Hairwald

W ciętej ranie obecności

Klein (17.01.15)

 

BAUMAN: CO ZAMACH NA „CHARLIE HEBDO” MÓWI NAM O SPOŁECZEŃSTWIE?

ROZMOWA, 16.01.2015

Zamachowcy potwierdzili, że prawdziwa władza przesuwa się do mediów.

„Corriera della Sera”: Przeżył pan największe tragedie XX wieku. Na czym polega specyfika zagrożenia islamskim ekstremizmem, z który mierzyć musimy się dzisiaj?

 

Zygmunt Bauman: Zabójstwa polityczne są tak stare jak sama ludzkość, a szanse na to, że znikną, zanim zniknie ludzkość, wydają się raczej mgliste. Przemoc jest nieodłącznym towarzyszem antagonizmów i konfliktów między ludźmi – a te z kolei są częścią ludzkiej kondycji. Polityczne morderstwa w  różnych epokach wycelowane bywały jednak w różne typy ofiar.
Mniej więcej sto lat temu wymierzone były głównie przeciwko politykom – postaciom takim jak Jean Jaurès, Aristide Briand, Abraham Lincoln, arcyksiążę Ferdynand i mnóstwo innych. Choć różniący się ideologicznie i usytuowani w różnych punktach politycznego spektrum, wszyscy zasadniczo należeli do kategorii obecnych bądź potencjalnych ludzi władzy. Często wierzono, że wraz z ich śmiercią świat (albo ich kraj) odejdzie od tego, co traktowano jako przyczynę zła, i zwróci się ku czemuś lepszemu – bardziej przyjaznym i wygodnym warunkom życia. 11 września 2001 roku polityczny zamach nie był wymierzony w konkretne, identyfikowalne i nazwane „osobowości” polityczne ze świecznika albo przeciw ludziom uważanym za osobiście odpowiedzialnych za zło, które zamachowcy chcieliby ukarać, lecz przeciwko instytucjom symbolizującym władzę gospodarczą (jak World Trade Center) i wojskową (jak Pentagon). Co charakterystyczne, w tej połączonej operacji politycznej wciąż brakowało centrum duchowego.

 

Mord w redakcji „Charlie Hebdo” ma dwa aspekty, które odróżniają go od dwóch poprzednich przypadków: po pierwsze, 7 stycznia 2015 roku zamachowcy skupili się na bardzo widocznej, efektownej odmianie mediów masowych. Chcąc nie chcąc, rozmyślnie bądź przypadkiem, mordercy potwierdzili – wprost bądź pośrednio – szeroko rozpowszechnione i szybko zyskujące publiczne uznanie poczucie, że efektywna władza przesuwa się od rządzących polityków w stronę ośrodków postrzeganych jako odpowiedzialne za kształtowanie poglądów i opinii publicznej.

 

To właśnie na ludzi zaangażowanych w tego typu działalność zamach miał wskazać jako zasługujących na ukaranie sprawców goryczy, nienawiści i żądzy zemsty po stronie zamachowców.

 

A po drugie, obok przeniesienia celu do innej sfery instytucjonalnej, tzn. opinii publicznej, atak zbrojny przeciw „Charlie Hebdo” był również aktem osobistej wendety (nawiązującej do modelu ustanowionego przez ajatollaha Chomeiniego jego fatwą nałożoną na Salmana Rushdiego).

 

O ile bestialstwo 11 września wpisywało się w ówczesną tendencję do „depersonalizacji” politycznej przemocy (skutek „demokratyzacji” przemocy przez media masowe, które poświęcały jej uwagę w zależności od ilości – najczęściej anonimowych i przypadkowych – ofiar i skali przelanej krwi), o tyle barbarzyństwo z 7 stycznia stanowi ukoronowanie długiego procesu deregulacji – a tak naprawdę „deinstytucjonalizacji”, indywidualizacji i prywatyzacji kondycji ludzkiej, jak również takiej percepcji spraw publicznych, która odchodzi od zarządzania ustanowionymi ciałami zbiorowymi w sferę indywidualnej „polityki życia”. A także od odpowiedzialności społecznej do indywidualnej.

 

W naszym zdominowanym przez media społeczeństwie informacyjnym ludzie zatrudnieni do tworzenia i rozpowszechniania informacji przesunęli się, względnie zostali przesunięci, na środek sceny, na której dramat ludzkiego współżycia jest wystawiany i oglądany.

 

Na temat zamachu powiedziano już wiele: że to wyraz świętej wojny między chrześcijanami a muzułmanami, że to atak na wolność słowa, symboliczne wyzwanie rzucone Paryżowi jako kolebce zachodnich wartości. Jak pan to widzi?

 

Każdy ze wskazywanych powodów, jakie miały odegrać rolę w rozpaleniu antagonizmu chrześcijan i muzułmanów, zawiera jakieś ziarno prawdy, ale żaden nie stanowi o jej całości. Na to głęboko złożone zjawisko składa się wiele czynników. Jeden z nich, być może najbardziej decydujący, to trwająca diasporyzacja świata, która w efekcie przekształca obcego nam dalekiego, względnie składającego krótką wizytę czy przejeżdżającego obcego w sąsiada zza rogu – z którym dzielimy ulicę, miejsca publiczne, miejsce pracy i szkołę. Przestrzenna bliskość obcego zawsze sprzyja pewnemu niepokojowi. Nie wiemy, czego się po obcym spodziewać, jakie są jego czy jej intencje, jak zareaguje na nasze zachowanie. Co więcej, nie można – chyba że poruszamy się bezpiecznie w świecie „wyłącznie online” – przejść do porządku dziennego nad jak najbardziej realnymi różnicami, często irytującymi bądź wręcz odpychającymi, a z bliska objawiającymi swą nieprzystawalność do naszych zwyczajowych, a tym samym familiarnych, przyjaznych i bezpiecznych sposobów bycia.

 

Jak zareagować na taką sytuację? Sęk w tym, że jak dotąd nie udało nam się sformułować, nie mówiąc o upowszechnieniu, satysfakcjonującej odpowiedzi. Strategią szeroko uznawaną za progresywną jest polityka zwana „multikulturalizmem”. W swej książce pt. Trouble with Principle (Harvard University Press 1999) Stanley Fish rozróżnił dwie odmiany tej strategii: multikulturalizm „mocny” oraz „butikowy”. Ten „butikowy”, jak definiuje go Fish, to powierzchowna fascynacja Innym: etnicznym jedzeniem, weekendowymi festiwalami, wyrafinowanym flirtem z Innością. Butikowy multikulturalizm znaczy dokładnie tyle, co globalistyczna, konsumpcyjna gadanina statusów na Facebooku. Dostarczyciele tego powierzchownego brandu doceniają kultury odmienne od własnej – cieszą się nimi, sympatyzują i „uznają ich prawomocność”. Zawsze jednak powstrzymują się przed ich radykalną akceptacją. „Butikowy multikulturalista”, jak wskazuje Fish, „nie bierze i nie może brać na poważnie zasadniczych wartości kultury, którą toleruje”. Tym samym, jak sądzę, dodaje obrazę do krzywdy i upokorzenie do rany. Obrazę lekceważenia bądź stanowczego odrzucenia tego, co „obcy” z naprzeciwka uważa za świętość. I upokorzenie przez jowialne i dobroduszne zanegowanie tego w stylu: „przecież to nie na serio, nie mówicie tego poważnie”. Jak pisał Fish: „Problem z określeniem tolerancji jako twej pierwszej zasady (…) polega na tym, że nie można jej dotrzymać, gdyż prędzej czy później kultura, której istotowe wartości tolerujemy, okaże się właśnie w tej istocie nietolerancyjna. Jej poszczególne cechy, które wyznaczają jej odrębność i autonomię, oprą się nawoływaniom o umiarkowanie bądź kooptację do jakiejś większej całości. Zderzona z żądaniem zrzeczenia się własnego światopoglądu, względnie takiego jego poszerzenia, aby dopuszczał praktyki jego naturalnych wrogów – innych religii, ras, płci czy klas – osaczona kultura odpowie wszelkimi środkami, od dyskryminujących regulacji prawnych aż po przemoc”.

 

W naturze obrazy i poniżenia jest szukanie ujścia, przez które mogą one zostać rozbrojone – oraz celu. A skoro dzieje się i tak – jak ma to miejsce wszędzie w coraz bardziej zdiasporyzowanej Europie – że granice między poniżającymi i poniżanymi nakładają się na granice między społecznie uprzywilejowanymi i społecznie upośledzonymi, byłoby naiwnością nie spodziewać się, że zarówno te ujścia, jak i cele będą gorączkowo poszukiwane i jednoznacznie określane. Żyjemy obecnie na polu minowym, o którym wiemy (a przynajmniej powinniśmy wiedzieć), że jest zasłane materiałami wybuchowymi. Eksplozje zatem nastąpią, choć nie ma sposobu przewidzieć, kiedy i gdzie.

 

Radykalna ideologia islamistyczna czy „strukturalne” nierówności ekonomiczne: który komponent determinuje zjawiska radykalizacji i terroryzmu w Europie i na świecie?

 

Ale dlaczego redukować problem „radykalizacji i terroryzmu w Europie” do zjawiska „radykalnej ideologii islamistycznej”? W Sousmission, drugiej wielkiej dystopii Michela Houllebecqa, zarysowującej alternatywną (wobec triumfu zindywidualizowanego konsumenta) ścieżkę do katastrofy, francuskie wybory w 2022 roku wygrywa Mohammed Ben Abbes, z którym łeb w łeb ściga się Marine Le Pen. Ten tandem z pewnością nie jest przypadkowy. Czy to proroctwo? Może tak być, jeśli okażemy się niezdolni bądź niechętni do zmiany kursu.

 

Nadzieje na wolność samorealizacji i na okiełznanie wzrostu nierówności społecznych, jakie pokładano w demokracji, spektakularnie zawiodły. Demokratyczna polityka, a jeszcze bardziej zaufanie do demokracji jako najlepszego rozwiązania najbardziej palących problemów społecznych są w kryzysie. Jak twierdzi Pierre Rosanvallon: „Rządzą już nie ci, których wyborcy obdarzają zaufaniem, a jedynie ci, którzy mechanicznie skorzystali na nieufności do ich konkurentów lub poprzedników”.

 

W całej Europie jesteśmy świadkami wzmagającej się fali nastrojów antydemokratycznych – i masowej „secesji plebejuszy” (w ich obecnym wcieleniu jako prekariuszy) do obozów usytuowanych na przeciwnych ekstremach politycznego spektrum, które wszakże jednogłośnie obiecują zastąpienie skompromitowanej obecnie wzniosłości ideałów ciężką ręką autokracji.

 

Spektakularne akty przemocy można traktować jako wypady zwiadowcze w tym kierunku. Słowo Proroka, rzecznika Allaha, to tylko jeden ze sztandarów wydobytych po to, by zgromadzić skrzywdzonych i poniżonych, porzuconych i pozostawionych samym sobie, wyrzutków i wykluczonych, przerażonych, wściekłych i szukających zemsty desperatów.

 

Podkreśla pan, że etyka zawsze potrzebuje jakiegoś „ja”, a nie „my”. To przeciwieństwo fundamentalizmu. Czy to „ja”, afirmujące jednostkową tożsamości, jest drogą etyki do pokonania fundamentalizmu?

 

W swej pierwszej adhortacji apostolskiej papież Franciszek przywraca utracony z pola widzenia moralny wymiar naszego soumission – poddania się – rozpasanemu, nieokiełznanemu, spuszczonemu ze społecznego łańcucha kapitalizmowi, omamionego żądzą zysku i ślepego na ludzką nędzę. Nigdzie nie znajdzie pan głębszej i pełniejszej odpowiedzi na to pytanie:
„Ludzkość przeżywa w tym momencie historyczny przełom, który możemy dostrzec w postępie dokonującym się na różnych polach. Trzeba pochwalić sukcesy przyczyniające się do poprawy warunków życia, na przykład w zakresie zdrowia, edukacji i komunikacji. Nie możemy jednak zapominać, że większość mężczyzn i kobiet w naszych czasach żyje codziennie w niedostatku, rodzącym fatalne konsekwencje. Powiększają się niektóre patologie. Lęk i rozpacz opanowują serce wielu osób, nawet w tak zwanych krajach bogatych. Często gaśnie radość życia, wzrasta brak szacunku i przemoc, nierówność społeczna staje się coraz bardziej oczywista. Trzeba walczyć, aby żyć, i to często żyć bez dostatecznego poszanowania swej godności (…). Podobnie jak przykazanie «nie zabijaj» stawia jasną granicę, by chronić wartość życia ludzkiego, tak dzisiaj musimy powiedzieć «nie» dla ekonomii wykluczenia i nierówności społecznej». Ta ekonomia zabija. Nie może tak być, że nie staje się wiadomością dnia fakt, iż z wyziębienia umiera starzec zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punkty. To jest wykluczenie. Nie można dłużej tolerować faktu, że wyrzuca się żywność, podczas gdy są ludzie cierpiący głód. To jest nierówność społeczna. Dzisiaj wszystko poddane jest prawom rywalizacji i prawu silniejszego, gdzie możny pożera słabszego. W następstwie tej sytuacji wielkie masy ludności są wykluczone i marginalizowane: bez pracy, bez perspektyw, bez dróg wyjścia. Samego człowieka uważa się za dobro konsumpcyjne, które można użyć, a potem wyrzucić. Daliśmy początek kulturze «odrzucenia», którą wręcz się promuje. Nie chodzi już tylko o zjawisko wyzysku i ucisku, ale o coś nowego: przez wykluczenie zraniona jest w samej swej istocie przynależność do społeczeństwa, w którym człowiek żyje, ponieważ nie jesteśmy w nim nawet na samym dole, na peryferiach czy pozbawieni władzy, ale poza nim. Wykluczeni nie są «wyzyskiwani», ale są odrzuceni, są «niepotrzebnymi resztkami»”.

 

Nic dodać, nic ująć.

 

 

 

Angielska wersja rozmowy ukazała się na stronie Social Europe Journal.

Tłum. Michał Sutowski

 

 

Dziennik Opinii o zamachu we Francji:

Bernard Osser: Wolność słowa we Francji jest nie do zabicia

Juan Cole: Ekstremizm żywi się ekstremizmem

Patrycja Sasnal: Nie nakręcajmy błędnego koła nastrojów antymuzułmańskich

Jakub Majmurek: Obraz wolny, wolność ubezpieczający

 

Czytaj także:

Paul Scheffer: Muzułmanom nie potrzeba tolerancji

Dziennik Opinii KP

 

NAOMI KLEIN: ZMIANY KLIMATYCZNE ZMIOTĄ NEOLIBERALNY KAPITALIZM

PIOTR TRZASKOWSKI, 17.01.2015

Ale tylko jeśli lewica potraktuje ten temat poważnie.

Większość lewej strony sceny politycznej, zarówno w Europie, Ameryce Północnej, jak i w krajach globalnego Południa, nie kwestionuje konsensusu w kwestii zmian klimatu. Nauka mówi nam, że szybkim krokiem zbliżamy się do klimatycznej katastrofy, która za życia kilku pokoleń pogrzebie świat, jakim go dziś znamy. Mało kto na lewicy traktuje jednak te prognozy z całą ich złowieszczą powagą. Zawsze znajdą się pilniejsze kryzysy do rozwiązania. No i jest jeszcze wiara w postęp. Przecież ludzka wynalazczość nie z takimi problemami już sobie radziła. „Przekonywałam samą siebie, że nauka jest zbyt skomplikowana, no i przecież ekolodzy już się tym zajmują”, opisuje swoje dawne podejście do zmian klimatu Naomi Klein, autorka książkiThis Changes Everything: Capitalism vs. the Climate.

 

Od wydanego w 2000 roku No Logo, Klein stała się jedną z najbardziej wpływowych postaci ruchu alterglobalistycznego oraz radykalnej lewicy. Jest również praktyczką. Pracując nad najnowszą książką, spędziła pięć lat w ruchu na rzecz sprawiedliwości klimatycznej, była m.in. członkinią rady nadzorczej amerykańskiej organizacji 350.org. To doświadczenie daje jej książce dodatkową strategiczna głębię. Diagnoza sytuacji uzupełniona jest przemyślanym i często przećwiczonym w praktyce planem działania. Ale dlaczego Klein zajęła się właśnie klimatem?

 

 

Słuchając wolnorynkowych radykałów

 

Paradoksalnie wskazówki, że temat ten ma rewolucyjny potencjał, dostarczyła jej amerykańska neoliberalna prawica. To ona bardzo wcześnie dostrzegła, co oznacza wzięcie zmian klimatu na poważnie, i wytoczyła przeciwko ruchowi klimatycznemu najcięższe działa. Do wybranych think-tanków i naukowców popłynęły miliony dolarów. Z pożądanym efektem: dd 2007 do 2011 roku odsetek mieszkańców USA, którzy twierdzą, że dalsze spalanie paliw kopalnych zmieni klimat, spadł z 71 do 44.

 

Obawy wolnorynkowców nie są wyssane z palca. Konieczne w krajach najbogatszych ograniczenie emisji gazów cieplarnianych o 8–10% w skali roku to nie przelewki. Tego nie da się zrobić delikatnie.

 

Koncerny, których wartość rynkowa zależy od wyceny zasobów węgla, ropy i gazu, dobrowolnie nie zrezygnują z ich wydobycia. Potrzebna jest silna interwencja państwa. Ponadto, przekonuje Klein, potraktowanie poważnie zmian klimatu oznacza też konieczność redystrybucji, szczególnie na poziomie globalnym. Klimatu nie ochronimy bez wysiłku krajów globalnego Południa, a te dobrze wiedzą, że to państwa bogate winne są większej części efektu cieplarnianego. Bo to one od końca XVIII wieku spalały paliwa kopalne, a dziś masowo konsumują produkty wytworzone w Chinach. Dlatego kraje globalnego Południa nie zaakceptują takiego podziału obciążeń w walce o ochronę klimatu, który nie będzie uwzględniał transferu zasobów i technologii na ich korzyść.

 

Dla wszystkich zwolenników szkoły chicagowskiej, którzy powtarzają, że im mniej państwa i podatków, tym lepiej dla nas, brzmi to jak koniec świata. I tak to zresztą traktują. Szef amerykańskiego Heartland Institute, czołowej organizacji sceptyków klimatycznych w tym kraju, mówi: „Kiedy spojrzymy na tę kwestię, dochodzimy do wniosku, że to recepta na wielki wzrost władzy rządu. (…) Zmiany klimatu to [dla lewicy] świetna rzecz. To powód, dla którego powinniśmy zrobić wszystko, czego [lewica] domagała się tak czy owak”. Václav Klaus, były prezydent Czech, dodaje, że ochrona klimatu podobna jest do „ambicji komunistycznych planistów, którzy chcieli kontrolować całe społeczeństwo. (…) To nie do przyjęcia dla kogoś, kto większość życia spędził w «szlachetnej» erze komunizmu”.

 

Jednocześnie przyznają, że nie mogą zaakceptować tego, co o zmianach klimatu mówi współczesna nauka, gdyż to podważyłoby ich wizję świata. I tak jest rzeczywiście, i to na dużo głębszym poziomie.

 

Zmiany klimatu, jak twierdzi Klein, są dowodem na to, że model ekonomiczny oparty na wyzysku człowieka i natury musi zostać szybko zmieniony. W przeciwnym razie już wkrótce załamią się cykle reprodukcji życia na planecie, a wraz z nimi nasza cywilizacja.

 

Klein przekornie dodaje też, że „ci skrajni ideologowie rozumieją prawdziwe znaczenie zmian klimatu lepiej niż większość osób zajmujących się zmianami klimatu w centrum sceny politycznej, ci, którzy przekonują, że rozwiązanie może być stopniowe i bezbolesne i że nie musimy wypowiadać nikomu wojny, nawet koncernom wydobywającym paliwa kopalne”. Skoro jednak zmiana wymaga wypowiedzenia komuś wojny, to trzeba zacząć zbierać armię, zgłasza gdy tym kimś są najbogatsze firmy świata. Dotychczas ruchowi ekologicznemu takiej armii, zdolnej skłonić rządzących do zmiany polityki, zbudować się nie udało.

 

 

Zły moment na ochronę klimatu

 

Klein w bardzo ciekawy sposób wyjaśnia przyczyny tej porażki. Otóż chodzi o niefortunny moment, w którym wiedza o zmianach klimatu stała się owszechna. Naukowe doniesienia na temat kryzysu klimatycznego nadeszły w latach 80., w czasie dominacji thatcheryzmu. W Ameryce Północnej podpisano porozumienie o wolnym handlu NAFTA, powołano Światową Organizację Handlu, a w pierwszym światowym porozumienia ws. ochrony klimatu znalazł się zapis mówiący, że podejmowane działania nie mogą stanowić ukrytych restrykcji dla międzynarodowego handlu. Za czasów Clintona i Blaira lewica przejęła postulaty deregulacji i prywatyzacji. Ze sfery publicznej wyparte zostały takie słowa jak „sprawiedliwość”, „redystrybucja” czy „konfrontacja”.

 

Również wielu ekologów, szczególnie tych w USA, przeszło na stanowiska bliskie biznesowi. Grupy, które kiedyś zajmowały się bezkompromisowym powstrzymywaniem niszczenia środowiska i zabieganiem o regulację działań biznesu, postawiły na współpracę i partnerstwo z tymi, których działania trzeba dziś ostro ograniczać. Nie było więc komu budować ruchu społecznego niezbędnego dla wywarcia odpowiedniego nacisku na zmiany. Chwalebne wyjątki radykalnych organizacji, takich jak Greenpeace czy Friends of the Earth, nie zmieniają całości negatywnego obrazu.

 

 

Posterunki Blokadii

 

Wydawać by się mogło, że również dzisiaj nie mamy powodów do optymizmu. Staczamy się w otchłań klimatycznej katastrofy, a powszechna wiara we wzrost gospodarczy i wolny handel, jako remedium na wszelkie zło tego świata, nie pozwala nam działać. Klein po ponad pięciu latach zaangażowania w ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej dostrzega jednak powody do nadziei.

 

Widzi ją w serii oddolnych działań przeciwko wydobyciu ropy, gazu, węgla i innych kopalin, które określa terminem „Blokadia”. W książce najlepiej opisane są „posterunki” Blokadii geograficznie bliskie autorce. Przede wszystkim walka z wydobyciem ropy z piasków roponośnych w stanie Alberta w Kanadzie oraz planami budowy rurociągów mających te ropę transportować.

 

Te często dramatyczne kampanie społeczne mają ważną cechę: łączą grupy, które wcześniej nie miały ze sobą nic wspólnego.

 

Ropociągowi Keystone XL, który ma transportować ropę z piasków roponośnych Kanady do Zatoki Meksykańskiej w USA, na drodze stanął Sojusz Kowbojów i Indian, dwóch grup, których terytoriom zagraża jego budowa. Z czasem dołączyli do nich aktywiści ekologiczni zmotywowani słowami Jamesa Hansena, do niedawna głównego eksperta od klimatu w amerykańskiej NASA. Stwierdził, że jeśli wydobędziemy całą ropę Kanady i przetransportujemy ją na rynki światowe dzięki Keystone XL, będzie to „game over dla klimatu”.

 

Klein podkreśla, że w batalii przeciwko Keystone XL nie chodzi wyłącznie o ochronę lokalnych zasobów i stylów życia. Zaangażowani w nią deklarują, że są częścią większego ruchu, który ma za zadanie zatrzymać najbardziej niszczące praktyki obecnego systemu ekonomicznego. Tym samym podejście „nie na moim podwórku” (ang. NIMBY, not in my backyard) zastępowane jest postawą „ani tu, ani nigdzie indziej” (ang. Not here, not anywhere).

 

Zmiany klimatu, największy z kryzysów ekologicznych, są nicią, która łączy narracje rozproszonych części Blokadii. Pomagają też sformułować alternatywy, realizujące zarówno postulaty ekologiczne, jak i prospołeczne. Klein podaje dużo przykładów z Niemiec. Zdecydowana większość z milionów paneli słonecznych i wiatraków, które powstały w tym kraju w ostatnich kilku latach, jest własnością osób indywidualnych, spółdzielni i samorządów. Tracą natomiast największe koncerny energetyczne – RWE zanotowało niedawno pierwszy rok strat od 1949 roku. Inny gigant, E.ON, zapowiedział właśnie podział koncernu na część zajmującą się odnawialnymi źródłami energii i tę z tradycyjną, z ekonomicznie ryzykownymi elektrowniami atomowymi i gazowymi.

 

Redystrybucja dzieje się więc na naszych oczach. Redystrybucja, która ma też wymiar polityczny. Miliony drobnych producentów energii, będących też wyborcami, nie pozwolą już wrócić do starego modelu energetycznego, opartego na atomie, węglu i gazie.

 

Niemiecki ruch klimatyczny idzie jeszcze dalej. Zmotywowany troską o klimat, odzyskuje na rzecz samorządów i zrzeszeń mieszkańców sprywatyzowane w latach 90. miejskie sieci energetyczne. W wyniku nacisku społecznego, a potem referendum, stało się tak w Hamburgu. Kluczowymi argumentami było obniżenie cen energii i udział miasta w ochronie klimatu.

 

 

Opór i zmiana wartości

 

Blokadia ma się najlepiej w miejscach, gdzie ludzie utrzymują silny związek z ziemią, na której mieszkają. Deklaracja podpisana przez ponad 130 rdzennych grup mieszkańców Kanady mówi: „Zagrożenie dla rzeki Fraser oraz jej źródeł jest zagrożeniem dla wszystkich, którzy zależą od jej zdrowia. Nie pozwolimy, by wystawiano na ryzyko nasze ryby, zwierzęta, rośliny, ludzi i tradycyjne sposoby życia. (…) Nie pozwolimy rurociągowi Enbridge Northern Gateway i innym planom wydobycia ropy z piasków roponośnych na wkroczenie na nasze ziemie, terytoria, wody i morskie trasy migracji łososia z rzeki Fraser”.

 

Ryzyko zniszczenie kultury danej grupy jest trudno wycenialne. Kiedy stawka jest tak wysoka, rzadko działa też przekupstwo. To sfery, gdzie logika zysku nie sięga. Jest po prostu odrzucana w imię innych wartości. Dlatego tak wielką rolę w tej walce o pozostawienie gazu, węgla i ropy pod ziemią odgrywają przedstawiciele ludności rdzennej. Opierają się budowie rurociągów w USA, katastrofie ekologicznej piasków roponośnych Kanady, wydobyciu ropy w delcie Nigru czy karczowaniu Amazonii pod nowe projekty wydobywcze w Ekwadorze. Podobny potencjał polityczny niesie tradycyjne podejście do ziemi francuskich, rumuńskich i polskich rolników sprzeciwiających się wydobyciu gazu łupkowego na ich ziemiach.

 

Ta moralna jasność pozwalająca powiedzieć „nie” jest atrakcyjnym narzędziem mobilizacyjnym, dalekim od zawiłości negocjacji klimatycznych, którymi pasjonuje się wielu zawodowych ekologów. Mechanizm ten opisuje działacz amerykańskiej grupy Rainforest Action Network: „Ludzie oczekują klimatycznego aktywizmu wymagającego od nich więcej niż wysłanie e-maila do kongresmena, który zaprzecza zmianom klimatycznym, lub zmiany statusu na Facebooku (…). Dziś nowy, antyestablishmentowy ruch zerwał z waszyngtońskimi elitami i jest gotowy stanąć przeciwko buldożerom i ciężarówkom pełnym węgla”.

 

Bezkompromisowość leży również u podstaw ruchu dywestycji (ang. divestment), który nawołuje do wycofania funduszy z firm, które zarabiają na gazie, ropie i węglu. Przetacza się on przez Amerykę Północną i Europę Zachodnią, sprawiając, że kolejne uniwersytety, samorządy miejskie, związki wyznaniowe i fundusze emerytalne przenoszą środki na inwestycje sprzyjające klimatowi. Polityczne konsekwencje tych akcji są dalekosiężne. „Nikt nie wierzy, że doprowadzimy do bankructwa koncernów wydobywających paliwa kopalne. To, co możemy zrobić, to zniszczyć ich reputację i odebrać im siłę polityczną”, podsumowuje jeden z kanadyjskim animatorów ruchu.

 

 

Odbudowując demokrację

 

Siła polityczna jest w ruchu klimatycznym potrzebna nie tylko po to, by zabronić korporacjom spalać paliwa kopalne. Klein przekonuje, że stawką gry jest odbudowa demokracji.

 

Podczas konsultacji społecznych w sprawie rurociągu Enbridge Northern Gateway w Kanadzie zaledwie dwa spośród ponad tysiąca głosów poparły projekt. Sondaże pokazały, że aż 80% mieszkańców Kolumbii Brytyjskiej, przez którą rurociąg ma przechodzić, jest mu przeciwnych. Mimo tego władze ramię w ramię z przemysłem wydobywczym pchają projekt na przód. Używają do tego wszelkich środków. Demonstracje rozpędzane są za pomocą pałek i gazu łzawiącego. Wydziały uniwersyteckie badające wpływ ropy z piasków roponośnych na klimat tracą finansowanie.

 

Klein określa to jako problem legitymizacji. Władze przestały służyć obywatelom. Zamiast bronić ich przed tragicznymi skutkami zanieczyszczenia środowiska, starają się zwalczać samych obywateli. W Wielkiej Brytanii głośna stała się historia agenta Marka Kennedy’ego, który przez siedem lat prowadził podwójne życie, infiltrując tamtejszych ekologów i anarchistów, wchodząc w długoletnie związki intymne z protestującymi, koordynując sprzeczne z prawem akcje, by w po latach, kiedy sprawa się wydała, po prostu zniknąć. W rumuńskim Pungeşti wprowadzono godzinę policyjną, by rolnicy broniący ziemi i wody przed wydobyciem gazu łupkowego nie mogli się organizować.

 

Z tej perspektywy odzyskanie demokracji nie służy więc już tylko chęci uregulowania biznesu, ale także ochronie naszych demokratycznych praw: do prywatności, gromadzenia się i wolności słowa.

 

Takich punktów spotkania różnych ruchów społecznych jest w książce Klein wiele. Wsparcie amerykańskich Indian w walce z wywłaszczeniami pod wydobycie węgla jest częścią walki z rasizmem. Globalna redystrybucja dóbr w celu popchnięcia do przodu procesu negocjacji klimatycznych oznacza dokończenie rozrachunków z kolonializmem. Walka z GMO ogranicza ekspansję rolnictwa przemysłowego, wraz z jego uzależnieniem od paliw kopalnych. Wprowadzenie rozwiązań zakazujących wydobycia gazu łupkowego wymaga zatrzymania układów o wolnym handlu, takich jak TTIP i NAFTA. Zawarte w nich klauzule arbitrażowe pozwalają firmom pozywać państwa, kiedy demokratycznie wybrane rządy wprowadzają regulacje chroniące klimat i tym samym zagrażają zyskom korporacji.

 

Zdaniem Klein ruchy te nie muszą rywalizować ze sobą o uwagę i zasoby. Jeśli kryzys ekologiczny ująć szeroko, włączając w niego społeczne warunki skutecznej walki ze zmianami klimatu, wszystkie te walki składają się na ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej. Argumenty o ochronie klimatu dodają każdemu z nich nowej siły, a konieczność zwycięstwa czynią jeszcze bardziej naglącą.

 

 

Naomi Klein w Polsce

 

Gdyby w trakcie pisania książki Naomi Klein przyjechała do naszego kraju, z pewnością odwiedziłaby lokalne posterunki Blokadii. Przede wszystkim Żurawlów, gdzie konflikt między tradycyjnym rolnictwem i gazem łupkowym przybrał najgwałtowniejszą formę. Może też okolice Gubina, gdzie kilka tysięcy osób ma być wysiedlonych pod budowę kopalni odkrywkowej węgla brunatnego.

 

W obu miejscach spotkałaby ludzi opierających się sile państwa oraz publicznych i prywatnych firm wydobywczych. Nie znalazłaby jednak masowego ruchu solidarności z nimi. Warszawiacy nie przychodzą na pikiety organizowane w stolicy przez rolników z Żurawlowa, spod Gubina czy Legnicy. Mało też głosów poparcia słychać od intelektualistów czy mediów. Nie znalazł się polski piosenkarz, który stanąłby po ich stronie, tak jak Neil Young, który poświęcił całą trasę koncertową budowaniu oporu wobec wydobycia ropy w Kanadzie. Chwalebne wyjątki anarchistów, kilku organizacji pozarządowych czy Partii Zielonych nie zmieniają smutnego obrazu całości.

 

Niewątpliwie jednak polska lewica potrzebuje nowego otwarcia. Jak pokazuje Klein, kryzys klimatyczny może jej dostarczyć moralnej siły, nowych argumentów i wizji prospołecznej alternatywy gospodarczej. Może też dać okazję do nawiązania nowych sojuszy. W Polsce, gdzie kolejne badania pokazują, że zdecydowana większość ludzi uważa zmiany klimatu za istotny problemem, ignorowanie tej perspektywy byłoby lekkomyślne.

 

 

 

Naomi Klein, This Changes Everything: Capitalism vs. the Climate, Simon & Schuster 2014

 

***

Czytaj także:

Naomi Klein: Jak wykorzystać Ukrainę i przy okazji ugotować planetę

Naomi Klein: Walczmy, zanim wszyscy trafimy przeżuci na hałdę

Jaś Kapela: Dlaczego wszyscy powinni przeczytać nową Klein

Urszula Papajak: Ta sieć jest nasza

Jaś Kapela: Podaruj dzieciom raka

Dziennik Opinii KP

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: