Hairwald

W ciętej ranie obecności

Onet (04.01.15)

 

autorzy.onet.pl

GERWIN: MY, MIESZKAŃCY I MIESZKANKI

MARCIN GERWIN, 03.01.2015

Czy wartości wyznawane przez ruchy miejskie należą do lewicy lub do prawicy?

Odejście trojga radnych z komitetu ruchów miejskich Miasto Jest Nasze w warszawskim Śródmieściu, a potem jeszcze jednego na Żoliborzu, nie wygląda dobrze. Co tu dużo mówić, wygląda fatalnie. Jaki jednak ma to wpływ na działania aktywistów i aktywistek miejskich na przykład w Sopocie? Żaden. Dopiero co złożyliśmy wniosek o zorganizowanie pierwszego w Sopocie panelu obywatelskiego i pomimo oporu ze strony radnych zamierzamy nadal próbować usprawniać demokrację w naszym mieście. Zajmujemy się tym zresztą od lat.

 

Nie oceniałbym działalności ruchów miejskich przez pryzmat tego, co wydarzyło się w jednej czy dwóch dzielnicach Warszawy. Aktywiści miejscy działają w dziesiątkach miast w Polsce, niektórzy nie są szerzej znani, a ponadto nie wszyscy zdecydowali się na start w wyborach. Udział ruchów miejskich w wyborach był w mojej ocenie ważny, nawet jeżeli nie przyniósł wielu zwycięstw. Wywarł nacisk na pozostałe komitety, w tym partyjne, i wymusił częściowe zmiany w ich programach. Miejmy także nadzieję, że przyczynił się choćby do minimalnej zmiany w sposobie myślenia dotychczasowych prezydentów o rozwoju miast. Ruchy miejskie pokazały bowiem, że nie musi być to wyścig o to, kto wybetonuje więcej, lecz że można postawić na jakość życia.

 

Nie jest jednak tak, że wszyscy aktywiści miejscy mają dokładnie ten sam pogląd na sprawy miasta. Na przykład w gronie osób, które zajmują się budżetem obywatelskim, są różne opinie dotyczące tego, którą metodę głosowania stosować lub czy głosowanie powszechne jest najlepszym sposobem wyboru projektów. Z kolei w kwestii planowania przestrzennego niektóre pomysły uznałbym wręcz za szkodliwe, jak stawianie wieżowców w pasie nadmorskim. Co zatem określa ruchy miejskie w Polsce? Czy jest coś, co je wyróżnia? W mojej ocenie wspólnym mianownikiem jest myślenie w kategoriach zrównoważonego rozwoju i szacunek dla demokracji, czego wyraz znajdziemy w tezach Kongresu Ruchów Miejskich oraz w filarach Porozumienia Ruchów Miejskich. Samo to, że ktoś działa w organizacji pozarządowej, która zajmuje się sprawami miasta, lub że jakiś komitet jest bezpartyjny, to za mało. Może się bowiem zdarzyć, że ktoś z organizacji pozarządowej będzie promował budowę autostrady przecinającej miasto lub że celem obywatelskiego komitetu wyborczego będzie utrwalenie wszechwładzy lokalnego kacyka. Nie ma to jednak nic wspólnego z wartościami reprezentowanymi przez osoby, które tworzą dziś ruchy miejskie.

 

 

My, mieszkańcy i mieszkanki

 

Czy jednak wartości te przynależą wyłącznie do lewicy lub do prawicy? Moim zdaniem nie. Ten podział, który ma swoje początki w XVIII wieku i trwa do dziś, jest mocno nieprecyzyjny. Bo czy klub radnych PiS, który popiera budownictwo komunalne, partycypację społeczną i utrzymanie szkół publicznych, to lewica? Przecież ten sam klub może przy innej okazji zgłosić rezolucję w sprawie obrony Radia Maryja. Rozumiem, że część osób może być przywiązana do etykietek i myślenia w kategoriach „my, lewica” lub „my, prawica”.

 

Czy jednak dla budowania lokalnej wspólnoty nie będzie lepsze myślenie w kategoriach „my, mieszkańcy i mieszkanki”?

 

Oczywiście, mieszkańcy i mieszkanki mogą mieć bardzo różne poglądy na kierunek rozwoju miasta – jedni mogą chcieć więcej galerii handlowych, inni więcej parków, a dla jeszcze innych ważne będą obiekty sportowe. To jednak nie musi być związane z przekonaniami religijnymi, które dziś, jak mi się wydaje, są w znacznej mierze osią podziału na lewicę i prawicę.

 

Na poziomie miasta jest wiele spraw, które łączą ludzi, bez względu na ich poglądy w kwestiach obyczajowych lub religijnych. Bycie ateistą lub chodzenie do kościoła nie musi przeszkadzać we wspólnej obronie parku czy zabieganiu o usprawnienie demokracji. Na rowerze jeżdżą do pracy nie tylko anarchiści, podobnie jest z transportem publicznym. Przykładem tego, że koalicje osób o różnych światopoglądach są możliwe w wyborach, są Wadowice i kampania Mateusza Klinowskiego (zdeklarowanego ateisty), który blisko współpracował z zaangażowanymi katolikami. Dlatego nie kłułbym ludzi w oczy etykietkami „lewica” czy „prawica”, bo jest to wykluczające („ja jestem z lewicy, a ty nie”) i niepotrzebnie zraża część mieszkańców i mieszkanek, którzy mogą mieć dziwne wyobrażenia na temat lewicowości lub prawicowości. Celem powinno być miasto, w którym wszyscy czują się dobrze, jakkolwiek idealistycznie by to brzmiało.

 

Są jednak pewne standardy minimum dotyczące kwestii światopoglądowych, które moim zdaniem powinny być przestrzegane. Start z komitetów wywodzących się z ruchów miejskich osób, które są mizoginami lub homofobami, powinien być wykluczony. Powinno to być uznawane za kwestię podstawową, która nie podlega ustępstwom. Nie traktowałbym tego jednak jako prawicowe lub lewicowe, lecz jako normalne, gdyż związane z szacunkiem dla drugiego człowieka.

 

 

Budowanie komitetu na wybory

 

Logika działań aktywistów i aktywistek miejskich w ramach nieformalnych inicjatyw czy organizacji pozarządowych jest inna, niż gdy bierze się udział w wyborach. Działanie aktywistów i aktywistek miejskich na co dzień to przykładowo naciskanie na prezydenta miasta lub radnych, by wprowadzili w życie jakieś rozwiązanie, bądź też blokowanie niekorzystnych decyzji. Można to robić w kilka osób i zgłaszać różnego rodzaju, mniej lub bardziej radykalne pomysły. Natomiast komitet wyborczy, który chce zdobyć wiele mandatów w wyborach, potrzebuje szerokiego poparcia mieszkańców i mieszkanek, a ci mogą być dość konserwatywni w swoich poglądach na rozwój miasta. Choć może być to oczywiste, to warto przypomnieć, że wybory wygrywa to ugrupowanie, które przekona do siebie największą liczbę wyborców, a nie to, którego postulaty i forma przekazu są atrakcyjne jedynie dla wąskiego grona osób o poglądach skrajnych. To z kolei oznacza, że z pewnych propozycji programowych trzeba zrezygnować – na przykład pomysł zamknięcia całego centrum miasta dla ruchu samochodowego może być z ekologicznej perspektywy słuszny, jednak zapewne będzie on nie do zaakceptowania dla większości mieszkańców i mieszkanek. Przynajmniej nie od razu lub nie bez konsultacji społecznych.

 

Ruchy miejskie, które startują w wyborach, mogą być na tyle postępowe, na ile postępowi są mieszkańcy i mieszkanki danego miasta. Oznacza to, że jeżeli wynik konsultacji społecznych wskazuje, że mieszkańcy i mieszkanki nie chcą wprowadzenia edukacji seksualnej w szkołach, to nie powinno jej być. A jeżeli chcą, to być powinna.

 

Wynika to z szacunku dla mieszkańców i mieszkanek, z uznania, że inni ludzie mogą mieć przekonania, z którymi sami możemy się nie zgadzać, oraz z traktowania mieszkańców i mieszkanek w sposób podmiotowy.

 

Kluczowe jest ponadto zbudowanie w ramach komitetu zgranego zespołu, który ma wspólną wizję miasta, wspólne cele i potrafi ze sobą współpracować. Ludzie powinni po prostu umieć się ze sobą dogadywać. W dużym zespole może się przydać opracowanie formalnych zasad współpracy, które będą w precyzyjny sposób określały sposób podejmowania decyzji czy zasady przyjmowania nowych członków. Dobrze jest, gdy komitet podejmuje decyzje w sposób demokratyczny, by uniknąć modelu wodzowskiego, dzięki czemu jego członkowie i członkinie będą mieli poczucie, że ten komitet współtworzą, a nie są jedynie pionkami pozbawionymi wpływu na to, co się dzieje. Szczególnie istotne jest wypracowanie sposobów na rozwiązywanie ewentualnych konfliktów wewnątrz komitetu oraz dobór właściwych osób. Zaproszenie do współpracy ludzi, którzy mają skłonność do eskalowania konfliktów, czarnowidztwa lub podejmowania decyzji bez konsultacji z resztą grupy, może potem oznaczać, że komitet będzie kulał, a działanie w nim będzie męką. Tymczasem powinno być przyjemnością. Po angielsku ujmuje się to w ten sposób: If it’s not fun, you’re not doing it right.

 

Przyjrzyjmy się także ordynacji wyborczej – dla ruchów miejskich jest ona dziś niekorzystna podwójnie. Po pierwsze odbiera im mandaty, jak w Gdańsku czy w Krakowie, a po drugie może wymuszać wystawianie na listach osób, z którymi inicjatorom komitetu nie do końca musi być po drodze. Zgodnie z regułami ordynacji opłaca się bowiem wystawić na listach dwa razy tyle kandydatów i kandydatek, ile jest miejsc w radzie miasta, by dzięki temu dostać jak najwięcej głosów. Na przykład w Gdańsku będzie to 68 osób, choć do samodzielnej większości w radzie miasta wystarczy 18 mandatów. Tyle tylko, że w praktyce może w całym mieście nie być wystarczająco wielu aktywistów i aktywistek, którzy chcieliby kandydować. Na samym wstępie niezbędny więc będzie kompromis i zapraszanie osób, które mogą mieć w szczegółach nieco inny pogląd na miasto, osób, które są niesprawdzone. To między innymi dlatego potem, po wyborach, mogą zdarzać się rozłamy lub nieoczekiwane transfery do innych ugrupowań. Uniknąć tego można za pomocą ordynacji, w której wystawić można tylu kandydatów i kandydatek, ile jest sensownych osób. Oznacza to w praktyce odejście od ordynacji z listą. Sama zmiana metody przeliczania głosów na mandaty z metody D’Hondta na metodę Sainte-Laguë, choć ułatwia małym komitetom zdobywanie mandatów, jest po prostu niewystarczająca.

 

Z kolei w samej kampanii warto używać języka, który będzie zrozumiały dla wyborców, szukać z nimi porozumienia. Mówił o tym niedawno Pablo Iglesias, lider hiszpańskiej partii Podemos: „Większość ludzi jest przeciwko kapitalizmowi, choć tego nie wie. Większość ludzi będzie broniło feminizmu, choć nie czytali Judith Butler czy Simone de Beauvoir. Kiedy tylko widzisz ojca, który zmywa naczynia lub bawi się z córką, kiedy dziadek uczy wnuki, by dzieliły się zabawkami, jest w tym więcej społecznej transformacji niż we wszystkich czerwonych flagach, które możesz nieść podczas demonstracji. Jeżeli nie będziemy rozumieli, że te rzeczy mogą być jednoczące, wciąż będą się z nas śmiali”. I dalej: „Takimi właśnie chcieliby nas widzieć nasi wrogowie – chcieliby, abyśmy byli małą grupką, która mówi językiem, którego nikt nie rozumie. Chcieliby, abyśmy byli w mniejszości, schowani za tradycyjnymi symbolami. Są tym zachwyceni, bo wiedzą, że tak długo, jak będziemy się zachowywali w ten sposób, nie będziemy groźni. Możemy prowadzić naprawdę radykalny dyskurs, opowiadać o organizowaniu strajku powszechnego bez poparcia związków zawodowych, o zbrojnych powstaniach, wymachiwać symbolami i nieść portrety wielkich rewolucjonistów podczas demonstracji, a oni będą tym po prostu zachwyceni! Będą się z nas śmiali. Kiedy jednak zaczynasz przyciągać setki, tysiące ludzi, kiedy zaczynasz trafiać do większości, wówczas zaczynają się bać. I to nazywa się polityka. Tego powinniśmy się nauczyć”.

 

Wiecie, które miejsce zajmuje obecnie Podemos w sondażach przed wyborami do hiszpańskiego parlamentu? Pierwsze lub drugie, w zależności od sondażu, po niecałym roku działalności.

Podziękowania dla Agnieszki Ziółkowskiej za rozmowę, która wpłynęła na kształt tego tekstu.

 

 

Czytaj także:

Joanna Erbel, Ruchy miejskie nie chcę być konserwą 2.0

Kacper Pobłocki, Wskrzeszenie człowieka publicznego

Tomasz Leśniak: Jeszcze będzie Polska przeciw Igrzyskom

Marcin Gerwin, Gdy mniejszość staje się większością

Piotr Uziębło: Obecny sposób podziału mandatów sprzyja największym [rozmowa Marcina Gerwina]

Dziennik Opinii KP

Belgia: eutanazja dla gwałciciela i mordercy

mk, 04.01.2015
51-letni dziś Frank Van Den Bleeken spędził w więzieniu ostatnie 30 lat

51-letni dziś Frank Van Den Bleeken spędził w więzieniu ostatnie 30 lat (VIRGINIE LEFOUR / AFP/EAST NEWS)

Skazany na dożywocie za gwałt i morderstwo prosił o eutanazję z powodu „cierpień psychologicznych nie do zniesienia”. Sąd się zgodził. Mężczyzna umrze 11 stycznia.
51-letni dziś Frank Van Den Bleeken spędził w więzieniu ostatnie 30 lat. Skazany na dożywocie za serię gwałtów, a także zamordowanie 19-latki, od 2011 r. prosił władze Belgii o pozwolenie na eutanazję. Prośbę uzasadniał za pośrednictwem prawnika „niemożliwym do zniesienia cierpieniem psychologicznym”.

Ministerstwo: Nadszedł czas

Van Den Bleeken przyznawał, że nadal może stanowić zagrożenie dla społeczeństwa. Dlatego nigdy nie ubiegał się o przedterminowe zwolnienie. Jednak w wywiadzie dla miejscowych mediów mówił także, że pobyt w więzieniu jest dla niego „niehumanitarny”.

Na realizację swojej prośby czekał trzy lata, bo Belgijska Federalna Komisja ds. Eutanazji najpierw badała, czy mężczyzny na pewno nie da się wyleczyć. We wrześniu ubiegłego roku uzyskał upragnioną zgodę. Teraz, 11 stycznia, w Brugii zostanie przetransportowany do więziennego szpitala i poddany eutanazji.

Chociaż rząd nie opublikował w tej sprawie oświadczenia, miejscowa gazeta „De Morgen” cytuje rzeczniczkę ministerstwa sprawiedliwości, która miała powiedzieć: „Nadszedł czas. Eutanazja zostanie wykonana”.

Pierwsza taka eutanazja

Belgia zalegalizowała eutanazję w 2002 r. Jest ona legalna w przypadku pacjentów pełnoletnich, świadomych, którzy żądają śmierci dobrowolnie, w sposób przemyślany i powtarzają swoją prośbę.

Pacjent musi chorować na nieuleczalną chorobę, a jego cierpienie musi być nie do wytrzymania i niedające się złagodzić. Od 2002 r. liczba przeprowadzanych rocznie eutanazji rośnie, w ubiegłym roku przeprowadzono ich 1,8 tys. Na początku 2014 r. w Belgii dopuszczono też eutanazję dzieci.

Decyzja w sprawie Van Den Bleekena to precedens – po raz pierwszy sąd zgodził się poddać eutanazji więźnia.

Zobacz także

wyborcza.pl

Papież nominował 20 nowych kardynałów. Wśród nich nie ma żadnego Polaka

js, pap, 04.01.2015
Papież Franciszek

Papież Franciszek (Riccardo De Luca / AP (AP Photo/Riccardo De Luca))

Kolejna rewolucja papieża Franciszka – tak watykaniści interpretują ogłoszone przez niego w niedzielę nominacje kardynalskie. Godność kardynała otrzyma 20 dostojników z całego świata, wśród których najmniej jest Europejczyków. 15 z nich nie ukończyło 80 lat.
Drugie już nominacje kardynalskie papieża Franciszka potwierdzają dokonaną przez niego w Kościele zmianę punktu ciężkości – przeniesienie go z Europy do innych części świata. Na liście 20 nominatów ze wszystkich kontynentów jest zaledwie siedmiu Europejczyków.

Nowym kardynałom papież wręczy insygnia na konsystorzu, który odbędzie się w Watykanie w dniach 14-15 lutego.

Pięciu kardynałów nominatów to dostojnicy, którzy otrzymają tę godność za zasługi dla Kościoła, ale ze względu na wiek nie będą mogli brać udziału w konklawe.

Tylko jeden z kurii rzymskiej

Podczas niedzielnego spotkania na modlitwie Anioł Pański z udziałem kilkudziesięciu tysięcy osób papież ogłosił, że nominację kardynalską otrzyma między innymi były szef watykańskiej dyplomacji abp Dominique Mamberti z Francji, obecnie prefekt Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej, czyli najwyższego organu sądowniczego Kościoła. To jedyny przedstawiciel kurii rzymskiej wśród kardynałów nominatów.

Ponadto na liście przyszłych kardynałów są: patriarcha Lizbony abp Manuel José Macário do Nascimento Clemente, arcybiskup Addis Abeby w Etiopii Berhaneyesus Demerew Souraphiel, metropolita Wellington w Nowej Zelandii abp John Atcherley Dew, arcybiskup włoskiej Ankony Edoardo Menichelli, arcybiskup Hanoi w Wietnamie Pierre Nguyen Van Nhon, arcybiskup Rangunu w Birmie Charles Maung Bo, arcybiskup Bangkoku w Tajlandii Francis Xavier Kriengsak Kovithavanij, abp Francesco Montenegro z sycylijskiego miasta Agrigento, arcybiskup Daniel Fernando Sturla Berhouet z Montevideo w Urugwaju, abp Arlindo Gomes Furtado z Wysp Zielonego Przylądka i abp Soane Patita Paini Mafi z archipelagu Tonga. W uznaniu zasług dla Kościoła kardynałami zostanie także pięciu sędziwych dostojników: abp José de Jesus Pimiento Rodriguez z Manizales w Kolumbii, włoski arcybiskup Luigi De Magistris, abp Karl-Joseph Rauber z Niemiec, Argentyńczyk abp Luis Hector Villalba i biskup Julio Duarte Langa z Mozambiku.

Papież nie czuje się zobowiązany

Przedstawione nominacje potwierdzają, że papież Bergoglio chce przebudować nie tylko struktury kurii rzymskiej, ale także zmienić skład najwyższej hierarchii kościelnej, dopuszczając do niej dostojników z tzw. peryferii Kościoła, czyli najdalszych zakątków świata. Zaskoczenie nominacjami jest tak duże, że zaledwie kilka minut po ich ogłoszeniu przez papieża rzecznik Watykanu ksiądz Federico Lombardi powiedział dziennikarzom, że Franciszek nie czuje się „zobowiązany” do nominacji według dotychczas obowiązującego klucza „stolic kardynalskich”. Zgodnie z tą zasadą poprzedni papieże „automatycznie”, jak dodał, mianowali kardynałami metropolitów największych miast, np. we Włoszech, Hiszpanii czy Meksyku. Tym razem, zaznaczył ksiądz Lombardi, nominacje otrzymali arcybiskupi i biskupi z siedzib, które w przeszłości nie miały kardynałów.

Zobacz także

wyborcza.pl

Szirin Naeimi: Polacy to zimni ludzie w zimnym kraju

Robert Stefanicki, 03.01.2015
Szirin Naeimi - irańska działaczka praw kobiet, uchodźczyni, od 2012 r. mieszka w Polsce

Szirin Naeimi – irańska działaczka praw kobiet, uchodźczyni, od 2012 r. mieszka w Polsce (ALBERT ZAWADA)

Na ziemi siedziały uchodźczynie. Psycholog ze straży granicznej zaczął je wyceniać: ta jest warta 10 zł, ta 20, a ta 50 zł
Nasze pierwsze spotkanie dwa lata temu: marzłem w warszawskim squacie Syrena, czekając na Irankę wypuszczoną z ośrodka dla nielegalnych imigrantów. Weszłaś spóźniona, z gniewem w oczach. Dalej jesteś wściekła?

Nie jestem tutaj szczęśliwa, wciąż czuję się upokorzona przez polskie władze. Po wyjściu z obozu w Lesznowoli poskarżyłam się na warunki tam panujące i na traktowanie przez strażników. Niedawno straż graniczna odrzuciła moją skargę, nie powiedzieli nawet przepraszam. Druga sprawa jest jeszcze w sądzie – o to, że zamknęli mnie bezprawnie. Nie przyjechałam nielegalnie, zostałam deportowana z innego kraju UE, miałam polską wizę.

Po kolei: co się stało w Iranie?

Mieszkałam w Teheranie z mamą i siostrami, pracowałam w firmie naftowej. Byłam też aktywistką. W Iranie nie ma równości między mężczyzną i kobietą, chciałam to zmienić.

Od rewolucji islamskiej z 1979 roku kobieta jest warta połowę tego, co mężczyzna. Na przykład jeśli zdarzy się wypadek drogowy i sąd uzna, że sprawca musi zapłacić poszkodowanemu, to mężczyzna dostanie dwa razy większą kwotę. Kobieta nie może być sędzią. Matka nie może podejmować decyzji istotnych dla dziecka. Nawet jak dziecko ma iść na operację, potrzebna jest zgoda ojca albo jego rodziny. Żona nie może zażądać rozwodu. Od męża zależy, czy będzie mogła pracować.

Jak chciałaś to zmienić?

Dołączyłam do inicjatywy o nazwie Kampania Miliona Podpisów. Zbieraliśmy podpisy na rzecz zniesienia dyskryminujących przepisów i rozmawialiśmy z kobietami o ich prawach. Zwłaszcza te z małych miast nie wiedzą, że mają jakiekolwiek prawa. Nie było to łatwe, bo w Iranie nie da się zrobić konferencji, zebrania, warsztatów. Rząd nie chce, żeby ludzie wiedzieli, że mają prawa. Kobiety powinny rodzić dzieci i siedzieć w kuchni.

Gdzie prowadziłaś te rozmowy?

Zbierałyśmy się w prywatnych domach, za co też groził areszt. Zebranie nie mogło być liczne, sąsiedzi nabraliby podejrzeń. Nigdy dwa razy w tym samym miejscu.

A skąd brałyście te kobiety, z ulicy?

Nie, to zbyt ryzykowne, ktoś mógłby donieść. Zaczęłam od zapraszania mojej rodziny: mamy, cioci, siostry, kuzynek. Potem one zapraszały swoich znajomych i tak dalej. Wśród działaczy Kampanii było też wielu mężczyzn.

Skąd pomysł, by zostać aktywistką?

Mój ojciec ma dwie żony, moja mama jest drugą. Oprócz rodzonych sióstr mam przyrodnie rodzeństwo z pierwszego małżeństwa ojca. Już jako dziecku wydawało mi się to dziwne. Dlaczego mój tata ma dwie żony, a wujek i większość mężczyzn tylko jedną?

W Iranie to normalne, dlaczego się dziwiłaś?

Dla dziecka to nigdy nie jest normalne. Dziecko potrzebuje jednej matki i jednego ojca. Mój ojciec na zmianę szedł do pierwszej żony albo przychodził do nas.

Obie rodziny mieszkały oddzielnie?

Tak, wszystko było podwójne. Mieliśmy letni dom na wsi, oni mieli swój tuż obok.

Masz bogatego ojca.

Tak, dosyć. Miał dużo ziemi, którą wydzierżawiał, sprzedawał. Majątek odziedziczył po ojcu. Dziadek był właścicielem wioski.

Po rewolucji nie było reformy rolnej?

Nie, nic się dla nas nie zmieniło.

Wielu Irańczyków ma więcej niż jedną żonę?

Niewielu, coraz mniej. Trzeba mieć je z czego utrzymać, poza tym kobiety nie zgadzają się być drugą tak często jak wcześniej.

Druga jest gorzej traktowana?

Mój ojciec traktował obie żony równo. Cokolwiek dawał tamtej rodzinie, dawał i nam. Kochałam go, ale zawsze dziwiło mnie, dlaczego mężczyzna może poślubić dwie kobiety, a kobieta nie może mieć dwóch mężów.

Nie mogłaś tego zmienić.

Oczywiście. Ale czułam, że coś powinnam zrobić. Pod koniec studiów na imprezie poznałam chłopaka, który działał na rzecz praw kobiet i dzieci. Opowiadał mi o tym, poznał mnie ze swoją grupą. Uznałam, że to dobra okazja, by zacząć działać. Zaczęłam chodzić na zebrania, rozmawiać z ludźmi. Ten chłopak został moim partnerem. Bał się o mnie, sam siedział w więzieniu i nie chciał, żeby mnie to spotkało. Ja też się bałam. Rodzina wciąż mi powtarzała: „Bądź ostrożna”.

To możliwe mieć chłopaka w Iranie?

To nielegalne. Trzeba wziąć ślub, żeby być razem, a nawet by spacerować we dwoje po ulicy. Policja to sprawdza. Pytają: „Kim jest ta osoba?”. Musisz dowieść, że to twoja żona.

Jak policja się czepia, daje się łapówkę. My z chłopakiem nawet podróżowaliśmy razem po kraju. Raz policja zatrzymała nasz samochód. Nie dość, że nie byliśmy małżeństwem, to jeszcze mieliśmy w aucie butelkę alkoholu, a ja paliłam w samochodzie, czego kobiecie nie wolno. Zapłaciliśmy i nas puścili.

Nie mieszkaliście razem. Bez ślubu to niemożliwe?

Zawsze jest sposób. Można kupić świadectwo ślubu albo się opłacać policji. Alkohol też jest nielegalny, a wszyscy piją. Imprezy w Teheranie są monumentalne jak w Dubaju albo w Europie, mamy nawet imprezy basenowe. Prywatnie staramy się żyć normalnie.

Ryzykując.

Raz byłam na przyjęciu. Piliśmy, tańczyliśmy, kobiety i mężczyźni razem. Pojawiła się policja, wszystkich aresztowali. Każdy dostał dwa tygodnie odsiadki, niektórzy grzywnę. Ja – prawdopodobnie dlatego, że w moim telefonie znaleźli zdjęcia z działalności politycznej – zostałam jeszcze skazana na 90 batów. Potem obniżyli wyrok do 75.

Miałaś adwokata?

Nie. Mogłabym dostać tylko adwokata z urzędu, a im nie można ufać. Prawnicy, którzy bronią działaczy politycznych, często trafiają do więzienia.

Wychłostali cię od razu po wyroku?

Nie, kazali mi się stawić w wyznaczonym terminie. Musiałam pójść, inaczej znowu wsadziliby mnie do więzienia.

Jak to wyglądało?

Ciemne pomieszczenie w podziemiach sądu. Czeka się w kolejce, zza drzwi dochodzą odgłosy bicia poprzedników. Należy przyjść w cienkim ubraniu, żeby czuć każde uderzenie. Ale mój ojciec jest ustosunkowany i znalazł w sądzie kogoś, kto za łapówkę przymknął oko na to, że owinęłam się cała bandażem.

I tak się bałam. Przy wykonaniu wyroku obecnych było dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Musiałam się położyć na twardym łożu. Zapytali, czy obiecuję, że się nie będę ruszać, czy mają mnie przywiązać pasami. Powiedziałam, że się nie ruszę. Mój oprawca, młody mężczyzna, wybrał bat z kolekcji wiszącej na ścianie. Zanurzył go w misce wody. Zgodnie z przepisem bijący musi trzymać pod obiema pachami po egzemplarzu Koranu, żeby nie mógł się daleko zamachnąć i bić zbyt mocno. Ale ten cwaniak przytrzymał obie książki jedną ręką, dzięki czemu drugą miał swobodną i uderzał zamaszyście, bez litości. Od szyi po stopy. Jeśli się ruszyłam, bił szybciej i mocniej. Powtarzał: „Piłaś alkohol? To zasłużyłaś! Chciałabyś jeszcze się napić? A masz!”. Wydawało mi się, że to twa wieczność. Był zły, bo milczałam.

Oczekiwał, że będziesz płakać?

Nie wiadomo. Może jakbym płakała, biłby jeszcze mocniej. Potem moje ciało było brunatne. Przez tydzień nie mogłam się ruszać, włożyć ubrania. Miałam gorączkę.

Przestałaś chodzić na przyjęcia?

Przeciwnie. Jak do czegoś zmuszają, robię na przekór.

Nie z powodu batów uciekłaś z kraju.

W 2009 roku w Teheranie wybuchła zielona rewolucja – masowe demonstracje przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. Tysiące ludzi wyszły na ulice, reżim się przestraszył i zaczął aresztować wszystkich, którzy mieli na koncie działalność polityczną. Jednego po drugim, powoli, miesiącami. Któregoś dnia zabrali mojego chłopaka, wypuścili, potem znowu uwięzili. Dwa dni później przyszli po mnie. Akurat byłam na fitnessie. Ojciec zadzwonił: „Nie wracaj, są tutaj”. Przenocowałam u wuja. Następnego dnia szukali mnie w pracy. Wyjechałam do Isfahanu.

Uciekłaś jak stałaś?

Miałam dowód osobisty i plecak z ubraniami, który spakowała dla mnie mama. Policjanci zabrali mój paszport, komputer.

Jak dotarłaś do Europy?

Pojechałam do Urumii na granicy z Turcją. Wuj znalazł kierowcę ciężarówki, który zgodził się mnie zabrać do Turcji. To musiała być osoba godna zaufania – będziemy sami na pustyni, mógłby zrobić wszystko. Ukrył mnie w skrytce z tyłu ciężarówki. Powiedział: „Pierwszy przystanek to granica. Nic wtedy nie mów, najlepiej nie oddychaj”. Poszło gładko. Wysiadłam w Stambule, gdzie czekał na mnie człowiek z fałszywym paszportem, wizą i biletem do Amsterdamu.

Lądujesz i…

Przeszłam kontrolę i od razu zaczęłam szukać policji. Podeszłam do ludzi w mundurach, ale to byli kolejarze. Pokazali mi drogę. Byłam przerażona, serce waliło. Za szybą komisariatu zobaczyłam wielkiego czarnego policjanta i się rozpłakałam. On mnie objął, dał chusteczkę. „Nic się nie martw, jesteś bezpieczna, pomożemy ci”. To był szok! Pierwsze pytania: czy jestem głodna, co chcę do picia? Dostałam kanapkę, wodę. Uspokoiłam się. Napisali mi adres biura, do którego muszę się zgłosić. Dali bilet, pytali, czy mam pieniądze. W biurze byli tak samo mili. Stamtąd trafiłam do zamkniętego obozu. Musieli sprawdzić, kim jestem, przesłuchać, pobrać odciski palców. Zjawił się psycholog. Sprawdzał, czy nie mam traumy, czy nie byłam torturowana, zgwałcona.

Jak długo tam byłaś?

Trzy dni. Potem umieścili mnie w ośrodku w Winterswijk. To był otwarty dom pomiędzy domami Holendrów. Poznałam przemiłą miejscową rodzinę, zaprosili mnie, żebym z nimi zamieszkała. Myślałam, że mówią tak tylko przez grzeczność, i odmówiłam, ale przyjechali samochodem, załadowali moje rzeczy i powiedzieli, że muszę jechać z nimi. Byli dla mnie jak rodzina. Dostałam duży pokój. Cały czas ktoś ze mną był, razem gotowaliśmy, razem jedliśmy. Jak miałam iść na przesłuchanie, mówili: „Szirin, jesteśmy z tobą, powodzenia”. To wiele dla mnie znaczyło. Polubiłam Holandię. Rozmawiając z trzyletnią córeczką mojej gospodyni, zaczęłam się uczyć języka. A po trzech miesiącach przyszło pismo, że mam polską wizę i muszę jechać do Polski.

Skąd miałaś polską wizę?

Firma, w której pracowałam w Teheranie, kooperowała z polską firmą i chciała otworzyć tu biuro – to było, zanim UE nałożyła na Iran sankcje. Po zielonej rewolucji wspomniałam mojemu szefowi, że boję się aresztowania. On wymyślił, że wyśle mnie do Polski. Wyrobił mi wizę pracowniczą. Dlatego Holendrzy mnie tutaj wyrzucili.

Nie spodziewałaś się tego.

Byłam w szoku. Odwołałam się. Napisałam, że już zaczęłam budować nowe życie, ale sędzia powiedział: „Polska zgodziła się panią przyjąć, nic nie możemy więcej zrobić. Teraz Polska jest za panią odpowiedzialna”.

Polacy też powitali cię uściskiem?

Pytałam mojego adwokata, co mnie czeka. Powiedział: „Nie bój się, to inny kraj, ale Polska też jest w UE, będziesz miała takie same prawa”. Oczekiwałam więc podobnego przyjęcia. Ale na Okęciu wszystko było inaczej. Na dzień dobry straż graniczna zabrała mi sznurowadła. Bez sznurowadeł nie mogłam za nimi nadążyć, zaczęli na mnie krzyczeć. Po polsku. Nic nie rozumiałam, słyszałam tylko: „kszeszeszesze”. Oni krzyczeli, ja płakałam. Ale potem pomyślałam: zaraz, oni nie mają prawa tego robić. I zażądałam tłumacza. Teraz ja na nich krzyczałam. Na to jeden ze strażników wydarł się na mnie jeszcze bardziej, z czerwoną twarzą, po czym trzasnął drzwiami i przekręcił klucz. Znowu się bałam.

Trochę jak w Iranie.

Tam walczyłam z systemem, tutaj też. Zabrali mnie na przesłuchanie, pojawił się tłumacz. Z angielskiego, a ja nie znałam wtedy dobrze angielskiego. Pytałam: „Dlaczego tutaj jestem? Jak długo będziecie mnie trzymać?”. Na wszystko odpowiadali: „Nie wiemy”. Mówiłam, że nie jestem nielegalna, oni na to, że jestem, bo nie mam paszportu. Bałam się, że mnie deportują do Iranu.

Na dwie noce zamknęli cię w lotniskowym areszcie.

Kraty, żelazne drzwi, brud. Poprosiłam o prześcieradło. Wiele razy musiałam walić pięścią w drzwi, aż ktoś usłyszał. W końcu jeden strażnik wrócił z prześcieradłem i powiedział po angielsku: „Teraz jesteśmy przyjaciółmi. Dałem ci to, a ty co mi dasz?”. Wtedy myślałam, że chce mnie zgwałcić. Dzisiaj wiem, że byłoby to niemożliwe.

Rano bardzo spadło mi ciśnienie. Tak reaguję na stres, poza tym przez całą dobę nie dostałam nic do jedzenia ani picia. Kręciło mi się w głowie, upadłam na ziemię, nie miałam siły nawet krzyknąć. Podniosłam rękę i na szczęście jeden z funkcjonariuszy to zauważył. Zabrali mnie do pielęgniarki, dostałam zastrzyk.

Kolejny przystanek: Lesznowola.

Tłumacz powiedział: „Pojedziesz do miłego ośrodka w lesie, z biblioteką, odpoczniesz tam i przygotujesz się do powrotu do społeczeństwa, do mieszkania w mieście”. Ale to był kolejny koszmar. Brud, złe jedzenie, wściekli strażnicy pokazujący, że mają siłę i należy się ich bać.

Biblioteka była?

Była, ale wszystkie książki były po polsku albo rosyjsku. Nie miałam nic do roboty poza codziennym przymusowym sprzątaniem. Siedziałam w pokoju, słuchając, jak inne osadzone się kłócą. Chorowałam, nie mogli dojść, co mi jest. Brakowało wody w butelkach, papieru toaletowego, środków czystości. Kiedy o to prosiłam, słyszałam: „Nie mamy, to biedny kraj”. Przyjaciel z Anglii przysłał mi papier toaletowy i suszone owoce, bo po tamtejszym jedzeniu miałam kłopoty żołądkowe.

Codziennie o 6 rano wchodził strażnik, liczył nas, to samo wieczorem. Trzy razy dziennie musiałyśmy schodzić do kuchni na posiłek, nawet jak ktoś był chory albo nie chciał jeść. Trzeba było stanąć w kolejce, żeby mogli nas policzyć. Jak jakieś dziecko nie chciało stać, tylko biegało, wydzierali się na nie. Liczyli też sztućce na początku i na końcu każdego posiłku, a jak jakiegoś brakowało albo źle policzyli, to nie mogłyśmy wyjść. Jak się sztućce zgadzały, wychodziłyśmy w sznureczku, jeden strażnik na początku, jeden na końcu. Na piętrze były plastikowe naczynia. Naczelniczka codziennie rano je liczyła, jak któregoś brakowało, krzyczała: „Nie ma kubeczka!”.

Komunikowałaś się ze strażnikami?

Niektórzy byli przyjacielscy, mówili trochę po angielsku, inni milczeli albo woleli krzyczeć. Naczelnikowi zawsze mówiłam: „Hello”, ale nigdy nie odpowiadał. Był antypatyczny. Raz, jak dzieci zepsuły piłeczkę pingpongową, zaczął się na nie wydzierać i za karę przez dwa tygodnie nie mogłyśmy robić zakupów.

Wypuszczali was do sklepu?

Nie, raz w tygodniu przychodziła kobieta, zbierała zamówienia, pieniądze i wracała z zakupami. Na podwórze pozwalali wyjść dwa razy dziennie, na godzinę przed południem i godzinę wieczorem. Jak ktoś podchodził do bramy, krzyczeli, chociaż była zamknięta.

Raz, to był ostatni dzień lata, byłyśmy na podwórzu. W jednym z budynków strażnicy mieli przyjęcie, pili alkohol, śmiali się. Stałam obok, rozmawiając z funkcjonariuszem. Na ziemi siedziało kilka uchodźczyń. Psycholog ze straży granicznej zaczął wyceniać te kobiety: „Ta jest warta 10 zł, ta 20, ta 50 zł”.

Skąd wiedziałaś, co mówi?

Od strażnika, który z nami stał. Moja koleżanka, Iranka, zapytała go: „Co oni mówią?”. Powiedział: „Lepiej odejdźcie, piją i wyceniają kobiety”. Nie mogłam tego powiedzieć w sądzie, mogliby go ukarać.

Byłaś w Lesznowoli dwa miesiące. Mogło być gorzej. Dziewczynę, o której wspominasz, trzymali rok.

Jej sytuacja była trudniejsza, bo nie była uchodźcą politycznym, uciekła od rodziny. Mnie rodzina wspierała, przysyłali mi pieniądze, ona nie miała za co kupić jedzenia. Każdego dnia miała nadzieję, że może dziś ją wypuszczą. Po wyjściu znalazła pokój, dzieliła go z trzema Polkami. Uchodźcy dostają od państwa 750 zł miesięcznie, musiała za to przeżyć. A współlokatorki podkradały jej pieniądze.

Skąd twoim zdaniem taka różnica między Holandią i Polską? Inni są ludzie, system?

Holendrzy od dawna mają do czynienia z uchodźcami. Tutaj to nowość. W zeszłym roku brałam udział w projekcie „Żywa biblioteka” – obcokrajowcy opowiadają swoje historie w szkołach. W jednej szkole na prowincji uczennica zasłabła, kiedy zobaczyła czarnoskórego.

Może też jest tak, że w zimnym kraju ludzie są zimni? Polacy nie są szczęśliwi, otwarci na innych, patrzą tylko na siebie. Oczywiście nie wszyscy, ale większość. Czasami „dzień dobry”, uśmiech robi różnicę. Zdarza się, że ludzie nie odpowiadają na moje pozdrowienie. Albo jak mówię po angielsku, odpowiadają agresywnie: „Mów po polsku, tu jest Polska!”. Są mili, kiedy próbuję mówić po polsku.

Jak ci idzie nauka języka?

Im dłużej się uczę, tym mniej rozumiem. Gramatyka jest strasznie trudna, nad każdym zdaniem trzeba się zastanawiać. Może nie idzie mi też dlatego, że nie wybrałam tego kraju i wolałabym się nauczyć jakiegoś bardziej przydatnego języka.

Po dwóch latach pobytu nie poprawiłaś sobie opinii o Polsce?

Na początku byłam zła, nie lubiłam tego kraju. Ale potem zaczęłam coś robić, przyzwyczaiłam się, zaprzyjaźniłam z paroma osobami – co nie jest tutaj łatwe, ludzie nie podchodzą, żeby zagadać. Mam cudownych przyjaciół. Ale mam też problemy. W dużym szpitalu w Warszawie nie mogłam znaleźć lekarza mówiącego po angielsku. Musiałam wrócić z tłumaczem. Zawsze muszę kogoś prosić, żeby ze mną poszedł do lekarza. Do tego ogromnym problemem jest umówienie wizyty u specjalisty, czeka się miesiącami. Wiem, że Polacy mają ten sam problem.

Wielu ludzi tutaj ma problem z sąsiadami. Hałasują nawet w środku nocy, biegają po schodach. Polacy nie narzekają. Tylko ja wychodzę i mówię: „Jest 4 rano, proszę o ciszę”. Słyszę: „Tak, dobrze”. A następnej nocy jest to samo. I wciąż słychać: „kurwa”. W zeszłym roku ktoś noc w noc dzwonił do mnie domofonem i się nie odzywał. Poszłam na policję. Powiedzieli: „To dlatego, że jesteś z zagranicy”.

Co robiłaś przez te dwa lata?

Starałam się nie tracić czasu, zrobić coś dobrego albo zarobić trochę pieniędzy. Uczyłam perskiego studentów, początkowo za darmo, w zamian za lekcje polskiego. Brałam udział w różnych projektach organizacji pozarządowych. Występuję na konferencjach, warsztatach, opowiadam o Iranie i o sytuacji uchodźców w Polsce.

Wyjaśnijmy, że po prawie dwóch latach dostałaś status uchodźcy. To wyróżnienie.

Tak, w Polsce tylko 5 proc. wniosków o azyl jest rozpatrywanych pozytywnie.

Co to zmieniło w twoim życiu?

Wolno mi podróżować za granicę. Tylko tyle. Wkrótce spotkam się z rodziną, oczywiście nie w Iranie.

Odwiedziłam już przyjaciół w Holandii. Mieszkając tutaj, już zapomniałam, jak mili potrafią być ludzie. Tam się uśmiechają, szanują mnie, są pomocni. Jak pytam o adres, upewniają się, że zrozumiałam, a jedna kobieta sama zaprowadziła mnie do sklepu, którego szukałam. Byłam tam szczęśliwa. Moi przyjaciele dziwili się, że wciąż mówię „dziękuję”.

Dlaczego się tam nie przeniesiesz?

Wolno mi osiedlić się w innym kraju, jeśli tam kogoś poślubię albo jak dostanę pracę etatową – a to trudne. Bez tego co trzy miesiące muszę się meldować w Polsce.

Azyl dał ci chyba coś jeszcze – poczucie bezpieczeństwa.

Tak, ale moje życie wciąż jest niepewne. Na normalną pracę tutaj nie mam szans. Proponowano mi tylko kebab. Za pół roku stracę prawo do zasiłku. Nie wiem, co wtedy zrobię.

A co chciałabyś robić?

Chciałabym pracować z obcokrajowcami, mam w tym doświadczenie. Mogłabym pracować w biurze. Albo gotować, ale nie kebab.

Potwierdzam: gotujesz rewelacyjnie.

Nasza kuchnia jest naprawdę smaczna. Czasem przygotowuję potrawy dla znajomych, brałam też udział w warsztatach kulinarnych, pracowałam dorywczo w restauracji, jednak płacili żałośnie mało. Chciałabym otworzyć w Polsce małą restaurację irańską, ale jak?

Myślisz, że wrócisz kiedyś do Iranu?

Kiedyś Chciałabym znowu mieszkać z rodziną. Tęsknię za niektórymi miejscami w Teheranie. To przyjemny kraj, jest dobra pogoda, ludzie są mili. Ale teraz to niemożliwe. Muszę czekać. Najważniejsza rzecz, której się w Polsce nauczyłam, to cierpliwość.

Żałujesz, że naraziłaś się na wygnanie i rozłąkę z rodziną?

Nie. Gdybym teraz wróciła do Iranu, robiłabym to samo.

Zobacz także

 

wysokieobcasy.pl

NIE MÓW, NIE CZUJ, NIE UFAJ

Nie mów, nie czuj, nie ufaj. Trzy proste zasady, którymi nasiąkają dzieci pijących rodziców. Zasady, które długim echem odbijają się w ich dorosłym życiu: nie pozwalają budować szczęśliwych relacji, sabotują rozwój zawodowy, odbierają wiarę w siebie. Dorosłe Dzieci Alkoholików – dorośli, którzy nie zdążyli być dziećmi.

DZIECIŃSTWO BEZ ODBIORU

Mikołaj, pytany o dzieciństwo, jeszcze do niedawna potrafił tylko milczeć. Przeszłość to obrazy, których lepiej nie pamiętać.

Jak ten, kiedy zafascynowany radiokomunikacją postanowił kupić własny nadajnik. Przez trzy miesiące sumiennie odkładał pieniądze: ograniczył wydatki, sprzedał część swoich rzeczy, brakującą resztę pożyczył od kolegi.

Z efektem, bo długa, siedmiometrowa konstrukcja (antena i wysięgnik) stanęła przed domem. Sprzęt składali we dwóch, bo okazało się, że ojciec – z wykształcenia elektrotechnik – potrafi pomóc. Wspomina, że był dumny z taty. Razem rozpoczęli przygotowywania do państwowego egzaminu.

Tyle, że tata tatą jedynie bywał. Trudno było przewidzieć, kiedy dr Jekyll zamieni się w pana Hyde’a. Kiedy kilka tygodni później wrócił z pracy pod wpływem, pretekst pojawił się jak zwykle szybko. Pokój nie był posprzątany wystarczająco dobrze. Radio nie przetrwało zderzenia ze ścianą. Podobnie jak marzenia o licencji na dodatkowe pasma i wiara, że chcieć znaczy móc.

Nie życzyłem ojcu śmierci. Sam chciałem umrzeć. Nie mówiłem o tym wydarzeniu. Winę wziąłem na siebie. Radio upadło przez nieuwagę, przestało działać. Zapomniałem.

Do czasu. Flotę samochodów należącą do firmy, w której pracuje Mikołaj wyposażono w sprzęt CB. W czasie podróży nikt nie umiał skonfigurować urządzenia. On sam, z zapałem wartym lepszej sprawy, zrobił to w kilka minut.

Na pierwszej stacji poprosił o przerwę. Zniknął za budynkiem. Płakał.

DOROSŁE DZIECI ALKOHOLIKÓW

W domu, w którym przynajmniej jeden z rodziców pije, nic nie jest pewne. Nie ma reguł, przewidywalności. Troskliwi i kochający dorośli chwilę później przestają nimi być. Codzienność zadeptuje podstawową potrzebę bezpieczeństwa

Wychowaniu towarzyszy narastające poczucie wstydu. Dzieci wiedzą, że w domu nie jest tak, jak być powinno, ale wszystkie wysiłki koncentrują na tym, aby zakrzywić rzeczywistość. Kiedy to przestaje być możliwe – ukryć ją. Dziecko uczy się, że nie może ufać temu co widzi, słyszy i czuje. Tata nie jest pijany, ale chory. Podobno kocha, ale przecież poniża, bije, zaniedbuje. Jest nieobecny.

Dziecko, zwłaszcza w pierwszym okresie życia, nie obciąża odpowiedzialnością rodzica. Wini tylko siebie. Nabiera sabotującego przeświadczenia, że nie zasługuję na nic dobrego.

DZIECI GORSZYCH RODZICÓW

Nigdy nie mogłam zaprosić do domu koleżanek. Kiedy moje przyjaciółki organizowały urodziny, nie byłam w stanie odwdzięczyć się podobnym zaproszeniem. W końcu przestałam wychodzić. – Piotr, ojciec Marty, nigdy jej nie bił. Nie poniżał, krzyczał mało.

Bolało, że choć fizycznie był obok, nigdy nie mogła powiedzieć, że ma tatę. Nie wiedział, kiedy córka ma urodziny, w której jest klasie, z kim się przyjaźni i co jest dla niej ważne. W pijackim amoku nie poznał jej podczas domowego przyjęcia. Dostrzegał jedynie spektakularne sukcesy, którymi mógł pochwalić się na forum publicznym. Na trzeźwo był skupiony tylko na sobie. Marta dusiła w sobie złość i żal.

Zajmował wysokie urzędnicze stanowisko, prowadził kilka firm. Alkoholizm białych kołnierzyków. – Chciałam mieć sine plecy i pękniętą wargę. Czekałam aż uderzy, albo sponiewiera przy innych. Wtedy nie musiałabym udawać. Nie mogłam znieść, że w domu był zimny i obojętny, a na zewnątrz – wzór cnót.

Kiedy Marta odwiedziła ratusz, ojciec podszedł w towarzystwie kolegów, pochwalił, sięgnął do portfela. Zapytał, czy potrzebuje czegoś jeszcze. – Chciałam powiedzieć, że tylko ojca, zakłamany skurwysynu… Było mnie stać jedynie na uprzejmy uśmiech. Nam, gorszym dzieciom, dobrą minę do złej gry zapisano w kodzie genetycznym.

BOHATER I MASKOTKA

W rodzinie z problemem alkoholowym dochodzi do zachwiania ekosystemu. Dzieci, czy tego chcą czy nie, muszą wziąć na siebie część zadań, które w normalnych warunkach albo spoczywają na dorosłych, albo w ogóle nie występują. W książce Uzależnienia. Geneza, terapia, powrót do zdrowia dr Bohdan Woronowicz mówi o rolach, w które wcielają się dzieci z rodzin dysfunkcyjnych.

Bohater nie sprawia kłopotów, opiekuję się rodzeństwem, osiąga dobre wyniki. Dostarcza rodzinie poczucia wartości. Dba o pijącego rodzica, pociesza innych. Nad wiek dojrzały, skrajnie odpowiedzialny. Mądry. Jednocześnie z silną tendencją do bagatelizowania własnych potrzeb. Żyjąc w stanie ciągłego napięcia, nie potrafi ani bawić się, ani odpoczywać. Jako dorosły skupia swoją aktywność i energię na tym, aby pomagać innym. Tyle, że zapomina o sobie. Bohaterowie, którzy dawno opuścili dom, choć cieszą się dużym szacunkiem i uznaniem innych, żyją w cieniu ciągłego zmęczenia.

Kozioł ofiarny odciąga uwagę od alkoholika i sam staje się źródłem problemów. Trudne dziecko, które stwarza kłopoty wychowawcze, źle się uczy. Kozioł nie potrafi konkurować ze starszym bohaterem, a więc staję się jego przeciwieństwem. Sam dość szybko uzależnia się od środków psychoaktywnych. Jako dorosły staje się społecznie niedopasowany i żyje poniżej swoich realnych możliwości.

Kolejna z ról – dziecko niewidzialne. Zamknięte w sobie nie wymaga od innych, nic nie oczekuje. Nie sprawia kłopotów. Stopniowo traci kontakt z otoczeniem. Towarzyszy mu poczucie bezradności. Przed piętrzącymi się problemami ucieka w świat marzeń i baśni. Kiedy niewidzialne dziecko staje się niewidzialnym dorosłym, nie potrafi nawiązywać trwałych, szczęśliwych związków.

Maskotka przez humor i błyskotliwość rozładowuje domowe napięcie zanim nastąpi jego eskalacja. Żartami maskuje problem pijącego rodzica, spycha na plan dalszy. Poczucie własnej wartości uzależnia od akceptacji innych. Potrzeba ciągłej uwagi i bycia docenionym utrzymuje się u maskotek również w dalszym okresie życia. Towarzyszy im niska samoocena i niemal zerowa asertywność. Zmagają się z obniżoną odpornością na stres.

Rzadko bywa tak, że dziecko przyjmuje tylko jedną z opisanych strategii. Zwykle to wypadkowa kilku ról. W rodzinach, w których dzieci jest więcej, role zmieniają się dynamicznie.

JAK FATUM

Ryzyko, że niewłaściwe wzorce postępowania zostaną przeniesione na grunt dorosłego życia jest duże. Ale DDA to nie fatum. Nie każdy, kto dorastał pod jednym dachem z rodzicem alkoholikiem, jest skazany na syndrom. Joanna Wieczorek–Jonak, psycholog i psychoterapeuta uzależnień, podkreśla: – Nie zawsze historia alkoholowa w rodzinie determinuje poważne trudności u osoby dorosłej. Wiele zależy od głębokości traumy, okresu jej trwania, osobowości dziecka, itp. U każdej osoby dorastającej w rodzinie z problemem alkoholowym trudności występują, ale nie muszą one determinować całego życia.

ZRANIĆ ZANIM ZOSTANĘ ZRANIONY

Mikołaj, zanim trafił na terapię DDA, a później do grupy samopomocowej, zdążył poważnie zachorować, zrezygnował z kilku intratnych ofert pracy, zaprzepaścił szansę na udany związek.

Kłopoty z budowaniem intymnych relacji to cecha wspólna Dorosłych Dzieci. Obniżone poczucie własnej wartości sprawia, że osoby cierpiące na syndrom nie wierzą, że zasługują na akceptację i bliskość drugiego człowieka. Miłość wiąże się z zagrożeniem i bólem. Sabotują związek, bo w ten sposób uprzedzają potencjalne zagrożenie. Zranić, zanim zostanę zraniony.

Podobny schemat występuję w kontekście innych aktywności: – Najlepszy i pierwszy. Kiedy wiedziałem, że nie wygram, musiałem się wycofać. Mogłem przez długi czas pracować nad projektem, tylko po to, aby na dzień przed finalizacją zrezygnować. Moja głowa nie jest moim najlepszym przyjacielem.

Kiedy zaobserwował objawy charakterystyczne dla depresji: brak snu, myśli samobójcze chroniczne zmęczenie, apatia, zwrócił się o pomoc.  Zdiagnozowano syndrom DDA. – Na liście cech charakterystycznych dla dorosłych dzieci zaznaczyłem wszystkie. Poczucie odmienności, zbyt poważne traktowanie siebie, funkcjonowanie wg zasady „wszystko, albo nic”, brak zaufania do ludzi, stałe poszukiwanie aprobaty, alergia na krytykę, skłonność do krytykowania innych.

Marta po kolejnym związku z osobą uzależnioną zdecydowała się poprosić o pomoc. Trzykrotnie, bo po pierwszym i drugim telefonie do poradni łudziła się, że poradzi sobie sama. Nie udało się.

NAPRAWIĆ DUSZĘ

Nie wszyscy, którzy rozpoznają w sobie cechy charakterystyczne dla DDA, decydują się na przyjęcie profesjonalnej pomocy. Joanna Wieczorek-Jonak mówi otwarcie: – Wielu pacjentów żyjąc latami w sposób nieszczęśliwy nie ma świadomości, że można to zmienić. Osoby z syndromem DDA mogą mieć trudności w nawiązaniu relacji z terapeutą, w zaufaniu osobie spoza rodziny. Pacjentom z syndromem DDA zwykle towarzyszy głęboki, ukryty smutek i cierpienie. Odkrywanie jego źródeł i uświadamianie sobie dramaturgii własnego życia dla wielu jest bardzo trudnym doświadczeniem.

Podczas pracy z psychologiem Mikołaj zrozumiał dwie rzeczy. Po pierwsze, że mimowolnie staje się kopią swojego ojca. Choć nie pije, reaguje na rzeczywistość w podobny, destrukcyjny sposób. W końcu, że uciekając od przeszłości, zamiast zapominać, staje się jej niewolnikiem. Dzieciństwo wraca w najmniej oczekiwanych momentach.

Przepracowanie trudnych doświadczeń było jak głęboki oddech po długim okresie zanurzenia. Choć echo przeszłości jest obecne w jego dzisiejszych wyborach, to świadomość siebie pozwala unikać błędów. Wybaczył niewybaczalne.

Nie każdy potrzebuje terapii. Tak jak nie każdy, kto wychował się w dysfunkcyjnym domu, cierpi na syndrom DDA. Czasem wystarczy dobry, mądry przyjaciel, kapłan, albo partner życiowy, który będzie umiał na problem spojrzeć z odpowiednim dystansem. W Polsce funkcjonuje wiele grup samopomocowych. Adresy spotkań łatwo znaleźć w Internecie. Refundowana przez NFZ profesjonalna pomoc dostępna jest niemal przy każdym ośrodku terapii uzależnień. Placówki nie wymagają skierowań. Psychoterapeuci prowadzą praktyki prywatne. Wsparcie leży na wyciągnięcie ręki.

MAM PRAWO

W materiałach samopomocowych DDA i otrzymanych notatkach znajduję kilka zdań. Prostych, nieprostych. Mam prawo czuć to, co czuję. Mam prawo do wszystkich dobrych chwil, za którymi tęskniłem przez te wszystkie lata, a których nigdy nie dostałem. Mam prawo żyć w taki sposób, w jaki ja sam chcę. Mam prawo do radości w tym życiu – tu i teraz.

Imiona bohaterów oraz niektóre didaskalia zostały na ich prośbę zmienione. Materiał jest pierwszym tekstem w cyklu Halo Reportaż, który realizuję w ramach programu Onet Autorzy, gdzie pojawił się wcześniej.

haloziemia.pl

Sprawiedliwość dla doktorów z Breslau

Bartosz T. Wieliński, 05.01.2015
Za rządów Adolfa Hitlera niemiecki uniwersytet w Breslau odbierał doktoraty wrogom III Rzeszy. Władze polskiego Uniwersytetu Wrocławskiego chcą to symbolicznie naprawić.
Wrocławianin Siegfried Fischer zanim w 1917 r. obronił na tamtejszym Śląskim Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma doktorat, za walkę na frontach I wojny światowej otrzymał krzyże żelazne. Po wojnie został profesorem i wybitnym psychiatrą. Dorobek naukowy i odznaczenia nie uchroniły go jednak przed represjami. W 1934 r. naziści – jako Żyda – wyrzucili go z uczelni. Gdy rok później wyemigrował do Panamy, III Rzesza odebrała mu obywatelstwo i majątek, a senat uniwersytetu tytuł naukowy.

Podobny los spotkał dr. Ottona Landsberga, statystyka i zastępcę burmistrza Magdeburga, który doktoryzował się we Wrocławiu pod koniec XIX w. Gdy w 1938 r. uciekł przed antysemickimi represjami do Wielkiej Brytanii, senat jego uniwersytetu uznał, że „nie jest godny stopnia doktora”.

Podobnie postąpiono wobec małżeństwa lekarzy, doktorów Elfridy i Karla Danzigerów. W 1938 r. Karl został wysłany do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Żona, by go uwolnić, odważyła się interweniować w centrali Gestapo w Berlinie. Danzigerowie osiedli w Palestynie.

W historii wrocławskiego uniwersytetu naliczono 262 osoby, którym w podobny sposób w III Rzeszy odebrano stopnie doktorskie.

22 stycznia uczelnia symbolicznie im je zwróci. W uroczystości wezmą udział naukowcy z Polski i Niemiec, a także potomkowie prześladowanych naukowców. – Chcemy się sprzeciwić procederowi godzącemu w podstawowe zasady życia akademickiego oraz przestrzec, by coś podobnego nigdy się nie powtórzyło – mówi „Wyborczej” prof. Marek Bojarski, rektor Uniwersytetu Wrocławskiego.

Nic by się nie udało, gdyby nie upór Kaia Kranicha, historyka, który 10 lat temu zaczął badać archiwa i napisał pracę o współdziałaniu wrocławskiego uniwersytetu z nazistami. – W skali Niemiec Wrocław był w czołówce, jeśli chodzi o odbieranie tytułów. Senat był niezwykle gorliwy – mówi Kranich. Stopnie naukowe w większości wypadków odebrano Żydom, którzy uciekli przed represjami. III Rzesza uznała ich za zdrajców, którzy prowadzą nagonkę przeciw Niemcom. Podobny los spotykał przed wojną przeciwników politycznych Hitlera. W 1937 r. kard. George Mundelein, arcybiskup Chicago, który w latach 20. doktoryzował się na wydziale teologicznym uniwersytetu we Wrocławiu, nazwał Hitlera „kiepskim tapeciarzem”, nawiązując do jego niespełnionych artystycznych ambicji. Uniwersytet skreślił go z listy doktorów, ale decyzji tej nie upubliczniono.

– Joseph Goebbels, szef nazistowskiej propagandy, prosił, by poczekać do następnego wyskoku znienawidzonego hierarchy. Wówczas odebranie stopnia naukowego lepiej by wyglądało w prasie. Senat nie miał nic przeciwko temu – wyjaśnia Kranich.

Historyk pisał prośby do różnych niemieckich instytucji, by wrocławskich naukowców zrehabilitować. Odebrane tytuły od końca lat 90. przywracały już inne niemieckie uczelnie. Jednak nic nie wskórał. Nawet z kancelarii niemieckiego prezydenta Joachima Gaucka dostał odpowiedź, że to niemożliwe, bo Śląski Uniwersytet Fryderyka Wilhelma w Breslau od 1945 r. nie istnieje. Nie ma też komu przywrócić odebranych stopni. Dlatego Kranich zwrócił się do polskiego Uniwersytetu Wrocławskiego.

– Jesteśmy dumni z wielowiekowej tradycji naszej uczelni, ale pamiętamy, że jej przeszłość ma też ciemne karty. Trzeba im stawić czoła. Poza tym ktoś musi pamiętać o naukowcach, którzy padli ofiarą nazistów. Należy się im sprawiedliwość – mówi prof. Krzysztof Ruchniewicz, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego i szef Centrum im. Willy’ego Brandta.

Na uroczystości przyjadą profesorowie z uniwersytetu w Kolonii, który po wojnie objął patronatem niemieckich naukowców z Wrocławia, a teraz ściśle współpracuje z Polakami. – Ten odważny gest jest istotny dla Niemców. Przypomina nam, że musimy dalej rozliczać się z nazistowską przeszłością – mówi prof. Norbert Finzsch, historyk z uniwersytetu w Kolonii.

Do Wrocławia przybędzie prof. Gideon Greif, izraelski historyk Holocaustu, wnuk Elfridy i Karla Danzigerów. – Jestem szczęśliwy, że po latach sprawiedliwości stało się zadość – mówi.

wyborcza.pl

Wojna Tobruku z Trypolisem

Robert Stefanicki, 05.01.2015
Prorządowe siły walczą na ulicach Bengazi z bojownikami koalicji islamskich fundamentalistów, grudzień 2014 r.

Prorządowe siły walczą na ulicach Bengazi z bojownikami koalicji islamskich fundamentalistów, grudzień 2014 r.(ESAM OMRAN AL-FETORI/REUTERS)

Zaostrzają się walki między dwiema nieuznającymi się wzajemnie władzami Libii. Miasta są bombardowane, płoną zbiorniki z ropą, 400 tys. ludzi opuściło domy.
Świat przypomniał sobie o Libii, gdy na koniec roku analitycy rynku ropy zaczęli wieścić zwyżkę cen po miesiącach spadków. Powód: Libia praktycznie wstrzymała eksport.

W porcie As-Sidra rakiety wystrzelone przez Libijski Świt – jedną z dwóch frakcji walczących o władzę w kraju – podpaliły pięć zbiorników z milionem baryłek ropy. Trzy z nich uległy zniszczeniu, dwa wciąż płoną. Kontrolujący ten rejon rząd w Tobruku, uznawany przez Zachód, zakontraktował amerykańską firmę, która ma je ugasić.

Państwo w rozkładzie

Libia wydobywa obecnie 350 tys. baryłek ropy dziennie, z czego większość konsumują miejscowe rafinerie. Przed upadkiem Muammara Kaddafiego w 2011 r. wydobycie wynosiło 1,6 mln baryłek, a jeszcze na początku grudnia – 800 tys.

Te liczby dobrze obrazują proces stopniowego zanikania państwa libijskiego. Od trzech lat nie ma tam rządu z prawdziwego zdarzenia, armii ani policji. Milicje, które z pomocą Zachodu obaliły dyktatora, z miejsca zaczęły rozrywać Libię między siebie, niezdolne ani wycofać się do swych macierzystych miast, ani powołać wspólnej administracji i sił zbrojnych.

W końcu Libia rozpadła się na dwie części rządzone przez rywalizujące koalicje. W pierwszej, o nazwie Libijski Świt, znaleźli się bojownicy z Misraty i rozmaitej proweniencji islamiści, włącznie z grupą Ansar asz-Szaria uznawaną za terrorystyczną. Minionego lata ta koalicja zajęła Trypolis, zmuszając nowo wybrany parlament do ewakuacji na wschodnie wybrzeże, do Tobruku. Libijski Świt nie uznaje ważności czerwcowych wyborów. W listopadzie po jego stronie stanął sąd najwyższy, uznając parlament na uchodźstwie za nielegalny z formalnego powodu: konstytucja mówi, że siedzibą władz jest Trypolis.

Kto przejmie ropę?

W Libii władzę ma ten, kto ma ropę, dlatego kluczowe dla obu rządów jest zdobycie kontroli nad jej zasobami i infrastrukturą. Korporacja naftowa i ministerstwa są w rękach Libijskiego Świtu. Ale dochody ze sprzedaży ropy płyną do banku centralnego, który zachował neutralność i odmawia przekazania wpływów którejkolwiek ze stron – realizuje tylko wypłaty pensji i inne bieżące wydatki obu władz.

Rząd w Tobruku już postanowił: trzeba odbić Trypolis. – To najprostsze wyjście z tego żenującego pata – powiedział reporterowi „Foreign Policy” jeden z parlamentarzystów.

– Nie możemy dłużej żyć z dwoma rządami i dwoma parlamentami – potwierdza gen. Chalifa Haftar. – Musimy skończyć z Libijskim Świtem. Wszystkich ich aresztujemy.

Haftar, za Kaddafiego współpracownik CIA, pierwszy wypowiedział posłuszeństwo władzom w Trypolisie, dokonał rozłamu w armii i poszedł, jak mówi, na „wojnę z terroryzmem”, czyli z islamistami. W rezultacie rozpadu kraju z renegata awansował na dowódcę armii lojalistów, którą pozbierał z resztek żołnierzy Kaddafiego i walczącej trzy lata temu przeciwko nim milicji z miasta Zintan.

Ofensywę Haftar zaczął pół roku temu od bombardowania Bengazi. Dziś, jak twierdzi, jego wojska kontrolują 95 proc. tego miasta. W listopadzie wysłał migi na Trypolis. Potem uderzył na cele Libijskiego Świtu przy granicy z Tunezją. A 28 grudnia po raz pierwszy zbombardował Misratę, kolebkę wroga.

Z uderzeniem na Trypolis armia Haftara czeka na dostawy uzbrojenia kupionego za „wiele milionów dolarów” w jednym z krajów Europy Wschodniej: samoloty, helikoptery i działa. Jest tajemnicą poliszynela, że władze w Tobruku dostają pomoc wojskową, a pewnie i finansową, z krajów regionu zwalczających islamistów: Egiptu, Arabii Saudyjskiej i Emiratów. Tymczasem rząd z Trypolisu z racji swych religijnych inklinacji ma ciche wsparcie Kataru i Turcji.

W rozmowie z „Foreign Policy” premier Abdullah al-Thani poparł plan Haftara. Jest niemożliwe, jak mówi, zarządzanie krajem bez dostępu do rządowych budynków i kont. Tobruk powołał wprawdzie swoich szefów banku centralnego, Narodowej Korporacji Naftowej i ministrów, jednak ich władza jest tylko nominalna. Były plany przeniesienia ich bliżej Trypolisu, do Bengazi i Ras al-Unuf (znajdują się tam rafineria i port naftowy), ale je odroczono, uznając, że wciąż jest tam zbyt niebezpiecznie.

Libijski Świt nie czeka bezczynnie. Kilka miesięcy temu zajął pola naftowe na południu, w tym największe El Szarara. A w grudniu przypuścił atak na roponośne rejony na wschodzie kraju kontrolowane przez Tobruk. To tzw. łuk naftowy, w którego skład wchodzą najważniejsze dla eksportu libijskiej ropy terminale As-Sidra, Ras al-Unuf i Brega.

Trening dla dżihadystów

ONZ bez powodzenia próbuje namówić obie strony do negocjacji. Premier Thani żąda, by Libijski Świt oddał Trypolis i uznał jego władzę, jego odpowiednik z Trypolisu Omar al-Hassi zaś jest równie nieskłonny do kompromisu: apeluje do świata o bojkotowanie parlamentu na wychodźstwie, Thaniego i Haftara nazywa przestępcami.

Byłoby dziwne, gdyby w tej wojnie obeszło się bez terroryzmu. W miniony wtorek zamachowiec samobójca zdetonował samochód przed hotelem w Tobruku, gdzie obradował parlament. 11 osób, w tym trzech posłów, zostało rannych. A w Syrcie nieznani sprawcy porwali kilkunastu egipskich chrześcijan.

Dowódca wojsk USA w Afryce generał David Rodriguez ostrzegł, że na niekontrolowanym przez nikogo wschodzie Libii powstają obozy szkoleniowe dżihadystów z Państwa Islamskiego, w których przebywa kilkaset osób. Słychać westchnienia do kolejnej zagranicznej interwencji. Na grudniowym szczycie państw Sahelu ich przywódcy wezwali Radę Bezpieczeństwa ONZ do stworzenia sił międzynarodowych, które ustabilizowałyby Libię. Prezydent Czadu powiedział, że powinno się do tego zabrać NATO.

Sojusz milczy, ale premier Włoch Matteo Renzi „nie odrzuca” możliwości międzynarodowej interwencji w Libii, jeśli zawiedzie dyplomacja. Także Francja zdaje się ku temu skłaniać. Właśnie te dwa kraje w 2011 r. dowodziły nalotami na Libię, które pomogły obalić Kaddafiego. Ich spóźnione efekty obserwujemy dzisiaj.

Zobacz także

wyborcza.pl

Jak przełamać pat w zdrowiu

Rozmawiała Judyta Watoła, 05.01.2015
- Bez standardów opracowanych przez onkologów specjalizujących się w leczeniu poszczególnych nowotworów szanse na powodzenie pakietu onkologicznego są nikłe - mówi Agnieszka Pachciarz. Na zdjęciu: oddział hematologiczno-onkologiczny w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu, 23 grudnia 2014 r.

– Bez standardów opracowanych przez onkologów specjalizujących się w leczeniu poszczególnych nowotworów szanse na powodzenie pakietu onkologicznego są nikłe – mówi Agnieszka Pachciarz. Na zdjęciu: oddział hematologiczno-onkologiczny w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w… (MATEUSZ SKWARCZEK)

Minister zdrowia nie powinien ustąpić lekarzom rodzinnym i dawać im więcej pieniędzy. Ale by przełamać impas, trzeba usiąść do rozmów – mówi Agnieszka Pachciarz, była prezes NFZ, którą w 2013 r. zwolnił obecny minister zdrowia
JUDYTA WATOŁA: Wciąż kilka milionów Polaków nie ma dostępu do swoich lekarzy rodzinnych. Minister chce złamać opór Porozumienia Zielonogórskiego, by sytuacja z zamykaniem poradni już nigdy się nie powtórzyła. Co pani na to?

AGNIESZKA PACHCIARZ: Porozumienie Zielonogórskie to organizacja biznesowa i walczy o to, by uzyskać jak najwięcej. Minister zaproponował im na podstawową opiekę zdrowotną ponad miliard złotych więcej. Listę dodatkowych badań, które mieli zlecać, skrócił z ponad 20 do sześciu.

Nie rozumiem, dlaczego w tak korzystnych dla lekarzy warunkach nie udało się osiągnąć zgody. To świadczy o braku profesjonalizmu w trakcie tych negocjacji. Niepotrzebnie minister zaprosił do stołu podczas ostatniej tury byłego szefa PZ Marka Twardowskiego, który wysunął nowe postulaty. To szkolny błąd.

Obie strony poniosły porażkę. Rozmawiamy już nie o tym, co zrobić, by dobrze podzielić pieniądze na leczenie i jak pomóc pacjentom, tylko o tym, kto kogo pokona w tym starciu.

Jedna z krytykowanych przez PZ decyzji ministra to zaniechanie płacenia za pacjentów, których nie ma w bazie ubezpieczonych. Pani też chciała to zrobić.

– Nie ma żadnych podstaw prawnych do tego, by płacić lekarzom rodzinnym za pacjentów, którzy kiedyś zapisali się do nich, ale już od lat mieszkają za granicą i w Polsce nie płacą składek zdrowotnych, więc nie są ubezpieczeni. NIK wyraźnie to zalecił. Jeszcze w 2013 r. chciałam to zrobić: z jednej strony zaprzestać płacenia za pacjentów, których nie ma w eWUŚ, czyli bazie ubezpieczonych, ale z drugiej – płacić lekarzom rodzinnym za świadczenia dodatkowe, m.in. dla dzieci, czy bilanse czterdziestolatków. Tak, by pacjenci mieli z tego realną korzyść. Tej zmianie przeciwny był jednak minister, choć akurat lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego byli wtedy gotowi się na nią zgodzić.

Teraz lekarze przekonują, że są pacjenci, których nie ma w eWUŚ, choć mają ubezpieczenie.

– Jest kilka błędów w tym systemie, ale jego wady są wyolbrzymiane. Już jesienią 2013 roku udało się nam go w dużej mierze poprawić. Problemy z pacjentami, którzy są ubezpieczeni, a nie ma ich w eWUŚ, to rzadkie przypadki.

Inny argument lekarzy: minister daje pieniądze na pakiet onkologiczny, ale zarazem zabiera potrójną stawkę za chorych na cukrzycę i układ krążenia.

– Potrójna stawka to zmarnowane pieniądze, trzeba dużo dobrej woli, żeby wskazywać jej zalety. Pacjenci wcale albo niewiele na niej skorzystali. To był prezent dla Porozumienia Zielonogórskiego, które w wyborach w 2007 r. poparło PO.

Porozumienie przesadziło też w sprawie wskaźnika wykrywalności nowotworów (WRN). Minimalny wskaźnik oznacza, że na 15 pacjentów z podejrzeniem raka, którym lekarz wyda zieloną kartę, jeden powinien mieć rozpoznany nowotwór. W Anglii lekarz musi mieć jedno trafienie na ośmiu pacjentów. Wskaźnik na poziomie 1 do 15 jest więc bardzo korzystny. Przeciętny lekarz nie powinien mieć z tym żadnych problemów. Tymczasem, jak mówi minister, PZ zażądało, by wskaźnik wynosił 1 do 30. To absurd.

Z drugiej strony jednak nie powinno być tak, że lekarz lub cała poradnia, które nie osiągną minimalnego wskaźnika, stracą w ogóle prawo do wydawania zielonych kart. Poradnia lub lekarz mogą mieć za to mniejsze pieniądze z NFZ, ale prawo do wydawania karty powinni zachować. W przeciwnym razie w mojej opinii naruszone jest prawo pacjentów do równego dostępu do świadczeń.

Lekarze domagają się także wskazówek. Pacjent ma dziwną chrypkę, to może być rak krtani, ale nie musi. Wydać mu kartę czy nie?

– To słuszny postulat. Bez takich wskazówek, czyli standardów opracowanych przez onkologów specjalizujących się w leczeniu poszczególnych nowotworów, szanse na powodzenie pakietu onkologicznego są nikłe.

Część lekarzy z PZ za namową ministra podpisuje umowy. Inni ani myślą ustępować. Mamy impas.

– Minister nie powinien ustępować w sprawie pieniędzy, bo jeśli budżet NFZ wzrósł o 2 mld zł, a z tego ponad połowa przypada lekarzom rodzinnym, to co mają powiedzieć szpitale? Trzeba jednak usiąść jeszcze raz do stołu, tylko z zastrzeżeniem, że o pieniądzach już nie rozmawiamy. Pod warunkiem otwarcia poradni należy ustalić z lekarzami rodzinnymi harmonogram rozmów na merytoryczne tematy, takie jak WRN czy opracowanie standardów, komu wydawać kartę. I to nie dlatego, że protestujący tak chcą, ale dlatego, że pacjenci tego potrzebują. Przedłużanie próby sił jest zbędne, bo sądzę, że to ostatnia taka akcja PZ, a dramatyczne działania ministerstwa, w tym zachęcanie do tworzenia nowych poradni, nie wystarczą, by zapewnić opiekę pacjentom.

Zobacz także

wyborcza.pl

Awatar prof. Łętowskiej krąży po kraju

Ewa Siedlecka, 04.01.2015
Prof. Ewa Łętowska

Prof. Ewa Łętowska (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja)

Prof. Ewa Łętowska pisze biografię Zdzisławy Sośnickiej, organizuje, do spółki z prezydentem, sponsorowaną przez UE galę z udziałem Ewy Demarczyk i Władysława Bartoszewskiego. Ku swojemu zdumieniu.
Zaczęło się od maili przesyłanych na początku grudnia na adres Instytutu Nauk Prawnych PAN, gdzie prof. Ewa Łętowska, prawniczka, pierwszy rzecznik praw obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, jest zatrudniona. Najpierw napisała zaniepokojona właścicielka hotelu Holiday Inn w Krakowie, gdzie prof. Łętowska wraz z prezydentem RP Bronisławem Komorowskim, telewizją BBC i Komisją Europejską organizowała „Galę Anny Dymnej”. Zamówienie wysłane zostało z adresu internetowego ProfEwaLetowska@pan-inp.pl.

Prof. Łętowska odpisała, że nic nie rezerwowała i o niczym nie wie. I uznała to za głupi kawał. W tym czasie zgłosił się do niej b. Prokurator Krajowy Janusz Kaczmarek, obecnie prowadzący praktykę adwokacką. Chciał sprawdzić, czy rzeczywiście prof. Łętowska oferuje mu pośrednictwo w naganianiu zamożnej zagranicznej klienteli. Z taką propozycją zgłosił się do niego „asystent” pani profesor. Ponieważ rzecz wydała mu się podejrzana, poprosił „asystenta” o spotkanie, ale ten rozpłynął się w niebycie.

– Znajomi zaczęli mi zgłaszać, że na facebooku mnożą się „moje” konta. Są tam zdjęcia, biogramy, logo Trybunału Konstytucyjnego, rzekome wpisy, które są kompilacją moich publicznych wypowiedzi i jakiś dziwactw. Na tych kontach prowadzę ożywioną korespondencję, a moi realni znajomi rejestrują się na nich jako znajomi właśnie. Tymczasem nigdy nie zakładałam żadnego profilu na nazwisko „Łętowska” – mówi prof. Łętowska.

Z tych profili dowiedziała się, że pisze biografię piosenkarki Zdzisławy Sośnickiej, którą „prawie już wydało” prawnicze wydawnictwo C.H.Beck, i to w dwóch tomach. Prof. Łętowska rzeczywiście jest znawczynią i popularyzatorką muzyki, ale operowej: – Sądzę, że chodziło o to, by przekonać ludzi, że „robię” też w branży rozrywkowej, żeby potem uwiarygodnić moje rzekome działania polegające na organizacji „koncertów” i „gal” – mówi.

Konta zareklamowała u administratora Facebooka prosząc o ich usunięcie. Facebook odpowiedział, że nie naruszają facebookowej „polityki prywatności” (jasne: im więcej kont, tym więcej dochodów z reklam). Pomogło dopiero powołanie się na prawa konsumenta i ustawę o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Profile usunięto, ale nowe mnożą się jak króliki.

Awatar Łętowkiej działa prężnie na południu Polski. W Hotelu Beskid zarezerwował salę konferencyjną na 200 osób „w układzie kinowym” na zamkniętą imprezę z udziałem Władysława Bartoszewskiego, uświetnioną występem Edyty Geppert. Impreza pod tytułem „Gala Wolności” – z okazji 25 lat III RP. Awatar zrobił to mailując do dyrektorki hotelu. Jednocześnie „od osób trzecich” dyrektorka dowiedziała się, że ta sama prof. Łątowska montuje też w jej hotelu inną imprezę, tym razem z udziałem zespołu Bajm, Andrzeja Piasecznego i pokazem kulinarnym Magdy Gesler. Zdezorientowana i zaniepokojona brakiem kontaktu z prof. Łętowską, napisała na adres PAN prosząc o potwierdzenie tych imprez.

– Myślałam, że chodzi o skompromitowanie mnie. Odpuściłabym, ale posługiwano się w tym procederze autorytetem PAN i Trybunału Konstytucyjnego. Zawiadomiłam więc Biuro TK – mówi prof. Łętowska. 11 grudnia szef Biura TK Maciej Graniecki złożył w prokuraturze dla Warszawy Śródmieścia doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Sama kradzież internetowej tożsamości przestępstwem nie jest. Ale może być narzędziem do popełniania przestępstw – np. oszustw.

Awatar Łętowskiej zadbał o uwiarygodnienie swoich działań. Przesyłał mailowo i zamieszczał na różnych stronach tworzonych dla „wydarzenia” np. listy od prof. Łętowskiej i Władysława Bartoszewskiego, a nawet od „European Council President Donald Tusk”, z logo Rady Europy, podpisem Donalda Tuska i jego zdjęciem (!). Były też pisma z Muzeum Obozu Auschwitz-Birkenau, z logo Muzeum, zapowiadające udział w konferencji poprzedzającej „Galę Wolności”, b. ambasadora Izraela w Polsce Szewacha Weissa. Wszystko to sponsorować miała prof. Łętowska. Nie skończyło się na rezerwacji. Awatar Łętowskiej, wyznaczył na organizatora konferencji i gali nauczycielkę miejscowej szkoły, która prężnie działa społecznie, więc łatwo ją było wyłowić w internecie. Awatar Łętowskiej podjął z nią korespondencję z adresów zaczynających się od „ewa.letowska”, podpisując się pod mailami „Prof. Ewa Łętowska, kobieta w słusznym wieku, i w stanie spoczynku. Obrońca Prawa. Członkini PAN”. Oprócz przekazania kompetencji w kwestiach organizacyjnych zapowiedział wydanie drukiem materiałów, m.in. reportaży i wywiadów, które, kierowane przez nauczycielkę młodzieżowe koło historyczne (autentyczny laureat m.in. nagrody przyznanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego) zebrało w ramach swojej działalności. Jednak konieczne było „załatwienia formalności w ZAIKS-ie”, z którym ponoć należy w takich wypadkach zawrzeć umowę na tantiemy. Żeby zawrzeć umowę nauczycielka podała dane, w tym PESEL, numer dowodu osobistego i numer konta bankowego. Konto miała założyć specjalnie do tego celu. A numer telefonu, na który miał być przysłany kod aktywujący konto, a potem kody potrzebne do dokonywania operacji na nim – miał być numerem przekazanym przez awatara Łętowskiej.

Kiedy opóźniała uruchomienie konta, dostała – mailem – pismo sygnowane przez „Zespół Prawny Instytutu Nauk Prawnych PAN w Warszawie” i podpisane nazwiskami autentycznych członków Komitetu. Grożono jej odpowiedzialnością karną, ponieważ jakoby „doprowadziła do niekorzystnego rozporządzenia mieniem” przez prof. Łętowską – sponsorkę „gali”. Dodatkowo spowodowała tym pogorszenie jej stanu zdrowia, przez co trafiła na oddział onkologiczny. Nauczycielka, przerażona, dopełniła formalności. I na konto zaczęły wpływać – i natychmiast wypływać – pieniądze.

Równolegle awatar Łętowskiej organizował wielką „Galę Anny Dymnej”, w Krakowie. Osobistości podobne. Tym razem organizatorem i sponsorem były telewizja BBC i Komisja Europejska. Galę uświetnić miała koncertem pieśniarka Elżbieta Wojnowska. To ją awatar Łętowskiej wybrał do korespondencji w tej sprawie. Miała dostać gażę wysokości 40 tys. euro i dodatkowe bonusy. Gala kolidowała z planami występów jej i jej muzyków, ale czego się nie robi dla prof. Łętowskiej! Dodatkowym wabikiem była informacja, że wystąpić zgodziła się, wyjątkowo, po latach milczenia, sama Ewa Demarczyk. W tym czasie Demarczyk zgodziła się też wystąpić w gali organizowanej w Hotelu Beskid.

Awatar Łętowskiej polecił Elżbiecie Wojnowskiej założyć konto dewizowe w celu przelania na nie unijnego stypendium, które miało dopomóc w przygotowaniach repertuaru na koncert. Wojnowska nie rozumiała, po co ma tworzyć nowe konto, skoro jedno już ma. Korespondencja się urwała. W międzyczasie informacja o spodziewanym występie Ewy Demarczyk na „galach” pojawiła się na internetowych stronach obu „gal”, co zaniepokoiło menagera Demarczyk. Skontaktował się z „organizatorką” „Gali Wolności” w Hotelu Beskid przez fanpage prowadzonego przez nią koła historycznego. I z prof. Łętowską, która jednocześnie dostała, przesłany za pomocą adresu internetowego PAN, list od zaniepokojonej utratą kontaktu Elżbiety Wojnowskiej.

– To potwierdziło moje podejrzenia, że chodzi nie tylko o kradzież tożsamości, ale o oszustwo. Skontaktowałam się z obiema oszukanymi paniami. Mam pełną korespondencję mailową, którą rzekomo ze mną wymieniły. A moi znajomi informatycy doszli do właściciela domeny internetowej jednego z moich fałszywych profili. Sytuacja rozwija się dynamicznie, ludzie ponoszą straty, a prokuratura się ze mną nie kontaktuje. Pewnie myślą, że histeryzuję, bo mi ktoś ukradł tożsamość – mówi prof. Łętowska.

Prokuratura ma miesiąc na decyzję, czy wszcząć postepowanie – Trwa postępowanie sprawdzające – mówi szef śródmiejskiej prokuratury Zdzisław Kuropatwa. Przypuszcza, że śledztwo jednak zostanie wszczęte. Po telefonie „Wyborczej” do prokuratury prof. Łętowskiej udało się umówić na przesłuchanie.

„Organizatorka” „Gali Wolności” w Hotelu Beskid po kilku dniach od uruchomienie konta sprawdziła, co się na nim dzieje. Awatar Łętowskiej wziął na jej nazwisko pożyczki z różnych firm udzielających tzw. chwilówek. Zostały natychmiast przelane na inne konta. Prawdopodobnie fikcyjne, by zatrzeć tropy wiodące do awatara. To typowe oszustwo związane z kradzieżą tożsamości. Inne, to używanie wyłudzonego konta do wpłat za zakupy w fikcyjnym sklepie internetowym. Albo do prania pieniędzy pochodzących z rozmaitych innych nielegalnych źródeł.

Awatar Łętowskiej działa dalej. Zamyka niektóre profile i strony „profesor Łętowskiej” informując, że to z powodu „nagonki”, ale otwiera nowe. Głos mający świadczyć za autentycznością awatara Łętowskiej zabierają na nich awatary innych znanych prawników. Np. prof. Romana Wieruszewskiego, kierownika Poznańskiego Centrum Praw Człowieka, b. sędziego Komitetu praw Człowieka ONZ i eksperta OBWE.

Zobacz także

wyborcza.pl

Co było wydarzeniem, słowem, ideą 2014 r.? Co największym sukcesem, porażką, rozczarowaniem? KWESTIONARIUSZ „WYBORCZEJ” CZ. 1.

Anna Pawłowska, 31.12.2014
Na pytania w kwestionariuszu

Na pytania w kwestionariuszu „Wyborczej” odpowiadali: Joanna Jurek, W. Frasyniuk, Filip Mettler, W. Orłowski, Adam Michnik, Karol „Blowek” Gązwa, Maja Włoszczowska, Adam Bodnar, Adam Bielecki, Edward Lucas, Filip Springer, J. Żakowski, Karol Kłos, Piotr Andrusieczko, Piotr Kuczyński i Jakub Borowski

To był intensywny rok: zmiany w polityce międzynarodowej i krajowej, polityczne afery i skandale, ale też sukcesy naszych sportowców i naukowców. Co było wydarzeniem, słowem, ideą 2014 r.? A co sukcesem, porażką, rozczarowaniem? O wypełnienie kwestionariusza poprosiliśmy 16 znanych osób.
Wśród osób, które wypełniły nasz kwestionariusz są znani publicyści i dziennikarze, sportowcy, ekonomiści i politycy. O odpowiedź poprosiliśmy też przedstawicieli najmłodszego pokolenia – odnoszących sukcesy 18-latków. Dziś prezentujemy pierwszych pięć kategorii naszego podsumowania 2014 roku.

Piotr Andrusieczko, Dziennikarz Roku 2014, korespondent „Gazety Wyborczej” i „Nowej Europy Wschodniej”

Konflikt na Ukrainie. Majdan, Krym, wojna na wschodzie Ukrainy wpłynęły na sytuację geopolityczną na świecie.

Adam Bielecki, wspinacz, alpinista i taternik, pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników Gaszerbrum I i Broad Peak

Wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europy. To potwierdzenie ważnej pozycji Polski na arenie międzynarodowej oraz słusznego kierunku rozwoju naszego kraju w ciągu 25 lat od czasu odzyskania niepodległości.

Adam Bodnar, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka WPiA UW, członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur

Obchody 25. rocznicy naszej transformacji połączone z wizytą w Polsce licznych autorytetów i wręczeniem Nagrody Solidarności dla Mustafy Dżemilewa, lidera Tatarów krymskich. Żal tylko, że tym obchodom nie towarzyszyła później konsekwencja w uznawaniu praw człowieka za priorytet polskiej polityki zagranicznej. Podejście do Chin czy Azerbejdżanu wskazuje, że interesy gospodarcze wygrywają z ideami.

Jakub Borowski, główny ekonomista i dyrektor Departamentu Analiz Makroekonomicznych w Credit Agricole Bank Polska, adiunkt w Szkole Głównej Handlowej

Kryzys ukraiński i rosyjskie embargo na polską żywność.

Władysław Frasyniuk, działacz opozycji w PRL, poseł na Sejm związany z Unią Wolności i Partią Demokratyczną

Agresja Rosji na Ukrainę.

Karol „Blowek” Gązwa, 18-latek, popularny youtuber zajmujący się grami

Rewolucja na Ukrainie.

Joanna Jurek, 18-letnia licealistka współpracująca z Centrum Onkologii, opracowała unikalny sposób dostarczenia leków bezpośrednio do komórek nowotworowych

Pierwszy w historii wygrany mecz Polski z Niemcami w piłkę nożną.

Karol Kłos, polski siatkarz, grał w reprezentacji, która wywalczyła złoto w mistrzostwach świata w 2014 roku

Organizacja mistrzostw świata w piłce siatkowej mężczyzn w Polsce, nasi kibice i mecz Polska – Serbia na Stadionie Narodowym. Byłem, widziałem!

Piotr Kuczyński, główny analityk w Domu Inwestycyjnym „Xelion”, komentator wydarzeń giełdowych i gospodarczych

Debiut chińskiego giganta e-handlu Alibaba na Wall Street, największy w historii amerykańskich giełd.

Edward Lucas, redaktor brytyjskiego tygodnika „The Economist”

Rosja dokonała inwazji na Ukrainę i anektowała Krym, niszcząc europejski porządek i bezpieczeństwo.

Filip Mettler, wokalista, finalista programu „X-Factor”

Koncert Justina Timberlake’a w Trójmieście.

Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”

Agresja wojska na Ukrainę. To zmieniło geopolitykę świata.

Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC Polska, członek Rady Gospodarczej przy Premierze RP

Wojna gospodarcza Zachodu z Rosją.

Filip Springer, reporter i fotoreporter, autor książek o architekturze, finalista nagrody Nike

Otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich. Żyjemy w kraju, na którego murach ciągle widzimy, co powinno się (zdaniem krewkich i łysawych) zrobić z Żydami, Romami i wszystkimi innymi. Wystarczy przejrzeć wydaną niedawno „Świętą wojnę” Wojciecha Wilczyka, by przejść przyspieszony kurs polskiej nienawiści i antysemityzmu. I mimo to, a może właśnie dlatego, w kraju tym powstaje za gigantyczne pieniądze nowoczesna instytucja kultury, która może się stać przyczółkiem do walki z tego typu bredniami. Plus wspaniała architektura w sercu Muranowa.

Maja Włoszczowska, mistrzyni w kolarstwie górskim, złota medalistka mistrzostw świata w wyścigu elity MTB

Mistrzostwa świata w siatkówce i wspaniałe zwycięstwo Polaków. Tour de Pologne zakończony historycznym zwycięstwem Polaka – Rafała Majki.

Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta związany obecnie z tygodnikiem „Polityka”

Wojna na Ukrainie.

Piotr Andrusieczko, Dziennikarz Roku 2014, korespondent „Gazety Wyborczej” i „Nowej Europy Wschodniej”

Władimir Putin – niestety. Rosyjski prezydent zaprezentował się jako agresywny przywódca, pokazał światu, że można się go obawiać.

Adam Bielecki, wspinacz, alpinista i taternik, pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników Gaszerbrum I i Broad Peak

Malala Yousafzai. Ta 17-letnia pakistańska dziewczyna została najmłodszą w historii laureatką pokojowej Nagrody Nobla. Swoją niezłomną postawą od lat zwraca uwagę świata na problem milionów dziewczyn, którym z powodów kulturowo-religijnych odmawia się dostępu do edukacji.

Adam Bodnar, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka WPiA UW, członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur

Piotr Serafin. Człowiek cienia, który stał się de facto architektem zwycięstwa Donalda Tuska i podkreślenia roli Polski w UE. Piotr Serafin, sekretarz stanu w MSZ, dostał zielone światło negocjacyjne i doprowadził do wybrania Tuska na „prezydenta” Europy. Wcześniej zasłynął skutecznymi negocjacjami o budżet UE dla Polski. Teraz, u boku Donalda Tuska w Radzie Europejskiej, może jeszcze bardziej rozwijać swoje talenty dyplomatyczne i służyć UE.

Jakub Borowski, główny ekonomista i dyrektor Departamentu Analiz Makroekonomicznych w Credit Agricole Bank Polska, adiunkt w SGH

Jacek Męcina. Dzięki jego konsekwencji i zaangażowaniu w reformę urzędów pracy strukturalne bezrobocie w Polsce ulegnie obniżeniu.

Władysław Frasyniuk, działacz opozycji w PRL, poseł na Sejm związany z Unią Wolności i Partią Demokratyczną

Donald Tusk. Osiągnął niewątpliwy sukces na arenie międzynarodowej, a przy okazji do końca nie pisnął ani słówka.

Karol „Blowek” Gązwa, 18-latek, popularny youtuber zajmujący się grami

Malala Yousafzai.

Joanna Jurek, 18-letnia licealistka współpracująca z Centrum Onkologii, opracowała unikalny sposób dostarczenia leków bezpośrednio do komórek nowotworowych

Tim Cook.

Karol Kłos, polski siatkarz, grał w reprezentacji, która wywalczyła złoto w mistrzostwach świata w 2014 roku

Kamil Stoch.

Piotr Kuczyński, główny analityk w Domu Inwestycyjnym „Xelion”. Komentator wydarzeń giełdowych i gospodarczych

Założyciel i szef Alibaba – Jack Ma.

Edward Lucas, redaktor brytyjskiego tygodnika „The Economist”

Papież Franciszek. Za pośrednictwo w zawarciu umowy pomiędzy USA i Kubą oraz stawianie pytań duchowych w centrum światowej polityki.

Filip Mettler, wokalista, finalista programu „X-Factor”

Muzycznie Beyonce, politycznie Tusk!

Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”

Papież Franciszek. Przywraca sens i blask Ewangelii.

Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC Polska, członek Rady Gospodarczej przy Premierze RP

„Zielony ludzik” z Krymu.

Filip Springer, reporter i fotoreporter, autor książek o architekturze, finalista nagrody Nike

Robert Biedroń. Wbrew usilnym naciskom dziennikarzy, zwłaszcza tych z Warszawy, którym wydaje się, że wiedzą wszystko najlepiej, poprowadził merytoryczną kampanię nastawioną na lokalne, słupskie problemy. Tym samym wprowadził w życie tezę, którą sam od lat głosił: sprawa orientacji seksualnej powinna być nieistotna przy ubieganiu się o jakiekolwiek stanowiska. Liczą się kompetencje.

Maja Włoszczowska, mistrzyni w kolarstwie górskim, złota medalistka mistrzostw świata w wyścigu elity MTB

Michał Kwiatkowski, Kamil Stoch.

Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta związany obecnie z tygodnikiem „Polityka”

Robert Biedroń.

Piotr Andrusieczko, Dziennikarz Roku 2014, korespondent „Gazety Wyborczej” i „Nowej Europy Wschodniej”

„Wojna”, niestety. To słowo najczęściej słyszałem i najczęściej go używałem w mijającym roku.

Adam Bielecki, wspinacz, alpinista i taternik, pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników Gaszerbrum I i Broad Peak

„Tęcza”.

Adam Bodnar, wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka WPiA UW, członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur

„Putinizacja”. To słowo w 2014 r. nabrało nowego kolorytu. To symbol już nie tylko jednowładztwa, lecz także marzenia ukształtowania państwa według wzoru ograniczającego władzę sądowniczą, działalność organizacji pozarządowych, niezależnych mediów, wykorzystującego politykę historyczną oraz mającego zaprowadzić ład moralny. Putinizacja ma się dobrze w kilku państwach Europy Środkowo-Wschodniej, a dla niektórych osób w Polsce wydaje się, niestety, ukrytym pragnieniem.

Jakub Borowski, główny ekonomista i dyrektor Departamentu Analiz Makroekonomicznych w Credit Agricole Bank Polska, adiunkt w Szkole Głównej Handlowej

„Jest niemożliwym, aby przewidzieć, jakie będą nasze kolejne ruchy” (Anna Zielińska-Głębocka, członkini RPP).

Władysław Frasyniuk, działacz opozycji w PRL, poseł na Sejm związany z Unią Wolności i Partią Demokratyczną

„Hipotetyczne państwo”, cytując klasyka.

Karol „Blowek” Gązwa, 18-latek, popularny youtuber zajmujący się grami

„Selfie”.

Joanna Jurek, 18-letnia licealistka współpracująca z Centrum Onkologii, opracowała unikalny sposób dostarczenia leków bezpośrednio do komórek nowotworowych

„Selfie”.

Karol Kłos, polski siatkarz, grał w reprezentacji, która wywalczyła złoto w mistrzostwach świata w 2014 roku

„Dla mnie jest już po meczu, zakładam zegarek” (Wojciech Drzyzga). I: „Taaaaaaak… JESTEŚMY… MISTRZAMI… ŚWIATA!!!” (Wojciech Drzyzga i Tomasz Swędrowski).

Piotr Kuczyński, główny analityk w Domu Inwestycyjnym „Xelion”. Na co dzień komentuje wydarzenia giełdowe i gospodarcze

„Mamy oczywiście tę pieprzoną Radę Polityki Pieniężnej… Ale jesteśmy w stanie z nią zagrać” (prezes Marek Belka podczas nagranej przez kelnerów rozmowy z ministrem Sienkiewiczem).

Edward Lucas, redaktor brytyjskiego tygodnika „The Economist”

„Myślę, że pary homoseksualne powinny się pobierać i cierpieć tak samo jak heteroseksualiści” (Dolly Parton).

Filip Mettler, wokalista, finalista programu „X-Factor”

„Pendolino”.

Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”

„Majdan” w Kijowie.

Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC Polska, członek Rady Gospodarczej przy Premierze RP

„…i kamieni kupa”. Całkiem zgrabne podsumowanie nieefektywności wielu polskich instytucji publicznych.

Filip Springer, reporter i fotoreporter, autor książek o architekturze, finalista nagrody Nike

„Pendolino”. Słowo nadużywane i przeceniane, kolejna zabawka, która została nam po słynącym z zamiłowania do gadżetów ministrze Sławomirze Nowaku. A wokół rzeczywistość skrzeczy – system sprzedaży biletów nie działa po kilka dni, tańsze pociągi są usuwane z rozkładu bądź opóźniane, a kolejne dworce zamieniane na galerie handlowe i biurowce. Jakby kolejarze zupełnie zapomnieli, co jest ich podstawowym zadaniem.

Maja Włoszczowska, mistrzyni w kolarstwie górskim, złota medalistka mistrzostw świata w wyścigu elity MTB

„Tej bomby, którą rzuciłem na koniec etapu, nikt już nie mógł przetrzymać. Nawet nie oglądałem się za siebie” (Rafał Majka po wygranym etapie Tour de Pologne).

Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta związany obecnie z tygodnikiem „Polityka”

„Kelnerzy”.

Adam Bielecki, wspinacz, alpinista i taternik, pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników Gaszerbrum I i Broad Peak

Pomysł na ekologiczny sposób pozyskiwania wodoru jako źródła energii odnawialnej.

Adam Bodnar, wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka WPiA UW, członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur

Gender. To pojęcie (bo z pewnością nie jest to ideologia) wciąż blokuje jakąkolwiek racjonalną dyskusję na tematy wrażliwe społecznie. Konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, ustawa o korekcie płci, in vitro, związki partnerskie, mowa nienawiści – nad wszystkimi tymi tematami unosi się duch gender. Jednocześnie gender zaktywizowało środowiska świeckie, czego przejawem był tzw. profesorski apel w sprawie państwa świeckiego i ograniczania wpływów Kościoła katolickiego. Pytanie, na ile ten apel był skuteczny.

Jakub Borowski, główny ekonomista i dyrektor Departamentu Analiz Makroekonomicznych w Credit Agricole Bank Polska, adiunkt w Szkole Głównej Handlowej

Majdan, czyli wyjście Ukrainy z orbity wpływów Rosji.

Władysław Frasyniuk, działacz opozycji w PRL, poseł na Sejm związany z Unią Wolności i Partią Demokratyczną

Dialog. Obama rozmawia z Castro, czekamy na premier Kopacz z Kaczyńskim.

Karol „Blowek” Gązwa, 18-latek, popularny youtuber zajmujący się grami

Crowdfunding. Dzięki wspólnemu finansowaniu projektów spełnianie marzeń stało się o wiele prostsze.

Joanna Jurek, 18-letnia licealistka współpracująca z Centrum Onkologii, opracowała unikalny sposób dostarczenia leków bezpośrednio do komórek nowotworowych

Inkubatory. Nowe możliwości na start dla początkujących naukowców w biznesie.

Karol Kłos, polski siatkarz, grał w reprezentacji, która wywalczyła złoto w mistrzostwach świata w 2014 roku

Powiększenie PlusLigi.

Piotr Kuczyński, główny analityk w Domu Inwestycyjnym „Xelion”. Na co dzień komentuje wydarzenia giełdowe i gospodarcze

Chęć dokopania Rosji.

Edward Lucas, redaktor brytyjskiego tygodnika „The Economist”

E-rezydentura wprowadzona przez Estonię, która daje ludziom na całym świecie dostęp do bezpiecznego podpisu elektronicznego uznawanego w tym kraju i innych usług cyfrowych.

Filip Mettler, wokalista, finalista programu „X-Factor”

Niezmiennie WOŚP.

Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”

Solidarność z Ukrainą.

Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC Polska, członek Rady Gospodarczej przy Premierze RP

„To było 25 lat niezwykłego sukcesu Polski” (dla innych: „To było 25 lat całkowitej ruiny Polski”).

Filip Springer, reporter i fotoreporter, autor książek o architekturze, finalista nagrody Nike

Carpooling, bo jakoś jeździć jednak trzeba. Pasażerowie, którzy mieli dość kolejowych opóźnień, drożyzny i brudnych toalet, przesiedli się do tańszych i szybszych autobusów (taki paradoks, że drogami w naszym kraju podróżuje się szybciej niż bezkolizyjną koleją). Tam, gdzie autobusowi przewoźnicy nie operują, trzeba sobie radzić inaczej. Ludzie więc, przy pomocy internetowych serwisów, skrzykują się i jeżdżą razem prywatnymi samochodami. Po drodze rozmawiają. Może z tych rozmów coś dobrego wyniknie?

Maja Włoszczowska, mistrzyni w kolarstwie górskim, złota medalistka mistrzostw świata w wyścigu elity MTB

Rozwój kobiecego kolarstwa szosowego będący efektem silnego lobby ze strony zawodniczek (m.in. Marianne Vos). Po raz pierwszy podczas Tour de France zorganizowano wyścig kobiet (kryterium na Polach Elizejskich), do podobnych ruchów przymierza się Tour de Pologne czy Vuelta Espana.

Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta związany obecnie z tygodnikiem „Polityka”

Prześniona rewolucja.

Piotr Andrusieczko, Dziennikarz Roku 2014, korespondent „Gazety Wyborczej” i „Nowej Europy Wschodniej”

Donald Tusk przewodniczącym Rady Europejskiej.

Adam Bielecki, wspinacz, alpinista i taternik, pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników Gaszerbrum I i Broad Peak

Organizacja przez Polskę XVIII Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn i zwycięstwo w tej imprezie naszych chłopaków.

Adam Bodnar, wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka WPiA UW, członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur

Prof. Karol Modzelewski swoją autobiografią udowodnił, że ma olbrzymi talent literacki. Potwierdziła to nagroda Nike. Donośnym głosem bohatera pokazał, że 25 lat transformacji nie musi być wcale tak wielkim sukcesem, skoro mamy tak duże kontrasty społeczne, a idea równości straciła na znaczeniu. Książka prof. Modzelewskiego powinna być lekturą obowiązkową dla tych, którzy są zanadto zachwyceni swoją rolą w przemianach historycznych, a zapomnieli po drodze o wartościach, o które się wcześniej bili.

Jakub Borowski, główny ekonomista i dyrektor Departamentu Analiz Makroekonomicznych w Credit Agricole Bank Polska, adiunkt w Szkole Głównej Handlowej

Poprawa sytuacji na rynku pracy w Polsce: stopa bezrobocia (oczyszczona z wpływu czynników sezonowych) najniższa od listopada 2009 r., realny (po uwzględnieniu inflacji) wzrost funduszu płac (sumy wynagrodzeń wypłacanej pracownikom) w sektorze przedsiębiorstw był najszybszy od 2008 r.

Władysław Frasyniuk, działacz opozycji w PRL, poseł na Sejm związany z Unią Wolności i Partią Demokratyczną

Złoty medal polskich siatkarzy na MŚ.

Karol „Blowek” Gązwa, 18-latek, popularny youtuber zajmujący się grami

Zwycięstwo Polski z Niemcami 2:0 w meczu eliminacji piłkarskich mistrzostw Europy.

Joanna Jurek, 18-letnia licealistka współpracująca z Centrum Onkologii, opracowała unikalny sposób dostarczenia leków bezpośrednio do komórek nowotworowych

„Ida” najlepszym polskim filmem 2014 r.

Karol Kłos, polski siatkarz, grał w reprezentacji, która wywalczyła złoto w mistrzostwach świata w 2014 roku

Dwa złote medale Kamila Stocha w zimowych igrzyskach olimpijskich.

Piotr Kuczyński, główny analityk w Domu Inwestycyjnym „Xelion”. Na co dzień komentuje wydarzenia giełdowe i gospodarcze

Rekordy na (zagranicznych) rynkach akcji.

Edward Lucas, redaktor brytyjskiego tygodnika „The Economist”

Terminal LNG na Litwie przełamujący monopol Gazpromu na Bałtyku.

Filip Mettler, wokalista, finalista programu „X-Factor”

Polak „prezydentem” Europy, Polacy mistrzami świata w siatkówce i wygrany mecz z Niemcami!

Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”

Porozumienie Obama – Raul Castro.

Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC Polska, członek Rady Gospodarczej przy Premierze RP

Zdumiewająca odporność złotego na wojnę za miedzą.

Filip Springer, reporter i fotoreporter, autor książek o architekturze, finalista nagrody Nike

Jacek Jaśkowiak wygrywający wybory prezydenckie w Poznaniu. Kandydatowi PO udało się coś, co miesiąc przed wyborami wydawało się zupełnie nierealne – usunął ze stanowiska nieusuwalnego Ryszarda Grobelnego, który panował w Poznaniu od czterech kadencji. Sukces Jaśkowiaka to przede wszystkim sukces poznańskiego środowiska aktywistów miejskich, z którego on sam się wywodzi.

Maja Włoszczowska, mistrzyni w kolarstwie górskim, złota medalistka mistrzostw świata w wyścigu elity MTB

Fenomenalna jazda całej polskiej drużyny podczas mistrzostw świata w kolarstwie szosowym zakończona wspaniałym zwycięstwem Michała Kwiatkowskiego.

Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta związany obecnie z tygodnikiem „Polityka”

PSL w wyborach samorządowych.

Jutro – druga część podsumowania 2014 r. Dowiecie się, co nasi rozmówcy odpowiedzieli, gdy zapytaliśmy ich o nadzieję, porażkę, rozczarowanie, niespodziankę i żenadę 2014 roku. Zapraszamy.

wyborcza.pl

Białe misie

Jacek Żakowski, Tygodnik „Polityka”, 05.01.2015
 Służba zdrowia zamienia się w biznes medyczny

Służba zdrowia zamienia się w biznes medyczny (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta / AGENCJA GAZETA)

Lekarzom i ich organizacjom wiele można zarzucić. Półtorej dekady komercjalizowania służby zdrowia przyniosło złą zmianę kulturową. Pod presją rządów szpitale i przychodnie coraz mniej służą, a coraz więcej liczą. Służba zdrowia zamienia się w biznes medyczny.
W tę stronę idą też reformy PO-PSL. Kiedy biznes staje się wątpliwy, to się go zamyka. Władza zamieniająca służbę w biznes powinna to rozumieć. A nie przewidziała zmian, które powoduje. Próbuje to nadrobić, działając na granicy prawa.

Rzecznik praw pacjenta powinna dopilnować, by tryb rozwiązywania umów zapewniał ciągłość i dostępność świadczeń oraz dokumentacji. Starczyłby kilkumiesięczny okres wypowiedzenia. Ale się zagapiła. Nadrabia błąd groźbami, gdy przychodnie z dnia na dzień tracą kontrakt i są zamykane.

UOKiK powinien stale obserwować NFZ, który wykorzystuje dominującą pozycję na rynku. To naturalne, że kontrahenci monopolu łączą siły. Straszenie ich sprawdzaniem, czy nie tworzą zakazanej zmowy, to próba nadrobienia zaniechań w kontroli monopolisty poprzez sankcjonowanie jego praktyk in blanco.

NFZ kontroluje lekarzy z hiperskrupulatnością kwestionowaną przez sądy. Ale nie wolno mu używać kontroli, by wymusić podpisanie niekorzystnych zdaniem lekarzy umów. Za późno wyznaczył termin zawierania kontraktów. Brak mu czasu na zorganizowanie opieki dla pacjentów i nadrabia błąd groźbami.

Minister zdrowia spóźnił się z ustawami i rozporządzeniami. Brak mu czasu na konsultacje, negocjacje i amortyzowanie konfliktów. By to nadrobić, szczuje na lekarzy pacjentów i inne urzędy.

Rząd maskuje nieudolność, wcielając zapowiadany u Sowy scenariusz skoordynowanego polowania na „tłuste misie”. Padło na „białe misie”. Państwo prawa tak działać nie może. Nawet jeśli wierzy, że ma rację, i walczy w słusznej sprawie. Bo cele mające uświęcać środki zwykle znikają, a środki zostają.

Ludwik Dorn zachęca rząd, by złamał zielonogórskiego „potwora”. To groźna logika. Rząd jest od uzgadniania sprzecznych interesów, nie od łamania obywateli. Potrzebna jest rozmowa i kompromis. To zapewne wymaga mediacji. Powinien się jej podjąć ten, kogo w całym sporze brakuje. Pacjenci. W sporze z rządem nie reprezentuje nas przecież powołana przez premiera rzecznik. A żadne organizacje pacjentów nie są jeszcze w sprawę zaangażowane. Choć np. Federacja Pacjentów Polskich ma kompetentnych ekspertów i silną pozycję w Europie.

To pacjenci powinni teraz we własnym interesie mediować między płatnikiem a lekarzami. Zwłaszcza że jest pole do kompromisu, nawet jeżeli rząd nie może dziś dołożyć pieniędzy. Skoro podstawowym problemem są stawki oparte na niepewnych szacunkach, można finansować dodatkowe badania poza umowami z POZ albo umówić się na kilkumiesięczną próbę, a potem renegocjować stawki. Trzeba tylko szukać rozwiązania, a nie kija na „białe misie”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Tajemnice taśmy Pameli Anderson

Mariusz Zawadzki, Gazeta Wyborcza, 05.01.2015
Pamela Anderson i Tommy Lee

Pamela Anderson i Tommy Lee (MOP/Splash News / EAST NEWS)

Zapewne państwo przegapiliście, ale właśnie rozwiązana została jedna z największych zagadek współczesnej Ameryki.
Z magazynu „Rolling Stone” dowiedzieliśmy się, jak i dlaczego wyszła na świat osławiona taśma Pameli Anderson i gwiazdora heavy-metalu Tommy’ego Lee, czyli pramatka i praprzyczyna wszystkich sekstaśm, które potem nadeszły i jeszcze nadejdą. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego wciąż nazywa się je taśmami, bo przecież era magnetowidu bezpowrotnie minęła; teraz wszystko jest w necie, tudzież na kartach pamięci.

Młodsi czytelnicy może nie pamiętają owych zamierzchłych, pięknych czasów, a może nawet ledwie kojarzą Pamelę, czyli tlenioną blondynkę z serialu „Słoneczny patrol”, o której wszyscy mówiliśmy wtedy z pogardą, nabijając się z jej głupoty i ostentacyjnej urody, ale o której w skrytości ducha każdy marzył. Gdyby tylko kiwnęła małym paluszkiem, to porzucilibyśmy wszystkie nasze matki, dziewczyny i kochanki, i wyruszylibyśmy do Kalifornii przez pół świata i całą Amerykę – zupełnie jak Borat, najsłynniejszy obywatel Kazachstanu, który właśnie do Pameli niezmordowanie dążył.

Dlatego historię złodzieja taśmy czyta się z rozrzewnieniem, zresztą kończy się ona niezwykle melancholijnie: „Kilka lat temu przeniósł się na północ, gdzie dziś żyje samotnie, z wydatnym brzuszkiem nabytym w średnim wieku. Kiedy odwiedziłam go kilka miesięcy temu, właśnie został porzucony przez kobietę, z którą chodził ostatnie dwa lata – byłą striptizerkę, która nie pozwalała mu się całować w usta podczas seksu. Czasami mówi jakimś ludziom, że to on jest tym facetem, który wykradł sekstaśmę Pameli i Tommy’ego, ale nikt mu nie wierzy. Ale on cieszy się z tego, że dołożył swoją małą cegiełkę do historii ludzkości, i przyznaje, że nadal lubi oglądać taśmę. – Jest urocza. Są zakochani i świetnie się ze sobą bawią – mówi. – Tego im zazdroszczę. Chciałbym kiedyś przeżyć coś takiego”.

Tak właśnie skończył Rand Gauthier, czyli elektryk, który wiosną 1995 roku pracował w posiadłości Pameli i Tommy’ego przy Mulholland Drive pod Los Angeles. Nowożeńcy przerabiali podówczas cały dom na jeden wielki plac zabaw dla dorosłych. Poznali się zaledwie kilka miesięcy wcześniej w Meksyku, gdzie Tommy „jechał” na pigułkach ecstasy. Jak potem wspominał, „po ecstasy każda wygląda jak Pamela Anderson, więc wyobraźcie sobie, jak wyglądała prawdziwa Pamela…”.

Jak wszyscy młodzi ludzie, których ślepy los uczynił multimilionerami, Tommy i Pamela byli kapryśni i nieprzewidywalni. Nie byli zadowoleni z wyników pracy Gauthiera, dlatego postanowili, że mu nie zapłacą obiecanych 20 tys. dolarów. A kiedy elektryk przyjechał domagać się zwrotu długu, Tommy wyskoczył doń z karabinem. Gauthier potraktował to bardzo personalnie, bo nie był zwykłym elektrykiem, ale zakompleksionym i ambitnym synem pewnego mało znanego aktora z Hollywood. Sam zresztą również próbował iść w ślady ojca, przynajmniej w pewnym sensie, mianowicie wystąpił w kilkudziesięciu filmach porno, co jednak satysfakcji – przynajmniej finansowej – mu nie przyniosło, i musiał jak niepyszny przekwalifikować się na elektryka.

Upokorzony przez Tommy’ego, postanowił ukraść z garażu skrzynię, w której parka trzymała broń i biżuterię. Znalazł w niej taśmę i uwierzył, że dzięki niej stanie się milionerem. Przez następne kilka lat oferował ją różnym znajomym z branży porno, wchodził w spółki z niebezpiecznymi mafiosami, ale ostatecznie został przez wszystkich wspólników i przyjaciół wykiwany. Dziesiątki milionów dolarów zgarnęli inni – bardziej cwani, młodsi, rozumiejący, że nagranie trzeba sprzedawać w internecie, który właśnie wtedy – pod koniec lat 90. – eksplodował, a nie na kasetach z ciężarówki zaparkowanej na rogu ulicy (tak jak robił pierwszy wspólnik Gauthiera).

Naturalnie, owa opowieść nie byłaby kompletna bez refleksji na temat samej taśmy, dlatego po lekturze „Rolling Stone” sięgnąłem do internetu, żeby ją – jedynie z kronikarskiego obowiązku – obejrzeć. I ze zdumieniem stwierdzam, że recenzja elektryka jest trafna. Na taśmie oglądamy dwoje młodych, beztroskich i szczęśliwych nowożeńców, a kontent pornograficzny jest jedynie spontanicznym dodatkiem. Bardzo zresztą skromnym w porównaniu z niemieckimi pornosami, które z wypiekami na twarzach wypożyczaliśmy na kasetach i oglądaliśmy w liceum. W dzisiejszych obłudnych czasach, kiedy sekstaśmy są kręcone profesjonalnie i podrzucane z rozmysłem, żeby przynieść ich bohaterom rozgłos, taśma Tommy’ego i Pameli wydaje się świeża i niewinna.

Zobacz także

wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: