Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Maj, 2018”

Władza PiS w Unii postrzegana jest jako patałachy

Projekt nowego budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-27 przewiduje olbrzymie cięcie w funduszach dla Polski. Otrzymamy 64,4 mld euro, choć w poprzednim budżecie dostaliśmy prawie 84 mld. To oznacza 23-procentowe cięcia.

„23% mniej dróg, mostów, innej potrzebnej Polsce infrastruktury w nowej perspektywie UE. Co na to rząd PiS? Ile w tym kosztu za zepsucie relacji z UE i łamanie praworządności? Nigdy od 2004 nie mieliśmy tak słabej pozycji w Europie” – skomentował na Twitterze poseł PO Tomasz Siemoniak. A Renata Grochal z „Newsweeka” dodała: – „Wymierne efekty wstawania z kolan przez PiS. Znowu będzie wina Tuska?”.

„Brawo PiS!!!! Kolejny sukces rządu!!”; – „Jak widać polityka PiS na forum Unii Europejskiej to „pasmo nieustających sukcesów”; – „To są prawdziwe efekty działań PiS. Będziemy latami zbierać się po rządach tych psychopatów” – komentują internauci.

Tak fachowcy negocjowali budżet.

Oto jak PiS doi kasę z budżetu dla swoich spółek.

„Wybuduje je specjalnie powołana do tego spółka”. Jakieś pytania?

Jarosław Kaczyński sypie się w proch

Adam Bielan z PiS w rozmowie z Konradem Piaseckim w programie „Gość Radia ZET” pytany o stan zdrowia lidera PiS powiedział, że Jarosław Kaczyński prawdopodobnie spędzi w szpitalu jeszcze kilkanaście dni.

„Uraz kolana, który ma i w związku z urazem zabiegi, którym jest poddawany w szpitalu, kilkutygodniowa nieobecność nie sprawia, że jest wyłączony z polskiej polityki, bo nie jest tancerzem ani piłkarzem. Gdyby był piłkarzem, to drżelibyśmy o to, czy wystąpi na mundialu. Ale myślę, że Jarosław Kaczyński nie miał takich ambicji, żeby grać na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej” – żartował Bielan.

Zagadnięty z kolei o rolę Joachima Brudzińskiego w PiS odparł: „jak będę chwalił Joachima Brudzińskiego i będę z niego robił samca alfa, to on będzie mieć kłopoty”- oświadczył.

Może już dlatego Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii uruchomiło produkcję różańców. Job twaju pis mać.

Cały naród modli się za Kaczyńskiego.

Pomniki Kaczyńskiego zdemontować!

Tomasz Komenda przesiedział w więzieniu 18 lat, skazany za gwałt i morderstwo i dopiero w tym roku okazało się, że chłopak był niewinny. Teraz szuka się winnych całej tej sytuacji. Zbigniew Ziobro uważa, że za błędy w śledztwie i skazanie niewinnego człowieka odpowiada Hanna Suchocka. Czy rzeczywiście?

Ministrem Sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w latach 2000 – 2001 był Lech Kaczyński (z ramienia AWS – Akcji Wyborczej Solidarność, która wtedy wygrała wybory). Nowy minister rozpoczął swoje urzędowanie z programem ścigania przestępców, który miał ułatwić cała procedurę śledczą i ich karanie. Jak napisała „Gazeta Wyborcza”- od prokuratorów żądał propozycji surowych wyroków i nakazywał, by w jak największej liczbie spraw, występowali o karę aresztu. Bezpośrednio ingerował w działania podległych mu prokuratorów i nie ukrywał, że „wykorzystujemy instytucję nadzoru dla wywierania nieustannego nacisku na zaostrzenie działań prokuratury. Ster został przestawiony, choć oczywiście przed okrętem jeszcze długa droga”. Uważał też, że polskie sądy i oskarżyciele są zbyt „liberalni” wobec przestępców. Był zwolennikiem kary śmierci.

Sprawą Tomasza Komendy zainteresowała Lecha Kaczyńskiego Ewa Szymecka, adwokatka rodziny zamordowanej. Jak wspomina, „gdy opowiadałam mu o sprawie, złapał się za głowę i powiedział, że jeżeli chociaż połowa z tego, co mówię, jest prawdą, to musi się zająć tą sprawą. Po rozmowie ściągnął akta sprawy do Warszawy”. To wówczas Komendzie, który już przebywał w areszcie, postawiono zarzut gwałtu ze szczególnym okrucieństwem.

Lech Kaczyński bardzo zaangażował się w tę sprawę – czytamy w gazecie. Śledczym zarzucił opieszałość, odwołał więc prowadzących, a na ich miejsce powołał nowych, którzy mieli być bardziej skuteczni w działaniu i szybko doprowadzić do skazania winnego. Oburzał się, że „prokurator powiada pełnomocnikowi rodziny, że co najwyżej może jednemu ze sprawców postawić zarzut gwałtu. Są ślady zębów tego zbira (czyli Tomasza Komendy – przypomnienie redakcji), ślady DNA, wszelkie możliwe znaki – i nie można postawić zarzutu. Taki sposób interpretacji praw człowieka, które czynią przestępców bezkarnymi, a ofiary bezbronnymi, stanowi zagrożenie dla porządku społecznego”. Jak powiedział GW –  Kazimierz Olejnik, który objął funkcję po Lechu Kaczyńskim – „Takie wypowiedzi jak w wywiadzie są formą presji. W tamtych czasach każdy pogląd ministra to było zalecenie do wykonania”. Świadkowie przyznają teraz, że byli zastraszani przez policję, a w kwietniu 2001 prokurator Tomasz Fedyk skierował akt oskarżenia do sądu i Komenda został skazany na 25 lat więzienia.

Dzisiaj Zbigniew Ziobro podkreśla swoje zasługi w uwolnieniu Tomasza Komendy, jednocześnie zaprzeczając, jakoby to właśnie Lech Kaczyński przyczynił się swoimi naciskami i przeprowadzoną rewolucją w prokuraturze, na skazanie osoby niewinnej. Czyż może mówić coś innego? To przecież on był najbliższym współpracownikiem Lecha Kaczyńskiego, który musi być zachowany w pamięci narodu jak bohater bez skazy, bo tego sobie życzy rządząca partia.

Tomasz Komenda walczy teraz o odszkodowanie. Zbigniew Ziobro chce wykazać, że całą winę za tę sytuację ponoszą „inni”, a my pamiętajmy słowa Lecha Kaczyńskiego, które powiedział zapytany w 2000 roku przez Jarosława Kurskiego o „ryzyko pomyłki sądowej” – „Każda działalność wiąże się z ryzykiem pomyłki i nie ma takiej procedury, która może ją wyeliminować”. Czy do tej pomyłki by doszło, gdyby nie jego naciski?

W czasie śledztwa dotyczącego marca 1968 r. Antoni Macierewicz obciążył w zeznaniach cztery osoby – wynika z ustaleń autorów biografii byłego szefa MON, która ukaże się 6 czerwca. „Wprost” jako pierwszy publikuje fragmenty tekstu.

Książkę „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana” wydaje wydawnictwo „Znak”. Z ustaleń autorów wynika, że w trakcie śledztwa po marcu 1968 r. Macierewicz obciążył w swych zeznaniach cztery osoby. Chodzi o kolegów z opozycyjnej działalności studenckiej: Wojciecha Onyszkiewicza (późniejszego założyciela KOR), Piotra Bachurzewskiego (pasierba prof. Władysława Bartoszewskiego), a także Elżbietę Bakinowską, córkę Stefana Bakinowskiego, w czasie wojny żołnierza Armii Andersa, później współtwórcy i redaktora katolickiego miesięcznika „Więź”, oraz doc. Henryka Samsonowicza, dziś emerytowanego profesora historii.

Macierewicz ujawnia szczegółowe okoliczności przygotowywania i kolportowania ulotek w okresie marca 1968 r. z Onyszkiewiczem i Bachurzewskim. Szczególnie niekorzystne zeznania dotyczą Onyszkiewicza. Macierewicz zeznaje, że Wojciech przechowywał u niego 800 ulotek pt. „Robotnicy” przeznaczonych dla pracowników fabryk. Mówi, że schował te ulotki do szafki pod oknem, miało być na jeden dzień, wyszło na trzy albo cztery.

To bardzo poważny zarzut. Władza wyjątkowo negatywnie patrzy na kontakty opozycji z robotnikami. Podprokurator Lewandowska pisze: „18 czerwca na podstawie wyjaśnień Macierewicza Wojciech Onyszkiewicz stanął pod zarzutem popełnienia przestępstwa z art. 170 kodeksu karnego”. Przepis mówi, że kto „rozpowszechnia fałszywe informacje mogące wywołać niepokój publiczny”, podlega karze do dwóch lat więzienia.

O tym, że Macierewicz mógł świadomie szkodzić kolegom, świadczą zeznania przebywającego z nim w celi agenta o kryptonimie „Krzysztof”.

  • „Wracając do sprawy ulotek wzywających do strajku, Macierewicz powiedział mi, że ujawnił drugą osobę mającą związek z tą sprawą, a mianowicie Piotra. Macierewicz opowiadał, że w trakcie i po składaniu wyjaśnień, którymi obciąża kolegów, stara się specjalnie stworzyć wrażenie wstrząsającego go przeżycia tego faktu, chcąc zachować wobec oficera śledczego «twarz»”.

Oprócz Onyszkiewicza i Bachurzewskiego, Macierewicz obciąża podczas swoich przesłuchań jeszcze dwie inne osoby: Elżbietę Bakinowską i docenta Henryka Samsonowicza. Potwierdza, że Bakinowska na jego prośbę ukrywała maszynę do pisania, na której sporządzał ulotki. Tymczasem ona sama, zgodnie z przyjętą wcześniej wersją, twierdziła, że maszynę kupiła na bazarze. Macierewicz mówi też o ukrywanych przed SB swoich kontaktach z doc. Samsonowiczem.

Na zeznania Macierewicza kilka lat temu natknął się profesor Andrzej Friszke, gdy zbierał materiały do książki „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi”. Treść dokumentów go zaskoczyła.

– Jego postawa w śledztwie jest nietypowa – mówi nam profesor Friszke. – Macierewicz składał zdecydowanie zbyt obszerne zeznania, ale to w marcu 1968 roku nie było niczym wyjątkowym. Większość aresztowanych studentów mówiła wtedy za dużo. Cóż, byli młodzi, chcieli się zapewne w ten sposób ratować. Jednak Macierewicz zdradzał wątki, o których bezpieka nie mogła mieć wiedzy. Dotyczy to ulotek, które mieli kolportować Onyszkiewicz i Bachurzewski, ale też wątku maszyny do pisania. W ten sposób wsypał trzy osoby: Onyszkiewicza, Bachurzewskiego i Bakinowską. Onyszkiewiczowi wystarczyło na ukręcenie aktu oskarżenia. Zeznania Macierewicza obciążyły też docenta Henryka Samsonowicza, choć w tym przypadku jestem skłonny uznać, że wielkiej szkody mu nie wyrządziły.

  • Zaskakujące jest także to, że obciążając innych, w zasadzie nie odciąża siebie. „Logika sypania” w śledztwie jest zwykle taka: zrzucę część winy na innych, w zamian uzyskam łagodniejszy wymiar kary. Macierewicz tego nie robi. Ujawniając „grzechy” innych, nie wybiela siebie.

W 2010 r. profesor Friszke wydaje książkę „Anatomia buntu”. Kilka akapitów poświęca Macierewiczowi i jego zeznaniom obciążającym Wojciecha Onyszkiewicza. Macierewicz wpada w panikę. Zapewnia Wojciecha, że jego zeznania nie wyszły poza to, co SB już o nim wiedziało. Pod wpływem presji Onyszkiewicz wydaje oświadczenie, w którym usprawiedliwia Antoniego. Antek proponował, żebym opublikował konkretny tekst, ale ja go mocno zmieniłem – wspomina Onyszkiewicz. – Pisanie oświadczenia to był dla mnie duży stres. Przekaz był mniej więcej taki: to ja sypnąłem na Antka, a nie odwrotnie.

Macierewicz upowszechnia tekst Onyszkiewicza, gdzie się da. Ale z Onyszkiewiczem kontaktuje się wtedy profesor Friszke. Pokazuje nieznane Onyszkiewiczowi dokumenty. Wynika z nich, że wbrew swoim zapewnieniom Macierewicz mówił funkcjonariuszom dużo. I że były to rzeczy mocno obciążające.

– Rozmowa z Onyszkiewiczem w 2010 roku nie była łatwa – opowiada prof. Friszke. – To prawda: on w śledztwie prawdopodobnie powiedział o dwa zdania za dużo. Śledczy, zgodnie ze swoimi regułami, przytoczyli zapewne te słowa Macierewiczowi tak, by ten odniósł mylne wrażenie, że przyjaciel go zdradził. Odpowiedzią były jednak tak szczegółowe zeznania dotyczące Wojciecha, że można to wyjaśnić chyba tylko chęcią zemsty.

Znacznie gorsze wydaje mi się jednak to, co dzieje się później. Macierewicz wychodzi z więzienia i przez kolejne pięćdziesiąt lat przedstawia się w oczach przyjaciela jako jego ofiara. Podtrzymuje w Onyszkiewiczu poczucie winy, wzbudza nieprawdziwe przekonanie, że ten, w chwili próby, nie zdał egzaminu. Przepraszam, być może wyjdę z roli chłodnego historyka, ale dla mnie to moralnie obrzydliwe.

Onyszkiewicz nie lubi wracać do sprawy. Mówi, że postawę Antoniego trzeba oceniać przez pryzmat późniejszych zasług, które są przecież niepodważalne. – Przez lata sytuacja była dla mnie czarno-biała: ja jestem sprawcą, Macierewicz ofiarą.Dziś wiem, że Andrzej Friszke miał prawo napisać to, co napisał.

Lech Kaczyński twierdził, że Komenda to zbir

JUSTYNA KOĆ: Czy wierzy pan jeszcze w polską praworządność?

PROF. MIROSŁAW WYRZYKOWSKI: To w żadnym wypadku nie jest kwestia wiary, tylko kwestia faktów i reguł. Jeśli chodzi o reguły, czyli zasady związane z kwestią rządów prawa, to one są wystarczająco znane, abym musiał je przywoływać. Paradoksalnie to, co się dzieje w Polsce od ponad dwóch lat, skutkuje ożywieniem świadomości konstytucyjnej, prawnej, ale tylko u części społeczeństwa. Problem rządów prawa, czyli zasad, które mają rządzić Polską, jest udziałem tylko pewnej niedużej części społeczeństwa. Dla większości, mam wrażenie, jest to bez znaczenia.

Chodzi tu o zasady – demokratyczne państwo prawne jako pewną koncepcję ustrojową, która zakłada, że państwo jest demokratyczne, czyli należy do narodu, i że władza jest zawsze w państwie konstytucyjnym ograniczona. To jest istotą demokratycznego państwa prawnego.

Ograniczona i rozliczana?

Ograniczona w ten sposób, że konstytucja i akty prawne z nią zgodne tworzą nieprzekraczalne ramy zachowania podmiotów, które pełnią funkcje publiczne i realizują zadania. Innymi słowy, czyjekolwiek rządy w państwie prawnym są ograniczone. Po drugie, muszą to być rządy miarkowane, innymi słowy – wszelkie działania muszą zawierać dwa elementy: dobro państwa jako dobro wspólne oraz prawa i wolności jednostki.

Rzeczpospolita jest państwem opartym na wolnościach i prawach jednostki. To jest źródło wszelkiej, jakiejkolwiek legitymacji działania władzy publicznej. Wynika to z samej koncepcji ustrojowej i bezpośrednio z preambuły konstytucji. Demokratyczne państwo prawne jest państwem, gdzie prawo jest prawe. Oznacza to, że charakteryzuje się pewnymi cechami, które powodują, że możemy regulacje przyjęte przez Sejm uznać za prawne. Tu chodzi o zgodność z konstytucją w sensie formalnym i materialnym.

Prawo musi być stanowione w odpowiedni sposób. Obecnie mamy do czynienia z dramatycznym upadkiem polskiego parlamentaryzmu.

Wracając do pani pytania, wiara w istnienie w dalszym ciągu takiego modelu państwa prawnego rządów prawa, jakie są określone w konstytucji, jest coraz słabsza.

Słabsza, czy raczej możemy mówić, że nie istnieje? Konstytucja jest łamana wprost przez rządzących, np. przez prezydenta, który odebrał przysięgę od tzw. sędziów dublerów Trybunału Konstytucyjnego, prawo jest tworzone niezgodne z konstytucją. Zatem tej praworządności już nie ma względem tego, co pan powiedział.

Popatrzmy na poszczególne elementy, aby te kategorie skonfrontować ze zdarzeniami. Jeżeli chodzi o prawo i jego stanowienie, to w ostatnim czasie charakterystyczne jest to, że jest zaprzeczenie zasady przyzwoitej legislacji. Można wręcz powiedzieć, że jest to antyzasada legislacji przyzwoitej. Przykładem jest np. wyręczanie się w procesie legislacyjnym przez rząd Sejmem w zakresie inicjatyw ustawodawczych. Mieliśmy z tym do czynienia np. w przypadku ustawy o Sądzie Najwyższym. SN jest organem konstytucyjnym, co oznacza, że jakiekolwiek działania legislacyjne muszą być podejmowane z nadzwyczajną starannością. Tu okazało się, że inicjatorem nie jest rząd czy – tak jak poprzednio – prezydent, ale grupa posłów.

Jestem pełen najwyższego uznania dla kompetencji posłów, ponieważ na ponad 40 posłów, którzy się podpisali pod ustawą, było 4 prawników, reszta to inżynierowie, politolodzy, pielęgniarki, historycy sztuki itd. To jest niezwykła odwaga merytoryczna posłów, którzy wnieśli inicjatywę ustawodawczą.

Nigdy jako prawnik nie odważyłbym się napisać ustawy dla inżynierów z zakresu bezpieczeństwa technicznego, nie odważyłbym się firmować ustawy bez jej napisania, która dotyczy ochrony środowiska w części np. czystego powietrza, bo to wiedza specjalistyczna. Taką samą wiedzą specjalistyczną jest ta związana z wymiarem sprawiedliwości.

To był akt prawny przygotowany poza Sejmem, można wnosić, że w rządzie, ponieważ w pracach legislacyjnych nie występował żaden poseł sprawozdawca, spośród tych, którzy projekt podpisali. Posłem sprawozdawcą był wiceminister sprawiedliwości. Po drugie, tempo przyjęcia ustaw było tempem ekspresowym, a przecież trudno sobie wyobrazić porządnego legislatora, który obraduje nad projektem ustawy w ciągu kilkunastu godzin.

Dalej mamy sytuację, kiedy

w procesie legislacyjnym zostały złamane wszelkie reguły dyskursu parlamentarnego. Jeżeli poseł Rzeczpospolitej w dyskusji – czy to o ustawie o Trybunale Konstytucyjnym, czy Sądzie Najwyższym, czy Krajowej Radzie Sądownictwa – ma minutę na wypowiedź, po 60 sekundach jest mu wyłączany mikrofon; jeżeli poseł, który o 40 sekund przedłużył swoje wystąpienie, został ukarany grzywną przez marszałka Sejmu kwotą 3 tys. zł – to oznacza, że nie mamy w Rzeczpospolitej Polskiej już mechanizmu właściwego parlamentaryzmowi.

Później mamy skutki takiego pośpiechu legislacyjnego w postaci nadzwyczajnej niestaranności w tworzeniu prawa.

Czy przykładem na tę niedokładność może być ustawa o nowej KRS, gdzie posłowie rządzącej większości tak bardzo skupili się na zmianie sposobu wyboru 15 członków, że zostawili zapis, że to Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego zwołuje pierwsze posiedzenie, gdy nie ma przewodniczącego?

Myślę, że to nie jest przykład na pośpiech. Przecież w poprzedniej regulacji zawetowanej przez prezydenta były dwie izby w ramach KRS i było wiele elementów, które zostały zmienione. Struktura KRS w ustawie przyjętej z inicjatywy ustawodawczej prezydenta jest inna niż uchwalona z inicjatywy poselskiej. Jeżeli chodzi o KRS i o ustawę o SN, to mamy do czynienia z jeszcze jednym ważnym elementem, a mianowicie wykładnią konstytucji, czyli sposobem jej interpretowania.

Zawsze stałem na stanowisku, że każdy obywatel może być interpretatorem konstytucji, ale żeby poprawnie to robić, trzeba przestrzegać przesłanek i reguł wykładni.

Po pierwsze, trzeba konstytucję znać. Rozumiem, że to warunek trudny i dla wielu niemożliwy, ale jeżeli ktoś pretenduje do wykonywania tego zadania, to niech ze zrozumieniem konstytucję przeczyta. Po drugie, niech przyjmie do wiadomości, że konstytucja jest zbiorem norm o charakterze systemowym. Innymi słowy, mamy do czynienia z całością norm konstytucyjnych, a nie z jednym przepisem czy fragmentem przepisu. Dalej, trzeba znać reguły wykładni konstytucji i trzeba chcieć i umieć je stosować. Ci, którzy uzasadniali wybór sędziów przez Sejm, argumentowali, że z konstytucji nie wynika bezpośrednio i jednoznacznie, że sędziowie-członkowie KRS mają być wybrani przez sędziów.

Jeżeli jednak przeczyta się ze zrozumieniem stosowny artykuł konstytucji, to jest jasne dla studenta seminarium prawa konstytucyjnego, że Sejm ma kompetencje wyłącznie do wyboru czterech posłów-członków KRS. I żadnej innej kompetencji. Kompetencji się nie domniemywa, kompetencja wynika z treści obowiązujących przepisów.

W tej samej ustawie złamano też konstytucję w oczywisty sposób, który chyba rozumieją wszyscy – skrócono kadencję sędziów członków KRS.

I co więcej, w ustawie o SN mamy do czynienia z sytuacją faktycznego, naruszającego Konstytucję RP skrócenia kadencji Pierwszego Prezesa SN, wyłącznie pod pretekstem, że mamy do czynienia z taką reorganizacją SN oraz zmianą regulacji w postaci zmiany wielu przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku, która rzekomo ma pozwalać na wspomniane działania. Uczciwy legislator nigdy nie pozwoliłby sobie na taką regulację, stworzyłby przepisy przejściowe, które pozwoliłyby na kontynuację i zgodne z Konstytucją RP zakończenie mandatu prof. Małgorzaty Gersdorf.

Zatem czy możemy mówić jeszcze o demokratycznym państwie prawa?

Co to znaczy demokracja? W najprostszym rozumieniu są to rządy ludu.

Tak też często mówi rządząca większość: vox populi, vox Dei.

Głos ludu nie jest głosem Boga.

Jeżeli ktoś powołuje się na głos Boga, to oznacza, że potwierdza, jak dramatycznie słabym argumentem jest powoływanie się na wolę ludu. To, co się dzieje obecnie, to nie jest powoływanie się na wolę większości obywateli, lecz na „wolę suwerena”. Tyle że ten sam „suweren” w demokratycznych wyborach wybrał posłów tak większości, jak i mniejszości parlamentarnej, posłów rządzących i posłów opozycji.

Wszyscy posłowie i senatorowie mają jednakowy mandat do realizowania władzy ustawodawczej w Sejmie i Senacie. Żaden poseł nie otrzymał większego mandatu aniżeli jego koleżanki i koledzy. To, co jest nadużyciem, to powoływanie się na to, że suweren zdecydował, a tym samym usprawiedliwianie wszystkiego, co się dzieje. Przecież „suweren” decydując o rezultatach wyborów nie mógł mieć wyobrażenia na przykład o wyłączaniu z mechanizmu ustrojowego Trybunału Konstytucyjnego jako strażnika konstytucji czy wyłączaniu parlamentu i przyzwoitej legislacji jako elementu składowego dobra wspólnego, czyli Rzeczpospolitej. Co więcej,

żaden suweren w żadnym kraju nie daje mandatu do naruszania konstytucji.

Po drugie, demokracja oznacza mechanizm, który realizuje wolę większości, ale z respektowaniem praw mniejszości. W tym praw mniejszości politycznej, czyli parlamentarnej opozycji. Sytuacja, w której opozycja parlamentarna nie ma żadnej możliwości realizowania swojego, tak samo ważnego mandatu politycznego, oznacza, że to zupełnie inne rozumienie demokracji niż mieliśmy do czynienia wcześniej, do jesieni 2015 roku. Zatem zmienia się rozumienie demokracji.

Demokracja jako rządy większościowe to niezwykle uproszczone rozumienie porządku demokratycznego na użytek uzasadnienia nadużyć mechanizmu ustrojowego w państwie konstytucyjnym.

Trójpodział władzy?

Władza bez kontroli jest władzą autorytarną, która sprzeniewierzy się istocie swojego mandatu. To jest elementarz. Mówienie o tym jest żenujące dla każdego świadomego obywatela. Jak się  jednak okazuje, powinniśmy o tym mówić cały czas.

Wróćmy do konstytucji. Dlaczego jest tak ważna dla istnienia państwa prawa?

Konstytucja to system, pewna całość. Prawna regulacja mechanizmów funkcjonowania całego państwa. Konstytucja to mechanizm wzajemnie powiązanych trybów, których funkcjonowanie jak dobrze naoliwionej maszyny powoduje, że realizowane są cele, funkcje i zadania państwa. Konstytucja jak dobrze naoliwiony mechanizm powoduje, że państwo spełnia swoje funkcje, działa bezszmerowo, realizuje stopniowo swoje zadania, uwzględnia potrzeby ludzi itd. Jest to państwo niewidoczne i niesłyszalne. Warunkiem prawidłowego funkcjonowania państwa prawnego jest to, że te wszystkie tryby są sprawne.

Wiemy, że jeżeli w maszynie jeden tryb zostanie wyjęty, zepsuty, to cały mechanizm już nie jest tym mechanizmem. To już jest inny porządek konstytucyjny.

Dlatego jest tak ważne, żeby uświadomić sobie, jak niszczące jest, dla dobra wspólnego, jakim jest Rzeczpospolita Polska, wyłamywanie ząbków w poszczególnych trybach i wyjmowanie małego czy większego trybiku z całego mechanizmu.

Panie profesorze, czy uda się ten mechanizm naprawić po zmianie rządów? Co nas czeka po rządach PiS?

Zanim na to odpowiem, chciałbym zachęcić czytelników do przeczytania wstępu do książki wybitnego amerykańskiego filozofa prawa Lona Luvoisa Fullera „Moralność prawa”. Ten dodatek jest zatytułowany „Problem donosicieli”.

Rzecz dotyczy sytuacji, kiedy dzień po zakończeniu funkcjonowania reżimu Purpurowych Koszul minister sprawiedliwości zaprosił swoich zastępców do odpowiedzi na pytanie: co należy zrobić z donosicielami w sytuacji, kiedy donosicielstwo było zalegalizowane?

Zachęcam do lektury, bo to jest dobra lekcja, co można zrobić ze zjawiskami, które są niezwykle trudne do rozwiązania. W zależności od punktu wyjścia, od aksjologii, jaką się przyjmuje, jakie wartości chce się zrealizować, a jakich szkód chce się uniknąć – będą proponowane różne scenariusze.

Na tę chwilę to jest moja odpowiedź, ponieważ nie umiem w maju 2018 roku inaczej odpowiedzieć. My nie wiemy, jaki będzie bilans działań władzy publicznej, jaki będzie stan prawa, stan świadomości prawnej oraz kultury prawnej i konstytucyjnej.

Po pierwsze, trzeba będzie dokonać diagnozy stanu rzeczy i zastanowić się, jak w oparciu o prawidłową diagnozę można zaproponować adekwatne do sytuacji środki naprawcze, czyli odpowiednie lekarstwo i długotrwałą terapię.

Dziś obowiązkiem każdego powinna być refleksja nad tym, jakie i w jakim stopniu wartości konstytucyjne jeszcze pozostały. Jedno jest pewne, że nie wrócimy do stanu z roku 2005, 2010 czy 2015. Będziemy w innym państwie opartym na innym porządku prawnym.

Smutna refleksja.

To zależy od perspektywy. Natomiast nie pokusiłbym się dziś o nazywanie, czy to będzie V republika, czy VI. Ważne, że najbardziej naturalny, bo związany z istotą człowieka będzie powrót do rudymentów organizacji państwa, demokracji, rządów prawa i praw człowieka. To nastąpi, natomiast jakimi metodami – czy rewolucyjnymi, czy ewolucyjnymi, czy będą zastosowane dla przywrócenia zasad, o których mówimy, reguły, które były stosowane przy niszczeniu tych zasad, czy też mozolnie z trudem będziemy powracali, krok po kroku, z pewną świadomością, że nie będzie zrealizowane w pełni to, co chcemy, że będziemy musieli pogodzić się z nieodwracalnymi szkodami w zakresie kultury prawnej – to jest kwestia do rozmowy.

Ta dyskusja już się zaczyna. Myślę, że będzie narastała,

będzie coraz poważniejsza refleksja nad ceną zastosowanych metod przywracania wartości, które zostały zniszczone. Myślę, że może dojść na nowo do tworzenia „okrągłego stołu”. Trzeba będzie zaprosić do rozmowy prawników, głównie filozofów prawa, ludzi, którzy patrzą na problemy nie z perspektywy jednej gałęzi prawa, ale całego systemu, porządku prawnego i jego wartości.

Po drugie, zaprosić do stołu trzeba będzie historyków, bo potrzebna będzie ich wiedza. My nie będziemy pierwsi, którzy będą przez to przechodzić. Trzeba zaprosić będzie psychologów społecznych, ponieważ to będzie też kwestia identyfikacji emocjonalnej, psychologicznej, różnych grup ludzi z różnymi porządkami wartości w państwie. Tak jak dzisiaj mamy do czynienia z wykluczaniem, to rzecz jest w tym, żeby w nowej sytuacji w maksymalnym stopniu włączać, a nie wykluczać.

Czyli także PiS?

Oczywiście, bo muszą tam być wszyscy, którzy tworzą wspólnotę, nawet jeśli dziś jest ona tak bardzo dzielona na zasadzie wykluczeń, gorszego sortu itd. Powinni też usiąść przy stole socjologowie.

To będzie najważniejsze zadanie i myślę, że z tej perspektywy jest tak ważne, aby ludzie zajmujący się badaniami i refleksją teoretyczną byli przygotowani na podjęcie tego najtrudniejszego zadania na początku.

Potem będzie etap budowania, który wcale nie będzie łatwiejszy, bo najtrudniejsze będzie budowanie świadomości społecznej tych, dla których dzisiaj łamanie konstytucji jest tyleż ważne co strój Meghan Markle na królewskim ślubie.

Czy to będzie większe wyzwanie niż przy tym Okrągłym Stole w 1989 roku?

Trudno powiedzieć. Nigdy nie wchodzimy do tej samej rzeki, a to będzie nowa sytuacja. Nie próbowałbym tego klasyfikować w sposób: łatwiejsze, trudniejsze. Również dlatego, że w 89 roku poparcie dla władzy politycznej było faktycznie niewielkie. Dziś mamy sytuację, kiedy władza ma względnie duże poparcie i to oznacza, że więcej ludzi identyfikuje się z tą władzą niż z władzą w 1989 roku. Z władzą, czyli jej wartościami, programem politycznym, beneficjami, które otrzymuje itd.

Ważne jest jeszcze jedno, wtedy odchodziliśmy od autorytaryzmu do demokracji. Dziś odchodzimy od demokracji i rządów prawa.

A powinniśmy tych, którzy łamią konstytucję, postawić przed Trybunałem Stanu?

To jest pytanie o odpowiedzialność funkcjonariuszy władzy publicznej. Trybunał Stanu to jest organ konstytucyjny, którego podstawową funkcją jest prewencja. Doświadczenie pokazuje, że jest to upolityczniony organ, który faktycznie nie funkcjonuje. W związku z tym jest pytanie, czy powinien dalej działać, czy może warto się zastanowić nad innym modelem pociągania do odpowiedzialności tych, którzy konstytucję naruszają.

Czy jako osoba, która cale życie była związana z konstytucją, prawem, nie jest panu przykro, gdy pan widzi to wszystko, co się dzieje?

Na to odpowiem bardzo osobiście. Od prawników oczekujemy, że będą prowadzili sprawy sine ira et studio, czyli w najwyższym spokoju i bez emocji, w zamknięciu, aby stworzyć sobie warunki do spokojnej analizy problemów. Ja mam do spraw, które się dzieją w Polsce, stosunek bardzo osobisty, dlatego że 27 grudnia 1989 roku, będąc osobą zaproszoną przez komisję prac ustawodawczych, pracowaliśmy nad zmianą konstytucji. Zaproponowałem wówczas brzmienie artykułu 1 (dzisiaj artykuł 2) konstytucji: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym. Czuję się, z zachowaniem wszelkiej miary, ojcem tej propozycji. Propozycji wówczas dla nas nowej, ale przecież znanej w porządkach demokratycznych, będącej wyrazem dramatycznych doświadczeń wielu pokoleń, które walczyły o porządne państwo oparte na rządach prawa.

Koncepcja demokratycznego państwa prawnego była istotnym elementem tworzenia nowego ustroju w latach 1990-97. Ogromna większość orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego odnosiła się do klauzuli demokratycznego państwa prawnego.

Dziś widzę, jak mojemu dziecku powoli odcinany jest tlen i jak bardzo różna jest koncepcja państwa opartego na zasadach rządów prawa od tego, co obserwujemy w rzeczywistości.

Waldemar Mystkowski pisze o zawieszonym proteście niepełnosprawnych.

40 dni trwał protest niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. 40 to liczba symboliczna w kulturze chrześcijańskiej, tyle dni na pustyni przebywał Joszua z Nazaretu i był oblegany przez złe duchy. Tymi diabełkami okazali się u nas marszałek Sejmu Marek Kuchciński, Mateusz Morawiecki i tudzież takie strzygi i rokity jak Krystyna Pawłowicz, jej koleżanki i koledzy strzykający brudnymi słowami.

Gdyby poruszyć jeszcze jedną symbolikę, wręcz mistykę narodową, to należy mówić o mrokach romantycznych Mickiewicza – „40 i 4” z III części „Dziadów”. Jak mało chrześcijańska okazała się władza PiS i mało polska, mało empatyczna, nieromantyczna, nieoświecona.

W proteście niepełnosprawnych nie chodziło o kompleksy polskie, ani chrześcijańskie, ale o jeden postulat – godnego życia, który nie został spełniony (dodatek na życie w kwocie 500 zł).

Więc co przyniósł ten protest? Każdy z osobna powinien odpowiedzieć na to pytanie. Przede wszystkim większość Polaków dowiedziała się o problemach niepełnosprawności. Niepełnosprawny stał się bliższy rodakom, patrzą na niego dużo bardziej przychylnym spojrzeniem i z empatią. Byłem świadkiem kilku zdarzeń, gdy ludzi na wózkach traktowano z większą atencją, uprzejmością i uśmiechem bliskości, niż to miało miejsce przed protestem.

Niepełnosprawni przegrali jednak z zimnym głazem władzy, która nie jest w stanie podjąć dialogu, a tylko monologować, jaki to sobie sama stawia plus, a jak się z tym nie zgadzasz, to nie pozwolą ci wyjść na spacer, utrudnią dostęp do prysznica, zamkną okna i wyślą strażników, aby wykręcali ręce.

Utrudniano życie protestującym i ich szykanowano. Nie zmieni się ich sytuacja tym bardziej po proteście, kłopot został zażegnany, ta władza ma gdzieś słabszych, są dla niej problemem nie do rozwiązania, bo są grupą społeczną nieznaczącą pod względem wyborczym.

Władza PiS zastosowała swoją strategię. Niepełnosprawni są jeszcze jednym segmentem gorszego sortu Polaków. Czy była szansa na zwycięstwo niepełnosprawnych? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć. W jakich warunkach zewnętrznych protestu była szansa, aby ta władza pochyliła się nad postulatem niepełnosprawnych?

Gdyby przez 40 dni spadło znacząco poparcie dla PiS, gdyby przed Sejmem i w całej Polsce dochodziło do masowych protestów, to nie mielibyśmy tej sytuacji, iż po 40 dniach zawieszono protest?

PiS się nie zmienia i nie zmieni. Nie miejmy w stosunku do nich żadnych oczekiwań. PiS wygrał z protestującymi. Czy w związku z tym wkrótce wygra wybory?

I jeszcze jedno – PiS nie wygrywa dzięki sobie. Wszystko niszczy, demoluje – Konstytucję, praworządność, niepełnosprawnych. Nie możemy na to pozwolić i dać się zepchnąć na kolejne lata do gorszego sortu.

Zadna wladza nie pokona takich ludzi jak ten ojciec. Wywiad ktory mna wstrzasnal –>

Mało kto o nim wie. Protestuje w Sejmie od początku, ale w drugim szeregu. W milczeniu. Ojciec dwóch niepełnosprawnych dziewczynek oddał pole matkom. Wspiera je bezustannie. Wraz z żoną wychowuje osiemnastoletnią Wiktorię i siedemnastoletnią Magdę. Razem walczą o przyszłość dla swoich i innych chorych dzieci. – Czasami popłaczemy razem, czasami osobno – opowiada Justynie Dobrosz-Oracz. Niektórzy politycy PiS powinni obejrzeć tę przejmująca rozmowę.

Szczucie PiS przyniosło efekt w postaci podpalenia domu Brejzy

Auuuuu, zaboli, oj zaboli… RT : a kupię se…

Niepełnosprawnym należy się Virtuti Militari

Jak PiS pokonał niepełnosprawnych

PiS pokonał najsłabszych, niepełnosprawnych

Tomasz Lis i internauci o końcu strajku osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie w kontekście Kościoła katolickiego.

gazeta

Iwona Hartwich liderka protestu opiekunów i rodziców osób z niepełnosprawnościami ogłosiła w TVN24 zawieszenie trwającego od 40 dni protestu w Sejmie.

Na godz. 14.30 zapowiedziała konferencję prasową, podczas której protestujący wyjdą przed parlament i opowiedzą o przyczynach tej decyzji oraz dalszych planach.

„Rozważaliśmy zawieszenie od momentu, kiedy zostałyśmy poszarpane, kiedy tak naprawdę wszyscy nas opuścili. I prezydent i pan premier. Żaden kompromis nie był poważnie potraktowany przez stronę rządową – oświadczyła w TVN24 Hartwich, a Janina Ochojska powiedziała na to „Wyborczej”: „Powitam ich jak bohaterów” i dodała: „Żałuję, że nie poprosiłam ich wcześniej, żeby wyszli z Sejmu i wrócili do domów. Tak wiele zrobili!

Straż marszałkowska i sam marszałek Sejmu Marek Kuchciński z PiS od początku protestu robili co mogli, by uprzykrzyć życie jego uczestnikom.

W ostatnich dniach protestujący zostali brutalnie odcięci od dziennikarzy, prysznica i windy. „PiS był gotów protestujących trzymać w Sejmie nawet do końca roku – odciętych od zewnętrznego świata, z utrudnionym dostępem do łazienek i toalet” – ocenił w rozmowie z „Wyborczą” jeden z posłów PO.

Najdramatyczniejsze sceny rozegrały się 24 maja. Protestujący próbowali wywiesić transparent w języku angielskim dotyczący niespełnionego postulatu. „Polskie niepełnosprawne dzieci błagają o przyzwoite życie”. Brutalnie zainterweniowała straż marszałkowska. Transparentu nie udało się wywiesić, doszło do szarpaniny, do protestujących wezwano pogotowie.

W tej sytuacji niepełnosprawni i ich opiekunowie uznali, że kończą protest w Sejmie, ale nie walkę o prawo do życia z godnością dla niepełnosprawnych i ich rodzin. „Ale od poniedziałku będziemy nadal się domagać, by Polska przestrzegała konwencji ONZ dotyczącej osób niepełnosprawnych” – zapewniła Ochojska. Stwierdziła, że zawieszenie protestu popiera, bo wie, że protestujący wywalczyli bardzo wiele. I wie, że razem wywalczą jeszcze więcej.

Protest trwa już 40 dni. Jednym z postulatów było zrównanie kwoty renty socjalnej z najniższą rentą ZUS z tytułu całkowitej niezdolności do pracy (1029 zł brutto) i stopniowego podwyższania tej kwoty do równowartości minimum socjalnego. Ten postulat został spełniony.

Rząd natomiast jest nieugięty w drugiej, ważniejszej sprawie: wprowadzenia dodatku rehabilitacyjnego dla osób niepełnosprawnych niezdolnych do samodzielnej egzystencji po ukończeniu 18. roku życia w kwocie 500 zł miesięcznie bez kryterium dochodowego.

Jurek Owsiak zabrał głos po decyzji niepełnosprawnych i ich opiekunów strajkujących w Sejmie o zawieszenie swojego protestu.

Brudziński zastąpi Kaczyńskiego?

– Brudziński jest jak cesarz Klaudiusz, który przetrwał intrygi na dworze, bo wszyscy uważali go za mało rozgarniętego. Ale to piekielnie sprytny gość i to on weźmie partię po Kaczyńskim – mówią w PiS. Ostatnie kłopoty zdrowotne prezesa PiS uświadomiły działaczom, że moment, gdy przejdzie na polityczną emeryturę, jest coraz bliżej.

Znajdzie pan dla mnie chwilę, piszę o panu tekst? – zagaduję w esemesie szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego.

– Matko Boża, znowu? Ile razy można pisać o chuliganie w garniturze, szukającym haków na swoich przeciwników w Szczecinie? – odpisuje zaczepnie Brudziński, ale na spotkanie się nie zgadza. Ten 50-latek, wielbiciel ziemi sądeckiej, gdzie się wychował, najbardziej boi się jednego: że prezes Jarosław Kaczyński zobaczy w nim delfina z ambicjami. A wtedy podzieli los Zbigniewa Ziobry, który za wcześnie poczuł się sukcesorem i wyleciał z PiS. Brudziński brał udział w pacyfikowaniu Ziobry i wyciągnął z tego lekcję, by swoich ambicji nigdy nie ujawniać.

– W partii zawsze był ustawiony radar na pierwiastek niezależności. Jak kogoś nie da się do końca kontrolować, to wylatuje. Zostają tylko mierni albo cynicy. Brudziński wybija się na tle pisowskiej miernoty. Jest o pół szczebla wyżej od innych – mówi mi polityk PiS.

W środowy poranek Brudziński zapewnia w TVN24, że Kaczyński czuje się bardzo dobrze. Dodaje, że „do politycznych delfinów ma komunikat, że muszą się uzbroić w duuuużo cierpliwości”.

To było takie freudowskie, bo wiadomo, jak kończą delfiny w PiS. Joachim chciał powiedzieć: ja nie jestem delfinem i nie skończę tak jak oni – uważa doradca prezesa PiS.

Nawet jeśli Kaczyński po kilku miesiącach rehabilitacji wróci do pełnej sprawności, to w PiS i tak coraz częściej będzie się mówiło na temat sukcesji, bo prezes ma już 69 lat. A ostatnie kłopoty zdrowotne uświadomiły działaczom, że moment, gdy przejdzie na polityczną emeryturę, jest coraz bliżej.

– Ludzie myślą, że walka o sukcesję rozegra się między Ziobrą, Morawieckim i Macierewiczem. Każdy z nich chciałby mieć po swojej stronie Brudzińskiego. Ale oni nie wiedzą, że to Joachim szykuje się do ostatecznej rozgrywki – podkreśla ważny polityk PiS.

Brudziński przygotowuje się do przejęcia partii od lat. Nie interesuje go stanowisko premiera, tyko szefa PiS, bo wie, że bez partii nie sięgnie po państwowe zaszczyty. Partią zajmuje się dziś dużo bardziej niż Kaczyński. Prezes de facto już kilka lat temu oddał mu PiS w zarządzanie, robiąc go szefem komitetu wykonawczego. To Brudziński decyduje o tym, co się dzieje w regionach, kto zostaje szefem lokalnych struktur, dzieli i godzi, kontroluje także partyjne finanse. Do Kaczyńskiego można się odwołać jako do ostatecznej instancji.

Nawet po objęciu stanowiska szefa MSW Brudziński ani na chwilę nie wypuścił partii z rąk. Wychował sobie grupę zaufanych ludzi w strukturach, m.in. Krzysztofa Sobolewskiego, który został po nim szefem komitetu wykonawczego.

Uchodzi za mistrza partyjnych intryg, które przeprowadza w białych rękawiczkach. Żeby przejąć kontrolę nad partyjną kasą, pozbył się wieloletniego skarbnika partii Stanisława Kostrzewskiego.

Joachim to wytrawny gracz. Stara się nigdy nie mieć krwi na rękach – mówi ważny polityk Zjednoczonej Prawicy. Dodaje, że w tym Brudziński przypomina trochę Tuska, który wykańczał partyjnych przeciwników rękami swoich współpracowników albo tak, by powstało wrażenie, że sami się poślizgnęli na mydle pod prysznicem.

 Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar napisał do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry w sprawie wydatków z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Środki trafiły m.in. do fundacji Lux Veritatis, Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, Ochotniczej Straży Pożarnej i CBA.

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar poprosił Ministra Sprawiedliwości o wskazanie, jaka działalność tych podmiotów uzasadniała przyznanie im środków z państwowego funduszu.

RPO wskazał, że „przedmiotem jego stałego zainteresowania pozostaje Fundusz, którego zasady funkcjonowania uległy w 2017 r. istotnym zmianom, Chodzi o modyfikację art. 43 Kodeksu karnego wykonawczego oraz rozporządzenie Ministra  Sprawiedliwości z 13 września 2017 r. w sprawie Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej – Funduszu Sprawiedliwości”.

Bodnar podkreślił, że środki z Funduszu przeznaczane są m.in. na cele takie, jak: „modernizacja zaplecza sportowo-rekreacyjnego” Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu, wsparcie dla fundacji Lux Veritatis i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, zakup sprzętu dla jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej (na co resort zamierza przeznaczyć ponad 100 milionów zł),  czy też na ustawową działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego (13 milionów zł).

Zdaniem Bodnara pojawiają się wątpliwości, czy pieniądze są przeznaczane na cele, o których mówi artykuł Kodeksu karnego wykonawczego.

Do Zbigniewa Ziobry wpłynęła prośba o przedstawienie pełnego wykazu podmiotów, które otrzymały środki z Funduszu w 2017 r.  Bodnar poprosił również o wskazanie, jaka faktyczna działalność tych podmiotów uzasadniała przyznanie im funduszy w świetle wymogów wypływających z art. 43 ust. 8 Kkw.

„Poprosił ponadto ministra o przedstawienie wyników konkursów już rozstrzygniętych w 2018 r. – ze wskazaniem działalności wygrywających podmiotów, która uzasadnia przyznanie im środków z Funduszu Sprawiedliwości” – czytamy na stronie RPO.

oko.press

Ksiądz bije dziecko przed ołtarzem

Internauci informują o zdarzeniu w kościele w Pułtusku, które znalazło swój finał w prokuraturze.

Kayah w czasie festiwalu w Sopocie złożyła życzenia wszystkim matkom z okazji Dnia Matki i skierowała kilka słów do protestujących w Sejmie.

Mocne wystąpienie aktorki Doroty Stalińskiej w czasie demonstracji wspierającej osoby strajkujące w Sejmie.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Kolano Jarosława Kaczyńskiego jest jak na najlepszej drodze. Tak przynajmniej utrzymuje Mateusz Morawiecki, o czym był się podzielić tą perypatetyczną wiedzą w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM, gdy został zapytany, kiedy jego zwierzchnik wyjdzie ze szpitala: „Tego nie wiem, to jest kompetencja lekarzy. Ale mam nadzieję, że jest wszystko na bardzo dobrej drodze”.

Droga samego premiera Morawieckiego jest drogą przez mękę, bo każdą ważna decyzję konsultuje: „Najważniejsze rzeczy konsultuję. Rozmawiamy ze sobą, zwykle przez telefon, bo ma kontuzję pewną”.

W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Golgotą jest szpital przy Szaserów – do czasu jednak, gdy zostanie przeniesiona na Nowogrodzką.

Trudno nie kpić z Morawieckiego, który jest niesprawny językowo. A może jest sprawny, bo to język z groteski, wykrzywiony wewnętrznie, nie będący w kontakcie z rozumem, zaprzeczający sensowi już na przestrzeni dwóch zdań. Tak sypnął się Morawiecki, gdy zapytany został o fundusze unijne: „My mamy błędne wyobrażenie, że nasza gospodarka zależy od środków unijnych. (…) Będziemy bardzo twardo walczyć o fundusze strukturalne i na politykę rolną”. Logika tych dwóch zdań jest nastepująca: będziemy walczyć o błąd.

Język jest nośnikiem oleju w głowie, jak powiedziałby Jan Onufry Zagłoba, bohater Trylogii Sienkiewicza, którą ponoć Morawiecki czytał. Premierowi jednak albo brak oleju w głowie, albo kiepsko porusza się w języku polskim.

Nie mogę się zdecydować, co szwankuje u Morawieckiego, bo jak można połączyć protest niepełnosprawnych w Sejmie z PGR-ami. A to udało się temu bohaterowi wyjętemu z grotesek Barei: „Ludzie o kamiennych sercach, którzy niszczyli PGR-y w latach 90-tych, zakłady pracy, bezrobocie 25%, zrobili nic, albo prawie nic w sprawach społecznych”.

Premier rządu polskiego jeździ po Polsce, zamiast rządzić i jak bohaterom grotesek w każdej poruszanej kwestii jest na bakier z sensem. Morawieckiemu odkleja się oczko, jak „Misiowi” Barei.

Pisowska rzeczywistość musi się sypnąć, sprzyja jej na razie koniuktura gospodarcza w Europie, żadna w tym zasługa rządów Misia Morawieckiego, który jest śmieszny w swoich wypowiedziach, a które musimy racjonalizować, aby nie zwariować we własnym kraju.

Zracjonalizował groteskę PiS pewien mężczyzna, ktory na „schody Kaczyńskiego” na placu Piłsudskiego po prostu wszedł. Przynajmniej wiemy, do czego w przyszłości będzie służyć ten pomnik, jako atrakcja turystyczna – do wchodzenia. I niech Morawiecki przyjmie do wiadomości, że dla niego schody się zaczęły, ale one prowadzą w innym kierunku – w czeluść.

Fundacja ePaństwo zapytała kancelarię premiera o wydatki na działania PR i marketingowe. Odpowiedź przyszła po bardzo długim czasie i wymianie wielu pism. Wynika z niej, że KPRM wydała najwięcej między wrześniem 2017 a lutym 2018 roku na doradztwo z zakresu prowadzenia kampanii m.in. w Google, Facebooku i YouTube. To ponad 600 tys. zł.

Fundacja ePaństwo komentuje, że choć w PR-owych i marketingowych wydatkach Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie ma nic szokującego, to mogą one stanowić przyczynek do dyskusji o tym czy i w jakim zakresie władza powinna za publiczne pieniądze budować markę swoją i swoich urzędników.

Post Navigation