków przymusu bezpośredniego” – czytamy w komunikacie.

CIS twierdzi, że niepełnosprawni uczestnicy protestu mieli dostęp do pomocy medycznej, fizjoterapeuty i spacerów, a kontakt strajkujących ze światem zewnętrznym „był na bieżąco relacjonowany przez akredytowanych w Sejmie dziennikarzy”. O tym, że do Sejmu nie byli wpuszczani dziennikarze bez stałych akredytacji, oczywiście, nie ma mowy. Tak jak i o zakazie spacerów dla Kuby i Adriana po ich spotkaniu przed Sejmem z Janiną Ochojską.

Na koniec pada bardzo niepokojące zdanie: – „Niewykluczone, że do rozważenia przez Kancelarię Sejmu i Straż Marszałkowską będzie także efektywność dotychczasowych zasad wstępu na teren Parlamentu”. Szef CIS Andrzej Grzegrzółka na Twitterze napisał: – „Sprawa dotyczyłaby gości polityków, nie przedstawicieli mediów”. Może to więc oznaczać jeszcze większe zamykanie przez Kuchcińskiego już i tak praktycznie niedostępnego dla obywateli budynku parlamentu.

Do takiego wniosku można dojść po odpowiedzi, której była szefowa kancelarii Szydło udzieliła na pytanie, co robiła podczas swojego wyjazdu do USA w 2016 roku. O pobyt Beaty Kempy w Stanach zapytała Joanna Schmidt, która chciała się dowiedzieć, jakie odbyła spotkania i czy nie mogła podjąć decyzji w sprawie koloru wykładzin i tapicerki, będąc w Polsce. Dostała odpowiedź, ale zastrzeżoną, czyli tylko była posłanka Nowoczesnej może zapoznać się z jej treścią.

Kempa była w Stanach od 20 do 23 listopada 2016 r. Według „Newsweeka”, wyjazd miał związek z zamówieniem przez Polskę samolotów Gulfstream, a Kempa zajmowała się głównie wybieraniem do nich koloru dywaników i tapicerki. Z danych Watchdog Polska, wynika, że pobyt byłej szefowej Kancelarii Premiera kosztował podatników 19,5 tys. zł.

Podobne pytanie zadała także posłanka PO Joanna Augustynowska. Kempa odpisała, że już udzieliła odpowiedzi posłance Schmidt. Kiedy jednak Augustynowska stwierdziła, że przecież Kempa zastrzegła tę wiadomość, była szefowa KPRM wysłała pismo, w którym użyła kuriozalnych argumentów. – „Nieuprawnione ujawnienie [informacji na temat wizyty – przyp. red.] może mieć szkodliwy wpływ na wykonywanie zadań w zakresie obrony narodowej, polityki zagranicznej oraz bezpieczeństwa publicznego”.

Augustynowska napisała więc do premiera Mateusza Morawieckiego. – „Zapytałam o to, czy pani Beata Kempa poleciała do Stanów Zjednoczonych, odpowiedź może brzmieć „tak” lub „nie”. Pytałam również czy wybierała tapicerkę, tu także odpowiedź „tak” lub „nie”. Jaki to ma związek z bezpieczeństwem państwa?” – stwierdziła w rozmowie z gazeta.pl. Augustynowska zaznaczyła, że Beata Kempa jako minister (w rządzie PiS jest odpowiedzialna za sprawy dotyczące pomocy humanitarnej) ma obowiązek odpowiedzi na pytania posłów. – „Rozumiem, że pani minister nie jest wygodnie, że musi się tłumaczyć młodziutkiej posłance z własnego okręgu, ale przykro mi, prawo obowiązuje wszystkich. Jeśli pani minister chce ze względów bezpieczeństwa utajnić jakiś fragment, to powinna wskazać miejsce i czas udostępnienia tych informacji” – dodała posłanka PO.

Komenda i Pięta

Naród antyplatformerski cieszy się od dwóch dni, że PiSowi “poszło w Pięty”. Serial o romansie pana posła budzi we mnie zainteresowanie równe temu, z jakim śledzę operę mydlaną Meghan&Harry. Zerowe. Co najwyżej zauważam, że w podejściu do romansu tradycyjnie jaskrawo uwidoczniła się hipokryzja “prawych”, którzy wszak chętnie używają tajemnic alkowy, by dołożyć PO.

Nieco inaczej z Tomaszem Komendą. Ten spór tylko częściowo jest tematem zastępczym. Każda sądowa pomyłka powinna być zapalnikiem dyskusji, jak systemowo ograniczyć groźbę takich błędów. Wygląda na to, że policja marnie zabezpieczyła ślady, biegli kiepsko wykonali swoją robotę, prokuratura nie wykazała dość krytycyzmu wobec ich opinii, a sąd zbyt łatwo uznał przyznanie się do winy za powód, by nie wnikać w szczegóły.

Kłopot jednak w tym, że — jak zawsze przecież, bo najważniejsza jest mojszość — nie ma nawet śladu dyskusji systemowej. Jest tylko zwalanie winy. I nie sposób zaprzeczyć, że prym wiodą “minister sprawiedliwości” Zbigniew Ziobro do spółki z wiceszeryfem Patrykiem Jakim. Od połowy marca nie ustają w podkreślaniu, że to za minstrowania złej Hanny Suchockiej powstał akt oskarżenia, za rządów PO zlekceważono sygnały o możliwej pomyłce itp. itd.

Dlatego nie oburzyłem się, gdy “Wyborcza” bodaj trzy dni temu wyciągnęła jasny dowód zaangażowania Lecha Kaczyńskiego w jak najszybszy i możliwie surowy wyrok. Dlatego wkurza mnie teraz, gdy Ziobro i Jaki usiłują zaprzeczyć temu, co stoi czarno na białym w słowach ówczesnego ministra. Dlatego też wkurzył mnie Andrzej Stankiewicz z Onetu próbą “analizy” dowodzącej, że “Wyborcza” błądzi i oczernia.

Stankiewicz zastanawia mnie od dłuższego czasu. Jedyny dziennikarz “Onetu” zapraszany dość regularnie do “Wiadomości” TVPiS lubi lawirować tak, by nie zaprzeczyć swoim poglądom, ale oszczędzić obrażeń PiSowi. Nigdy nie prostuje najbardziej jaskrawych absurdów padających z ust prowadzącego czy współgościa. W sprawie Komendy ani razu nie zająknął się publicznie o oskarżeniach Ziobry wobec Suchockiej czy okresu 2011-2015. I nagle uznał za konieczną kontrę na tezy “Wyborczej”:

Szkopuł w tym, że to nie jest dowód na to, że Kaczyński parł do skazania konkretnie Komendy. Z wypowiedzi dla “Wyborczej” wynika, że chciał ukarania dewianta, którego winę potwierdziły badania biegłych (“ślady zębów tego zbira, ślady DNA”). Nie ma dowodów na to, że jako prokurator generalny Kaczyński wskazywał palcem swym podwładnym konkretnego człowieka. Wywiad pokazuje raczej, że chodziło mu o zakończenie bulwersującej sprawy poprzez ukaranie podejrzanego, którego obciążały dowody.

Oto zaś fragment wywiadu, którego Kaczyński udzielił “Wyborczej” latem 2001:

Przykład z Wrocławia. Brutalnie zgwałcono, a później zamordowano piętnastoletnią dziewczynkę, właściwie jeszcze dziecko. Znaleziono jej ciało z rozerwanymi narządami rodnymi. I prokurator powiada pełnomocnikowi rodziny, że co najwyżej może jednemu ze sprawców postawić zarzut gwałtu. Są ślady zębów tego zbira, ślady DNA, wszelkie możliwe znaki – i nie można postawić zarzutu.

Sorry, panie Stankiewicz, sprawa jest ewidentna. Minister piekli się, że postawiono “tylko” zarzut gwałtu. Ewidentnie do owego jednego z zatrzymanych, czyli Komendy, odnosi słowa o śladach i gorycz, że “nie można postawić zarzutu” (morderstwa – bo o to przecież w całym akapicie chodzi).

To minister Kaczyński publicznie krytykował też prokuraturę za opieszałość w tej sprawie i zmienił szefa całej prokuratury wrocławskiej, a także wymusił zmianę prokuratora prowadzącego. Nowy zaostrzył zarzut dodając “szczególne okrucieństwo”. To w tej atmosferze sąd uznał, że doszło do morderstwa.

Powtórzę: sprawę uważam za pomyłkę, a nie zbrodnię sądową. Nic raczej nie wskazuje, by którykolwiek z czynników w sprawę zaangażowanych miał świadomość, że na ławie oskarżonych siedzi niewłaściwy człowiek. Zupełnie wykluczyć pomyłek sądowych po prostu się nie da. Czasem winni sa konkretni ludzie, częściej system premiujący “wyniki”, a nie maksynalną rzetelność.

Gdy ktoś koniecznie chce szukać winnych, to są nimi wszyscy zajmujący się sprawą w policji, prokuraturze i sądzie, a także wszyscy nadzorujący policję i wymiar sprawiedliwości od 1996 po 2017. Z zastrzeżeniem, iż od 2011 do 2015 prokuratura była od rządu niezależna. Wśród wszakże osób publicznych, publicznie naciskających na jak najszybsze skazanie i chwalących się “ręcznym sterowaniem” — na czele niestety jest Lech Kaczyński. Którego za skazanie Komendy nie winię, ale za psucie prokuratury i sądownictwa — owszem.

b.leski.pl

Operetka w stylu średniowiecznym. PiS na usługach Kościoła

20-latka trafiła do 105. Szpitala Wojskowego w Żarach, w dziewiątym tygodniu ciąży. Noszony przez nią zarodek obumarł między 6. a 9. tygodniem życia płodowego. Lekarka prowadząca po badaniu USG stwierdziła, że miał zaledwie 3,2 mm długości. Zaleciła czekać na wystąpienie plamienia i poronienie naturalne lub udanie się do szpitala. Kobieta wybrała tę drugą opcję, tam dzień po przyjęciu wydaliła niewielki skrzep – informuje Gazeta Wyborcza.

Kiedy doszło do poronienia, personel szpitala zmusił kobietę do nadania dziecku imienia, mimo, że nie znana była jego płeć. Szpital wystawił też akt zgonu i zmusił kobietę do pochówku. W efekcie 20-latka  przeszła załamanie nerwowe i ma objawy stresu pourazowego.

Prof. Stanisław Radowicki, były konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii i położnictwa wyjaśnił, że istnieją odpowiednie procedury wskazujące, jak szpitale mają obchodzić się z płodem po poronieniu, czyli do 22. tygodnia ciąży. Zgodnie z nimi to kobieta decyduje, co chce zrobić ze szczątkami poronionej ciąży. Nikt nie ma prawa jej do niczego zmuszać. Pochówek to jej przywilej, a nie obowiązek.

Poszkodowana zgłosiła sprawę prokuratorze w Żarach. Śledczy badają sprawę.

„Nie żadna grupa rekonstrukcyjna, tylko nowa Straż Marszałkowska. Nie żartowali z tymi nowymi mundurami. Dobrze, że nie poszło w kontusze z hajdawerami” – napisał na Twitterze Tomasz Skory z RMF FM. Dołączył zdjęcia funkcjonariuszy Straży podległej Markowi Kuchcińskiemu w nowych mundurach. – „Dziś strażnicy nie wyglądają jak rekonstruktorzy. Najwyraźniej trzeba to zmienić” – dodał.

Kilka dni temu weszła w życie przegłosowana przez PiS ustawa, dająca Straży Marszałkowskiej uprawnienia takie, jakie mają policjanci. Zatrudnieni w ochronie Sejmu mogą teraz używać broni palnej i paralizatorów, wydawać polecenia osobom, które podejrzewają o stwarzanie zagrożenia dla bezpieczeństwa, a także je legitymować, nagrywać czy dokonywać kontroli osobistej.

A na dodatek będą to robić w nowych mundurach, o których internauci nie mają najlepszego zdania. – „Jak przedwojenny zawiadowca stacji..”; – „Ale oni mają pracować w Sejmie, czy w polu, bo kamasze jak na kampanię na wschodnim froncie?”; – „Rogatywki do krótkich rękawów wyglądają tak dobrze, jak Waszczykowski w garniturze”; – „Pogłębiając „politykę historyczną”, w następnej kadencji dojdziemy do maczug i skór z lamparta”. Padały też propozycje, żeby strażnikom dołożyć husarskie skrzydła i szable.

Nie zabrakło tez komentarzy, dotyczących wydanych na to pieniędzy. – „Na to kasa jest… we łbach już się poprzewracało!”; – „Serce mi krwawi jak patrzę, na co idą moje pieniądze…”; – „Co jak co, ale nowe mundury: „nam się po prostu należą”.

Eksperyment >>>

Brudziński (CZWARTEK, 25 STYCZNIA 2018 20:48) o niosących transparenty faszystowskie na Marszu Niepodległości: 8 osób. Policja już je namierza, w najbliższych dniach, jestem o tym przekonany, zostaną pierwsze zatrzymania

– Każdy polityk, który opowiada takie rzeczy realnie szkodzi wizerunkowi Polski. Jak można nazwać faszystami moich znajomych, którzy pod biało-czerwonymi flagami radośnie świętowali niepodległość Polski. W ten 60-tysięczny tłum weszła grupka bodajże ośmiu. W mojej ocenie prowokatorów, którzy rozwinęli transparenty i banery z treściami faszystowskimi i takimi, jakie w Polsce są ścigane przepisami KK. Policja już ich namierza, w najbliższych dniach, jestem o tym przekonany, zostaną pierwsze zatrzymania. Tak samo jak zatrzymaliśmy tamtych – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński w Gościu Wiadomości.

Kaczyński i jego PiS wyprowadzają nas z Zachodu

Dokonania polityków PiS ośmieszają Polskę.

Najgorsze, że jesteśmy wypychani z Zachodu i wędrujemy w objęcia rosyjskich satrapów.

Wszczepienie protezy kolana, któremu poddał się Jarosław Kaczyński to jedna z najczęściej przeprowadzanych operacji ortopedycznych w Polsce. Kolejki do takiego zabiegu należą do najdłuższych. Jak podaje „Rzeczpospolita”, z danych ministerstwa zdrowia wynika, że w kwietniu tego roku osoby zakwalifikowane jako przypadki pilne czekały średnio 334 dni, czyli ponad 11 miesięcy.

Nie wiadomo, ile na wszczepienie protezy kolana czekał Jarosław Kaczyński. Można jednak domniemywać, że najprawdopodobniej przeszedł zabieg – cytując jego samego – „bez żadnego trybu”.

„Rzeczpospolita” ustaliła, że kolejki mogą być jednak o wiele dłuższe niż rok. Niektórzy pacjenci czekają nawet 10 lat, bo chcą być operowani przez cieszącego się autorytetem lekarza. Ale to też pewnie prezesa PiS nie dotyczy, skoro jemu kule do domu woził osobiście szef Wojskowego Instytutu Medycznego przy ul. Szaserów, w którym teraz przebywa Kaczyński.

Zostaje jeszcze jedna możliwość, żeby nie czekać w kolejce. Operacja w prywatnym szpitalu kosztuje ok. 18 tys. zł.

Karolina Hamer, wielokrotna medalistka Igrzysk Paraolimpijskich, która wspierała protestujących w Sejmie jest oburzona, że rząd PiS zamiast spełnić postulat o przyznaniu 500 zł w gotówce osobom niepełnosprawnym, wymyślił dodatek w formie rzeczowej.

Paraolimpijka mówi w rozmowie z „GW”, że to oznacza odebranie podmiotowości i decyzyjności osobom z niepełnosprawnościami. – „To ja mam świadomość swojego schorzenia. To ja wiem, czego potrzebuję i nie godzę się na coś takiego, dlatego proponuję Jarosławowi Kaczyńskiemu wynagrodzenie w formie karmy dla kota, a Elżbiecie Rafalskiej w formie okularów” – powiedziała Hamer.

Dla paraolimpijki protestujące w Sejmie przez 40 dni osoby są bohaterami. – „Myślę, że jesteśmy w historycznym momencie i to nie jest finał, to dopiero się zaczyna. Przede wszystkim uświadomiliśmy sobie, że solidarność społeczna jest wielką siłą, a jednocześnie wszyscy jesteśmy częścią społeczeństwa obywatelskiego. Teraz jest ten moment, by to cały czas udowadniać” – stwierdziła w rozmowie z „GW”.

Ostro skrytykowała rządy PiS. – „Ten protest pokazał prawdziwą twarz rządu. Kurtyna opadła. Nie akceptuję pogardy, awanturnictwa i manipulacji. Kwestie kobiet i wolność wyborów są dla mnie również bardzo istotne. Tak samo, jak podmiotowość i samostanowienie osób z niepełnosprawnościami”. Zakończyła jednak optymistycznie: – „Wierzę głęboko, że Polacy powiedzą: dosyć tego, my chcemy otwartej, nowoczesnej i tolerancyjnej Polski!”

Waldemar Mystkowski pisze o „zasługach” Ziobry.

Inteligentniejszym Polakom nie radzę znaleźć się w roli jego interlokutora

Wydawałoby się, że upupienie Zbigniewa Ziobry to żaden problem. Wszak widzimy, jaki on jest. Osoba bez specjalnych walorów intelektualnych i profesjonalnych. Do Ziobry ma zastosowanie jedno z najstarszych polskich powiedzeń, ujęte w pierwszej narodowej encyklopedii „Nowe Ateny” Benedykta Chmielowskiego: – „Koń jaki jest, każdy widzi”.

A w tym przysłowiu chodzi m.in. o osobowość. Jaki jest Ziobro? Na każde oko widać – chabeta. Ale nie śmiejmy się z tego Łyska z pokładu Idy albo z innej polskiej metafory – naszej szkapy. Twórczo Ziobro nic nie może, jego umysł nie może niczego wykreować, lecz z tego kompleksu ten „Nikt” (świetnie wyłuszczony przez pierwszego epika, Homera), może się odwinąć, że go długo popamiętamy.

Na pewno pamięta Ziobrę rodzina Barbary Blidy. Niektórzy zamiast samobójstwa (a może zabójstwa), jak posłanka z Siemianowic Blida, wybierają gehennę. Tak wybrał w 2000 roku młody człowiek Tomasz Komenda. Nie popełnił samobójstwa, został skazany i przez 18 lat za kratami doznał piekła – dosłownie, a nie w żadnej przenośni.

Dlaczego tak się dzieje? Czy ktoś słyszał jak mówi Ziobro, jak debatuje, jakich używa argumentów w debacie? Inteligentniejszym Polakom nie radzę znaleźć się w roli jego interlokutora. Ale to wina wszystkich Polaków, iż komuś tak marnemu pozwalamy być obecnym we wspólnej przestrzeni.

Ziobro z wypuszczenia na wolność niewinnego Tomasza Komendy po 18 latach chce podmalować swój wizerunek, walczącego z III RP. Można to nazwać ohydną manipulacją, lecz czy takie szemrane postaci jeszcze czymś nas zdziwią?

Komenda, który ma za sobą 18 lat piekła, człowieka „Nikt” Ziobrę tak podsumował: – „Nie rozumiem, jak Zbigniew Ziobro może pokazywać jako bohatera człowieka, który od 2010 roku miał wiedzieć, że siedzę niewinnie, ale nic nie zrobił. Jeśli był przekonany o mojej niewinności, to dlaczego musiałem spędzić w więzieniu kolejne 8 lat”.

Ziobrze dużo wcześniej należał się Trybunał Stanu – co zostało zaniedbane przez poprzednich rządzących. Sprawiedliwym byłoby, gdyby ten „koń jaki jest, każdy widzi” za zasługi pochodził w kieracie na spacerniaku przez 18 lat, jak niewinny Komenda – i oby ten spacerniak był mniejszy niż wielkość jego gabinetu w ministerstwie, do którego w ogóle się nie nadaje. I takie jest upupienie tej śliskiej postaci. Piszę „upupienie”, aby nie używać ostrzejszej formy rzeczownika od czteroliterowej części ciała.

Generał Mirosław Różański zareagował na słowa ministra Mariusza Błaszczaka.

Mimo ostatniek deklaracji o nadwyżce budżetowej, jesteśmy świadkami rekordowego w historii wzrostu zadłużenia Polski. W ciągu dwóch lat Prawo i Sprawiedliwość zwiększyło zadłużenie skarbu państwa o setki miliardów złotych, a nie jak deklarował rząd “zaledwie” 71,6 mld zł.Zadaje to kłam całej politycznej narracji o dyscyplinie finansowej i słynnej “nadwyżce”. Jak to zatem możliwe, że nie byliśmy świadomi procederu zadłużania nas na tak wielką skalę?

Odpowiedz na to pytanie leży w kreatywnej księgowości polskiego rządu, która jednak musiała zostać rozłożona na czynniki pierwsze przez GUS, z powodu nacisków Unii Europejskiej. Analitycy musieli bowiem przyjrzeć się rozmiarowi długu publicznego, jednak nie tylko oficjalnym statystykom, ale także ukrywanym zobowiązaniom skarbu państwa, co ostatecznie doprowadziło do odkrycia dość szokujących rezultatów. Okazuje się bowiem, że o ile oficjalny dług publiczny wynosi już blisko 1 bln zł (co odpowiada 52% PKB), to dług ukryty wynosi aż 4,96 biliona złotych, czyli 276 proc. polskiego PKB. Oznacza to, że oficjalne dane pokazują tylko 20% realnego zadłużenia kraju, które już dziś ma wartość dla długoterminowej wypłacalności krytyczną. Co jest strategiczne, dane GUS dotyczą 2015 roku, czyli okresu sprzed wprowadzenia reformy emerytalnej PiS. Ta natomiast oznacza dla zadłużenia państwa prawdziwą katastrofę. Rząd tymczasem manipuluje opinią publiczną bagatelizując sprawę poprzez dane, że w 2018 roku koszt zmian to tylko 10 mld zł. Jednak wzrost zobowiązań na kontach ZUS jest wyliczony na lata do przodu i tutaj statystyka jest ponura. Już w 2015 roku dług emerytalny ZUS wynosił aż 4057 mld zł, czyli 225,5% PKB. Tymczasem koszt reformy Prawa i Sprawiedliwości zwiększył omawiane zobowiązania o kwotę większą niż wynosi cały oficjalny dług publiczny Polski, czyli o aż gigantyczne 1,4 bln zł. Biuro Analiz Sejmowych wyliczyło, że o tyle właśnie więcej z kont ZUS zostanie wypłacone emerytom do roku 2060 tylko w wyniku zmian w jednej ustawie.

Obniżka wieku emerytalnego jest aktem prawnym, który momentalnie doprowadził zatem do rekordowego w historii wzrostu długu publicznego. Polskie władze zawsze miały problem z dyscypliną finansów publicznych, jednak jeśli uzmysłowiłem sobie, że już w 2015 roku mówiliśmy o 325% PKB całkowitego długu publicznego, to w tym przypadku mówimy o decyzji, która doprowadzi nieuchronnie do niewypłacalności państwa polskiego.

forsal.pl

Kler potrąca dzieciom dziesięcinę z komunii

„To żądanie od dzieci pieniędzy jest bezczelne!” – piszą oburzeni rodzice. A to wszystko za sprawą opublikowanego na Facebooku planu nabożeństw na Biały Tydzień, który obchodzą dzieci po pierwszej komunii, w którym czytamy, że w środę: – „Dzieci przynoszą koperty misyjne z dowolną ofiarą z tego, co otrzymały z okazji I Komunii Świętej”.

Wielu rodzicom ta „prośba” bardzo się nie spodobała. – „To już przesada”; – „Himalaje bezczelności”; – „Ja to bym do tej koperty wsadził karteczkę z napisem „Bóg zapłać”; – „To już jest poniżej krytyki, żądanie od dzieci pieniędzy. Bo to nie jest prośba i poddanie pod refleksję, że jak ktoś chce, to może dać. To ustalenie terminu odbioru haraczu!”; – „Zmuszanie w ten sposób dzieci do datków jest bezczelne. Kościół wraca do średniowiecza, gdzie kupić można było odpust, płacąc za kopytka osiołka, co Świętą Rodzinę wiózł lub szczebel z drabiny, co się Jakubowi przyśniła”.

Jeden z internautów twierdzi, że pieniądze od dzieci pierwszokomunijnych trafiają do misji w Afryce i Ameryce Płd. Niewielu jednak w to uwierzyło. – „Ja rozumiem, że dzieci w Afryce itp. itd., ale to chyba nie dzieci powinny oddawać z pieniędzy na komunię, co dostały, ewentualnie ich rodzice. Tylko czy ktoś kiedykolwiek się rozliczył z tych pieniędzy?” – zapytał jeden z komentujących. – „A może jednak te pieniążki idą na ukrywane rodziny księży, czy też na benzynę do ich meroli? Żenada. Powinniście się wstydzić. Sami zaróbcie pracą, a nie wyciąganiem od ludzi kasy, nieroby” – oburzał się inny internauta.

Misiewicz Macierewicza – kolejny

Lech i Jarosław Ka są warci zła, które wyrządzili krajowi

Trzy cytaty z posła PiS-u Stanisława Pięty 😂😂😂 © Saramonowicz – FB

Wczoraj wybuchła historia romansu posła PiS, Stanisława Pięty z młodą kobietą, której obiecał, że porzuci dla niej żonę, a następnie zapadł się pod ziemię. W rozmowie z Fakt24 tłumaczy się niczym 7-latek, który stoi umorusany czekoladą i zapewnia, że jej nie zjadł. – Jak człowiek prosi drugiego człowieka o pomoc, to przecież nie zostawię jej w nocy na dworcu – odpowiedział na pytanie o wspólne noce, spędzone w Nowym Domu Poselskim. Sam przyznał, że rozmawiał z kobietą o posadzie w państwowej spółce, choć zapewnia, że nie był to PKN Orlen.

FAKT: Czy pan zna panią Joannę?

Stanisław Pięta, poseł PiS: Znam.

Pracował pan z nią?

Spotkaliśmy się w zeszłym roku… Dlaczego pan pyta?

Czy pan prosił ją o pomoc w pracach przy komisji Amber Gold? O ustalenie czegoś?

Rozmawialiśmy, ale to wszystko, co mogę powiedzieć.

Czy państwa relacje kiedykolwiek przekroczyły relacje służbowe?

Znałem ją, ale w kwestiach służbowo-organizacyjno-politycznych.

Czy kiedykolwiek obiecywał jej pan, że zostawi dla niej żonę i założy z nią nową rodzinę?

To jest jakaś bujda.

Czyli nie utrzymywaliście takich relacji, które mogłyby pani Joannie dać podstawy do przekonania, że ma pan wobec niej takie plany?

Nic takiego nie miało miejsca. Rozmawialiśmy o sprawach prywatnych, ale nie w takim kontekście.

Czy kiedykolwiek nocował pan z nią w Nowym Domu Poselskim?

(długa cisza) Mogła być kiedyś zaproszona przeze mnie, ale na pewno nie można było tego ująć w ten sposób.

Zaproszona w jakim charakterze? Współpracowniczki?

No tak. Mieliśmy do omówienia pewne rzeczy. To było chyba przy okazji jakiejś manifestacji.

25 maja o godzinie 3.30 w nocy?

Nie potrafię powiedzieć dokładnie. Być może było tak, że jej autobus przyjechał późno na dworzec. Dokładnie nie pamiętam.

Pytam się, bo w ciągu kilku tygodni takie sytuacje zdarzały się kilkakrotnie. Rozumiem, że spotkania ze współpracownikami w nocy w Nowym Domu Poselskim należą mimo wszystko w środowisku posłów do rzadkości, więc powinien pan pamiętać, że do takiej niezwyczajnej sytuacji mogło dojść. I to nieraz.

Jak człowiek prosi drugiego człowieka o pomoc, to przecież nie zostawię jej w nocy na dworcu.

Czyli to ona prosiła pana o pomoc?

Bywały sytuacje, w których prosiła mnie o pomoc, bym pozwolił jej zaczekać do rana lub znalazł tani nocleg. Nie widzę w tym nic szczególnego.

I podtrzymuje pan, że pani Joanna nie miała żadnych podstaw, by sądzić, że pan ma wobec niej plany założenia rodziny i posiadania z nią potomstwa?

Jest to dla mnie zdumiewające. Nie wiem, jak to skomentować.

Czy pan kiedykolwiek proponował albo sugerował jej, że pomoże załatwić pracę w spółce Skarbu Państwa?

Rozmawialiśmy o tym, że nie ma pracy, ale niczego nie obiecywałem poza po prostu możliwością przejścia procedury, którą musi przejść każdy pracownik ubiegający się o pracę.

Czyli pan ją informował, że można dostać pracę w PKN Orlen, złożyć tam papiery i przejść rekrutację?

Chodziło o inną spółkę. Ale nie wykraczało to poza normalną procedurę, którą musi przejść każdy człowiek szukający pracy.

I rozumiem, że nigdy nie pisał jej pan, że lepiej zrobić to teraz, bo „kiedy będzie już pańską narzeczoną czy żoną, to wtedy Prezes na to krzywo patrzy”?

Ja absolutnie sobie takiego tekstu nie przypominam! To jest jakieś urojenie.

Czy jest prawdopodobne, że w ciągu ostatniego półtora roku w posiadanie pańskiego komputera, telefonu czy tabletu weszła osoba do tego nieuprawniona i za pana wysyłała liczne wiadomości?

Mogę sobie taką sytuację wyobrazić.

Pytam, bo może pana dotknęło włamanie na konto i ktoś za pana prowadził korespondencję, o której pan nie ma pojęcia?

Nigdy mi się nic takiego nie zdarzyło. Wie pan, człowiek czasem zostawi laptop czy telefon, ale to są raczej miejsca na terenie Sejmu, więc… wykluczam taką możliwość. Być może zostawiłem gdzieś otwarty profil Twittera na stacjonarnym komputerze, ale też nie jestem sobie w stanie przypomnieć takiej sytuacji.

Uściślam, bo pan zaprzecza słowom, które są zapisane, a pana zdaniem nigdy nie padły, więc może doszło do włamania na pańskie konto. Zdaje pan sobie sprawę, że pańskie tłumaczenia są na poziomie 7-latka, który stoi umorusany czekoladą i zapewnia, że jej nie zjadł.

To jest kwestia nadinterpretacji. W żaden sposób tych relacji, które mieliśmy, nie można w ten sposób określać. To była znajomość o charakterze przyjacielskim – jak sądziłem. (…) Ale próba uszycia jakiejś historii na podstawie tych kontaktów to jest po prostu dla mnie szokujące.

I nie ma pan sobie nic do zarzucenia?

Być może przesadziłem z troską i dobrocią.

Od dłuższego już czasu Polska żyje kolanem Jarosława Kaczyńskiego. Informacje na temat jego zdrowia są tak ogólnikowe, tak skąpe, że trudno się dziwić, iż naród spekuluje. Zastanawia się, czy rzeczywiście tak niewielkie schorzenie mogło wykluczyć prezesa PiS na dość długi już czas z polityki.

Politycy prawicy mówią jednym głosem, że „Prezes Kaczyński leczy schorzenie kolana. Wszystkie pozostałe plotki są całkowicie wyssane z palca” (Jarosław Gowin) czy „Jarosławowi Kaczyńskiemu nic poważnego nie dolega. Wkrótce wróci do pracy” (Adam Bielan). Również wczorajszy przekaz PiS był bardzo uspokajający. „Kaczyński ma się świetnie. Kolanko go boli, ale niech się naród nie martwi. Partią kierować można i bez jednej nogi. Prezes odbywa spotkania, rozmawia przez telefon, rehabilituje się, za chwilkę, wciąż odkładaną, wróci do normalnej pracy” czyli spokojnie, bez nerwów, prezes jest, będzie i czuwa nad wszystkim.

Kiedy jednak przypomnimy sobie to szaleństwo po wypadku byłej już premier, Beaty Szydło, jej zdjęcia ze szpitala, na wózku, z Jarosławem Kaczyńskim, w otoczeniu lekarzy to dziwne wydaje się, że teraz najważniejszej osoby w państwie nie pokazuje się w mediach, nie wrzuca fotek. Szef partii rządzącej ma oczywiście prawo do prywatności, jednak jego elektorat musi być pewnym, że wciąż stoi na czele, że nadal jest przywódcą.

Brak dokładniejszych informacji w mediach o stanie zdrowia Kaczyńskiego, szczególnie zero materiałów z pobytu w szpitalu w telewizji publicznej, co przecież znacznie ociepliłoby wizerunek prezesa, zastanawia i pozwala sądzić, że jesteśmy okłamywani. Jeśli tak jest, to została złamana umowa społeczna, która wręcz nakazuje nie ukrywanie informacji i pokazanie, że Jarosław Kaczyński wciąż jest na czele, ma pełną kontrolę nad swoimi politykami i nic tego nie zmienia.

Szanując prawo Jarosława Kaczyńskiego do zajęcia się sobą w zaciszu szpitalnej sali, powinniśmy jednak wiedzieć coś więcej. Tym bardziej, że coraz częściej czytamy o rozpoczętej już w PiS walce o stanowisko lidera, a to budzi mnóstwo wątpliwości co do przekazów kolegów partyjnych szefa. Podobnie jak przedłużający się pobyt w szpitalu. W normalnych warunkach, gdy pacjentem jest jakiś tam „Kowalski”, już dawno byłby w domu, ale nie w tym przypadku, więc…co się właściwie dzieje?

„Na wsparcie dla niepełnosprawnych rząd apostoła Morawieckiego nie znalazł pieniędzy. Na instytucję, która będzie wspierała organizacje przychylne partii PiS oraz kierowane przez jej klakierów, rząd przeznaczy 400 milionów. Że też się nie udławią z tej pazerności” – skomentował jeden z internautów najnowszy pomysł rządu PiS. Do Sejmu trafił właśnie projekt, zwiększający prawie dziesięciokrotnie budżet pisowskiego Narodowego Instytutu Wolności na lata 2017-2026. – „Tyle w temacie „braku środków na spełnienie postulatów opiekunów osób niepełnosprawnych” oraz „szukania oszczędności” – to kolejny komentarz.

Ustawa z 15 września 2017 r., na podstawie której PiS powołał NIW, zakładała, że instytut w latach 2017-2026 na realizację swoich zadań otrzyma z budżetu maksymalnie 65,66 mln zł. Teraz ta kwota ma zostać zwiększona i wynieść 387,38 mln zł.

Przeciw powołaniu tego Instytutu protestowało wiele organizacji pozarządowych. Według Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka ustawa o NIW to odwrót od idei wspierania rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i systemowe zagrożenie dla niezależnego funkcjonowania organizacji pozarządowych. Rzecznik Praw Obywatelskich pisał, że nie ma wystarczających gwarancji, że nowa instytucja będzie odporna na wpływy polityczne.

Dyrektorem Instytutu jest Wojciech Kaczmarczyk. Wcześniej był pełnomocnik rządu PiS do spraw społeczeństwa obywatelskiego i równości. „Zasłynął” m.in. stwierdzeniem, że hotelarze nie powinni być pociągani do odpowiedzialności za odmowę obsługi osób czarnoskórych. Jego zdaniem. zagwarantowanie równego dostępu do wszystkich usług mogłoby zmuszać niektórych przedsiębiorców do zachowań niezgodnych z ich sumieniem. Jako przykład wskazał również właściciela hotelu, który odmawia wynajęcia pokoju homoseksualnej parze.

Poseł PO Krzysztof Brejza zapytał minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbietę Rafalską o wysokość nagród wypłaconych w 2016 i 2017 Krzysztofowi Michałkiewiczowi, pełnomocnikowi rządu ds. osób niepełnosprawnych. Dostał odpowiedź, która właściwie odpowiedzią nie jest. – „Nie wiadomo, ile tzw. „nagród” dostał Pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych. „Przedmiotowe pytanie jest bezprzedmiotowe”. To kolejna blokada odpowiedzi nt. „drugich pensji” w rządzie PBSz i PMM – dlatego skieruję skargę do WSA. Ujawnimy kwoty” – napisał na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza.

O istnieniu Krzysztofa Michałkiewicza większość z nas dowiedziała się przy okazji protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. Był tak „skuteczny”, że protestujący nie chcieli z nim rozmawiać i domagali się jego dymisji.

Z oświadczenia majątkowego za 2017 rok wynika, że Michałkiewicz zarobił w ubiegłym roku 224,1 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć 30 tys. zł diety parlamentarnej. Pełnomocnik rządu ds. osób niepełnosprawnych ma też oszczędności sięgające 65 tys. zł, w tym 50 tys. w lokatach.

Internauci komentują „odpowiedź” udzieloną przez Rafalską. – „Oczywiście, że jest to pytanie bezprzedmiotowe, ponieważ Pełnomocnik Rządu ds. Niepełnosprawnych co miesiąc dostaje nagrodę w postaci pensji, bo tak naprawdę żadnej pracy nie wykonuje”; – „Z tej furii nawet pomijają już zwroty grzecznościowe, jak „szanowny Panie Pośle”, czy „z poważaniem”. Widać, jak Rafalskiej słoma z butów całymi snopkami wychodzi i pianę toczy. Zobaczymy, jak zareaguje na wyrok sądu – a tu nie mam wątpliwości, że sąd nakaże ujawnienie danych”; – „P. Michałkiewicz przez lata swojej kariery pilnował stołka, a o niepełnosprawnych jak sam mówi „myślał”. Kolejny hipokryta”.

Waldemar Mystkowski pisze o braciach Kaczyńskich.

Czy Lech Kaczyński był lepszym z braci, jak twierdzi Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji? Michalik pisze te słowa w kontekście „mordu sądowego” na Tomaszu Komendzie, który odsiedział w wiezieniu 18 lat za zbrodnię, której dokonał ktoś inny.

Do posadzenia Komendy walnie się przyczynił Lech Kaczyński, który jako minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka miał jedyny program polityczny – zaostrzyć prawo i bezwzględnie – wbrew procedurom – sadzać kogo popadnie. Padło na Komendę.

Nie był to program naprawy prawa bądź egzekwowania praworządności. Był to program polityczny, który wydobył PiS z niebytu politycznego. Komenda to niejako kozioł ofiarny mitu założycielskiego PiS.

Idąc dalej – czy Lech K. jest lepszy od groźnego dzisiaj Jarosława K.? Wszak to ta sama moneta, jeden jest reszką, a drugi orłem. Zło ma dwie twarze, nie ma w moralności mniejszego zła i większego, choć w polityce używa się takiego argumentu.

Gdyby nie Lech, nie mielibyśmy Jarosława – i tak należy postawić zależność wśród braci K. A potem ci katastrofalni politycy spowodowali, iż Lech odpowiada za katastrofę smoleńską. Choć zdaję sobie sprawę, że trudno osądzać nieżyjącego wg procedur prawa.

Ale może zastosujmy staropolską regułę, że Polak mądry po szkodzie, po katastrofie… I zadajmy sobie pytanie: Ku jakiej katastrofie zmierzamy pod władzą PiS, której dysponentem jest Jarosław K.?

Na ławie oskarżonych historii może być posadzony Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński. Wyrok, jaki wyda historia, nie będzie dla żadnego z nich uniewinniający. W tej przyszłej polskiej Norymberdze Lech Kaczyński może dostać dożywocie zapomnienia, a Jarosław czapę.

Ale czy na tej podstawie można twierdzić, że Lech jest lepszy z braci? Obydwaj psim swędem dostali się do polityki i takim psim swędem potraktuje ich historia jako zło tej samej monety, o tej samej wartości, zło o dwóch bliźniaczych twarzach.

gazeta

Zdarza się czasem sondaż ciekawszy niż jego wyniki; interesujący jest bowiem sam fakt, że jakieś pytanie pojawiło się w tzw. przestrzeni publicznej. To przypadek badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej”, w którym ankietowani zmierzyli się z kwestią sukcesji w PiS. Dla porządku przytoczę wyniki. Dla ogółu respondentów najlepszym następcą tronu byłby Mateusz Morawiecki (14 proc.), za premierem znaleźli się Joachim Brudziński i Beata Szydło (po 9 proc.). Ponad 5 proc. wskazań uzyskali jeszcze Andrzej Duda i Zbigniew Ziobro. 43 proc. ankietowanych uciekło w odpowiedź „trudno powiedzieć”.

Jak widzą sukcesję wyborcy PiS?

Pytanie wyborców PO i innych partii opozycyjnych, a także osób niegłosujących na następcę Kaczyńskiego jest umiarkowanie sensowne, nieco bardziej miarodajne są odpowiedzi zwolenników PiS. W tym przypadku wciąż wygrywa Morawiecki (23 proc.), a na drugie miejsce awansuje była premier Szydło (16 proc.). Trzeci jest aktualny prezydent (9 proc.), który minimalnie wyprzedza Brudzińskiego (8 proc.). Odsetek niezdecydowanych spada zaś do 22 proc.

Co wynika z tych wyników? Na pierwszy rzut oka niewiele poza tym, że znacząca część badanych – podobnie jak politycy PiS – nie wyobraża sobie życia bez przywództwa Kaczyńskiego na prawicy. Postawieni przed takim pytaniem wskazują instynktownie na osoby, które pełnią lub pełniły kluczowe funkcje z namaszczenia obecnego prezesa; nie towarzyszy temu raczej głębsza refleksja nad tym, jaki byłby PiS i cała prawica bez „Naczelnika”.

Czy PiS przetrwa bez Kaczyńskiego?

Z każdym tygodniem hospitalizacji Kaczyńskiego problem PiS będzie jednak coraz bardziej widoczny; w tym sensie sondaż „Rzeczpospolitej”, wcześniejsze teksty POLITYKI czy „Newsweeka” o polityce bez prezesa stają się istotniejsze dla kondycji partii rządzącej. Deklaracje polityków PiS (jak esemes Brudzińskiego do autora tego komentarza: „Zapewniam, że JK nie wybiera się na żadną emeryturę, a wszystkie delfiny czy inne podstarzałe wilczki jeszcze będą musiały sobie długo poczekać”) nie padłyby, gdyby Kaczyński po staremu zarządzał krajem z Nowogrodzkiej, a nie ze szpitalnego łóżka między jednym a drugim zabiegiem.

Jest truizmem konstatacja, że PiS bez Kaczyńskiego miałby kłopot nie tylko z walką o reelekcję, ale wręcz z przetrwaniem w obecnej postaci; jeden z kluczowych polityków tej partii powiedział nawet, że partia „rozeszłaby się jak stare gacie”.

Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że doniesienia o stanie zdrowia Kaczyńskiego w najbliższych miesiącach będą miały coraz większe polityczne znaczenie, a sondaż „Rzeczpospolitej” jest tego nieśmiałym zwiastunem.

gazeta

Kaczyńskiego nie boli kolano. Sprawa jest o wiele poważniejsza

SZTURM PILNIE POTRZEBNY!

Brawo :))

W krajach anglosaskich do dziś jednostką miary bywa stopa. W Polsce stopę zdecydowanie wyrugował system metryczny, ale życie potrafi płatać złośliwe figle i okazuje się teraz do dyspozycji mamy Piętę. Jednostkę, którą stosować będzie należało dla określenia maksymalnych rozmiarów hipokryzji. Wszystko od nazwiska dość często przewijającego się przed telewizyjnymi kamerami posła Prawa i Sprawiedliwości. Bielski poseł PiS pan Stanisław Pięta, kreujący się na bezwzględnego konserwatystę, ascetę i człowieka surowego wymagającego od bliźnich uczciwości w najczystszej postaci, gorący orędownik życia poczętego, przeciwnik środowisk LGBT, perfekcjonista i zwolennik wyniesienia do niedawna protestujących niepełnosprawnych z Sejmu, okazał się mieć skazę i to dość pokaźną, o czym poinformował „Fakt”.

Huczą dziś o tym zresztą wszystkie media. To, że uległ urokowi niewiasty jest nawet zrozumiałe, bo nikt nie jest święty, ale że w niski sposób ją zwodził rujnując jej kawał życia, obiecywał gruszki na wierzbie, przymierzał się do „załatwienia” stanowiska w spółce skarbu państwa i wykorzystywał ją, równocześnie zdradzając żonę i marnując czas, który winien jest tak ponoć wysoko cenionej przez posła rodzinie – to po prostu świadectwo piramidalnej obłudy i hipokryzji, tak typowej dla reprezentowanej przez Piętę formacji politycznej. Najgorsze jest to, że zatacza ona coraz szersze kręgi.

W obronie hipokryty stanął np. poseł Tadeusz Cymański, z pełną wyrozumiałością przekonując: „To jest historia ludzkich słabości. Jeśli ktoś uważa, że jakaś partia ma monopol – jest święta, czysta, nie lubi pieniędzy, nie upadnie w sprawach obyczajowych, nie jest pyszna – to wielki błąd – komentował w programie „Tłit”. Jak dodał, „to smutne, że ktoś upadł, wziął łapówkę, zdradził żonę, ale nie jesteśmy w klasztorze”.

Co zrobi PiS? – „Jarosław Kaczyński jest konserwatystą. Zapewniam, że takie postawy nie przechodzą bez echa. Ale nie jesteśmy partią, która dokonuje osądu a priori człowieka, który miał zły okres w życiu” – podsumował Cymański. No i w partii zapanowała konsternacja, bo problem zrobił się nagle poważny. Niektórzy zwracają uwagę na fakt, że Pięta zasiada w komisjach ds. Służb Specjalnych i Amber Gold. Mówią, że mógł być szantażowany. Politycy zasiadający w obu komisjach mają dostęp do informacji niejawnych, newralgicznych, pilnie strzeżonych. Posiadają ogromną wiedzę na temat spraw na styku wielkiej polityki, biznesu i świata przestępczego. Muszą być krystaliczni, aby nie narazić się na szantaż ze strony osób chcących wykorzystać ich pozycję i wiedzę.

Innego zdania jest wybitny specjalista ds. służb, były minister spraw wewnętrznych oraz szef resortu sprawiedliwości Marek Biernacki powiedział Wirtualnej Polsce: „Sprawa dotyczy moralności. Nic mi nie wiadomo na temat tego, czy poseł Pięta zdradził komuś tajemnice, których ujawniać nikomu nie powinien. Poczekajmy, zobaczymy, co dalej wydarzy się w tej sprawie”.

„To atak na moją osobę” – stwierdził poseł Pięta w rozmowie z Gazeta.pl i oznajmił, że rozważa wniesienie pozwu do sądu.

Polska w budżecie na lata 2021-2027 dostanie o 23,3 proc. mniej w polityce spójności i 26,6 proc. mniej na fundusz rozwoju obszarów wiejskich. Polska miała 82,5 mld euro, a dostanie 64 mld. Czyli w sumie ponad 120 mld zł mniej. To jeden z największych unijnych budżetów, a Polska dostanie najmniej.

Opozycja mówi wprost: to kompromitacja

– Ostrzegaliśmy i mówiliśmy wiele razy, że polityka rządu PiS musi mieć odpowiedź w propozycjach, które pojawią się ze strony Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Nie słuchał Kaczyński, nie słuchali kolejni premierzy. Dzisiaj mamy widoczne liczby, które potwierdzają to, w jaki sposób polski rząd jest traktowany w Brukseli – mówił na konferencji prasowej przewodniczący PO Grzegorz Schetyna.

Także według liderki Nowoczesnej „zła polityka PiS przyniosła konkretne owoce”. – Czy polski rząd był aktywny, kiedy trzeba było budować szeroką koalicję i sojusze przy negocjowaniu budżetu? – pyta retorycznie Katarzyna Lubnauer.

– To jest katastrofa rządu PiS, katastrofa negocjacji, katastrofa prowadzonej przez ten rząd polityki zagranicznej. Wiemy, że mimo najwyższego w historii budżetu UE mamy znaczące cięcia dla Polski – komentuje szef klubu PO. Sławomir Neumann wylicza: – To w sumie ponad 120 mld zł mniej, czyli 500 plus dla każdego dziecka przez cała kadencję. Tyle stracimy przez bezrozumną politykę zagraniczną kłócenia się ze wszystkimi. – 27:1, które było symbolem polityki europejskiej rządów PiS, przełoży się w kolejną katastrofę, która będzie oznaczać mniejsze pieniądze w inwestycjach i portfelach Polaków – dodaje poseł PO.

Sławomir Neumann „oczekuje, że wreszcie ktoś otworzy oczy i zacznie poważnie negocjować”. – Do tej pory w negocjacjach nie brali udziału ani premier, ani ministrowie. Nawet europosłowie nie przychodzili na komisje, gdzie dyskutowano te kwoty. To kosztowne odwracanie się od Europy plecami. Te straty będą nie do odrobienia – ostrzega polityk opozycji.

PO oczekuje też informacji od rządu na temat tego, jakie kroki podejmie, aby zwiększyć środki, które mają trafić do Polski. – Premier Mateusz Morawiecki powinien mieć odwagę stanąć przed posłami i nam to wytłumaczyć – przyznaje Neumann.

JUSTYNA KOĆ: Wiemy już, że mniej pieniędzy dostaniemy na politykę spójności. Co to oznacza?

DR KAMIL ZAJĄCZKOWSKI: Można się spodziewać, że Polska dostanie mniej nie tylko w ramach polityki spójności, ale także wspólnej polityki rolnej, co będzie dopiero przedstawiane w najbliższych dniach. Wiadomo było, że dostaniemy mniej, natomiast zaskoczeniem jest skala. W naszych wcześniejszych rozmowach uczulałem, że to, że 2 maja KE przedstawiła dosyć optymistyczny ogólny budżet, nie oznacza, że będzie z tego coś dobrego dla nas. Obawiam się, że ten czarny scenariusz się sprawdził.

Te propozycje są niekorzystne dla Polski, ale tylko po to, żeby Polska mogła coś ugrać.

Czyli gorzej nie będzie?

Raczej na pewno. KE wyszła ze stanowiska, że jak obetnie stosunkowo mało, Polska i tak się będzie biła, aby było jeszcze mniej. Sądzę, że gdzieś w połowie, jak zazwyczaj przy kompromisie, znajdzie się racja Polski i Komisji. Zresztą nie tylko Polski, bo inne państwa regionu również zostały objęte cięciami.

Myślę, że finalnie dostaniemy mniej jakieś 17 do 15 mld. Zresztą gdybyśmy zeszli do takiego poziomu, to i tak byłby sukces polskiej dyplomacji. Mówię tu oczywiście o polityce spójności.

Mniej dostanie cały region Europy Środkowej, więcej Europa Południowa. Wraca stary podział?

To odwieczne pytanie, komu dawać, czy Europie Południowej, Wschodniej, Środkowej… Niestety, te dyskusje, które pojawiały się 20 lat temu, po 1989 roku, wracają. Wówczas część krajów Południa, m.in. Hiszpania, bardzo mocno protestowały, kiedy to jeszcze Wspólnota Europejska, a później Una Europejska zaczęły wspierać przemiany polityczne i gospodarcze w Europie Środkowej. To między innymi w 1989-90 Hiszpanie bardzo mocno sprzeciwiali się funduszom FARE dla Polski, Węgier, Czechosłowacji, a potem dla Czech i Słowacji.

Hiszpania była wtedy najbiedniejszym krajem, wiadomo było, że po wejściu krajów Europy Wschodniej nie będzie. 

Tak, ale jednocześnie największym beneficjentem. Mnie

niepokoi fakt, że wracają te stare podziały, które były nie do uniknięcia przy walce o podział pieniędzy.

Nie miałem jeszcze czasu, aby zapoznać się z materiałami Komisji, ale z komentarzy wynika, że państwa Europy Środkowej tracą, dostają więcej państwa Europy Południowej: Włochy, Portugalia, Grecja i Hiszpania.

Czyli kraje, które zmagają się z falą uchodźców.

Dokładnie tak, i na tym polu następuje nowy-stary konflikt o fundusze.

Czy taki transfer pieniędzy nie podsyci nastrojów eurosceptycznych?

Obawiam się, że to nie będzie sprzyjało refleksji, dyskusji o przyszłości Europy.

Obym się mylił, ale boję się, że takim ostatnim aktem solidarności, wizji polityki jednej Unii Europejskiej, niepodzielonej na różne grupy, może się okazać Traktat Lizboński.

Teraz prawdopodobnie będziemy mieć do czynienia z podziałem na regiony Europy, zresztą tak jak chce prezydent Francji. Będą się rodziły grupy, gdzie integracja będzie większa i mniejsza, na kraje strefy euro i poza strefą euro.

Szczęście w nieszczęściu, że zabrano całemu regionowi, a nie tylko Polsce?

Nie powiedziałbym tak, bo to nie znaczy, że pozostałe fundusze nie będą mocniej ścięte.

Moi koledzy w Brukseli zwrócili uwagę na to, że trzeba będzie się dokładnie przyjrzeć, prawdopodobnie przy wspólnej polityce rolnej, temu, w jaki sposób te środki mają być wydatkowane, czemu mają służyć.

Kwestie technicznej implementacji, wydawania, tu też mogą się znaleźć różne kruczki prawne, techniczne, legislacyjne, które mogą spowodować trudności w wydawaniu pieniędzy przez Polskę. Od kilku miesięcy mówi się, że sposób wydatkowania pieniędzy, czy to na wspólną politykę rolną, czy politykę spójności, będzie wyglądał inaczej niż do tej pory, z zaznaczeniem, że ten nowy sposób nie będzie tak korzystny dla Polski.

Na ile w tym dzieleniu pieniędzy przez KE ma wpływ spór z polskim rządem o praworządność?

On mógł być istotny, ale w minimalnym stopniu.

Jeżeli coś mogło mieć wpływ, to kwestia podejścia do polityki migracyjnej.

To się rzuca w oczy i sądzę, że ten budżet jest tak zrobiony, że ma w jakiś sposób zrekompensować straty dla Europy Południowej. Zresztą sama KE o tym mówiła w komunikacie. Drugim powodem miał być niedawny kryzys w strefie euro.

Oczywiście, prawdopodobnie, gdyby te relacje między rządem polskim a KE były lepsze, to moglibyśmy więcej ugrać. Czytelnicy doskonale zdają sobie sprawę, że większość spraw załatwia się kuluarowo, dużo wcześniej, debatuje się. Na pewno ten spór nie ułatwił nam tej walki o pieniądze.

Podobno chodziło o zbliżające się święto miasta, tylko że obchody w Bystrzycy Kłodzkiej były zaplanowane na 26 i 27 maja. Natomiast wizyta premiera Mateusza Morawieckiego odbyła się 23 maja. W przeddzień burmistrz miasta Renata Surma zleciła straży pożarnej mycie ulic.

Jedna z mieszkanek Bystrzycy sfilmowała strażackie wozy na sygnale polewające ulice. – „Zmywano także chodniki, w niektórych miejscach je zamiatano. Mieszkam w pobliżu, z początku myślałam, że na jezdni rozlała się jakaś substancja, ale mycie trwało bardzo długo, więc zainteresowałam się sprawą. W sprzątaniu nie ma niczego złego, ale pokazówka angażująca na cały dzień trzy wozy strażackie to naprawdę gruba przesada” – powiedziała „GW” pani Krystyna.

Jej film udostępniła na Facebooku grupa Obywatele dla Polski – Kłodzko. Jeden z nich skomentował: – „Czy demokracja i samorządność to mycie dróg przed przyjazdem premiera?”.

Burmistrz Bystrzycy Kłodzkiej Renata Surma upiera się, że mycie zarządziła z powodu święta miasta. W rozmowie z „GW” przyznaje jednak, że skojarzenia mycia ulic przez strażaków z przyjazdem premiera uniknąć nie sposób. – „Ale nawet gdyby tak było, to co w tym złego, że miasto było posprzątane. W końcu to gospodarz kraju. Ja wiem, że zaraz powiedzą, że niedługo będziemy trawę malowali na przyjazd ważnych osób” – stwierdziła burmistrz. Rzeczywiście, trudno uniknąć skojarzeń z malowaniem trawy na zielono przed przyjazdem I sekretarza KP PZPR.

„Choroba dziecka poczętego nie może uzasadniać aborcji” – głosi stanowisko prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry w sprawie ustawy aborcyjnej. Zostało ono opublikowane na stronie internetowej Trybunału Konstytucyjnego. Ziobro napisał, że aborcja wykonywana ze względów na nieuleczalne wady płodu jest niezgodna z polską Konstytucją. – „Prokurator Generalny jest zdania, że sam fakt ciężkiego upośledzenia dziecka poczętego lub jego nieuleczalnej choroby, a tym bardziej prawdopodobieństwo tego faktu, nie może być uznany za konstytucyjnie uzasadniony powód dopuszczalności przerywania ciąży” – twierdzi Ziobro.

Stanowisko Ziobry jest uzupełnieniem wniosku posłów PiS z Bartłomiejem Wróblewskim na czele, który został złożony w TK w ubiegłym roku. Wnoszą oni o uznanie, że jedna z przesłanek obecnie zezwalających na przerwanie ciąży jest niezgodna z Konstytucją. Mowa właśnie o ciężkim i nieodwracalnym uszkodzeniu płodu albo nieuleczalnej chorobie zagrażającej jego życiu.

Nie wiadomo jeszcze, kiedy Trybunał Konstytucyjny zajmie się wnioskiem posłów PiS. Wiadomo natomiast, że TK w obecnym kształcie jest zależny od partii rządzącej. Opinia Ziobry to kolejny krok do niemal całkowitego zakazu aborcji w Polsce.

‼️ UDOSTĘPNIJ I PODPISZ, aby nagłośnić nasz sprzeciw wobec zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej ➡️ Gdy po referendum Irlandia liberalizuje przepisy antyaborcyjnej, politycy jak nie ustają w wysiłkach, aby pójść w przeciwnym kierunku.

wieniawa

Kaczyński jako seksuolog spowodował polucje Pięty

Poseł PiS Stanisław Pięta nie odstaje specjalnie od normy zakłamania w PiS.

W partii Kaczyńskiego amoralność jest moralnością.

Trafnie zatem odczytał intencje Kaczyńskiego Lech Wałęsa.

Kaczyński na miesięcznicach swoim dochodzeniem do prawdy w istocie był seksuologiem.

Prezes PiS powiedział „dochodzimy”, Pięta zrozumiał dosłownie, że ma dochodzić. I doszedł.

Takie to polucje PiS.

Lech Kaczyński dopuścił się sądowej zbrodni

Poniedziałkowa publikacja „Wyborczej” o tym, że Lech Kaczyński mocno interesował się sprawą zbrodni w Miłoszycach, wywołała ostre reakcje władzy. Jako pierwszy zaatakował „Wyborczą” wiceszef resortu sprawiedliwości Patryk Jaki, który w TOK FM powiedział, że tekst „jest obrzydliwy” i „jest wielką manipulacją”. Zaprzeczył, by Kaczyński (w latach 2000-2001 minister sprawiedliwości i prokurator generalny) wpływał na to, żeby prokuratura we Wrocławiu oskarżyła Tomasza Komendę o gwałt i morderstwo. Głos zabrała także Prokuratura Krajowa, stwierdzajac, że artykuł „zawiera nieprawdziwe informacje”, i dodała, że „w dokumentacji sprawy nie ma żadnych poleceń prokuratora generalnego dotyczących sposobu zakończenia tego postępowania” – czytamy w portalu Wyborcza. Przypomnijmy, z powodu tego oskarżenia Komenda niewinnie spędził 18 lat w więzieniu.

Ostre reakcje władzy mają swoją przyczynę. Otóż fakty – przypomina „Wyborcza” – są takie, że w czasie, gdy Lech Kaczyński sprawował funkcję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, od śledztwa w sprawie zbrodni miłoszyckiej odsunięto „za opieszałość” prokuratora i zdymisjonowano jego przełożonego. W obliczu takiej presji kolejny śledczy błyskawicznie wysłał do sądu akt oskarżenia przeciwko Tomaszowi Komendzie. Co więcej – jeśli chodzi o brak „śladów poleceń w dokumentacji”, co stwierdziła Prokuratura Krajowa – Wojciech Czuchnowski i Ewa Wilczyńska odpowiadają: zachowały się one w  publicznych wypowiedziach urzędników resortu, prokuratorów i samego Kaczyńskiego.

Lech Kaczyński udzielił wówczas wywiadu (przypomniała go teraz „GW”), w którym sprawę zbrodni w Miłoszycach wymieniał jako koronny przykład na liberalne podejście i nieudolność prokuratury. Dlatego domagał się szybkiego postawienia zarzutu. Powolny jego zdaniem „sposób interpretacji praw człowieka […]stanowi zagrożenie dla porządku społecznego”. Prowadzącemu śledztwo prokuratowrowi zarzucał brak zdrowia moralnego. To nie wszystko: otwarcie twierdził, że jest zwolennikiem „nieustannych nacisków na zaostrzanie działań prokuratury”. Sprawą zbrodni Kaczyński zainteresował się po interwencji Ewy Szymeckiej, adwokatki rodziców 15-letniej Małgosi zamordowanej w noc sylwestrową 1996/1997. Wysłala list informujący o nieprawidłowościach w śledztwie, następnie spotkała się z ministrem sprawiedliwości, jak mówi mniej więcej w połowie 2000 roku.Tomasz Komenda przebywał już wtedy w areszcie pod zarzutem gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. W warunkach olbrzymiego zainteresowania sprawą decyzję o zatrzymaniu Komendy podjał w kwietniu 2000 r. prokurator Stanisław Ozimina, czwarty z kolei, który kierował tą sprawą.

Sprawa zbrodni miłoszyckiej powróciła jako argument, gdy Kaczyński jesienią publicznie domagał sie zmian personalnych we wrocławskiej prokuraturze. Wówczas to, przypomina „Wyborcza” zaczęły się spekulacje na temat odwołania jej szefa, Marka Gabryjelskiego. On sam w wywiadzie z 27 października 2000 roku stwierdził, że sposób prowadzenia śledztwa również ocenia krytycznie. Gabryjelski zdążył jeszcze w styczniu 2001 roku odsunąć od sprawy Stanisława Oziminę, który – po wniosku Szymeckiej – został ukarany za opieszałość i przekazać nadzór nad śledztwem Tomaszowi Fedykowi. Miesiąc później, w kwietniu 2001 roku, prokurator Tomasz Fedyk skierował do sądu okręgowego akt oskarżenia przeciwko Komendzie. Trzy lata później skazano go prawomocnym wyrokiem na 25 lat więzienia, czytamy w portalu. Dopiero teraz wyszło na jaw, że Komenda był w śledztwie bity i zmuszany do składania obciążających zeznań, a dowody były naciągane.

Mniej więcej rok temu spotkałem się z przedstawicielem jednego z unijnych rządów, który przyjechał do Warszawy na rozmowy z naszymi władzami. Gorącym tematem była wtedy kwestia, czy Komisja Europejska wniesie do unijnych stolic o wszczęcie postępowania przeciw Polsce w sprawie ochrony praworządności na podstawie art. 7.unijnego traktatu. Zapytałem, czy procedura może doprowadzić do nałożenia sankcji na Warszawę.

Trochę mniej albo dużo mniej

Rozmówca sceptycznie pokiwał głową. – Nie wiemy, co jest na końcu tej drogi – powiedział tylko. Chodzi o to, że uznanie naruszenia wartości przez jeden z krajów wymaga jednomyślnej decyzji pozostałych państw, a to mało prawdopodobne. Czy w takim razie Unia nic nie zrobi? Tu urzędnik był dużo bardziej stanowczy. – Polski rząd musi się liczyć z konsekwencjami w negocjacjach budżetowych. Dostaniecie mniej niż w obecnym rozdaniu – stwierdził.

O tym, że siedmiolatka 2014–20 jest najlepsza w historii dla Polski, a potem będzie gorzej, było wiadomo już od dawna – przypomniałem. – Ale możecie dostać trochę mniej albo dużo mniej – pokazał gestem. – Rząd w Warszawie mówi, że robi to, czego chcą polscy wyborcy. Ale my też mamy swoich wyborców. Jak mam im wytłumaczyć, żeby przekazywali miliardy euro ze swoich podatków na kraj, który nie przestrzega unijnych wartości i nie chce być solidarny wobec innych, np. w sprawie uchodźców? – zapytał retorycznie.

Wygląda na to, że zapowiadany scenariusz zaczyna się realizować.

O 20 mld euro mniej niż obecnie

Na początku maja Komisja Europejska przedstawiła zarys unijnego budżetu na lata 2021–27, czyli tzw. perspektywy finansowej. Już ten wstępny projekt był dla Polski niekorzystny: zmniejszyły się pieniądze na unijną politykę spójności (o 10 proc.), czyli wyrównywanie poziomów między bogatymi a biednymi krajami oraz na rolnictwo; z obu tych puli Polska mocno korzystała. W budżecie pojawiły się nowe priorytety i nowe kryteria rozdziału pieniędzy, korzystniejsze dla krajów unijnego Południa. Zagrożeniem dla Polski jest też możliwość zawieszenia wypłat w razie naruszania praworządności, np. niezawisłości sądów.

Dziś Bruksela przedstawi konkretne wyliczenia, ile pieniędzy mają dostać poszczególne kraje w ramach polityki spójności. Z wiarygodnych przecieków do mediów wynika, że Komisja wybierze najgorszy z planowanych wariant dla Polski – zakłada on o 23 proc. mniej pieniędzy niż w obecnej siedmiolatce (64,4 mld euro zamiast 83,9).

Nasz kraj pozostanie największym beneficjentem unijnych funduszy, i to z dużą przewagą (drugie w kolejności Włochy dostaną 38 mld). Jednak relatywnie stracimy, podczas gdy Grecy zyskają 8 proc., Włosi – 6 proc., a Hiszpanie – 5 proc. Spadki finansowania zanotują też inne państwa naszego regionu, w tym Węgrzy – o 25 proc.

Wariant ograniczający straty państw Europy Środkowo-Wschodniej próbował forsować słowacki komisarz Maroš Šefčovič, ale mu się nie udało. Technicznie obniżki wynikają z tego, że kraje naszego regionu wzbogaciły się w stosunku do państw Zachodu. Ponadto wśród kryteriów rozdziału środków mniejszą rolę odgrywać ma PKB, a większą – poziom bezrobocia czy też, prawdopodobnie, liczba przyjętych imigrantów. Co gorsza, istnieje ryzyko, że w toku negocjacji z państwami płatnikami netto do unijnego budżetu (które więcej wpłacają do wspólnej kasy, niż z niej dostają) te sumy jeszcze się zmniejszą.

O 20 mld euro mniej niż obecnie

Na początku maja Komisja Europejska przedstawiła zarys unijnego budżetu na lata 2021–27, czyli tzw. perspektywy finansowej. Już ten wstępny projekt był dla Polski niekorzystny: zmniejszyły się pieniądze na unijną politykę spójności (o 10 proc.), czyli wyrównywanie poziomów między bogatymi a biednymi krajami oraz na rolnictwo; z obu tych puli Polska mocno korzystała. W budżecie pojawiły się nowe priorytety i nowe kryteria rozdziału pieniędzy, korzystniejsze dla krajów unijnego Południa. Zagrożeniem dla Polski jest też możliwość zawieszenia wypłat w razie naruszania praworządności, np. niezawisłości sądów.

Dziś Bruksela przedstawi konkretne wyliczenia, ile pieniędzy mają dostać poszczególne kraje w ramach polityki spójności. Z wiarygodnych przecieków do mediów wynika, że Komisja wybierze najgorszy z planowanych wariant dla Polski – zakłada on o 23 proc. mniej pieniędzy niż w obecnej siedmiolatce (64,4 mld euro zamiast 83,9).

Nasz kraj pozostanie największym beneficjentem unijnych funduszy, i to z dużą przewagą (drugie w kolejności Włochy dostaną 38 mld). Jednak relatywnie stracimy, podczas gdy Grecy zyskają 8 proc., Włosi – 6 proc., a Hiszpanie – 5 proc. Spadki finansowania zanotują też inne państwa naszego regionu, w tym Węgrzy – o 25 proc.

Wariant ograniczający straty państw Europy Środkowo-Wschodniej próbował forsować słowacki komisarz Maroš Šefčovič, ale mu się nie udało. Technicznie obniżki wynikają z tego, że kraje naszego regionu wzbogaciły się w stosunku do państw Zachodu. Ponadto wśród kryteriów rozdziału środków mniejszą rolę odgrywać ma PKB, a większą – poziom bezrobocia czy też, prawdopodobnie, liczba przyjętych imigrantów. Co gorsza, istnieje ryzyko, że w toku negocjacji z państwami płatnikami netto do unijnego budżetu (które więcej wpłacają do wspólnej kasy, niż z niej dostają) te sumy jeszcze się zmniejszą.

>>>

Aleksander Kwaśniewski ogłosił bojkot referendum konsultacyjnego prezydenta Andrzeja Dudy. – To hucpa, w której nie można brać udziału. Jest granica robienia z obywateli durniów – oznajmił w Radiu ZET były prezydent.

gazeta.pl

W PiS toczy się zażarta walka o stołek prezesa

Stanisław Pięta uchodzi za jednego z najbardziej konserwatywnych posłów PiS. Historia, którą nam opowiedziała i udokumentowała Joanna (na jej prośbę imię zmienione), dowodzi, że dla Pięty nie powinno być miejsca w polityce. Uwiódł samotną, poszukującą miłości i pragnącą dziecka kobietę. Mamił wpływami w spółkach Skarbu Państwa. Obiecywał, że zostawi żonę. Wykorzystał – także w pracy poselskiej. Po czym bez słowa porzucił.

Pięta wypatrzył ją 10 kwietnia ub. roku w czasie 7. rocznicy katastrofy smoleńskiej. Zadzwonił następnego dnia. Pytał, czy chciałaby się zaangażować. Opowiedział, że pracuje w komisji śledczej ds. Amber Gold. Joanna poczuła się doceniona. Jej, dziewczynie z prowincji, znany poseł proponuje współpracę przy „dobrej zmianie”. – Rzuciłam wszystko, jeździłam z nim samochodem po Polsce, czytałam mu jakieś wycinki prasowe, notatki… – opowiada nam Joanna.

„Możesz urodzić 6 dzieci”

Bardzo szybko Pięta zaczął snuć przed nią wizję już nie tylko współpracy, ale wspólnego życia. Nie przeszkadzało jej to, że jest żonaty, że ma dziecko? – W ogóle nie chciałam żadnego romansu! Już po miesiącu chciał mnie przenocować, ale odmówiłam. Powtarzał mi jednak, że z żoną jest tylko dla dziecka, że nic ich nie łączy, że od dawna planuje się z nią rozstać, bo ona nie chciała mieć więcej dzieci, a on chce – opowiada Joanna. Tym ją zdobył. Marzyła o założeniu rodziny. Wmówiła sobie, że pewnie uda mu się uzyskać tzw. kościelny rozwód.

W końcu maja już byli parą. – „Wiesz…. mam takie marzenie, mówił mi szeptem do ucha, „chciałbym gładzić cię po ciążowym brzuchu. Jesteś idealnie zbudowana, nie będziesz mocno cierpieć i możesz urodzić 6 dzieci” – wspomina Joanna. Pięta wysyłał ją nawet do ginekologa, by potwierdziła, że może zajść w ciążę! Wymyślił też, że dla zabezpieczenia finansowego załatwi jej pracę w PKN Orlen.

– Mówił mi: „Lepiej teraz, bo jak już będziesz moją narzeczoną czy żoną, to za późno, prezes tego nie lubi” – opowiada Joanna.

„Cała jesteś moja”

Joanna przekazała nam swoją korespondencję z Piętą w jednym z komunikatorów internetowych. To tylko nieznaczna część łączącej ich relacji. Te zapisy potwierdzają jednak prawdziwość jej opowieści. 17 czerwca 2017 r. Joanna: „Czuję się kobietą zapasową. Wracasz do domu. Do swojej rodziny”. Pięta: „Rozumiem Cię, ale nie masz powodu do obaw. Nie jesteś zapasowa, jesteś jedyna”. Trzy dni później zapewnia ją: „Cała jesteś moja”. Śle róże i serduszka.

W rozmowie z Faktem (cały wywiad jutro) zapewnia jednak, że nic poza pracą ich nie łączyło. 8 lipca Joanna wyznaje, że „boi się, że się przywiąże”. On ją uspokaja. Jeżdżą po Polsce. Praca, spotkania, a potem romantyczne kolacje, spacery i hotele. Katowice, Częstochowa, Gdańsk… Pięta zapewnia: „Ty o nic nie martw się. Nic nie zmieni mojego stosunku do Ciebie, chyba że okażesz się agentem PO, FSB, członkiem sekty kanibali-satanistów. Wszystko inne, choćby nie wiem co to było, nie robi na mnie żadnego wrażenia”. I przesyła całusy. „Nigdy nie byłaś zabawką!”

Coś pęka pod koniec wakacji. Rozmowy o łóżku, dzieciach i przyszłej rodzinie ustępują politycznym wizjom Pięty. 20 sierpnia zdradza jej np. swój pomysł na „biznes”. „Znam ludzi od wojskowej roboty. Założę firmę. Zwerbuję prywatne wojsko. Zrobię porządek w każdym mieście. Tak to robią Amerykanie” – pisze. Poseł zapewnia Joannę, że choć jest w Bielsku-Białej, gdzie mieszka, na noc zostaje w biurze, nie wraca do domu. – Uspokoiłam się, że wszystko jest między nami dobrze – mówi Joanna.

Miesiąc później niepokój jednak narasta. Pięta jej unika. „Przez pół roku znajdowałeś dla mnie czas nawet jak była noc, a teraz nie masz czasu na telefon?” – pyta 22 września. I dodaje: „Chcesz skończyć między nami? Staszek, od półtora miesiąca zdawkowo się ze mną komunikujesz, więc chcę wiedzieć, czy mnie zwodzisz. Jeśli uważasz, że jestem Twoja, to o mnie dbaj”. Po czym wysyła mu jeszcze jedną wiadomość: „Powiedziałeś, że chcesz, żebym była Twoją żoną, a traktujesz mnie od 1,5 miesiąca jak przedmiot, który odłożyłeś na półkę. Będziesz tak milczał???”.

Pięta odpisuje zdawkowo: „Nie gniewaj się, jestem bardzo zmęczony”. W kolejnych dniach pojawiają się inne wymówki: „Potrzebuję czasu” lub „Przyjadę. Tylko nie wiem kiedy. Sam ledwo żyję”. Ale też zapewnia ją: „Nigdy nie byłaś i nie jesteś zabawką. Teraz musisz mi wybaczyć, bo jeszcze mam sprawy w rozsypce. Czekaj proszę, aż wyjaśni mi się sytuacja”. Joanna czeka, ale – jak przyznaje – w listopadzie traci nadzieję. „Stare powiedzenie premiera Millera mówi, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. Jesteś normalnym tchórzem” – pisze do niego 14 listopada. Pięta odpisuje: „Daj mi czas. Proszę. OK? Pozdrawiam Cię”.

Joanna już nie wierzy. Prosi, by odesłał kurierem jej rzeczy ze swojego pokoju w hotelu poselskim. – Często byłaś tam gościem? – pytamy. Sześć razy. Wszystkie daty mam zapisane. – Łatwo je sprawdzić, są odnotowane przez straż marszałkowską w księdze wejść i wyjść – mówi. Pytamy o nie Piętę. Zmienia zeznania, ale utrzymuje, że do niczego między nimi nie doszło.

„Nie chciałem Twojej krzywdy”

„To jest świństwo, co robisz” – pisze mu Joanna 14 grudnia. „Wybacz, mam takie obciążenia, że fizycznie nie daję rady” – tłumaczy się Pięta. „Przestań być żałosny. A pier… mnie pół roku dawałeś radę?” – odpisuje Joanna.

– Już chodziłam po ścianach. Przez zaangażowanie w ten związek i pomoc mu zaniedbałam swoją firmę, wpadłam w kłopoty finansowe – tłumaczy Faktowi. W Wigilię Pięta rano składa jej życzenia. Zapewnia, że zawsze był z nią szczery i nigdy jej nie okłamał. Ona już mu nie wierzy. Gdy 15 stycznia prosi ją „o cierpliwość”, odpisuje: „O cierpliwość to proś swoją żonę. Moja już się skończyła”. Tydzień później pisze: „Każde jedno Twoje wypowiedziane słowo w Katowicach, w restauracji, a potem w hotelu, było łgarstwem. Oplotłeś mnie jak wąż. Znajduję w domu rzeczy, które kupiłam, by być z Tobą. Całą garderobę, którą zmieniłam. Stają mi w oczach chwile, w których ci wierzyłam, patrzyłam na Ciebie z podziwem. W których widziałam obrazek, jak kiedyś, może za rok, urodzę Ci dziecko i pijąc kawę, uśmiechałam się na ten obraz…”.

W rozmowie z Faktem Pięta twierdzi, że być może to ona miała takie oczekiwania. Wszystko kończy się na dobre 9 lutego. Pięta pisze: „Nie chciałem Twojej krzywdy, żalu i smutku”. Joanna jest w depresji. – Kilka miesięcy nie wstawałam niemal z łóżka. Nie malowałam się, zaniedbałam pracę. Czuję się przez niego wykorzystana – mówi. I dodaje: – A na koniec śmiał mi powiedzieć, że „córka w pewnym wieku potrzebuje ojca”. Małą Zosią się wymówił… A ja myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski (PiS) uczestniczył w 94. Pielgrzymce Służby Zdrowia do Częstochowy. Pielgrzymkę zwieńczyła msza święta, którą prowadził metropolita przemyski, abp Adam Szal. Na zakończenie mszy „został wypowiedziany Akt Zawierzenia polskiej służby zdrowia matce Boskiej” – doniosła KAI. Sprawę podchwycił ex-minister Bartosz Arłukowicz, i potem było już tylko lepiej. Informacja o ministrze i zawierzeniu zrobiła furorę.

Można rzec: kultywowanie wiary – nic zdrożnego, ale gdy odbywa się na poziomie ministerialnym, poprzez obecność oficjalnych czynników państwowych na pielgrzymce, o komentarz nietrudno. Rzeczywiście posypały się takowe – i trzeba przyznać, że najszybszy był właśnie poseł Arłukowicz, który sprawę nagłośnił. Skwitował informację na Twitterze, nie stroniąc przy tym od ironii. „Min Zdrowia zawierzył polską służbę zdrowia Matce Boskiej. Ja bym jednak oddał ją naukowcom i lekarzom. Ale może mam jakoś inaczej po prostu”.

Inni komentujący nie mieli potrzeby zasłaniania się jakimkolwiek „ale”, za to często trafiali „w punkt”. Jak ten internauta, który stwierdził: „Mam wrażenie, że cała „dobra zmiana” zawierzyła Nasze Państwo Matce Boskiej i na tym opierają podejmowanie decyzji”. Inny podzielił się własną teorią: „Może dlatego tak długo trwa leczenie słońca narodu”. Znalazła się też, zamiast opisu wrażeń, propozycja konkretnego rozwiązania. – „Wrrr. Może zamknijmy szpitale, apteki i zawierzmy wszystko opiece Matki Boskiej. Wówczas lekarze nie będą potrzebni, będzie jak Bóg chciał. I po kłopocie” – padło w sieci. W podobnym duchu kolejny internauta radził: „Wziąłby się lepiej za zamykane oddziały zamiast po pielgrzymkach ganiać. I za rezydentów, którzy czują się oszukani”.

Nie zabrakło pytań trudnych („A co z ceną syropu dla dzieci po przeszczepie? Zapomniał?”), jak i dociekliwych: „czy oni czasem pracują, czy już tylko pielgrzymują, odbierają i wręczają sobie nawzajem nagrody i spływają rzekami?”. Nic dziwnego, że padło i takie: „Qwa… gdzie my żyjemy?”

Dziennikarka w mocnych słowach zaatakowała nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jej zdaniem był on „mściwym, pamiętliwym (…) bardzo złym politykiem”.

„Od lat tak twierdzę i powtórzę: Lech Kaczyński był mściwym, małostkowym, pamiętliwym, zakompleksionym, niezdolnym do skutecznego działania, bardzo złym politykiem” – napisała Michalik na Twitterze.

Słowa dziennikarki są pokłosiem poniedziałkowego wydania „Gazety Wyborczej”, w której Wojciech Czuchnowski i Ewa Wilczyńska dowodzili, że śp. prezydent Lech Kaczyński, miał „naciskać” na prokuraturę ws. Tomasza Komendy. „Lech Kaczyński miał naciskać na oskarżenie Tomasza Komendy. Jeśli tak, to jest zbrodnia. Oto, do czego prowadzi władza polityka nad prokuraturą” – twierdziła Michalik na wieść o „doniesieniach” dziennikarzy „Wyborczej”.

Michalik dodała, że sprawa jest jej zdaniem o tyle zła, że Lech Kaczyński był „lepszym” z braci.

„Najgorsze jest jest jednak to, że ludzie z PiS po cichu mówią, że on był tym lepszym z braci” – stwierdziła

rmf24.pl

Waldemar Mystkowski pisze o walce w PiS o stołek prezesa.

Kto po Kaczyńskim? Klaudiusz Brudziński czy jakiś Kaligula?

Jarosław Kaczyński w szpitalu przebywa od 8 maja, a ma jeszcze w nim przebywać dwa tygodnie. Niemal półtora miesiąca hospitalizowania. Na kolano – operowane bądź nie – tyle się nie leży. Zatem należy się wszystkim odpowiedź na pytanie: co jest Kaczyńskiemu?

Lekarze unikają odpowiedzi, żadnych komunikatów nie wydają. Gdyby to było kolano, ordynator dawno podałby to do wiadomości, tak jak zasuwał z kulami rehabilitacyjnymi na Żoliborz. Dziennikarze nie potrafią uzyskać dojścia do karty choroby Kaczyńskiego ani do jakiejś pielęgniarki, która aplikuje prezesowi lekarstwa i zastrzyki. Żaden paparazzi nie przedarł się przez zasieki i barykady, za którymi skrył się Kaczyński, wszak łasy na splendor celebrycki. Przecież nie możemy polegać na medialnych rozhoworach Adamów Bielanów i Marków Suskich, których wiarygodność jest zerowa, a w zasadzie minusowa.

Nawet gdy Kaczyński wróci, to na krótko, a jeżeli jego choroba jest inna – a jest wielce prawdopodobne – niż na kolano i o wiele bardziej groźna, będziemy mieli do czynienia z nawrotami. Jesteśmy zatem świadkami odchodzenia Kaczyńskiego. Żeby było jasne – odchodzenia politycznego, bo w egzystencjalnym zawsze daję handicap współczuciu – nawet w stosunku do najbardziej złych ludzi, daję im szansę na odkupienie i poprawę. Acz nie wiem, czy Kaczyński leżący plackiem w zakrystii do końca swoich dni i ogrzewający swoim ciałem zimne posadzki – wg swojej średniowiecznej aksjologii – zasłużyłby na przebaczenie.

Widać gołym nieuzbrojonym okiem, iż w PiS toczy się zażarta walka o stołek prezesa. Tak naprawdę kandydatów jest niewielu. Kaczyński nominował Mateusza Morawieckiego, ale ten jest słaby w strukturach partyjnych, nadrabia tę przypadłość gębą, jest w niej bardziej papieski od prezesa. Nie bez szans ogrzania się na jeszcze ciepłym stołku prezesa ma Joachim Brudziński, który przez Renatę Grochal w „Newsweeku” został przyrównany do mało rozgarniętego Klaudiusza, który psim swędem uchował się na dworze Kaliguli.

Raczej nie ma szans na prezesa PiS Kaligula Zbigniew Ziobro, formalnie nie jest w PiS, ponadto pod każdym względem to cienki Bolek. Starszy Kaligula Antoni Macierewicz ma już za sobą karierę polityczną, kombinował coś ze swoim koniem Incitatusem Bartłomiejem Misiewiczem, ale nie udało mu się na trwałe zrobić go senatorem.

Władza PiS utyka na kolano prezesa, po jego odejściu – ktokolwiek posadzi swoje cztery litery na stołku Kaczyńskiego – będzie bardziej kuśtykała mimo jakichkolwiek kul rehabilitacyjnych. Oby w tym chwiejnym chodzie jak najszybciej się obalili ci, którzy przynieśli Polsce tyle nieszczęść.

buzz.gazeta.pl

gazeta.pl

Łamanie zasad UE, polityka izolacji Polski, brak umiejętności szukania sojuszaników do koalicji w negocjacjach budżetowych, dają efekt ryzyka utraty dużej części środków z UE, które miały iść na rozwój Polski! Ogarnijcie się panowie z rządu‼️ PIS nabroił, płacą Polacy‼️

Post Navigation