Hairwald

W ciętej ranie obecności

Morawiecki hańbi imię Polski

Beata Szydło rok temu zapowiadała, żadnych podwyżek wody nie będzie.

>>>

A tymczasem…

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o zbliżajćej się klęsce PiS.

To miał być blitzkrieg – i wymiar sprawiedliwości, i media już dawno miały być pokonane i poddane kontroli władz.

Zaledwie tydzień temu opublikowałem tu artykuł, w którym postawiłem tezę, że „dobra zmiana” ostatecznie ugrzęzła i zapewne nie odzyska poprzedniej dynamiki, a już pojawiły się kolejne symptomy rozkładu. Oto w środę 20 czerwca Tadeusz Rydzyk w rozmowie z zaproszonym do studia Radia Maryja PiS-owskim banitą Antonim Macierewiczem zaczął grozić Andrzejowi Dudzie i PiS-owi odebraniem poparcia. Mówił, że „nie zamierza stać z opuszczonymi rękami”, domagał się utwardzenia linii politycznej, przyjęcia wyraziście antyeuropejskiego kursu, uchwalenia ustawy antyaborcyjnej. W rozmowie pochwalił Jana Szyszkę i Witolda Waszczykowskiego – ministrów, którzy zostali przez premiera zdymisjonowani.

Zwłaszcza odwołanie Szyszki, blisko związanego z obozem toruńskim, musiało Rydzyka zaboleć. Wprawdzie nowy minister rolnictwa Jan Ardanowski, który zastąpił Krzysztofa Jurgiela (ta dymisja to też objaw erozji partii władzy), cieszy się opinią polityka „radiomaryjnego”, lecz najwyraźniej jego nominacja nie wystarczyła, by udobruchać ojca dyrektora.

Patryk Jaki – brunatny wilk zakłada tęczową owczą skórę

W tym samym czasie ziobryści – środowisko do niedawna tworzące z Toruniem taktyczny alians w łonie obozu rządzącego – zaczęli zmieniać wizerunek i linię polityczną na bardziej umiarkowaną. Po części niewątpliwie jest to element taktyki przyjętej w czasie kampanii przed wyborami samorządowymi – Patryk Jaki, walcząc o prezydenturę w liberalnej, kosmopolitycznej i zlaicyzowanej Warszawie, musi dostosowywać głoszone hasła do politycznego profilu wyborców. Mówi więc, że jeśli tęcza na placu Zbawiciela zostanie odtworzona, to jej nie zburzy, nie wycofa się z miejskiego programu finansowania in vitro, nie będzie ingerował w szkolne programy edukacji seksualnej. Dystansuje się nawet od Mateusza Morawieckiego, mówiąc, że inaczej rozwiązałby sprawę reprywatyzacji niż PiS-owski premier.

Oczywiście, nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z tej zmiany tonacji. Nagłe i nieoczekiwane przeobrażenie brutalnych i żądnych władzy zamordystów w umiarkowanych i tolerancyjnych demokratów jest tylko grą na użytek wyborców – niemniej podjęcie tej gry ujawnia nam, jak widzi rzeczywistość i jak ocenia swe szanse Zbigniew Ziobro. Wygląda na to, że szeryf „dobrej zmiany” doszedł do wniosku, że dalsze prężenie muskułów i kokietowanie fanatycznej, skrajnej części elektoratu nie zapewni już sukcesu politycznego. Postanowił więc złagodzić linię, czyli zrobić rzecz dokładnie odwrotną niż ta, której domaga się Tadeusz Rydzyk.

Czy Zbigniew Ziobro wywiesił białą flagę?

Z tą zmianą narracji Solidarnej Polski w warszawskiej kampanii samorządowej idzie w parze zaskakująca nominacja sędziego Piotra Schaba na rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych. Schab cieszy się opinią dobrego sędziego, a przy tym człowieka o twardym kręgosłupie moralnym. Dowiódł tego chociażby w zeszłym roku, gdy jako zastępca rzecznika dyscyplinarnego przy warszawskim sądzie okręgowym odmówił ministrowi Ziobrze wszczęcia postępowania dyscyplinarnego przeciw znienawidzonemu przez „dobrą zmianę” sędziemu Wojciechowi Łączewskiemu, który w I instancji orzekł karę więzienia wobec byłego PiS-owskiego szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Medialni kibole władzy natychmiast okrzyknęli Schaba przedstawicielem wrogiej „sędziowskiej kasty”.

A jednak minister Ziobro właśnie jemu powierzył stanowisko, które w pierwotnych intencjach władzy miało służyć kontrolowaniu i represjonowaniu sędziów stawiających opór i niechcących orzekać tak, jak tego życzą sobie rządzący.

Co się stało? Skąd ta nagła zmiana? Dlaczego wilk zaczął udawać baranka? Może po prostu zrozumiał, że sytuacja jego watahy jest beznadziejna.

Czy czeka nas fala cudownych nawróceń na demokrację?

Idą wybory samorządowe, zaraz potem europejskie i parlamentarne. PiS zapewne przerżnie każdą z tych elekcji – tak jak do tej pory wbrew sondażom przegrywał niemal wszystkie samorządowe wybory uzupełniające w całym kraju. Co inteligentniejsi ludzie w obozie rządzącym chyba zaczynają sobie uświadamiać, że wojna została przegrana. Wprawdzie armia nie została jeszcze rozbita i walczy na froncie wschodnim, ale sądy okazały się PiS-owskim Stalingradem.

To miał być blitzkrieg – i wymiar sprawiedliwości, i media już dawno miały być pokonane i poddane kontroli władz. Polityczne przedpole przed kolejną kampanią wyborczą miało być oczyszczone tak, by nic nie mogło zagrozić pozycji obozu władzy.

Rok temu latem wściekła posłanka Krystyna Pawłowicz zapowiadała dziennikarzowi znienawidzonego Onetu: – „Po wakacjach zabierzemy się za was”. Bo przecież do końca tamtych wakacji sprawa sądów miała być już odfajkowana. Tymczasem właśnie zaczynają się kolejne wakacje, a sędziowie w całym kraju wciąż stawiają opór dyktaturze, zaś wolne media wciąż nagłaśniają ich walkę oraz ujawniają afery i demoralizację elit władzy.

Mimo przejęcia i zniszczenia niezależnej prokuratury i Trybunału Konstytucyjnego, mimo uchwalenia ustaw niszczących niezawisłość sądów, PiS-owska ofensywa ugrzęzła. Armia „dobrej zmiany” tkwi w okopach, a już za chwilę pewnie zacznie się cofać. Ci najbystrzejsi zaczynają więc rozumieć, że najwyższa pora zacząć się rozglądać za drogą ewakuacji i za zapewnieniem sobie – przepraszam – „dupokrytki”. Przecież po zmianie władzy przyjdzie czas rozliczeń.

Prognozuję więc, że w nadchodzących miesiącach coraz częściej będziemy świadkami cudownych nawróceń zamordystów na wiarę demokratyczną.

W niedzielę w Brukseli odbędzie się miniszczyt UE ws. uchodźców. Organizuje go szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker. Zanim Polska została jeszcze w ogóle zaproszona, polskie władze już zapowiedziały, że nie przyjadą. Tym samym potwierdziły swoją doktrynę w polityce zagranicznej: z nikim nie rozmawiać, odwoływać, bojkotować, chamsko atakować.

„Jeśli kogoś nie ma przy stole rozmów, to jest w karcie dań” – to powiedzenie od lat robiło karierę w polskiej polityce zagranicznej. Po doświadczeniach zaborów, II wojnie światowej i Polsce Ludowej celem polskich rządów po 1989 roku było siedzieć przy każdym stole, który mógł decydować o naszych losach. Tak w praktyce realizowaliśmy narodowe interesy, zwiększaliśmy nasze znaczenie na arenie międzynarodowej i przez to umacnialiśmy swoją podmiotowość i suwerenność.

PiS zerwał z tą polityką i na własne życzenie odchodzi od stołu rozmów. Marszałek Sejmu odwołuje w ostatniej chwili wyjazd do Niemiec. A rząd z dumą oświadcza, że nie pojedzie na nieformalny szczyt UE. Komisja Europejska rozpoczęła kolejny etap procedury praworządności, który może się skończyć odebraniem nam głosu w Unii Europejskiej. Polska znalazła się w karcie dań. Na życzenie PiSu.

W UE o nas bez nas

W środę po południu, po posiedzeniu Komisji Europejskiej, jej szef Jean-Claude Juncker zwołał „nieformalne zebranie robocze w Brukseli w niedzielę na temat migracji i azylu”.

„Celem spotkania jest praca z grupą szefów państw lub rządów zainteresowanych państw członkowskich nad znalezieniem rozwiązań na szczeblu europejskim przed nadchodzącym posiedzeniem Rady Europejskiej”, czytamy w oficjalnym komunikacie. Wśród wymienionych państw, które zaprosił Juncker, brakowało Polski. Jednak władze w Warszawie nie starały się o uczestnictwo.

Podczas gdy najważniejsze państwa na kontynencie będę decydować o przyszłości polityki migracyjnej, premier Mateusz Morawiecki spędzi niedzielę w Warszawie. W czasie czwartkowej wizyty w Budapeszcie na spotkaniu Grupy Wyszehradzkiej i Austrii, jak cytuje PAP, stwierdził: – Po bardzo uważnej analizie dokumentu przysłanego przez KE w kontekście niedzielnego spotkania, doszliśmy wspólnie do przekonania, że to coś w rodzaju odgrzewanych propozycji, które w ogromnej większości nie są do zaakceptowania.

Czyli szef polskiego rządu uważa, że „propozycje KE nie są do zaakceptowania”, ale jedyne co zamierza zrobić, to zostać w domu. Polska dyplomacja nie planuje szeregu telefonów i spotkań, które wpłyną na dokument końcowy miniszczytu i tym samym wspólnotową politykę migracyjną, bo – jak w piątek rano stwierdził minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz – „premierzy państw Grupy Wyszehradzkiej, w tym Polski, nie przyjadą na nieformalne spotkanie państw UE w Brukseli, bo stanowisko krajów tego regionu w tej sprawie jest znane”.

Czyli szef polskiej dyplomacji uważa, że jego zadaniem jest uczynić polskie stanowisko znanym i na tym kończy się jego zadanie. Nie poczuwa się do odpowiedzialności, żeby jeszcze kogoś do niego przekonać, znaleźć sojuszników, większość, która poprze stanowisko jego rządu. W piątek po południu rzecznik Junckera oświadczył, że „szczyt jest otwarty dla wszystkich krajów”, i że weźmie w nich udział 16 państw, czyli wszyscy, którzy chcieli wywalczyli sobie zaproszenie. Początkowo, jak poinformowała „Newsweek” Natasha Bertaud z Komisji Europejskiej, spotkanie organizowano dla ośmiu państw.

Można by pomyśleć, że skoro Komisja Europejska rozpoczęła kolejny etap procedury praworządności wobec Polski za łamanie konstytucji i niezależności sądownictwa, to politycy PiS będą jeździć po Europie od południa po północ, od wchodu po zachód, wykorzystają każdą okazję do spotkania z przedstawicielami innych krajów UE, by przeciągnąć ich na swoją stronę. Tak się jednak nie dzieje.

Jedno spotkanie w tę, czy a tamtą

Niedzielna nieobecność w Brukseli nie będzie jedyną w tym tygodniu ze strony polskich władz. W środę w Niemczech miało się odbywać uroczyste spotkanie prezydiów Sejmu i Bundestagu. Jednak kilkanaście godzin przed jego rozpoczęciem marszałek Marek Kuchciński (PiS) odwołał wylot. Niemcom powiedziano, że „ze względu na wewnętrzną sytuację polityczną w kraju”.

Członek prezydium Sejmu i niedoszłej delegacji, wicemarszałek Ryszard Terlecki (PiS) reporterom w Warszawie powiedział, że do spotkania nie doszło „z powodów technicznych”.

Do dziś nie wiadomo, dlaczego odwołano wizytę, co u zachodnich sąsiadów wywołało konsternację, bo tematów do polsko-niemieckich rozmów nie brakuje.

Niemcom przypomniało to rok 2006, kiedy po krytycznym artykule wobec braci Kaczyńskich w niszowym dzienniku „taz” ówczesny prezydent Lech Kaczyński odwołał nagle swój udział w obchodach 15. rocznicy powstania Trójkąta Weimarskiego. W spotkaniu mieli uczestniczyć Angela Merkel i Jacques Chirac, ale po decyzji Kaczyńskiego do szczytu w ogóle nie doszło.

Dyplomacja à la PiS

Partia rządząca obecnie w Polsce uważa, że dyplomacja polega na rozmowie tylko z tymi, którzy się z nimi zgadzają. Z tymi, którzy się nie zgadzają, PiS nie rozmawia. Jeśli ktoś nie rozumie racji PiS, to znaczy, że ma złą wolę i szkoda tracić czasu na przekonywanie go.

PiS jednak wie, że nie wszystko w Europie i na świecie zależy od niego, dlatego stara się wywrzeć presję na innych siłą, skandalem, oburzeniem, stąd seria manifestacyjnych odmów w stylu rejtanowsko-chaotycznym.

W Brukseli świetnie pamiętają pierwszy szczyt następcy Beaty Szydło. Cztery dni po nominacji na premiera Mateusz Morawiecki poleciał na swoją pierwszą Radę Europejską (15.12.2017). Wyleciał z niej jednak przed czasem, bo nie wziął udziału w szczycie strefy euro, do której Polska nie należy, ale od lat jest zapraszana jako obserwator. Morawiecki śpieszył się na opłatek PiS w Sejmie, choć oficjalnie stwierdził, że wraca do Warszawy, bo czekają na niego „bardzo ważne, tajne dokumenty”. Na kolejny szczyt strefy euro w marcu tego roku już nie został zaproszony.

Polska straciła swoje miejsce przy stole strefy euro, a według traktatu akcesyjnego kiedyś musi do niej dołączyć.

Mateusz Morawiecki został premierem kraju, który od 2004 roku jest członkiem Unii Europejskiej, której najwyższym przedstawicielem jest stały przewodniczący Rady Europejskiej, czyli Donald Tusk. Jednak premier RP wciąż nie znalazł czasu, żeby się z nim spotkać.

Nie przeszkodziło mu to jednak w zaproponowaniu siebie jako mediatora między USA a UE, z której władzami nie rozmawia. Propozycja Morawieckiego została zrozumiana w Europie jako żart. Bo sam Morawiecki, choć od ponad pół roku jest premierem Polski, to nie dostał jeszcze zaproszenia do Białego Domu. A prezydent Andrzej Duda stara się o taką wizytę już od 34 miesięcy. W tym czasie zarówno Angela Merkel i Emmanuel Macron kilkukrotnie rozmawiali już z Donaldem Trumpem, także w czasie oficjalnych wizyt w Waszyngtonie. A Donald Tusk spędził już dwa szczyty G7 z nowym amerykańskim prezydentem.

Chamskie ataki

W europejskich akademiach dyplomatycznych przyszłym reprezentantom państw do znudzenia powtarza się zdanie Talleyranda, słynnego ministra spraw zagranicznych napoleońskiej Francji: „Dyplomaci nigdy się nie złoszczą, oni robią sobie notatki”.

Trudno zatem wyobrazić sobie treść notatki dyplomatycznej, jaką do Paryża musieli wysłać pracownicy francuskiej ambasady w Warszawie, gdy wiceminister obrony narodowej, Bartosz Kownacki (PiS) oświadczył w telewizji, że „parę wieków temu nauczyliśmy Francuzów jeść widelcem”, a później jego szef Antoni Macierewicz z sejmowej trybuny powiedział, że „Egipt za jednego dolara sprzedał Rosji Mistrale zakupione wcześniej od Francji”.

Politycy PiS najczęściej atakują jednak Niemcy, do których trafia ponad 27 proc. polskiego eksportu. Wybór cytatów jest ogromny, w Berlinie z największym oburzeniem odnotowano jednak ostatnią wypowiedź Marka Suskiego (PiS), ze względu na pełnioną przez niego funkcję. Suski od ponad pół roku jest szefem gabinetu politycznego premiera RP, więc słowa, które wypowiada nie są już tylko stanowiskiem jednej partii, a całego państwa. – Nie wiem czy Niemcy mają prawo nas pouczać, bo kiedyś nas uczyli demokracji komorami gazowymi – oświadczył w niedzielę Suski, komentując spór rządu z Komisją Europejską, a więc Komisją, w której także Polska ma swoją przedstawicielkę, i w której pracują setki Polaków, ponieważ od 14 lat jesteśmy członkiem Unii Europejskiej.

W świecie Jarosława Kaczyńskiego państwa nie mogą przez żmudne rozmowy, negocjacje i kompromisy zbliżyć swoje stanowiska. W dyplomacji PiS nie ma miejsca dla dwóch zwycięzców. W XIX-wiecznym świecie Kaczyńskiego liczy się siła, więc zwycięzca może być tylko jeden. Manifestacja stanowisko jest ważniejsza od jego skutecznego przeforsowania. Kiedyś taka polityka nieuchronnie prowadziła do wojen. Nie wiadomo do czego doprowadzi dzisiaj.

>>>

>>>

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: