Hairwald

W ciętej ranie obecności

Koniec PiS już bliski

Śledztwo prokuratury nie potwierdziło wersji funkcjonariuszy BOR, że kolumna miała włączone sygnały dźwiękowe i świetlne – twierdzi „Rzeczpospolita”. O braku tych pierwszych mówił „Wyborczej” Sebastian K., oskarżony o spowodowanie wypadku z rządowym audi, którym jechała była premier Beata Szydło.

>>>

>>>

>>>

Kiedy Antoni Macierewicz pełnił funkcję szefa MON, współpracował z Edmundem Jannigerem. Poseł PO Sławomir Nitras przyuważył polityka PiS w towarzystwie swojego byłego doradcy w Szczecinie.

Antoniego Macierewicza i Edmunda Jannigera zauważył w Szczecinie poseł PO. Były szef MON i jego były doradcy przyjechali najprawdopodobniej na uroczystość odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego, na której pojawili się m.in. premier Mateusz Morawiecki, szef MON Mariusz Błaszczak oraz marszałek Sejmu Marek Kuchciński. Sławomir Nitras zrobił zdjęcie Macierewiczowi i Jannigerowi i udostępnił je na Twitterze z komentarzem: „Gość w dom, Bóg w dom. Tacy goście zawitali na Pogodno w Szczecinie”. W ostatnim czasie polityk PiS i Edmund Janniger byli również widziani w Nowym Jorku.

Niezwykła kariera Emunda Jannigera

O Edmundzie Jannigerze po raz pierwszy było głośno w listopadzie 2015 roku, kiedy to szef MON Antoni Macierewicz mianował go jednym ze swoich doradców. Po medialnym szumie wokół nowego doradcy ministra, na początku grudnia 2015 roku młody człowiek zrezygnował z tej funkcji i postanowił wrócić na uczelnię do Stanów Zjednoczonych. W grudniu 2016 roku wrócił jednak do MON, gdzie był współpracownikiem prof. Wojciecha Fałkowskiego. Oprócz funkcji w resorcie jest studentem Wydziału Administracji amerykańskiego Uniwersytetu Rutgers.

Jak czytamy na stronie internetowej 21-latka, swoją działalność polityczną rozpoczął on u boku ministra Macierewicza, pracując jako asystent. Pomagał mu w rozwoju stanowisk politycznych i inicjatyw legislacyjnych dotyczących stosunków transatlantyckich. Janniger sprawował również funkcję wiceszefa okręgowego sztabu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości w okręgu nr 10 – piotrkowskim.

Niektóre wyjazdowe spotkania polityków PiS w ramach kampanii samorządowej nie należą do najłatwiejszych. W sobotę do niecodziennej sytuacji doszło podczas spotkania w Jarosławiu na Podkarpaciu.

W sobotę 16 maja w Jarosławiu, w klasztorze Sióstr Benedyktynek zaplanowano spotkanie posła Stanisława Piotrowicza. W rozmowach z politykiem PiS chcieli uczestniczyć członkowie grupy Rebelianty Podkarpackie, o których było głośno za sprawą incydentów podczas spotkań z szefem MON Mariuszem Błaszczakiem oraz wicemarszałkiem Sejmu Ryszardem Terleckim. – Chcieliśmy zapytać posła Piotrowicza m.in. o to, dlaczego na posiedzeniach komisji sprawiedliwości obrady są prowadzone knajackim językiem i dlaczego przedstawiciele partii rządzącej, którzy używają takiego języka, nie są pociągani za to do odpowiedzialności – tłumaczyli członkowie grupy w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Przed spotkaniem okazało się, że nie mogą w nim brać udziału media, nie zezwolono również na jego transmisję w internecie. Z relacji „Gazety Wyborczej” wynika, że w pewnej chwili zaproponowano wyjście na modlitwę. Część osób miała wyjść z sali. Poseł PiS nie wszedł do pomieszczenia, gdzie miało odbyć się spotkanie, tylko udał się w głąb budynku, co oznacza, że spotkanie odbyło się w zupełnie innym miejscu i wstęp na nie miała tylko grupa osób.

„Nie ma żadnej cenzury”

Na początku czerwca krzyki i transparenty towarzyszyły spotkaniu Stanisława Piotrowicza z mieszkańcami Pyrzyc w woj. zachodniopomorskim. Jednym z poruszanych tematów była reforma sądownictwa. Przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka przekonywał, że uderzająca była wcześniejsza niesprawiedliwość władzy sądowniczej i jej arogancja. – Na to zwracano uwagę w wielu pismach, w wielu skargach. Dlatego też przyjęliśmy, że reforma wymiaru sprawiedliwości jest nieodzowna. Tym bardziej, że po 1989 roku nikt takiej reformy nie przeprowadził – tłumaczył Piotrowicz. W pewnym momencie jeden z uczestników spotkania zapytał Piotrowicza, czemu „przyjmowane są pytania tylko na kartkach”. Poseł odparł, że taka została przyjęta forma. Mężczyzna dociekał jednak, mówiąc: „Pan poseł powiedział, że nie boi się niewygodnych pytań”. – Nie ma żadnej cenzury, to kwestia czasami powtórzenia tego pytania – odparł Piotrowicz.

„I pan był wtedy oprawcą”

– Pan mówił o tym, kto jest katem a kto ofiarą. Czemu pan wybiórczo wraca do historii? Czemu pan nie cofnie się do ’81 roku, kiedy pan był prokuratorem stanu wojennego? I pan był wtedy oprawcą – wykrzyczał do Piotrowicza mężczyzna, przy wtórze podniesionych głosów innych uczestników spotkania. – Mi się wydaje, jakbym się z panem już spotkał gdzieś na innym spotkaniu. Jest taka grupa, która jeździ ze mną po to, żeby mącić i jątrzyć. I rodzi się pytanie, czyje interesy tacy ludzie prezentują – odpowiedział poseł Prawa i Sprawiedliwości. Wówczas wśród publiczności pojawiły się transparenty „Precz z komuną”, „Pycha i szmal” i „Towarzysz Piotrowicz”.

Maziarski widzi koniec PiS.

Do niedawna PiS hipnotyzował naród, prężąc muskuły. Teraz zaczął biadolić: „biją nas i nie dają nam rządzić”.

Wygląda na to, że apogeum „dobrej zmiany” mamy za sobą. Teraz już powinno być z górki. W wystąpieniach polityków i propagandystów obozu rządzącego wyraźnie słychać zmianę tonacji – znikły dominujące do niedawna arogancka pewność siebie i triumfująca buta, a zamiast nich pojawiły się nuty zdradzające bezradność, konsternację, zagubienie. PiS zaczął się kajać, przepraszać i tłumaczyć.

– „Musieliśmy się mierzyć z coraz bardziej totalnymi atakami coraz bardziej totalnej opozycji, która zatraciwszy wszelką miarę i jakże często elementarną przyzwoitość, nie cofała się przed niczym i formułowała skrajnie absurdalne oskarżenia pod naszym adresem” – biadolił Jarosław Kaczyński w liście do zjazdu Klubów „Gazety Polskiej”, dodając: – „Nie ma też co ukrywać, że zdarzały nam się, niestety, i błędy. Ale też należy stwierdzić, iż potrafiliśmy się do nich przyznać oraz – co nie mniej ważne – zarówno je naprawić, jak i wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość”.

– „Nawet jak się potykamy, to potykamy się dobrym potykaniem i wstajemy, przepraszamy, jeśli jest błąd” – wtórował mu premier Mateusz Morawiecki. Jego wystąpienie na spotkaniu z Klubami „Gazety Polskiej” było jedną wielką litanią żalów i skarg na „śmiertelnych wrogów Polski”, którzy biednemu rządowi nie dają żyć ani pracować.

Już nie wystarczy nie kraść

Do niedawna PiS mobilizował zwolenników, prężąc muskuły, demonstracyjnie łamiąc prawo i wmawiając opinii publicznej, że nikt mu się nie oprze. Przekonywał, że nie ma takiego projektu, którego by nie był w stanie zrealizować. Ktoś twierdzi, że czegoś nie da się zrobić? „My pokażemy, że Dobra Zmiana wszystko może. Yes, we can, wystarczy tylko nie kraść”.

Teraz rządzący biorą wyborców na litość: „chcieliśmy dobrze, ale wrogowie nam nie pozwalają. Platforma Obywatelska, kasta sędziowska, Obywatele RP, kobiety, niepełnosprawni, studenci – wszyscy nas biją, prześladują i sypią piasek w tryby. To podłość. Jesteśmy biedne misie”.

Ludzie władzy zaczęli się więc tłumaczyć i usprawiedliwiać – a przy okazji plątać w zeznaniach. Oto minister zdrowia Łukasz Szumowski powiedział, że nieprawdziwe są zarzuty, jakoby Jarosław Kaczyński trafił do szpitala poza kolejką: – „Zaręczam, że był przyjęty w takim samym trybie jak pan, ja, czy ktokolwiek z Polski, dlatego, że to był stan, który zagrażał jego życiu”. Ale przecież dopiero co słyszeliśmy, że pan prezes poszedł na rutynowy i od dawna planowany zabieg kolana. Skąd więc nagle „zagrożenie życia”? Ktoś tu kręci i widać to na kilometr.

Tłumaczyć zaczęli się też medialni najemnicy reżimu, tacy jak Krzysztof Ziemiec, firmujący swą twarzą kłamstwa oficjalnej propagandy. W czasie wykładu dla studentów dziennikarstwa nieoczekiwanie stwierdził, że polskie media „są w agonii” i oświadczył, że „nie ma już niezależnych dziennikarzy”. Formułując tę nieprawdziwą tezę, najwyraźniej chciał zrelatywizować własną winę i uciszyć dręczące go wyrzuty sumienia. Poinformował też, że przeżył kilku prezesów w TVP i liczy, że przeżyje jeszcze kolejnych, co trudno odczytać inaczej niż jako wyraz nadziei na zmianę władzy w mediach publicznych i w Polsce.

Nawet skrajnie twardogłowi funkcjonariusze aparatu propagandy uderzyli w ekspiacyjne tony. Oto Michał Karnowski w gruncie rzeczy przyznał, że zarzuty wysuwane pod adresem politycznych gangsterów, którzy opanowali telewizję publiczną, nie są wyssane z palca: – „Jasne, że można by to pewnie robić lepiej, ciekawiej, mądrzej, ale to teoria. Praktyka jest taka, że wściekły atak większości mediów komercyjnych nie zostawia miejsca i tlenu na jakiś manewr”. Czyli, przekładając to ezopowe zdanie na język polski: „Niemiłosiernie nas cisną, więc nie mamy wyboru – musimy łgać, manipulować, szczuć”.

PiS-owski walec ugrzązł

Jednocześnie w potężnym monolicie, jakim początkowo był obóz władzy, pojawiły się wyraźne szczeliny i pęknięcia. Wpływowa do niedawna smoleńska sekta Antoniego Macierewicza została zepchnięta na margines. Coraz bardziej wyłamuje się ze wspólnego frontu ośrodek prezydencki, którego chaotyczne ruchy sprawiają wrażenie kompletnej amatorszczyzny. Absurdalna inicjatywa referendum konstytucyjnego spotkała się z miażdżącą krytyką nie tylko ze strony opozycji i już dziś można przewidzieć, że najprawdopodobniej zostanie utrupiona głosami senatorów PiS. Wyraźnie widać zaciętą walkę o wpływy i pozycję między premierem Mateuszem Morawieckim a ministrem Zbigniewem Ziobrą.
W ten oto sposób potężny walec PiS-u, który jeszcze niedawno niepowstrzymanie parł przed siebie, nie zwracając uwagi na sprzeciwy i miażdżąc wszystko na swej drodze, ugrzązł w miejscu. Jego silnik wciąż jeszcze groźnie warczy, a z rury wydechowej buchają czarne kłęby spalin, ale ta piekielna machina, budząca respekt przeciwników i nabożny podziw zwolenników, nie posuwa się do przodu. I zapewne już nigdy nie ruszy z miejsca.

– „Nie wierzcie w wielkie newsy o wielkich planach reform. PiS jest już w trybie przedwyborczym” – pisze Michał Karnowski w tygodniku „Sieci”, dodając, że przed wyborami władza nie podejmie już żadnego projektu antagonizującego jakąkolwiek grupę wyborców. Dlatego zdjęto z porządku dziennego co najmniej dwa projekty ustaw: o zakazie hodowli niektórych zwierząt futerkowych oraz o abonamencie radiowo-telewizyjnym. – „Także repolonizacja czy deregulacja mediów w formule debatowanego wcześniej projektu ustawy nie będzie na razie rozważana” – prognozuje Karnowski.

Tak rozwiewa się mit wszechmocnej „dobrej zmiany”, w który uwierzyły miliony. Ten mit zahipnotyzował Polaków i wydał nasz kraj na łup bezwzględnej szajki politycznych gangsterów. Czy zdołają zachować władzę, gdy wielu wyborców otrzeźwieje?

Takie procesy mają sporą inercję, więc pewnie jeszcze trochę potrwa, zanim hipnoza całkowicie ustąpi, jednak do wyborów powinno się nam wyraźnie poprawić. Bądźmy dobrej myśli.

Waldemar Mystkowski pisze o dyskwalifikacji polityków PiS – nie nadają się do reprezentowania Polski.

Żółte papiery otrzymują ci, którym buksuje rozum, mają nierówno pod sufitem. Jest jeden wyjątek na świecie: na żółtych kartkach w notesach piszą adwokaci w USA. Wiadomo, że za Atlantykiem jest to zawód ryzykowny – albo jesteś milionerem, albo kończysz w wariatkowie.

Polacy dołączają do prawników amerykańskich i to nad wyraz oryginalnie, bo od razu z zielonymi papierami. A wymyślił je Marek Kuchciński. Nie jest to człowiek twórczy, a wręcz przeciwnie. Nawet jak ma cokolwiek powiedzieć, musi posługiwać się kartkami. Jest na nich zapisane: „dzień dobry” – Kuchciński mówi „dzień dobry”. Jak sam od siebie ma coś powiedzieć, to wychodzi mu: „yyy… odszczurzanie”.

Pisanie pism urzędowych do siebie Kuchciński nakazał na zielonym papierze. Możliwe, że jest daltonistą, umysł ma na pewno daltonisty, nie tylko z powodu właściwości, ale braku rozróżnienia jakichkolwiek subtelności, które nabywają ludzie mający co najmniej IQ 72, iloraz, który miał Forrest Gump.

Czy na zielonym papierze Kancelaria Sejmu w imieniu Kuchcińskiego złożyła zamówienia na 220 kg krewetek, 50 kg owoców morza, 25 kg muli, 25 kg małży św. Jakuba, 15 kg kalmarów i 5 kg kawioru? Pewnie – tak. Bo na zwykłym papierze składa się zamówienia na bigos polski, białą kiełbasę, kotlet mielony, golonkę i gołąbki.

Kuchcińskiemu zatem należy się więcej niż żółta kartka, bo czerwona – i słusznie opozycja chce jego odwołania. Gdyby taki zawodnik znajdował się na boisku, zostałby wykluczony i odesłany do szatni, aby nie plamił honoru zawodnika, w tym wypadku, aby Kuchciński nie plamił imienia Polaka – a przynajmniej polityka.

Kuchciński jest drugim obywatelem w Rzeczpospolitej. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński zostałby głową państwa. Polacy, zdajecie sobie sprawę, że reprezentowałby was człowiek od kartek, na których jest zapisane „dzień dobry”, aby nie powiedział od siebie „yyy… odszczurzanie”?! Kuchcińskiemu zatem należy pokazać czerwoną kartkę i w języku dla niego zrozumiałym rzec: „do swidania”.

Inny obywatel tego kraju – czwarty – premier Mateusz Morawiecki dzień w dzień winien za swoją grę z faulami otrzymywać czerwone kartoniki. Orżnął niepełnosprawnych – co było do przewidzenia – nie zaprosił nikogo z niedawno protestujących w Sejmie do Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”, gdzie się chwalił, jak to jego rząd rozwiązuje problemy niepełnosprawnych. Tak cygani Morawiecki. Nie tylko czerwona kartka należy mu się za jawne oszustwo, ale przede wszystkim za przemoc, jaką stosuje wobec tej grupy poszkodowanych.

Morawiecki zasłużył na wykluczenie ze wspólnoty, w której obowiązuje przestrzeganie umów społecznych, wykluczenie za kontynuowanie rujnowania wizerunku Polski, co objawi się niedługo na forum unijnym. Nasze państwo dostanie 23 proc. mniej środków unijnych z powodu nieprzestrzegania standardów demokratycznych.

Ale i to nie będzie najgorsze, bowiem Morawiecki prowadzi Polskę do Polexitu, do wykluczenia ze struktur unijnych, z cywilizacji Zachodu. Już jesteśmy pośmiewiskiem z powodu takich postaci jak premier i jego pan – Kaczyński. Z rozrzewnieniem będziemy wspominać, jak to sukcesem nazywano stosunek 1:27. Szydło dokonała gwałtu, a Morawiecki czegoś więcej – mordu na państwie prawa.

Czerwone i żółte kartki dla polityków obozu PiS to za mało. Oni winni być na zawsze wykluczeni z przestrzeni publicznej, jak kibole na Zachodzie. Nie spełniają jakichkolwiek standardów – demolują, przynoszą zniszczenie. Jak zaraza i plaga.

>>>

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: