Hairwald

W ciętej ranie obecności

Boston (18.01.15)

 

Jak zepsuliśmy własne dzieci

Marta Piątkowska, 18.01.2015
Studenci

Studenci (Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta)

– Za to, co teraz dzieje się z osobami urodzonymi po 1990 r., w dużej mierze, odpowiadają rodzice. Od pierwszych lat są otaczają dzieci przesadną opieką – mówi dr Jan Czarzasty z Zakładu Socjologii Ekonomicznej SGH
Marta Piątkowska: – Nie ma pan już dość rozmów na temat młodych? Ciągle tylko to bezrobocie, brak przyszłości, roszczeniowość, wadliwy system oświaty i bezpłatne staże.

Jan Czarzasty:- Faktycznie, te dyskusje z czasem przybrały formę rytualną i powierzchowną, chociaż nie wszystko jeszcze zostało powiedziane.

Słucham, czego zabrakło?

– Na przykład tego, że w dużej mierze za to, co teraz dzieje się z osobami urodzonymi po roku 1990 odpowiadają rodzice. Jeżeli rozpatrywalibyśmy to w kategoriach winy, to oni najwięcej dorzucili do tego koszyczka.

W jaki sposób?

– Taki stan rzeczy nie jest zaskakujący, bo na Zachodzie przerobili to już dawno, więc nie ma się co przesadnie buntować czy bić w piersi. To cena dobrobytu i rozwoju społeczeństwa konsumpcyjnego. Dzisiaj posiadanie dziecka to projekt, a w projekt się inwestuje, o projekt się dba i czeka na zwrot.

To niestety w perspektywie znacznie ogranicza samodzielność młodych, bo od pierwszych lat są otoczeni przesadną opieką.

Jeszcze dekadę temu dzieciaki biegały do szkoły z kluczami do mieszkania zawieszonymi na szyi. Dzisiaj nawet 12-latkowie odbierani są przez opiekunów, chociaż mają do przejścia kilometr oświetlonym chodnikiem.

W szkołach nikogo już nie dziwi ochroniarz. Mieszkamy w zamkniętych osiedlach za szlabanami. Jaki to daje komunikat? Że świat to bardzo niebezpieczne miejsce. Ludzie są niebezpieczni. A skoro są niebezpieczni i potencjalnie źli, to w gruncie rzeczy lepiej się od nich separować i trzymać z grupą, do której dołączyliśmy na podstawie sztucznego podziału jakim jest chociażby ta sama szkoła czy osiedle.

To źle?

– Tak, bo jako społeczeństwo zawsze byliśmy rozbici i jak widać niespecjalnie staramy się coś w tym obszarze zmieniać. Polacy nie mają poczucia wspólnoty, narodem czujemy się dopiero w sytuacjach kryzysowych, ale na co dzień nie dostrzegamy wspólnych interesów. Niewiele da się zrobić dla ogółu, jeżeli każdy ciągnie w swoją stronę.

I młodzi już tacy są?

– W ich przypadku sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo to bardzo rozwarstwione pokolenie. Wytworzone podziały są silniejsze niż kiedykolwiek.

Mamy z jednej strony młodzież, której rodzice doskonale wykorzystali szanse, jakie niosły ze sobą przemiany gospodarcze w latach 90. To dzieciaki z tzw. dobrych domów, w których wykształceni rodzice od małego budowali ich kapitał kulturowy i społeczny. Oni bywali w muzeach, kinach i teatrach, czytali książki, jeździli za granicę. Mama i tata mają znajomych, którzy mogą ułatwić dostanie pracy czy ciekawego stażu. Ich strach przed światem i poczucie, że sukces to coś mitycznego jest dużo mniejsze, bo w najbliższym otoczeniu mają osoby, które go odniosły.

Ta młodzież zazwyczaj mieszka w dużych miastach, dostaje się do renomowanych szkół i uczelni. Często na studia dzienne, które stały się ukrytą formą dofinansowania rodzin z klasy średniej, bo są bezpłatne. Podczas studiów mogą sobie pozwolić na wyjazd na Erasmusa, albo bezpłatny staż, bo przecież nie muszą zarabiać na rachunki.

A kto jest po drugiej stronie?

– Dzieci z Polski B oraz przeciętnych domów, gdzie żadne z rodziców nie zrobiło kariery, ani nie ma wykształcenia wyższego. Tam wciąż pokutuje głód sukcesu, któremu towarzyszy przekonanie, że w Polsce dobrze żyje się tylko tym, którzy mają znajomości.

W tych rodzinach nie ma kapitału finansowego, społecznego, czyli znajomości, albo kulturowego. Kto się obruszy w tym momencie, niech spróbuje sobie przypomnieć, jak wyglądają zbiory książek wśród jego rodziny i znajomych. To wciąż wiele mówi o domu.

W końcu dochodzimy do momentu, w którym okazuje się, że dla tej grupy młodych sukcesem staje się fakt w ogóle posiadania pracy. To, żeby była dobra, staje się wisienką na torcie.

Gdzie tu miejsce na ambicje?

– Są tępione przez poczucie bycia gorszym już na starcie.

Oczywiście, jeżeli spytamy studentów, to nikt nie powie wprost, że czuje się gorszy. Ale ich poczucie braku sprawiedliwości społecznej wyjdzie w drobnych sprawach. Chociażby wspomnianych wcześniej bezpłatnych stażach, które nie są osiągalne dla osób, które nie mogą sobie pozwolić na pracę za darmo albo za kilkaset złotych miesięcznie, bo umrą z głodu. Oni muszą iść do pracy, jakiejkolwiek, często w ogóle nie zgodnej z kierunkiem edukacji.

W ten sposób mamy w tej samej grupie wiekowej dwa skrajne scenariusze, które siłą rzeczy wraz z nabywanym doświadczeniem, zaczynają pasować do przekonań, jakie wynieśli z domu.

No dobrze, ale mimo wszystko, bez względu na to w jakiej rodzinie przyszli na świat, idą na studia, bo chcą lepiej żyć.

– I tu też dotyka ich segregacja, bo część dostanie się na renomowane uczelnie państwowe, a pozostali zostaną skazani na wyższe szkoły tego i owego. Niby będą mieli tego magistra, ale niekoniecznie będzie on tyle wart, ile się spodziewali. Efekt jest taki, że inwestycja poniesiona w prywatne kształcenie nie każdemu się zwróci.

Smutne jest to, że część z nich doskonale zdaje sobie z tego sprawę od samego początku.

To po co idą na studia, zamiast nauczyć się zawodu, założyć firmę, godnie zarabiać? Tyle się mówi o zapotrzebowaniu na rzemieślników.

– Bo od małego robimy im pranie mózgu. My, czyli rodzice, społeczeństwo i szkoła. Dzisiejsze dzieciaki wychowywane są w stanie nieustającej konieczności podejmowania wyborów, których nie chcą – i co gorsza – do końca nie rozumieją. Zabawa zaczyna się już w podstawówce, którą do niedawna kończyliśmy mając lat 14 lub 15. Teraz do gimnazjum idą 12-latkowie. I w tym momencie zaczyna się wyścig i dążenie do specjalizacji, czyli wybór profilowanej klasy. Pal licho, czy dziecko faktycznie lubi informatykę lub matematykę, ważne, że potem będzie miało szansę dostać się do dobrego liceum, potem na studia i do pracy.

Nie zawsze tak było?

– Przypomnijmy sobie własne dzieciństwo, a potem okres liceum i konieczność wybrania dalszej ścieżki edukacji. Niewiele osób ma konkretną wizję tego, co chce robić w wieku 19 lat, ja sam takiej nie miałem, a życie w konieczności decydowania o tym małymi kroczkami na wczesnych etapach życia jest frustrujące.

Co gorsza, zewsząd docierają informacje, że po studiach nie ma pracy i w sumie nikt nie daje gwarancji, że nawet najlepsze decyzje i ciężka praca nad sobą kiedykolwiek się opłacą.

Mamy wiec do czynienia z pokoleniem, które z każdej strony słyszy, że musi się starać i być najlepsze, ale w sumie nikt nie bierze odpowiedzialności za to, co mówi.

To może chociaż państwo ma na nich jakiś pomysł?

– Generalnie państwo na każdym kroku pokazuje im, że jest nieudolne. Młodzi są bardzo krytyczni. Widzą, że nie działa wymiar sprawiedliwości, sami doświadczają absurdów rozwiązań oświaty, czytają o służbie zdrowia czy Pendolino, które kupiliśmy za grube pieniądze nie mając torów, po których mogłoby jeździć.

A podobno młodzi niczym się nie interesują.

– Swoją wiedzę o Polsce czerpią z internetu. Przebojem była minister Bieńkowska i jej „sorry, taki mamy klimat”. To jest Polska, jaką znają.

Nic dziwnego, że powoli odcinają się od niej mentalnie. Traktują jak zdarzenie losowe, z którego łatwo się wypisać, bo samoloty do Londynu latają regularnie. Kwestia rozłąki z rodziną przestaje ich ograniczać.

Dodatkowy wątek. W toku socjalizacji, Polacy obserwują np. w Wielkiej Brytanii, że wcale nie ma konieczności zajmowania się starymi rodzicami. Przecież, jeżeli dobrze zarabiają, mogą sfinansować im opiekę w domu spokojnej starości, gdzie będą pod stałą opieką i jeszcze wśród rówieśników, czyli nie będą samotni.

Do tej pory wydawało nam się to nie do pomyślenia, bo dla nas główna komórką społeczną jest rodzina. Nie widzimy podziałów klasowych, bo postrzegamy siebie poprzez najbliższe, hermetyczne środowisko.

Rodzina staje się kulą u nogi?

– Nie do końca, wciąż jest ważna i czujemy się za nią odpowiedzialni, ale zaczynamy przedkładać swoje dobro ponad konwenanse. Kalkulujemy, że jeżeli zamiast wracać do kraju zostaniemy na emigracji, to w sumie wszystkim będzie wygodniej. Nam, bo nie będziemy się musieli zastanawiać nad tym co włożyć do garnka, a rodzicom zapewnimy godne życie, bo dorzucimy im do emerytury.

Tak naprawdę cały czas rozmawiamy o pieniądzach.

– Bo stajemy się społeczeństwem coraz bardziej konsumpcyjnym, które sukces i pozycję określa przez mieć, a nie być. Jednak, co ciekawe, nawet jeżeli osobiście dobrze nam się wiedzie, postrzegamy się jako biedny naród. Wiecznie na dorobku. Przez zawirowania historyczne dopiero od niedawna zaczęliśmy coś dziedziczyć. I to nie wszyscy. To też rodzi poczucie żalu, bo w grupie rówieśników będą tacy, którzy dostaną mieszkanie po babci, i tacy, którzy będą się musieli zadłużyć na 30 lat.

Trawa u sąsiada już zawsze będzie bardziej zielona?

– Wyzbycie się poczucia bycia gorszym już na starcie to długotrwały proces, który będą musiały przechodzić kolejne pokolenia. Szansa na to, że kiedyś będzie lepiej zależy w głównej mierze od zmniejszenia się nierówności społecznych, a te wciąż mamy na wysokim poziomie, co więcej, wiele wskazuje na to, że będą się jeszcze zwiększać. Jak bardzo, czas pokaże.

Nie brzmi to optymistycznie.

– Chce pani dobrych wiadomości? Proszę bardzo. Cieszy mnie, że młodzi coraz częściej nie patrzą na ludzi u władzy jak na naszych panów, tylko wynajętych przez społeczeństwo usługodawców. To przekonanie ciągle zbyt rzadko przeradza się w akcję lecz ten nowy stan świadomości będzie oddziaływał coraz silniej, w miarę wchodzenia kolejnych roczników w dorosłość, bo za tym idzie nie tylko głosowanie, ale także czynne angażowanie się w życie publiczne ludzi z pokolenia potransformacyjnego. Ostatnie wybory samorządowe wyniosły do władzy trochę jego przedstawicieli niereprezentujących głównych partii – partyjniacy są na ogół zepsuci przez starszych i nie ma co wiązać z nimi nadmiernych nadziei – przyglądajmy się im uważnie, a nuż ich deklaracje wyborcze się zmaterializują. To byłby mały, ale ważny przełom w naszej kulturze politycznej.

22 stycznia podsumowanie akcji Projekt: Praca. Spotkajmy się na Uniwersytecie Warszawskim.

Przez trzy miesiące w 11 akademickich miastach zorganizowaliśmy ponad 150 godzin warsztatów przygotowującego młodych do wejścia w życie zawodowe.

Na ich podstawie stworzyliśmy program, który chcemy wprowadzić na uczelnie.

Podczas konferencji będziemy rozmawiać o tym, kiedy taki przedmiot może na stałe pojawić się w programach nauczania i jak ułatwić młodym start w dorosłość. W dyskusji udział wezmą studenci, przedstawiciele rządu, m.in. minister nauki i szkolnictwa wyższego Lena Kolarska-Bobińska i pracodawcy. Partnerem głównym akcji jest firma McDonald’s, a partnerami merytorycznymi: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Komisja Europejska – Przedstawicielstwo w Polsce oraz firma Nestlé. Partnerem warsztatów jest Deloitte.

Zobacz także

wyborcza.pl

Wstydzimy się szczęk z bazaru. Co nam zostanie z lat 90. [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Emilia Dłużewska, 18.01.2015
Plac Defilad w grudniu 1994 roku

Plac Defilad w grudniu 1994 roku (PIOTR MOLECKI)

– Budynki z lat 90. przypominają o zgrzebności tej dekady. Są jak fotografia, która przypadkiem wypada z portfela i zawstydza, bo pokazuje, że nie do końca jesteśmy tym, za kogo się podajemy – mówi prof. Marek Krajewski.
25 lat po upadku PRL do Ministerstwa Kultury trafił nietypowy wniosek. Tadeusz Rusinowicz, właściciel działki przy ul. Zamoyskiego – ocalałej części dawnego Jarmarku Europa – chciał, by działający tam bazar został objęty ochroną konserwatora zabytków jako element dziedzictwa kulturowego czasów wczesnego kapitalizmu. „Na Jarmarku Europa rodziła się polska przedsiębiorczość na masową skalę” – uzasadniał Rusinowicz.

Na łamach „Stołecznej” jego wniosek poparł dziennikarz i praski aktywista Cezary Polak, twierdząc, że „bazarek przy Zamoyskiego może pełnić funkcję żywego muzeum ćwierćwiecza polskiej transformacji ustrojowej, gospodarczej i kulturowej”. Ministerstwo odpowiedziało jednak negatywnie.

Rozmowa z prof. Markiem Krajewskim, socjologiem

Emilia Dłużewska: Co w polskich miastach zostało po latach 90.?

Prof. Marek Krajewski: To dziedzictwo można podzielić na przynajmniej trzy nurty. Pierwszy to tymczasowa, często chałupnicza mała architektura, która pomagała adaptować się do nowych realiów. Bazarowe szczęki, ale też łóżka polowe, budy kantorów, tzw. jugokioski, czyli plastikowe kioski pełniące funkcję mikrolokali gastronomicznych czy usługowych.

Oprócz tego w tym czasie w przestrzeni miejskiej pojawiły się nowe symbole dominacji: pierwsze wielkopowierzchniowe sklepy „blaszaki” i biurowce. Można też w tym nurcie umieścić pseudodworki i eklektyczne pałace budowane przez tych, którym w rodzącym się kapitalizmie udało się szybko wzbogacić, oraz nową architekturę sakralną. O ile w czasach PRL kościoły były projektami, przy których architekci mogli realizować swój potencjał twórczy, o tyle w latach 90. zaczyna się sakralna gigantomania, której przykładem jest bazylika w Licheniu.

Trzeci nurt to powstające wówczas dosyć dobre budynki użyteczności publicznej, jak BUW na Powiślu.

Dla mojego pokolenia, które rodziło się tuż przed upadkiem komunizmu lub po, bazarowe szczęki są abstrakcyjnym obiektem. Czy architektoniczne twory z tamtych czasów powinny być zabytkami?

Taka dyskusja toczy się właśnie we Wrocławiu. Dotyczy domu towarowego Solpol przy ul. Świdnickiej, który jest bardzo wyrazistym przykładem komercyjnej architektury tamtego okresu. Budynek, którego skomplikowaną fasadę zdobią aluminiowe panele okienne i szklane wieżyczki, dziś razi swoją papuzią kolorystyką, ale część architektów twierdzi, że powinien być zachowany, bo doskonale reprezentuje styl lat 90. Tylko że dla większości wrocławian to koszmarny gmach, w dodatku przypominający o niepewności tamtego okresu – również tej związanej z niejasnością, co jest dobre, a co złe estetycznie. Teraz wydaje się nam brzydki, ale wówczas był symbolem nowego. Podobny status wydaje się mieć w Warszawie hotel Sobieski – w latach 90. symbol nowoczesności i dominującego wówczas ostentacyjnego smaku, dziś rażący swoją brzydotą.

Warszawski bazar Różyckiego na Pradze ma być przekształcony w elegancki targ. A jednocześnie w sąsiadującym z nim Muzeum Pragi powstaje sala wystawowa, gdzie eksponaty będą prezentowane właśnie w „szczękach”. Nie chcemy ich oglądać na ulicy, ale w muzeum już nam nie przeszkadzają?

„Szczęki” w muzeum są dla nas bezpieczne. Są po prostu eksponatem, symbolem barwnej, egzotycznej przeszłości. Na ulicy musielibyśmy konfrontować się z nimi na co dzień. Przypominałyby, kim byliśmy w latach 90., a to chyba nie do końca chciany aspekt naszej tożsamości. Lata 90. przypominają nieco te powojenne. To może zbyt mocne porównanie, ale wtedy też panował kompletny chaos – w sferze wartości, gustów, ale też jeśli chodzi o sposób życia, który uznawano za słuszny. Ówczesna tymczasowa architektura jest dobrą metaforą tego syndromu – życia podobnego do tego na Dzikim Zachodzie, gdzie wszystko może się zdarzyć, nic nie jest pewne. Lata 90. to z jednej strony czas ogromnej energii, nowych pomysłów, rozwiązań, a z drugiej – silnej tymczasowości i prób desperackiego dowodzenia, że też już mamy kapitalizm i jesteśmy społeczeństwem zachodnim. Dużo w tym było prowizorki, śmiesznych dziś gestów i działań, do których niechętnie się przyznajemy.

Wizualny chaos jest tylko świadectwem tego, z czego wychodzimy czy wciąż jeszcze na nas działa?

Architektura zawsze odzwierciedla to, kim jesteśmy i jak myślimy o świecie. Dziś polskie miasta bardzo dynamicznie się zmieniają, głównie pod wpływem obecnych w nich globalnych korporacji, ale też funduszy unijnych czy mniej lub bardziej świadomych działań rewitalizacyjnych. Budynki, które powstawały w przeszłości, przypominają nam o czymś niewygodnym – o zgrzebności lat 90. Nie pasują do dzisiejszych dużych miast i kosmopolitycznej normy reprezentowanej przez nowoczesne biurowce i międzynarodowe sieci handlowe. Są jak fotografia z przeszłości, która wypada nam przez przypadek z portfela i zawstydza, bo pokazuje, że nie do końca jesteśmy tym, za kogo się podajemy.

Jak zdjęcie z podstawówki, gdzie mamy głupią fryzurę i śmieszne ubrania?

Albo jak spotkanie na ulicy dawnego znajomego, z którym się nie widzieliśmy od czasu naszego społecznego awansu, a który wie, kim byliśmy kiedyś. Przywołany przez panią przykład bazaru Różyckiego jest w tym kontekście o tyle ciekawy, że pokazuje podwójny ruch wykonany dziś w przestrzeni miasta: rewitalizujemy albo estetyzujemy to, co stare, ale pozbywamy się przy okazji pierwotnych funkcji tych miejsc.

To zjawisko jest w Warszawie wyraźniejsze niż w innych miastach? Do wizerunku europejskiej, nowoczesnej stolicy tym bardziej nie pasuje wspomnienie o dżinsach sprzedawanych na pl. Defilad.

Dobrym przykładem tego syndromu była brutalność, z jaką usunięto w 2009 roku halę targową KDT albo pozbyto się najemców handlujących w podziemiach Dworca Centralnego. Potwierdza to, jak bardzo pragniemy czy raczej jak bardzo władze miasta pragną pozbyć się śladów wczesnego, heroicznego okresu kapitalizmu lat 90. i jak zdecydowanie chcą je zastąpić tym, co kosmopolityczne, przewidywalne i oswojone, grające zgodnie z regułami globalnego rynku.

Łatwiej nam rozmawiać o pozostałościach z czasów komunizmu? Usunięty z placu Wileńskiego pomnik „czterech śpiących” budzi bardzo żywe emocje. Lata 90. wydają się zaś trudno uchwytne.

One były bardzo barwne, niezwykle dużo się w trakcie tej dekady wydarzyło, ale pamiętamy je jak przez mgłę. Wydaje mi się, że powodem jest ogromna niejednoznaczność tych czasów. Dla zwycięzców transformacji był to moment bogacenia się i społecznego awansu, dla ofiar tych zmian – okres stopniowej pauperyzacji i degradacji społecznej. Dla jednych lata 90. to czas budowania nowej rzeczywistości, dla innych – bezmyślnego niszczenia tego, co stworzono w okresie realnego socjalizmu: zamykania zakładów pracy, kin i domów kultury. Ta niejednoznaczność sprawia, że nie bardzo wiemy, co z tym okresem zrobić. Dużo łatwiej przychodzi nam ocena lat powojennych, których symbolami są pomniki sławiące ówczesnych społecznych bohaterów.

Czy ten etap można po prostu pominąć? Ludzie przecież powinni pamiętać o przeszłości.

Pamięć społeczna nigdy nie jest zbiornikiem, w którym mieści się wszystko, co się wydarzyło. Wybieramy z przeszłości te wydarzenia, które są nam potrzebne, w zależności od tego, jak myślimy o przyszłości. Pamiętanie jest zawsze również zapominaniem, którego źródłem jest aktualnie pożądana tożsamość. Jeśli ustawimy bazarowe szczęki w muzeum, to znaczy, że traktujemy je jak symbol zmiany, ale jednocześnie – że nie są już integralnym elementem naszej codzienności. Nadajemy im nową funkcję – chcemy, żeby za nas coś pamiętały. Tego rodzaju pamiętanie jest jednak bardzo nostalgiczne, skoncentrowane na starannie wyselekcjonowanych dobrach konsumpcyjnych, jak guma balonowa w kulkach, pierwsze komputery czy właśnie bazarowe szczęki. Problem polega na tym, że w ten sposób widzimy tylko to, co chcielibyśmy zobaczyć. Znika zaś to, co wydaje się stanowić istotę tego czasu – niepewność co do tego, co będzie ważne jutro.

Zobacz także

warszawa.gazeta.pl

Wkrótce ruszają zdjęcia do filmu „Smoleńsk” Antoniego Krauzego. Premiera już w październiku?

mf, 18.01.2015
Antoni Krauze

Antoni Krauze ($Fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta)

„Zbiórka przynosi efekty” – tryumfuje portal wPolityce.pl zapowiadając, że już za miesiąc mają rozpocząć się zdjęcia do fabuły Antoniego Krauzego pt. „Smoleńsk”. Jak dotąd twórcy mieli duże problemy ze zgromadzeniem wystarczających funduszy.
Portal wPolityce.pl informuje, że zbiórka środków na fabularny film o katastrofie w Smoleńsku została wznowiona w grudniu. „W ciągu kilku tygodni zebranych zostało ok. pół miliona złotych” – pisze portal.

Środki to zarówno darowizny, jak i pieniądze wniesione w formie inwestycji „z prawem zwrotu (…)z wpływów za rozpowszechnianie filmu oraz udziału w ew. zysku”.

Finansowy zastrzyk ma sprawić, że produkcja ruszy już w przyszłym miesiącu.

Film „o poszukiwaniu prawdy”

„Smoleńsk to opowieść o poszukiwaniu prawdy, co stało się z prezydentem Rzeczypospolitej Lechem Kaczyńskim i polską elitą państwową udającą się na rocznicę obchodów mordu dokonanego przez Sowietów na oficerach polskich w Katyniu w roku 1940” – czytamy na stronie filmu, reżyserowanego przez Antoniego Krauzego.

Jego bohaterką ma być „młoda dziennikarka Dorota, która widząc lawinę kłamstw, jaka od pierwszych chwil zasypuje wszystkie okoliczności tragicznej śmierci prezydenta i 95 osobowej polskiej delegacji”, rozpoczyna swoje prywatne śledztwo w sprawie prawdy o katastrofie.

Twórcy filmu zapewniają, że będzie on „uwzględniał wszystkie nowe ustalenia i fakty wydobywane na światło dzienne przez naukowców”, a jego „głównym celem jest zachowanie dumy i honoru każdego z nas z osobna”.

„Klapa smoleńska”?

Twórcy obrazu już raz ogłaszali rozpoczęcie zdjęć. Było to w kwietniu 2013 roku.

Później jednak pojawiało się coraz więcej informacji o finansowych problemach filmu. Bianka Mikołajewska z „Gazety Wyborczej „, podsumowując doniesienia o środkach zgromadzonych na realizację produkcji, pisała o „klapie smoleńskiej”.

W lutym 2014 roku ogłoszono, że „Smoleńsk” Antoniego Krauzego nie otrzymał dofinansowania od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. „Scenariusz ma wiele warsztatowych wad. Przez cały czas jest to fabularyzowana publicystyka, która tonie w dialogach i monologach. (…) Rażą patetyczne dialogi i deklaratywne monologi wygłaszane ex cathedra” – napisała komisja ekspercka w uzasadnieniu swojej decyzji.

Zobacz także

TOK FM

Ewa Kopacz potknęła się na węglu. I trupie Kompanii Węglowej

Jacek Madeja, 18.01.2015
W sobotę w Katowicach rząd i związkowcy podpisali porozumienie w sprawie ratowania górnictwa

W sobotę w Katowicach rząd i związkowcy podpisali porozumienie w sprawie ratowania górnictwa (GRZEGORZ CELEJEWSKI)

Kopacz dziękowała za kompromis i mówiła o programie naprawczym, który ma zabezpieczyć los polskich górników przed niestabilnością i niepewnością. To jednak związkowcy opuszczali gmach śląskiego urzędu wojewódzkiego w szampańskich nastrojach. I to oni mogą mówić o sukcesie. Kopacz poniosła porażkę.
Kilka tysięcy górników w sobotę wróciło do domu. Protesty trwały jedenaście dni. Część górników protestowała pod ziemią, w cechowniach. Związkowcy organizowali pikiety, uliczne marsze, blokady torów i dróg. Przy wsparciu mieszkańców Śląska i Zagłębia. Tak niespokojnie na Górnym Śląsku nie było od lat. Poszło o plan naprawczy Kompanii Węglowej, która praktycznie jest już finansowym trupem.Kompromis, czyli porażka

Premier Ewa Kopacz uzależniła przetrwanie największej węglowej spółki w Unii Europejskiej, która zatrudnia razem 47 tys. pracowników, od likwidacji najgorszych kopalń, które ciągną ją na dno. Chodziło o kopalnie Brzeszcze w Brzeszczach, Sośnica-Makoszowy w Gliwicach i Zabrzu, Bobrek-Centrum w Bytomiu oraz Pokój w Rudzie Śląskiej. Te cztery zakłady razem z kopalnią Piekary przynoszą spółce prawie 80 proc. strat, a chodzi o astronomiczną kwotę 800 mln zł rocznie. Pracę miało stracić 3,1 tys. osób w zamian za jednorazowe odprawy, których maksymalna wysokość w przypadku pracowników dołowych miała sięgać wysokości dwuletnich poborów. Związkowcy i górnicy, ale też część mieszkańców, uznali to za zamach na przyszłość całego regionu.

Protesty zakończyło podpisanie porozumienia firmowanego twarzą premier Ewy Kopacz, która specjalnie przyjechała do Katowic. W świetle fleszy i telewizyjnych kamer Kopacz dziękowała za kompromis i mówiła o programie naprawy polskiego górnictwa, który ma zabezpieczyć los polskich górników przed niestabilnością i niepewnością. To jednak związkowcy opuszczali gmach śląskiego urzędu wojewódzkiego w szampańskich nastrojach. I to oni mogą mówić o sukcesie. Kopacz poniosła porażkę.

Cud? Nie, odchudzenie załogi

Zgodnie z porozumieniem żaden zakład nie zostanie zlikwidowany, a wszyscy pracownicy mają gwarancję zatrudnienia. W grupie ponad 3 tys. zwolnionych mieli znaleźć się pracownicy powierzchni i administracji. Teraz jednak odejdą tylko wtedy, jeśli będą chcieli, a w zamian dostaną odprawy. W przeciwnym wypadku mają gwarancję pracy w innej kopalni.

Kopacz doskonale zdaje sobie sprawę, że w tej sprawie nie starczyło jej determinacji i konsekwencji. Problemem polskiego górnictwa od dawna są właśnie wysokie koszty pracy wynikające w dużej mierze z przerostu zatrudniania, głównie w administracji i na powierzchni. Jeszcze kilka dni temu w telewizyjnym orędziu Kopacz podawała przykład kopalni Kazimierz-Juliusz. Jak podkreślała, droga, którą przeszedł sosnowiecki zakład, ma być wzorem dla restrukturyzowanych kopalń Kompanii Węglowej. Kazimierz-Juliusz przez pierwszych jedenaście miesięcy minionego roku przynosił stratę około 168 zł na każdej wydobywanej tonie. W grudniu było to już kilkanaście złotych na plusie. Stał się cud? Nie, to właśnie odchudzenie o 40 proc. załogi, głównie o pracowników powierzchni i administracji, od razu przełożyło się na dobry wynik.

Propozycje na kolanie, czkawka, rozpaczliwa reanimacja

Nie ma co liczyć, że podpisane w sobotę porozumienie rozwiązuje jakikolwiek problem. Rządowe propozycje połączenia kopalń z branżą energetyczną przygotowane zostało pospiesznie i na kolanie. To wciąż plany palcem na wodzie pisane, bo zmuszenie częściowo sprywatyzowanych i notowanych na giełdzie spółek energetycznych do zaangażowania się w naprawę „chorych” kopalń wcale nie będzie takie łatwe i oczywiste. Rozwodnienie całego planu naprawy KW przez zmniejszenie liczby zakładów, które mają przejść głęboką restrukturyzację, również może się szybko odbić czkawką. Kto wie, czy w związku z tym problem płynności finansowej KW nie wróci szybciej, niż można się spodziewać.

Kopacz na wyrost mówi też o programie naprawy polskiego górnictwa, bo takiego programu najzwyczajniej nie ma. Jest jedynie pospiesznie przygotowany zarys planu ratunkowego dla Kompanii Węglowej, który wcale nie musi się powieść. Obydwie strony do stołu wrócą szybciej, niż można podejrzewać, bo w kwietniu na wynagrodzenia nie starczy pieniędzy w kasie Katowickiego Holdingu Węglowego, który zatrudnia 17 tys. pracowników. Na dodatek w KHW już słychać pretensje, że doraźne ratowanie kopalń KW przez połączenie ze spółkami energetycznego sprawi, że holding straci dotychczasowych odbiorców.

Na puls Kopacz trudno nawet zapisać to, że jako pierwsza coś zaczęła zmieniać w branży górniczej. Nie ma tu mowy o jakiejś zapobiegliwości, lecz jedynie o rozpaczliwej reanimacji, w momencie kiedy pacjent ma już terminalne drgawki. Pozytywny efekt jest jedynie taki, że górnicy i związkowcy już wiedzą i powoli będą musieli się pogodzić z tym, że już nic nie będzie po staremu.

Zobacz także

wyborcza.pl

Abp Skworc po porozumieniu ws. górnictwa: groziła nam katastrofa

18.01.2015

Nie bra­ko­wa­ło dra­ma­tycz­nych mo­men­tów, ale wy­trwa­łe do­cho­dze­nie do roz­wią­zań przy­nio­sło ocze­ki­wa­ny re­zul­tat – po­wie­dział abp Wik­tor Skworc ko­men­tu­jąc za­war­te w so­bo­tę, po­ro­zu­mie­nie mię­dzy rzą­dem a gór­ni­ka­mi. – Nie­roz­wią­zy­wa­ne od lat pro­ble­my sku­mu­lo­wa­ły się i za­czę­ły się to­czyć ni­czym po­tęż­na kula, która gro­zi­ła nam ka­ta­stro­fą – oce­nił me­tro­po­li­ta ka­to­wic­ki.

Abp Wiktor Skworc

Foto: Grzegorz Celejewski / Agencja GazetaAbp Wiktor Skworc

W wy­wia­dzie dla „Go­ścia Nie­dziel­ne­go” abp Skworc przy­znał, że w trak­cie ne­go­cja­cji za­chę­cał obie stro­ny by – po­mi­mo na­pię­tej sy­tu­acji – nie zry­wa­ły kon­tak­tu. – Wszy­scy zda­wa­li sobie spra­wę, że pod­pi­sy­wa­ne po­ro­zu­mie­nie to trud­ny kom­pro­mis, kom­pro­mis wy­pra­co­wa­ny w dia­lo­gu, któ­re­mu to­wa­rzy­szy­ło wy­rze­cze­nie i cier­pie­nie wielu gór­ni­czych ro­dzin i sa­mych gór­ni­ków, szcze­gól­nie tych pro­te­stu­ją­cych pod zie­mią – po­wie­dział hie­rar­cha.

Przy­znał, że at­mos­fe­ra pod­czas ne­go­cja­cji była bar­dzo po­waż­na, jed­nak po ich za­koń­cze­niu do­mi­no­wa­ła sa­tys­fak­cja z tego, że roz­wią­zy­wa­nie nie­unik­nio­nych w życiu spo­łecz­nym kon­flik­tów me­to­dą dia­lo­gu po raz ko­lej­ny oka­za­ło się sku­tecz­ne. – Ow­szem, trwa­ło to długo, nie bra­ko­wa­ło dra­ma­tycz­nych mo­men­tów, ale wspól­ne, wy­trwa­łe do­cho­dze­nie do roz­wią­zań sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych obie stro­ny, przy­nio­sło ocze­ki­wa­ny re­zul­tat – pod­kre­ślił abp Skworc.

Zda­niem me­tro­po­li­ty ka­to­wic­kie­go osią­gnię­cie po­ro­zu­mie­nia można od­czy­ty­wać jako „kon­kret­ną apli­ka­cję nauki spo­łecz­nej Ko­ścio­ła, a także na­ucza­nia i spo­so­bu po­stę­po­wa­nia Jana Pawła II”, któ­re­go, jak dodał, wszy­scy pa­mię­ta­my jako pa­pie­ża dia­lo­gu.

Abp Skworc za­zna­czył, że od­po­wie­dzial­ni za brak na­le­ży­te­go dia­lo­gu uprze­dza­ją­ce­go wpro­wa­dze­nie pro­gra­mu na­praw­cze­go Kom­pa­nii Wę­glo­wej, po­win­ni wy­cią­gnąć po­waż­ne wnio­ski z tego co wy­da­rzy­ło się ostat­nio na Gór­nym Ślą­sku i w Ma­ło­pol­sce. – Na­stą­pi­ła bo­wiem tak silna eska­la­cja emo­cji i kon­flik­tu, że gro­zi­ła ona nie­obli­czal­ny­mi skut­ka­mi – za­zna­czył hie­rar­cha.

Dodał, że grze­chy za­nie­dba­nia ku­mu­lu­ją się i na­ra­sta­ją i to wła­śnie było po­wo­dem ostat­nie­go kon­flik­tu w gór­nic­twie. Nie roz­wią­zy­wa­ne od lat pro­ble­my sku­mu­lo­wa­ły się i za­czę­ły się to­czyć ni­czym po­tęż­na kula, która gro­zi­ła nam ka­ta­stro­fą – oce­nił me­tro­po­li­ta ka­to­wic­ki.

Mó­wiąc o swo­jej roli w cza­sie ne­go­cja­cji, abp Skworc przy­znał, że za­chę­cał stro­ny, by, „nie­za­leż­nie od wy­so­kie­go po­zio­mu emo­cji, cza­sem agre­sji” nie zry­wa­ły kon­tak­tu i oka­zy­wa­ły za­ufa­nie wobec part­ne­ra dia­lo­gu.

Od­no­sząc się do re­ali­za­cji za­war­te­go po­ro­zu­mie­nia i pro­ce­su na­praw­cze­go w gór­nic­twie abp Skworc pod­kre­ślił, że ar­chi­die­ce­zja ka­to­wic­ka, jak cały Ko­ściół ka­to­lic­ki, ma na­sta­wie­nie pro­spo­łecz­ne. – Ka­to­lic­ka nauka spo­łecz­na jest spraw­dzo­nym in­stru­men­tem słu­żą­cym ana­li­zie bie­żą­cych wy­da­rzeń spo­łecz­nych, go­spo­dar­czych, czy po­li­tycz­nych – za­zna­czył.

Abp Skworc zwró­cił uwagę, że obec­ność księ­ży wśród pro­te­stu­ją­cych gór­ni­ków po­ka­za­ła ist­nie­ją­ce za­po­trze­bo­wa­nie na po­słu­gę Ko­ścio­ła i na jego obec­ność szcze­gól­nie w chwi­lach na­pięć i nie­po­ko­jów. Wy­ra­ził też opi­nię, że re­ali­za­cja po­ro­zu­mie­nia w spra­wie re­struk­tu­ry­za­cji gór­nic­twa po­win­na być stale mo­ni­to­ro­wa­na nie tylko przez stro­nę rzą­do­wą i związ­ko­wą, ale i przez ja­kichś „obiek­tyw­nych, bez­stron­nych ku­ra­to­rów”.

Za­pew­nił też, że Ko­ściół bę­dzie wspie­rał du­cho­wo pro­ces re­form. Za­zna­czył przy tym, że „kon­kret­ne roz­wią­za­nia po­zo­sta­ją w ge­stii spe­cja­li­stów od spraw eko­no­micz­nych i go­spo­dar­czych oraz wszyst­kich od­po­wie­dzial­nych za za­rzą­dze­nie po­szcze­gól­ny­mi ko­pal­nia­mi i ca­ły­mi spół­ka­mi gór­ni­czy­mi”.

Onet.pl

Duda: moja prezydentura będzie otwarta na sprawy społeczne i postulaty rolników

18.01.2015

Kan­dy­dat PiS na pre­zy­den­ta An­drzej Duda mówił ma­ło­pol­skich Wierz­cho­sła­wi­cach, że jeśli Po­la­cy go wy­bio­rą, bę­dzie re­pre­zen­to­wał „pre­zy­den­tu­rę otwar­tą na spra­wy spo­łecz­ne” i po­stu­la­ty rol­ni­ków. Obie­cał rol­ni­kom dzia­ła­nia w obro­nie ich in­te­re­sów i pol­skiej ziemi, którą obrót od 2016 r. zo­sta­nie uwol­nio­ny.

Andrzej Duda

Foto: PAPAndrzej Duda

– Będę uosa­biał, je­że­li Po­la­cy mnie wy­bio­rą, nową pre­zy­den­tu­rę. To bę­dzie znów pre­zy­den­tu­ra ukie­run­ko­wa­na na spra­wy spo­łecz­ne. Pre­zy­den­tu­ra, która bę­dzie kon­ty­nu­owa­ła wizję po­li­tycz­ną mo­je­go pre­zy­den­ta i pre­zy­den­ta, który był wiel­kim orę­dow­ni­kiem pol­skich rol­ni­ków i tych, któ­rzy czę­sto zo­sta­li po­krzyw­dze­ni, pre­zy­den­ta RP, prof. Lecha Ka­czyń­skie­go – po­wie­dział Duda.

W Wierz­cho­sła­wi­cach Duda uczest­ni­czył w zor­ga­ni­zo­wa­nych przez NSZZ Rol­ni­ków In­dy­wi­du­al­nych „S” w ob­cho­dach 141. uro­dzin Win­cen­te­go Wi­to­sa – wy­bit­ne­go dzia­ła­cza chłop­skie­go i pre­mie­ra II RP. Na cmen­ta­rzu, gdzie znaj­du­ją się groby Wi­to­sa oraz jego współ­pra­cow­ni­ka Sta­ni­sła­wa Mierz­wy po­li­tyk zło­żył kwia­ty.

Duda mówił, że „dziś pol­scy rol­ni­cy i chło­pi nie mają pre­zy­den­ta, który byłby orę­dow­ni­kiem ich spraw”. – Gdzie jest pre­zy­dent Bro­ni­sław Ko­mo­row­ski, kiedy toczy się walka o wy­rów­na­nie do­płat bez­po­śred­nich UE dla pol­skich rol­ni­ków? (…) Gdzie jest głos pre­zy­den­ta RP w spra­wie em­bar­ga ro­syj­skie­go i re­kom­pen­sat dla pol­skich rol­ni­ków? Na sku­tek tego em­bar­ga i sank­cji, które zo­sta­ły wpro­wa­dzo­ne słusz­nie, cier­pią dzi­siaj nie­spra­wie­dli­wie pol­scy rol­ni­cy. I ocze­ku­ją po­mo­cy i wspar­cia – po­wie­dział.

Kan­dy­dat PiS za­rzu­cał pre­zy­den­to­wi także bez­czyn­ność ws. kry­zy­su na rynku rol­nym, na któ­rym ceny to­wa­rów rol­nych spa­da­ją i w spra­wie ob­ro­tu pol­ską zie­mią, który zo­sta­nie uwol­nio­ny w maju 2016 r. – Wła­dza, w któ­rej uczest­ni­czy PSL mie­nią­ce się par­tią chłop­ską, nie stwo­rzy­ła przez sie­dem lat żad­nej osło­ny dla pol­skiej ziemi – po­wie­dział Duda.

Dodał, że pro­jekt usta­wy przy­go­to­wa­ny w tej spra­wie przez PiS od dwóch lat leży w Sej­mie i nie był jesz­cze roz­pa­try­wa­ny. – Pol­ski rol­nik sobie sam z tym pro­ble­mem nie po­ra­dzi, bo dziś jest w ta­kiej sy­tu­acji, że go na to nie stać. Pol­ska zie­mia przej­dzie cał­ko­wi­cie w obce ręce – mówił Duda.

– Jeśli Po­la­cy zde­cy­du­ją, że to ja zo­sta­nę przez nich wy­bra­ny pre­zy­den­tem RP, to w tej spra­wie ini­cja­ty­wa usta­wo­daw­cza zo­sta­nie prze­ze mnie zgło­szo­na na­tych­miast – za­de­kla­ro­wał.

– Zo­bo­wią­zu­ję się, że pol­scy rol­ni­cy, któ­rzy niosą w sobie naj­pięk­niej­sze pol­skie war­to­ści: wiarę, bo­ha­ter­stwo, cięż­ką pracę i od­da­nie dla oj­czy­zny, które tak wiele razy de­mon­stro­wa­li, czę­sto dając da­ni­nę krwi, będą mieli opar­cie w pre­zy­den­cie RP, je­że­li An­drzej Duda zo­sta­nie na ten urząd wy­bra­ny – obie­cał.

Zgro­ma­dze­ni przy­ję­li słowa Dudy en­tu­zja­stycz­nie, krzy­cząc „Zwy­cię­ży­my” i „Chce­my zmia­ny”.

Duda zo­stał za­pro­szo­ny na No­wo­rocz­ne Spo­tka­nie Opłat­ko­we Osób In­ter­no­wa­nych i Prze­śla­do­wa­nych w la­tach 1981-1989 w Tar­no­wie. Bę­dzie to także oka­zja do roz­mo­wy z sa­mo­rzą­dow­ca­mi Boch­ni, Brze­ska i Wie­licz­ki.

Win­cen­ty Witos uro­dził się w 1874 r. Był jed­nym z przy­wód­ców Cen­tro­le­wu, dzia­ła­czem ruchu lu­do­we­go, trzy­krot­nym pre­mie­rem. W Stron­nic­twie Lu­do­wym dzia­łał od 1895 r. Po aresz­to­wa­niu przez wła­dze sa­na­cyj­ne Witos zo­stał osa­dzo­ny w twier­dzy brze­skiej. W kon­se­kwen­cji wy­ro­ku stra­cił Order Orła Bia­łe­go, któ­rym był od­zna­czo­ny w 1921 r. Pre­zy­dent Bro­ni­sław Ko­mo­row­ski w 2011 r. zwró­cił to naj­wyż­sze pol­skie od­zna­cze­nie ro­dzi­nie Wi­to­sa.

W cza­sie II wojny świa­to­wej był in­ter­no­wa­ny przez Niem­ców, od­rzu­cił pro­po­zy­cję utwo­rze­nia rządu ko­la­bo­ra­cyj­ne­go. W 1945 r. zo­stał pre­ze­sem nowo po­wo­ła­ne­go Pol­skie­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go. Zmarł 31 paź­dzier­ni­ka 1945 r. w Kra­ko­wie.

Onet.pl

„Polska ziemia przejdzie całkowicie w obce ręce”. Andrzej Duda prowadzi kampanię strachu na wsi

Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda ostrzegał przed zagrożeniem dla polskiej ziemi.
Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda ostrzegał przed zagrożeniem dla polskiej ziemi. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

– Zobowiązuję się, że polscy rolnicy, którzy niosą w sobie najpiękniejsze polskie wartości: wiarę, bohaterstwo, ciężką pracę i oddanie dla ojczyzny, które tak wiele razy demonstrowali, często dając daninę krwi, będą mieli oparcie w prezydencie RP, jeżeli Andrzej Duda zostanie na ten urząd wybrany – zapowiedział w niedzielę kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta. Goszcząc w małopolskich Wierzchosławicach Andrzej Duda zapewniał, że choć jest rodowitym krakowianinem, świetnie rozumie wieś.

Maleńkie Wierzchosławice kandydat PiS wybrał na drodze swojej niezwykle wcześnie rozpoczętej kampanii wyborczej nieprzypadkowo. To miejsce, w którym pochowano twórcę Polskiego Stronnictwa Ludowego, byłego premiera Wincentego Witosa, a od kilku lat PiS próbuje odebrać witosowską legendę współczesnym ludowcom.

Podobnie było i w niedzielę, gdy Andrzej Duda za kluczowy punkt wizyty w Wierzchowicach uczynił modlitwę na grobach Wincentego Witosa i jego współpracownika Stanisława Mierzwy. Później najpoważniejszy przeciwnik Bronisława Komorowskiego w walce o fotel prezydenta przekonywał, że polska ziemia wciąż jest zagrożona.

– Władza, w której uczestniczy PSL mieniące się partią chłopską, nie stworzyła przez siedem lat żadnej osłony dla polskiej ziemi – grzmiał polityk. Zdaniem Dudy, zagrożenie dla polskiej ziemi jest tak poważne, że rolnicy nie mogą sprostać mu sami.

– Polska ziemia przejdzie całkowicie w obce ręce – alarmował młody lider PiS.- Jeśli Polacy zdecydują, że to ja zostanę przez nich wybrany prezydentem RP, to w tej sprawie inicjatywa ustawodawcza zostanie przeze mnie zgłoszona natychmiast – obiecał Andrzej Duda.

Źródło: TVN24.pl

naTemat.pl

Magdalena Ogórek postuluje powołanie gwardii narodowej, napisanie prawa od nowa i pomoc młodym. Komentarze bezlitosne: „Czy jest na sali lekarz?”

Wiktoria Beczek, 18.01.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,102433,17274113,video.html?embed=0&autoplay=1
Kandydatka na urząd prezydenta RP z ramienia SLD Magdalena Ogórek wygłosiła w Sejmie przemówienie, w którym przedstawiła podstawowe założenia programowe swojej kampanii. Wiele z nich wywołało poruszenie w sieci. Podobnie jak to, że dziennikarzom nie pozwolono na zadawanie pytań.
Zaczęła od złożenia gratulacji górnikom i mieszkańcom tych miejscowości, gdzie rząd planował likwidacje kopalń. – Robię to z ogromnym sercem i ze szczególną radością jako Ślązaczka i córka górnika – powiedziała.- W 2015 roku mamy Polskę nierówności społecznej, mamy Polskę braku perspektyw, Polskę wykluczeń, umów śmieciowych, masowej emigracji młodzieży, gigantycznego zadłużenia, gigantycznych, wieloletnich kolejek do lekarzy, obowiązkowej pracy do 67. roku życia, Polskę, gdzie wybieramy parlamentarzystów nie do reprezentowania naszych interesów, ale wybieramy przedstawicieli zaklinowanych, zacietrzewionych plemion, które wciągnęły nasz kraj w destrukcyjną zacietrzewioną retorykę – perorowała Ogórek.„Zróbmy to dla naszej młodzieży”Jednym z głównych problemów Polski jest jej zdaniem druga fala emigracji młodzieży. – Musimy to natychmiast zmienić, wyzwolić energię młodzieży i przedsiębiorców, znieść wszelkie możliwe zakazy prowadzenia działalności gospodarczej, obniżyć podatki tak, aby nikomu nie opłacało się zatrudniać na czarno – zróbmy to dla naszej młodzieży – apelowała.Kandydatka SLD stwierdziła, że w Polsce nie naucza się młodych ludzi przedsiębiorczości, nie pomaga na rynku mieszkaniowym i kredytowym i nie walczy z umowami śmieciowymi, co sprawia, że „życie młodych dzisiaj jest koszmarem”. – Jeżeli tego nie zmienimy, będzie to zbrodnia na polskim narodzie – dodała.

Obrona terytorialna

W kontekście zakończenia rozejmu na Ukrainie, Ogórek postuluje zorganizowanie „odpowiednika Gwardii Narodowej”. – Można to szybko zrealizować, szkoląc i dołączając do systemu obrony kluby strzeleckie i myśliwskie. Mamy jeszcze za słabą armię zawodową, a szpica NATO jest ciągle w budowie. Jesteśmy za słabi, by – bez pomocy obywateli – dotrzeć z pomocą w każde zagrożone miejsce w tym kraju. A sytuacja za naszymi granicami jest wyjątkowa – tłumaczyła.

Jednocześnie stwierdziła, że choć wie, że „tak jak nad ustawą o meldunku, rząd i prezydent lubią pracować latami i nic z tego nie wynika”, to w Polsce musi być natychmiast zorganizowana jakaś forma obrony terytorialnej.

Napisać prawo od nowa

Podjęła również temat spraw światopoglądowych, mówiąc, że w związku ze swoim zawodem, „wie, jak ważny jest rozdział kościoła od państwa”. – W mojej Polsce sprawa wiary, wyznania i sumienia będzie sprawą osobistą każdego obywatela, bo tak rozumiem wolność. Jedyna rzecz, na jaką naprawdę mamy wpływ w życiu, to sposób w jaki myślimy. Będę broniła wierzących, będę broniła niewierzących za każdym razem, kiedy państwo będzie ingerowało w ich przekonania – obiecywała Ogórek.

Postulat, o którym mówiła już podczas ogłoszenia swojej kandydatury, to zmiana prawa. – Prawo musi być proste. Prawo musi być dla obywatela, a nie dla palestry, dlatego trzeba je napisać od nowa. Niespójność i brak przejrzystości polskiego prawa ciągle uniemożliwia obywatelom rozwój i hamuje dobre, bezpieczne życie. Taki stan jest całkowicie sprzeczny z konstytucją – stwierdziła i dodała: – Obywatel nie może stawać się mimowolnym przestępcą tylko dlatego, że nie zna swoich praw, nie rozumie ich i nie wie, jakie prawa mu przysługują.

„Na prawo od Dudy i Komorowskiego”

Wystąpienie Magdaleny Ogórek nie zostało przyjęte entuzjastycznie przez komentatorów i zebranych w Sejmie dziennikarzy. Tym drugim nie pozwolono na zadanie pytań. Kandydatka SLD wyszła natychmiast po tym, jak skończyła mówić.

Zobacz także

TOK FM

„Newsweek”: Ambitna szuka pracy. Kulisy nominacji Magdaleny Ogórek

Miss Śląska, doktor nauk humanistycznych - a dziś kandydatka lewicy na najwyższy urząd w państwie.
Miss Śląska, doktor nauk humanistycznych – a dziś kandydatka lewicy na najwyższy urząd w państwie. Fot. Newsweek

Jak to się stało, że miss Śląska, która obroniła doktorat dotyczący chrześcijańskich herezji, została kandydatką lewicy na najwyższy urząd w państwie? O kulisach zaskakującej nominacji Magdaleny Ogórek pisze najnowszy „Newsweek”.

Magdalena Ogórek, jak się okazuje, nie była pierwszym wyborem Leszka Millera. Zanim zaproponował jej start, udał się z tą propozycją do Wojciecha Olejniczaka, Barbary Nowackiej i Krystyny Łybackiej.

Rozmowa o Ogórek, wówczas prowadzącej program z w kanale TVN24 Biznes i Świat, miała wyglądać tak:

– A może Ogórek? Ta młoda z klubu, co do TVN poszła? – spytał Leszek Aleksandrzak .
– Krzysztof? – Miller spojrzał na Krzysztofa Gawkowskiego.
– Mam wątpliwości.
– A ja do niej zadzwonię.
I zadzwonił.

Jak mówi cytowany w tekście Marek Borowski, decyzję z sprawie Ogórek podjęto pod presją czasu. Ryszard Kalisz, choć prywatnie Ogórek lubi, uważa, że decyzja o jej starcie szkodzi lewicy. Krystyna Łybacka uważa z kolei, że Ogórek jest wykształcona, sympatyczna i ma dobre warunki fizyczne. Miło, ale jak na kandydatkę na prezydenta – trochę mało.

„NEWSWEEK”

Ogórek się chwali, że pracowała w MSWiA. W SLD mówią, że w programie rozrywkowym TVP „Spełniamy marzenia” zadeklarowała, że chciałaby poznać ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Józefa Oleksego. Zaaranżowano kolację, podczas której zwierzyła się, że marzy o pracy w jego resorcie. Minister uległ czarowi drobnej blondynki i ją zatrudnił.

Kandydatka SLD na prezydenta ma 36 lat, doktorat poświęcony średniowiecznym migracjom heretyckich ugrupowań beginek i waldensów i córkę, która uczęszcza do katolickiego przedszkola. Zanim została komentatorką w sprawach dotyczących Kościoła, zagrała kilka epizodycznych ról w serialach, a później, dzięki znajomościom, pracowała w MSWiA, Kancelarii Premiera i Kancelarii Prezydenta.

„NEWSWEEK”

Mniej więcej wtedy Ogórek zaczęła się też kręcić wokół ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Kontakty ostatecznie nie przerodziły się w polityczną współpracę, ale podobno niewiele brakowało.Poseł Sojuszu: – Magda twierdzi, że wstępnie zaproponowano jej nawet funkcję w MSZ – miała być odpowiedzialna za koordynację Instytutów Polskich za granicą. Stanowisko ostatecznie się jednak nie zwolniło i sprawa upadła.

Później była praca dla Grzegorza Napieralskiego – była dyrektorem jego gabinetu i doradcą. Pracowała też dla Jana Kulczyka jako doradca zarządu w spółce Autostrada Wielkopolska.

Źródło: newsweek.pl

naTemat.pl

Plan naprawy kopalń przygotował Boston Consulting Group? KW: Opracowali tylko jeden element

karslo, 18.01.2015
Plan naprawczy dla KW SA

Plan naprawczy dla KW SA (Ministerstwo Gospodarki)

Portal Biztok.pl sugeruje, że rządowy plan naprawczy dla Kompanii Węglowej, który został przyjęty przez rząd 7 stycznia, został przygotowany przez międzynarodową firmę Boston Consulting Group. Tak wynika z podpisu w prezentacji przesłanej do mediów. Ministerstwo zaprzecza, a Kompania Węglowa twierdzi, że BGC opracowało tylko jeden z elementów dokumentu.
Czy rządowy plan restrukturyzacji czterech kopalń nie do końca jest „rządowy”? Na stronie Kompanii Węglowej czytamy co prawda: „Rada Ministrów 7 stycznia 2015 r. przyjęła Plan Naprawczy dla Kompanii Węglowej SA. przygotowany przez Pełnomocnika Rządu ds. Restrukturyzacji Węgla Kamiennego Wojciecha Kowalczyka”. Portal Biztok.pl sugeruje jednak, że autorem nie jest Kowalczyk, tylko… pracownicy BCG, jednej z największych na świecie firm zajmujących się doradztwem strategicznym.Do tego wniosku skłania redakcję informacja zawarta w prezentacji planu naprawczego, która została rozesłana do mediów. W pierwszym slajdzie jako autorzy podpisani są: Ministerstwo Gospodarki i Pełnomocnik Rządu ds. Restrukturyzacji Węgla Kamiennego. Jednak we właściwościach dokumentu znajdujemy informację, że został on stworzony przez Angelikę Kowal i Tomasza Jędrzejczaka z Boston Consulting Group.

Zlecenie od Ministerstwa Gospodarki czy od KW

O tym, że coś jest na rzeczy, można wywnioskować z dwóch oświadczeń, które wydała BCG w tej sprawie. W pierwszym dokumencie przekazanym portalowi Biztok.pl firma twierdzi, że Ministerstwo Gospodarki zleciło jej jedynie opracowanie samej prezentacji – na podstawie materiałów przekazanych przez resort. Zaraz po tym redakcja otrzymała kolejne oświadczenie od BCG, które… stoi w sprzeczności z poprzednim: „The Boston Consulting Group nie pracowało dla Ministerstwa Gospodarki”, tylko dla Kompanii Węglowej, i to dla niej została stworzona prezentacja.

To stanowisko podtrzymuje ministerstwo: w rozmowie z dziennikarzami portalu Biztok.pl urzędnicy stwierdzili, że BCG nie dostało od nich żadnego zlecenia, a założenia planu restrukturyzacji zostały przygotowane wyłącznie przez zespół rządowy.

Skąd zatem w dokumencie podpis pracowników BCG? Trudno powiedzieć. Zapytaliśmy o to rzeczniczkę rządu Iwonę Sulik. – Nie słyszałam nic o wkładzie BCG w plan naprawczy. Pani premier zapewne też nie – powiedziała. Obie strony, czyli Ministerstwo Gospodarki i BCG, twierdzą, że zleceniodawcą prezentacji była Kompania Węglowa.

Kompania Węglowa: BGC opracowało strukturę finansowania

Nadal jednak rodzi się jedna podstawowa wątpliwość: dlaczego prezentacja przygotowana przez BCG na zlecenie KW jest sygnowana przez Ministerstwo Gospodarki i zespół złożony wyłącznie z przedstawicieli rządu (można go sprawdzić na stronie Rady Ministrów).

Co na to sami zainteresowani? Rzecznik KW SA Tomasz Głogowski w rozmowie z nami niczego na razie nie potwierdził ani niczemu nie zaprzeczył. Spółka na swojej stronie internetowej wydała oświadczenie w tej sprawie: „Firma The Boston Consulting Group (BCG) rozpoczęła pracę dla Kompanii Węglowej S.A. jedynie w zakresie doradztwa finansowego” – czytamy.

Okazuje się więc jednak, że BGC było odpowiedzialne nie tylko za wykonanie prezentacji, ale też „za opracowanie struktury finansowania, określenie niezbędnego poziomu kapitału na i stabilne funkcjonowanie i rozwój wybranej grupy aktywów wydobywczych”. A to tylko jeden z elementów planu naprawczego opracowanego przez zespół Pełnomocnika Rządu ds. Restrukturyzacji Górnictwa Węgla Kamiennego – stwierdza KW SA.

TOK FM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: