Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the month “Czerwiec, 2018”

Kiedy Kaczyński odejdzie, PiS się rozpadnie. I szlus

Polska była gotowa zerwać czwartkowy szczyt dotyczący migracji – ustaliła korespondentka RMF FM. Mogłoby do tego dojść, gdyby nie osiągnięto kompromisu ws. relokacji.

W czwartek w Brukseli odbył się unijny szczyt dotyczący migracji. Jak informuje korespondentka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borignion w trakcie spotkania Polska była gotowa zerwać szczyt. Miało to być spowodowane początkowym brakiem kompromisu w sprawie zasad relokacji uchodźców.

RMF FM: Polska była gotowa zerwać szczyt

Choć, jak podaje RMF FM, prezydent Francji Emmanuel Macron na początkowym spotkaniu z przywódcami Grupy Wyszehradzkiej miał stwierdzić, że przymusowa relokacja „jest martwa”, podczas samego szczytu przychylał się tej koncepcji. Następnie swoją propozycję przedstawił szef Rady Europejskiej Donald Tusk, ale ta również nie podobała się polskiej delegacji.

Nie było mowy o dobrowolności

Jak informuje dziennikarka RMF FM w akapicie nt. „kontrolowanych centrów” dla uchodźców, była mowa o przyjmowaniu przez kraje UE osób, które wymagają ochrony międzynarodowej. W tym fragmencie nie zawarto informacji o dobrowolności. Wtedy właśnie Polska miała rozważać zerwanie negocjacji. Ostatecznie, po nałożeniu wielu poprawek, udało się osiągnąć kompromis.

Szczyt ws. migracji

Szczyt dotyczący migracji odbył się w czwartek. Donald Tusk informował, że negocjacje miały trudny przebieg i trwały całą noc. Podczas szczytu podjęto m.in. decyzję o tym, że nie będzie przymusowej relokacji migrantów. Kraje UE będą mogły przyjmować ich dobrowolnie.

Szef polskiego rządu znów uprawia propagandę sukcesu. Po spotkaniu Rady Europejskiej w sprawie migrantów oświadczył, że stanowisko jego rządu jest stanowiskiem Unii Europejskiej. Tymczasem żadnego stanowiska UE nie ma.

Jest tylko coś w rodzaju koła ratunkowego rzuconego skonfliktowanej z własnymi koalicjantami Angeli Merkel. Sama kanclerz nazwała ustalenia krokiem naprzód, co w praktyce oznacza, że porozumienia nie osiągnięto.

Zatem Morawiecki, jak to ma w zwyczaju, zaklina rzeczywistość. To, co nazywa tym samym stanowiskiem, jest rażącym uproszczeniem stanu rzeczy. Powzięte ustalenia nie powinny nikogo łudzić: w UE nie ma zgody w kwestii migrantów. Idea solidarnego, kwotowego, rozwiązania problemu, torpedowana głównie przez Polskę i Węgry, jest martwa. Zwycięża krótkowzroczny pragmatyzm wyborczo-polityczny i lęk przed populistami.

Przyjęte ustalenia to jeszcze nie program działania, tylko jego zalążek. Przypomnijmy:
– uszczelnianie zewnętrznych granic UE.
– stworzenie (ale dobrowolne) ośrodków dla migrantów wewnątrz i poza Unią, odsiewających tych, którzy mogą się starać o legalny pobyt jako uchodźcy lub osoby represjonowane politycznie, od tych, którzy na to szans nie mają.

To z kolei miałoby zniechęcić migrantów ekonomicznych do wędrówki do Europy za chlebem i bezpieczeństwem. Tylko że na razie żaden taki ośrodek nie powstał, a wędrówka ludów trwa (choć dużo mniej liczna), a prezydent Macron już zapowiedział, że we Francji takiego ośrodka nie będzie, bo imigranci do niej się nie kierują.

– tworzenie poza UE regionalnych „platform wyładunkowych”, które miałyby zahamować proceder szmuglowania migrantów przez gangi.
– zwiększenie inwestycji w Afryce, aby doprowadzić do radykalnej poprawy społeczno-ekonomicznej na Czarnym Lądzie, skąd dziś idzie główna fala migracji do Europy.

I to jest sedno sprawy, a nie uszczelnianie granic. Ale na to potrzeba lat, jeśli nie dziesięcioleci. Na razie sytuacja jest taka, że wprowadzenie tych ustaleń będzie trudne, a Unia jest nadal w sprawie migrantów podzielona. Wbrew sugestiom Morawieckiego jedności tu nie ma. Bliższy rzeczywistości jest Donald Tusk, kiedy ostrzega, że łatwiej wypracować ustalenia, niż skutecznie je realizować.

Według nieoficjalnych informacji agencji Reuters Komisja Europejska może zaskarżyć do Trybunału Sprawiedliwości UE ustawę, która ma przymusowo wysłać na emeryturę część sędziów Sądu Najwyższego, w tym jego Prezes Małgorzatę Gersdorf. Na razie informacje te nie zostały potwierdzone.

Dopiero trybunał może wprowadzić tzw. środek tymczasowy, czyli zablokować zmiany w polskim SN. Problem w tym, że ustawa wchodzi w życie już 3 lipca, a na ewentualną decyzję unijnego trybunału będziemy musieli poczekać.

Sędziowie Sądu Najwyższego zamierzają rankiem 4 lipca wprowadzić prezes Gersdorf do sądu. Musimy tam być też my, obywatele. Władza może stanowić bezprawne prawo siłą parlamentarnej większości. Ale bez udziału sędziów i obywateli nie da rady go wyegzekwować. Możemy sprawić, by bezprawne prawo było martwe.

Dwie uchwały Sądu Najwyższego

Sędziowie podjęli dwie uchwały w czwartek na ostatnim Zebraniu Ogólnym Sędziów Sądu Najwyższego sprzed wejścia w życie ustawy o „wycince” sędziów. W pierwszej stwierdzają sprzeczność z konstytucją przerwania sześcioletniej kadencji I Prezes Małgorzaty Gersdorf: „Stwierdzamy, że sędzia Sądu Najwyższego prof. dr hab. Małgorzata Gersdorf pozostaje – zgodnie z bezpośrednio stosowanym art. 183 ust. 3 Konstytucji RP (art. 8 ust. 2 Konstytucji RP) – do dnia 30 kwietnia 2020 r. Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego, kierującym instytucją, w której pełnimy naszą służbę społeczeństwu”. W drugiej – że wysłanie na wcześniejszą emeryturę sędziów SN, jeśli na ich pozostanie nie zgodzi się prezydent, narusza konstytucyjną zasadę nieusuwalności sędziów: „Sędziowie, którzy rozpoczęli służbę w Sądzie Najwyższym przed dniem wejścia w życie ustawy z dnia 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym, powinni pełnić tę służbę do ukończenia 70. roku życia, bez spełnienia jakichkolwiek dodatkowych warunków”.

Od dwóch tygodni Obywatele RP i inne organizacje broniące sądów wzywają sędziów Sądu Najwyższego do stawienia czynnego oporu, czyli do pozostania w sądzie mimo wejścia w życie pisowskiego prawa, które 27 z nich odsyła na wcześniejszą emeryturę. Z uchwał podjętych przez sędziów nie wynika, że taki czynny opór zamierzają stawić. Ale rzecznik SN sędzia Michał Laskowski poinformował dziennikarzy, że sędziowie – także ci „wycięci” – przyjdą w środę rano z togami przed Sąd Najwyższy, by asystować prezes Gersdorf przy wchodzeniu do sądu.

Sąd Najwyższy będzie zamknięty tak jak kiedyś Sejm?

Pytanie, co zrobi straż sądowa. Zatrzyma panią prezes? Zatrzyma sędziów, którzy podlegają „wycince”? Półtora roku temu w Trybunale Konstytucyjnym Straż Trybunalska natychmiast przestawiła się na tryb posłuszeństwa nowym, wybranym z naruszeniem konstytucji i ustawy władzy Julii Przyłębskiej i Mariuszowi Muszyńskiemu.

Straż sądowa nie ma podstawy prawnej, by nie wpuścić sędziów, w tym pani prezes. Do sądu w godzinach urzędowania może wejść każdy, jeśli nie ma przy sobie niebezpiecznych przedmiotów i nie jest agresywny. Zobaczymy, co się stanie. Czy Sąd Najwyższy stanie się takim samym zamkniętym obiektem, jakim stał się polski parlament?

Brońmy sądów i sędziów

Tak czy inaczej obywatele muszą bronić sędziów i sądów do końca. Musimy przyjść rankiem 4 lipca przed Sąd Najwyższy wprowadzić sędziów i prezes Gersdorf. I – jeśli będzie trzeba – przychodzić tam co dzień i towarzyszyć im we wchodzeniu do sądu. Niezawiśli sędziowie i niezależne sądy to nasza najważniejsza obrona przed naruszającą prawo władzą. A dla sędziów najważniejszym obrońcą ich niezawisłości jesteśmy my, obywatele. Ta zależność nigdy nie była tak oczywista. I dramatyczna.

Ale broniąc sędziów Sądu Najwyższego, nie zapominajmy domagać się, by wykorzystali broń, która mają: możliwość zadania pytania prawnego Trybunałowi Sprawiedliwości UE o to, czy sytuacja, gdy sądzą sprawy, będąc zagrożeni „wycinką” i uzależnieni od arbitralnej decyzji prezydenta, nie narusza prawa stron sądzonej przez nich sprawy do rzetelnego sądu? Zadawszy – w każdej chwili – Trybunałowi takie pytanie, powinni zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości UE zawiesić obowiązywanie przepisów o „wycince” sędziów.

Naciskamy na Komisję Europejską, żeby zaskarżyła „wycinkę”. Naciskajmy na sędziów SN, by i oni użyli broni, którą mają w rękach. I nie opuszczajmy sędziów – czyli państwa prawa.

Choć według sondaży w razie odejścia Jarosława Kaczyńskiego z polityki PiS nadal mógłby liczyć na wysokie poparcie, to jednak zdaniem obserwatorów sceny politycznej odejście prezesa spowodowałoby katastrofę. „Bez niego PiS się rozpadnie” – powiedział „Super Expressowi” były premier, Jan Olszewski.

Jak pisze „Super Express”, w niedawnym sondażu Instytutu Badań Pollster dla „SE” -aż 56 proc. wyborców PiS chciało, aby prezes Jarosław Kaczyński przestał rządzić partią, a 45 proc. wyborców wskazywało jako następcę obecnego premiera, Mateusza Morawieckiego. Taka wizja nie napawa jednak optymizmem byłego premiera, Jana Olszewskiego.

– Mam nadzieję, że Kaczyński będzie jeszcze długo rządził partią. I na polityczną emeryturę się nie wybierze. Bez niego formacja może ulec rozpadowi – powiedział były premier.

Jak dodał, to właśnie jemu Jarosław Kaczyński zawdzięcza obecną pozycję polityczną. – W połowie lat 90-tych Jarosław zwrócił się do mnie o to, aby mógł startować z list Ruchu Odbudowy Polski do Sejmu. Zgodziłem się. Uważałem wtedy, że Kaczyński jest przyszłością polityczną w Polsce i wielką, ważną indywidualnością polityczną. Stwarzał nadzieję do odegrania wielkiej roli w przyszłości Polski. I taką rolę odgrywa do dziś – powiedział były premier.

Jak dodał, w przyszłości Jarosław Kaczyński będzie szukał godnego następcy. Mateusz Morawiecki mógłby nim być, jednak nie ma zaplecza politycznego – mówił w „Super Expressie” Olszewski.

Są trzy kategorie prawdy według księdza Józefa Tischnera: prawda, czysta prawda i gówno prawda. Teraz mamy do czynienia zdecydowanie z trzecią kategorią – mówi w rozmowie z nami Eugeniusz Smolar, analityk, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej Serwisu Światowego BBC. – Ksenofobiczna, wsobna polityka rządu PiS wykopuje ponownie przepaść, którą stopniowo zasypywaliśmy. Także w zakresie stosunków polsko-żydowskich. Politycy PiS-u twierdzą, że dopiero dzięki ich staraniom i kampanii, która została zablokowana przez oburzone elity amerykańskie i izraelskie, odnieśli wielkie zwycięstwo. Proszę, aby nasza biedna ojczyzna nie odnosiła więcej takich zwycięstw – dodaje. Rozmawiamy m.in. o ustawie o IPN, polityce międzynarodowej PiS i upartyjnianiu sądownictwa

KAMILA TERPIAŁ: Zaskoczyła pana decyzja PiS-u w sprawie nowelizacji ustawy o IPN?

EUGENIUSZ SMOLAR: Nie zaskoczyła mnie. Czekałem, kiedy to nastąpi, ze względu na poważną presję nie tylko Izraela i środowisk żydowskich, ale przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Rozmowy prowadzone w Waszyngtonie przez, jak czytaliśmy, m.in. Adama Bielana pokazały, że USA są niewzruszone i uznają, że to, co robi rząd PiS-u, zagraża bardzo ważnym pryncypiom, takim jak wolność mediów i badań naukowych, ale także istotnym interesom Stanów Zjednoczonych. Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to sytuacja, w której ugrupowanie polityczne mówiące cały czas o wstawaniu z kolan i suwerenności zgodziło się de facto na to, aby treść porozumienia i polskiej ustawy – a tak przeczytałem w izraelskich mediach – była pisana wspólnie z przedstawicielami rządu w Jerozolimie.

Można by sobie pozwolić na sarkazm, gdyby nie powstała sytuacja, która nie miała miejsca od 1989 roku. Poprzednie rządy działały z większą wyobraźnią i nie doprowadzały do sytuacji, w której istotni aktorzy sceny międzynarodowej, a szczególnie sojusznicy, uznaliby jakieś posunięcie legislacyjne za nie do przyjęcia.

A zaskoczyło pana tempo działań?

Przyznaję, że byłem zaskoczony formą i brakiem wyobraźni przywódców PiS-u, którzy doprowadzili w Sejmie do zablokowania jakiejkolwiek dyskusji, nie próbując nawet przerzucić części odpowiedzialności na opozycję. Przecież marszałek Sejmu mógł zwołać Konwent Seniorów i poinformować, że ze względu na interes państwa należy zająć się nowelizacją ustawy o IPN, a także uzyskać zgodę opozycji. Ale PiS postąpił zgodnie ze swoją tradycją brutalnego stawiania wszystkich pod ścianą. Najpierw pod ścianą postawili naszych sojuszników, a teraz partie opozycyjne.

Mimo że opozycja słusznie głosowała za przyjęciem tych zmian, to pełną odpowiedzialność za wprowadzenie poprzedniej wersji ustawy o IPN i jej zmiany ponosi Prawo i Sprawiedliwość.

Rządzący przyznali się tym samym do błędu?

PiS nigdy nie przyznaje się do błędu. Zdumiewająca i wręcz szalona była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego po podpisaniu wspólnej deklaracji z premierem Izraela – brak wyobraźni, nieumiejętność formułowania myśli, częste pomyłki, brnięcie w dywagacje historyczne i zapewnianie, że rządzący odnieśli wielkie zwycięstwo, bo nikt nie będzie mówił o „polskich obozach koncentracyjnych”. Przypomnę, że z wyjątkiem pomyłki prezydenta Baracka Obamy, za którą przeprosił w ciągu 24 godzin, mieliśmy do czynienia z okazjonalnymi skrótami myślowymi w różnych mediach na świecie, na które dyplomacja polska od wielu lat skutecznie reagowała.

Prawda jest taka, że tą ustawą rządzący doprowadzili do rozpropagowania pojęcia „polskie obozy śmierci”. Szkodnictwo tego kroku jest ogromne, a PiS przekonuje, że odniósł zwycięstwo. Kolejny przykład gloria victis.

Premier Mateusz Morawiecki przekonywał też, że rozpoczęto „proces przemiany wiedzy o losach Polaków podczas II wojny światowej”. Ile w tym prawdy?

Są trzy kategorie prawdy według księdza Józefa Tischnera: prawda, czysta prawda i gówno prawda. Teraz mamy do czynienia zdecydowanie z trzecią kategorią. Ograniczę się do dziejów najnowszych, bo tym towarzyszyłem, też w Londynie jako dziennikarz i dyrektor Sekcji Polskiej BBC: znajomość spraw polskich niebotycznie wzrosła wśród elit zachodnich dzięki działaniom opozycji demokratycznej (KOR) i popularności „Solidarności” oraz oporowi przeciwko stanowi wojennemu, dzięki Okrągłemu Stołowi i załamaniu się władzy komunistów, bezkrwawej implozji ZSRR i zjednoczeniu Niemiec i Europy, wreszcie dzięki fenomenalnemu rozwojowi po przystąpieniu do NATO i Unii Europejskiej. Sfera polityczna przyczyniała się do zainteresowania Polską, Polakami i naszą historią. I tu z pomocą przyszli wybitni historycy, tacy jak Norman Davis, Timothy Garton Ash, Timothy Snyder czy Adam Zamoyski, dzięki którym w świadomości zachodnich elit udało się doprowadzić do zbliżenia wizji historii obu części kontynentu, podzielonego przez nasze zapóźnienie i zimną wojnę. Każdy naród uznaje swoją historię za wyjątkową, niemniej znajomość spraw polskich i naszej historii bardzo wzrosła w ostatnich dekadach.

Ksenofobiczna, wsobna polityka rządu PiS wykopuje ponownie przepaść, którą stopniowo zasypywaliśmy. Także w zakresie stosunków polsko-żydowskich.

Politycy PiS-u twierdzą, że dopiero dzięki ich staraniom i kampanii, która została zablokowana przez oburzone elity amerykańskie i izraelskie, odnieśli wielkie zwycięstwo. Proszę, aby nasza biedna ojczyzna nie odnosiła więcej takich zwycięstw.

Marszałek Stanisław Karczewski przyznał, że „rzeczywistość nas zaskoczyła”. Myśli pan, że nie spodziewali się tego, jakie mogą być konsekwencje przyjęcia pierwszej wersji ustawy o IPN?

Dotyczy to nie tylko tej sprawy, ale także wielu innych poczynań rządzących. To jest zamknięte środowisko polityczne, partia o charakterze rewolucyjno-bolszewickim, w której decyzje podejmuje Sekretarz Generalny – Jarosław Kaczyński i Biuro Polityczne, które dba o to, aby decyzje zostały wykonane, niekiedy w błyskawicznym tempie, niezależnie od okoliczności, konsekwencji i kosztów. To była jedna ze spraw, które rządzący wnieśli nieprzygotowani na posiedzenie Sejmu, chcąc przykryć inne porażki. Lider PiS stworzył scentralizowany system, który nie dopuszcza do siebie żadnych zastrzeżeń. Gdyby PiS nie wyrzucił doświadczonych dyplomatów i nie naruszył bezcennej pamięci instytucjonalnej, gdyby zwrócił się do poprzednich ministrów spraw zagranicznych, co nie wchodziło w grę, bo to według nich agenci, albo do byłych ambasadorów, co też nie wchodziło w grę, bo to zdrajcy odwołujący się do „ulicy i zagranicy”, to wiedzieliby, że kwestia antysemityzmu przed, podczas i po wojnie, jego wpływu na historię Holocaustu, ale i problem restytucji majątków żydowskich były cały czas na pierwszym planie w kontaktach z dyplomacją amerykańską.

Wcześniej Polska grała w sojuszniczej drużynie, była otwarta na sugestie, ale jednocześnie dbała o własne interesy, polepszała – przy ogromnym udziale organizacji pozarządowych oraz historyków – stosunki polsko-żydowskie, toteż te wszystkie sprawy nie nabierały kryzysowego charakteru.

„Izrael i Polska są przyjaciółmi, którzy współpracują w kwestii pamięci o Holocauście” – napisali w we wspólnej deklaracji premierzy Mateusz Morawiecki i Benjamin Netanjahu. Jaką ma wartość ten dokument?

Przede wszystkim pozwala trzem aktorom: rządowi polskiemu, izraelskiemu i amerykańskiemu uznać, że sprawa została załatwiona pomyślnie dla wszystkich stron. Dla Polski ważne są oświadczenia, które wydają się być oczywiste, że nasz kraj nie jest odpowiedzialny za Holocaust i udzielano pomocy Żydom na miarę możliwości, ale jednocześnie, że historia jest na tyle skomplikowana, bowiem byli i tacy Polacy, którzy Żydów mordowali i wydawali Niemcom na śmierć, że należy ją badać. Dlatego padło zapewnienie, co jednak nie stanowi żadnej gwarancji, że również w przyszłości będzie zapewniona wolność badań.

Z jednej strony Polska może się pochwalić – premier robił to zresztą wielokrotnie – że wreszcie uznano polski punkt widzenia. Ale to jest absurd, dlatego że polski punkt widzenia nigdy nie był podważany. Dyskutowano jedynie o skali udziału niektórych Polaków w mordowaniu Żydów w czasie i po II wojnie światowej.

Dla strony izraelskiej ważne są gwarancje swobody wypowiedzi i badań, co też pozwoli administracji amerykańskiej uznać sprawę za zakończoną. W konsekwencji doprowadzi do osłabienia napięcia z różnymi innymi stolicami i dyplomacjami.

Jest szansa, że Andrzej Duda będzie mógł spotkać się z Donaldem Trumpem podczas szczytu NATO?

To byłoby bardzo istotne w kontekście zapowiedzianego spotkania Trump-Putin. To byłby swego rodzaju gest pokazujący, że nasi zachodni sojusznicy, w tym najważniejszy w dziedzinie bezpieczeństwa, biorą pod uwagę polski punkt widzenia przed spotkaniem amerykańsko-rosyjskim. Ale

obserwując, w jaki sposób funkcjonuje Donald Trump, podejrzewam, że do takiego osobistego i merytorycznego spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą nie dojdzie.

Jest szansa, że presja UE będzie skuteczna?

Musimy zdań sobie sprawę, że tu mamy do czynienia z wieloma aktorami: rządem polskim, Komisją Europejską, Radą Europejską i Parlamentem Europejskim. Komisja ma pewną swobodę działania jako strażnik traktatów, ale też działa na podstawie mandatu udzielonego przez państwa członkowskie. Rada jest ciałem znacznie bardziej politycznym i może dojść do zbudowania mniejszości blokującej, która uniemożliwi jakiekolwiek retorsje wobec rządu PiS-u. Parlament działa na podstawie jeszcze innej logiki, w której decydują zgrupowani w różnych „rodzinach” politycznych przedstawiciele partii rządzących w ich krajach, ale i opozycji. Główne cztery obozy (chadecy, socjaldemokraci, liberałowie i zieloni) są bardzo krytyczne, jeżeli chodzi o sprawę łamania praworządności w krajach członkowskich i one będą dążyły do kontynuacji rozpoczętego procesu. Ważna jest też niezależna presja różnych rządów, która może mieć charakter pryncypialny, ale także może wynikać z niechęci, tak jak w przypadku Francji, państw Beneluxu czy Szwecji.

Nawet jeżeli ewentualne dalsze kroki o charakterze prawnym zostaną powstrzymane w Radzie Europejskiej, to nie oznacza, że cały proces będzie skończony. Stopień niechęci wobec Polski i Węgier jest duży i rosnący, dlatego sprawa może mieć ciąg dalszy na różnych planach.

Tym najbliższym może być skierowanie ustawy o SN do Trybunału Sprawiedliwości. Zielone światło do takich działań otrzymał w środę Frans Timmermans. Czasu jest niewiele, bo ustawa wchodzi w życie 3 lipca. Powinien to zrobić?

To może być istotny etap. Trudno będzie PiS-owi przedstawiać działania Trybunału Sprawiedliwości jako polityczne i ideologiczne, chociaż niektórzy propagandyści PiS-u próbują budować taki jego obraz. Czasu jest jednak bardzo mało i obie strony zdają sobie z tego sprawę. Ważne są pytania: jak szybko formalny wniosek zostanie złożony i jak szybko Trybunał się nim zajmie? Może się okazać, że jest już po deserze, a rząd PiS-u postawi KE i państwa członkowskie przed faktem dokonanym.

Komisja Europejska działa zbyt opieszale i za mało radykalnie?

Komisja nie jest w pełni niezależna, działa na podstawie mandatu i tego, co słyszy w stolicach najważniejszych państw członkowskich. Poza tym nie jest tak, że KE i Frans Timmermans chcieliby doprowadzić do kryzysu w stosunkach z Polską. Cały czas szukają porozumienia, wyrażają nadzieję na satysfakcjonujące porozumienie, kurtuazyjnie się uśmiechając. To jest objaw cierpliwości i wyobraźni, ale władze w Warszawie traktują to jako objaw słabości.

Używając tego samego wyzwiska, czyli słowa „neoliberalizm”, krytykuje mnie z jednej strony Adrian Zandberg z Partii Razem, a z drugiej Mateusz Morawiecki z PiS. Ale to nie jest polska specjalność, tylko szersze zjawisko. Wolność w ramach prawa jest atakowana przez różnych kolektywistów, którzy mają swoje źródła albo w marksizmie, albo w skrajnym nacjonalizmie – mówi w rozmowie z nami prof. Leszek Balcerowicz, ekonomista, b. wicepremier i minister finansów. I dodaje: – W każdym społeczeństwie istnieje odsetek oportunistów, którzy chcą uchodzić za bezstronnych. Patrzę na to oczami przyrodnika, ale czasami z pogardą. Takie czasy znakomicie sprawdzają ludzi. To nie jest wystarczająca korzyść, ale ważna. Wychodzą na jaw cechy bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Nie można tego zapomnieć. Dlatego wszystko musi być zapisywane i publicznie ogłaszane.

PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: W swej najnowszej książce „Wolność, rozwój, demokracja” prezentuje pan zbiór swoich wystąpień i esejów od 1989 roku do czasów współczesnych. Czy to jest rodzaj odpowiedzi na słynne hasło „Balcerowicz musi odejść!”, które obecnie przybiera różne formy dezawuowania pańskiej koncepcji ustrojowej zaproponowanej w czasach przełomu? Mam na myśli zarzuty formułowane głównie przez lewicę, że to flirt, jak mówią, z neoliberalizmem oraz wykluczenie społeczne stoją za tym, że mamy przy władzy populistów.

PROF. LESZEK BALCEROWICZ: Przypomina mi to pytania o to, co czułem, gdy słyszałem Andrzeja Leppera, bo to on chciał przecież, żebym odszedł. Odpowiadałem wtedy, że jeżeli ktoś zajmuje się reformami, to musi patrzeć na politykę jak na świat przyrody, w którym są różne okazy. To samo mógłbym powiedzieć o dzisiejszych naśladowcach tego polityka, którzy uważają, że są od niego lepsi intelektualnie. Ekstrema się stykają i w związku z tym podział na lewicę i prawicę fałszuje rzeczywistość. To nie są odrębne programowo byty. Używając tego samego wyzwiska, czyli słowa „neoliberalizm”, krytykuje mnie z jednej strony Adrian Zandberg z Partii Razem, a z drugiej Mateusz Morawiecki z PiS. Ale to nie jest polska specjalność, tylko szersze zjawisko.

Wolność w ramach prawa jest atakowana przez różnych kolektywistów, którzy mają swoje źródła albo w marksizmie, albo w skrajnym nacjonalizmie.

Było za dużo liberalizmu, dlatego pojawiło się tylu ludzi wykluczonych, którzy zagłosowali na PiS, bo dostali 500 zł do ręki – ile jest prawdy w tego typu retoryce?

To jest żałosne intelektualnie. Staram się wyprowadzać wnioski z analizy porównawczej, czyli im mocniejsze tezy, tym mocniejsze dowody. Problem zaczyna się wtedy, kiedy tezy nie są budowane na dowodach, tylko na sloganach. Słowo „wykluczenie” jest sloganem. Z każdego można zrobić wykluczonego, a winowajcą okazuje się zwykle nadmiar wolności. Ale jeżeli zejść z tego prymitywnego oglądu świata przez wybrane slogany na grunt elementarnych faktów i zdefiniować liberalizm zgodnie z jego klasyczną definicją – czyli jako ustrój wolności w ramach państwa prawa, w tym wolności gospodarczej, bez której nie ma innych wolności – to okazuje się, że nawet przed PiS-em mieliśmy największy udział interwencjonizmu państwowego.

Ci, którzy mówią o „nadmiarze” liberalizmu, opierają się na swoich nienawistnych sloganach. Z tego nie wynika, że ich trzeba lekceważyć, trzeba z tym walczyć. Największe nieszczęścia w historii brały się z tego, że sfrustrowani intelektualiści czy ideolodzy pobudzali nienawistne emocje i napędzali tłumy. Stąd wzięły się komunizm i faszyzm.

Panie profesorze, ale czy to znaczy, że według pana nie ma wykluczonych i biednych, czyli tych, którzy potrzebują wsparcia państwa, bo sami z jakichś powodów nie radzą sobie tak dobrze na wolnym rynku jak inni? Taka jest perspektywa lewicowa.

To jest źle postawiony problem. Bo najwięcej biednych jest przecież tam, gdzie nie było rozszerzenia wolności i państwa prawa. Popatrzmy na Ukrainę i Polskę, czyli kraje, które były w 1989 r. na tym samym poziomie rozwoju, a teraz dzieli je przepaść. Na szczęście oparliśmy się w pierwszych latach próbom zakorzenienia socjalizmu. Oprócz używania sloganów zamulających rozum ci rzekomi obrońcy biednych mają przykład pod bokiem, czyli Białoruś Łukaszenki. W ich wywodach jest brak elementarnej logiki i znajomości faktów.

A czy z punktu widzenia prostej psychologii nie jest logiczne to, że PiS wygrał dzięki programowi 500 Plus, który zadziałał na zasadzie: o, wreszcie ktoś się o nas realnie zatroszczył?

Zamiast precyzyjnej definicji mamy slogany, które dzielą się na nienawistne (neoliberalizm) i pozytywne (troszczyć się). Poza tym ci, którzy je głoszą, nie znają historii.

Być zwolennikiem silnego kolektywizmu, kiedy wiadomo, do czego doprowadził i ile pochłonął ofiar, to jest aberracja moralna. Ślepota na rzeczywistość i oszukiwanie takimi hasłami jest niemoralne, bo nie podejrzewam, że wszyscy cierpią na nieudolność umysłową.

Zwolennicy i generałowie propagandy medialnej Partii Razem przekonują na przykład, że państwo prawa jest ważne, ale ważne są również programy socjalne, więc trzeba w ich realizacji wspierać PiS.

Nie znają faktów, albo nie chcą ich znać. Gdyby znali, to zorientowaliby się, że Polska ma w swoim PKB wyższy odsetek wydatków socjalnych niż Szwajcaria. Ale to by im przeszkadzało, bo prawda jest im niepotrzebna. Twierdzą, że nie było wydatków socjalnych, ale przecież każdy sąd opiera się na porównywaniu danych. Jak ktoś ich nie porównuje z rzeczywistymi zjawiskami, tylko urojonym ideałem, to zawsze potępi. Są ludzie, którzy dowartościowują się przez potępianie i sądzą, że od tego będą lepsi. Oni

odwołują się do nierówności, nie odróżniając nierówności sytuacji od nierówności szans, więc potem przekonują, że jest za dużo bogatych, ale też nie patrzą na źródła bogactwa i żerują na zawiści. Ich nie obchodzą ludzie biedni, bo nierówność to nie to samo, co bieda. Można mieć małą nierówność i dużo biedy. To, co mówią PiS i lewica, to jest import tandety.

III RP przed erą PiS nie miała grzechów?

Ważniejsze pytanie jest takie: czy kraj, który był w podobnej sytuacji do innych krajów, mógł osiągnąć więcej niż tamte kraje? Jeżeli tak na to spojrzymy, to nie zobaczymy żadnego kraju w naszym regionie, który tak zwiększył przeciętną zamożność jak my. Nawet ludzie biedni w Polsce są bogatsi niż bogaci na Ukrainie. To, co moim zdaniem pogłębiło pewne problemy, jest czymś zupełnie innym niż to, co przyjmują czułostkowi nienawistnicy. Nie zdołaliśmy upilnować jako grupa ekonomiczna Jacka Kuronia, który – oczywiście w dobrej wierze – zafundował Polsce ogromny wzrost emerytur, co z kolei doprowadziło w 1991 r. do nawrotu problemu, gdy zaczęliśmy uzdrawiać finanse publiczne.

Nie jest tak, że wydatki socjalne są dobre, bo nazywają się socjalne i jest ich zawsze za mało.

Zatem dlaczego wygrał PiS?

To jest zupełnie inna sprawa. Pisałem o tym w swojej książce „Trzeba się bić z PiS o Polskę”. Z faktu, że PiS wygrał, nie musi wynikać, że teorie socjalnych symetrystów są prawdziwe. Trzeba patrzeć na zdarzenia, które mogły się do tego przyczynić: PO odepchnęła sporą część swoich wyborców atakiem na OFE, który był traktowany jako sprzeniewierzenie się temu, co głosili; przegrana Bronisława Komorowskiego, na czym zaważyła nieudolna kampania wyborcza – bastion obrony państwa prawa został opanowany przez Andrzeja Dudę, a to przyczyniło się do pewnego impetu po stronie PiS; dwie partie o włos minęły się z progiem wyborczym; przed wyborami PiS dostał okazję, żeby demonizować uchodźców. A więc to była seria zdarzeń, które nie musiały nastąpić, ale nastąpiły. Wypadki zdarzają się nie tylko w budownictwie, ale także w polityce. Najgorzej jest dla kraju, gdy „bad guys have good luck”.

Były też elementy oszustwa w tym, co robił PiS. Nie afiszowali się z tym, że dokonają ataku na niezależność sądownictwa. Publicznie zaprzeczali, że Antoni Macierewicz będzie ministrem obrony narodowej. Jarosław Gowin uczestniczył w tym oszustwie.

A nie stoi za tym zwycięstwem głębsza filozofia i analiza polityczna, że w gruncie rzeczy na całym świecie następuje zwrot ku populizmowi i że jest to czynnik bardziej socjologiczny niż socjotechniczny?

Jedna ze współczesnych głupot polega na tym, że nadmiernie się uogólnia i wrzuca wiele zjawisk do jednego worka, dlatego odrzucam takie filozofowanie, bo mówimy o Polsce i konkretnych zdarzeniach. Co do 500 Plus, to zapewne też miało znaczenie, ale nie przesądziłoby o wyniku wyborów, gdyby nie inne sprawy. Nastąpił najgorszy scenariusz, w którym wszystkie ośrodki władzy znalazły się w ręku Kaczyńskiego i kaczystów. Wydaje mi się, że sam prezes PiS-u nie wierzył, że Andrzej Duda wygra wybory, a gdy to się stało, doszedł do wniosku, że nie może stracić okazji i należy opanować państwo, bo tylko wtedy przeciwnicy praworządności i demokracji mogą się utrwalić przy władzy.

A 500 Plus jest potrzebne? Chyba żaden polityk, który uważa się za realistę, nie zdecyduje się tego programu zlikwidować.

Rzeczy, o których mówi się, że są niemożliwe, stają się możliwe, gdy przychodzi kryzys. Nie twierdzę, że kryzys przyjdzie, ale tego nie wykluczam. Wtedy najwięksi populiści przyciśnięci do muru dokonują rzeczy, co do których się wcześniej zarzekali.

Jeżeli potrzebna jest nam większa dzietność, to nie osiągniemy tego dzięki 500 Plus. To była fałszywa propaganda, którą trzeba piętnować. Szli pod tym hasłem i oszukiwali wyborców. Zwiększyli wydatki o prawie 40 mld zł, a to musi być finansowane z długu publicznego i podwyższanych podatków.

Ale za to uszczelniają VAT, czym się chwalą.

Kłamliwa jest propaganda PiS polegająca na przypisywaniu sobie całego przyrostu przychodów z uszczelnienia VAT. To jest co najwyżej 1/3. Większość pochodzi z tego, że dzięki Unii Europejskiej poprawia się koniunktura, konsumpcja rośnie, więc rosną przychody z VAT. Ale gdy koniunktura się pogarsza, to przychody z VAT spadają jeszcze szybciej.

Czy PiS odsunie od władzy tylko poważny kryzys gospodarczy? Prof. Janusz Czapiński jest przywiązany do takiej prognozy.

Jest w tym ziarno prawdy, ale jeżeli ziarno staje się całością, to staje się kłamstwem lub co najmniej prawdą. W każdym kraju, jeżeli poprawia się sytuacja gospodarcza – a w Polsce tak się dzieje wbrew, a nie dzięki temu, co robi PiS – to wiele osób uważa, że wszystko gra i nie zastanawia się nad innymi rzeczami. Na to nie można się oburzać, trzeba przyjąć jako fakt. Nie da się prognozować, kiedy i czy nastąpi wyraźne załamanie, ale z pewnością będzie występować spowolnienie, które nie musi być dramatyczne. Na tym tle największa jest rola mobilizowania poszczególnych grup i to nie jest praca na marne.

Są trzy kategorie ludzi, do stwierdzeń których nie mam wielkiego szacunku: „nie da się nic zrobić”, „samo się zrobi”, „niech inni to zrobią”. Im więcej jest takich, tym większe jest zagrożenie, że bardzo zła zmiana dla Polski będzie dłużej trwała.

Od mobilizacji zależy, jak długo będzie trwać. Mam wrażenie, że ekonomiczni imperialiści nie doceniają tego, że wiele osób jest wrażliwych moralnie. I to nie jest idealizm.

Symetrysta powie, że walcząc z PiS stajemy się tacy sami jak pisowcy, tylko mamy inne poglądy.

W każdym społeczeństwie istnieje odsetek oportunistów, którzy chcą uchodzić za bezstronnych. Patrzę na to oczami przyrodnika, ale czasami z pogardą. Takie czasy znakomicie sprawdzają ludzi. To nie jest wystarczająca korzyść, ale ważna. Wychodzą na jaw cechy bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Nie można tego zapomnieć. Dlatego wszystko musi być zapisywane i publicznie ogłaszane. Na przykład to, kim są pseudodziennikarze, którzy w moim przekonaniu są gorsi od tego, co robili pseudodziennikarze w PRL.

Tylko fanatycy nie są wrażliwi. A w mediach pisowskich jest mało fanatyków. Tam są skrajni oportuniści, z których część jest po prostu wrażliwa na pieniądze. Warto ich zapamiętać z imienia i nazwiska.

Co po PiS-ie?

Najważniejsze jest to, aby w sposób demokratyczny odsunąć ich od władzy. I na tym trzeba się skupić. Jednocześnie trzeba opracować drogę do tego, jak przywrócić państwo prawa, odejść od PiS-Trybunału, jak zreformować prokuraturę, żeby prokuratorzy, którzy sprzeniewierzają się państwu prawa, nie czuli się bezkarni, jak sprawić, żeby nie powtarzały się przykłady niewinnych skazań.

Co do gospodarki, sprawa intelektualnie jest prosta: za PiS idziemy w kierunku przeciwnym do tego, czego Polska potrzebuje.

Czyli?

Idziemy w kierunku podważania stabilności finansów publicznych, czego jeszcze nie widać, bo koniunktura na Zachodzie się poprawiła, ale już mamy sygnały z pięciu miesięcy z rzędu, że zacznie się pogarszać. Idziemy w kierunku upartyjniania gospodarki i przywracania państwowych monopoli, a to się zawsze źle kończy. W tym sensie Morawiecki jest gorszy od Szydło. Ona odznaczała się szczerą niewiedzą, a on pyszałkowatą złą wiedzą. A zła wiedza jest zawsze gorsza od niewiedzy.

>>>

Pisowscy patrioci niepatriotyczni. Takie ich pokręcenie

Firma Red is Bad na swojej stronie internetowej informuje, że „zawsze była, jest i będzie przeciwna Unii Europejskiej. (…) Pochwal się, że prowadzisz biznes bez unijnej jałmużny”. Produkuje tzw. odzież patriotyczną. Koszulkę tej właśnie firmy założyła Agata Kornhauser-Duda podczas oficjalnej wizyty na Łotwie. Ubrana w nią żona prezydenta oglądała w miniony czwartek mecz polskiej reprezentacji na Mundialu.

Na koszulce widać białego orła, a firma twierdzi, że to „nasz symbol narodowy – wizerunek białego orła w koronie”. – „Autorski projekt i dopracowane detale. Korona z krzyżem, złote szpony, skrzydła w górze symbolizują siłę i waleczność Polski, a korona zamknięta oznacza niezależność państwa” – można przeczytać na stronie producenta.

Jednak doktor Tomasza Pietras, historyk z Uniwersytetu Łódzkiego i autor strony orzelbialy.edu, w rozmowie z „GW” stwierdził, że orzeł, który znajduje się na koszulce firmy Red is Bad nie jest orłem z polskiego godła. Jego zdaniem, najprawdopodobniej jest to współczesny projekt bazujący na tzw. Orle Zygmunta Kamińskiego z 1927 r. – „Koronę zmieniono na zamkniętą z krzyżem, barokową. To zgodne z krytyką, której poddały ten herb środowiska konserwatywnej, narodowej prawicy w okresie międzywojennym” – powiedział Pietras.

Andrzej Duda też nosi ubrania produkowane przez firmę deklarującą się jako przeciwnik Unii Europejskiej. Koszulkę tej firmy z polską flagą miał na sobie podczas wizyty w Chinach w 2015. A ostatnio był w niej widziany, kiedy odwiedzał Jarosława Kaczyńskiego w warszawskim szpitalu przy ul. Szaserów.

>>>

Stowarzyszenie sędziów IUSTITIA informuje o wypowiedzi członka pisowskiej Krajowej Rady Sądownictwa Jarosława Dudzicza.

Radna PiS Anna Jaśkowska nazwała Tadeusza Mazowieckiego „stalinowcem, komunistą i agentem NKWD”. Użyła tych obraźliwych określeń podczas debaty, dotyczącej nazwania imieniem Tadeusza Mazowieckiego jednej z ulic w Lublinie. Dyskusja w tej sprawie odbyła się podczas majowej sesji Rady Miasta.

– „Tadeusz Mazowiecki – stalinowiec, komunista, agent NKWD, kolaborował z okupacyjną, bolszewicką władzą w latach stalinowskich” – mówiła Jaśkowska, twierdząc, że takie „informacje” o jego życiorysie znalazła w sieci. Nie chciała jednak podać adresu żadnej nazwy strony internetowej, gdzie znalazła te „rewelacje”. Zażądała natomiast, by przeszłość Tadeusza Mazowieckiego została poddana weryfikacji w Instytucie Pamięci Narodowej.

Rodzina byłego premiera skierowała do Anny Jaśkowskiej pismo, w którym domaga się przeprosin. Jeśli radna PiS tego nie zrobi, rodzina wniesie pozew cywilny. Będzie mogła domagać się zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych.

Wydaje się, że proces się odbędzie, bo radna PiS Jaśkowska zamiast przeprosin wygłosiła oświadczenie, w którym twierdzi, że… została źle zrozumiana. – „Pozostawiające wiele do życzenia, ogólne zachowanie uczestników Sesji uniemożliwiło mi swobodną wypowiedź, co zostało następnie wykorzystane do straszenia Radnego pozwami cywilnymi. W czasie poprzedniej sesji nie pozwolono mi dokończyć zdania, skończyć wypowiedzi, bo uniemożliwiały to tzw. głosy z sali” – powiedziała w miniony czwartek Jaśkowska.

Dalej uważa, że kwestię przeszłości Tadeusza Mazowieckiego powinien zbadać IPN. – „Moja wypowiedź nie wybrzmiała tak, jak powinna, a była ona wnioskiem o niezbędne zwrócenie się do Instytutu Pamięci Narodowej w celu wyczerpującego sprawdzenia działalności Tadeusza Mazowieckiego w czasach PRL. Celowo chciałam to skontrapunktować przykładami, jakie podałam z Internetu. Informacje te są dostępne choćby poprzez wyszukiwarkę Googla, na kilku stronach i nikt ich nie usunął. To, co można znaleźć o Tadeuszu Mazowieckim w Internecie, wymusza weryfikację „laurki-uzasadnienia” – oświadczyła radna PiS.

„Wytłumaczenia” Jaśkowskiej zupełnie nie przekonały radnego Marcina Nowaka ze Wspólnego Lublina. – „Pani radna wyraźnie artykułowała konkretne myśli i konkretne słowa. Świadomie chciała powiedzieć to, co powiedziała. To nie było tak, że jej się coś wypsnęło. Była przygotowana, bazowała na jakichś wiadomościach, które powtarza, bez podania źródła. Teraz wygłosiła tylko komunikat, że wnosi o sprawdzenie Tadeusza Mazowieckiego przez IPN. Absolutnie nie wycofała się ze swoich poprzednich słów”.

Odeszła Irena Kirszenstein-Szewińska.

Oraz pierwsza rocznica samobójczej śmierci szarego człowieka, Piotra Szczęsnego.

Kaczyński i jego consigliore Morawiecki dymają UE

– Jeżeli 4 lipca odejdzie choć jeden sędzia Sądu Najwyższego, praworządność zostanie pomniejszona, bo SN jest symbolem niezawisłych, praworządnych sądów. Jeżeli SN upadnie, stracimy, jako obywatele, wszystkie gwarancje – powiedział podczas manifestacji przed Sądem Najwyższym „Wolni ludzie, wolne sądy, wolne wybory” mecenas Jacek Dubois.

Zgodnie z ustawą o Sądzie Najwyższym, która weszła w życie 3 kwietnia, sędziowie SN, którzy osiągnęli nowy, niższy wiek emerytalny i nie zgłosili wniosku o możliwość dalszego orzekania, przejdą w stan spoczynku. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwia się m.in. Komisja Europejska, wskazując, że sędziowie są nieusuwalni.

Szef KE Jean-Claude Juncker poinformował dziennikarzy w piątek po szczycie UE w Brukseli, że Komisja Europejska nie podjęła formalnej decyzji w sprawie uruchomienia procedury naruszenia prawa UE wobec Polski w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Przewodniczący Komisji zaznaczył, że dialog z polskim rządem trwa.

>>>

Trep Morawiecki powtarza sukces Szydło 1:27

W momencie, kiedy zagrożone są pryncypia państwa prawa, to partykularne interesy i podziały powinny zejść na drugi plan. Przykładowo: skoro walczymy o Warszawę, to wystawianie wielu kandydatów z różnych demokratycznych ugrupowań jest sygnałem, że nic złego się jednak nie dzieje i że jest to zwykła walka polityczna, a nie obrona porządku konstytucyjnego. W 1989 roku wszyscy potrafili się zjednoczyć dla dobra państwa. To był chyba najpiękniejszy moment w dziejach naszej historii. Wszyscy, niezależnie od poglądów, postanowili, że najważniejsze jest ratowanie Polski, a potem dopiero przyjdzie czas na to, by pójść własną drogą – mówi w rozmowie z nami mec. Jacek Dubois, adwokat, członek Trybunału Stanu. – W momencie, kiedy reforma zacznie obowiązywać i kiedy sądy mogą zostać ubezwłasnowolnione, ludzie zdadzą sobie dopiero sprawę z sytuacji. Niestety, ta świadomość przyjdzie za późno, ale spowoduje refleksję, której efektem musi być reakcja przed urną – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Czym będzie prawo po 3 lipca, kiedy Sąd Najwyższy zostanie przejęty przez PiS?

JACEK DUBOIS: Prawo przestanie być stosowane przez niezawisłe sądy, co będzie się łączyło z olbrzymim ryzykiem dla obywateli. Znikną gwarancje niezależności sądu – i te ustawowe, i konstytucyjne, bowiem tworząc nowe prawo naruszono konstytucję. Władza sądownicza zostanie podporządkowana wykonawczej, która będzie miała możliwość obsadzania stanowisk kierowniczych w sądach i wpływania na sędziów ekonomicznie i dyscyplinarnie. Nowe prawo zdewastowało zasadę niezawisłości sędziowskiej. Oczywiście nadal wyroki wydawać będą konkretni sędziowie, którzy będą orzekać zgodnie z własnym sumieniem. Jednak

możliwość wywierania presji przez władzę na poszczególnych sędziów może wywołać efekt mrożący, w wyniku którego dotychczas niezawiśli sędziowie, przy wydawaniu wyroku, mogą kalkulować własne bezpieczeństwo i zastanawiać się nad wyrokiem nie tylko z punktu widzenia ocen prawnych, lecz także oczekiwań władzy. Obywatel jest stroną wielu sporów z władzą na wielu płaszczyznach, a zatem jego prawa i gwarancje zostają zagrożone wskazanym mechanizmem.

Po 3 lipca o północy na przymusową emeryturę odejdzie 11 sędziów. Co stanie się z kolejnymi 16, dowiemy się najpóźniej we wrześniu. Wśród nich będą także sędziowie, którzy złożyli oświadczenia o gotowości do dalszego orzekania, ale powołali się na konstytucję. Prezydent poprosił nową KRS o zaopiniowanie także tych sędziów. To dobra wola prezydenta, czy cyniczna gra związana z art. 7?

Jeżeli ktoś decyduje się na łamanie zasad konstytucji, to trudno jest doszukiwać się w jego zachowaniu jakichś działań propaństwowych czy prokonstytucyjnych. Władza liczy, że to zainteresowanie sprawą praworządności w Polsce, które jest obecne w Komisji Europejskiej i w Luksemburgu, gdzie będzie rozstrzygana możliwość ekstradycji Artura C. do Polski w związku z wątpliwością sądu irlandzkiego co do stanu praworządności w Polsce, skończy się po 3 lipca, a zdarzenia, które nastąpią po tej dacie, będą mniej spektakularnie odbierane.

Nie łudzę się, że prezydent lub rząd wykażą dobrą wolę i będą chcieli zatrzymać na stanowiskach niezawisłych sędziów. Wszak zmiany miały na celu ich wyeliminowanie. Nie chodzi o zachowanie zasad praworządności, bo te już zostały sprzeniewierzone. To kierowanie się interesem własnym.

W tym tygodniu w całym kraju organizowane są protesty w obronie Sądu Najwyższego, ale nie są one tak masowe, jak w lipcu, kiedy ważyły się losy weta prezydenckiego. Jest pan rozczarowany społeczną postawą?

Skalą niezadowolenia nie zawsze muszą być masowe protesty, czasem oceną jest to, co się dzieje przy urnie wyborczej. Wtedy fala protestu związana też była z tym, że byliśmy w przededniu podjęcia decyzji co do losów projektów ustaw, a zmiany legislacyjne można było jeszcze cofnąć. W tej chwili te decyzje już zostały podjęte. Władza jasno powiedziała, że się nie wycofa. Wtedy wychodzący na ulicę walczyli o to, by ustawy o sądach nie zostały uchwalone. W tej chwili to, czy w SN będzie dalej orzekać kilku sędziów, nieznanych opinii publicznej z nazwiska, czy nie, jest sprawą dużo mniej odczuwalną społecznie. Nie dziwię się, choć się smucę, że te protesty są dużo mniejsze. Naszą rolą, czyli tych, którzy rozumieją realne skutki tych zmian, jest tłumaczenie i przestrzeganie. Wykształcenie prawnicze ma jedynie mały ułamek społeczeństwa, zatem trafne identyfikowanie skali zagrożenia jest dużo rzadsze wśród nieprawników.

Proszę pamiętać też, że na to, aby zohydzić wymiar sprawiedliwości, wyłożono ogromne środki. Mamy propagandę sączącą się z telewizji publicznej, była ogromna kampania billboardowa, użyto wszystkich mediów i narzędzi PR, aby przedstawić wypaczony obraz rzeczywistości.

W momencie, kiedy reforma zacznie obowiązywać i kiedy sądy mogą zostać ubezwłasnowolnione, ludzie zdadzą sobie dopiero sprawę z sytuacji. Niestety, ta świadomość przyjdzie za późno, ale spowoduje refleksję, której efektem musi być reakcja przed urną. Mam dużo pretensji do całej opozycji, która nie jest w stanie przekonać społeczeństwa o realności zagrożenia, a także nie jest w stanie uświadomić sobie, że niebezpieczeństwo jest tak poważne, że wobec niego cała opozycja demokratyczna powinna być razem. W momencie, kiedy zagrożone są pryncypia państwa prawa, to partykularne interesy i podziały powinny zejść na drugi plan. Przykładowo: skoro walczymy o Warszawę, to wystawianie wielu kandydatów z różnych demokratycznych ugrupowań jest sygnałem, że nic złego się jednak nie dzieje i że jest to zwykła walka polityczna, a nie obrona porządku konstytucyjnego.

W 1989 roku wszyscy potrafili się zjednoczyć dla dobra państwa. To był chyba najpiękniejszy moment w dziejach naszej historii. Wszyscy, niezależnie od poglądów, postanowili, że najważniejsze jest ratowanie Polski, a potem dopiero przyjdzie czas na to, by pójść własną drogą. Skoro opozycja nie potrafiła dziś dać tego sygnału, to nie potrafiła przekonać obywateli, jak bardzo obecna sytuacja jest niebezpieczna.

Trudno wymagać od ludzi, którzy wykonują rozmaite zawody, by diagnozowali sytuację prawną, tym bardziej, jeśli otrzymują szalenie kłamliwy przekaz. Proszę pamiętać, że jest również sporo osób, które mają wiedzę o konstytucji i funkcjonowaniu państwa prawa, ale wolą służyć swojej karierze, a nie zasadom.

Czy akt oskarżenia dla Władysława Frasyniuka może być przestrogą, jak to będzie wyglądać po 3 lipca?

Jeżeli dochodzimy do sytuacji, że obrona wartości konstytucyjnych skutkuje aktem oskarżenia, to jest to moment do zastanowienia. Mamy z pewnością do czynienia z jedną z najbardziej obrzydliwych sytuacji i najciemniejszą kartą historii pisaną przez obecną ekipę rządzącą i prokuraturę. Za obronę wartości demokratycznych należy się nagroda, a nie postawienie w stan oskarżenia. Zawsze szukam jednak pozytywów. Dochodzimy do sytuacji, w której sądy staną się miejscem wyrażania niezależnych poglądów. Proszę pamiętać, że w stanie wojennym poprzez sądy i deklaracje osób, wobec których stosowane były represje, przekonywano społeczeństwo o powadze sytuacji politycznej.

Konsekwencją postawienia pana Frasyniuka przed sądem będzie jego wspaniała wypowiedź i wspaniałe wystąpienie jego adwokata. Uważam, że to powinno być transmitowane i oglądane przez miliony.

Niedawno jechałem w Poznaniu do sądu ulicą Stanisława Hejmowskiego. To słynny adwokat broniący robotników w procesie poznańskiego Czerwca ’56. Zresztą w Poznaniu stoi jego piękny pomnik. Zachowały się jego fantastyczne przemówienia, gdy mówił o wolności. Teraz takie słowa wygłaszane na sali sądowej będą dostępne dla szerokich kręgów. Prawda jest też taka, że im więcej represji, tym szybszy koniec władzy, bo jednak jesteśmy narodem kochającym wolność.

A jak ocenia pan zarzut „prania brudnych pieniędzy” wobec żony Stanisława Gawłowskiego? Prokurator, która prowadziła sprawę Gawłowskiego, zrezygnowała. To budzi pana wątpliwości?

Jako adwokat staram się nie komentować sprawy w odniesieniu do akt, których nie znam. Natomiast moja intuicja podpowiada mi, że coś tu odbiega od normy, bo oglądam tysiące spraw i nie widziałem jeszcze takiego zaangażowania wobec żon osób z zarzutami karnymi. Samo zatrzymanie Stanisława Gawłowskiego już budziło mój ogromny sprzeciw. Nie chcę mówić o winie, ale uważam, że ten środek, którego użyto wobec niego, nie powinien być zastosowany.

Uważam, że gdyby nie aspekt polityczny, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Prawo nie jest w jednakowy sposób stosowane wobec wszystkich. Sądzę, że sąd, który orzekał w tej sprawie, został poddany efektowi mrożącemu.

Proszę pamiętać, że we wtorek mieliśmy też pierwszy termin rozprawy Mateusza Kijowskiego. To niestety pokazuje, że narzędziem obecnej władzy staje się nie dyskusja, a prawo karne. Dla sędziów i prawników stworzono specjalną izbę dyscyplinarną, a dla obywateli, którzy myślą inaczej, są sądy, które zostały pozbawione gwarancji: niezawisłości sędziów i sądów, rozdziału sądów od władzy wykonawczej. Tego już nie ma, najpierw gwarancje zostały naruszone ustawą o sądach powszechnych, a teraz los sądownictwa przypieczętowany zostanie ustawą o Sądzie Najwyższym.

Czeka nas los Turcji? Będą represje, aresztowania?

Moim zdaniem nie dojdziemy do sytuacji, która jest w Turcji, gdzie cała opozycja znalazła się w długoterminowych aresztach, bo jednak tam było to związane z przewrotem politycznym, to inna sytuacja. Proszę pamiętać, że my jesteśmy wielkim narodem wolności. Myślę, że

władza ma świadomość, że bezpośrednią represją doprowadzi do sytuacji, że Polacy zachowają się jak w najpiękniejszych okresach swojej historii. Postawią się władzy narzuconej i niesprawiedliwej. Myślę jednak, że ta władza będzie stosowała działania obliczone na to, by zniechęcić społeczeństwo do aktywnego przeciwko niej oporu.

Śp. mecenas Maciej Bednarkiewicz, obrońca w procesach politycznych, pełnomocnik Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka, został w 1984 roku tymczasowo aresztowany za rzekome udzielanie pomocy dezerterowi, wskutek prowokacji i sfabrykowania dowodów. Ówczesne mechanizmy manipulacji i zastraszania wyśmienicie opisał Cezary Łazarewicz w książce „Żeby nie było śladów”. Spodziewam się analogicznych sytuacji.

Każdy, kto zna historię, wie, że rewolucja najszybciej zjada własne dzieci. Każdy, kto jest przyjacielem tej władzy, powinien zdawać sobie sprawę, że ona nie jest wieczna. Myślenie, że ten, kto ma odmienne przekonania, nie ma prawa głosu, jest bardzo krótkowzroczne. Zresztą po to wymyślono rozum i mowę, aby można było dyskutować i wchodzić ze sobą w pojedynki słowne, a nie za pomocą czarnego PR i zastraszania osiągać swoje cele poprzez pozbawiania praw innych.

Czy Trybunał Sprawiedliwości UE zatrzyma przejęcie Sądu Najwyższego?

My nie jesteśmy oczkiem w głowie Unii, warto to sobie uzmysłowić. Tu są dwa scenariusze: albo UE będzie walczyć o zasady i wartości, które są dla niej ważne, albo zepchnie Polskę na boczny tor. Konsekwencje w obu przypadkach są oczywiste. Odzyskanie światowego poważania tak czy inaczej będzie bardzo trudne.

Jest pan jedną z osób, która dość głośno zabiera głos w obronie praworządności. Nie boi się pan, że zaraz się okaże, że np. nie wpisał pan do oświadczenia majątkowego nieruchomości?

Już to przeżyłem. Przecież za poprzednich rządów PiS-u został przeciwko mnie skierowany akt oskarżenia. Zostałem uniewinniony, a obecny minister już złożył na mnie zawiadomienia o popełnienie deliktu dyscyplinarnego.

Jestem człowiekiem o siwych włosach, świadomym nieprzyzwoitości władzy i konsekwencji konfliktu z nią, ale uważam, że skoro jestem wychowawcą kilku roczników prawników, uczę prawa, jeżeli mam być szanowany przez moich uczniów – a w ustawie o adwokaturze jest napisane, że adwokat dba o wolności i prawa obywatelskie – to jestem zobligowany do mówienia o patologiach.

Dla mnie największą wartością jest konstytucja, prawa obywatelskie, przestrzeganie prawa. Jeżeli to się zawali, to moje zawodowe życie straci sens.

>>>

>>>

W najnowszym wpisie Krystyny Pawłowicz ewidentnie zabrakło słynnej piosenki trenera Jarząbka z „Misia” Barei, czyli „Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam!”.

Posłanka PiS bowiem postanowiła podzielić się swoim uwielbieniem dla Joachima Brudzińskiego. –„Pan minister Joachim BRUDZIŃSKI jest „w porządku”. Stanowczy, ostre spojrzenie ,bardzo dobry kontakt z posłami. Zawsze odpowiada na wszelkie, też trudne pytania. Docenia pracę innych, broni nas przed atakami. Rozumie, że siedzący na barykadzie to odgromniki…” – napisała Pawłowicz.

„Śledzę pani wpisy, bo pani zawsze wyjdzie przed szereg i pierwsza farbę puści. To podlizywanie do @jbrudzinski oznaczać może tylko jedno. Stał się oficjalnym następcą Jarosława Kaczyńskiego. Martwię się o zdrowie prezesa, kolejnego świętego Kaczyńskiego Polska nie zniesie” – napisała jedna z internautek. A Pawłowicz tak odpowiedziała: – „Myśli Pani, że się „podlizuję”?”. Internautka tak skomentowała tę odpowiedź: – „Znamienne, skomentowała pani podlizywanie się, a pominęła pozostałą część tego, co napisałam. Dziękuję, można na Panią zawsze liczyć”.

Inni internauci tak komentowali: – „Podobno laserami z oczu umie pociąć kapustę na sałatkę”; – „Jarosław Kaczyński oddaje władzę i stąd ta laurka?”; – „Pan Brudziński razem z panem Morawieckim położył rok temu stępkę pod największy prom. Może go Pani spytać, jak idzie budowa promu?”.

Mimo ostatniej deklaracji o nadwyżce budżetowej, jesteśmy świadkami rekordowego w historii wzrostu zadłużenia Polski. W ciągu dwóch lat Prawo i Sprawiedliwość zwiększyło zadłużenie skarbu państwa o setki miliardów złotych, a nie jak deklarował rząd “zaledwie” 71,6 mld zł. Zadaje to kłam całej politycznej narracji o dyscyplinie finansowej i słynnej “nadwyżce”. Jak to zatem możliwe, że nie byliśmy świadomi procederu zadłużania nas na tak wielką skalę?

Odpowiedz na to pytanie leży w kreatywnej księgowości polskiego rządu, która jednak musiała zostać rozłożona na czynniki pierwsze przez GUS, z powodu nacisków Unii Europejskiej. Analitycy musieli bowiem przyjrzeć się rozmiarowi długu publicznego, jednak nie tylko oficjalnym statystykom, ale także ukrywanym zobowiązaniom skarbu państwa, co ostatecznie doprowadziło do odkrycia dość szokujących rezultatów. Okazuje się bowiem, że o ile oficjalny dług publiczny wynosi już blisko 1 bln zł (co odpowiada 52% PKB), to dług ukryty wynosi aż 4,96 biliona złotych, czyli 276 proc. polskiego PKB. Oznacza to, że oficjalne dane pokazują tylko 20% realnego zadłużenia kraju, które już dziś ma wartość dla długoterminowej wypłacalności krytyczną. Co jest strategiczne, dane GUS dotyczą 2015 roku, czyli okresu sprzed wprowadzenia reformy emerytalnej PiS. Ta natomiast oznacza dla zadłużenia państwa prawdziwą katastrofę. Rząd tymczasem manipuluje opinią publiczną bagatelizując sprawę poprzez dane, że w 2018 roku koszt zmian to tylko 10 mld zł. Jednak wzrost zobowiązań na kontach ZUS jest wyliczony na lata do przodu i tutaj statystyka jest ponura. Już w 2015 roku dług emerytalny ZUS wynosił aż 4057 mld zł, czyli 225,5% PKB. Tymczasem koszt reformy Prawa i Sprawiedliwości zwiększył omawiane zobowiązania o kwotę większą niż wynosi cały oficjalny dług publiczny Polski, czyli o aż gigantyczne 1,4 bln zł. Biuro Analiz Sejmowych wyliczyło, że o tyle właśnie więcej z kont ZUS zostanie wypłacone emerytom do roku 2060 tylko w wyniku zmian w jednej ustawie.

Obniżka wieku emerytalnego jest aktem prawnym, który momentalnie doprowadził zatem do rekordowego w historii wzrostu długu publicznego. Polskie władze zawsze miały problem z dyscypliną finansów publicznych, jednak jeśli uzmysłowiłem sobie, że już w 2015 roku mówiliśmy o 325% PKB całkowitego długu publicznego, to w tym przypadku mówimy o decyzji, która doprowadzi nieuchronnie do niewypłacalności państwa polskiego.

>>>

O małym człowieczku Kaczyńskim i upadku Polski

Działaczka opozycyjna Gabriela Lazarek na temat Jarosława Kaczyńskiego i prowadzonej przez niego polityki.

 

„Dobrze, że wreszcie większość sejmowa, PiS, rząd jakoś ogarnęli się i zrozumieli, że to była droga absolutnie donikąd. Szkody, jakich narobili, (…) będą niestety długo ciążyły nad polską reputacją”– tak skomentował przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk poprawienie przez PiS ustawy o IPN.

Szef RE podkreślił, że zanim dokonano nowelizacji tej ustawy, wielokrotnie ją krytykował, bo „sprawa miała charakter międzynarodowy”. – „Kiedy pojawiała się ta nieszczęsna ustawa, a ja akurat byłem wtedy na jednym ze szczytów, (…) właściwie wszędzie, gdzie byłem na świecie, to był jeden z pierwszych tematów i zawsze w złym kontekście dla Polski. Tych szkód za szybko nie naprawimy” – powiedział.

Tusk odniósł się także do sporu rządu PiS z Komisją Europejską w sprawie przestrzegania praworządności. – „Nie analizowałem jeszcze tego pod kątem prawnym. Mam swoje zdanie na temat całościowej polityki obecnych władz w kwestii wymiaru sprawiedliwości i niezależności sądownictwa. (…) Mój pogląd jest jednoznacznie krytyczny. Uważam, że wszystkie strony konfliktu, ale zacząłbym jednak od polskiego rządu, powinny zastanowić się, w jaki sposób – jest to bardzo ważne dla Polski i polskiej reputacji – przywrócić poczucie ładu i praworządności w odniesieniu do Polski” – powiedział szef Rady.

Na pytanie o pozwanie Polski do unijnego Trybunału Tusk odpowiedział: – „Tu, w Europie na szczęście wszystkich obowiązują procedury, a nie tylko taki brutalny rachunek sił, kto kogo oszuka, kto kogo ogra. Wszędzie tam, gdzie rządzi prawo, gdzie są szanowane procedury, życie ludzi i instytucji wygląda lepiej”.

„Liderzy 28-krajów porozumieli się na unijnym szczycie ws. wniosków ze szczytu, w tym migracji” – napisał na Twitterze szef RE Donald Tusk. Cykliczny szczyt Rady Europejskiej, który w czwartek rozpoczął się w Brukseli kończy etap sporu o kształt polityki migracyjnej Wspólnoty. Tym samym szef Rady przekonał unijnych przywódców do swoich pomysłów. Zgodzili się, by mechanizm relokacji uchodźców był dobrowolny…

Wraz z tym znika to, co i tak było fikcją – przymusowa relokacja uchodźców.

Tą informacją można by w zasadzie temat zakończyć, gdyby nie pewien drobny szczegół.

Otóż premier Mateusz Morawiecki pisze o efekcie szczytu, jak o sukcesie polskiego rządu. O roli Donalda Tuska nie wspomina ani słowem, chociaż obaj politycy w tej kwestii mówili właściwie jednym głosem.

W pierwszym tweecie wysłanym nad ranem premier w kilku słowach poinformował o ustaleniach unijnych przywódców.

Dwie godziny później na Twitterze zamieścił kolejny wpis – tym razem już taki, aby nikt nie miał wątpliwości, komu należy zawdzięczać porozumienie. „Cały czerwiec naszych twardych, intensywnych negocjacji plus kilkanaście trudnych godzin na ostatniej prostej i mamy to” – napisał Morawiecki.

„Wyście osiągnęli…Wy to najwyżej możecie okno otworzyć, tyle znaczycie w unijnej polityce…”skomentował wpis premiera internauta usiłując ostudzić jego radosne komunikaty.

Morawiecki bowiem całkowicie zignorował fakt, że Tusk nie od dziś naciskał na przywódców UE, by zrezygnowali z tego, co było czystą fikcją. Tuż przed czwartkowym szczytem przewodniczący Rady Europejskiej wysłał nawet list do europejskich przywódców, w którym niemal powtórzył to, co postulują kraje Grupy Wyszehradzkiej. Chodzi o wzmacnianie kontroli granicznych, bo to dzięki temu niemal o 100 proc. spadła liczba nielegalnych przekroczeń granicy od czasu największego kryzysu migracyjnego w 2015 r. Od tamtej pory sytuacja zmieniła się znacznie, poprawie uległy też nastroje społeczne, a w Polsce zdecydowanie spadł odsetek osób, które stanowczo sprzeciwiają się przyjmowaniu uchodźców.

>>>

Tamara Olszewska na kodyj24.pl pisze o zachwaszczeniu świeckosci polską wersją katolicyzmu.

Do jakich korzeni chcą sięgać polscy katolicy wierni tylko Polskiej Instytucji Kościelnej i PiS-owi?

Dzisiaj biorę na tapetę chrześcijaństwo w ujęciu „pisowskiej Polski”. Według mnie, mamy w Polsce do czynienia z pewnego rodzaju schizmą. Podziałem na katolików i Kościół, oparty na mądrości chrześcijaństwa, nauce wyciągniętej z niechlubnych kart i przede wszystkim na Dekalogu oraz katolików fanatyków, skupionych wokół „Gazety Polskiej”, Tadeusza Rydzyka i Polskiej Instytucji Kościelnej. Ci drudzy są dzisiaj najgłośniejsi i mają niesamowite wsparcie polityków PiS. I to im właśnie jest poświęcony mój tekst. Tak więc proszę, by ci, którzy nie utożsamiają się z PIK- iem, nie brali moich słów do siebie.

Z Jasnej Góry płynie modlitwa o powrót Europy do chrześcijańskich korzeni. Mariusz Błaszczak, mówiąc o terrorystach, którzy nas zalewają wrednymi emigrantami, wskazuje jedyne rozwiązanie czyli powrót do korzeni chrześcijaństwa. Podczas konferencji prasowej zapowiadającej Międzynarodowy Kongres „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” ks. inf. Ireneusz Skubiś apelował o powrót Europy do korzeni chrześcijaństwa, do Chrystusa. Antoni Macierewicz też zaśpiewał w tym chórze, mówiąc, że „Zachód jest w stanie się obronić, ale pod warunkiem, że zintegruje się wokół tych społeczności, wartości i narodów, które przeniosły do niego dziedzictwo chrześcijańskie”.

Polacy skupieni w Europa Christi wołają gromkim głosem, by wrócić do korzeni chrześcijańskich.
Gdzie się nie obejrzę, gdzie się nie ruszę, tam wbija się we mnie to wezwanie. Powrót do korzeni chrześcijaństwa. No to mam pytanie. O jakie korzenie dokładnie chodzi?

Tu jakaś spora grupa w kiczowatych pelerynkach z Jezusem siedzi przed Sejmem i żąda szacunku. Tam kolejna modli się o powrót rozumu posłom i zakaz aborcji. Jeszcze gdzie indziej katolicy fanatycy obstawiają miłosiernie granice Polski, sprzeciwiając się przyjęciu uchodźców. Chrystus zostaje intronizowany na króla Polski. Państwowe szkoły są już przesiąknięte chrześcijaństwem na wskroś, a lekcje religii i spotkania z księdzem są najważniejsze.

Chrześcijaństwo w wersji PiS i PIK wali mnie po oczach, wpędza w kompleksy, uczy, że wiara ważniejsza od rozumu. Mówią mi, że prawo boskie ważniejsze od tego ustanowionego. Mówią, że dobry Polak to katolik, że Kościół to moje guru, przewodnik duchowy najważniejszy i sens mojego życia obywatelskiego. Mówią mi, co mi wolno czytać, kogo słuchać. Odbierają homoseksualistom prawa do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, kobietom każą rodzić nawet potworki, dają mężczyznom swoje przyzwolenie na przemoc wobec kobiet i dzieci.

Machają różańcami, jednocześnie plując i atakując każdego, kogo napotkają na swej drodze, a kto nie wspiera ich i ukochanej partii, czyli PiS. Chcą dyktować wszystkim, jak mają żyć, jakie poglądy wyznawać, narzucają na siłę swoją wizję świata, swoje rozumienie współczesności. Są pełni agresji, buty, zacietrzewienia, hipokryzji, a poczucie, że tylko oni mają patent na sprawiedliwość, prawdę i sens aż z nich bucha.

Czy o takie właśnie korzenie chrześcijaństwa im chodzi? Popatrzmy na historię. Brutalne narzucanie swojej religii np. wśród Indian, Indeks Ksiąg Zakazanych, tortury i palenie na stosie, św. Inkwizycja. Współpraca z nazistowskimi Niemcami. Pomoc w ucieczce nazistów z Europy. Postawa wobec ludobójstwa w Rwandzie. Opilstwo, obżarstwo, zamiłowanie do luksusów, spora gromadka nieślubnych dzieci, problemy z pedofilią.

Wsłuchując się w głos naszych katolików fanatyków, zupełnie nie dostrzegam, by nieśli oni na swoich sztandarach prawdziwe wartości. Mając usta pełne sloganów, dążą do wykluczenia każdego, kto nie pasuje do ich wyobrażenia „prawdziwego chrześcijanina”. Żądając praw dla siebie, jednocześnie chcą go odbierać innym. I wciąż czują się tacy prześladowani… prawdziwi męczennicy XXI wieku. To są te „korzenie chrześcijaństwa”, które mają przywrócić wszystko to, co dla każdego człowieka, najlepsze? O ranyyy…

Boże! Chroń nas i Europę przed taką odmianą chrześcijaństwa.

Niech Kaczyńskiemu prześcieradło lekkie będzie

Na operację wszczepienia endoprotezy stawu kolanowego czeka się średnio w Polsce blisko rok. Tylko na wizytę u ortopedy w Wojskowym Instytucie Medycznym przy ulicy Szaserów w Warszawie, stoi obecnie w kolejce prawie 200 cierpiących pacjentów.

„Równego” wobec prawa, zwykłego, skromnego posła Jarosław Kaczyńskiego, to nie dotyczy. „Lekarze podjęli ważną decyzję dla życia prezesa PiS”- donosi Super Ekspress i informuje, że Kaczyński wkrótce ponownie będzie hospitalizowany. Niedługo czeka go kolejna operacja. Jak podaje dziennik, zanosi się na zapowiadaną wcześniej operację wszczepienia endoprotezy stawu kolanowego.

>>>

Zabieg zaplanowany na pierwsze dni lipca, mógł być wykonany wcześniej, ale nie pozwalały na to stan zapalny w kolanie i infekcja bakteryjna – wyjawił anonimowo gazecie jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości. Wiadomo, że Jarosław Kaczyński nie od razu wróci do czynnej polityki, bo czeka go rehabilitacja.

„Hospitalizacja, umożliwiająca pełną obserwację, diagnostykę oraz leczenie zabiegowe, zachowawcze i usprawniające, doprowadziła do stabilizacji stanu zdrowia” – ocenili po 40 dniach pobytu prezesa na Szaserów.

Sam Kaczyński wracając po tym czasie do swojej żoliborskiej „rezydencji” z ironią zwrócił się do oczekujących go mediów: „Dziękuję za zainteresowanie skromnym posłem”.

Miller: Każdy polityk chciałby znaczyć tyle, ile znaczy dziś Kaczyński, ale prezesa PiS też kiedyś spotka przeniesienie w stan spoczynku

– Oczywiście, że każdy polityk chciałby znaczyć tyle, ile znaczy najważniejszy dzisiaj polityk w kraju, ale Jarosława Kaczyńskiego też kiedy spotka to, co każdego z nas, to znaczy przeniesienie w stan spoczynku – stwierdził Leszek Miller w rozmowie z Konradem Piaseckim w Radiu Zet. Jak dodał:

„Dlatego że Jarosław Kaczyński zbudował partię polityczną, która nie ma odpowiednika w Polsce. To jest partia, którą on zarządza jednoosobowo. I te wszystkie mechanizmy, które charakteryzują inne partie polityczne, tam nie działają. Pamięta pan, że Jarosław Kaczyński zaryzykował i poszedł na przyspieszone wybory parlamentarne. I w tych przyspieszonych wyborach parlamentarnych utracił władzę. Otóż w każdej partii politycznej tutaj na zachodzie Europy coś takiego oznaczałoby ostateczny kres kariery politycznej tego przywódcy, dlatego że nikt by mu tego nie wybaczył. A w Polsce, a w PiS-ie? Proszę bardzo, nic się nie stało”

– My od początku jako SLD budowaliśmy nasze ugrupowanie na innych zasadach. U nas jednak demokracja wewnątrzpartyjna była wręcz rozbuchana – dodał.

>>>

Rydzyk chapie szmal z MON. Opór w Sądzie Najwyższym

MON nie chce odpowiedzieć, ile pieniędzy wydało na reklamy w mediach związanych z o. Tadeuszem Rydzykiem. Resort podkreśla, że dają one możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Przykładowo TV Trwam ma udziały w rynku na poziomie 0,52 proc.

Omena Mensah (TVN24) była gościem Marcina Cejrowskiego w programie portalu Plejada.

Mensah o Tusku od 22 minuty

Tak plany rządu PiS, dotyczące m.in. budowy ogromnego portu lotniczego w Baranowie, przekopania Mierzei Wiślanej czy wyprodukowania miliona samochodów elektrycznych, ocenił w TVN24 prof. Jerzy Hausner. – „Ja bym powiedział, że to jest lista pobożnych życzeń, w większości niespełnialnych. Zgłaszanie kolejnych tego rodzaju projektów w coraz mniejszym stopniu będzie traktowane (…) jako poważny zabieg, a w coraz większym stopniu jako zabieg propagandowy”. Jako niebezpieczną określił sytuację, kiedy polityka „zaczyna się postrzegać jako tego, który dużo mówi, natomiast nie dotrzymuje”.

Prof. Hausner stwierdził, że występują już symptomy załamania gospodarczego. – „Obserwujemy, że koszty przedsiębiorstw rosną szybciej niż przychody. To znaczy, że rentowność tych przedsiębiorstw się zmniejsza, szczególnie w tych średnich. Problemem polskiej gospodarki jest brak inwestycji prywatnych przedsiębiorców” – stwierdził ekonomista. Dotyczy to usług, transportu i budownictwa.

Według prognoz Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie w tym roku „tempo wzrostu będzie zbliżone do roku poprzedniego”, ale w 2019 r. ta „dynamika trochę osłabnie”. – „Natomiast jest pytanie, co będzie od 2020 roku. I tutaj znaków zapytania jest więcej” – powiedział Hausner. Zwrócił uwagę, że rząd PiS promuje konsumpcję „głównie po to, żeby przejść czwórbój wyborczy”, czyli zbliżające się wybory samorządowych, do Parlamentu Europejskiego, parlamentarnych i prezydenckich. – „Wszystko się zamyka wiosną 2020 roku. A co będzie potem? Rząd bardzo wiele ryzykuje” – podkreślił prof. Hausner.

Odniósł się także do trybu, w którym PiS przeprowadził nowelizację ustawy o IPN. Jego zdaniem, takie błyskawiczne uchwalanie prawa ma negatywny wpływ na gospodarkę, która dobrze funkcjonuje w „stabilnych regułach gry”. – „Gospodarka nie znosi takiej prawnej, systematycznej, chaotycznej interwencji, co tej gospodarce jest systematycznie zadawane od lat”. Stwierdził także, że błędy w polityce międzynarodowej są „kosztowne”. – „Reputacja ma swój wymiar ekonomiczny. Jeśli traci się reputację, jeśli traci się uznanie, w tym przypadku sojuszników, ważnych partnerów, to znaczy, że żeby przywrócić jakieś relacje, trzeba dużo więcej czasu i dużo więcej nakładów” – powiedział były wicepremier.

>>>

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Sądzie Najwyższym.

W tej chwili w Polsce dzieją się rzeczy historyczne – ważą się losy, czy pozostaniemy krajem demokratycznym.

Waży się, czy w jakiejś perspektywie – względnie niewielkiej – zostaniemy wydaleni, zmarginalizowani, czy też pozostaniemy w Unii Europejskiej, tym najbardziej nowoczesnym projekcie Zachodu. W kraju sukcesywnie rozmontowywana jest demokracja, a obecnie rządzący wykluczają nas z UE. Niezależność sądownictwa upada, a jego ostatnią jego redutą – kolejne słowo zachwaszczone przez ludzi PiS – jest Sąd Najwyższy.

Istotna uwaga: to my, Polacy, jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje w kraju. Nikt nam nie załatwi niepodległości i demokracji, to my musimy tego pilnować, a gdy są one zawłaszczane – wydrzeć. Moi przodkowie walczyli o niepodległość i ginęli, a gdy stawali się emisariuszami na Zachodzie, otrzymywali owszem dobre słowo, ale tylko to.

Dzisiaj sytuacja jest o wiele lepsza, ale tak zawsze nie będzie. Pomogą nam – lecz w pierwszym rzędzie sami sobie musimy pomóc. Oto Zgromadzenie Ogólne Sądu Najwyższego podjęło uchwałę w obronie Konstytucji, iż Małgorzata Gersdorf pozostanie pierwszym prezesem Sądu Najwyższego do 30 kwietnia 2020 roku. Uchwała głosi: – „My sędziowie Sądu Najwyższego uczestniczący w Zgromadzeniu Ogólnym SN w dniu 28 czerwca 2018 r., pamiętając o złożonym ślubowaniu sędziowskim i wierni Konstytucji RP, która jest najwyższym prawem RP, stwierdzamy, że sędzia SN prof. Małgorzata Gersdorf zgodnie z bezpośrednio stosowanym art. 183 ust 3 Konstytucji pozostaje do dnia 30 kwietnia 2020 r. pierwszym prezesem SN, kierującym instytucją, w której pełnimy naszą służbę społeczeństwu”.

Jakim Ordonem okaże się Małgorzata Gersdorf, to wyjdzie w praniu. W sukurs niezależności polskiego sądownictwa idzie Komisja Europejska, która nawet dała przyjacielowi Polski wiceprzewodniczącemu Fransowi Timmermansowi wolną rękę w decyzjach dotyczących Polski o naruszenie unijnego prawa.

Jakie podejmie decyzje Timmermans? Czy zwróci się z pozwem do Trybunału Sprawiedliwości UE o wstrzymanie niekonstytucyjnej ustawy o Sądzie Najwyższym?

A jeżeli do tego doszłoby i Trybunał by podjął decyzję zgodną z polską Konstytucją, czy PiS podporządkuje się wyrokowi? Jasnym jest dla świadomych Polaków, iż Jarosław Kaczyński i jego najnowszy namiestnik Mateusz Morawiecki, stojąc przed dylematem, czy ważniejsza jest obecność Polski w UE, czy władza w Polsce, wybiorą to ostatnie.

Tej władzy nie wierzy nikt na świecie, o czym można było przekonać się przy ustawie o IPN. Izrael i USA zmusiły PiS bez żadnych negocjacji do zmiany ustawy o IPN. Odbyło się to w najszybszej na świecie procedurze – 10 godzin: 3 czytania w Sejmie, brak debaty, głosowanie, procedura w Senacie i podpis Andrzeja Dudy (rekord do Księgi Guinnessa), zaś premier Izraela Netanjahu dopilnował osobiście Morawieckiego i pochwalił, jak Stalin Bieruta, a Breżniew Jaruzelskiego.

Tak! Władze PiS mogą się nie podporządkować wyrokowi Trybunału Sprawiedliwości UE, który tej władzy nie wierzy. Wystarczy spojrzeć na świeży wyrok tego Trybunału, który rozpatrywał wątpliwość sądu w Dublinie, a dotyczyła tego, czy deportować do Polski Artura C., podejrzanego o produkcję, handel i przemyt narkotyków. Trybunał Sprawiedliwości uznał, że o tym ma decydować sąd dubliński. Sędzia tegoż sądu obawia się, że w Polsce łamana jest praworządność.

Ten casus pokazuje, jak postrzegana jest Polska i działające u nas prawo. I to my musimy obronić niezależność sądownictwa, wspomóc Małgorzatę Gersdorf w tej obronie. PiS roluje nam sprawiedliwość, roluje demokrację, a w dłuższej perspektywie niepodległość. Nie wiem, jak Kaczyński skończy ze swoim chorym kolanem, ale w razie czego nie chciałbym, aby nasze imponderabilia spożywał jak dropsy.

PiS przed Trybunałem Sprawiedliwości UE

Tak wynika z doniesień Reutersa – Komisja Europejska zaskarży do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pisowską ustawę, w myśl której ok. 40 proc. sędziów Sądu Najwyższego zostało zmuszonych do wcześniejszego przejścia na emeryturę. Reuters powołuje się na źródła w KE.

Decyzja ma zostać oficjalnie ogłoszona jutro, o ile nie będzie w ostatniej chwili zwrotu ze strony polskiej. A tymczasem na konferencji podczas szczytu UE w Brukseli Mateusz Morawiecki stwierdził, że Polska nie zamierza się wycofać z ustawy o Sądzie Najwyższym, która według niego jest zgodna z Konstytucją.

Do KE w tej sprawie apelowało 150 polskich, organizacji pozarządowych, byli prezydenci i premierzy RP, opozycja i pięć największych frakcji w Parlamencie Europejskim. Ich zdaniem to jedyny sposób, by powstrzymać nadchodzącą czystkę w Sądzie Najwyższym.

Reuters przyznaje jednak, że skarga Komisji Europejskiej prawdopodobnie zostanie złożona zbyt późno, by zapobiec czystkom. Przed skierowaniem skargi Komisja musi wezwać kraj członkowski do usunięcia uchybienia, a jeśli państwo tego nie zrobi – wydać „uzasadnioną opinię” z kolejnym wezwaniem. Procedury trwają zwykle ok. czterech miesięcy, w wyjątkowych wypadkach są skracane do kilku tygodni.

PMM o dialogu z KE: My słowa dotrzymaliśmy

– Trudno mi zrozumieć, jakimi ścieżkami chodzi ta linia rozumowania czy argumentacji Komisji [Europejskiej]. W szczególności te ostatnie propozycje, które pojawiły się w eterze czy ostatnie takie możliwości złożenia tej skargi nowej, ponieważ my byliśmy w bardzo zaawansowanym dialogu z KE i praktycznie nie tylko wszystkie elementy z uzgodnień, które w procesie negocjacji rodziły się, styczeń, luty, marzec, na różnych forach, nie tylko z moim udziałem – my je wszystkie zaadresowaliśmy w sposób zgodny z ustaleniami z KE i ten dialog potraktowałem bardzo poważnie. Potraktowałem słowo dane po drugiej stronie rownież poważnie i ja słowa dotrzymałem, my słowa dotrzymaliśmy, z pewną nawiązką nawet, związaną z niektórymi rozwiązaniami, oczywiście bez zagrożenia dla możliwości przeprowadzenia z gruntu rzeczy niezwykle potrzebnej reformy wymiaru sprawiedliwości, z czym zgadza się ogromna większość naszych obywateli – mówił premier Mateusz Morawiecki na konferencji w Brukseli.

>>>

Polityczne podsumowanie popołudnia: sędziowie SN: Gersdorf I Prezes do 2020, PMM na unijnym szczycie, spotkania Schetyny i Trzaskowskiego z Tuskiem i Junckerem

— SĘDZIOWIE SN W UCHWALE: GERSDORF I PREZESEM DO 2020 ROKU. Sędziowie SN-u podczas Zgromadzenia Ogólnego wydali dwie uchwały. Pierwsza z nich dotyczy właśnie sprawowania funkcji przez prezes Małgorzatę Gersdorf: „Stwierdzamy, że sędzia SN, prof. dr hab. Małgorzata Gersdorf, pozostaje, zgodnie z bezpośrednio stosowanym art. 183 ust. 3 Konstytucji (art. 8 ust. 2), do dnia 30 kwietnia 2020 roku I Prezesem Sądu Najwyższego, kierującym instytucją, w której pełnimy naszą służbę społeczeństwu”.

— TERLECKI: SPORY MIĘDZY PRAWNIKAMI MNIE NIE ZAJMUJĄ. „Prawnicy mają zawsze różne pomysły na każdy temat, są różne opinie. My się kierujemy tą opinią, która mówi, że taka zmiana [I Prezesa Sądu Najwyższego] jest możliwa. Ja nie jestem prawnikiem. Spory między prawnikami mnie nie zajmują. Liczę na rozsądek i na to, że nie będziemy naginać prawa do poglądów politycznych” – komentował uchwałę sędziów Sądu Najwyższego wicemarszałek Ryszard Terlecki.

— PMM NA UNIJNYM SZCZYCIE. W PLANACH DYSKUSJA O MIGRACJI. „My optujemy przede wszystkim za tym, żeby było dużo działań opartych o konsensus, czyli o porozumienie wszystkich państw członkowskich, a nie narzucanie relokacji. My się nie zgadzamy z narzucaniem relokacji i jesteśmy jednocześnie też bardzo konstruktywnym graczem w ramach Unii Europejskiej, gdzie pokazujemy, że te ruchy wtórne, czyli przesunięcia między krajami członkowskimi, w przypadku przybycia migrantów lub uchodźców do któregoś z krajów granicznych, że w zakresie ruchów wtórnych my mamy twarde regulacje azylowe i się ich trzymamy” – mówił premier przed rozpoczęciem rozmów.

— TUSK SPOTKAŁ SIĘ W BRUKSELI ZE SCHETYNĄ I TRZASKOWSKIM. Politycy PO spotkali się też z szefem Komisji Europejskiej, Jean-Claude Junckerem.

Prezes Kaczyński jutro rano w Polskim Radiu

Prezes PiS Jarosław Kaczyński będzie jutro o 7:10 gościem „Sygnałów dnia” w radiowej Jedynce. Rozmowa będzie emitowana równolegle w Polskim Radiu 24.

Morawiecki w kłamstwach przeskoczył prezesa Ka

Galopujący Major: Ta władza jest silna tylko wobec własnych obywateli. Innym grzecznie ustępuje

Tak, ta władza jest silna. Silna wobec związkowców z radiowej Trójki albo LOT-u, których się na zbity pysk wyrzuca, ale słaba wobec J.P. Morgana, któremu się przyznaje zwolnienia podatkowe.

Pół roku po buńczucznej obronie ustawy o IPN i jej zapisów o karaniu za przypisywanie Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, pół rok po zapewnieniach, jak to jest konieczne, jak nas to przed światem obroni, wreszcie się doczekaliśmy wycofania tego najbardziej kuriozalnego pomysłu Patryka Jakiego, którym był art. 55a ustawy.

Nie, nie stało się tak, bo PiS wysłuchał sprzeciwów polskich obywateli, których owa władza ma ponoć reprezentować. Nie stało się tak, bo wysłuchano protestów polskich naukowców całe zawodowe życie poświęcających badaniu przeszłości. I nie stało się tak, bo wysłuchano głosów ludzi, którzy z Niemcami autentycznie walczyli z bronią (a nie z memami) w ręku i przez tych Niemców byli bici, więzieni i torturowani.

Stało się tak, bo tupnęli nogą amerykański brat i jego izraelski brat mniejszy. Wreszcie na własne oczy, między jednym meczem a drugim, mieliśmy okazję oglądać pokaz pełzającej wręcz słabości obozu władzy, by nie powiedzieć: legislacyjnego skomlenia.

Nie, to nie jest tak, że ta władza w ogóle jest słaba. Ona jest silna, nawet bardzo silna. Silna wobec Muzeum II Wojny Światowej, którego dyrektora się ciąga po prokuraturach i muzeum się mu siłą wyrywa. I silna wobec Centrum Zagłady Żydów, któremu odbiera się dotacje. Ale wobec USA, dyplomacji Izraela jest słaba, słaba i jeszcze raz słaba. Bo jeśli ów przepis okazuje się aż tak fatalny, to czemu nie wykreślono go od razu, jak niemal wszyscy sugerowali, tylko prężono muskuły w szatni zwanej polskim Sejmem?

Tak, ta władza jest silna. Silna wobec związkowców z radiowej Trójki albo LOT-u, których się na zbity pysk wyrzuca, ale słaba wobec J.P. Morgana, któremu się przyznaje zwolnienia podatkowe. Silna wobec bezbronnych drzew z dziewiczej Puszczy i garstki nachodzonych po domach ekologów, ale słaba wobec wyłudzaczy odszkodowań przy paleniu śmieci, z których dym wdychają potem nasze dzieci, albo mordowania fok (co z tego, że pod ochroną?). Silna wobec tych, którzy kiedyś będą eksmitowani na bruk w programie „Mieszkanie+”, albo rodziców niepełnosprawnych, ale słaba wobec deweloperów czy rozpieszczonej magnaterii Radziwiłłów i Czartoryskich, którym oddaje się pałace i wypłaca miliony. Silna wobec małych „przedsiębiorców” na samozatrudnieniu, którzy muszą jednolite pliki kontrolne VAT tworzyć, RODO bez żadnej pomocy wdrażać, ale słaba wobec niemieckiej Deutsche Bahn, której kontrakt z PESĄ mają poręczać banki z udziałem skarbu państwa. Silni wobec kilku staruszek z białymi różami na marszu KOD, ale słaba wobec aferzystów z GetBacku, którzy latami pozycjonowali się dzięki prawicowym politykom i publicystom.

Tak, ta władza jest tak silna jak klasowy osiłek, który tłucze najsłabszych w klasie, i tak słaba, jak ten osiłek stojący potem na baczność przez starszakami. A im bardziej starszaki rządzą, tym bardziej się ten osiłek na słabszych wyżywa, albowiem jak powiedział jeden klasyk: Polska jest krajem silnym wobec słabych i słabym wobec silnych.

Gowin o ordynacji do PE: Prowadzi do stabilizacji sceny politycznej w wymiarze europejskim. Obecna ordynacja kompletnie nieczytelna

Z jednej strony to oczywiście prowadzi do pewnej stabilizacji sceny politycznej w tym wymiarze europejskim. Natomiast z drugiej strony obecna ordynacja jest kompletnie nieczytelna. Trzeba było ją od dawna w jakiś sposób poprawić. Można ją było zmienić na dwa, trzy racjonalne sposoby. Zdecydowaliśmy się w gruncie rzeczy na odwzorowanie rozwiązań, które obowiązują w ordynacji w wyborach do Sejmu” – mówił w Radiu Zet wicepremier Jarosław Gowin.

Mechanizm dzielenia głosów, liczenia głosów w okręgach jest taki sam. W PE liczy się kilka dużych rodzin, kilka dużych grup i uznaliśmy, że jest rzeczą racjonalną, żeby w tych wyborach europejskich też nieco ustabilizować polską scenę polityczną” – dodawał.

– Polska miała szansę przedstawienia swoich argumentów. Komisja Europejska nie zmienia stanowiska. Ryzyko systemowego naruszenia praworządności w Polsce pozostaje – powiedział dziś Frans Timmermans. – Jest potrzebne podjęcie kroków przez stronę polską – zaznaczył.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej przedstawił w Parlamencie Europejskim stanowisko w związku z mającym miejsce przedwczoraj wysłuchaniem Polski przed Radą ds. Ogólnych. – Polskie władze miały duże możliwości, żeby udzielić tam odpowiedzi, ale nie zostały one udzielone tak szeroko, jak byśmy chcieli – powiedział. – Nie ma powodu, by KE zmieniła swoje stanowisko. Jest potrzeba podjęcia większych kroków ze strony polskiej. Komisja pozostaje w gotowości do dyskusji, jesteśmy otwarci na dialog – deklarował.

Timmermans wymieniał kwestie, którą budzą wątpliwości urzędników Komisji Europejskiej. Chodzi m.in. o nową procedurę skargi nadzwyczajnej. – Ostatnie poprawki nie usunęły ani nie zmieniły tej procedury w sposób znaczący – wyjaśniał. Inne zagadnienia będące przedmiotem sporu, to np. sprawa niezależności Trybunału Konstytucyjnego i zmiany związane z Izbą Dyscyplinarną. – Chcę podkreślić, że te wątpliwości są zgłaszane również przez międzynarodowe organizacje, m.in. przez Komisję Wenecką – przypominał Timmermans.

Frans Timmermans zgłaszał też uwagi w sprawie sędziów, którzy muszą zakończyć pracę. Zgodnie z ustawą o Sądzie Najwyższym, która weszła w życie w kwietniu, sędziowie SN, którzy osiągnęli nowy, niższy wiek emerytalny i nie zgłosili wniosku o możliwość dalszego orzekania, przejdą w stan spoczynku. KE sprzeciwia się temu, wskazując, że sędziowie są nieusuwalni.

Przedstawiciel Komisji Europejskiej podkreślił też, że KE „nie podważa prawa polskich władz do reform”. – Jednak w reformowaniu kluczowe znaczenie ma niezależność władzy sądowniczej, to, że utrzymany jest trójpodział władzy – powiedział.

Czy Lech Kaczyński powinien być wykopany z Wawelu?

Prace nad wnioskiem przeciw Rosji do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zwrotu wraku tupolewa zostały wstrzymane – poinformował Onet. Nieoficjalnie wiadomo, że zdecydował o tym osobiście Jarosław Kaczyński.

Jak podaje Onet, „zarys pozwu był gotowy już wiele miesięcy temu, ale do dziś nie został złożony w Hadze i (…) może już nigdy nie zostać złożony”. Według informatorów portalu powodem wstrzymania prac są obawy lidera PiS przed reakcją opinii publicznej w Polsce.

„Powiedział nam, że to ryzyko polityczne, bo nie wiadomo, jak starcie z Rosjanami o wrak przyjmie opinia publiczna w Polsce. Stwierdził, że nie chciałby procesu przeciwko Rosji prowadzonego przez polski rząd, że lepsze byłoby działanie przez organizacje międzynarodowe” – opowiadał Onetowi wysokiej rangi urzędnik MSZ, związany z PiS. Dopytywany, czy „w praktyce takiej skargi nie będzie” informator portalu odpowiedział, że jest to „bardzo mało prawdopodobne”.

Tłumaczył, że Jarosław Kaczyński „musiałby zmienić zdanie, a na to się nie zanosi. W każdym razie w MSZ nic w tej sprawie się nie dziejeģ.

Beata Mazurek zaprzecza

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek skomentowała w środę na Twitterze artykuł Onetu. „A Jarosław Kaczyński nic o tym nie wie, za to Onet wie lepiej od niego.#FakeNews” – napisała, dodając link do artykułu zamieszczonego na portalu Onet.pl.

Na reakcje internautów nie musiała długo czekać. Szybko wypomnieli jej wpis na portalu społecznościowym ze stycznia, gdy zapewniała, że nie będzie żadnej zmiany przepisów o IPN.

W listopadzie ub.r. ówczesny szef MSZ Witold Waszczykowski poinformował, że resort jest przygotowany do zwrócenia się ws. wraku Tu-154M do trybunałów międzynarodowych. Zaznaczył jednocześnie, że decyzja polityczna w tej sprawie „musi zapaść na wyższym szczeblu”. W grudniu Jacek Czaputowicz – jeszcze jako wiceminister spraw zagranicznych – doprecyzował, że resort dyplomacji przygotował w tej sprawie projekt skargi do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Post Navigation