Hairwald

W ciętej ranie obecności

Lech Kaczyński dopuścił się sądowej zbrodni

Poniedziałkowa publikacja „Wyborczej” o tym, że Lech Kaczyński mocno interesował się sprawą zbrodni w Miłoszycach, wywołała ostre reakcje władzy. Jako pierwszy zaatakował „Wyborczą” wiceszef resortu sprawiedliwości Patryk Jaki, który w TOK FM powiedział, że tekst „jest obrzydliwy” i „jest wielką manipulacją”. Zaprzeczył, by Kaczyński (w latach 2000-2001 minister sprawiedliwości i prokurator generalny) wpływał na to, żeby prokuratura we Wrocławiu oskarżyła Tomasza Komendę o gwałt i morderstwo. Głos zabrała także Prokuratura Krajowa, stwierdzajac, że artykuł „zawiera nieprawdziwe informacje”, i dodała, że „w dokumentacji sprawy nie ma żadnych poleceń prokuratora generalnego dotyczących sposobu zakończenia tego postępowania” – czytamy w portalu Wyborcza. Przypomnijmy, z powodu tego oskarżenia Komenda niewinnie spędził 18 lat w więzieniu.

Ostre reakcje władzy mają swoją przyczynę. Otóż fakty – przypomina „Wyborcza” – są takie, że w czasie, gdy Lech Kaczyński sprawował funkcję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, od śledztwa w sprawie zbrodni miłoszyckiej odsunięto „za opieszałość” prokuratora i zdymisjonowano jego przełożonego. W obliczu takiej presji kolejny śledczy błyskawicznie wysłał do sądu akt oskarżenia przeciwko Tomaszowi Komendzie. Co więcej – jeśli chodzi o brak „śladów poleceń w dokumentacji”, co stwierdziła Prokuratura Krajowa – Wojciech Czuchnowski i Ewa Wilczyńska odpowiadają: zachowały się one w  publicznych wypowiedziach urzędników resortu, prokuratorów i samego Kaczyńskiego.

Lech Kaczyński udzielił wówczas wywiadu (przypomniała go teraz „GW”), w którym sprawę zbrodni w Miłoszycach wymieniał jako koronny przykład na liberalne podejście i nieudolność prokuratury. Dlatego domagał się szybkiego postawienia zarzutu. Powolny jego zdaniem „sposób interpretacji praw człowieka […]stanowi zagrożenie dla porządku społecznego”. Prowadzącemu śledztwo prokuratowrowi zarzucał brak zdrowia moralnego. To nie wszystko: otwarcie twierdził, że jest zwolennikiem „nieustannych nacisków na zaostrzanie działań prokuratury”. Sprawą zbrodni Kaczyński zainteresował się po interwencji Ewy Szymeckiej, adwokatki rodziców 15-letniej Małgosi zamordowanej w noc sylwestrową 1996/1997. Wysłala list informujący o nieprawidłowościach w śledztwie, następnie spotkała się z ministrem sprawiedliwości, jak mówi mniej więcej w połowie 2000 roku.Tomasz Komenda przebywał już wtedy w areszcie pod zarzutem gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. W warunkach olbrzymiego zainteresowania sprawą decyzję o zatrzymaniu Komendy podjał w kwietniu 2000 r. prokurator Stanisław Ozimina, czwarty z kolei, który kierował tą sprawą.

Sprawa zbrodni miłoszyckiej powróciła jako argument, gdy Kaczyński jesienią publicznie domagał sie zmian personalnych we wrocławskiej prokuraturze. Wówczas to, przypomina „Wyborcza” zaczęły się spekulacje na temat odwołania jej szefa, Marka Gabryjelskiego. On sam w wywiadzie z 27 października 2000 roku stwierdził, że sposób prowadzenia śledztwa również ocenia krytycznie. Gabryjelski zdążył jeszcze w styczniu 2001 roku odsunąć od sprawy Stanisława Oziminę, który – po wniosku Szymeckiej – został ukarany za opieszałość i przekazać nadzór nad śledztwem Tomaszowi Fedykowi. Miesiąc później, w kwietniu 2001 roku, prokurator Tomasz Fedyk skierował do sądu okręgowego akt oskarżenia przeciwko Komendzie. Trzy lata później skazano go prawomocnym wyrokiem na 25 lat więzienia, czytamy w portalu. Dopiero teraz wyszło na jaw, że Komenda był w śledztwie bity i zmuszany do składania obciążających zeznań, a dowody były naciągane.

Mniej więcej rok temu spotkałem się z przedstawicielem jednego z unijnych rządów, który przyjechał do Warszawy na rozmowy z naszymi władzami. Gorącym tematem była wtedy kwestia, czy Komisja Europejska wniesie do unijnych stolic o wszczęcie postępowania przeciw Polsce w sprawie ochrony praworządności na podstawie art. 7.unijnego traktatu. Zapytałem, czy procedura może doprowadzić do nałożenia sankcji na Warszawę.

Trochę mniej albo dużo mniej

Rozmówca sceptycznie pokiwał głową. – Nie wiemy, co jest na końcu tej drogi – powiedział tylko. Chodzi o to, że uznanie naruszenia wartości przez jeden z krajów wymaga jednomyślnej decyzji pozostałych państw, a to mało prawdopodobne. Czy w takim razie Unia nic nie zrobi? Tu urzędnik był dużo bardziej stanowczy. – Polski rząd musi się liczyć z konsekwencjami w negocjacjach budżetowych. Dostaniecie mniej niż w obecnym rozdaniu – stwierdził.

O tym, że siedmiolatka 2014–20 jest najlepsza w historii dla Polski, a potem będzie gorzej, było wiadomo już od dawna – przypomniałem. – Ale możecie dostać trochę mniej albo dużo mniej – pokazał gestem. – Rząd w Warszawie mówi, że robi to, czego chcą polscy wyborcy. Ale my też mamy swoich wyborców. Jak mam im wytłumaczyć, żeby przekazywali miliardy euro ze swoich podatków na kraj, który nie przestrzega unijnych wartości i nie chce być solidarny wobec innych, np. w sprawie uchodźców? – zapytał retorycznie.

Wygląda na to, że zapowiadany scenariusz zaczyna się realizować.

O 20 mld euro mniej niż obecnie

Na początku maja Komisja Europejska przedstawiła zarys unijnego budżetu na lata 2021–27, czyli tzw. perspektywy finansowej. Już ten wstępny projekt był dla Polski niekorzystny: zmniejszyły się pieniądze na unijną politykę spójności (o 10 proc.), czyli wyrównywanie poziomów między bogatymi a biednymi krajami oraz na rolnictwo; z obu tych puli Polska mocno korzystała. W budżecie pojawiły się nowe priorytety i nowe kryteria rozdziału pieniędzy, korzystniejsze dla krajów unijnego Południa. Zagrożeniem dla Polski jest też możliwość zawieszenia wypłat w razie naruszania praworządności, np. niezawisłości sądów.

Dziś Bruksela przedstawi konkretne wyliczenia, ile pieniędzy mają dostać poszczególne kraje w ramach polityki spójności. Z wiarygodnych przecieków do mediów wynika, że Komisja wybierze najgorszy z planowanych wariant dla Polski – zakłada on o 23 proc. mniej pieniędzy niż w obecnej siedmiolatce (64,4 mld euro zamiast 83,9).

Nasz kraj pozostanie największym beneficjentem unijnych funduszy, i to z dużą przewagą (drugie w kolejności Włochy dostaną 38 mld). Jednak relatywnie stracimy, podczas gdy Grecy zyskają 8 proc., Włosi – 6 proc., a Hiszpanie – 5 proc. Spadki finansowania zanotują też inne państwa naszego regionu, w tym Węgrzy – o 25 proc.

Wariant ograniczający straty państw Europy Środkowo-Wschodniej próbował forsować słowacki komisarz Maroš Šefčovič, ale mu się nie udało. Technicznie obniżki wynikają z tego, że kraje naszego regionu wzbogaciły się w stosunku do państw Zachodu. Ponadto wśród kryteriów rozdziału środków mniejszą rolę odgrywać ma PKB, a większą – poziom bezrobocia czy też, prawdopodobnie, liczba przyjętych imigrantów. Co gorsza, istnieje ryzyko, że w toku negocjacji z państwami płatnikami netto do unijnego budżetu (które więcej wpłacają do wspólnej kasy, niż z niej dostają) te sumy jeszcze się zmniejszą.

O 20 mld euro mniej niż obecnie

Na początku maja Komisja Europejska przedstawiła zarys unijnego budżetu na lata 2021–27, czyli tzw. perspektywy finansowej. Już ten wstępny projekt był dla Polski niekorzystny: zmniejszyły się pieniądze na unijną politykę spójności (o 10 proc.), czyli wyrównywanie poziomów między bogatymi a biednymi krajami oraz na rolnictwo; z obu tych puli Polska mocno korzystała. W budżecie pojawiły się nowe priorytety i nowe kryteria rozdziału pieniędzy, korzystniejsze dla krajów unijnego Południa. Zagrożeniem dla Polski jest też możliwość zawieszenia wypłat w razie naruszania praworządności, np. niezawisłości sądów.

Dziś Bruksela przedstawi konkretne wyliczenia, ile pieniędzy mają dostać poszczególne kraje w ramach polityki spójności. Z wiarygodnych przecieków do mediów wynika, że Komisja wybierze najgorszy z planowanych wariant dla Polski – zakłada on o 23 proc. mniej pieniędzy niż w obecnej siedmiolatce (64,4 mld euro zamiast 83,9).

Nasz kraj pozostanie największym beneficjentem unijnych funduszy, i to z dużą przewagą (drugie w kolejności Włochy dostaną 38 mld). Jednak relatywnie stracimy, podczas gdy Grecy zyskają 8 proc., Włosi – 6 proc., a Hiszpanie – 5 proc. Spadki finansowania zanotują też inne państwa naszego regionu, w tym Węgrzy – o 25 proc.

Wariant ograniczający straty państw Europy Środkowo-Wschodniej próbował forsować słowacki komisarz Maroš Šefčovič, ale mu się nie udało. Technicznie obniżki wynikają z tego, że kraje naszego regionu wzbogaciły się w stosunku do państw Zachodu. Ponadto wśród kryteriów rozdziału środków mniejszą rolę odgrywać ma PKB, a większą – poziom bezrobocia czy też, prawdopodobnie, liczba przyjętych imigrantów. Co gorsza, istnieje ryzyko, że w toku negocjacji z państwami płatnikami netto do unijnego budżetu (które więcej wpłacają do wspólnej kasy, niż z niej dostają) te sumy jeszcze się zmniejszą.

>>>

Aleksander Kwaśniewski ogłosił bojkot referendum konsultacyjnego prezydenta Andrzeja Dudy. – To hucpa, w której nie można brać udziału. Jest granica robienia z obywateli durniów – oznajmił w Radiu ZET były prezydent.

gazeta.pl

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: