Hairwald

W ciętej ranie obecności

Kaczyński wybudził się. Zombie plwa

W sondażach wciąż zdecydowana większość Polaków chce być w Unii Europejskiej. Ale czy to znaczy, że nasze członkostwo w UE jest bezpieczne? Niestety, nie możemy być tego pewni, i dlatego także w tej sprawie musimy patrzeć na ręce obecnej władzy.

Polexit może się zdarzyć po wyborach powszechnych wygranych znów przez PiS. Unia państw narodowych – tak, Unia wartości europejskich – raczej nie. Tak patrzy na nasze członkostwo spora część Polaków ponad różnicami wieku, zamożności i wykształcenia.

Na stronie Fundacji Batorego pojawił się raport z badań socjologicznych Joanny Koniecznej-Salamatin (UW) na temat stosunku Polaków do „wartości europejskich”. Ciekawy choćby dlatego, że zwykle bada się, jak Polacy widzą członkostwo w UE w kontekście korzyści ekonomicznych.

A przecież na funduszach Unia się nie kończy, tak samo jak polska polityka nie kończy się na różnych 500 plus. „Zjednoczona prawica” doszła do władzy m.in. dlatego, że uwiodła część Polaków retoryką „wstawania z kolan”.

Powstaje pytanie: czy Polska, która „wstała z kolan”, potrzebuje jeszcze „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli UE? Słuchając pisowskich liderów, Kaczyńskiego, Dudy, Morawieckiego, trudno oprzeć się wrażeniu, że już Unii Polska nie potrzebuje. A skoro tak, to obecna władza może gdzieś w ciszy gabinetów już szykować scenariusz polexitu.

Im goręcej Kaczyński zapewnia na partyjnych zjazdach, że chce zostać w Unii, tym bardziej można się niepokoić o przyszłość. Ta władza mija się z prawdą codziennie i notorycznie wysyła sprzeczne komunikaty. Jest za, a nawet przeciw.

W podsumowaniu raportu czytamy, że zaufanie Polaków do UE jako instytucji w ostatnich lata spada (obecnie 46 proc.). Szczególnie niepokojące jest ustalenie, że Polacy ufający obecnej władzy nie ufają UE. Retoryka antyunijna zaczyna przynosić złe owoce.

Członkostwo w UE staje się jednym z punktów sporu politycznego wśród Polaków, a nie kwestią ponad tym sporem, tak jak było w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do Unii. Teraz sympatycy PiS coraz częściej uważają, że mają „patriotyczny” obowiązek podważania naszego członkostwa w Unii. Tak samo mogą odbierać przekaz na ten temat płynący z Kościoła.

Badanie pokazuje, że wartości wyznawane przez Polaków, zwłaszcza niejasny stosunek do demokracji i przywiązanie do tradycji, a w jej ramach do religijności, mają wpływ na stosunek części społeczeństwa do UE. Także negatywny.

Jest więc realny grunt pod urabianie Polaków za wystąpieniem naszego kraju z Unii. Reszta to kwestia decyzji politycznej rządzących. Dziś jeszcze nie, ale kto wie, co będzie w następnej kadencji, jeśli „zjednoczona prawica” umocni się u władzy. I tylko nie mówmy, że nas nie ostrzegano.

PiS manipuluje Komisją Europejską, sędziami i opinią publiczną.

W środę Komisja Europejska miała podjąć decyzję o zaskarżeniu do Trybunału Sprawiedliwości ustawy o Sądzie Najwyższym. Nie zaskarżyła i dała rządowi PiS kolejną szansę. Spekulowano, że rząd wywalczył sobie czas dzięki niespodziewanemu porannemu spotkaniu premiera Morawieckiego z prezes SN Małgorzatą Gersdorf. Spekulacje okazały się prawdą, co wiemy z kontrolowanego przecieku, jaki obóz PiS dał portalowi Onet.pl. Andrzej Stankiewicz napisał, że premier zaproponował prezes Gersdorf pozostanie na stanowisku w zamian za to, że złoży prośbę do prezydenta o pozwolenia na dalsze orzekanie, którą zaopiniuje nowa Krajowa Rada Sądownictwa. Pozostali sędziowie, którzy ukończyli 65 lat, łącznie z tymi, których prezydent wysłał na emeryturę, mieliby albo nadal orzekać w SN, albo przejść w stan spoczynku.

Prawnym kluczem do tych zmian ma być to, że premier nie kontrasygnował decyzji prezydenta o przeniesieniu sędziów w stan spoczynku.

Po ujawnieniu tej poufnej rozmowy prezes Gersdorf poczuła się zwolniona z obowiązku dyskrecji i powiedziała dziennikarzom, że jest nadal I Prezesem SN, a sędziowie powinni w dalszym ciągu orzekać. Dodała, że ona i sędziowie oczekują „przywrócenia konstytucyjnego charakteru KRS”.

Czym są propozycje premiera?

Z pewnością kolejnym wybiegiem, który miał na celu danie Komisji Europejskiej pretekstu do wycofania się ze zdecydowanych kroków przeciwko poczynaniom PiS w stosunku do sądownictwa. I po raz kolejny PiS odniósł na tym polu sukces.

Są też grą na użytek polskiej opinii publicznej. Przeciek, który zrobiono, ma na celu zasugerować, że PiS ma dla sędziów konkretne propozycje. Tymczasem jeśli na nie spojrzeć od strony prawnej, to wcale konkretnie nie wyglądają. Poza tym w rozmowie z prezes Gersdorf nie były przedstawione jako konkretny plan, tylko jako luźne pomysły pod hasłem „zastanówmy się, co by tu można zrobić”. Wreszcie wciągają sędziów w pułapkę, jaką jest akceptacja niekonstytucyjnych rozwiązań (np. prezes Gersdorf miałaby prosić o pozwolenie na dalsze orzekanie, a tym samym uznałaby niekonstytucyjne prawo). A zatem PiS podzieliłby się odpowiedzialnością za złamanie konstytucji z sędziami.

Propozycja premiera nie dotyczy zresztą już mianowanych do SN nowych sędziów. Mimo że na ich nominacjach również nie ma kontrasygnaty premiera. Podobnie jak na obwieszczeniu o konkursie na sędziów SN. A to nie są konstytucyjne prerogatywy prezydenta, a więc kontrasygnata premiera powinna być.

Osobną sprawą jest w tym wszystkim prezydent Andrzej Duda, który został przez premiera potraktowany jak nieistotny element, który można wyrzucić z układanki: podpisuje jakieś decyzje, które można dowolnie uznawać za nieważne. Ciekawe, co głowa państwa na takie publiczne poniżanie?

Do tego za chwilę w Sądzie Najwyższym zacznie działać Izba Dyscyplinarna powołana – czego nie kryje PiS – do eliminowania ze stanu sędziowskiego także sędziów SN. Zatem „starzy” sędziowie nie znają dnia ani godziny.

Wreszcie: PiS zwiększył liczbę sędziów Sądu Najwyższego do 120, a sędziów w SN, łącznie z tymi, którzy nie zaakceptowali posłania ich na emeryturę, jest dziś 51. Zatem PiS obsadzi dwie trzecie Sądu Najwyższego, „topiąc” starych sędziów w morzu swoich nominatów.

Swego czasu podczas rozprawy z Trybunałem Konstytucyjnym też pojawiały się koncepcje, żeby wprowadzać do orzekania sędziów, których nie zaprzysiągł prezydent na inne miejsca, niż zostali wybrani. Byłoby to złamanie konstytucji, do czego zaprzęgnięto by też sędziów TK, dzieląc się z nimi odpowiedzialnością. Na szczęście nigdy do tego nie doszło.

Co będzie dalej? Pojawiły się przecieki, że Komisja Europejska jednak zaskarży w poniedziałek ustawę o Sądzie Najwyższym do TSUE. Jeśli się to nie stanie, to zapewne PiS co jakiś czas, gdy zbliżać się będzie jakieś wysłuchanie w ramach procedury z art. 7, wrzucać będzie do obiegu informacje, że „trwa dialog” z Sądem Najwyższym, albo że powstaje jakaś koncepcja naprawy sytuacji. Tymczasem nowe izby – Dyscyplinarna i Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – będą działać, wypełniając zadania zlecane przez politycznych zwierzchników.

Efekt domniemanego wypracowywania kompromisu działa nie tylko na Komisję Europejską. Działa też na Trybunał Sprawiedliwości, który jakoś nie zabiera się w tempie adekwatnym do dramatycznej pilności sytuacji za pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego. Mimo upływu ponad półtora miesiąca nie zostały nawet przetłumaczone i opublikowane, a od tego w ogóle zaczyna się konkretna procedura. Wygląda na to, że sędziowie też liczą, że Polacy jakoś sobie z tym sami poradzą.

Kolejny punkt dla PiS. Kolejny gwóźdź do trumny państwa prawa.

To, że w Koalicji Obywatelskiej znalazła się Nowoczesna oraz Barbara Nowacka, która zawsze robi doskonałe wrażenie swoim merytorycznym podejściem do sprawy, pokazuje, że Grzegorz Schetyna potrafi budować koalicje. Nie twierdzę, że powinna być jedna koalicja do walki z PiS-em, może powinny być dwie: bardziej centrowa i bardziej lewicowa. Jedno jest pewne: bez koalicyjnego myślenia siły niepisowskie nie mają żadnego znaczenia, nie tylko w tych wyborach, ale także w kolejnych – mówi w rozmowie z nami prof. Andrzej Rychard, socjolog, dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. – Tak naprawdę do tej pory często powtarzane magiczne zaklęcie, że z lokalnych liderów wyrośnie przyszły lider ogólnopolski, nigdy się nie spełniło – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: W mediach pojawiła się informacja, że obóz władzy rozważa ustępstwa w sprawie zmian w Sądzie Najwyższym. W grę ma wchodzić taka zmiana prawa, by pozostawić na stanowisku I prezes SN prof. Małgorzatę Gersdorf. PiS czegoś się przestraszył?

PROF. ANDRZEJ RYCHARD: Myślę, że PiS jednak zaczął brać pod uwagę koszty, jakie będzie musiał ponieść, jeżeli oczywiście te informacje się potwierdzą, a wcale nie jestem o tym przekonany. Gdyby tak się stało, to oznaczałoby, że partia rządząca podliczyła koszty upierania się i bycia osamotnionym w sytuacji, w której jednak UE nie jest wyimaginowaną wspólnotą. PiS do tej pory prezentował bardzo twarde stanowisko i po tak długim czasie nie będzie łatwo przekonać elektorat do takiego ruchu. Nie twierdzę, że PiS nie jest do tego zdolny, bo to jest partia pragmatyczna i elastyczna, nie tylko motywowana ideologicznie.

Do tej pory, jeżeli partia z czegoś się wycofywała, to następowało to szybciej. Batalia o sądy toczy się od dłuższego czasu, dlatego wycofanie się z części rozwiązań byłoby kosztowane z punktu widzenia politycznego, ale też zminimalizowałoby napięcia z UE.

Czyli zdziwiłby pana taki ruch?
Nasuwa się pytanie: po co PiS tak długo się upierał? Przecież stanowisko struktur UE było jasne już od dawna. Chociaż teraz decyduje się jeszcze, czy zostaną podjęte kolejne kroki wobec Polski. Uważam, że to byłoby dla PiS kosztowne, ale niewątpliwie dobre dla Polski.

Wyborcy PiS-u by tego nie zrozumieli?
Wymagałoby to uruchomienia dużej operacji wyjaśniającej i usprawiedliwiającej.

PiS przecież z tego, co robi wokół sądów, uczynił jedno ze sztandarowych haseł dobrej zmiany”. Taki ruch nie przyniósłby też zysków, jeżeli chodzi o centrowy elektorat. Nie wiem, czy coś by zyskał, a musiałby bardzo pilnować, żeby nie stracić.

Do tej pory PiS, nawet jeżeli się cofał w sprawie reformy sądownictwa, to zawsze i tak wracał do punktu wyjścia. Dwa kroki w przód, jeden w tył. Może i tym razem to byłby tylko element politycznej gry?
Jednym z haseł dobrej zmiany jest to, że dokonuje się sprawnie, szybko i bez przeszkód wyimaginowanych wspólnot”. Elektorat nie będzie usatysfakcjonowany sformułowaniami, że ktoś rzuca kłody pod nogi i dlatego trzeba się cofnąć. Przecież to nie tak miało być.

PiS zmieni twarz w kampanii wyborczej?
PiS zmienia twarz wtedy, kiedy uważa, że jest to dla niego korzystne. Zastanawiam się, jakie korzyści taka zmiana mogłaby teraz przynieść.

Władza musi przede wszystkim pilnować tradycyjnego elektoratu, który jest spory i wierny, ale wierność ma też swoje granice. To jest ważniejsze niż próba pozyskiwania innego elektoratu.

Nie wiem, czy mniej radykalny elektorat drugi raz kupiłby szybką zmianę przedwyborczą, ponieważ nauczył się, że PiS jest w tej kwestii wyjątkowo elastyczny i może wrócić do swojej starej twarzy. Tyle że może być skłaniany do tego, aby zmieniać swoją politykę nie ze względów czysto wyborczych, ale strukturalnych. W ciągu ostatnich dekad w strukturze polskiej zachodzą zasadnicze zmiany: ludzie są bardziej wykształceni; przeciętnie bardziej zamożni, chociaż rosną nierówności; są proeuropejscy, społeczeństwo jest coraz bardziej zsekularyzowane, czyli mniej chętnie związane z Kościołem. To są zmiany, które już zachodzą, z dekady na dekadę. Jeżeli PiS chciałby się cały czas orientować na, często prymitywnie wyobrażony, tradycyjny elektorat, to ten elektorat mógłby się kurczyć. Ten czynnik mógłby skłaniać PiS do głębszej zmiany.

Powstaje jednak problem przywództwa, bo jedynym politykiem, który jest w stanie to przeprowadzić, jest Jarosław Kaczyński.

Kto w PiS-ie mógłby wyrosnąć na nowego lidera? Premier Mateusz Morawiecki?
Premier miał pokazywać nową twarz, jest coraz sprawniejszy medialnie, ale pamięć o pewnych niezgrabnościach pozostała. Widzę dość wolno idący proces uczenia się. Stawiam przy nim znak zapytania niż przy panu prezydencie. Andrzej Duda bardzo zawęża szczelinę swojego poparcia. Tym, że momentami niekonsekwentnie boczył się na PiS, wcale nie zyskał poparcia elektoratu niepisowskiego, zyskał za to pewien rodzaj nieufności w części elektoratu pisowskiego. Nie staje się coraz ważniejszym aktorem polityki, jego znaczenie może za to maleć.

Dlaczego sondażowe poparcie dla PiS-u jest cały czas duże? Co ludzi przyciąga?
To jest premia za to, że nic złego gospodarczo się nie dzieje. Ludzie widzą związek pomiędzy takim stanem rzeczy a polityką PiS-u. Jak tylko doszedł do władzy, odbudował związek, który w pewien sposób zniszczyła PO – związek w świadomości ludzi pomiędzy ich indywidualną sytuacją a tym, kto rządzi. Platforma raczej zbudowała poczucie, że to, co się działo, było efektem energii i działalności ludzi, a nie polityki. Dlatego sukces transformacyjny nie przełożył się na poparcie dla PO. To było duże zaskoczenie. PiS przyszedł do władzy i w jednym z pierwszych ruchów przywrócił ten związek poprzez program 500 Plus. Ludzie zobaczyli, że jednak od decyzji politycznej zależy ich indywidualna sytuacja.

Dopóki ludzie widzą, że gospodarka działa dobrze, nieważne jakajest prawda, wierzą, że dzieje się tak dzięki PiS-owi.

Dlaczego nie zwracają uwagi na to, że PiS łamie konstytucję i zasady demokratycznego państwa prawa?
Nie zgadzam się z opiniami, że elektorat PiS-u jest tylko biedny i pochodzi z małych miejscowości. Dla części ludzi to, co dzieje się wokół sądów, może być znaczące. Według badań CBOS-u w ciągu ostatnich paru lat bezpośrednie doświadczenia z sądami ma 24 proc. Polaków. To jest mało, ale ten procent już rośnie i będzie rósł. Im więcej będzie realizowanych interesów i spraw spornych, rola sądownictwa w codziennym życiu będzie rosła. Dlatego w dłuższej perspektywie czasowej także elektorat pisowski nie będzie oddzielał tych rzeczy. Ludzie zaczną łączyć jedno z drugim. Na to PiS też musi zwracać uwagę i to może być kolejny czynnik, który może popychać PiS do zmiany oblicza. Nie wiem, czy ta partia jest do tego zdolna.

Nawet jeżeli Jarosław Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę, to pytanie, czy ma wokół siebie odpowiednie, sprawne intelektualnie otoczenie zdolne do realizacji takiej wizji.

Co będzie miało zasadnicze znaczenie w wyborach samorządowych? Co będzie wpływać na decyzje ludzi?
Zawsze żyliśmy mitologią, że wybory samorządowe są oddzielone od polityki, ale tak nigdy nie było. W sytuacji ostrej polaryzacji politycznej są jeszcze bardziej z polityką splecione. Poza tym to są wybory wielopostaciowe, debaty na temat wygranych i przegranych będą trwały tygodniami. Niemniej jednak w paru wymiarach, na przykład prezydentury kilku największych miast, wybór będzie ewidentnie polityczny.

Tzw. zdolność do bycia dobrym gospodarzem nie wystarczy, trzeba będzie mieć poparcie jednego z dwóch ugruntowanych bloków politycznych. Reforma samorządowa silnie zdecentralizowała władzę i przekazała ją na dół”. Wybory samorządowe stają się w tym sensie coraz bardziej czytelne.

Tak naprawdę do tej pory często powtarzane magiczne zaklęcie, że z lokalnych liderów wyrośnie przyszły lider ogólnopolski, nigdy się nie spełniło.

Między lokalną i centralną polityką waha się Robert Biedroń.
Robert Biedroń jest cały czas wielkim znakiem zapytania. Na akcentowaniu właśnie tego znaku zapytania i formy, a nie treści swojego programu próbuje zbudować swoją prekampanię. Nie zaprzeczył tezie, że łatwo jest przejść z polityki lokalnej do centralnej. Tym bardziej, że wyszedł z ogólnej polityki i do Słupska został importowany”. Koalicja Obywatelska do wyborów samorządowych idzie pod hasłem ratowania samorządów i decentralizacji.

Przekona tym wyborców?
Wolałbym, żeby w tym przekazie była także odpowiedź na pytanie, dlaczego decentralizacja jest ważna.

Są osoby, dla których autonomia lokalna jest wartością samą w sobie, ale są też takie, które myślą, że lokalna polityka powinna być sterowana z centrali, bo to pomoże w walce z klikami.

Brakuje mi pozytywnego przekazu. Ale z drugiej strony dostrzegam też ogromny sukces Platformy Obywatelskiej, czyli zdolność koalicyjną.

Platforma pokazała, że potrafi jednoczyć wokół siebie różne środowiska?
To, że w Koalicji Obywatelskiej znalazła się Nowoczesna oraz Barbara Nowacka, która zawsze robi doskonałe wrażenie swoim merytorycznym podejściem do sprawy, pokazuje, że Grzegorz Schetyna potrafi budować koalicje. Nie twierdzę, że powinna być jedna koalicja do walki z PiS-em, może powinny być dwie: bardziej centrowa i bardziej lewicowa. Jedno jest pewne: bez koalicyjnego myślenia siły niepisowskie nie mają żadnego znaczenia, nie tylko w tych wyborach, ale także w kolejnych.

Partie muszą myśleć o całej serii wyborów jak o powiązanych ze sobą zdarzeniach. Jarosław Kaczyński powiedział wprost, że przed nami 21 miesięcy kampanii. To będzie trudny czas.

„Zdolność koalicyjna” opozycji to odpowiedź na oczekiwania wyborców?
W polskiej polityce od lat dostaje się premię za jednoczenie i karę za dzielenie. Czy takie jednoczenie wystarczy? Za tym musi iść porozumienie programowe. Pomimo tych działań mam wrażenie, że w PO jest poczucie tymczasowości, jeżeli chodzi o przywództwo. Nie wiadomo, czy do Polski wróci Donald Tusk i w jakim charakterze. Brak odpowiedzi na to pytanie zawiesza różne problemy, które partia powinna jak najszybciej rozwiązać. Część ludzi może wyczuwać tymczasowość.

Jakie znaczenie będzie miała w tych wyborach postawa Kościoła?
Bardzo ważne. Z tego, co obserwuję i czytam, widzę, że Kościół polski jest coraz bardziej zróżnicowany. Chociaż na dole będzie bardziej pro- niż niepisowski i będziemy to słyszeć, to zaczynam wątpić w chęć brania przez ludzi pod uwagę sugestii Kościoła dotyczących polityki. To już nie musi być tak skuteczne jak kiedyś.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o tym, jak powstrzymać komisarzy PiS.

„Dobra zmiana” dorobiła się już sieci gminno-powiatowych aktywistów, którzy panoszą się w terenie niczym działacze PZPR przed 1989 rokiem, terroryzują oponentów, ślą donosy, wyrzucają z pracy.

Człowiek przywożący mi drewno na opał opowiedział o swojej znajomej, która poprosiła go, by nie przysyłał jej politycznych memów, bo się boi, że PiS z zemsty zniszczy jej firmę. Ten strach przed władzą, jako żywo przypominający realia komunizmu, jeszcze rok czy dwa lata temu wydawał się absurdalny. Stopniowo jednak przybywa sygnałów świadczących, że zainstalowana na szczeblu centralnym „dobra zmiana” stopniowo skapuje w dół, sięgając poziomu powiatów, gmin i miejsc pracy.

Zakaz zatrudnienia dla zwolenników opozycji

Siła każdej autorytarnej dyktatury opiera się na sieci lokalnych aparatczyków, donosicieli i aktywistów, którzy pilnują w terenie, by standardy wyznaczane przez centrum władzy były respektowane. To właśnie takie powiatowo-gminne kanalie pilnują „porządku” w tutejszych społecznościach, piętnują tych, którzy się wychylają, wskazują zwierzchnikom i policji politycznej ludzi, których należy ukarać. Są pasem transmisyjnym, dzięki któremu terror z centrum może spłynąć w dół, paraliżując opór w społeczeństwie.

Coraz więcej wskazuje na to, że „dobra zmiana” dorobiła się już takiej sieci gminno-powiatowych aktywistów, którzy panoszą się w terenie niczym działacze PZPR przed 1989 rokiem. Oto czytam, że Rafał Kozłowski ze stowarzyszenia Obywatele Solidarnie w Akcji już w zeszłym roku został zwolniony z pracy za udział w protestach pod Sejmem w grudniu 2016 roku. Pracodawca wręczył mu wypowiedzenie, bo klient jego firmy, poseł PiS, był oburzony tym, że zatrudnia kogoś, kogo rozpoznał jako uczestnika demonstracji.

Teraz zaś dowiaduję się, że z pracy w koncernie Enea został zwolniony Wojciech Harmansa, dyrektor w jednej ze spółek podległych. Harmansa jest też członkiem zespołu szantowego, który 11 sierpnia wystąpił na XXI Festiwalu Piosenki Żeglarskiej w Charzykowach pod Chojnicami. W trakcie wykonywania jednej z piosenek członkowie grupy założyli koszulki z napisem „Konstytucja”.

Po tym występie uaktywnił się poseł PiS (w cywilu nauczyciel matematyki) Aleksander Mrówczyński, który postanowił wystąpić w roli powiatowego komisarza politycznego. W liście do prezesa zarządu spółki Enea, która była sponsorem festiwalu, ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego oraz wójta gminy Chojnice (organizatora imprezy) napisał, że „za państwowe środki artyści robią sobie antyrządowe demonstracje polityczne”. Dopytywał, czy na imprezy, podczas których demonstracyjnie jest wspierana antyrządowa opozycja, mająca na celu obalenie legalnej władzy i szkodzenie państwu, powinny być przeznaczane środki ze spółek skarbu państwa.

W ostatni poniedziałek prezes spółki Enea Wytwarzanie Antoni Józefowicz wezwał Harmansę i zakomunikował mu, że jest zwolniony, bo „zarząd spółki utracił do niego zaufanie”.

Harmansa oczywiście odwołał się do sądu pracy, który – nie wątpię w to – przyzna mu rację i nie da wiary pokrętnym tłumaczeniom prezesa Enei Piotra Kutkowskiego, wmawiającego widzom TVN, że jego zwolnienie to efekt trwającego od lipca audytu, który wykazał „poważne uchybienia pracownika”, i że sprawa nie ma nic wspólnego z prywatną aktywnością pracownika czy interwencją posła PiS.

Spisujmy czyny i rozmowy

Oczywiście można by długo polemizować z tezami posła Mrówczyńskiego, mówiąc, że w demokratycznym państwie prawa każdy obywatel ma prawo posiadać i głosić swoje poglądy polityczne i nie może być za to represjonowany. Że zamiar „obalenia” władzy w żaden sposób nie obciąża opozycji, bo to właśnie jest istotą demokracji. Gdy PiS był w opozycji, też zmierzał do obalenia rządu PO i nikt nie czynił mu z tego powodu wyrzutów. Przecież wlaśnie po to jest opozycja.

Co więcej, w demokratycznym państwie prawa każdy obywatel ma prawo działać na rzecz obalenia rządu, który mu nie odpowiada. Oczywiście nie może przy tym łamać ustaw – ale poseł Mrówczyński nie wskazał żadnej ustawy, która zabraniałaby śpiewania szant w koszulce z napisem „Konstytucja”.

Można by też argumentować, że spółki skarbu państwa, przyznając decyzję o dofinansowaniu tej czy innej imprezy, nie powinny ani wspierać, ani dyskryminować żadnej opcji politycznej, bo gospodarują środkami należącymi do całego społeczeństwa, w którym są i zwolennicy, i przeciwnicy rządu. I tak dalej.

Tyle że takie polemiki i tak nie wywrą wpływu na sposób myślenia zamordystów, komuchów i politycznych troglodytów, których reprezentatywnym przykładem niewątpliwie jest poseł Mrówczyński. Skoro blisko trzy dekady istnienia III RP nie zdołały w nim wykształcić elementarnych odruchów demokraty, to sprawa jest całkowicie przegrana.

W tej sytuacji wydaje się, że jedynym sposobem powstrzymania takich prymitywnych osobników przed instalowaniem w Polsce rządów terroru jest zastosowanie wobec nich analogicznej metody – czyli odwołanie się do strachu. Ludzie tacy jak poseł Mrówczyński muszą się zacząć bać konsekwencji swojego działania. Już teraz muszą być wskazywani palcem i piętnowani (po nazwisku!) i muszą też mieć świadomość, że w przyszłości zostaną z tego rozliczeni z całą surowością prawa. Bo spisane będą ich czyny i rozmowy. Już sama tego świadomość sprawi, że zapał gminnych i powiatowych komisarzy PiS będzie o wiele mniejszy. Dziesięć razy się zastanowią, zanim wysmarują kolejny donos.

Niech partie opozycyjne stworzą wspólny monitoring

Dlatego tak ważne jest istnienie instytucji dokumentujących takie przypadki. Rolę tę wzięło na siebie Archiwum Osiatyńskiego, czyli – jak czytamy na jego stronie internetowej – „obywatelskie centrum analiz, powołane w celu społecznego monitorowania stanu praworządności, skali nadużyć władzy publicznej oraz stanu przestrzegania wolności i praw obywatelskich w Polsce”.

Dobrze by jednak było, by taka działalność dokumentująca przypadki łamania prawa i standardów demokratycznych zyskała najwyższy priorytet także w partiach opozycyjnych. To jest wspaniałe pole do kooperacji dla rywalizujących ze sobą ugrupowań.

Szanowni państwo, jeśli nawet nie możecie albo nie chcecie się dogadać co do współpracy koalicyjnej, to akurat w tej dziedzinie możecie zademonstrować jedność ponad podziałami politycznymi, wygospodarowując w budżetach partyjnych środki na powołanie wspólnego ośrodka monitorującego i dokumentującego antydemokratyczne działania ludzi PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o aktywności Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński obwożony jest po konwencjach PiS, które odbywają się w terenie. Wczoraj był Gdańsk, dzisiaj Olsztyn. Niczego swoją osobą już nie wnosi, bo grunt nienawiści został tak utwardzony, że dalszym udeptywaniem go nie spowoduje jeszcze większej piany na ustach. Znamy te jego konwulsje aż nadto.

W Olsztynie prezes spróbował zdefiniować patriotyzm, który staje przeciw literze prawa. To raczej znamy, bo dla Kaczyńskiego niepatriotyczna jest Konstytucja, zwłaszcza w tych miejscach, które nie są zgodne z jego wolą. Na Warmii i Mazurach prezes napadł na sędziów, którzy zgodnie z prawem rozstrzygali spory, co do praw własności. Na tych terenach zaszłości właścicielskie dotyczą autochtonów, którzy nie zawsze wybrali Polskę, a dzisiaj dochodzą swych praw ojcowizny.

Dotyczy to niewielkiej grupy osób, wielu autochtonów długo przebywało w Polsce po 1945 roku, niektórzy zrazili się do nas albo zostali przepędzeni urzędniczym ostracyzmem, dzisiaj dochodzą swoich praw własności. I o tym rozstrzyga sąd.

To Kaczyńskiemu się nie podoba. Sędziowie mają stać na straży woli prezesa, a nie prawa, więc zostali oskarżeni o „nienawiść do własnej ojczyzny, własnego narodu”. A przy okazji Kaczyński na nowo wzbudza resentyment niemiecki. Warmia i Mazury to wszak dawne Prusy Wschodnie, Borussia.

Kaczyński uzyskał trzy w jednym. Wylał pomyje na sędziów, wskazał zagrożenie niemieckie, a w związku z tym unijne, bo Unia nie jest patriotyczna, gdyż przestrzega porządku prawnego.

Ponadto Kaczyński oskarżył samorządy, które mogą „uczynić też wiele zła”. Istnieje więc wg prezesa potrzeba doprowadzenia do takiej sytuacji, w której „samorządy będą czyniły dobro, konsolidowały społeczeństwo”. A kiedy tak się stanie? Gdy władza lokalna przejdzie w ręce PiS, w innym wypadku „same sobie służą i ręka rękę myje”.

Kaczyński jest w złej fizycznej formie, to widać nieuzbrojonym okiem. Dlaczego zatem uczestniczy w kampanii samorządowej? Jego osoba zieje pustką, sam jest pusty, proponuje pustkę nienawiści i pustkę przyszłości. Gdyby pozostał na Żoliborzu, czy też byłby dowożony do „pracy” przy Nowogrodzkiej odbijałby się od ścian. Kaczyński to ten „wydrążony człowiek” z wiersza T. S. Eliota, Kurtz recytujący frazy poety w „Czasie Apokalipsy” Coppoli, w „Jądrze ciemności” Josepha Conrada.

Taki człowiek – to jeszcze raz Eliot – pozostawi nam Polakom „kraj spustoszony”. Wydrążeni politycy PiS (bo także i Mateusz Morawiecki, niewątpliwy delfin) pozostawią nam spustoszoną Polskę. Tę szarańczę trzeba odsunąć od rządu, od koryta plus, które uczynili z władzy.

Single Post Navigation

2 thoughts on “Kaczyński wybudził się. Zombie plwa

  1. Reblogged this on Holtei i skomentował(a):

    Kaczyński zarzuca sędziom oikofobię. Pamiętacie wykrzyczane przez prezesa „komuniści i złodzieje”, „zdradzieckie mordy”, „gorszy sort” itd.? Gorszego patrioty niż Kaczyński nie ma, on nienawidzi swojego narodu.

    Za każdy sprzeciw jesteśmy lżeni, teraz czas na sędziów.

  2. Reblogged this on Earl drzewołaz i skomentował(a):
    Uczynili z Kaczyńskiego swojego Führera któremu bija pokłony i piszą peany na jego cześć. A rzeczywistość jest podobna. Kaczyński także prowadzi miliony Polaków w kierunku przepaści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: