Hairwald

W ciętej ranie obecności

Koniec 2014

 

„Jeszcze latem gwiazda PO”, „PiS-owski delfin?”, „Born again” – polityczni wygrani i przegrani 2014

Monika Margraf, Michał Protaziuk, 30.12.2014
Wygrani i przegrani naszej polityki

Wygrani i przegrani naszej polityki (Fot. Gazeta.pl)

Dla kogo z polskich polityków 2014 był rokiem szczególnie udanym, a dla kogo to rok porażki? Wybraliśmy po pięciu wygranych i przegranych tego roku.
Andrzej Duda. Delfin PiS-u?Jeszcze parę miesięcy temu był co najwyżej politykiem PiS drugiego sortu. Ba, często był mylony z liderem Solidarności Piotrem Dudą. Ogromną niespodzianką było wystawienie go w wyborach prezydenckich. Plotki o tym krążyły co prawda od sierpnia, ale gdy dotarły do naszej redakcji, nie mogliśmy w nie uwierzyć. W listopadzie okazały się prawdą.

Andrzej Duda dzięki tej kandydaturze awansował do forpoczty PiS. Ma przez rok zapewnioną odpowiednią ekspozycję, pozycję w partii i możliwość budowania pozycji i wzmacniania wizerunku. W czerwcu powalczy z Bronisławem Komorowskim o prezydenturę, ale nikt nie będzie miał mu za złe, jeśli przegra. Jakikolwiek wynik powyżej 25 proc. będzie dla niego sukcesem. A niektórzy wróżą mu już nieoficjalne stanowisko PiS-owskiego „delfina”.

Janusz Korwin-Mikke. W końcu zaistniał w realu

Popularny JKM od lat 60. próbuje zaistnieć w polityce. Startuje w prawie każdych wyborach i wiele razy wyliczano wszystkie jego klęski. W tym roku niespodziewanie się udało. Jego Kongres Nowej Prawicy zrobił furorę podczas eurowyborów. Pokonał dużo mocniejszych rywali: PSL, Europę Plus, Solidarną Polskę i wprowadził do PE czterech deputowanych. Zyskał również reprezentację w Sejmie.

W wyborach samorządowych poszło już gorzej, ale kandydaci tej partii uzyskali kilkadziesiąt mandatów i trzy razy więcej głosów niż w zeszłych wyborach. Sukcesem było wystawienie prawie 5 tys. kandydatów, co pokazało, że partia ta nie jest tylko „wirtualna”. Wszystko wskazuje też na to, że za rok w wyborach parlamentarnych KNP przekroczy próg.

Janusz Piechociński. Już żaden przejściowy szef

Centrum polskiej sceny politycznej od 25 lat zajmują dwa zwalczające się bloki, najpierw to były: formacje postsolidarnościowe i postkomunistyczne, a od dekady trwa wojna PO i PiS. Ludowcy zazwyczaj znajdowali się na peryferiach tych rozgrywek, będąc zazwyczaj wpływowym, ale drugoplanowym ugrupowaniem. Jakże wielkim zaskoczeniem był więc świetny wynik PSL w wyborach samorządowych.

Procent zdobytych głosów i liczba uzyskanych mandatów w sejmikach pokazała, że przynajmniej na tej płaszczyźnie w Polsce duopol został zmieniony w triumwirat. Najlepszy wynik wyborczy w demokratycznym głosowaniu od 130 lat i największa niespodzianka wyborcza od dekady to niewątpliwie sukces Janusza Piechocińskiego.

Przed wyborami sądzono, że w grudniu może przestać być już liderem ludowców. Jego pozycja była bardzo niepewna, a on traktowany jako przejściowy, „malowany” szef. Jednak teraz ma zapewniony co najmniej rok spokoju oraz wdzięczność tysięcy działaczy ludowców. Nic na razie nie zapowiada, by na następnych kongresie ktoś mógłby go zastąpić.

Grzegorz Schetyna. „Born again”

Podczas przedstawiania przez Ewę Kopacz składu nowego rządu nikt tak nie skupiał uwagi mediów jak rozanielony nowy szef MSZ. Chwilę potem polski internet zalały memy witające powracającego z wygnania Schetynę.

Może to zabrzmi śmiesznie, ale jego przypadek pokazuje, że czasem warto czekać i być przygotowanym na wykorzystanie sprzyjających okoliczności – powrót Schetyny to efekt szczęśliwego dla niego splotu przypadków: wybór Tuska, chęć osłabienia Sikorskiego przez nowych rozgrywających, budowanie własnej pozycji przez Kopacz… Jeszcze rok temu – po tym, jak na Radzie Krajowej PO Tusk ostatecznie odsunął Schetynę od władzy w partii – wydawałoby się, że byłego sekretarza generalnego czeka już tylko powolny zjazd w dół.

Schetyna na razie w miarę dobrze radzi sobie jako szef MSZ – kolejna niespodzianka, bo komentatorzy przepowiadali, że będzie to główna personalna porażka Kopacz. Czy nowy-stary baron PO odbuduje swoją pozycję na tyle, by zagrozić nowej premier i popierającej ją spółce Cezarego Grabarczyka? Czy też raczej – nauczony doświadczeniem – pójdzie na współpracę i zajmie się tym, co robi najlepiej: organizacją partyjnych zasobów w terenie? Przyszły rok zapowiada się pod tym względem bardzo ciekawie.

Donald Tusk. Efektowne otwarcie kolejnego etapu

Tuż po wyborze nowego przewodniczącego Rady Europejskiej („nieznacząca funkcja…” – JK) opozycja kpiła, że Tusk, jak zwykle, zadbał tylko o siebie i ewakuował się z tonącego, platformianego okrętu, przerzucając ciężar sprzątania bałaganu na Ewę Kopacz.

Na razie Platforma nie zatonęła, wybory – mimo ogłoszenia tuż po głosowaniu zwycięstwa PiS-u – przeszła w miarę bezboleśnie. A Tusk zaczyna kolejny etap kariery – mimo pierwszej wpadki (link) witany przez europejską opinię publiczną z pozytywnym zaciekawieniem. Relacje nt. kulisów jego wyboru pokazały przy okazji, że polityka trzymania się z daleka od wszystkich przynosi straty samemu PiS-owi, skoro sojusznicy z europejskiej frakcji nie poinformowali tej partii o planowanym wyborze Tuska.

PRZEGRANI

Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro. Nowe przystawkiJarosław Kaczyński dostał w tym roku niespodziewany prezent od losu: dwie nowe przystawki, które stały się zaczątkiem tzw. jednoczenia prawicy pod wodzą prezesa. Po klęsce w eurowyborach i rozłamach Solidarna Polska oraz Polska Razem straciły nadzieje na samodzielne funkcjonowanie. Zwróciły się więc w stronę PiS, który przyjął ich z otwartymi ramionami.

W ten sposób Kaczyński za jednym zamachem pozbył się dwóch największych konkurentów na prawicy, a zyskał grupkę posłów i radnych. Przy okazji upokorzył Zbigniewa Ziobrę, który jako ostatni próbował przełamać jego dominację na prawicy oraz stworzył przyczółek na centroprawicy w postaci działaczy Jarosława Gowina.

Wszystko to odbyło się koszt dwóch wielkich przegranych mijającego roku.

Lewica. Jazda w dół

Nie ma w Polsce takiej partii, która by poniosła więcej porażek niż Twój Ruch. Ugrupowanie to, pomimo przyciągnięcia głośnych nazwisk i garstki mniejszych partii do projektu Europy Plus, poniosło klęskę w wyborach. Wybory samorządowe, zwłaszcza brak list w niektórych województwach, jeszcze wyraźniej pokazało, że partia jest w swoim przedagonalnym stadium. W międzyczasie zaś klub opuściło większość posłów i jego istnienie zależy teraz od kaprysu pojedynczych parlamentarzystów. Przyszły rok najpewniej będzie ostatnim rokiem tej partii.

Z klęski swojego lokalnego rywala na pewno cieszy się SLD, chociaż Sojusz niewiele na tym zyskał. Co prawda część działaczy i posłów TR zasiliła tę partię, ale sondaże nie drgnęły, a wynik wyborów samorządowych był porażką – w sejmikach stracili 2/3 miejsc, a w niektórych województwach w ogóle nie mają przedstawicieli. Coraz liczniejsze grono komentatorów, również wewnątrz partii, sugeruje, że w przyszłym roku największym zagrożeniem dla SLD będzie… próg wyborczy.

Obrazu klęski lewicy dopełnia nieudany start Zielonych, liberalnych ruchów miejskich czy radykalnej lewicy w wyborach samorządowych.

Ryszard Grobelny. Pierwszy przegrany ostatnich wyborów

Najbardziej spektakularna porażka wyborów samorządowych, choć wstrząsów w grupie silnych prezydentów wielkich miast było więcej (słaby wynik Dutkiewicza, relatywnie silny konkurent Gronkiewicz-Waltz). Z kilku dużych miast, gdzie „starzy” prezydenci zanotowali w tych wyborach spadek poparcia (Gdańsk, Wrocław, Kraków), przypadek Poznania jest najbardziej wyrazisty nie tylko dlatego, że Grobelny po prostu przegrał, ale także dlatego, że przegrał z kandydatem PO – partii, która dwie kadencje temu pomogła mu dojść do władzy – i to w mieście najbardziej – jak się wydawało – konserwatywnym i niechętnym zmianom.

Sławomir Nowak i Adam Hofman. Nie mają nic poza polityką

Niby różni (elegancki, raczej uprzejmy i śliski politycznie Nowak vs opryskliwy i często zaliczający wpadki Hofman), a tacy podobni: młode twarze swoich partii, działacze bez sukcesów zawodowych, zależni od swoich politycznych mocodawców i niemający do czego wracać poza polityką. Obaj sprawiający wrażenie, jakby działalność polityczną traktowali jak pracę w prywatnych firmach, w których prezesami są Donald Tusk i Jarosław Kaczyński – i obaj się na takiej postawie przejechali. W tym roku żegnają się ze swoimi partiami przez machlojki, których mogliby uniknąć przy większej ostrożności i pokorze.

Radosław Sikorski. Od bohatera do…?

Jeszcze latem gwiazda PO, jeden z najlepiej ocenianych i w kraju (sondaż zaufania – link), i za granicą polskich polityków, gwiazda europejskiej dyplomacji – jeden z głównych graczy w UE ws. Ukrainy. Dziś (najpierw po wpadce z wywiadem dla Politico, potem – z kilometrówkami) marszałek Sejmu być może na wylocie. Jeśli straciłby i tę funkcję, będzie mu trudno odbudować swoją pozycje w polskiej polityce, bo – w przeciwieństwie do tegorocznego największego wygranego Grzegorza Schetyny – nie ma w Platformie własnego zaplecza.

Zobacz także

TOK FM

Sienkiewicz: Kontrowersyjna sztuka w zaniku. Artyści sami się cenzurują [ROZMOWA]

Milena Rachid Chehab, 30.12.2014
Rok 2012. Karol Sienkiewicz przykleja na drzwiach galerii Zachęta plakat wzywający rząd do zajęcia się fatalną sytuacją finansowo-ubezpieczeniową artystów

Rok 2012. Karol Sienkiewicz przykleja na drzwiach galerii Zachęta plakat wzywający rząd do zajęcia się fatalną sytuacją finansowo-ubezpieczeniową artystów (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

To nie chęć wywołania skandalu napędzała polską sztukę krytyczną lat 90. Jej siłą było to, że wymaga od odbiorcy wyłącznie otwartej głowy. Dziś kontrowersyjnych rzeczy pokazuje się niewiele – mówi Karol Sienkiewicz, krytyk sztuki, autor książki „Zatańczą ci, co drżeli”
MILENA RACHID CHEHAB: Czytając pana książkę, zatęskniłam trochę za latami 90., kiedy o sztuce współczesnej toczyła się w Polsce dyskusja na tyle gorąca, że zdarzało jej się trafiać do głównego wydania „Wiadomości”.

KAROL SIENKIEWICZ*: Sztuka krytyczna silnie wchodziła w dyskusje, które toczyły się wtedy w Polsce, ale jeśli pojawiała się w mediach, to, niestety, w roli chłopca do bicia. Potrzeba Katarzyny Kozyry, Zbigniewa Libery, Pawła Althamera czy artystów z Gdańska, by wejść w szranki z rzeczywistością polityczno-społeczną, wynikała pewnie z rozczarowania, że transformacja po 1989 r. nie pociągała za sobą zmian obyczajowych. Przeciwnie – następował zwrot konserwatywny. Z czasem odbiór tej sztuki stał się na tyle negatywny, że łatwo było dojść do wniosku, iż definiowaniem, kto jest artystą krytycznym, zajmowali się głównie prawicowi publicyści, którzy ziali do nich nienawiścią.

Mieli o tyle łatwiej, że ta sztuka opierała się na prowokacji.

– Artyści nie tworzyli z potrzeby skandalu czy prowokacji. Skandale wynikały z przekraczania tabu i często niewidzialnych granic między tym, o czym można rozmawiać, a o czym nie. Wiele spraw zamiatano pod dywan, np. kwestię praw homoseksualistów czy rosnącą rolę Kościoła w życiu politycznym. Dla wielu artystów zderzenie z rzeczywistością okazało się bolesne – proces wytoczony Dorocie Nieznalskiej za jej „Pasję” został przez nią w końcu wygrany, ale ciągnął się latami, musiała się odwoływać, a „Pasji” i tak do dziś się nie pokazuje.

Dlaczego?

– Może sama artystka nie chce, a może dlatego, że sytuacja od tamtego czasu niewiele się zmieniła, o czym świadczy choćby niedawna reakcja na film Jacka Markiewicza „Adoracja Chrystusa”, w którym widzimy erotyczne zbliżenie między artystą i średniowiecznym krucyfiksem. Do niedawna nikt się na tę powstałą 20 lat temu pracę specjalnie nie oburzał. Dopiero pokazanie jej na wystawie „British British Polish Polish” w CSW w ubiegłym roku wywołało protesty. Na wystawie odmawiano różaniec, a ostatniego dnia doszło do dewastacji. Sporą demonstrację pod galerią transmitowała na żywo Telewizja Trwam. To było sprawnie zorganizowane, polityczne działanie. A może rzeczywiście ten temat nie został w społeczeństwie przetrawiony?

*

Artystę takie żywe reakcje chyba nie powinny martwić.

– Nie sądzę, żeby tych artystów interesował akurat taki odbiór. Oni chcieli być traktowani poważnie. Warto na temat ich prac dyskutować, nie trzeba się z nimi zgadzać, ale na pewno nie powinno się ich z miejsca niszczyć.

Mnie się podobały reakcje ludzi, którzy przychodzili i modlili się przed pracami. To ciekawie pokazywało zderzenie dwóch światów.

– Ja też byłem w CSW kilkakrotnie, żeby na to popatrzeć. Tylko że ludzie modlili się tyłem do pracy Markiewicza, a ich działania służyły temu, żeby inni nie mogli obejrzeć kontrowersyjnych fragmentów wystawy. Ale skoro tak przeszkadzał im ten film, to znaczy, że nie był do nich adresowany. Dlaczego innym zabraniać do niego dostępu? Mnie przeszkadza często głupota wielu duchownych, ale to nie znaczy, że idę do kościoła i nie pozwalam komuś się modlić czy głosić kazania.

Myśli pan, że artysta naprawdę się nie spodziewał, iż wywoła zdecydowane reakcje i przy okazji obrazi czyjeś uczucia religijne?

– Gdy pojawia się argument obrażania uczuć religijnych, to zazwyczaj po to, by zamknąć komuś usta. Dlaczego przy okazji wydarzeń w CSW sprzed roku nie mówić o dominującej pozycji Kościoła w Polsce? Dla Markiewicza sednem pracy było pytanie, co się dziś czci w Kościele. Twierdził, że ośmieszając fizyczny przedmiot kultu, chwali prawdziwego Boga.

Ale niektóre prace rzeczywiście były w zamierzeniu prowokacyjne. Robert Rumas na Długim Targu w Gdańsku kładł figury Madonn i przysłaniał je plastikowymi workami wypełnionymi wodą, które nazywał termoforami. Tu był element eksperymentu – i ludzie porwali te gipsowe Madonny i zanieśli do najbliższej parafii.

Ale nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że skandal i chęć wywołania negatywnych reakcji napędzały sztukę krytyczną w latach 90. Jeśli ciągle dzisiaj w naszej rozmowie musimy sobie tłumaczyć, że nikt nie zamierzał obrażać niczyich uczuć religijnych, to tak jakbyśmy cofali się w tej dyskusji o dekadę czy dwie.

Praca Markiewicza nie wywołała takich emocji, gdy pokazano ją po raz pierwszy w 1992 r. w sopockiej galerii ani rok później, gdy artysta przedstawił ją jako pracę dyplomową na warszawskiej ASP. Ale tego samego dnia w tej samej pracowni broniła swojej pracy Katarzyna Kozyra.


– Niezwykle przemyślana i dojrzała „Piramida zwierząt” to dziś jedno z dzieł kanonicznych dla polskiej historii sztuki. Pokazuje, że śmierć zwierząt stanowi część naszej kultury, chociaż jest też zupełnie niewidoczna. Właśnie za to ujawnienie Kozyra została zaszczuta, porównywano ją do kryminalistek. Pojawiły się donosy na artystkę i jej promotora, ale prawdziwą nagonkę rozpoczął materiał w programie „Animals”, który wywołał lawinę dyskusji w mediach, felietoniści nie dawali Kozyrze spokoju przez całe miesiące. To się odbiło na artystce, choć „Piramida” dość szybko została odczarowana, Anda Rottenberg kupiła tę pracę do kolekcji Zachęty.

Czy sztuka krytyczna jeszcze dziś istnieje?

– Nie jestem bardzo przywiązany do definicji w sztuce, na dłuższą metę są ograniczające i wykluczające. Używałbym tego terminu w kontekście historycznym. Podobnie jak np. impresjonizm – niby kierunek z XIX w., a wciąż istnieje i ma się świetnie, wnosząc po tym, co się sprzedaje np. pod krakowskim Barbakanem. Oczywiście, że cały czas działają artyści, którzy podejmują trudne tematy, są nastawieni na zmianę społeczną. Myślę, że siłą sztuki krytycznej było to, że – chociażby w przeciwieństwie do sztuki konceptualnej – może być rozumiana bez przypisów, nie wymaga od odbiorcy dużego przygotowania teoretycznego, chociaż pewnie wymaga otwartej głowy.

Co oprócz „Piramidy” zostanie z tego nurtu zapamiętane?

– Dużo. Ta sztuka zdefiniowała całą dekadę, do dziś jest punktem odniesienia. Więc „Obóz koncentracyjny” z klocków Lego Zbigniewa Libery, jego „Urządzenia korekcyjne”, interwencje artystyczne na Bródnie Pawła Althamera, wideo Artura Żmijewskiego, na którym były więzień Auschwitz odnawia sobie tatuaż z obozowym numerem…


Zbigniew Libera i pudełka jego klocków Lego

Julita Wójcik, obierając ziemniaki w Zachęcie, wpisała się w nurt sztuki krytycznej, bo zwróciła uwagę na „niewidzialność” kobiet oddających się codziennym obowiązkom domowym. Jej „Tęcza” na pl. Zbawiciela to też dzieło sztuki krytycznej?

– To zależy, czy patrzymy na intencje artystki, czy na to, co się w związku z jej tęczą odbywa. W zamierzeniu miał to być nawiązujący do Biblii symbol pojednania człowieka z Bogiem, w ogóle pozbawiony kontekstu LGBT. Ale to z powodu takich skojarzeń tęcza zaczęła być podpalana, trwanie tej pracy w przestrzeni publicznej stało się symbolem sprzeciwu wobec homofobii.

Łatwo jest patrzeć na sztukę krytyczną z dzisiejszego dystansu. Ale wtedy, na gorąco, odbierano ją dużo bardziej emocjonalnie.

– Problem polegał też na tym, że wtedy opór tej sztuce stawiała krytyka, na styku sztuki i krytyki często iskrzyło. Według mnie zachowawcza linia większości krytyków wynikała z oczekiwań, że artyści nadal będą bliscy wartościom konserwatywnym, opcji silnej w latach 80., gdy po wprowadzeniu stanu wojennego artystów pod swe skrzydła przygarnął Kościół. Na tych romantyczno-chrześcijańskich wartościach, które uznawano za rdzennie polskie, miała się opierać wyjątkowość polskiej sztuki. A tu nagle pierwsze skrzypce zaczynali grać artyści, którzy się z tym nie identyfikowali, podważali status quo. To był konflikt na poziomie nie estetycznym, lecz ideologicznym. Paradoksem było to, że media, które na innych polach były liberalne, w temacie sztuki okazywały się konserwatywne.

W książce pokazuje pan, jak nowojorskie muzeum przygotowuje odbiorców na przyjęcie czegoś potencjalnie kontrowersyjnego. Przed pokazaniem obozu koncentracyjnego z klocków Lego miesiącami toczyła się tam zainspirowana przez kuratorów dyskusja. W Polsce nikt nikogo w ten sposób nie przygotowywał. Efektem były np. ekscesy w Zachęcie, w której przygniecionego meteorem papieża (czyli rzeźbę Maurizio Cattelana) chciał ratować pewien oburzony poseł.

– W Jewish Museum w Nowym Jorku przejęto się aż do przesady – na samej wystawie stworzono dwie ścieżki oglądania, więc ktoś bardziej wrażliwy mógł szczególnie kontrowersyjne dzieła po prostu ominąć. Moim zdaniem nie tędy droga, by coś chować. Ale rzeczywiście mechanizmy społecznego dialogu nie były w Polsce wypracowane. To zadanie instytucji. W Zachęcie pozwolono, by dyskusję o sztuce przejął konserwatywny żywioł, ignorancki. Ale nie wiem, czy można było temu przeciwdziałać, bo byli politycy, którzy chcieli na tej sytuacji coś ugrać. Oni nie przejmowali się dialogiem.

Wiele instytucji odrobiło już tę lekcję, ale z drugiej strony – bardziej kontrowersyjnych rzeczy pokazuje się dziś naprawdę niewiele. Fala autocenzury po roku 2000 zniechęciła artystów i instytucje kultury do zajmowania się pewnymi tematami. Dziś mało prac podejmuje wątki religijne, choć ekspansja Kościoła w przestrzeni publicznej trwa w najlepsze i wydawałoby się, że sztuka powinna to pokazywać.

Skoro artyści nie mogli liczyć na zrozumienie ani krytyków, ani społeczeństwa, to dla kogo pracowali? Dla kolekcjonerów, jak w przypadku popularnych w tym samym czasie w Wielkiej Brytanii artystów z kręgu Young British Artists?

– Na pewno nie dla kolekcjonerów, bo rynku sztuki w Polsce prawie zupełnie nie było. Nigdy nie stali się też celebrytami jak Brytyjczycy. Większość ich działań wynikała nie z koniunktury, ale ze szczerej potrzeby zabierania głosu na ważne tematy. Wydaje się, że najbardziej efektywną formułę dialogu stworzył Althamer, który postawił na bardziej ludyczny charakter swoich prac. Podobnie było z palmą Joanny Rajkowskiej, choć tu rodzi się pytanie, na ile ludzie, którzy żywo reagowali na to dzieło, zdawali sobie sprawę, że odwołuje się ona do dawnej obecności Żydów w Warszawie. Przecież Aleje Jerozolimskie swoją nazwę zawdzięczają temu, że prowadziły do podwarszawskiej Nowej Jerozolimy, XVIII-wiecznego osiedla żydowskiego.

W książce Rajkowskiej poświęca pan parę stron, szczegółowo śledzimy natomiast losy Libery czy Zofii Kulik.

– Pisząc „Zatańczą ci, co drżeli”, miałem ambicję dotrzeć do szerszego grona odbiorców, więc rezygnuję z przypisów i idę bardziej w stronę reportażu czy literatury faktu. Książka ma kilku pełnokrwistych bohaterów, których losy, często się przecinające, śledzimy od 1989 r., z kilkoma retrospekcjami do lat 70. i 80. Liberę spotykamy więc w domu Zofii Kulik, której pozował do zdjęć. Kilku innych artystów – w pracowni profesora Grzegorza Kowalskiego na warszawskiej ASP, tzw. Kowalni. To miejsce miało duże znaczenie dla nurtu sztuki krytycznej, bo Kowalski na wiele swoim studentom pozwalał – do tego stopnia, że nawet jeśli odradzał Kozyrze robienie „Piramidy”, to gdy już postawiła na swoim, wspierał ją i jej bronił. Kowalski swoich podopiecznych inspirował, stawiał przed nimi trudne zadania, pokazywał, że sztuka może być formą komunikacji, np. w zadaniu grupowym „Obszar wspólny, obszar własny”, podczas którego studenci na równych prawach z profesorem mieli się komunikować jedynie środkami plastycznymi czy performatywnymi. Przy okazji innego zadania „Czas-Woda-Przestrzeń” Althamer zamknął się nagi w plastikowym worku wypełnionym wodą, na trzy godziny odcinając się od wszelkich bodźców zewnętrznych.

Pokazuję więc proces. Czasami opisuję życie osobiste artystów, ich przyjaźnie, związki, opisuję, jak dzieła sztuki powstawały, np. wtedy, gdy Kozyra miesiącami próbowała znaleźć konia przeznaczonego na rzeź, a jej znajomi potrafili w środku nocy zjawić się z truchłem przypadkowo potrąconego kota. W tak skonstruowanej książce nie ma miejsca, żeby pod koniec wprowadzić kolejnego, równoprawnego bohatera, dlatego np. postać działającej później Rajkowskiej może się wydać epizodyczna.

Choć Rajkowska jest obecna w świadomości Polaków znacznie mocniej niż np. Kulik, dziś już chyba trochę zapomniana.

– Zofia Kulik nadal tworzy, zajmuje się archiwum dorobku duetu KwieKulik, który w latach 70. i 80. sporo namieszał w polskiej sztuce. W latach 90., już solo, to była absolutnie pierwszoplanowa artystka. Rajkowska stała się znana dopiero w latach dwutysięcznych, tymczasem moja książka kończy się około roku 2004.

*

Skąd ta cezura?

– Po fali skandali artyści musieli poszukać nowych strategii. Pojawiły się też nowe tendencje, którymi zainteresowali się krytycy, np. malarze z grupy Ładnie. A wraz z wejściem do Unii polscy artyści weszli do międzynarodowego obiegu sztuki. Dziś w wielu miejscach za granicą działają polscy kuratorzy, a odbywające się w Polsce wystawy recenzują prestiżowe magazyny branżowe. W pewnym sensie ok. 2004 r. kończy się lokalność polskiej sztuki. Wcześniej kariera za granicą dotyczyła niewielu twórców, a ci, którzy mieli na Zachodzie wystawy, a czasem nawet swoich galerzystów, w kraju spotykali się z podejrzliwością. Dziś albo się robi karierę, albo się nie robi, ale już nie ma podziału na karierę w Polsce i na świecie.

Ale przecież z Mirosławem Bałką trochę tak było.

– Rzeczywiście, było wobec niego trochę podejrzliwości, bo porzucił rzeźbę figuratywną na rzecz bardziej minimalistycznej i w tym samym momencie został dostrzeżony przez zachodnich kuratorów i galerie, ale – nawet jeśli jego pozycja była w Polsce słabsza niż dzisiaj – miał tu oparcie, przecież wystawiał nawet w polskim pawilonie podczas Biennale w Wenecji. No i nawet jeśli jego sztuka była abstrakcyjna w formie, wynikała często z jego osobistych doświadczeń.

Jakich tematów sztuka w latach 90. nie zauważyła?

– Kwestii związanych z sytuacją ekonomiczną. Mało mówiło się o ludziach, którzy na transformacji nie skorzystali, wykluczonych ekonomicznie. Wtedy artyści nie mieli jeszcze ani wiedzy, ani języka, żeby o tym mówić. Wszystkim się wydawało, że ład neoliberalny jest naturalny. Pamiętam, że w SGH na co drugich zajęciach czytaliśmy „Koniec historii” Fukuyamy. Dopiero potem się okazało, że neoliberalny kapitalizm nie jest momentem docelowym historii. A dziś artyści są po lekturze Naomi Klein i innych, okazuje się też, że problemy kasjerki pracującej na umowie śmieciowej mogą być bliskie sytuacji artystów. Z takiej perspektywy interesy tych grup stają się podobne.

Dla sztuki krytycznej ważnym tematem – i źródłem wielu oburzeń – była szeroko pojęta cielesność. Z czego to wynika?

– Z porzucenia pruderii. Ciało jest mocno nacechowane znaczeniowo, skłania do zastanowienia, czy niesie jakąś tożsamość, ale też w jaki sposób nas definiuje i ogranicza – a przecież ta sztuka dotyczyła też cielesnych ograniczeń.

Z drugiej strony, użycie ciała wynikało z wolności, jaką przyniosła zmiana epoki. Pracownia Kowalskiego, skąd wywodzi się kilku bohaterów książki, jest mocno kojarzona z nagością. Rozebranie się było gestem wyzwalającym, ucieczką od opresyjnej rzeczywistości. A także sygnałem dla odbiorcy, że teraz dzieje się coś ważnego.

W jaki sposób sztuka krytyczna wpłynęła na dzisiejszą świadomość społeczną?

– A czy literatura z lat 90. na nią wpłynęła? A teatr? Nie można oczekiwać od sztuki natychmiastowych rezultatów. To są znacznie szersze procesy i sztuka w nich uczestniczy. Zależało mi, by pokazać, jak sztuka zabierała głos w ideologicznych dyskusjach, gdzie się w nich plasowała. W opisywanej przeze mnie sztuce przetrwał pewien lewicowy etos, który niekoniecznie był obecny w tzw. lewicowym mainstreamie – etos krytycznego spojrzenia na rzeczywistość, nurtu antyklerykalnego czy podającego w wątpliwość bezwarunkowość konserwatywnych wartości uznawanych za tradycyjnie polskie, a nawet samo pojęcie narodu. Trudno jest mi natomiast ocenić, w jakim stopniu ta sztuka przedostała się do szerokiej świadomości społecznej. Obawiam się, że w niewielkim – inaczej żylibyśmy w trochę innym kraju.


Karol Sienkiewicz – (rocznik 1980) to krytyk sztuki współpracujący m.in. z „Dwutygodnikiem”. Wspólnie z Kasią Redzisz zredagował „Przeciąg”, zbiór tekstów Andy Rottenberg o sztuce lat 80. Oboje są też autorami książki „Świadomość Neue Bieriemiennost” o działającej w drugiej połowie lat 80. grupie tworzonej przez Mirosława Bałkę, Mirosława Filonika i Marka Kijewskiego.

W „Zatańczą ci, co drżeli. Polskiej sztuce krytycznej” (wspólna publikacja wydawnictwa Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej) o artystach, którzy w latach 90. uprawiali sztukę krytyczną, Sienkiewicz opowiada gawędziarsko, nie stroniąc od anegdot (np. o Jacku Markiewiczu, który swą działalność artystyczną utrzymywał, prowadząc hurtownię opakowań jednorazowych) czy wycieczek osobistych (dostaje się np. czołowym krytykom sztuki). Pokazuje, jak najważniejsze dla lat 90. dzieła sztuki, takie jak „Piramida zwierząt” Katarzyny Kozyry czy zrobiony z klocków Lego „Obóz koncentracyjny” Zbigniewa Libery, były odbierane i jaką drogę przeszły, zanim znalazły się w kanonie.

Zobacz także

wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: