Hairwald

W ciętej ranie obecności

Kopacz (18.01.15)

 

Kopacz u Olejnik: Udało mi się przekonać górników, że polskie górnictwo musi być naprawiane. „Będę konsekwentna, niezależnie od krytyki”

WB, 18.01.2015
Premier Ewa Kopacz

Premier Ewa Kopacz (Fot . Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

– Gdybym ja dziś usiadła i debatowała ze wszystkimi świętymi o tym co ma się w tym programie znaleźć, to nie byłoby rozwiązania problemu do 1 lutego, kiedy widmo upadku wisiało nad wszystkimi 14 kopalniami – mówiła premier Ewa Kopacz w rozmowie z Moniką Olejnik, gdy dziennikarka zarzuciła jej, że projekt restrukturyzacji górnictwa nie był konsultowany.
– Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w lutym stalibyśmy przed niekontrolowaną upadłości Kompanii Węglowej, która skupiała w sobie 14 kopalni. Jedyną możliwą szansą na to, żeby 47 tys. ludzi nie straciło pracy, była naprawa polskiego górnictwa. Zadałam sobie pytanie, czy jest czas na to, żeby po raz kolejny dosypywać pieniądze, czy wreszcie podjąć się trudnego zadania jakim jest naprawa polskiego górnictwa – wyjaśniała Ewa Kopacz w audycji „Siódmy dzień tygodnia” w Radio Zet. – Ten rząd miał odwagę w roku wyborczym podjąć decyzję o naprawie górnictwa, a nikt od 25 lat się tego nie podjął – dodała.Premier stwierdziła również, że nie ugięła się pod presją protestów górników. – Skoro program będzie realizowany, a to jest zapisane w porozumieniu, to znaczy, że udało mi się ich przekonać do tego, że polskie górnictwo musi być naprawiane. Zagwarantowałam jedną rzecz: restrukturyzację zatrudnienia, które będzie dotyczyć wszystkich innych, poza tymi, którzy pracują na dole i takie od początku było moje założenie – stwierdziła.

„Robię to, co do mnie należy”

Prowadząca program Monika Olejnik zarzuciła, że według aktualnych ustaleń premier nie naprawia polskiego górnictwa, a jedynie daje pieniądze. – Gdyby to było takie proste, że daje pieniądze polskiego podatnika, to dlaczego narażałabym się na inne historie? Prościej by było zrobić, jak wszyscy moi poprzednicy – dać te pieniądze. Ja ich nie daje. Te pieniądze będą trafiały tylko do tych kopalni, które mają szansę przetrwania i szansę dawać miejsca pracy – wyjaśniała i dodała: – Sytuacja doprowadziła mnie do momentu, w którym musiałam podjąć zdecydowane działania. Nie było czasu na tworzenie programu przez rok czy dwa lata, bo datą graniczą był luty.

Poruszono też temat majowej obietnicy Donalda Tuska, że żadna kopalnia nie zostanie zamknięta. – Czy pani chce powiedzieć, że dobrze by było, żebym była wcześniej premierem? Czy pani nie zauważa, że jestem premierem od 1 października? W związku z tym od 1 października robię dokładnie to, co do mnie należy, nawet jeśli nie jest to popularne – stwierdziła Kopacz.

„On ma ze sobą problem”

– Biorę odpowiedzialność za to co robię i będę konsekwentna, niezależnie do tego czy spotkam się z krytyką tych którzy dziś mają świetny sposób na uratowanie polskiego górnictwa. Jeśli wdrożyłam i przekonałam górników do wprowadzenia programu naprawy górnictwa, to jest to pierwszy krok w tym żeby ustabilizować sprawy polskiego górnictwa – zapewniała premier.

Stwierdziła również, że jej sukces nie zależy od tego, czy druga strona negocjacji zrezygnowała z części swoich postulatów. – W moim programie naprawy dokładnie było napisane – chronimy miejsca pracy, restrukturyzujemy kopalnie. Wbrew swojemu programowi miałam powiedzieć, że tylko wtedy mi się to uda, kiedy wy będziecie czegoś z rezygnować? – pytała.

Kopacz nie szczędziła słów krytyki pod adresem Piotra Dudy i stwierdziła, że ten swoimi działaniami zachęca ją by przyjrzeć się jego roli w związkach zawodowych. – On ma ze sobą problem, ma dylemat. Nie wie, czy ma być liderem politycznym opozycji czy szefem związków zawodowych. Jeśli ma być liderem, to chodzi mu wyłącznie o przejęcie władzy. Jeśli ma być liderem związków, to ma siadać do stołu rozwiązywać problemy górników – mówiła.

Dodała jednocześnie, że rozumie pozycję Jarosława Kaczyńskiego, ale nie rozumie „lidera związków zawodowych, który chce być liderem opozycji”. – Ja nie widziałam przy tym stole pana Dudy – poinformowała.

„Bardzo wysoko oceniam pani wiedzę, ale…”

W programie nie zabrakło słownych przepychanek premier Kopacz z Moniką Olejnik. Gdy dziennikarka naciskała na rozmowę o płacach administracji w Kompanii Węglowej, Kopacz odparła: – Bardzo wysoko oceniam pani wiedzę, również na temat górnictwa, ale dla mnie pojęcie restrukturyzacji jest szerokie. I to nie jest tylko restrukturyzacji dotycząca samego mechanizmu działania tej kopalni, ale też restrukturyzacji zatrudnienia.

Premier kilkukrotnie podkreśliła też swoje przywiązanie do Platformy Obywatelskiej. Gdy Olejnik zarzuciła jej, że o restrukturyzacji można było myśleć przez siedem lat i zastrzegła, że ma prawo formułować taki zarzut, bo premier „nie jest z PiS-u, tylko z Platformy Obywatelskiej”, Kopacz odparła: – I bardzo się cieszę z tego, proszę mi wierzyć. To jest chyba jedyna rzecz, z której się cieszę.

Zobacz także

TOK FM

Nigdy nie byłem w niebie, zmyśliłem to – wyznaje nastoletni autor bestsellera „Chłopiec, który wrócił z nieba”

Okładka polskiej edycji książki Alexa i Kevina Malarkey.
Okładka polskiej edycji książki Alexa i Kevina Malarkey. Fot. materiały prasowe

Blisko pięć lat po premierze książki „Chłopiec, który wrócił z nieba” jej bohater przyznaje się do kłamstwa. – Nigdy nie byłem w niebie, nie spotkałem anioła a wszystko co jest w książce, zostało wymyślone – mówi Alex Malarkey. – Zrobiłem to, bo chciałem, by ktoś zwrócił na mnie uwagę.

Alex Malarkey w wieku 6 lat został ranny w wypadku samochodowym. Wskutek doznanych obrażeń, został sparaliżowany. Przez kolejne dwa miesiące był w śpiączce. Książkę „Chłopiec, który wrócił z nieba” napisał wspólnie ze swoim ojcem, Kevinem Malarkey’em.

Gdy pewnego listopadowego poranka Kevin Malarkey jechał samochodem ze swym sześcioletnim synem Aleksem, zderzyli się z innym pojazdem. Alex odniósł ciężkie obrażenia i zapadł w śpiączkę – lekarze nie dawali mu żadnych szans. Jednak po dwóch miesiącach Alex wybudził się ze śpiączki i miał do opowiedzenia niezwykłą historię. Opisywał miejsce wypadku, szczegóły akcji ratunkowej i wydarzenia ze szpitala – mimo że pozostawał wtedy nieprzytomny. Opowiadał też o… nieziemskiej muzyce i aniołach, którzy przeprowadzili go przez bramy Nieba, a także o spotkaniu z Bogiem.

MATERIAŁY PRASOWE

Książka trafiła na sklepowe półki w lipcu 2010 roku. Wydawca promował ją jako historię „nadprzyrodzonego spotkania”, dzięki któremu czytelnik w nowy, właściwy sposób zacznie odnosić się do tematu Nieba, aniołów i Boga.

List, w którym Alex informował o swojej nieszczerości, został wysłany przede wszystkim do redakcji i sklepów handlujących literaturą chrześcijańską. – Nie umarłem. Nie poszedłem do nieba. Zmyśliłem to wszystko, bo chciałem zwrócić na siebie Waszą uwagę. Nigdy nawet nie czytałem Biblii. (…) Ale to właśnie ja powinniście czytać. Biblia jest jedynym źródłem prawdy – napisał niespełna 12-letni dziś chłopiec.

Po dramatycznym oświadczeniu Malarkeya, wydawca poinformował, że książka zostanie wycofana ze sprzedaży.

Źródło: npr.org

naTemat.pl

Kopacz pokłóciła się z Olejnik. „Ugięła się pani!”, „Nie, rozwiązanie problemu to mój sukces”

Ewa Kopacz broni programu restrukturyzacji górnictwa i uważa, że porozumienie z górnikami to jej sukces
Ewa Kopacz broni programu restrukturyzacji górnictwa i uważa, że porozumienie z górnikami to jej sukces Fot. Radio ZET

„Pani chce, żeby polskie górnictwo przestało istnieć, a ja, żeby polskie górnictwo było zdrowe’ – mówiła do Moniki Olejnik w studio Radia ZET premier Ewa Kopacz. Broniąc porozumienia z górnikami stwierdziła, że „trudno nazwać ugięciem się program naprawczy”. Na pytanie, z czego zrezygnowali górnicy, odpowiedziała: „Ale z czego mieli rezygnować? Nie musieli”.

Kopacz gościła w programie Olejnik tuż po podpisaniu porozumienia z górnikami, które gwarantuje, że objęte programem restrukturyzacyjnym kopalnie nie zostaną zlikwidowane. Premier twardo broniła się przed zarzutami, że uległa związkowcom. „Udało mi się ich przekonać do tego, że polskie górnictwo musi być naprawiane. Dla mnie rozwiązanie tego problemu jest wielkim sukcesem” – powiedziała.

EWA KOPACZ

Zagwarantowałam jedną rzecz. Restrukturyzację zatrudnienia, która będzie dotyczyć wszystkich, poza tymi, którzy pracują na dole. Takie było moje założenie.

Jak przekonywała, nie było innego wyjścia, bo w lutym stanęlibyśmy przed widmem niekontrolowanej upadłości Kompanii Węglowej. „Jedyną szansą była naprawa polskiego górnictwa. Zadałam sobie pytanie: czy jest czas na to, by dosypywać pieniędzy, czy podjąć trudną decyzję, jaką jest naprawa górnictwa. Sytuacja doprowadziła do takiego momentu, że niezależnie od tego, czy to rok wyborczy czy nie, musiałam podjąć zdecydowane działania” – dodała.

Olejnik pytała premier, z czego właściwie zrezygnowali górnicy, jakie postulaty porzucili w imię kompromisu. Na to Kopacz odpowiedziała, że przecież nie musieli z niczego rezygnować.

EWA KOPACZ

Kopalnie nie będę potrzebowały większego wsparcia, będą atrakcyjne dla inwestorów. Wygrani są górnicy.

naTemat.pl

Ewa Kopacz skapitulowała przed górnikami. I za nasze podatki kupiła Bronisławowi Komorowskiemu drugą kadencję

Ewa Kopacz skapitulowała przed górnikami.
Ewa Kopacz skapitulowała przed górnikami. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Premier Kopacz sporą część soboty spędziła w drodze na Śląsk, by ogrzać się w blasku porozumienia podpisanego z górnikami. Ale ten blask pochodzi z ogniska rozpalonego z naszych pieniędzy. Bo Kopacz skapitulowała, przystając na utrzymanie zatrudnienia i absolutnie wszystkich przywilejów dla górników.

Jeśli jeszcze ktoś porówna Ewę Kopacz do lady Margaret Thatcher, nieżyjąca już szefowa brytyjskiego rządu będzie się przewracała w grobie. Bo Ewa Kopacz i jej rząd wywiesili białą flagę. Przegrali starcie z górnikami, którzy świadomi swojej siły wymusili dalekie ustępstwa wobec planów rządu.

Wycofywanie się rakiem
A te wprost (i wbrew zapewnieniom Ewy Kopacz) mówiły o likwidacji czterech kopalń, które przynosiły największe straty i których nie dałoby się uratować. Miało być wycięcie chorej tkanki, stanęło na tym, że będzie się pompowało więcej antybiotyków w zakażony organizm. A Kopacz ma już wprawę w dosypywaniu pieniędzy do górniczych szybów, bo swoje urzędowanie rozpoczęła od wpompowania 100 mln zł w kopalnię Kazimierz Juliusz. Jak się okazuje, to była zaledwie rozgrzewka.

W podpisanym w blasku fleszy porozumieniu czytamy, że kopalnie zostaną sprzedane nowym inwestorom (najprawdopodobniej państwowym spółkom energetycznym), jedna trafi do Węglokoksu. Ale najważniejszy z punktu widzenia górników i podatników jest w całym dokumencie inny zapis.

Przywileje ponad wszystko
Górnicy wywalczyli utrzymanie wszystkich przywilejów, które wywalczyli sobie latami palenia opon i rzucania kamieniami w ministerstwa, zarządy i Kancelarię Premiera. Przecież to wysokie koszty pracy są jednym z największych obciążeń polskiego górnictwa. Trudno więc uniknąć wrażenia, że rząd tylko odsunął kłopoty w czasie, a nie je rozwiązał.

Przypomina to nieco schyłkową fazę Rzeczypospolitej szlacheckiej. Kasta rządząca zamiast reformować państwo walczyła o utrzymanie przywilejów. Podobnie zachowują się górnicy. Problemem są też niejasne zapisy porozumienia. Niezwykle istotne szczegóły będą się wykuwały w czasie konsultacji. A te będą przebiegały pod dyktat związków zawodowych i górników. Im mniej czasu będzie zostawało do wyborów, tym będzie on mocniejszy. Bo kiedy tylko rząd nie będzie chciał im w jakiejś sprawie ustąpić, będą grozić powrotem do strajków.

Pan płaci, pani płaci, wszyscy płacimy
Plan był inny. Ewa Kopacz, naprawiając lata zaniedbań ekipy Donalda Tuska, zaproponowała likwidację. Będzie utrzymywanie na siłę zatrudnienia i dalszej działalności przynoszących dzisiaj gigantyczne straty zakładów. A to kosztuje. Bo w górniczym planie nie ma informacji o tym, kto pokryje dotychczasowe straty Kompanii Węglowej. A zadłużenie największej firmy górniczej w Europie to dzisiaj 4,5 mld zł.

Zapłacić będziemy musieli my wszyscy. I to jest największa przegrana Ewy Kopacz. Bo ekipa, która jeszcze kilkanaście dni temu walczyła z lekarzami o ok. 900 mln zł (różnica między ich oczekiwaniami a ostateczną ofertą Ministerstwa Zdrowia) nagle właściwie bez warunków akceptuje dyktat innej grupy społecznej. To dziwny objaw choroby dwubiegunowej rządu.

Schizofrenia
Ale lekarze to nie górnicy. Trudno podejrzewać, że ci pierwsi przyjechaliby do Warszawy i odpalili syreny pod siedzibą rządu. Górnicy nie raz pokazali, że nawet nie zawahają się przed takim posunięciem. To zawsze źle wygląda, tym bardziej, że powoli rozkręca się kampania prezydencka. PiS już starał się wycisnąć z tego konfliktu maksimum dla Andrzeja Dudy.

Dlatego po podpisaniu porozumienia odetchnęła nie tylko Ewa Kopacz, ale i Bronisław Komorowski. Zaostrzenie konfliktu z górnikami nieustannie stawiałoby go na linii strzału Andrzeja Dudy, utrudniając walkę o prezydenturę. A Śląsk to jeden z większych okręgów, jeśli chodzi o liczbę wyborców. By wygrać w pierwszej turze Komorowski nie może sobie pozwolić na ich utratę.

Dlatego nadal będziemy dopłacać do kopalń. Jako, że porozumienie jest przelewaniem z pustego w próżne, kłopoty w górnictwie wrócą. To, ile naszych pieniędzy zostanie wpompowane w kopalnie określi tylko za jaki czas. Na pewno będzie ich na tyle dużo, by dopiero po wyborach parlamentarnych jesienią okazało się, że król jest nagi.

naTemat.pl

Anna Janko: „Polskie obozy koncentracyjne” nie wzięły się znikąd

Anna Janko, autorka "Małej zagłady"
Anna Janko, autorka „Małej zagłady” fot. Wydawnictwo Literackie

Pacyfikacja Soch jest „poza asortymentem” – pisze Anna Janko. W czerwcu 1943 Niemcy przeprowadzili w niewielkiej wsi na Zamojszczyźnie masakrę; uszła z niej żywo Teresa Ferenc – matka autorki „Małej zagłady”, która właśnie weszła do księgarń. Ten krótki, wspomnieniowy esej o zapomnianej rzezi ma w sobie ogromną siłę.

Wojciech Engelking: Na czym polegała tragedia Soch?

Anna Janko: Sochy to wioska leżąca na Roztoczu, w niewielkiej pięknej dolinie. W dolinie, a więc w miejscu bardzo łatwym do zaatakowania przez wroga. Kiedy się schodzi ze wzgórz, widać wszystko jak na dłoni, każdy dom, podwórko, pieska… W odwecie za pomoc udzielaną partyzantom 1 czerwca 1943 roku o świcie wieś została karnie zniszczona, mieszkańcy wymordowani, domy spalone, na koniec przyleciało 9 samolotów, które w samo południe dokończyły dzieła. Apokalipsa w sensie dosłownym. „Zostało niebo i ziemia, więcej nic. ” – tak przejmująco powiedziała jedna z osób, które to przeżyły. Prawie wszyscy zginęli. Została garstka ludzi, oniemiałych z przerażenia. Także dzieci. Widziały one obrazy tak straszne, że nigdy się od nich nie uwolniły. Wśród nich moja dziewięcioletnia wtenczas mama.

„Mała zagłada” to książka, która w warstwie stylistycznej jest mówiona, gadana. Tymczasem – po lekturze wydało mi się stosowniejsze, by porozmawiać z Panią mailowo, Pani też woli tę formę. Czym różni się dla Pani pisanie o zagładzie od mówienia o niej?

Po pierwsze – jest szybciej. Porozumiewanie się przez internet jest dziś zbawienną normą. Po drugie, pisanie jest moim sposobem życia, po latach pisania mój umysł pracuje jakby wprost do pisma, od razu „dyktuje” tekst… Zresztą i Pan w jakimś stopniu tak ma, jesteśmy zawodowo ludźmi pisma, klawiatury. Precyzyjniej się wypowiadamy w ten właśnie sposób. Ja, pisząc, scalam się, wiem więcej, można rzec, że jestem bardziej rzeczywista, niż „na żywo”. Po trzecie, mówimy o książce, która została napisana i którą czytają czytelnicy, czyli trzymamy się właściwego „nośnika”.

Szuka Pani analogii do zagłady Soch wśród innych aktów zagłady – wojny w Jugosławii, rzezi Hutu i Tutsi. Czy uważa pani, że poszczególne akty zagłady czymś się różnią, są w jakiś sposób wyjątkowe?

To nie jest kwestia analogii. I czy trzeba szukać? Wojna nam się narzuca nieustannie, jest raz dalej, raz bliżej, całkiem blisko. Z aktami terroru mamy do czynienia na co dzień, poprzez informacje ze świata, ale i u siebie na miejscu. Jest tylko kwestia nasilenia i rozmiarów konfliktu. „Mała Zagłada” nie jest książką wałkującą problemy drugiej wojny, to nie jest literacka wycieczka do muzeum. Posługuję się materiałem historycznym oczywiście, ale przenoszę go niejako ponad czasem i umieszczam w jak najbardziej współczesnym dyskursie społeczno-historycznym. Ludobójstwo na dzieciach wciąż się zdarza, dlatego piszę zarówno o dzieciach polskich, żydowskich, białoruskich, japońskich z lat 40., jak i o współczesnych dzieciach afrykańskich, czy bałkańskich.

Jak na pani pisanie o Sochach wpłynęła bliskość wojny – czyli to, że na nowo, w związku z Ukrainą, stała się ona realna?

Wojnę zawsze miałam blisko, tak blisko jak się nosi lęk przed nią, czyli w sobie. Gdy jako dziecko zmawiałam paciorek wieczorem, ostatnia prośba do Anioła Stróża brzmiała niezmiennie: …i żeby nigdy nie było wojny. Jeśli się czegoś stale boimy, to budujemy i podtrzymujemy istnienie tej rzeczy w swojej świadomości. Ukraiński konflikt stał się tylko potwierdzeniem tego, że mój strach ma rację. W jakimś sensie „Mała Zagłada”, jako książka o strachu przed wojną była we mnie gotowa przez całe życie, musiałam ją tylko napisać.

Pytanie aktualne zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach w Paryżu: czy istnieje usprawiedliwienie dla aktów terroru? Pani szuka ich zrozumienia zwłaszcza w surowym wychowaniu pokolenia nazistów, trochę przypominającym wychowanie z „Białej wstążki” Hanekego.

Pytanie jest gorące: czy istnieje usprawiedliwienie dla aktów terroru? Pan oczekuje zapewne jednoznacznej negatywnej odpowiedzi, bo tylko taka jest skuteczna, uspokaja nasze zbiorowe sumienie. Tymczasem wiele zależy od punktów widzenia. Polscy partyzanci, jak o tym piszę w swojej książce, dla Niemców byli po prostu bandytami, terrorystami. To z powodu współdziałania z „bandytami” dokonano pacyfikacji wsi Sochy. Lecz z polskiego punktu widzenia owi „bandyci”, byli żołnierzami podziemia. A więc?..

Długo nosiła się pani z pomysłem na książkę o Sochach?

Długo. Zbyt długo. Jednak nie byłam pewna, czy zdołam. Nie ufałam swoim umiejętnościom pisarskim, a temat trudny, ryzykowny artystycznie.

A forma?

Pomysł na formę przyszedł, gdy miałam już zebrane wszystkie materiały; zrozumiałam, że powinnam dać sobie, jako autorce, szansę na polityczną niepoprawność. Dlatego „na poziomie akcji” jest to rozmowa z matką w czterech ścianach domu, gdzie możemy mówić, co czujemy, a nawet krzyczeć. Ale już „fabuła” jest szeroka, rzec można ogólnokrajowa i międzynarodowa. Ta książka to przecież także rozmowa z Polską, która jest moją niewidzialną rozmówczynią, „matką” moją i moich bohaterów z Soch.

Pani książka będzie zestawiana z innymi przykładami literatury cyrkulującej wokół tematu traumy.

Do swej książki dołączyłam coś w rodzaju spisu lektur, które mi towarzyszyły przy pisaniu. Część z nich to wydawnictwa lokalne, z Zamojszczyzny, zawierające bezpośrednie relacje ówczesnych wojennych dzieci stamtąd. To oczywiste, że były dla mnie najważniejsze. Ale świadectwa dzieci żydowskich, których przeczytałam mnóstwo, także były najważniejsze, szczególnie dzienniki głodowe z getta. Najważniejsze też były wstrząsające reportaże Swietłany Aleksijewicz o białoruskich dzieciach w jej „Ostatnich świadkach”.

I najważniejsze były potworne wyznania dzieci japońskich w „Testamencie dzieci Hiroszimy”. Również wspomniane już wcześniej „Skrwawione ziemie. Europa pomiędzy Hitlerem a Stalinem” Thymoty’ego Snydera. Wszystkie te książki były dla mnie najważniejsze.

Poświęca Pani sporo miejsca problemowi dziedziczenia traumy. Na ile „Mała zagłada” jest wyzwoleniem się z niej?

W wymiarze indywidualnym owa dziedziczna trauma jest źródłem nieuzasadnionych bieżącymi wydarzeniami lęków, nadmiernej reakcji na bodźce, czasem nawet chorób. Dziedziczy się także rodzinny gniew… Wiedzą o tym dorosłe dziś dzieci ofiar Holocaustu.

A gniew nie jest wyłącznie indywidualny.

Otóż to. W wymiarze ponadindywidualnym ów gniew ma konsekwencje o szerokim spectrum działania, niestety, historia to scena naprzemiennego wyładowywania gniewu kolejnych pokoleń rozmaitych narodów. Polska (tak jak moi bohaterowie, dawne dzieci z zamordowanej wsi), jest ofiarą gwałtu wojennego, niemieckiego i sowieckiego (przy czym ten drugi, nie został nigdy ukarany, a pierwszy ledwie-ledwie), i się tej traumy dotąd nie pozbyła, jest psychicznie chora, jak sądzę, bo bez zadośćuczynienia ofiara nie wyzdrowieje…

I tu nie o pieniądze chodzi, reparacje wojenne, itp. ale o moralne, i adekwatne do winy, ukaranie zbrodniarzy, które nie nastąpiło w odpowiednim czasie, w latach 40.; chodzi o sprawiedliwy dyskurs międzynarodowy, który raczej meandruje, zmienia punkty ciężkości co do winnych i ofiar.

Rażą panią „polskie obozy koncentracyjne”?

One nie wzięły się znikąd! Są wynikiem wielu „mikroruchów” w owym meandrującym dyskursie… I nie tyle rażą, co ranią. Przecież dopiero stosunkowo niedawno publikowane książki historyków zachodnich (np. wspomniane „Skrwawione ziemie” Snydera) stawiają sprawę jasno, pokazują Ameryce i reszcie Europy, co naprawdę działo się na terenie Europy Środkowej, także u nas. Nie jestem dokumentalistką, na kartkach „Małej Zagłady” mówię o tym wszystkim językiem zwykłej Polki żyjącej w kraju, który wciąż skrywa swoje prawdziwe emocje i dlatego nie może odetchnąć pełną piersią.

Izrael chce znormalnieć, może dlatego zainicjował w literaturze rozmowy o traumie drugiego pokolenia, bo i z tym się trzeba rozprawić; Mikołaj Grynberg opublikował niedawno zbiór wywiadów z dziećmi ofiar Holocaustu, „Oskarżam Auschwitz”. Ja w „Małej Zagładzie” zajmuję się traumą drugiego pokolenia Polaków. My też chcemy znormalnieć.

„Małą zagładę” kończy wypisanie wszystkich domów w Sochach, „Porządkowanie masakry”. Czy Pani zdaniem literatura może stawać się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, przywracania porządku?

I przywracania, i nawet zmieniania porządku politycznego. Przykład: Kalewala (odbudowała Finlandię), Tora (odbudowała państwo żydowskie). Trudno też na przykład przecenić rolę Manifestu Komunistycznego Marksa i Engelsa w Rosji carów w powoływaniu do życia bolszewickiego potwora. Niektórzy twierdzą, że Manifest Komunistyczny, to doskonałe dzieło literackie… A Słowacki, jego dzieła? To była zdaje się bezpośrednia inspiracja dla poczynań Piłsudskiego, który się w Słowackim zaczytywał, i który odbudował państwo polskie. Tak to mówię, w kolosalnym uproszczeniu, oczywiście.

Pismo jest pamięcią ludzkości, tak się uważa, jest pamięcią narodów. Moja książka ma odbudować pamięć o wiosce Sochy, która w kilka godzin przestała istnieć. Jak Oradour we Francji, jak Lidice w Czechach. O tamtych miejscowościach wciąż się mówi, choć to były w tych krajach pojedyncze tak krwawe incydenty. My mieliśmy setki takich wsi. Sochy są symboliczne, dlatego tak dokładnie piszę o Sochach, i o Polsce. Dla porządku, i dla zachowania właściwych proporcji.

A jakie są właściwe proporcje pisania o Zagładzie? Jak wybrać tragedię, której oddać sprawiedliwość, rezygnując z innej?

Zabrzmiało, jakbyśmy byli w jakimś supermarkecie o nazwie Tragedia, gdzie można sobie wybrać jakąś najfajniejszą, taką, żeby pasowała. Mówiąc o proporcjach mam na myśli sprawiedliwe pamiętanie. Nie ma mowy w mojej książce o wyższości jednego cierpienia nad innym, przeciwnie, od pierwszych słów na pierwszej stronie ironizuję na ten temat, książka zaczyna się od zdania: „Pomyśl, mamo, nie miałaś najgorzej, tylko samo zabijanie i podpalanie…”. Sprawiedliwe pamiętanie. Tylko tyle i aż tyle.

naTemat.pl

Stworzyć Gwardię Narodową, napisać prawo od nowa, dofinansować wywiad – Magdalena Ogórek przedstawiła swój program

Głównym postulatem Magdaleny Ogórek, kandydatki SLD na prezydenta, jest "napisanie prawa od nowa"
Głównym postulatem Magdaleny Ogórek, kandydatki SLD na prezydenta, jest „napisanie prawa od nowa” Fot. SLD

„Jeżeli obywatel nie jest w stanie zrozumieć prawa, to znaczy, że jest źle napisane” – mówiła podczas spotkania z dziennikarzami Magdalena Ogórek, kandydatka SLD na prezydenta. Zadeklarowała, że jako głowa państwa będzie postulowała uproszczenie przepisów, stworzenie złożonej z obywateli obrony terytorialnej i „przeorientowanie dyplomacji”.

Ogórek już kilka dni temu została przedstawiona jako kandydatka Sojuszu w wyborach prezydenckich, ale dopiero dziś odbyło się to oficjalnie. Wyszła do dziennikarzy jednak tylko po to, by odczytać swoje założenia programowe – znów nie pozwoliła zadać sobie pytań.

W wystąpieniu szczególny nacisk położyła na kwestię zmiany prawa. „Prawo musi być dla obywatela, a nie dla palestry. Musi być proste. Trzeba je napisać od nowa” – stwierdziła. Jak dodała, te paragrafy, które są „spójne i transparentne”, należy skopiować. Posłużyć ma do tego komisja kodyfikacyjna, którą Ogórek chce powołać przy prezydencie.

Inne postulaty? Pojawił się temat polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Kandydatka SLD chce stworzyć „odpowiednik Gwardii Narodowej” – obronę terytorialną złożoną z obywateli, do której dołączą kluby strzelecki i myśliwskie.

W kwestii bezpieczeństwa jej zdaniem istotne też będzie „dofinansowanie wywiadu w kierunku bliskowschodnim” oraz krajowych służb, „w celu infiltracji i rozpoznawania wątpliwych ruchów na terenie naszego kraju”.

MAGDALENA OGÓREK

Musimy przeorientować dyplomację, która ma się stać polską wizytówką i być pełnomocnikiem przedsiębiorców na świecie.

Ogórek wypowiedziała się też na temat rozdziału Kościoła i państwa. „Zajmowałam się zawodowo historią Kościoła i wiem, jak jest ważny [rozdział]. W mojej Polsce sprawa wyznania i sumienia będzie sprawą osobistą każdego obywatela. Tak rozumiem wolność. Będę broniła wierzących, będę broniła niewierzących za każdym razem, kiedy państwo będzie ingerowało w ich przekonania” – zadeklarowała.

Pojawiła się też obietnica obniżenia podatków, tak, by nikomu nie opłacało się zatrudniać na czarno.

MAGDALENA OGÓREK

Polska to obecnie kraj umów śmieciowych. Jeśli tego nie zmienimy, będzie to zbrodnia na polskim narodzie.

Prezentacja Ogórek nie spotkała się z pozytywnymi ocenami komentatorów. Przeciwnie, na Twitterze dominowały komentarze, że wypadła sztucznie, „recytowała” program i po raz kolejny zdezerterowała przed pytaniami dziennikarzy.

naTemat.pl

Dojrzewanie Magdaleny Ogórek

Kandydatka SLD na prezydenta, pani Magdalena Ogórek, wydała oświadczenie. Otóż źli ludzie chcą ją zniszczyć jak Cimoszewicza, ale ona się nie podda, bo by jej tego nie wybaczył Oleksy (sama kandydatka pisze o premierze Oleksym per Józef). Oświadczenie kandydatki chce skomentować poważnie, bo Pani Ogórek kandyduje na prezydenta. Prawdę mówiąc wyłącznie dlatego.Otóż Magdalena Ogórek skarży się, że chcą zniszczyć jej rodzinę i przyjaciół. Nic podobnego. Pani Ogórek uznała, że nadaje się, by być pierwszym obywatelem RP. Media i obywatele mają uświęcone w demokracji prawo dowiedzieć się kto chce być pierwszym obywatelem RP, kim jest, jaki ma życiorys, jakie osiągnięcia, jakie poglądy, kto jest kandydata żoną, mężem, przyjacielem i współpracownikiem.

Nie powinna się Magdalena Ogórek użalać nad swym losem. Na swej pierwszej konferencji prasowej zadeklarowała(zanim Leszek Miller zabrał jej mikrofon i uniemożliwił jej deklarowanie czegokolwiek), że chce zmienić prawo w Polsce. Wspaniale, ambitna kandydatka i jakże ambitny postulat.

Doradzałbym jednak pani Ogórek, by całego prawa jednak nie zmieniała. Zgodnie z tym prawem na przykład, i sądzę, iż jest to dobre rozwiązanie, nie ma obowiązku kandydowania na prezydenta. Ale jeśli już ktoś chce, proszę bardzo, należy przyjąć reguły politycznej gry. To nie są, z całym szacunkiem, wybory miss, tu się gra ostro.

W oświadczeniu pani Magdaleny Ogórek są pewne akcenty, powiedzmy bardzo, ale to bardzo delikatnie, średnio smaczne. Dokładniej, niesmaczne, a jeszcze dokładniej – wybitnie niesmaczne. Otóż pani Ogórek odnosi się do właśnie zmarłego i właśnie pochowanego Józefa Oleksego.

„Józef został moim mentorem” – pisze Ogórek. Józef? Jakoś nie sądzę, by na przykład panowie Komorowski czy Tusk używali podobnych formułek w odniesieniu do ludzi sobie bliskich albo ludzi dla siebie ważnych. Pan Komorowski nie mówiłby prawdopodobnie o Tadeuszu, ale o Tadeuszu Mazowieckim albo premierze Mazowieckim. Tusk nie mówiłby
o Lechu, ale o Lechu Wałęsie.

Magdalena Ogórek powinna być więc szalenie ostrożna z „Józefem”, bo komuś może przyjść do głowy, że dokonuje obrzydliwego nadużycia i do autopromocji posługuje się postacią, która nie może raczej stwierdzić, że zabiegi pani Ogórek budzą odrazę.

Ogórek powinna być ostrożna, ale nie jest. Przeciwnie. Rozpędza się. Dramatycznym, czy też melodramatycznym tonem stwierdza, że z kampanii się nie wycofa, bo chce walczyć o Polskę obywateli. „Jestem to winna Józefowi, inaczej nigdy by mi tego nie wybaczył”. Ups….

W przeciwieństwie do kandydatki Ogórek nie ma odwagi podejrzewać jakie byłyby życzenia Józefa Oleksego. Ale, ponieważ go znałem, mogę próbować sobie to wyobrazić. Podkreślam, próbować, bo może to co mi się wydaje jest guzik warte. Jestem sobie na przykład w stanie wyobrazić, że Józef Oleksy powiedziałby, że Magdalena nic mu nie jest winna. Mogę sobie wyobrazić, że gładząc ją po blond główce stwierdza – Madziu, prezydentura, dziecko kochane,
spokojnie, daj sobie 20 lat, osiągnij coś w życiu , w polityce, trochę pokory.

Może by jej tak Oleksy powiedział, a może nie. Ja nie wiem. Sęk w tym, że Ogórek wie. Moja rada dla pani Ogórek. Odrobinę powściągliwości w posługiwaniu się zmarłymi w swych przedsięwzięciach. To, że nie mogą niczemu zaprzeczyć nie oznacza, że możemy im wszystko wsadzić w usta. To kwestia savoir vivre’u. Dla osoby z doktoratem powinna być to sprawa oczywista. Nie dla każdego jest bowiem oczywiste, że akurat Pani powinna być depozytariuszem testamentu Józefa Oleksego, jeśli takowy istnieje.

Tak czy owak, Magdalena Ogórek musi teraz odpowiedzieć na ważne pytania i musi się liczyć z tym, że trudne pytania będą jej zadawane. Tak to jest w demokracjach i w kampaniach wyborczych. Nie można być beneficjentem tego, że jest się nową twarzą, a jednocześnie nie płacić za to, że się nią jest. Ponieważ nie wiadomo kim jest pani Ogórek, to wyświetlania tego media przystępują ze zdwojoną energią. Magdalena Ogórek na starcie kampanii ma 6 procent poparcia. Nie za poglądy, umówmy się, ale za prezencję. Teraz czas dowiedzieć się czy forma
chowa jakąś treść, ewentualnie jaką.

Nie potrzebnie dramatyzuje Magdalena Ogórek sugerując, że ciemne siły chcą, by wycofała się z kampanii. Zapewniam kandydatkę – nikt tego nie chce. Przeciwnie. Ta kampania kroi się na najnudniejszą kampanię w historii świata. Nie tylko więc nie zniechęcają na przykład media pani Ogórek do kandydowania, ale – mam wrażenie – błagają ją, by nie rezygnowała. Już widać, że kampania nie będzie nadmiernie mądra ani ciekawa. Może być jednak zabawna.

Leszek Miller serwując nam kandydatkę Ogórek liczył zapewne na efekt nowości plus zastosował pewien emocjonalny szantaż – jak ją zaatakują, to zrobimy show, że to seksizm i antyfeminizm. Nie należy się temu jednak poddawać. Miller za uczestniczenie w demokratycznym procesie płacił słono. Ogórek też słono może zapłacić. Należy ją traktować jak kandydata na prezydenta, a nie miłą blondynkę o kompetencjach sekretarsko – asystenckich, która prezydentem zostać zapragnęła.

Na zakończenie, bo chciałbym też napisać coś pozytywnego o kandydatce. Jest inteligentna i ambitna. Jedno i drugie zasługuje na szacunek. Nie powie w kampanii żadnego głupstwa porównywalnego z głupstwami, które usłyszymy na przykład od pana Korwina. Jest też, to już widać, kandydatem ciekawszym, od mdłego do bólu kandydata Dudy, który przez dwa miesiące mówił w swej kampanii albo rzeczy banalne albo głupie.

Wbrew wielu wcale nie uważam, że Magdalena Ogórek jest skazana na fatalny wynik. Przeciwnie. Uważam, że poparcie dla niej może nawet sięgnąć kilkunastu procent. Od lat, z uwagą, dzień po dniu, śledzę wyniki oglądalności programów telewizyjnych. Otóż w Polsce kabarety mają bardzo dobrą oglądalność. Więcej, im są słabsze, tym lepsze. Czyż nie powinno być to źródłem nadziei?

naTemat.pl

Jak profiler, który typował mordercę 18-letniej Dominiki, tworzy sito na przestępcę

Izabela Żbikowska, Tygodnik Wrocław, 18.01.2015
Jan Gołębiewski, profiler kryminalny

Jan Gołębiewski, profiler kryminalny (ARCHIWUM PRYWATNE)

– Tworzę sito do odsiewu informacji, czasem z mniejszymi, czasem z grubszymi oczkami, by skupić się na najważniejszych kwestiach. Profilowanie jest więc przydatne, gdy na przykład trzeba złapać przestępcę, a na liście podejrzanych jest 650 tys. mieszkańców Wrocławia. Na podstawie profilu można znacznie zawęzić krąg podejrzanych – mówi policyjny konsultant i profiler Jan Gołębiowski
Izabela Żbikowska: „Kiedy go złapiecie, będzie miał na sobie dwurzędowy garnitur” – przepowiedział James Brussel, pionier profilowania, przygotowujący dla amerykańskiej policji profil terroryzującego Nowy Jork „Szalonego Bombowca”. Nie pomylił się. Jan Gołębiowski*: – Wiem, to robi wrażenie. Zwracam jednak uwagę, że nie było to żadne jasnowidzenie, choć czasem praca profilerów jest tak odbierana. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, poczynając już od samej kwestii zawodu profilera.

W Polsce nie ma oficjalnie takiej funkcji.

– Są psychologowie policyjni, którzy wśród licznych obowiązków zajmują się również profilowaniem, albo biegli sądowi. Choć słowo „sądowy” może być mylące, bo z ich usług korzysta nie tylko sąd, ale też policja lub prokuratura jeszcze na etapie śledztwa. Sam doświadczyłem pracy w obu tych formach. Przed kilku laty pracowałem w policji, byłem członkiem sekcji psychologów policyjnych. Teraz zaś jestem biegłym sądowym i właśnie przygotowuję dwa profile na zlecenie prokuratury. Jeden dotyczy starej zbrodni, sprawy sprzed 16 lat, czyli tzw. Archiwum X.

Opowie pan?

– To zabójstwo 17-letniej dziewczyny dokonane na tle seksualnym. Do tej pory nie udało się nikogo doprowadzić przed wymiar sprawiedliwości, ale jak widać, policja i prokuratura cały czas pracują nad tym. Teraz po tylu latach warto na nowo przeanalizować dane i ślady, korzystając z nowych technik kryminalistycznych, jak ulepszona wersja badań DNA, ale i innych narzędzi śledczych, np. właśnie profilowania kryminalnego.

Profilowania, czyli czego konkretnie?

– Tworzenia portretów psychologicznych nieznanych sprawców przestępstwa. Choć wolę określenie „analiza psychologiczno-kryminalna”, to bardziej pojemne określenie. Czasem bowiem uda mi się nie tylko sporządzić profil psychologiczny, ale też wskazać nowe tropy co do osoby sprawcy i zdarzenia w ogóle (np. w czasie analizy akt zwracam uwagę na pominięcie jednej osoby w badaniach genetyczno-porównawczych). Głównie jednak tworzę obraz psychologiczny, wyłuskując pewne cechy potencjalnego sprawcy, wskazując na – moim zdaniem – ważne wątki. Stawiam hipotezy, buduję możliwe scenariusze, czyli wersje śledcze zdarzenia. Czasem niektóre policja już zbadała, inne są dla niej nowością i tropem pozwalającym ruszyć z miejsca.

Innymi słowy, tworzę sito do odsiewu informacji, czasem z mniejszymi, czasem z grubszymi oczkami, by skupić się na najważniejszych kwestiach. Profilowanie jest więc przydatne, gdy na przykład trzeba złapać przestępcę, a na liście podejrzanych jest 650 tys. mieszkańców Wrocławia. Na podstawie profilu można znacznie zawęzić krąg podejrzanych – do kilkuset lub kilkudziesięciu osób.

Policja prosiła pana o pomoc przy rozwiązaniu sprawy ze Środy Śląskiej, gdzie pod koniec ub. roku brutalnie zamordowano 18-letnią Dominikę.

– To prawda, ale nie mogę mówić o szczegółach tej sprawy. Mogę jedynie potwierdzić, że czasem występuję również w roli – nazwijmy to – konsultanta policji. Nie zawsze więc jestem powoływany na biegłego w danej sprawie, aby sporządzić opinię procesową, czasami konsultacja odbywa się w ramach działań operacyjnych policji.

Tak właśnie było przy tej sprawie?

– Podobnie. Ta sprawa stała się trudna między innymi przez szum informacyjny, który wokół niej powstał. Do policji spływało wiele informacji, tak dużo, że ich odsiew był bardzo pracochłonny. Przy nowych i zmiennych informacjach nie jest łatwo zbudować profil. Odczuwało się także wyraźnie presję czasu i oczekiwań dotyczących jak najszybszego ujęcia sprawcy. Przy tej sprawie pracowało kilka osób zajmujących się profilowaniem, w tym profilowaniem geograficznym, czyli odnoszeniem śladów i zachowania sprawcy do mapy miasta i okolicy.

Niemniej ta sprawa ze Środy Śląskiej dobrze pokazuje, że profilowanie jest tylko jednym z elementów śledztwa. Podobnie jak zabezpieczanie odcisków palców czy pobranie próbki DNA. I czasem, tak jak przy pracy techników policyjnych, okazuje się, że nawet jeśli sprawca zostawił ślady, to nie można go zidentyfikować, bo próbki były za słabe albo sprawcy nie ma w bazie.

Z portretem psychologicznym jest podobnie. To drobiazgowa analiza, w której bierze się pod uwagę właściwie wszystko: kim była ofiara, jak wyglądało miejsce zbrodni, jak działał sprawca, kiedy to się stało, co wykazała sekcja zwłok. I tak dalej. Muszę przyznać, że teraz okazuje się, że pierwsze wnioski były najbardziej trafne, ponieważ powstawały na analizie suchych danych kryminalistycznych.

Nie czuje pan presji czy rozczarowania innych, gdy uświadamiają sobie, że profilowanie to nie magia, tylko weryfikowanie hipotez i wyciąganie odpowiednich wniosków?

– Raczej rzadko i głównie wtedy, gdy proszący mnie o pomoc mieli hipernierealistyczne oczekiwania. Czasem zaś spotykam się ze sceptycyzmem czy wręcz traktowaniem mojej pracy jak wróżenia z fusów. Niestety, wiele stereotypów i mitów na temat profilowania narosło przez seriale kryminalne. Dobrze, że ludzie wiedzą o naszej pracy, szkoda, że jest ona pokazana w tak mało realistyczny sposób. Rozumiem jednak, że żmudna praca i detektyw odbierający dziecko o szesnastej z przedszkola jest mniej pociągający niż geniusz-dziwak. Najlepiej więc pracuje mi się z tymi, którzy już zetknęli się z profilowaniem. Tacy policjanci wiedzą, czego mogą się spodziewać, potrafią docenić naszą pracę.

Ale zdarzają się spektakularne sprawy. Na przykład „Wampira Mike’a”

– Ta sprawa rzeczywiście była dość nietypowa. Sprawca – pojedyncza osoba, choć listy podpisywane były w imieniu zorganizowanej grupy – groził znanej sieci marketów terroryzmem kryminalnym, zresztą zainspirował się sprawą opisywaną przez Paula Brittona, jednego z pionierów profilowania. „Wampir Mike”, bo tak kazał się nazywać, domagał się ćwierć miliona euro w zamian za odstąpienie od swoich roszczeń. Analizując jego żądania, uznałem, że to nie pieniądze są głównym motywem jego działania. Chodziło raczej o poczucie kontroli i sprawczości, o dopieszczenie niedowartościowanego ego.

Podzieliłem się swoją opinią z negocjatorem policyjnym, który miał rozmawiać ze sprawcą i ustalić szczegóły przekazu okupu. Ten umiejętnie wykorzystał informacje z profilu i zagadał „Wampira Mike’a”. To było dość znamienne, bowiem wcześniej podczas rozmów, gdy negocjator mówił o konkretach, „Wampir” szybko się rozłączał. Gdy negocjator zaczął łechtać jego ego, kontakt trwał dłużej i w końcu udało się go namierzyć dzięki technice operacyjnej. Nie mogę jednak powiedzieć, że profil był decydujący. Był dobrą wskazówką, to prawda, ale doskonale ze swojego zadania wywiązał się również negocjator i pomogła nam technika. To była praca zespołowa. Tak to właśnie wygląda.

Co jeszcze pan wspomina? – Pamiętam serię napadów na banki i placówki bankowe. Policjanci wytypowali kilka osób i na każdą z nich nakładali mój profil. W jednym przypadku zgodność była więcej niż wysoka. Nawet wytypowany obszar miejsca zamieszkania zgadzał się do kilkunastu kilometrów (nie były to tereny wielkomiejskie). Tego właśnie mężczyznę policja zaczęła obserwować. Ujęto go, gdy szykował się do kolejnego skoku.

Udało mi się również pomóc przy rozwiązywaniu zabójstwa dokonanego w Sokółce w 2009 roku. Sprawa została zamknięta i trafiła do „Archiwum X”, bo policji urwały się początkowe tropy. W 2013 roku zajął się nią nowy zespół, który poprosił o pomoc mnie i moją koleżankę. Przeanalizowaliśmy akta, pojechaliśmy obejrzeć miejsce zdarzenia, porozmawialiśmy ze świadkami i osobami, które przed laty były podejrzanymi. Oprócz sporządzenia profilu sprawcy wskazaliśmy też na jeden wątek, który podczas pierwotnego śledztwa został porzucony jako wersja obrony przyjęta przez podejrzanych. Ci mówili, że w pobliżu miejsca zdarzenia widzieli mężczyznę z papierosem i w czapce.

Nowa ekipa wróciła do tego wątku. I bingo! Okazało się, że idąc tym śladem, namierzono sprawcę. Profil ukierunkował więc śledztwo, ale zasługą policjantów było to, że namierzyli mężczyznę, o którym na początku wiadomo było jedynie, że palił i był w czapce.

To wszystko brzmi fascynująco.

– I takie jest. Przynajmniej dla mnie, a mnie od najmłodszych lat pociągała ludzka natura, a zwłaszcza jej ciemna strona. Pamiętam, gdy pierwszy raz czytałem „Czerwonego smoka” Thomasa Harrisa, w którym pojawia się postać dr. Hannibala Lectera. Kupiłem ten kryminał za 25 tysięcy złotych, bo to było jeszcze przed denominacją (kończyłem wtedy podstawówkę), a po jego lekturze wymyśliłem sobie, że też będę zajmował się profilowaniem nieznanych sprawców przestępstw, i założenie zrealizowałem. I wie pani co? Od lat już nie sięgam po kryminały, nie czytam ich ani nie oglądam, bo mnie nużą. Prawdziwe sprawy, z którymi się stykam, są tak absorbujące, a czasem wręcz nie do uwierzenia, że żadna zmyślona historia nie może się z tym równać.

To brzmi również przerażająco. Sama jako sprawozdawca sądowy czasem mam kłopot, by uporać się z tym, co widzę na sali sądowej. Brutalne zabójstwo dla pary butów czy spalenie żywcem człowieka za zegarek. Trudno zaakceptować taką rzeczywistość. A ja przecież tylko obserwuję proces. Nie zanurzam się w świat ofiary ani sprawcy jak pan.

– Każdy policjant czy osoba związana z tropieniem sprawców przestępstw musi nauczyć się radzić sobie ze swoimi emocjami. Zwłaszcza gdy okazuje się, że sprawca dokonał brutalnej napaści, bo mu się np. wcześniej zupa w domu rozlała i tak go to sfrustrowało, że postanowił wyjść na miasto i zabić. Niestety, to prawdziwa historia.

Sam, by zachować zdrowie psychiczne, już przed laty nauczyłem się dystansować od pracy. Daję sobie również prawo do odpoczynku, a gdy spotykam się ze znajomymi, którzy w dużej części nie są z mojej branży, nie opowiadam im wyłącznie o mojej pracy, ale dużo słucham o ich życiu. Jest oczywiście wyjątek. Z kolegą Dariuszem Piotrowiczem (również były psycholog policyjny i profiler) rozmawiamy właściwie tylko o profilowaniu. Nawet gdy umawiamy się na piwo, zabieramy notatki, by rozmawiać o konkretnych sprawach, wymieniać się doświadczeniem. Zawsze musimy wybrać odpowiedni stolik, by nikt nam nie zaglądał przez ramię.

Intrygujące, jak James Brussel wpadł na ten dwurzędowy garnitur.

– Kluczem była analiza ładunków wybuchowych jego produkcji, a przede wszystkim jego listów zawierających manifest poglądów. Na podstawie analizy językowej wytypowano grupę społeczną – imigrant z centralnej Europy, a na podstawie budowy ładunków – cechy osobowości, np. umiłowanie do porządku. Wypadkowa tych dwóch wskazówek zasugerowała typowy dla tej grupy ubiór i stąd wniosek o dwurzędowym garniturze. Oto cała tajemnica.

*Jan Gołębiowski – psycholog kryminalny, biegły sądowy, wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, prowadzi zajęcia również we wrocławskim oddziale uczelni. Autor publikacji na temat profilowania nieznanych sprawców przestępstw.

wroclaw.gazeta.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: