Hairwald

W ciętej ranie obecności

Zacier (03.01.15)

 

Jan Radomski: Patriotyzm spod znaku szmaty

03.01.2015

Powstanie wielkopolskie jest dla mnie jednym z najważniejszych momentów polskiej historii. Jestem Wielkopolaninem od wielu pokoleń, walczyli w nim moi przodkowie. I czuję, że ktoś musi napisać to wprost: wywieszane przez kibiców Lecha Poznań szmaty obrażają mój patriotyzm.

 

Końcówka grudnia zawsze wygląda w Poznaniu tak samo – niemal każdy wiadukt ozdabiają białe prześcieradła, na których kibice Lecha Poznań niechlujnie kreślą napisy „Pamiętajmy o bohaterach!” albo „Lech Poznań – pamiętamy!”. Co roku takich transparentów zawisa kilkanaście.

Dlaczego powstanie wielkopolskie jest wyjątkowe? Ponieważ to jeden z niewielu fragmentów naszej historii, w którym kalkulacja wygrała z emocjami. Powstańcy wielkopolscy popłynęli pod prąd najbardziej niebezpiecznego nurtu polskiej tradycji: romantycznej wizji walki o wolność.Tego samego nurtu, który trzy dekady później spowodował potworną, warszawską hetakombę.

Czczenie powstania wielkopolskiego w ten sposób to rechot historii. Rechot wyjątkowo przewrotny. Powstańcy na każdym kroku dbali o profesjonalizm, do dziś najbardziej podziwiamy ich za to, jak pieczołowicie zaplanowali kolejne kroki w polityczno-militarnym zgiełku ówczesnej Europy. Coś mi mówi, że nawet w tamtym okresie powstańcy wstydziliby się wywieszać tak wyglądający transparent.

Uczestnicy powstania wielkopolskiego udowodnili, że ojczyznę kochać można nie tylko sercem, ale także rozumem. Te dwa zimowe miesiące pozostają jedynym drogowskazem dla tych, którzy swoją miłość chcą wyrażać codziennym działaniem, a nie corocznym demolowaniem stolicy własnego kraju. Ci drudzy drogowskazów mają bardzo wiele, ponieważ zawłaszczyli sobie większość elementów polskiej historii – począwszy od Piastów, przez husarię, skończywszy na powstaniu warszawskim.

Od kilku lat obserwujemy to także w Poznaniu. Na naszych oczach wymusza się zmianę narracji na temat powstania wielkopolskiego. Głównymi strażnikami jego pamięci stają się kibice Lecha Poznań, a poprzez budowę Pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa próbuje się nadać mu bogoojczyźniany kontekst. Nie można dopuścić do tego, żeby nasza historia należała tylko do części Polaków.

Powstanie wielkopolskie to ten fragment tożsamości, pod którym nie powinni podpisywać się maszerujący z pochodniami patrioci. To symbol Polski profesjonalnej, dobrze zarządzanej i nowoczesnej. Takiej, która udane powstanie upamiętni dobrze nakręconą „Hiszpanką” i obwodnicą Poznania, a nie półlegalnie wywieszoną szmatą z hasłem nagryzmolonym czarną pastą do butów. Powstańcy wielkopolscy naprawdę zasługują na coś więcej.

Twitter: @jwmrad

Blog: radomski.na.liberte.pl

TOK FM

Księża piszą instrukcję zachowania dla wiernych podczas kolędy

03.01.2015

Tuż po za­koń­cze­niu świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia w pa­ra­fiach w całej Pol­sce roz­po­czy­na­ją się wi­zy­ty księ­ży w do­mach wier­nych. Dusz­pa­ste­rze z pa­ra­fii w Brzeź­niu w woj. łódz­kim uzna­li, że ko­lę­da może być dla nie­któ­rych na tyle stre­su­ją­ca, że po­sta­no­wi­li opra­co­wać spe­cjal­ną in­struk­cję dla wier­nych. O spra­wie po­in­for­mo­wał in­ter­nau­ta w ser­wi­sie Kon­takt 24.

ksiądzksiądz Foto: Shutterstock

In­struk­cja za­wie­ra kilka wska­zó­wek do­ty­czą­cych nie tylko wy­glą­du stołu czy trans­por­tu księ­ży, ale także ter­mi­nów po­sił­ków. Czy­ta­my: „Gdyby ktoś chciał po­sta­wić śnia­da­nie, to pro­si­my od g. 8:00, żeby potem nie prze­dłu­żać ocze­ki­wa­nia w in­nychdo­mach. Tak samo, gdyby ktoś chciał po­sta­wić obiad, to niech o tym wie cała Wio­ska, aby traf­niej prze­wi­dy­wać przy­by­cie ka­pła­na.”

Księża piszą instrukcję zachowania dla wiernych podczas kolędyKsięża piszą instrukcję zachowania dla wiernych podczas kolędyFoto: kontakt24.tvn24.pl

In­struk­cja dla wier­nych za­wie­ra rów­nież wy­tycz­ne do­ty­czą­ce te­ma­tów po­ru­sza­nych pod­czas Wi­zy­ty Dusz­pa­ster­skiej. Wier­ni nie po­win­ni po­ru­szać te­ma­tów po­go­dy, bo – jak pisze autor in­struk­cji – „nie mamy na nią wpły­wu”. Temat po­li­ty­ki także po­wi­nien zo­stać po­mi­nię­ty, „bo wmó­wio­no już wszyst­kim, że PSL, daw­niej ZSL i PO, daw­niej Unia Wol­no­ści, są je­dy­nym le­kar­stwem na wszyst­kie bo­lącz­ki i nie­pra­wo­ści w na­szej Oj­czyź­nie.”

Onet.pl

Święty Jan zastawiony za długi gdańskiej archidiecezji

Krzysztof Katka, 03.01.2015
Hipoteka kościoła św. Jana w Gdańsku została obciążona

Hipoteka kościoła św. Jana w Gdańsku została obciążona (Materiały prasowe)

Archidiecezja Gdańska nie radzi sobie ze spłatą długów wobec banków i skarbówki. Jako zabezpieczenie sąd zajął hipoteki kościelnych nieruchomości, m.in. kościoła św. Jana w Gdańsku
– Od wielu lat ciążyły nad nami długi po wydawnictwie Stella Maris, ale kompletną katastrofą finansową skutkował wyrok sądu z ubiegłego roku, po którym mieliśmy zapłacić skarbówce blisko siedem milionów złotych. Zajęto kolejne nasze hipoteki, a z jednej nieruchomości rozpoczęła się nawet egzekucja długu – mówi nam duchowny związany z gdańską kurią.Czy to prawda? – Proszę się zająć swoimi sprawami. Tu wszystko idzie właściwie – odpowiada metropolita gdański, arcybiskup Sławoj Leszek Głódź.

Ks. Piotr Tworek, dyrektor ekonomiczny Archidiecezji Gdańskiej, także jest urażony pytaniem. – Nie będę o tym rozmawiał – stwierdza.

Zamieszanie ze św. Janem

Jak ustaliliśmy, decyzjami Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ obciążone zostały hipoteki kilku nieruchomości należących do Archidiecezji Gdańskiej.

* Postanowieniem z 7 maja 2014 r. pół hektara gruntu i wiekowe domki mieszkalne przy ul. Kartuskiej 236 i 238 zostały obciążone kwotą 1,3 mln zł. Ta położona blisko centrum Gdańska nieruchomość należy do diecezji od roku 1999. Lokatorzy, osoby prywatne, płacą czynsz Caritasowi w Sopocie. Gdyby domy zostały zlicytowane przez komornika, nowy właściciel mógłby podnieść czynsz albo wypowiedzieć umowę najmu.

* Postanowieniem z 5 czerwca 2014 r. 17-hektarowe gospodarstwo rolne kurii w Gdańsku Sobieszewie obciążone zostało kwotą 1 mln zł (wcześniej był tam już wpis o zastawie na 3 mln zł).

* Postanowieniem z 18 czerwca 2014 r. wierzyciel uzyskał zastaw na zabytkowym kościele św. Jana w Gdańsku na kwotę 300 tys. zł.

Zajęcie hipoteki kościoła św. Jana w Gdańsku ma nie tylko znaczenie symboliczne. Znajdująca się w sercu Gdańska XIV-wieczna świątynia została zniszczona podczas II wojny światowej. Do lat 60. ubiegłego wieku należała do ewangelików. Została przejęta przez diecezję Kościoła katolickiego i odbudowywana dzięki środkom publicznym. W roku 1995 diecezja wydzierżawiła kościół samorządowemu Nadbałtyckiemu Centrum Kultury, które ponosi kolejne nakłady i uruchomiło w świątyni Centrum św. Jana.

– Ja o tej zajętej hipotece nic nie wiem – mówi Larry Okey Ugwu, dyrektor Nadbałtyckiego Centrum Kultury. – W kościół św. Jana zainwestowaliśmy 30 mln zł i mamy umowę z kurią, że będziemy użytkownikiem tego miejsca do roku 2045. A gdyby wcześniej ktoś chciał nas stąd usunąć, gdyby doszło do licytacji obiektu, to kuria musiałaby nam oddać 30 mln.

Z naszych informacji wynika, że stosunkowo niewielki zastaw hipoteczny (300 tys. zł) ma związek z planami sprzedaży przez kurię niewielkiej działki przy kościele św. Jana. O wydzieleniu z księgi wieczystej kościoła tego terenu rozmawiali na poufnym spotkaniu z dyrektorem NCK przedstawiciele kurii, ale nie otrzymali na to zgody.

W każdym przypadku zabezpieczenie uzyskiwał II Urząd Skarbowy w Gdańsku. Podstawą był prawomocny wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z 20 listopada 2013 r. nakazujący diecezji zapłatę 6,7 mln zł na rzecz skarbu państwa (kuria miała zabiegać o kasację przez Sądem Najwyższym).

Sprawę wytoczyła Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa. Chodziło o „bezpodstawne wzbogacenie”.

Przed laty skarbówka omyłkowo przelała kurii za dużo pieniędzy tytułem zwrotu podatku VAT, rzekomo zapłaconego przez wydawnictwo Stella Maris.

Przed sądem pełnomocnik archidiecezji przekonywał, że kuria pieniądze już wydała i dlatego nie może ich zwrócić. Na dowód tego archidiecezja przedstawiła kilkanaście stron dokumentujących wydatki z konta bankowego.

Po wyroku z listopada 2013 r. gdański Kościół nie spłacił długu, więc skarbówka zaczęła zajmować nieruchomości kurii. Łączna kwota zastawów dokonanych w roku 2014 r. wynosi ok. 7 mln zł, a to oznacza, że zajęto nie tylko te opisane wyżej, ale znacznie więcej. Według naszego informatora, w co najmniej jednym przypadku rozpoczęła się egzekucja przez skarbówkę długu z nieruchomości, ale sprawa nie doszła jeszcze do licytacji komorniczej.

Marcin Matyjasik, naczelnik II Urzędu Skarbowego w Gdańsku zapewnia, że urząd wobec wszystkich dłużników podejmuje działania mające na celu odzyskanie pieniędzy. Zastrzega, że ze względu na tajemnicę skarbową nie może ujawnić, jak to wygląda w konkretnym przypadku.

– Najlepszym zabezpieczeniem odzyskania długu są nieruchomości i w tym zakresie postępowanie urzędu skarbowego niczym się nie różni od postępowania innych wierzycieli. Jeśli uzyskujemy takie zabezpieczenie, są później dwie możliwości. Albo zawieramy z dłużnikiem porozumienie, w którym zobowiązuje się on do spłaty długu w ratach rozłożonych np. na kilka lat, albo sięgamy po środek przymusu w postaci egzekucji z nieruchomości – wyjaśnia Marcin Matyjasik.

Obciążone hipoteki

O trudnej sytuacji finansowej Archidiecezji Gdańskiej pisaliśmy w ostatnich miesiącach wielokrotnie. W lutym 2013 r. ujawniliśmy, że hipoteka działki nr 291 (obręb 6) w Gdańsku Oliwie, gdzie znajduje się m.in. Katedra Oliwska, została przymusowo – na podstawie decyzji sądu – obciążona do kwoty 21 mln zł za niespłacone kredyty w Kredyt Banku i przeterminowane odsetki.

– Nic nie zostało zajęte – przekonywał nas wtedy arcybiskup.Jednak do dziś ten wpis widnieje w księdze wieczystej. Dlaczego? Strona kościelna nie udziela na ten temat żadnych informacji.

Przedmiotów kultu religijnego licytować nie można, chociaż Robert Damski, rzecznik prasowy Izby Komorniczej w Gdańsku, mówił nam przed rokiem, że teoretycznie licytacja kościoła jest możliwa. – Jak dotąd nie było takiego przypadku w Polsce – zaznaczył.

Zastawiony na pół miliona franków szwajcarskich był i jest Archidiecezjalny Duszpasterski Ośrodek Dzieci i Młodzieży „Orlinki” w Gdańsku Sobieszewie. Trzy hektary, wokół cisza, spokój, czyste plaże, w pobliżu rezerwat Ptasi Raj.

Ośrodek powstał w 1991 r. jako wotum VI Światowego Spotkania Młodych z Ojcem Świętym Janem Pawłem II w Częstochowie. Kamień węgielny wmurował i poświęcił abp Tadeusz Gocłowski, mówiąc: „Inaugurujemy ten ośrodek stałej formacji młodych apostołów, którzy stąd pójdą z Krzyżem i Ewangelią do wszystkich, którzy szukają Prawdy”.

Hipoteka została zajęta pod kredyt bankowy zaciągnięty przez kurię w 2002 r. w wysokości 570 tys. franków szwajcarskich. Termin spłaty minął trzy lata temu, zastaw w księgach znajduje się do dziś.

Podobnie rzecz ma się z hipoteką gospodarstwa rolnego w Sobieszewie, która oprócz miliona dopisanego w roku 2014 (o czym piszemy wyżej) miała już zastaw na 3 mln zł.

„O długi po Stella Maris proszę pytać poprzednika”

Wygląda na to, że są to długi po kościelnym wydawnictwie Stella Maris, które w latach 1999-2002 w zamian za prowizję wystawiało przedsiębiorcom faktury VAT za fikcyjne usługi. Gdy upadło, zostawiło po sobie ok. 70 mln zł zobowiązań. Część została spłacona nieruchomościami, ale – jak widać – nie wszystko. Konto diecezji jest puste, pieniądze na raty abp Głódź zbierał, opodatkowując kapłanów na kwotę 50 zł miesięcznie, a proboszczów dodatkowo „po 5 groszy od wiernego” (praktykującego). Sięgnął też po połowę wpływów parafii za nadajniki telefonii komórkowej zamontowane na wieżach kościołów.

– O długi po Stella Maris proszę pytać poprzednika [arcybiskupa seniora Tadeusza Gocłowskiego – red.] – radzi ks. Piotr Tworek, dyrektor ekonomiczny Archidiecezji Gdańskiej.

– Długów po Stella Maris gdański Kościół nie ma. Nie wiem, skąd to wszystko wzięliście. Przed moim przejściem na emeryturę w 2008 r. zostało podpisane porozumienie między Archidiecezją Gdańską a wszystkimi wierzycielami. Wymienione w nim nieruchomości zostały przekazane do alienacji [wydzielenia i oddania za długi – red.]. W tym porozumieniu wierzyciele zrzekli się jakichkolwiek pretensji wobec archidiecezji. I to się stało przed laty – mówił nam na początku 2013 r. abp Tadeusz Gocłowski. Podkreślał przy tym, że sporne wówczas 6,7 mln zł ze zwrotu podatku VAT to inna kwestia.

Inna sprawa, że mimo długów, które abp Głódź zastał, obejmując diecezję w 2008 r., jedną z jego pierwszych decyzji była odbudowa dworku przy ul. Brzegi w Gdańsku, do którego później się wprowadził. Renowacja i urządzenie tej posiadłości pochłonęły ok. 2 mln zł. Posiadłość formalnie należy do parafii św. Loyoli.

Czy ktoś ze strony kościelnej odpowiedział za aferę Stella Maris, która zrujnowała finanse archidiecezji?

Po sześcioletnim procesie ks. Zbigniew B., były dyrektor wydawnictwa Stella Maris i kapelan arcybiskupa, został we wrześniu 2014 r. skazany na 55 tys. zł grzywny oraz trzy lata i osiem miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu.

Odpowiadał za współudział w przywłaszczeniu mienia ponad 20 spółek handlowych – głównie pod pozorem fikcyjnych usług konsultingowych – na łączną kwotę ponad 67 mln zł oraz pranie pieniędzy i uszczuplenia podatkowe na kilkanaście milionów. Zbigniew B. nadal jest duchownym, abp Głódź skierował go do świadczenia pomocy duszpasterskiej w jednej z gdyńskich parafii.

Według prokuratury mózgiem afery był Janusz B. (w czasach PRL pracował w cenzurze), skazany na cztery i pół roku bezwzględnego więzienia. Jego współpracownik Konrad K. został skazany na trzy lata więzienia.

W aferze wyroki skazujące usłyszeli też działacze SLD – Jerzy J. i Marek F.

Afera Stella Maris

„Sytuacja wygląda następująco: Kościół będzie realizował swoje obowiązki duszpasterskie, dla których został powołany; Kościół będzie również wypełniał swoje zobowiązania gospodarcze, dla wykonania których powołane zostały osoby zawodowo przygotowane. Zawarte zostały i zawierane są na bieżąco porozumienia, których celem jest ułożenie spraw ekonomicznych. Nieprawdą jest, jakoby podejmowane były działania windykacyjne ze strony banku; wręcz przeciwnie – w niedalekim czasie zawarta zostanie z tymże bankiem umowa o restrukturyzacji” – to fragment oświadczenia, które w grudniu 2012 r. wydał wikariusz generalny ks. dr Wiesław Lauer.

Zapewniał, że w związku ze Stella Maris „nie ma powodów do obaw o przyszłość, wypada jedynie prosić o cierpliwość”.

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

Ruch Narodowy mierzy w 3 procent i pieniądze z budżetu

Agata Kondzińska, Gazeta Wyborcza, 03.01.2015
Marian Kowalski z Ruchu Narodowego podczas demonstracji środowisk prawicowych w Lublinie

Marian Kowalski z Ruchu Narodowego podczas demonstracji środowisk prawicowych w Lublinie (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

W maju przegrali wybory europejskie, w listopadzie – samorządowe, ale rejestrują partię i wystawiają kandydata na prezydenta. Skrupulatnie liczą oddane na nich głosy, żeby w wyborach parlamentarnych przekroczyć 3 proc. i sięgnąć po pieniądze z budżetu.
Gdy europosłowie francuskiego Frontu Narodowego, węgierskiego Jobbiku czy brytyjskiej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa rozpakowywali walizki w Brukseli, nie było wśród nich polskich narodowców. Ruch Narodowy oblał swój pierwszy w skali kraju test wyborczy. Zagłosowało na niego zaledwie 1,40 proc. wyborców. Polacy odrzucili nacjonalizm, skrajny eurosceptycyzm i ksenofobię. Tak było w maju. Sześć miesięcy później narodowcy znów ponieśli porażkę. Listopadowe wybory samorządowe zakończyli wynikiem 1,57 proc.Jednak w Ruchu nie patrzą na procenty i skrupulatnie liczą oddane na nich głosy. W eurowyborach dostali ich ponad 98 tys., w samorządowych prawie dwa razy tyle – 188 tys. Jeśli w jesiennych wyborach do parlamentu frekwencja będzie taka jak cztery lata temu, narodowcy będą potrzebowali 400 tys. głosów, by sięgnąć po pieniądze z budżetu. Przysługują one partiom, które przekroczą 3-proc. próg. Temu zdaje się służyć zabieg z rejestracją partii i wystawieniem Mariana Kowalskiego z Obozu Narodowo-Radykalnego w prezydenckim wyścigu.

Wśród narodowców już słychać porównania do Andrzeja Leppera i jego umiejętności porywania tłumów, bo „taki trybun ludowy”, bo „nie owija w bawełnę, mówi, co myśli”. Reklamują go: „Od 16. roku życia uprawia kulturystykę i trójbój siłowy. Pracował jako instruktor sportowy i przy ochronie imprez”.

Jako szef ochrony w jednym z klubów w Lublinie podobno pobił gościa. Prokuratura postawiła mu zarzut, za co grozi kara od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. Kowalski zaprzecza pobiciu, a narodowcy sprawę bagatelizują: – Kogo system nie ciśnie? – pytają i wzruszają ramionami.

Kandydat narodowców ma być inny niż pozostali, taki człowiek ulicy, antyestablishmentowy, w swetrze zamiast garnituru. W Ruchu liczą, że prezydencka kampania wypromuje ich partię. A zbieranie 100 tys. podpisów niezbędnych, żeby zarejestrować komitet wyborczy w wyścigu do Pałacu, wykorzystają do budowy struktur. Bo, jak mówi jeden z liderów Krzysztof Bosak, łatwiej zbiera się ludzi wokół konkretnego wydarzenia.

W 2014 r. narodowcy pokazali swoją zdolność organizacyjną w wyborach do PE i do samorządu, rejestrując listy wyborcze w całym kraju.

Musieli też docenić swojego głównego rywala, z którym konkurują o młody, zbuntowany elektorat. Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego w eurowyborach zajął czwarte miejsce i do Brukseli wysłał czterech deputowanych. KNP zyskał w ten sposób pieniądze na dalsze funkcjonowanie, narodowcom nadal pozostaje zbieranie datków. Nadzieję w nich tchnęły medialne doniesienia o kłótniach u Korwin-Mikkego. W Ruchu uważnie śledzą również głosy oddane na konkurenta. – W eurowyborach dostali ponad 505 tys. głosów, a w samorządowych już mniej, bo 469 tys. – wylicza szef partii Robert Winnicki.

Do przeszłości odeszły pamiętne zadymy narodowców na uniwersytetach z 2013 r. W 2014 r. tylko raz musieli się tłumaczyć z burd 11 listopada. Ubrani w garnitury, maszerujący w pierwszym szeregu po raz kolejny odcinali się od ulicznych awantur i faszystowskich haseł. Pilnują, żeby ich nie łączyć z tą ideologią.

Kontestują całą klasę polityczną, gardzą traktatem z Lizbony, który „odebrał Polsce suwerenność”, chcą obalić „republikę okrągłostołową” i sięgają po młodych, bo badania pokazują, że to oni najchętniej głosują na radykalne i silnie zideologizowane partie.

Ale tą drogą kroczy też PiS. Zderzenie będzie dla narodowców bolesne, chociaż Jarosław Kaczyński też musi się oglądać, czy ktoś nie podgryza jego partii.

Zobacz także

wyborcza.pl

Badacze mózgu zrekonstruowali utracone wspomnienia. To wydawało się niemożliwe

Olga Woźniak, 03.01.2015
Fragment okładki ksiażki

Fragment okładki ksiażki „Moralność mózgu” (Fot. publio.pl)

Kalifornijskim badaczom udało się odbudować utracone połączenia między neuronami i odzyskać zapisaną w nich pamięć. Do tej pory uważano, że po zniszczeniu sieci połączeń między komórkami w mózgu tracimy bezpowrotnie to, co było w niej zapisane.
Gdzie w naszym mózgu mieszka pamięć? Jest w nim 100 mld neuronów, każdy może mieć do 10 tys. wypustek, tzw. dendrytów, którymi łączy się z innymi komórkami. Tu zawsze trwa ruch. Miliony impulsów nerwowych pędzą po skomplikowanej sieci neuronów. Gna informacja. Jeśli jest ważna, to zyskuje priorytet, jest puszczana po drodze uprzywilejowanej. Najczęściej używane trasy są stabilne, solidne, mają wiele odnóg i rozjazdów. Są dobrze odżywione, wzmacniane ciągłą dostawą nowych neuroprzekaźników. Jest też sporo wątłych ścieżek, które pojawiają się i nikną – dziś są, jutro ich nie będzie. Tu nie ma miejsca dla nieużywanych tras. Tak działa pamięć. Każdy fakt, który chcemy w niej przechować, zapisuje się w naszym mózgu nowym wzorcem połączeń między komórkami. Drogi używane i ważne na trwałe wbudowują się w sieć neuronalną. Błahe, źle utrzymane, rzadko uczęszczane – znikają.Tak przynajmniej mówi powszechnie obowiązująca teoria. Jednak właśnie pojawiła się praca, która wprowadza nieco zamieszania w przekonania naukowców.

Bohaterem eksperymentu opisanego przez neurobiologów z Uniwersytetu Kalifornijskiego (UCLA) jest morski ślimak z gatunku Aplysia californica. Badacze mózgu bardzo lubią to stworzenie, ma ono bowiem dość nieskomplikowany centralny układ nerwowy – składa się na niego zaledwie 20 tys. dużych, łatwych do obserwowania neuronów. Nie to, co ludzki mózg.

Prądem w ślimaka

No więc ślimaka rażono prądem w ogon. Uczono go unikowej reakcji na ten nieprzyjemny bodziec. W ten sposób w ślimaczym „mózgu” wytworzyły się dendryty i synapsy łączące neurony przewodzące bodźce dotykowe z tymi, które zawiadują ruchem. Neuroprzekaźnikiem, który odżywia komórki nerwowe, powodując wzrost dendrytów, jest u ślimaka serotonina – ona zawsze wydziela się w procesie uczenia.

Następnie badacze wyjęli owe neurony na szkiełko i potraktowali odpowiednimi substancjami, które ogołociły je z wyhodowanych wskutek bodźców dendrytów. A potem znów podlali je serotoniną. I co?

Dendryty wychynęły z neuronów niczym ślimacze czułki. Co ciekawe – pojawiły się w tej samej liczbie i konfiguracji co wcześniej. Naukowcy, nie mogąc uwierzyć w to, co widzą, powtórzyli to w wielu doświadczeniach. Dendryty zawsze powracały.

Skąd neuron wie?

A zatem – wywnioskowali badacze pod kierunkiem Davida Glanzmana – skoro odpowiednio stymulowane komórki nerwowe mogą zrekonstruować swoją sieć połączeń, to może wcale nie jest tak, że ślady pamięciowe tkwią zapisane właśnie w niej? Może przechowywane są w neuronalnym jądrze i mogą być odbudowywane w razie potrzeby?

W środowisku neurobiologów zawrzało. Media zaczęły snuć obiecujące rozważania: bo skoro tak, to może to oznaczać, że dopóki w naszym mózgu znajdują się żywe neurony, dopóty jesteśmy w stanie wyciągać z nich przechowywane gdzieś wewnątrz molekuły pamięci. Może da się odbudowywać sieć neuronalną – co miałoby niebagatelne znaczenie na przykład dla osób cierpiących na choroby neurodegeneracyjne, takie jak choroba Alzheimera.Do tej pory uważano bowiem, że po zniszczeniu sieci połączeń między komórkami w naszym mózgu tracimy bezpowrotnie to, co było zapisane w naszej pamięci długoterminowej.

Skąd jednak neuron wie, jak odbudować utracone dendryty, jak stworzyć na nowo zaprzepaszczone synapsy? Która z nich była słaba, a która silna?

Tego naukowcy nie wiedzą. I wygląda na to, że przeminie jeszcze wiele pokoleń ślimaków, nim to odkryją. A czy wiedza na temat tego, jak pamiętają ślimaki, da się w prosty sposób przenieść na ludzkie mechanizmy pamięci? Śliska sprawa.

Prace takie jak ta pokazują jednak, że czasem warto naszą wiedzę wciąż kwestionować i nie czuć się zbyt komfortowo z przekonaniem, że wszystko już wiemy.

Zobacz także

wyborcza.pl

Zacier: Ta żenada* trwa od wieków. Zawsze śmieszne były dowcipy o pierdzeniu i gołej dupie

”Wygłupiamy się wszyscy, zwłaszcza kiedy jesteśmy dziećmi – jedni po prostu z tego wyrastają, inni nie. Ja najwidoczniej nie wyrosłem” (* słowo ”żenada” pada w tym tekście 24 razy)
Mariusz Wiatrak

Zuch Kazik (fot. SP Records)

W zeszłym roku wydał dwie płyty: „Skazany na garnek” jako Zacier i „Zakażone piosenki” w ramach projektu Zuch Kazik z interpretacjami najpopularniejszych w Polsce propagandowych utworów z lat 40., 50. i 60. A teraz zaprasza na Zacieralia, czyli legendarny już Festiwal Twórczości Żenującej. Zwróćcie uwagę na nazwy – zagrają m.in. Krwiokał, Grupa Pieseek, Deuter, Zuch Kazik, Deriglasoff i Płonąca Pyta Nerona. Czyli żart i żenada przede wszystkim? Nie do końca, bo głupkowate przyśpiewki to tylko fragment jego świata, cała reszta ma mobilizować do refleksji i zastanowienia się nad sensem istnienia, walki ze złem, przemijania – podkreśla Zacier, po godzinach muzyk, na co dzień doktor nauk medycznych i lekarz nefrolog.

Po dyżurze?

– Dzisiaj akurat miałem normalny dzień pracy, czyli zajęcia ze studentami, seminarium.

Dzień zaczynasz…

– … o szóstej rano. Jadę autobusem i czytam książkę lub słucham muzyki, później spacer w parku – to jest moja codzienna droga, medytacja, bardzo ważne chwile w życiu. Później robota.

Autobus zamiast samochodu – świadoma decyzja?

– Absolutnie. Kiedyś miałem przez chwilę samochód, ale uznałem, że ten tryb życia, ten rodzaj „wolności” nie za bardzo mi odpowiada. Stać w korku, irytować się, złorzeczyć? Nikt by mnie do tego nie zmusił.

Zacier (fot. SP Records)Zacier (fot. SP Records)

Co dalej?

– Dalej zaczyna się odprawa, obchód i rozmowy z pacjentami. Później zazwyczaj pracuję ze studentami – czasami z polskimi, czasami z anglojęzycznymi grupami. Ale 24-godzinne dyżury lekarskie też się zdarzają.

I wtedy rodzą się teksty?

– Teksty zasadniczo rodzą się, kiedy chcą. To nie jest tak, że piosenka powstaje na żądanie, kiedy mam ochotę zabrać się do pisania. Sama musi przyjść – inaczej nic z tego nie będzie. Teraz mam taki czas, że nic mnie nie dopada, żadna melodia nie dźwięczy w głowie. Wciąż czekam. A może już się nie doczekam?

Ktoś już wam powiedział, że wasza nowa płyta jest żenująca?

– To ciekawe, ale jeszcze nie słyszałem takiego głosu na jej temat.

No to ja to powiem: strasznie żenująca ta płyta!

– Wiem. I dziękuję.

Nie obrazisz się?

– Nie, bo rozumiem, do czego nawiązujesz. Przewrotne pojęcie żenady wprowadziłem sam, aby określić swoje zapatrywania na muzykę. W mojej działalności jest dużo elementów, które mogą żenować. Jestem mistrzem żenady. Zażenowanie wynika z niepewności, bezwstydu, szczerości i odwagi tworzenia i prezentacji swojej sztuki, a więc z bezkompromisowej wizji artystycznej. Chodzi o fakt tworzenia czegoś de novo, podejmowanie ryzyka, unikanie zbyt sztywnych i zdefiniowanych ram formalnych, nadmiernej kosmetyki muzycznej… Nie bardzo wiem, co teraz powiedziałem, ale pewnie jest w tym dużo prawdy.

Zuch Kazik, Zakażone Piosenki (fot. SP Records)Zuch Kazik, Zakażone Piosenki (fot. SP Records)

ZACIER, czyli inaczej Zrzeszenie Artystów Cierpiących i Entuzjastycznie Rżnących. Rżnących – niech będzie, ale cierpiących?

– Nie da się ukryć, że „skrót” został dla hecy wtórnie rozwinięty, a nie odwrotnie. To cierpienie jest umowne, bo natywny Zacier to przede wszystkim radosna twórczość, chociaż przesztyletowana różnymi wydarzeniami z lat 80., wycieczkami alkoholowymi, młodzieńczymi przemyśleniami, rozterkami egzystencjalnymi, niepowodzeniami miłosnymi. Podobno każdy artysta musi cierpieć, aby jego przekaz był prawdziwy.

A ciebie co żenuje?

– Sztampa, naśladownictwo, bohaterskie zaśpiewy, powielanie wzorców, granie pod publikę. Żenujące są dla mnie stylizacje na „światowego” artystę – zawodzenie zgodne z muzycznymi trendami. Udawanie, wchodzenie w czyjąś skórę, wtórność i pseudogwiazdorskie pojękiwania.

Nazwiska?

– Nie chcę nikogo skrzywdzić. Przecież nie twierdzę, że mam rację. Wyrażam swoje zdanie. Poza tym każdy ma takie swoje zespoły, które uwielbia, i takie, które wprawiają go w zażenowanie.

Zacier (fot. Jarek Talacha)Zacier (fot. Jarek Talacha)

„Nic dla mnie nie znaczą twoje kuwertury/ Dupę nimi wytrę, ty chuju ponury” – śpiewasz w „Fortepianie” o Chopinie. I pada tam nazwisko! Zdarza się, że w którymś momencie stwierdzasz, że jednak trochę przegiąłeś?

– Rzadko, bo staram się nikogo nie obrażać, a to akurat jedna z nielicznych spośród moich 200 piosenek, gdzie padają bluzgi. Chodzi tu o prowokacyjne podeptanie ideału. Skandal. Zresetowanie moralności do poziomu zero, od którego można ponownie zacząć. Trzeba to oceniać z dystansu, z przymrużeniem oka. Wiem, że nie każdy to zrozumie. Ale nie lubię się powtarzać i obecnie raczej skłaniam się w stronę repertuaru wyważonego i refleksyjnego.

A bohaterskie zaśpiewy na zadymiarskim marszu 11 listopada cię żenują?

– Staram się trzymać z daleka od wszelkich objawów fanatyzmu, skrajnego nacjonalizmu, braku tolerancji, zadymy o podłożu politycznym. Ludziom najwyraźniej brakuje kogoś do bicia – nie ma stanu wojennego, nie ma wroga zewnętrznego, no to trzeba go sobie wymyślić.

„Zabrali nam jaja”?

– „Zabrali mi jaja” to parodia odnosząca się do kilku piosenek z lat 80. Nie jest to szczytowe osiągnięcie mojej myśli twórczej. Często naśmiewam się z frazesów i oklepanych grepsów, jednak przede wszystkim rozliczam się z sobą, ubliżam sobie, a dopiero w drugiej kolejności dokuczam komuś. Ale jeśli już dokuczam, to za bardzo poważne wykroczenia.

Na przykład jakie?

– Wywoływanie wojen, krzywdzenie innych, brak tolerancji, fanatyzm religijny. Na to nie pozwalam i z tym walczę – walczę ironią, czasami zadumą, czasem zwykłymi wulgaryzmami desperacji i rozpaczy.

W czasach, kiedy wszystko wyśmiewamy? Nie ma dnia, żeby ktoś nie wysłał linka do filmiku z jakimś wygłupem, pustym żartem, „internauci się śmieją”, a my zamiast czytać wiadomości – wolimy oglądać memy. To internet nas dziś śmieszy i żenuje.

– Internet stwarza ogromną przestrzeń dla wszelkiego rodzaju jarmarcznej rozrywki. I pornografii całego świata. Poza tym to jednak niewyobrażalny dostęp do informacji, coś, o czym przez tysiąclecia marzyli filozofowie. Żartuję, że to ja pierwszy wymyśliłem YouTube’a – 20 lat temu w rozmowie z przyjacielem wyobrażałem sobie, że w przyszłości tak właśnie będziemy korzystali z muzyki: nie będziemy kupowali płyt, mając dostęp do ogromnej bazy za darmo albo za drobną opłatą.

Ale YouTube to przede wszystkim wielki cyfrowy śmietnik – królują filmiki ze śmiesznymi kotkami, psami przebranymi za pająka, parodiami, wulgaryzmami. Ty to wszystko robiłeś, kiedy internetu w ogóle jeszcze nie było!

– Na szczęście wszystkiego nie robiłem. Ameryki też nie odkryłem. Wielu z nas bawiło się parodiując zespoły lub kręcąc filmy. I myślę, że nie było w tym nic oryginalnego. Wygłupiamy się wszyscy, zwłaszcza kiedy jesteśmy dziećmi – jedni po prostu z tego wyrastają, inni nie. Ja najwidoczniej nie wyrosłem. Nadal na przykład kręcę filmy w ramach zespołu filmowego Gruszka Szczepana, tyle że teraz w towarzystwie synów.

A ty jakie filmiki lubisz sobie obejrzeć?

– Szczególnie filmiki o kotach, które bawią się, dajmy na to, z wiewiórką.

Nowy teledysk Masłowskiej?

– Nie widziałem. Nie wiem też, kto to Masłowska.

Nagranie z marszu niepodległości, na którym mylą dziennikarza TV Republika z dziennikarzem TVN-u?

– Nie widziałem. Ja też mylę ludzi, dziennikarzy znam mało.

Właściwie dlaczego tak bardzo lubimy się żenować?

– Ale my przecież „żenujemy” się od wieków – taka jest i była natura jarmarcznej rozrywki. Internet jest tylko doskonałym narzędziem do jej rozprzestrzeniania. Zawsze śmieszne były dowcipy o pierdzeniu i gołej dupie – niektórzy starają się od tego zdystansować i utrzymują, że to nie jest godna rozrywka, ale na tym dokładnie polegał teatr uliczny: na gagach, na biciu się patelnią po głowie, na jakichś bardzo prostych i żenujących żartach. To cieszyło lud.

Ty też próbujesz ten lud zabawiać.

– Cieszy mnie, gdy ktoś słucha moich nagrań, lubię też performance, występy na żywo. Nasze koncerty są spontaniczne i nieprzewidywalne – zawsze wydarzyć się może jakaś grubsza wpadka, są też chwile uniesienia i heroicznego spełnienia. Bo sztuka powinna być uliczna, nieokiełznana, pod żadnym pozorem nie czysto rzemieślnicza. Zatem nie mamy wielkiej publiczności, bo większość lubi formy wygładzone, niewymagające analizy, podjęcia trudu.

Niedźwiedź Janusz wciąż „mieszka w bloku i czasem słucha hip-hopu”?

– Ta piosenka to perełka. Nie wiem, czy nie najfajniejszy numer, jaki udało mi się napisać.

Dlaczego?

– Bo opowiada o schizofreniku naszych czasów – mieszańcu posklejanym z różnych skór. Sam jestem zaangażowany w różne subkultury, obracam się w różnym towarzystwie, co innego robię w pracy, co innego poza nią. I niedźwiedź Janusz jest takim człowiekiem (zwierzęciem?) – zagubionym, niejednoznacznym, ale podążający za głosem swojego serca. Każdy z nas jest po trosze niedźwiedziem Januszem. Dzisiaj nie martwimy się o etykietę, „stosowny” ubiór, nie ma wyraźnego podziału na klasy społeczne, jest przyzwolenie na różne zachowania, nastał czas większej tolerancji i wyrozumiałości.

Szukamy rozpaczliwie swojej tożsamości?

– Każdy może sobie swoją tożsamość wypracować sam i może być ona zupełnie dowolna. Jesteś sobą, ale jednocześnie nie działasz na niekorzyść innych, nie kradniesz, nie wyrządzasz nikomu krzywdy. Wszystko jest wtedy w porządku.

A tekst: „Antek, podaj cegłę, Antek, bo cię jebnę”?

– Mam wrażenie, że niesłusznie skupiłeś uwagę na tych utworach z ciemnej strony mocy. Akurat wybrałeś piosenkę „Pieśń Solidarności Murarzy” skomponowaną na najniższym poziomie rdzenia przedłużonego, wypełniacz, ale też żart nawiązujący do „Pieśni Solidarności Partyzantów” z mojej pierwszej płyty „Konfabulacje”. Tutaj nie ma czego tłumaczyć. To czysta żenada.

„Popatrz ziom na dupę tego wokalisty, ciągle się w nią drapie, pewnie ma glisty”.

– To jest z kolei z piosenki napisanej na zamówienie. Dr Yry, kiedy nagrywał płytę z zespołem Pieseek [pisownia oryginalna – przyp. aut.], poprosił: Napisz taką piosenkę, w której nam naubliżasz, z błotem zmieszasz. Zapytałem: Na pewno tego chcecie?Na pewno. No to proszę bardzo. Ktoś chciał, żeby go zwyzywać, i ja to uczyniłem.

I to jest pomysł na biznes!

– Byłoby ciężko z tego żyć, a ja ubliżam głównie kanaliom i przyjaciołom na życzenie.

Prowokujesz?

– Tak, do myślenia, do śmiechu, wspomnień, ale nic na siłę. Nie chcę pouczać, wymądrzać się. Robię to, na co mam ochotę w danej chwili. Przede wszystkim dla siebie. To ze mnie się wylewa, a ja staram się tego nie cenzurować. Pisałem już o wszystkim, w każdym stylu, na różnym poziomie. Żenada jest prowokacją. Może kiedyś wyczerpią się inspiracje.

I co wtedy?

– Nic wtedy, bo mam mnóstwo innych hobby. Staram się prowadzić życie na wielu frontach.

Zacieralia 2014 (fot. Konrad Jaraszek)Zacieralia 2014 (fot. Konrad Jaraszek)

Zacieralia 2014 (fot. Konrad Jaraszek)Zacieralia 2014 (fot. Konrad Jaraszek)

Takich właśnie osób doktor nauk medycznych szuka na Festiwalu Twórczości Żenującej „Zacieralia”?

– Szukam tych, którzy mnie szukają. I muzyków, których bawi granie. Ludzie do mnie piszą, dzwonią – mówią, że chcieliby zagrać na Zacieraliach i, co więcej, nie chcą za to żadnych pieniędzy. Czyli kieruje nimi entuzjazm. Są jeszcze nasi przyjaciele, nasze gwiazdy: Kuba Sienkiewicz, Piotrek Łojek, Kazik Staszewski, Janusz Zdunek, którzy na Zacieraliach grają regularnie, bo należą do tej samej rodziny. Kazik Staszewski, wielki mecenas i entuzjasta Zacieru i Zacieraliów, nie wyobraża sobie nowego roku bez udziału w tym festiwalu, nomen omen Festiwalu Twórczości Żenującej.

Dokonujesz selekcji zespołów?

– Selekcja jest konieczna, bo i chętnych wielu. Jeśli ktoś chce na Zacieraliach zarobić pieniądze, to raczej się nie zgłosi. Jeśli ktoś uważa, że chodzi tylko o dosłowną żenadę – wydzieranie mordy, robienie rozpierduchy i puszczenie paru bluzgów, no to przykro mi, ale to też nie wystarcza. Musi być entuzjazm, musi być pomysł, chęć podzielenia się swoim światem z publicznością.

Zacier z synem (fot. Konrad Jaraszek)Zacier z synem (fot. Konrad Jaraszek)

Wciąż podbierasz garnki żonie?

– Nie, bo mam swój własny arsenał garnków. Nieustannie poszukuję nowych, gdyż część z nich zwyczajnie tracę na koncertach. Kilka poszło na aukcje charytatywne, część rozdałem, kilka porwał tłum.

I jeszcze syna w to wszystko angażujesz.

– To jego wybór, żyje graniem, podobnie jak ja. Zdarza się z tego powodu trochę babskiego gderania, ale zarówno moja mama, jak i żona widzą, co się dzieje, że to nie jest tylko chodzenie na chałtury i wracanie do domu po pijaku bez gitary. Czasami słyszę od nich, że synowi zawracam głowę tym graniem: Znowu jedziecie? Znowu Michał nie ma kiedy się uczyć. Ale ostatecznie rodzina popiera to, co robimy, cieszy się razem z nami. I stara się nie przeszkadzać. Wszyscy wiedzą, że to stracona walka, a działalność muzyczna, choć pracochłonna, jest pożyteczna i rozwija. Michał gra ze mną już 10 lat. Żałuję, że drugi syn, Tomek, nie chce, przynajmniej na razie, do nas dołączyć.

 

Zacieralia, VIII Festiwal Twórczości Żenującej, 9-10 stycznia 2015, klub Progresja, Warszawa, ul. Fort Wola 22

ROZKŁAD JAZDY:
PIĄTEK – 9 STYCZNIA (17:00):
(pomiędzy koncertami zespołów – 10-minutowe przerwy z projekcjami filmowymi)
CZZK 17:10-17:50, VOA 18:00-18:40, smkkpm Ultra 18:50-19:30, Kazik i Proforma 19:40-20:20, Kabanos 20:30-21:20, Zuch Kazik 21:30-22:10, GKS 22:20-23:00, Speculum 23:10-23:50
SOBOTA – 10 STYCZNIA (17:00):
(pomiędzy koncertami zespołów – 10-minutowe przerwy z projekcjami filmowymi)
Krwiokał 17:10-17:50, Pieseek 18:00-18:40, Deuter 18:50-19:30, TPN 25 19:40-20:20, Kasia i Wojtek 20:30-21:10, Zacier 21:20-22:00, Deriglasoff 22:10-22:50, Zdunek + Goście 23:00-23:40, PPN 23:50-00:10

ROZKŁAD JAZDY:

PIĄTEK – 9 STYCZNIA (17:00):

CZZK 17:10-17:50, VOA 18:00-18:40, smkkpm Ultra 18:50-19:30, Kazik i Proforma 19:40-20:20, Kabanos 20:30-21:20, Zuch Kazik 21:30-22:10, GKS 22:20-23:00, Speculum 23:10-23:50

SOBOTA – 10 STYCZNIA (17:00):

Krwiokał 17:10-17:50, Pieseek 18:00-18:40, Deuter 18:50-19:30, TPN 25 19:40-20:20, Kasia i Wojtek 20:30-21:10, Zacier 21:20-22:00, Deriglasoff 22:10-22:50, Zdunek + Goście 23:00-23:40, PPN 23:50-00:10

 

Mirosław „Zacier” Jędras. Doktor nauk medycznych, lekarz nefrolog, autor tekstów, kompozytor, wokalista. Czasami gra na instrumentach klawiszowych, czasami na fujarce, skrzypcach albo gitarze. Autor utworu „Odpad atomowy”, który znalazł się w repertuarze Elektrycznych Gitar i Kazika Staszewskiego. Na scenie obecny od lat 80. Nagrał blisko 200 piosenek, kilka albumów oficjalnych i drugie tyle nieoficjalnych. Twórca i organizator festiwalu Zacieralia. Wierny piewca artystycznego nonsensu. Jak pisały o nim media: zażenowanie podnosi do rangi sztuki, a potem strąca w otchłań radości.

Mariusz Wiatrak. Dziennikarz – kiedyś muzyczny, dziś gość od wszystkiego. Kiedyś m.in. „Gazeta Wyborcza” i „Machina”, dziś redaktor Kultura.gazeta.pl. Dwukrotnie wylądował na okładce „Tygodnika Powszechnego” – raz jako apostata, a raz jako dziecko, które przestaje wierzyć.

weekend.gazeta.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: