Hairwald

W ciętej ranie obecności

Kler będzie słono płacił ofiarom za gwałty pedofilskie. Pisowcom lasują się mózgi z powodu Konstytucji

Zaufanie księdza

„Czasem rodzice tak się upijali, że zapominali otworzyć mi drzwi. Musiałam spać na zewnątrz – opisuje swoje dzieciństwo Katarzyna w reportażu w „Dużym Formacie”. – W szóstej klasie podstawówki ksiądz uczący nas religii zauważył, że płakałam”.

Ksiądz Roman B. z zakonu Towarzystwo Chrystusowe przekonał rodziców, że lepiej Katarzynie będzie w szkole z internatem w innym województwie. Rodzice się zgodzili. Później przed sądem ojciec zeznał: „Zwiodło mnie, że to ksiądz”.

„To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki – opowiadała dziewczyna. – (…) Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. (…) Zaczął zmuszać mnie do brania leków. (…) Byłam otępiała, senna. (…) W kolejnych dniach zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. (…) Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad z księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. (…) Księża się nie dziwili, że śpię u niego”.

Po kilkunastu miesiącach niewolenia Katarzyna odważyła się opowiedzieć wszystko pedagogowi ze świetlicy. Księdza Romana aresztowano w czerwcu 2008 roku.

Zostaje skazany w marcu 2010 roku przez Sąd Rejonowy w Stargardzie: „Działając w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, w krótkich odstępach czasu, wielokrotnie, co najmniej kilkadziesiąt razy, nadużywając zaufania wynikającego z pełnionej funkcji kapłana katolickiego, obcował płciowo z małoletnią, wówczas w wieku 13-14 lat, w ten sposób, że rozbierał ją i odbywał stosunek seksualny, wprowadzając członka do pochwy małoletniej, oraz wielokrotnie doprowadzał do poddania się innym czynnościom seksualnym i do wykonywania takich czynności w ten sposób, że dotykał wyżej wymienioną po piersiach i po kroczu, całował ją po piersiach i po kroczu, kazał małoletniej dotykać swojego członka, przy czym tego dopuścił się, mając ograniczoną w stopniu znacznym zdolność kierowania swym postępowaniem”.

Zawieszenie koszulki z napisem „Konstytucja” na figurze króla Zygmunta III Wazy było kulminacyjnym punktem demonstracji Komitetu Obrony Demokracji w Warszawie. Udało się tego dokonać za pomocą wysięgnika. Uczestnicy manifestacji skandowali m.in. „Zygmunt z nami” czy „Obronimy Konstytucję”. Na przyniesionych transparentach można było przeczytać: „Idę na wybory w koszulce „Konstytucja”.
Figura króla na kolumnie Zygmunta to kolejny pomnik, który ubrano w koszulkę z napisem „Konstytucja”. – „Kodowa akcja Konstytucja obiegła nie tylko Polskę, ale i Europę. Polki i Polacy ubrali setki pomników na całym świecie w koszulki z napisem Konstytucja. To pokazało również, jak napis Konstytucja razi i uwiera tych, którzy od prawie trzech lat ją łamią” – napisali organizatorzy demonstracji. Pierwsza koszulka z tym napisem zawisła na pomniku Lecha Kaczyńskiego w Szczecinie.
Magda Filiks, wiceprzewodnicząca KOD, powiedziała, że na koszulkę, w którą ubrano króla Zygmunta zużyto 6 m materiału. – „Szyło się ją szybko, najwięcej czasu zajęło nam malowanie napisu „Konstytucja” – ok. 12 godz. Chcemy skonfrontować z problemem tych, którzy łamią Konstytucję. Zawstydzić ich. I to się udaje, bo widzimy po stronie rządzących wiele nerwowych reakcji. Dla PiS takie akcje stały się niewygodne i to świadczy o naszej skuteczności” – powiedziała wp.pl Filiks.
Z placu Zamkowego uczestnicy manifestacji przeszli przed Sąd Najwyższy. Na placu przed gmachem sądu ustawili drabinę, na którą nałożyli koszulkę z napisem „Konstytucja”. Demonstracja zakończyła się odśpiewaniem hymnu.
W ramach kampanii samorządowej Jarosław Kaczyński przybył do Szczecina, gdzie wygłosił płomienne przemówienie. Trzeba przyznać, że słowa, które padły, mogą wzbudzić spory niepokój.
Najpierw wskazał, że to właśnie tutaj, na Pomorzu, trzeba postawić „na szybki rozwój gospodarczy tej ziemi, który musi być zintegrowany z innymi częściami Polski”, co mogłoby sugerować, że ten region nadal pozostaje nieco poza Polską, że może ktoś ma jakieś wątpliwości co do jego polskości.
Kiedy prezes mówił o konieczności integracji społeczeństwa tej ziemi „wokół patriotyzmu”, gdy uzupełnił swoją wypowiedź słowami – „trzeba stawiać wymóg patriotyzmu, który jest zrębem motywacji i podstawą zaangażowania w życie publiczne”, niepokój wzrasta.

Integracja społeczeństwa wokół patriotyzmu, odrzucenie „zagranicznego lobby, które często naciska”, to może sugerować, że samorządowcy Pomorza mają duże powiązania z zagranicą, a ich patriotyzm jest bardzo wątpliwy. To wyraźne wskazanie na wewnętrznego wroga, którego trzeba zniszczyć.

Pytanie tylko, kto ma patent na patriotyzm? Kto ma prawo wskazywać kryteria, które pozwolą określić czym jest patriotyzm i kto się w nim mieści? Prezes nie ma wątpliwości, że tylko on. Nikt bowiem lepiej od niego nie wie, co to polskość i jak ma ten polski patriotyzm wyglądać.

To bardzo niebezpieczna postawa, która służy dalszemu pogłębianiu podziału społecznego i wskazywaniu wroga publicznego. To również potwierdzenie autorytarnych zapędów prezesa PiS.

Obywatel, zajęty szukaniem wroga wewnętrznego, dążący do tego, by zasłużyć na bycie patriotą w rozumieniu PiS, nie będzie zwracał uwagi na „dokonania” partii rządzącej i o to właśnie chodzi. Lud dostaje zabawki, by siedział cicho i nie zawracał PiS-owi głowy, gdy ten będzie coraz mocniej sięgał po pełnię władzy.

Jarosław Kaczyński coraz bardziej odkrywa karty…

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o Dudzie.

Okazuje się, że za łamanie konstytucji przez Prezydenta Rzeczpospolitej odpowiedzialny jest Pan Bóg. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi Andrzeja Dudy na zebraniu Episkopatów Europy, gdzie wyjaśniał, że inspiracją wszelkich jego działań jest wiara.

PAD nie pozwala zapomnieć o sobie. Od kilku dni politycy i komentatorzy głowią się, o co mu chodziło, gdy w Leżajsku nazwał Unię Europejską „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.  Szczególne zainteresowanie wzbudziła teza, że skoro w 1945 r. nieistniejąca wówczas Unia Europejska „zostawiła nas na pastwę Rosjan”, to w 2018 roku powinna się odczepić i pozwolić Kaczyńskiemu na dokończenie reform, choćby nie wiedzieć, jak były chore i nielegalne. Równocześnie Andrzej Duda zagroził, że on i jego obóz polityczny zrobią wszystko, żeby zrealizować obietnice wyborcze PiS – te, które spowodowały demolowanie państwa prawa dla zapewnienia zorganizowanej grupie Kaczyńskiego utrzymania i utrwalenie władzy po wsze czasy.

Mnożą się teorie, które próbują wyjaśniać, o co chodzi prezydentowi Dudzie. Strategia to, czy taktyka? – głowią się w mediach politycy i rozmaici eksperci. Jedni mówią, że tak naprawdę PAD chce nas wyprowadzić z Unii i w Leżajsku oficjalnie zainaugurował Polexit. Inni twierdzą, że przeciwnie, prezydent nie tyle chce wyprowadzić nas z Unii, co raczej ją postraszyć, wziąć „na huki”, wypróbować w Europie sprawdzoną w kraju metodę zakrzyczenia rzeczywistości. Jeszcze inni powiadają, że Duda przemawiając w Leżajsku wcale nie myślał o polskiej obecności w UE i chodziło mu tylko o to, by „błysnąć” przed spotkaniem z prezydentem Trumpem i zyskać uznanie tego populistycznego przywódcy wolnego świata, który od dawna nie kryje, że byłby szczęśliwy, gdyby UE – organizacja konkurencyjna dla USA – rozsypała się na elementy, które dałoby się rozgrywać z pozycji ekonomicznej siły.

Moim zdaniem żadna z powyższych teorii nie zbliża nas do zrozumienia rzeczywistych intencji prezydenta, a to dlatego, że wszystkie odpowiadają na źle postawione pytanie: o co chodzi prezydentowi? Tymczasem chodzi o to, że Andrzejowi Dudzie o nic nie chodzi! Błąd komentatorów polega na tym, że analizując występy PAD koncentrują się tylko na jego słowach. A przecież łatwo dostrzec, że teksty głoszone podczas występów prezydenta nie mają najmniejszego znaczenia.  Raz optuje za Unią, raz ją atakuje. Tu prezentuje nabożny stosunek do państwa prawa, a tam bredzi o przegniłym systemie sądownictwa.  Polska przed chwilą w ruinie – za moment płynie mlekiem i miodem. PAD raz nawołuje do jedności, a innym razem pogłębia podział na sorty i kasty. W jednym przemówieniu jawi się jako obiektywny rozjemca, a w innym nie kryje przywiązania do partyjnego projektu PiS. Znienacka wiesza okoliczne psy na przypadkowo zawetowanej ustawie, po czym podpisuje ją w kształcie praktycznie niezmienionym. Dowodów swej politycznej niezborności Andrzej Duda dostarcza niemal codziennie.

Mam wrażenie, że w głowie głowy państwa bezkonfliktowo zalegają zupełnie przeciwstawne koncepcje i sprzeczne formułki, używane przez rozmaite opcje w rozmaitych epokach i w najrozmaitszych parafiach. Prezydent korzysta z nich za pośrednictwem podręcznego magazynku w hipokampie, gdzie przechowuje zestaw komunałów i frazesów, odbezpieczonych i gotowych do strzału.  Nie zauważam tam większego związku ani z rzeczywistością, ani z prawdą. Często w przemowach PAD prawda nie leży tam, gdzie się akurat położyła, tylko tam, gdzie okazuje się przydatna, by dowieść konieczności ratowania rozgrabionej ojczyzny przez dwóch mężów opatrznościowych: Prezesa i Prezydenta.  Tym bardziej więc nie ma najmniejszego sensu dokonywanie egzegezy słów w deklamacjach Andrzeja Dudy. Warto natomiast wsłuchać się w ich melodię.

Podczas występów pana prezydenta usłyszeć można rozczulające nuty ludowych przyśpiewek, gdy opowiada o nędzy Polaków, oszukanych i wykorzystanych przez ekipę Tuska. Rzewne tony legionowych pieśni towarzyszyły wzruszonemu do łez prezydentowi, który starał się ścisnąć słuchaczy za gardło wspominkami o Józefie Piłsudzkim. Zapomniana pieśń „Myśmy przyszłością narodu” ożyła w tle oburzonych okrzyków pana prezydenta, kiedy na inauguracji roku szkolnego ujawniał licealistom całą niegodziwość klanu sędziowskiego i nikczemność ich obrońców, bezczelnie skandujących: „KONSTYTUCJA!”.  Podczas historycznych pogadanek o cierpieniach opozycji w PRL usłyszeć można tony harcerskich piosenek z krakowskiej drużyny „Piorun”, które zawodził drużynowy Andrzej Duda, dając tym samym wyraz swojego bezkompromisowego oporu wobec komunistycznych gnębicieli.  Melodie z zeszłowiecznego „Śpiewniczka Patrioty” towarzyszą licznym odniesieniom prezydenta do życiorysów żołnierzy wyklętych, które prezydent zna tylko połowicznie, z opracowań IPN pomijających bandyckie epizody.  Etiuda rewolucyjna Szopena akompaniuje łgarstwom o obecnych sędziach Sądu Najwyższego, masowo skazujących opozycję w stanie wojennym. Bojowe surmy Bogurodzicy grzmią, gdy PAD bredzi o atakach opozycji na Bogu ducha winnych przedstawicieli władzy. A kiedy plecie o zmowie unijnej przeciw Polsce, w odwecie za odmowę przyjęcia muzułmańskich terrorystów, to nie wiem jak Państwo, ale ja wyraźnie słyszę groźne tony „Pierścienia Nibelunga”. Groźne, bo przypomnę, że Woody Allen, gdy tylko usłyszy Wagnera, natychmiast ma ochotę napaść na Polskę…

Moim zdaniem niezłomny Andrzej Duda nie jest prezydentem na normalne czasy. Nie jest też prezydentem na czasy nienormalne, ani na żadne inne. Jarosław Kaczyński szukał na to stanowisko kogoś przypadkowego, który będzie mu wdzięczny i posłuszny. Udało mu się połowicznie. Nie przewidział, że jego nominat zakocha się w sobie z aż taką wzajemnością. Andrzej Duda dostał szansę by zaistnieć, trochę jak prymus – lizus, którego nauczyciel demokratycznie wybrał na przewodniczącego klasy, ale okazało się, że smarkacz nie chce zaistnieć, tylko błyszczeć. Myślę, że pan prezydent za wszelką ceną poszukuje uznania i łaknie oklasków. Dlatego mówi to, co wydaje mu się, że słuchacze chcą usłyszeć .  Raz to, raz owo, ale szczególnie owo, bo kocha zaskakiwać odbiorców i za nic w świecie nie życzy sobie być politykiem szablonowym.

Kocha przemawiać i kocha aplauz, więc plecie co mu w duszy gra – tyle, że najczęściej gra mu tam w tonacji kurde mol.  Uparcie stara się sprostać oczekiwaniom słuchaczy i udaje mu się o tyle, że nie jest nudny. Zaskakuje akcentowaniem przypadkowych słów. Bawi gestami podkreślającymi banalne formułki.  Natężeniem głosu nobilituje truizmy. Zachwyca się tembrem swego głosu, gdy tonem kaznodziei obwieszcza trywialne prawdy albo odkrywcze kłamstwa. Mnie imponuje szczególnie zasobem min, towarzyszących jego występom. To miny wytrenowane, uporządkowane we właściwych szufladkach pamięci, gotowe do natychmiastowego użytku. Jest ich zatrzęsienie: od zadufanego grymasu Mussoliniego, przez błazeński uśmiech Leppera rechoczącego z własnego dowcipu, aż do min przeciwczołgowych, przyoblekanych w sytuacjach, gdy sięgać trzeba do arsenału słów wagi ciężkiej, takich jak Honor, Godność, Patriotyzm, Wiara, Ojczyzna i Prezes.

Kiedy widzę Pana Prezydenta na otwarciu czegoś, z okazji jubileuszu kogoś albo podczas mszy w jakiejś intencji, gdy obserwuję jego zasępioną twarz emanującą powagą i dostojeństwem, to nie mam dylematu czy głowa państwa trudzi się rozważaniem skomplikowanych spraw państwowych – czy po prostu nudzi się koszmarnie i wkurza, że nie zabrał z domu choćby kawałka folii bąbelkowej.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Jeden szczegół z biografii Mateusza Morawieckiego może wyjaśnić wiele, w tym: dlaczego tak szybko został największym kłamcą w polskiej polityce, a także rzuca światło na jego charakter.

Już w 1999 roku ukazała się publikacja „Prawo Europejskie” w szacownym wydawnictwie PWN, a została podpisane dwoma nazwiskami Frank Emmert i Mateusz Morawiecki. Tak jest na okładce, ale nie na karcie tytułowej, bo na niej umieszczono tylko nazwisko wykładowcy Uniwersytetu w Bazylei Emmerta, gdzie Morawiecki studiował. Ten nawet nie jest tłumaczem dzieła, tylko redaktorem weryfikującym przekład i aktualizującym treści.

W świetle własności intelektualnej Morawiecki przypisał sobie to, co nie jest produktem jego intelektu, jest to zwykłe przywłaszczenie, złodziejstwo, acz mogło dojść do niego za zgodą Emmerta.

I to jest sposób na życie Mateusza Morawieckiego. Podpisać się pod cudzą własnością i w ten sposób spijać miód. Podobną rolę pełnił w hiszpańskim banku z grupy Santander Bank Zachodni WBK, gdzie był prezesem z tytułu, iż na polski rynku bankowym łatwiej było się poruszać komuś z nazwiskiem opozycjonisty z PRL-u.

Morawiecki więc jakby miał kulturową wszywkę, gen: podłączę się pod coś, co nie moje, czego nie wypracowałem. To jest najwyższy poziom pisowskiego idiomu Koryta plus, a nawet jest to Koryto podniesione do potęgi koryta.

W dziele Emmerta czytamy (Morawiecki musiał się zgadzać, bo sygnuje je swoim nazwiskiem) treści o bardzo aktualnym znaczeniu dla polskiego sądownictwa, iż „jeżeli w pojedynczym przypadku norma prawa krajowego koliduje z normą prawa wspólnotowego, to właściwy sąd krajowy może (…) dojść do wniosku, iż prawo krajowe nie może być stosowane”.

Krótko pisząc: Morawiecki podpisuje się nazwiskiem, że Sad Najwyższy może zawiesić stosowanie niezgodnych z prawem UE krajowych przepisów. A właśnie z tym mamy do czynienia w wypadku pytania prejudycjalnego zadanego Trybunałowi Sprawiedliwości UE.

Emmert dla „Kultury Liberalnej” określa cechy charakterologiczne Morawieckiego: „Obserwuję to, co mówi publicznie, i widzę sprzeczność w zależności od tego, do kogo się zwraca. Jego celem jest powiedzenie wszystkim tego, co chcą usłyszeć, nawet jeśli to wzajemnie sobie przeczy”.

Morawiecki zawsze skłamie, aby podlizać się prezesowi i elektoratowi. Jego nie interesuje prawda materialna, ale kłamstwo dla władzy.

Pamiętajmy, iż tą drogą chciał dorwać się do władzy poprzez doradzanie Donaldowi Tuskowi, ale ten nie dał się nabrać na tego notorycznego kłamcę, więc Morawiecki reflektor swojego pędu do koryta skierował na Jarosława Kaczyńskiego – może powiedzieć „udało się” i powie każdą brednię.

Bartosz Arłukowicz jako lekarz dopatruje się w podobnej cesze zespołu Delbrücka, tj. patologicznej skłonności do kłamania, zatajania prawdy i opowiadania zmyślonych historii, przedstawiających najczęściej opowiadającego w korzystnym świetle. Osoba opowiadająca sama nie jest w stanie oddzielić prawdy od własnej fantazji, czyli jest to najzwyczajniejsza na świecie mitomania. Tak jest z owym podręcznikiem, którego Morawiecki chciał być współautorem i niedawnym chwaleniem się, że wprowadzał Polskę do UE.

Wklepuję w google hasło „zespół Delbrücka” i wyskakuje mi nazwisko słynnego swego czasu Krzysztofa Kononowicza i Morawieckiego. I myślę sobie tak: gdyby posłać Kononowicza na nauki do Bazylei to też mówiłby jak Morawiecki.

A zresztą, czym się różnią kłamstwa i zapewnienia Morawieckiego od „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. Do niczego wszak zdąża pisowskie rozdawnictwo, przekupstwo populistyczne, aby ciemny lud na nich głosował.

Single Post Navigation

One thought on “Kler będzie słono płacił ofiarom za gwałty pedofilskie. Pisowcom lasują się mózgi z powodu Konstytucji

  1. Reblogged this on Earl drzewołaz i skomentował(a):
    Radzę ostrożność w kukuryku o poparciu dla PiS i nieumiejętności opozycji by mu dorównać. Na fali wielkiej koniunktury światowej PiS dał ludziom obfite prezenty. One usztywniły budżet, który wywróci się wraz z zanikiem koniunktury. Wtedy przyjdzie weryfikacja sondaży i siły PiS.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: