Hairwald

W ciętej ranie obecności

Cel Kaczyńskiego i jego następcy Morawieckiego jest już zupełnie jasny: trwałe zdobycie władzy przez konserwę i autorytaryzm

Prezenter Krzysztof Ziemiec skomentował w dzisiejszych Wiadomościach rocznicę wyborów 89′.

Mateusz Morawiecki skomentował czerwcowe wybory w 1989 r. Zareagowali internauci.

dzieje.pl

Generał Frederick „Ben” Hodges odradza amerykańskim politykom planowanie stałych baz w Polsce. Jak pisze w artykule dla Politico, byłaby to zbędna prowokacja ze strony NATO.

W ocenie generała Hodgesa baza wojskowa Stanów Zjednoczonych w Polsce to projekt trudny do zrealizowania. Jego zdaniem jedynie zgodne stanowisko wszystkich członków NATO w tej kwestii mogłoby uzasadniać takie posunięcie. Jak pisze w artykule dla „Politico”, w każdym innym wariancie takich ruch nie poprawiłby bezpieczeństwa Sojuszu, a jedynie zantagonizował sojuszników i sprowokował Rosję. Sam jest w tej kwestii pesymistą i nie sądzi, aby udało się przekonać wszystkie kraje NATO do podobnego pomysłu.

Frederick Hodges: NATO może i musi więcej

Były szef Sił Zbrojnych USA w Europie dodaje, że czy to w Polsce, czy gdziekolwiek w Europie Centralnej lub Wschodniej nowa baza USA zostałaby odebrana jako prowokacja wymierzona w Rosję. Takie posunięcie dałoby też Kremlowi podstawę do wysuwania oskarżeń pod adresem NATO o agresywną postawę. „NATO może i musi zrobić więcej, by powstrzymać Rosję. Bez dzielenia sojuszników” – podkreśla. Jego zdaniem funkcję obronną lepiej wypełniałyby rozszerzone bataliony rotacyjne na całej wschodniej flance: od Estonii po Gruzję. Z kolei szef polskiego MSZ Jacek Czaputowicz deklarował niedawno wolę, aby Amerykanie byli obecni w Polsce. Najlepiej na stałe oraz w większym zakresie.

Wielu obserwatorów konfliktu politycznego w Polsce wciąż jest autentycznie zdziwionych, dlaczego celem uderzenia PiS-u, prawicy „kulturowej”, w tym „Kościoła Tadeusza Rydzyka” – są nie tylko Platforma, Nowoczesna czy różne partyjne niedobitki partyjnej lewicy. Od momentu przejęcia przez PiS służb, prokuratury, spółek skarbu państwa i mediów publicznych priorytetowym celem ataków propagandowych, działań kontrolnych, obcinania dotacji, a wreszcie zmian prawa utrudniających lub uniemożliwiających działanie stały się KOD, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, Fundacja Stefana Batorego, inne organizacje pozarządowe, sądy, instytucje kultury, media prywatne. A więc najszerzej rozumiane instytucje świeckiego i liberalnego społeczeństwa obywatelskiego w Polsce.

Oprócz planów podporządkowania PiS-owi samorządów, oprócz próby złamania i głębokiej personalnej wymiany środowiska sędziowskiego, oprócz „reformy edukacji” będącej okazją do programowej i personalnej przebudowy polskiej szkoły, rozpoczyna się atak prawicy na środowisko akademickie (ustawa Gowina otwiera furtki do finansowego i personalnego zniszczenia autonomii polskich wyższych uczelni). Wkrótce znowu na polskich uczelniach pojawią się „marcowi docenci”, gdyż w pracach nad „reformą” wyższych uczelni pojawił się plan głębokiej zmiany systemu przyznawania docentury. Począwszy od zmiany systemu zgłaszania kandydatów (bez koniecznego dorobku) przez uczelnie i instytuty, aż po zmianę systemu centralnego zatwierdzania kandydatur i stworzenie dodatkowej instytucji odwoławczej podporządkowanej rządowi. Wystarczy zatem jedna prowincjonalna uczelnia pod kontrolą prawicy, nie mówiąc już o wyższej szkole Tadeusza Rydzyka czy każdym seminarium duchownym przyznającym naukowe tytuły, aby w parę lat wyprodukować setki nowych „marcowych docentów”. Bez naukowego dorobku, ale za to o właściwej ideowej i wyznaniowej proweniencji. Pamiętających w dodatku, komu zawdzięczają awans. Do tego dochodzą takie kurioza, jak rugowanie przez rząd świeckich instytucji adopcyjnych na rzecz katolickich czy usuwanie organizacji organizacji podejrzewanych o feminizm lub choćby nadmierną determinację w walce o równouprawnienie kobiet z list instytucji dopuszczonych do realizowania dotowanych przez państwo programów społecznych.

W Polsce nie ma się ostać nic świeckiego, nic liberalnego, nic nieprawicowego– nie tylko na poziomie państwa, ale przede wszystkim na poziomie organizacji pozarządowych, ruchów społecznych czy jakichkolwiek form obywatelskiej aktywności Polaków.

Zdobycie władzy

Kaczyński i prawica kulturowa wyciągają wnioski z przebiegu walki politycznej w ostatniej dekadzie. Prawica wygrała politycznie dopiero po tym, jak wygrała na poziomie społeczeństwa obywatelskiego – w mediach, w organizacjach społecznych, na ulicy.

Kościół Rydzyka; ruchy antyaborcyjne związane z innymi konserwatywnymi nurtami w polskim Kościele; nowe prawicowe media „tożsamościowe” dysponujące zapleczem finansowym SKOK-ów; narodowcy (silni właśnie jako ruch społeczny, zdolny do formowania i werbunku młodzieży, bo jako struktura polityczna zawsze byli kiepscy); do tego Elbanowscy i ich ruch „ratowania maluchów” przed świecką liberalną szkołą i przed świeckim państwem, kluby Gazety Polskiej, Solidarni 2010… – całe to prawicowe społeczeństwo obywatelskie najpierw zadało wiele bolesnych wizerunkowych i ciosów rządzącej Platformie Obywatelskiej, a potem pomogło zdobyć władzę Kaczyńskiemu. Polscy liberalni mieszczanie (my mieszczanie) sądzili (sądziliśmy), że wystarczy co 4 lata chodzić na wybory. Okazało się, że nie wystarczy.

Dopiero po przegranych przez liberalną Polskę wyborach narodził się KOD, czyli pierwsza tak autentyczna i żywa struktura liberalnego społeczeństwa obywatelskiego w Polsce – chyba w ogóle po roku 1989, a na pewno w ostatniej dekadzie. To trening KOD-u przygotował późniejszy sukces „czarnego protestu”. To osłabienie KOD-u podcięło skrzydła obywatelskim protestom przeciwko dalszym próbom zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, przeciwko likwidacji gimnazjów i w ogóle – przeciw zaciskaniu się partyjnej i ideologicznej kontroli nad życiem Polaków i Polek.

Także Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy bije od 2016 roku kolejne rekordy zebranych pieniędzy, bo stała się dla wielu Polaków formą publicznej deklaracji, że nadal chcą żyć i działać w świeckim (co wcale nie znaczy – wrogim religii) społeczeństwie i państwie. Z kolei każdy nawiedzony prawicowiec czy fundamentalista nienawidzi KOD-u czy WOŚP-u tak samo jak Schetyny, Lubnauer, PO i Nowoczesnej. Prawica wie doskonale, że to zmobilizowane ruchy społeczne zapewniły PiS-owi władzę. I tylko mobilizacja liberalnego społeczeństwa obywatelskiego pozwoli odzyskać władzę liberalnej opozycji partyjnej. Dlatego Mariusz Kamiński czy Zbigniew Ziobro rozpracowanie i wizerunkowe zniszczenie KOD-u czy WOŚP-u uważają za taki sam priorytet, jak rozpracowanie i zniszczenie Platformy.

Sojusz tylko doraźny

Prawica kulturowa, skupiona na „wojnie cywilizacji” przeciwko Polsce liberalnej i świeckiej, pomogła Kaczyńskiemu zdobyć polityczną władzę. Kaczyński, swoim czysto politycznym sukcesem, utorował prawicy kulturowej drogę do dalszego przejmowania społeczeństwa, a Kościołowi Rydzyka do dalszego przejmowania całego Kościoła katolickiego w Polsce. Ten sojusz, który przyniósł korzyść obu stronom, jest jednak sojuszem doraźnym. Kaczyński nie chce mieć społeczeństwa obywatelskiego w ogóle, nawet „narodowego” czy „katolickiego”. On uderza w liberalne i świeckie społeczeństwo obywatelskie, aby zrealizować swoją obsesję koncentracji władzy politycznej w ręku własnym i swojej partii.

Kaczyński wie jednak doskonale, że PO czy Nowoczesna pozbawione zmobilizowanego społecznego zaplecza staną się bezsilną „opozycją kontrolowaną” (jak na Węgrzech czy w Rosji). Będą wygodnym alibi wobec zarzutów o brak demokracji, jednak nigdy nie wygrają wyborów, a później nawet przestaną wchodzić do parlamentu. Po zniszczeniu liberalnego społeczeństwa wyparują liberalne partie (liberalno-konserwatywne, socjalliberalne). Nawet najbardziej konserwatywni w opozycji Kazimierz Michał Ujazdowski czy Paweł Zalewski będą mogli chodzić wyłącznie do prawicowych mediów różnych odcieni (bo innych ma nie być) tłumacząc się, co ich łączy z „lewacką” Platformą.

Taki jest cel Kaczyńskiego, czysto polityczny, skoncentrowany na władzy. Tymczasem prawica obyczajowa i religijna, specjalizująca się w „wojnie kulturowej”, chce zniszczyć świeckie i liberalne społeczeństwo w Polsce, by całkowicie zastąpić własnym społeczeństwem obywatelskim. PiS wykonuje robotę z punktu widzenia „kulturowej” prawicy skrajnie pożyteczną, a mimo to wzajemne napięcia widoczne są na każdym kroku. Dla Kaczyńskiego obsadzenie partyjnymi nominatami spółek skarbu państwa, „zrepolonizowanych” banków i instytucji finansowych to kolejne narzędzie etatyzmu, koncentrowania pełni władzy w swoich rękach. Jednak dla większości samych nominatów, wywodzących się z rozmaitych instytucji prawicy narodowej czy wyznaniowej sprawa wygląda inaczej. Oni nigdy nie mieli pretensji do kapitalizmu nomenklaturowego, opartego na politycznych przywilejach, jako do zasady. Oburzało ich jedynie to, że promował „liberałów i postkomunistów”, a nie „katolików i prawicowców”, czyli właśnie ich. Etatyzm Kaczyńskiego to dla nich szansa na polityczne uwłaszczenie, w potem wyjście – z kilkuset tysiącami albo kilkoma milionami złotych,  także z cennymi kontaktami biznesowymi – już do sektora prywatnego, także poza zasięg władzy Kaczyńskiego.

Lider PiS uderza w środowisko sędziowskie i w adwokaturę, żeby je całkowicie ubezwłasnowolnić wobec władzy czysto politycznej. Tymczasem dla prawicy „kulturowej”, Ordo Iuris, wyznawców Marka Jurka, sympatyków Gowina – wojna Kaczyńskiego jest okazją, by zastąpić liberalnych i świeckich adwokatów czy sędziów przez „prawników pobożnych”, realizujących w praktyce orzekania już nawet nie naukę społeczną Kościoła, ale brutalny fundamentalizm.

Wspólnych interesów jest tyle, że na razie sojusz ciągle się trzyma. Kaczyński uważa, że jego „wyznaniowi” sojusznicy pomogą mu zniszczyć liberalne społeczeństwo obywatelskie, ale on nie pozwoli im zastąpić go własnym, które też stałoby się niezależne od jego osobistej politycznej kontroli. Z kolei dla Jurka, dla ludzi z Opus Dei, dla Gowina, Rydzyka… Kaczyński to skuteczny taran, ale także trochę „pożyteczny idiota”, który w imię osobistych ambicji i anachronicznej wizji wszechobecnego państwa z połowy ubiegłego wieku, pomoże nowoczesnej kulturowej prawicy zniszczyć w Polsce liberalne i świeckie społeczeństwo obywatelskie, które oni zastąpią. A wówczas użyteczność Kaczyńskiego się skończy, a jemu samemu pozwoli się spokojnie odejść. Jak jakiemuś dziewięćdziesięcioletniemu Piłsudskiemu dożywającym swoich lat w domu spokojnej starości w Sulejówku. Kiedy krajem już będzie rządził Rydzyk i ONR.

W Polsce 2018 największe widoki na sukces daje polityka. Żaden lekarz ani informatyk nie może się pod tym względem równać z delegatami suwerena na najwyższe państwowe urzędy oraz ich kumplami z podstawówki, kierowcami, sekretarkami i rodziną. Pytanie, jak zostać takim politykiem albo chociaż znajomym polityka z widokami na posadę – dajmy na to – prezesa Orlenu lub szefowej TK? Bo w żadnych szkołach, a już zwłaszcza zreformowanych przez minister Zalewską, takich rzeczy nie uczą.

No, nie uczą (boją się konkurencji?), ale to nic nie szkodzi, bo uczyć się trzeba – wiadomo – od najlepszych. Tymczasem w dziedzinie skutecznej walki o władzę nikt może się równać z byłym prezydentem RP, znanym Narodowi z obalenia – wraz z bratem – komuny, przywrócenia Polsce niepodległości oraz innych wybitnych dokonań patriotycznych, o których zaświadczają najlepiej Jego pomniki w każdym mieście – śp. Lecha Kaczyńskiego!

W tej sytuacji nieznany dotąd szerzej wywiad z „profesorem” Kaczyńskim, do którego dokopała się – publikując go na głównej stronie – „Gazeta Wyborcza”, powinien natychmiast zostać wydrukowany w formie broszury i rozdawany suwerenowi, jak – nie przymierzając – tekst Konstytucji kolportowany przez KOD-owców. A wersja grawerowana w marmurze powinna zostać wyeksponowana tuż obok pomnika Lecha Kaczyńskiego, co go teraz budują nieopodal „Schodów do Nieba”. Jak „manifest” Rockefellera w Rockefeller Center, co najmniej. Bo to dokument o historycznym znaczeniu. Współczesny podręcznik dochodzenia do władzy, tym się różniący od innych podobnych, że sprawdzony w praktyce! Uwieńczony pełnym sukcesem, którego skutków właśnie jesteśmy świadkami.

Jak wynika z owego wiekopomnego wywiadu, politykiem może zostać – w zasadzie – każdy. Tym bardziej, że zdobywanie i sprawowanie władzy nie wymaga żadnych szczególnych kwalifikacji w rozumieniu wykształcenia, doświadczenia, predyspozycji wreszcie. Nawet – można by sądzić – wręcz przeciwnie, czego dowodem są rządowe i urzędnicze kariery prostych magistrów (a nawet absolwentów szkół zawodowych, które – jak stąd wynika – nie mają sobie równych w całym Uniwersum). Nie trzeba też – przynajmniej na początku – żadnych protektorów ani ważnych znajomości. Te przyjdą z czasem.

Niemniej jakieś kwalifikacje na polityka trzeba mieć. Są to – w kolejności ich znaczenia – ogromna ambicja, gorące pragnienie sukcesu własnego i pognębiania przeciwników oraz – no cóż – konsekwentny pragmatyzm. W tym sensie, że cel – zdobycie i sprawowanie władzy – uświęca wszelkie prowadzące do niego środki.

Posiadanie poglądów bądź kierowanie się ogólnie pojętym „dobrem wspólnym” czy przyszłością (kraju, wspólnoty etc.) to… wielka przeszkoda w dochodzeniu do władzy. Podobnie jak lojalność wobec byłych sojuszników. Ci zresztą są potrzebni tylko do tego, by polityka wprowadzili w swoje środowiska i struktury. Potem należy zająć ich miejsce, a ich samych – wyeliminować. Wielkie idee i wielkie słowa są dla elektoratu oraz „pożytecznych idiotów”, którzy gotowi są służyć państwu „dla idei”. Ale cóż – naiwniaków nie sieją…

W drodze do władzy trzeba się też – no cóż – sprzymierzać z każdym, kto może się przydać, nie zważając na drobiazgi w rodzaju manier, sposobu bycia, mentalności, upodobań czy – generalnie – ogłady. Za takie sojusze trzeba też czasem zapłacić obietnicami o charakterze materialnym (dotacje z budżetu, korzystne ustawy, intratne posady dla swoich) lub ideologicznym. No, ale nie ma przecież takiej ceny, której ambitny polityk nie zapłaciłby za upokorzenie swoich adwersarzy oraz „miejsce w historii”.

Jakie? A to już jakby mniej istotne. Podobnie, jak zupełnie nieistotne są ministerstwa, urzędy i funkcje, które sprawuje się po drodze na najwyższe stanowiska w państwie. To tylko szczeble „drabiny prestiżu” służące, by wspiąć się „jak najwyżej”. Ku chwale naszej i naszych kolegów.

Motywacje polityka, aby mógł skutecznie zdobyć władzę, muszą więc być osobistej, charakterologicznej natury. Bo „propaństwowiec”, widząc, że sprawy idą w złym kierunku, odpuści. Odpuści także karierowicz i wreszcie „geszefciarz”, bo i dla łasych na kasę niektóre interesy są jednak nieopłacalne. Ale „ambicjonat” napędzany przekonaniem, że mu „się należy”, poczuciem krzywdy, pragnieniem zemsty na prawdziwych i domniemanych wrogach oraz przekonaniem o osobistej „wielkości” – nie odpuści nigdy. Sprzymierzy się z każdym, zapłaci dowolną cenę, zgodzi się na wszystko, by – choćby i po politycznych trupach – dopiąć celu i stanąć „na szczycie”.

Inni się – niestety – nie nadają. Do niczego w polityce nie dojdą, a też – niczego nie osiągną. Ale i dla nich jest nadzieja. Bowiem „profesor” Kaczyński widzi jeszcze jedną ścieżkę kariery, na której można osiągnąć prestiż, wpływy, znaczenie, „rząd dusz” – równoważny pozycji rządzących. To – mianowicie – dziennikarstwo. „Poręczne narzędzie” propagandy, wspomagającej polityka w jego drodze do władzy. Znaczenie ma tu zwłaszcza pozycja redaktora naczelnego, odpowiadająca stanowisku – co najmniej – ministra. Co poniekąd tłumaczy obsesję polityków na punkcie mediów i przyczyny, dla których w aktualnych prawicowym pandemonium, w roli naczelnika lewackiego piekła został obsadzony Adam Michnik. Takim „michnikom” już wkrótce partia aktualnie rządząca powie więc swoje stanowcze „nie”.

Bo władza przechodzi z rąk do rąk, a jedno się nie zmienia. Jak dowodzi choćby najnowszy przypadek posła Pięty, polityka, podobnie jak natrętną muchę, wciąż najłatwiej „zabić”… „Gazetą”. Ewentualnie „Faktem”.

Bożena Chlabicz-Polak

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o Pięcie.

Jest jakaś granica, poza którą wypowiadać się powinni wyłącznie psychiatrzy.

Posła PiS Stanisława Piętę, surowego cenzora wszelkich niemoralnych zachowań, napadła i wielokrotnie zgwałciła niejaka Izabela Pek. Dla zrealizowania swoich nieobyczajnych zachcianek ta była modelka posłużyła się prawdopodobnie narkotykiem lub środkami farmakologicznymi o długotrwałym działaniu, które do dziś mają widoczny wpływ na wypowiedzi i reakcje pana posła. Ustalono, że Izabela Pek została podstawiona przez niemieckie służby specjalne, zainstalowane w polskojęzycznym tygodniku „Wprost”. Była to zemsta za ostrą krytykę Niemiec, z którymi zresztą poseł Pięta nigdy się nie patyczkował.

W próbie skompromitowania jednego z najbardziej uczciwych przedstawicieli partii rządzącej, wysoce moralnego katolika, który nieraz dawał dowody najwyższych standardów etycznych, uczestniczyły prawdopodobnie również służby rosyjskie, zainteresowane zmianą władzy w Polsce na bardziej przychylną Putinowi. Nie bez powodu przecież rzeczona pani Pek omotała także Marcina Horałę, trójmiejskiego posła PiS, aspirującego obecnie do stanowiska szefa sejmowej komisji śledczej ds. wyłudzeń VAT-u. To dzięki jego wyłudzonemu poparciu trafiła do „Dudabusu”, którym jeździła po Polsce z kandydatem PiS na prezydenta. Liczne fotografie dowodzą, że czuliła się do niego, usiłowała omotać Andrzeja Dudę i uniemożliwiała innym dostęp do przyszłego Prezydenta RP. To przecież klasyczny sposób postępowania wyszkolonej agentki wpływu…

***

Powyższy opis nie jest prześmiewczym wytworem mojej robaczywej wyobraźni. To zlepek prawdziwych argumentów i opinii, wygłoszonych ze śmiertelną powagą przez samego zainteresowanego oraz jego partyjnych koleżanek i kolegów. Nie zasługują na poważną replikę człowieka myślącego, bo przecież jest jakaś granica, poza którą wypowiadać się powinni wyłącznie psychiatrzy. Zanim jednak wzruszymy ramionami i zapomnimy o sprawie, spróbujmy na chwilę zamknąć oczy i wyobrazić sobie, co by się działo, gdyby podobna wywrotka życiowa zdarzyła się któremuś z liderów dzisiejszej opozycji. Widzicie te wielkie tytuły na pierwszych stronach prorządowych gazet? Słyszycie te wypowiedzi wstrząśniętych przedstawicieli władz? A potem długie dysputy w publicznych mediach elektronicznych i srogie napominania wygłaszane z ambon przez księży, którym podobne bezeceństwa nigdy nawet przez myśl by nie przeszły…

Komentatorzy zachodzą w głowę, jak to możliwe, że mimo wielu kompromitujących afer poparcie dla PiS utrzymuje się na poziomie porównywalnym z poparciem wyborczym. Cóż, może właśnie dlatego, że cywilizowani Polacy, potykając się o idiotyzmy urągające zdrowemu rozsądkowi, odwracają się z zażenowaniem, pozostawiając opisanie tych zjawisk psychiatrom, historykom i oczywiście pisarzom?

W literaturze znaleźć można wiele postaci Katonów folgującym tym własnym skłonnościom, które z oburzeniem piętnują u innych. Wielu jest bohaterów o zdezelowanej busoli moralnej. Jest wśród nich niejaki Piętaszek, czasowo zawieszony w prawach plemienia kanibali. On także nie dysponował zbyt stabilną konstrukcją norm etycznych i gubił się definiując dobro i zło. Ale był przy tym sympatyczny i miły. Owszem, ludożerca, ale jak się postarać, to nawet kanibalizm da się jakoś oswoić.

Waldemar Mystkowski pisze o nowym pełnomocniku Mateusza Morawieckiego.

Mateusz Morawiecki nie ma zgody prezesa na rekonstrukcję rządu, więc zaczyna konstruować go poprzez kooptację. Odbywa się to na poziomie niższym niż konstytucyjni ministrowie, niemniej do czynienia mamy z przerostami administracji rządowej, jakich wcześniej nie było.

Nie podnosi to poziomu rządzenia, bo PiS ma kadry wybitnie marne. O takich urzędnikach mówi się, że są „z łapanki”, a jest ich tak dużo, że trzeba tworzyć synekury, aby zaspakajać apetyty aparatu partyjnego. Nie ma się co dziwić, bo okazja, aby się nachapać już może się nie zdarzyć. Dowartościowywani są wszyscy – od sprzątaczek do kierowców włącznie. Jakie więc będą te nowe elity? Ano takie, elity sprzątaczek, elity kierowców, bo te rzeczywiste same się kształtują, w wypadku wyciągania ich za uszy z kapelusza są li tylko pseudoelitami.

Morawiecki utworzył nowe stanowisko w rządzie – pełnomocnika ds. rozwoju gospodarczego. Ki diabeł? W tym rządzie są aż trzy resorty zajmujące się gospodarką, czego do tej pory nie było. Jakie uzyskuje kompetencje ten nowy pełnomocnik? Otóż ma formułować propozycje, których celem jest efektywna realizacja strategicznych projektów inwestycyjnych, umieszczać je w kierunkach rozwoju, w programach i strategii gospodarczej rządu. Ma też zajmować się praktykami korporacyjnymi w zarządzaniu mieniem państwowym.

W komunikacie KPMR można więcej przeczytać tego bleblania, ale krótko pisząc chodzi o pijar, na przełożenie propagandy gospodarczej rządu Morawieckiego na narzędzia komunikacji na konferencjach prasowych. Morawiecki będzie się chwalił nowymi mostami i tę własną chwałę unaoczniał gawiedzi poprzez prezentację w PowerPoint.

To będzie dzieło tego nowego pełnomocnika ds. rozwoju gospodarczego. Wiemy, kto nim został? Mianowicie Cezariusz Lesisz. A kto to? I tu ręce opadają. Kierowca bombowca. Wróć! Wykreślamy bombowca i zostaje nam kierowca. Lesisz jest kierowcą i robił za furmana u ojca premiera, Kornela Morawieckiego.

Taki awans. Wszak po nocach mógł uczyć się obsługiwać PowerPointa i już ma wykuty na blachę. Nawoził się Kornela Morawieckiego, nasłuchał jego poglądów o wyższości narodu nad prawem (tak, tak – to nawet coś więcej niż nacjonalizm), przyszedł czas na awans do nowej pseudoelity.

Gwoli ścisłości Lesisz jest absolwentem Politechniki Wrocławskiej na Wydziale Mechanicznym. Raczej z gospodarką nie ma wiele wspólnego. Za to kolekcjonuje synekury, bo oprócz nowej ciepłej posadki zasiada na dwóch innych – mianowicie jest przewodniczącym Rady Nadzorczej Totalizatora Sportowego oraz wiceszefem Rady w Agencji Rozwoju Przemysłu.

Do dwóch wcześniejszych pensji dorzuci nową, może niezbyt popłatną, bo tylko 14 tys. zł, ale grosz do grosza i na konto miesięcznie spływają mu dziesiątki tysięcy. Cezariusz jest zatem przykładem nowej elity dojnej zmiany, jest przyssany do trzech cycków.

Partia rządząca wraca do porzuconego jakiś czas temu pomysłu dekoncentracji mediów. Ma do tego dojść jeszcze przed wyborami samorządowymi. Bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego powiedział „Dziennikowi Gazecie Prawnej”, że prezes podjął już wstępną decyzję w tej sprawie, a partia czeka, aż potwierdzi to po wyjściu ze szpitala.

Co tak zabolało prezesa PiS (poza oczywiście kolanem)? Według „DGP”, przede wszystkim „wojna” mediów prywatnych z rządem, niewłaściwe – zdaniem Kaczyńskiego – relacjonowanie m.in. przez TVN protestu osób z niepełnosprawnościami, a ostatnio sprawa skandalu z udziałem posła Stanisława Pięty.

Tę ostatnią ujawnił „Fakt”, wydawany przez Ringier Axel Springer Polska, część niemiecko-szwajcarskiego koncernu. – „Hahaha, naprawdę @pisorgpl myślicie, że tak zamkniecie nam usta? Raczej przeciwnie” – skomentował na Twitterze Mikołaj Wójcik z „Faktu”. A Sławomir Wikariak z „Dziennika Gazeta Prawna” dodał: – „Gdy nie będzie zagranicznych mediów, to żaden z posłów już nie zdradzi swej żony. Chyba że jakiś opozycyjny”.

A przecież posłanka PiS Krystyna Pawłowicz „ostrzegała” w lipcu ubiegłego roku. – „A po wakacjach weźmiemy się za was!” – rzuciła wtedy do dziennikarza w Sejmie. Ustawa uderzy przede wszystkim w media, w których duże udziały mają zagraniczne firmy.

Dlaczego pisowcy nie lubią Wyborczej? Za to, że bardzo często odkrywała ich plany. A teraz jest po ptakach, państwo szpagaciarze czy tam symetryści.

Propisowski dziennikarz Michał Karnowski odniósł się do wizyty premiera Mateusza Morawieckiego w Watykanie. Zareagowali internauci.

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: