Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the category “Historia”

Arcybiskup szczuje. Wcześniej kler szczuł na Żydów, doszło do Jedwabnego. Dzisiaj na LGBT

Arcybiskup włączył zielone światło dla osiłków w koszulkach Armia Boga.

Zatem wiemy, dlaczego doszło podczas II wojny światowej do Jedwabnego.

Kmicic z chesterfieldem

Politycy PiS przeprowadzili w Sejmie w ostatni dzień lipca – wieczorem – zmiany w kodeksie wyborczym.

Była premier, a obecnie europosłanka PiS Beata Szydło postanowiła uczcić 75 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Umieściła na swoim koncie na Twitterze zdjęcie fragmentu Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego. W cudzysłowie dołączyła podpis: „Wolność ja kocham i rozumiem. Wolności to ja oddać nie umiem”.

Wpis Szydło oburzył wielu internautów: – „Proszę nie zmieniać tekstu: Wolność kocham i rozumiem Wolności oddać nie umiem Wolność kocham i rozumiem Wolności oddać nie umiem!!!! autor tekstu Bogdan Łyszkiewicz”;

„Jeśli chciała Pani podać cytat, warto sprawdzić, jak on faktycznie brzmi, bo trochę wstyd. Poza tym podaje się autora. Swoją drogą, to dziwne, jak można się tak pomylić, w naszym kraju to wszystkim dokładnie w głowie gra…. Przyznam, iż ja też jej oddać nie umiem…Wam”; – „Nie ma pani wstydu, posługując się tym tekstem”.

Internauci przypominali też Szydło nieopublikowanie wyroku Trybunału…

View original post 291 słów więcej

 

Faszystowska biblia „Mein Kampf” niedługo zwolniona będzie z praw autorskich

mein kampf

„Mein Kampf” Adolfa Hitlera za dwa lata będzie miało zdjęte klauzulę praw autorskich, które obecnie są w posiadaniu ministerstwa finansów Bawarii. Właściciel praw autorskich blokował do tej pory wydanie tej faszystowskiej biblii. Od 1 stycznia 2016 roku już tego nie będzie mógł robić. Każdy będzie mógł „Mein Kampf” wydać.

Zabronić tego prawnie nie można, taka jest logika wolności. Nawet gdyby jakiś kraj uciekł się do ustawy, zaskarżona, bądź nie, wydawcę uczyni bezkarnym.

Dlatego pilnie w języku polskim ta pozycja powinna być już opracowywana, wydanie krytyczne ostudziłoby złe emocje. Jak weźmie się za to amator, to bigos w kiepskim rozumach murowany, tym bardziej, że wszelakie ruchy endeckie, narodowe, nacjonalistyczne, nazistowskie, w Europie i w Polsce odżywają, jak łby hydry.

Ciekawa jest postawa Bawarii, której parlament najpierw zgodził się na wydanie krytycznego wydania, a na początku grudnia br. premier Bawarii Horst Seehofer jednak wycofał się z projektu. Zapowiedziano, iż rząd Bawarii przy podjęciu prób wydania „Mein Kampf” będzie zawiadamiał prokuraturę o przestępstwie.

O tym, że trzeba ubiec rodzące się demony mówi prof. Eugeniusz Cezary Król dla TOK FM.

Karolina Głowacka: Jak pan przyjął decyzję premiera Bawarii?

Prof. Eugeniusz Cezary Król, dyrektor Instytutu Studiów Politycznych PAN: – Z dużym zdziwieniem. Znam opinie niemieckich historyków, którzy uważają, że jeśli się nie wyda poważnej edycji tej publikacji, to pojawią się edycje niepoważne, wadliwe. Jest to decyzja krótkowzroczna.

Ale po co w ogóle takie wydanie krytyczne? Może lepiej zostawić tę książkę w spokoju. Może również nasza rozmowa jest niepotrzebnym budzeniem demonów.

– Możemy udawać, że tej książki nie było, ale demony obudzą się same. Zresztą w Polsce już się budziły, kiedy dochodziło dwukrotnie do, tak zwanego, pirackiego wydania. Pomijając już, że były to wydania nielegalne, to przede wszystkim były fatalnie amatorskie. Po pierwsze, tłumaczone z języka angielskiego; po drugie nie zawierały właściwie żadnego komentarza krytycznego.

W jednym przypadku był, pożal się Boże, wstęp, z którego wynikało, że jego autor, jak się okazało emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego, nie znał podstawowych pojęć. Po trzecie wreszcie, było to wydanie, które obfituje w skróty nie zaznaczone w tekście. O sposobie wydania tej publikacji w języku polskim można powiedzieć wszystko co najgorsze.

Cała rozmowa do przeczytania tutaj>>>

Historia powstańcza w meldunkach: ojciec i syn Pełczyńscy

Bohaterami tej historii Powstania Warszawskiego są ojciec i syn. Ojciec – generał Tadeusz Pełczyński, szef sztabu KG AK. Przed wojną szef Oddział II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Syn – Krzysztof Pełczyński ps. Kasztan został pochowany przy szpitalu Elżbietanek.

Tragedia wydarzyła się 1 sierpnia. Kapral Kasztan, który dowodził drużyną w ataku na koszary SS na rogu Kazimierzowskiej i Narbutta został postrzelony w głowę. Natychmiast poinformowano o tym jego ojca, szefa sztabu Armii Krajowej Grzegorza.

meldunek 1

Niemcy postrzelili Kasztana w lewą stronę czoła i naruszyli jego kość czaszkową. Wieczorem rannego ewakuowano do szpitala Sióstr Elżbietanek przy ul. Goszczyńskiego. tak to miejsce wygląda dzisiaj – niżej.

meldunek 2

„Grzegorz”, Tadeusz Pełczyński który miał duży wpływ na datę i godzinę rozpoczęcia powstania szybko dostał meldunek o tym, że jego syn został postrzelony. Jednak później kontakt się urwał. Ostatnią informację otrzymał około 10 sierpnia. Później żadne wieści dotyczące losów syna nie docierały.

Daniel, dowódca Kaszta (syna) meldował Grzegorzowi (ojcu):

meldunek 3

Ojciec został poproszony o przekazanie informacji dotyczących imion syna i daty urodzenia (pamiętajmy – konspiracja). Te z kolei miały zostać umieszczone na jego grobie. Ojciec przekazał, że Kapral Krzysztof Jan „Kasztan” urodził się 31 grudnia 1924 roku.

meldunek 4

Oto mapka przekazana szefowi sztabu AK, Tadeuszowi Pełczyńskiemu, gdzie pochowany jest jego syn.

meldunek 5

Meldunek w sprawie śmierci syna (Kasztana, Grzegorza) złożony ojcu (gen. Pełczyńskiemu).

meldunek 6

Ten wpis blogowy zainspirowany artykułem i korzystający z niego, tak dalej relacjonuje portal naTemat:

Pomieszczenie i opieka lekarska była w naszych warunkach bardzo dobra – pisał do Grzegorza podpułkownik Daniel. – Specjalnie poleciłem opiekę nad Kasztanem, który do dnia 10.8 był raczej mało przytomny. Po 10.8 przyszedł do siebie i rozmawiał z wysłanym przeze mnie oficerem moim. Zdawało się, że następuje poprawa i niestety wbrew oczekiwaniom zmarł 17 sierpnia. Pochowany przy szpitalu jak załączony szkic. Przykro mi, że taką wiadomość przypada mi P. Gen. komunikować – z czym zresztą początkowo odwlekałem – ale w końcu musiał przyjść ten czas wyznania. W czasie działań odważnie i dzielnie prowadził swoją drużynę – meldował Daniel.

Pułkownik przekazał mapkę z dokładnym położeniem grobu Kasztana. Czerwonym krzyżykiem oznaczone zostało miejsce w którym kapral został pochowany. Nie ma informacji o tym, czy Grzegorz, który 4 sierpnia został ranny w wyniku bombardowania gmachu PKO przy ul. Świętokrzyskiej odwiedził grób syna.

meldunek 7

Podczas Powstania w miejscu, gdzie stoją przednie koła czarnego samochodu był grób kaprala Kasztana.

Krzysztof Pełczyński ps. Kasztan został pochowany przy szpitalu Elżbietanek. Jednak po wojnie jego ciało zostało ekshumowane i przeniesione na Powązki Wojskowe. Generał Pełczyński zmarł w 1985 roku. W 1995 roku urna z prochami jego rodziców spoczęły obok niego w Warszawie.

Polska historia jest znaczona podobnymi niezliczonymi tragediami antycznymi. Dlatego czasami trzeba opuścić emocje, aby zrozumieć, że się różnimy. Nie potrafimy zrozumieć jeden drugiego. Buczymy, bo gdybyśmy lepiej się rozumieli, buczenia by nie było.

Nie ma ofiar nadaremnych, są głupcy, którzy je wykorzystują.

Za: naTemat.pl

Generał Sikorski wcale nie taki wspaniały

Adam Bohdanowicz

Adam Bohdanowicz na portalu naTemat.pl pisze o Władysławie Sikorskim.

Przytaczam ten materiał, bo warto. Nasza historia jest niejednoznaczna, jak historie wszystkich państw, narodów.

Wielu mówi, że zginął w zamachu, gdyż był niewygodny dla sojuszu aliantów ze Stalinem. Jednak generał Władysław Sikorski miał swój wrogów również wśród Polaków. Od początku wojny, a dokładnie od przejęcia władzy mścił się na obozie Piłsudczyków za to, że w 1928 roku został przesunięty do rezerwy. Natomiast pakt Majski-Sikorski okazał się katastrofalny w kontekście powojennych granic Polski.

Sikorski

W katolickiej katedrze Westminster odbyła się msza upamiętniająca 70. rocznicę pogrzebu generała Sikorskiego. Podczas homilii wygłaszanej przez biskupa polowego Wojska Polskiego wspominano o zasługach generała, o jego wierze. Przytoczę jeden z najważniejszych fragmentów, który portal braci Karnowskich mocno podkreślił:

BP JÓZEF GUZDEK
Biskup Polowy Wojska Polskiego

„Pamięć i wdzięczność wobec dokonań gen. Władysława Sikorskiego to powinność i obowiązek każdego z nas, Polaków, cieszących się dziś pełną wolnością i suwerennością Ojczyzny” CZYTAJ WIĘCEJ

Z tymi słowami biskupa nie mogę się zgodzić. I nie rozumiem, czemu trzeba czcić tego człowieka. Choć generał Sikorski był premierem a także wodzem naczelnym Wojsk Polskich na Zachodzie, to jednak nie należy mu się taki szacunek i honory, jakie mu się oddaje. Wątpię, czy zasłużył na to, by spocząć na Wawelu. Swoimi osobistymi gierkami i żądzą władzy częściej szkodził sprawie polskiej aniżeli pomagał. Zaś jego decyzje często były podejmowane pod wpływem pobudek osobistych.

Chory na sanację
Generał miał wiele pretensji do środowisk sanacyjnych za to, że Piłsudski w 1928 roku odstawił go na boczny tor. Choć na uchodźstwie we Francji coś znaczył, to jednak w polskiej polityce był nikim. Jeszcze w sierpniu 1939 roku domagał się przypisania do jednostki frontowej, ale jego prośby zostały zignorowane. Po wybuchu wojny przedostał się przez Rumunię do Francji, by tam utworzyć wojska polskie. Tam też zaczął się mścić na obozie piłsudczyków.

Choć Ignacy Mościcki zgodnie z konstytucją kwietniową namaścił Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego prezydentem, to za sprawą między innymi Sikorskiego ten nie objął urzędu. Generał wraz z Brytyjczykami i Francuzami przeprowadził nagonkę na dawnego adiunkta Piłsudskiego. Wieniawa-Długoszowski zrzekł się urzędu. Mościcki namaścił Władysława Raczkiewicza, który mianował pod naciskami Francuzów, Sikorskiego na premiera i później też Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych.

Sikorski od samego początku objawił się jako słaby dowódca Wojsk Polskich. Był poniekąd kukiełką w rękach naszych sojuszników. Wielokrotnie dawał temu przykład. Chociażby, kiedy Francuzi kazali mu przenieść cały rząd i sztab z Paryża do Angers. Czyli miasteczka oddalonego o 300 kilometrów od francuskiej stolicy. Choć w tym samym czasie nasi sojusznicy zostali nad Sekwaną i stamtąd tasowali jak im się żywnie podobało naszymi żołnierzami, rozmieszczając ich po różnych francuskich jednostkach.

Sikorski winien braku międzynarodowego uznania dla polskich kryptologów
Trzeba też przypomnieć, że to Sikorski w dużej mierze odpowiada za to, że Polacy nie opływają w glorii tych, co złamali szyfr Enigmy. To dlatego, że zdaniem Wodza Naczelnego byli oni piłsudczykami. Sikorski miał uraz do każdego, kto był po stronie sanacji i nie był w stanie zrozumieć, że Polscy kryptolodzy byli matematykami, a nie politykami. Brytyjczycy domagali się przerzucenia do Londynu tych, co złamali szyfry Enigmy, czyli Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego do Bletchley Park. Jednak Sikorski na to nie wyraził zgody i pozostawił ich we francuskich jednostkach. I dlatego świat nie dowiedział się o wyczynie polskich kryptologów.

BP JÓZEF GUZDEK
Biskup Polowy Wojska Polskiego

Podczas spotkania ze Stalinem z wielką natarczywością dopytywał o los polskich oficerów aresztowanych po kampanii 1939 roku w Starobielsku, Ostaszkowie i Kozielsku CZYTAJ WIĘCEJ

Z jednej strony Sikorski domagał się wyjaśnienia ich losów. Choć tak naprawdę był to jego obowiązek. Poza tym, tylko samobójca polityczny, by się tego nie podjął. Gdyby tego nie zrobił szybko straciłby władzę. Inną sprawą jest to, że wykazał się niekonsekwencją mówiąc o oficerach w Starobielsku, Ostaszkowie i Kozielsku. Aliantom tłumaczył, że Polakom brakuje kadry oficerskiej, która jest przetrzymywana na Wschodzie. Z drugiej strony Sikorski utworzył wiele obozów internowania dla polskich żołnierzy na terenie Szkocji. Najsłynniejszym z nich była Wyspa Węża, gdzie jego najwięksi sanacyjni wrogowie siedzieli. Wszystko to za sprawą jego nienawiści do piłsudczyków.

Majski-Sikorski nie tak wielkim sukcesem, jak niektórzy uważają
No i przejdźmy do ukoronowania wspaniałej polityki generała. Pakt Majski-Sikorski skończył się totalną katastrofą dla państwa polskiego. Przypomnijmy, że choć wynegocjowano wypuszczenie z gułagów przetrzymywanych tam Polaków, to wiele spraw Sikorski zaniedbał. Zupełnie zignorował opinie połowy rządu na emigracji, którzy byli przeciwni temu paktowi. Mówili, że przed podpisaniem czegokolwiek Związek Sowiecki musi uznać granice Polski ustalone podczas traktatu ryskiego. Sikorski wiedział lepiej, zaś trzech ministrów złożyło swoje dymisje. A jakie były skutki podpisania takiej a nie innej umowy, to wiemy. Granica nasza leży na Bugu, a nie na Dźwinie.

Sikorski ma swoje zasłużone miejsce w historii. Okazał się sprawnym dowódcą na polu bitwy. W czasie wojny polsko-bolszewickiej pełnił wiele funkcji i na każdym polu spisywał się wzorowo. Trzeba też pozytywnie ocenić jego wiedzę wojskową. Już w 1934 roku w swojej książce trafnie ocenił, że dojdzie do ogólnoświatowego konfliktu zbrojnego.

Kult Sikorskiego
Jednak sądzę, że nie należy tworzyć wokół niego kultu cudownego generała. W wyniku współpracy z Francuzami, którzy nie dopełnili umowy sojuszniczej objął władzę w Wojsku Polskim i przez cztery lata decydował o polityce Polski. Wielokrotnie wykazał się małostkowością, atakując tych, którzy pochodzili z obozu sanacyjnego. Dlatego są też podejrzenia, że jeśli to był zamach, to niekoniecznie musiał zginąć z rąk Sowietów, lub Brytyjczyków. Sikorski miał tylu wrogów na samej emigracji, że i tam można byłoby znaleźć zabójcę.

Choć generał był ważną postacią w historii Polski, to czy zasługuje na to, by go czcić? Czy w świetle faktów historycznych Polacy mają powinność być mu wdzięczni? Ja na pewno nie. Był to człowiek żądny władzy, który dostał ją za pomocą obcych sił. Jego cała chwała sprowadza się do wyciągania Polaków z Syberii. Jednak każdy inny polityk na jego miejscu by to wynegocjował. Dlatego Sikorskiemu należy się pamięć, ale nie cześć. W końcu nie był bohaterem.

Prof. Arkadiusz Stempin – Pruski zamek w Berlinie, czyli czy Niemcy kreują nowy obraz przeszłości. „Rozsądni Polacy powinni się zastanowić…”

Palac-Republiki

W Berlinie na nowo stanie dawny zamek Hohenzollernów, barokowa siedziba królów Prus, którzy w XVIII wieku jak rzeżuchę oskubywały (nie tylko) państwo polskie. Jak się do tego odniosą polscy „strażnicy Graala”, którzy tak oburzali się filmem „Nasze matki, nasi ojcowie”?

Właśnie położono kamień węgielny pod odbudowę zamku Hohenzollernów. Zamek w czasie wojny cudem ocalał. Jednak w 1950 roku władze NRD wysadziły go w powietrze, uznając za relikt niemieckiego imperializmu. Na jego miejscu powstał Pałac Republiki, jądro komunistycznych Niemiec Wschodnich.Architektoniczny koszmarek, ważący 36 tys. ton, został rozebrany po tym, jak po zjednoczeniu kraju decyzję o odbudowie podjął niemiecki parlament. Za historyczną fasadą, zwieńczoną kopułą, będą się teraz kryły nowoczesne pomieszczenia, a nie historyczne sale czy komnaty.

60 proc. berlińczyków popiera ideę odbudowy zamku, przy czym największe poparcie posiada ona w grupie wiekowej od 18 do 24 lat. Ale realizacja projektu przedziera się przez gąszcz przeciwności, co świadczy o determinacji zwolenników tej idei.Potrzebna odbudowa czy marnowanie pieniędzy?

W czasach pustych kas i zaciskania pasa, gdy Angela Merkel dyscyplinuje budżety unijnych bankrutów, rząd w Berlinie na odbudowę wyłoży 478 mln euro. Przeciwnicy projektu mówią o marnotrawstwie pieniędzy podatnika. Wiele elementów zdobiących fasadę trzeba zrekonstruować z głowy, gdyż zniszczeniu uległy historyczne plany budowy, co stanowi nie lada wyzwanie.

Amorficzne jest na razie przeznaczenie odbudowanego zamku. Wiadomo jednak, że to sale koncertowe, teatralne, wystawowe i fora dla debat i prezentacji naukowych mają wabić na swoje podwoje Berlińczyków oraz zapewnić rentowność zamku, a przynajmniej pokryć koszty jego utrzymania. Tyły zamkowe od strony Szprewy, które nie znajdą się na żadnych fotografiach, zamkną się nowoczesną architekturą, przypominającą blokowisko. Bo to rekonstrukcja historycznej fasady i kopuły nad bramą wjazdową stanowi esencję projektu, mającego przywrócić obraz „starego Berlina” i „opatrzyć ranę w pejzażu miasta”.

Czyżby kolejny przejaw tęsknoty za cesarskimi Niemcami? I wygodną dla Niemców przeszłością?

„Rewizja historii”

Taki wyborny argument do ręki strażnikom Graala w Polsce, którzy od zjednoczenia Niemiec rejestrują wszystkie drgnięcia na skali relacji naszych zachodnich sąsiadów do swojej przeszłości, dała dopiero co emisja filmu „Nasi ojcowie, nasze matki”.

Większościowa interpretacja sugeruje realizację w mocarstwowym Berlinie nowej polityki historycznej. Kiczowaty film bez wątpienia upraszcza skomplikowany polsko-żydowski węzeł gordyjski, redukując AK do formacji antysemickiej. I – jak zaznacza dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie prof. Leiserowitz – w uzasadniony sposób narusza wrażliwość Polaków na ich przeszłość.

Także wiodące medium w Niemczech „Deutschlandfunk” stanęło w obronie integralnego obrazu AK, piętnując moralizatorskie zakusy ZDF uczenia Polaków historii. Bo przedstawiona w filmie narracja nie jest w Niemczech ani jedyną, ani wiodącą. Tym bardziej rządową. Dowodów na to nie brakuje. Od publikacji prasowych po telewizyjne, także w inkryminowanym kanale ZDF. Od lat prof. Guido Knopp realizuje tam program ZDF-historia nazywając rzeczy po imieniu, bez uprawiania owej „rewizji historii”.

Najbardziej spektakularnego przykładu na odmienną od ostatniej produkcji ZDF dostarcza od dekady niemal prezentowany we wszystkich kanałach niemieckiej telewizji publicznej, a ponadto na specjalnych seansach w niemieckich miastach, uniwersytetach i salach kinowych film Paula Mayera, „Konspiratorki”. Dokumentuje on walkę AK z niemieckim, nie nazistowskim okupantem, podkreślając niebywałą rolą kobiet w podziemnych strukturach polskiego państwa podziemnego. Film, wielki hołd „czystego aryjczyka” dla moralnego i zbrojnego wysiłku Polaków w latach okupacji, w polskiej wersji językowej kolportuje od niedawna Muzeum Powstania Warszawskiego.

A rozsądni Polacy…

Nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Także odbudowa dawnego, pruskiego centrum imperialistycznego nie oznacza rewizji historii. Zresztą zamek w Berlinie nigdy nie został zawłaszczony przez hitlerowców. Odbudowa Zamku Królewskiego w Warszawie nie symbolizowała wskrzeszenia idei Polski „od morza do morza”. A rozsądni Polacy powinni już teraz zastanowić się nad „obecnością polskiej kultury” w pruskim zamku.

Źródło: TOK FM

Bauman: dałem się uwieść

Zyg-Bauman

Najsłynniejszy żyjący polski socjolog. Wnikliwy filozof. Najlepszy analityk świata ponowoczesnego: świata internetu, rozpadających się więzi międzyludzkich, niepewności. Świata, w którym wszystko płynie. To 88-letni Zygmunt Bauman, na którego sobotni wykład we Wrocławiu wtargnęli ogoleni na łyso narodowcy i kibole Śląska Wrocław. Krzyczeli: ”Wypier…!” i ”Norymberga dla komuchów!”.

***

Urodził się w 1925 r. w rodzinie kupca w Poznaniu. Ojciec średnio radził sobie w interesach i w domu się nie przelewało. W 1939 r. razem z rodzicami ucieka przed armią niemiecką na wschód. W ZSRR dochodzi do przekonania, że komunizm zmieni niesprawiedliwy świat i wstępuje do Komsomołu. W 1944 r. zostaje żołnierzem 4. Dywizji Piechoty w Wojsku Polskim w ZSRR. Walczy m.in. pod Kołobrzegiem. Tam zostaje ranny.

Współpracuje także z Informacją Wojskową – wojskowym kontrwywiadem, który był jednym z narzędzi do przeprowadzania czystek w wojsku w okresie stalinowskim. Po zakończeniu wojny razem z całą dywizją zostaje przeniesiony do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – wojskowej formacji służącej do walki z antykomunistycznym podziemiem. Jest tam oficerem politycznym, zajmuje się głównie – jak mówił po latach – pisaniem ulotek dla żołnierzy. Cały czas w ankietach personalnych przeszkadza mu ”ciężar jego pochodzenia klasowego”. W 1953 r. zostaje usunięty z wojska.

Zaczyna karierę naukową na uniwersytecie. Najpierw jest ortodoksyjnym marksistą, ale stopniowo staje się coraz bardziej krytyczny wobec obowiązującej doktryny. Po 1956 r. bierze udział w odbudowie polskiej socjologii, uznanej za ”naukę burżuazyjną” i w praktyce zlikwidowanej przez komunistów w 1948-49 r. Uczeń wybitnego polskiego socjologa Juliana Hochfelda. Habilituje się w 1960 r. na podstawie rozprawy o angielskim ruchu robotniczym. Zostaje redaktorem ”Studiów Socjologicznych”, jednego z dwóch najważniejszych polskich pism socjologicznych.

W 1968 r., po antysemickiej kampanii i protestach marcowych, zostaje usunięty z uniwersytetu i emigruje z Polski. Jedzie do Izraela, potem do Wielkiej Brytanii, gdzie wiąże się z uniwersytetem w Leeds. Kieruje tam katedrą socjologii aż do emerytury w 1990 r.

O swojej młodości opowiedział trzy lata temu reporterowi ”Gazety Wyborczej”. Dziś publikujemy zapis tej rozmowy.

Tomasz Kwaśniewski: Kiedy w pana głowie pojawiła się myśl, że socjologia to jest właśnie to, co chciałby pan robić?

Zygmunt Bauman: Moja młodość nie była łatwa. Miałem bardzo kochających rodziców, to prawda, ale byliśmy ubodzy. Tata nawet z tego powodu próbował popełnić samobójstwo. To, że byłem Żydem, też nie dodawało uroku.

Musiałem się więc zastanawiać nad tymi relacjami społecznymi. Nad tym, czy świat, który jest – z tym, że ojcowie skaczą do Warty, a koledzy kopią i duszą – musi być właśnie taki.

Nie wiem, kiedy pomyślałem o tym, że można by społeczeństwo zmienić na lepsze i trzeba w tym celu wymyślić jakiś plan. Nie potrafię tego odtworzyć. Prawda natomiast jest taka, że jak poszedłem do wojska, to zacząłem mieć poważne rozmowy na ten temat. I to nie z mojej inicjatywy.

A z czyjej?

– Ludzi mądrzejszych, bardziej doświadczonych, którzy już przed wojną byli zaangażowani.

Nie, nie tylko w komunizm.

1. Armia [chodzi o 1. Armię Wojska Polskiego utworzoną przez komunistów w ZSRR w lipcu 1944 roku] w pewnym sensie była budowana bardziej na bazie nacjonalistycznej niż partyjnej. Nasłuchałem się więc i z prawa, i z lewa. Oni mnie uświadomili o mapie politycznej i społecznej Polski. Tego w szkole nie uczyli, nie miałem więc pojęcia, że była jakaś lewica, prawica, nacjonalizm, szowinizm, sanacja, endecja. Albo że przed wojną było w Polsce osiem milionów utajonych bezrobotnych na wsi. (…)

Nagle więc, z takiej zupełnej pustki, samotności, znalazłem się w tyglu. Bo wcześniej myśmy z rodziną trafili na bardzo daleką północ i tam nie było żadnego towarzystwa do rozmowy. Żadnych Polaków. Byliśmy jedyni. Wszędzie byliśmy jedyni.

W towarzystwie, w grupie, znalazłem się właściwie dopiero w tym miasteczku pod Charkowem, gdzie formowała się 4. Dywizja Piechoty.

No i proszę sobie teraz wyobrazić, że ma pan znowu 18 lat. Oczywiście myśli pan o dziewczynach, to niewątpliwe, ale w chwilach wolnych to o czym pan myśli? No właśnie: o tym, jaki jest świat. Co można by tu zrobić, żeby on był inny.

Nasłuchałem się więc tego wszystkiego i skojarzywszy z tym moje własne dziecinne doświadczenia, doszedłem do wniosku, jak bardzo wielu młodych ludzi w tamtym czasie, że jak się tak zestawi wszystkie programy dla Polski, to komuniści mają najlepszy.

<podzial_strony>

No proszę, proszę się w to wszystko wczuć. Przychodzą do pana i mówią: damy ziemię chłopom. A ja wiedziałem, że chłopi cierpieli, bo nie mieli. Fabryki damy robotnikom. Cudownie, mój ojciec nie będzie musiał czapkować. W ogóle wszyscy będą równi.Wykształcenie będzie bezpłatne. Wspaniale! (…)

A oni mówili, że jak to załatwią?

– Oni mówili po prostu: skończymy z upokorzeniem.

Jakby pan przeczytał jeszcze raz ”Manifest lipcowy”, to nie można się do jednego zdania przyczepić. Wszystko jest takie piękne, cudowne.

A do tego pamiętało się przecież tę przedwojenną sytuację i to, że właściwie ten świat, który istniał, zawiódł kompletnie. Właściwie wszystko się zawaliło. Cała ta aparatura, która miała zabezpieczać ludzkie życie, się skompromitowała i trzeba było coś nowego wymyślić.

Związek Radziecki był jedynym krajem, który się oparł Hitlerowi naprawdę zwycięsko. Anglia się oparła, bo Hitler się wycofał, ale ja nie wiem, co by było, gdyby tego nie zrobił i wszedł do Anglii. Czy nie zachowałaby się tak samo potulnie jak wszystkie inne kraje podbite w Europie?

Tak mówili czy tak pan myślał?

– Wtedy przede wszystkim wojna nie była jeszcze skończona, więc tak nie mogłem myśleć, ale jak się skończyła i nagle znalazłem się w czasach pokoju, to perspektywa, co ze sobą zrobić, pokrywała się z perspektywą wydobycia Polski z dna upodlenia i zniszczenia. Rekonstrukcji, ale w nowy sposób. To znaczy taki, by nie wrócić już do tamtego czasu.

Stanisław Ossowski [słynny polski socjolog], gdy już mu powiedzieli, że jest śmiertelnie chory i długo nie pożyje, zaczął mieć wtedy taką skłonność do zwierzania się, mnie też się zwierzył, że jak w 1939 roku zmobilizowano go do twierdzy Modlin i gruchnęła tam plotka, że się Beck z Ribbentropem dogadali: wojny nie będzie, to wpadł w straszliwą rozpacz. To dalej ma być tak samo? Dalej tak okropnie? Miałem nadzieję, że ta wojna coś zmieni, rozbije, strzaska, wyzwoli.

Pan też tak myślał?

– Ja byłem smarkacz. Gdzie mi się było równać z tak dojrzałym, bardzo politycznie świadomym człowiekiem, jakim był Ossowski. Ale ja się na niego powołuję, żeby powiedzieć, że to nie było jakieś dziwactwo z mojej strony, że takie stanowisko zająłem. Były tysiące i setki tysięcy takich jak ja. Różnica między nimi polegała tylko na tym, jak szybko dojrzewali do tego, by zrozumieć, że się pomylili. Ja byłem powolny w tym dojrzewaniu.

Jak pan o tym mówi, to wyczuwam taki ton, jakby się pan tłumaczył.

– Po prostu dlatego, że w Polsce w tej chwili panuje opinia, że to było jakieś zwyrodnienie. Że potwory tam szły. I po co? Tylko po to, by ujarzmić Polskę i pozbawić ją niepodległości. Na miłość boską, dla kogo ja zdobywałem Kołobrzeg?! Dla kogo zdobywałem Wał Pomorski?! Chwili wątpliwości nie miałem. Ale nic. Prawda jest taka, że Leszek Kołakowski znacznie szybciej niż ja zrozumiał, że nie ma co rozmawiać, negocjować, naprawiać, bo ten system to jest maszyna, której się naprawić nie da.

A co pan miał przed oczami?

– Cały naród uwierzył, że można go naprawić, kiedy w 1956 roku Gomułka wyszedł na plac Defilad i zaczął mówić.

Ale ja chciałem zapytać o to, co pan miał przed oczami, póki pan nie zrozumiał, że ten system jest do niczego.

– Przepraszam, ale to się sprowadza do trzech takich słów, jak: wolność, równość, braterstwo. To był ten mój ideał dobrego społeczeństwa. A jak to się będzie realizowało? Wszyscy pójdą do szkoły, będą mieli mieszkania i nikt nie będzie mieszkał w rozwalających się lepiankach. Będzie rósł poziom życia, ludzkie wzajemne sympatie, a animozje będą się kruszyły. Co tu opowiadać? Niech pan nie żąda, bym po raz wtóry wymyślał socjalistyczną ideologię. Ona została wymyślona przede mną, ona mi się podobała i nadal mi się podoba. (…)

Utopiści, jak budują swoją utopię, to wyobrażają sobie wszystko, włącznie z takimi detalami jak ulice, domy, rozkład dnia. Czy pamięta pan takie szczegóły, na których panu szczególnie zależało?

– Nie pojmowałem tego, co robiłem, jako utopii. To była rzeczywistość.

Pamiętam, jak zbudowano i otwarto Trasę W-Z. Jaka to była radość, jak myśmy tańczyli. A potem był ten dom, w którym jest teraz Empik. Wie pan, na rogu Jerozolimskich i Nowego Światu. Wisiał tam taki wielki napis: ”Ten dom zbudowaliśmy w czternaście dni”. Znów się bardzo cieszyliśmy z Jasią.

Że można?

– Że działa. (…)

Niech pan przyzna, że okres PRL-u niesłychanie podniósł poziom wykształcenia. To był taki poziom, o którym przed wojną nawet nie było co marzyć.

To było pierwsze pokolenie, które całkowicie, bez reszty poszło do szkoły. Pierwsze pokolenie, w którym zdecydowana większość miała maturę.

No i przede wszystkim dostęp do uczelni wyższych. Ilu ludzi młodych z rodzin robotniczych i chłopskich mogło dotrzeć na uczelnię w przedwojennej Polsce?

Bauman-Wyborcza

Źródło: Wyborcza.pl

Norman Davies o rzezi wołyńskiej: Ludobójstwo to kwestia polityczna. Selekcja: my jesteśmy ofiarami ludobójstwa, inni nie

z13977200Q,Norman-Davies

Prof. Norman Davies w TOK FM był przepytywany w kwestii rzezi wołyńskiej. Temacie do bólu bolesnym. Dla nas, ale – właśnie – nie tylko tak można patrzeć na to, co stało się w czasie II wojny światowej. Poniżej publikuję tę rozmowę:

Agnieszka Lichnerowicz: W polskim Sejmie wybuchła kolejna awantura o rocznicową uchwałę mającą uczcić ofiary rzezi wołyńskiej. Część posłów domaga się, aby jasno nazwać masakry Polaków ludobójstwem, i chce uchwalenia specjalnego dnia pamięci męczeństwa Kresowian.

Norman Davies, historyk, Uniwersytet Londyński: Cała ta awantura jest oczywiście niepotrzebna. Moim zdaniem należy patrzeć na tę sprawę z wielu perspektyw. Te masakry wołyńskie i galicyjskie, bo to nie obejmowało jedynie Wołynia, to część większego problemu. To nie jest prawda, że tylko Polacy byli ofiarami ataków i masakr. Na przykład kilka lat temu odbyła się wielka dyskusja dotycząca zbrodni w Jedwabnem. Dlaczego wtedy nie mówiło się o Wołyniu? Przecież to jest podobne zjawisko. Sąsiedzi, ludzie, którzy mieszkali obok siebie przez wiele lat, nagle napadają i okrutnie mordują.
Miałem w Londynie przyjaciela Ukraińca. On był ofiarą odwrotnej masakry, czyli Ukraińców przez grupę Polaków. Natomiast został uratowany przez Polaków, przez Armię Krajową, która wypędziła tę bandę. To jest bardzo skomplikowana historia. Nie wolno pozwolić na to, aby jedna strona miała pretensje, że jest jedyną ofiarą, i iść dalej w kierunku określenia „ludobójstwo”. Oczywiście Polacy byli ofiarami. To więcej niż masakra – to były czystki etniczne, których celem było przejęcie ziem zachodniej Ukrainy przez Ukraińców. Na początku II wojny światowej te ziemie były wielonarodowe: byli Polacy, byli Ukraińcy, byli Żydzi. Każda z tych grup przeżyła straszne rzeczy. Nie wolno wyjmować jednej z nich i mówić jedynie o jej krzywdach. Trzeba też połączyć to, co się działo na Wołyniu i Galicji Wschodniej, z tym, co się działo po wojnie, czyli operacją „Wisła” – czystkami etnicznymi prowadzonymi przez polski rząd przeciwko niewinnym Ukraińcom. W dużej mierze dotknęło to ludzi (np. Łemków), którzy nie bardzo czuli się Ukraińcami. To jest wszystko jeden problem.

Szef polskiego Instytutu Pamięci Narodowej uważa, że to nie usprawiedliwia ludobójstwa.

Jako historyk widzę, że każda grupa etniczna ma pewnych ludzi, którzy chcą, aby to oni zostali uznani za ofiary ludobójstwa. To zaczęło się prawie 100 lat temu. Ormianie wciąż walczą, aby uznano, że byli ofiarami ludobójstwa w trakcie I wojny. Co znaczy ludobójstwo? Kto je definiuje? To są kwestie polityczne. To jest selekcja ofiar: my jesteśmy ofiarami ludobójstwa, inni nie są. Tu jednak nie ma niewinnych grup. To był okres okropności, wypędzania, oczywiście przez mocarstwa, Trzecią Rzeszę i ZSRR. Każda grupa była ofiarą różnych okropności. Jednak mówienie wyłącznie o sobie jako ofiarach ludobójstwa jest polityczne.

Wielu Polaków boli, że Ukraińcy wznoszą pomniki takim ludziom jak Bandera. Politycy polscy podnoszą, że nie możemy patrzeć biernie, jak bohaterami stają się mordercy.

– Mój dobry przyjaciel z Polski pochodzi z tamtych stron. Jego ojciec był Polakiem, a matka Ukrainką. Część rodziny matki, czyli ta ukraińska, została wymordowana przez UPA. Czy polscy politycy mówią o tym, że UPA mordowała Ukraińców? Nie, to selekcja. Sztuczna selekcja dla celów politycznych, żeby móc powiedzieć „Naród polski był ofiarą”. UPA jako UPA miała swoje wspaniałe karty. Nie uznawała ani Hitlera, ani Stalina i próbowała walczyć na każdym froncie. Wojna rozpętała przemoc z różnych stron. Tak jak nie wszyscy Ukraińcy, tak jak nie wszyscy żołnierze UPA odpowiadali za zbrodnie. I nie tylko Polacy byli ofiarami.

Mamy spory z Litwinami o polską mniejszość. Z Ukrainą o przeszłość. Z Białorusią nie mamy, bo trudno mieć z nią spory, bo to autorytarnie rządzony kraj.

Stosunki polsko-ukraińskie były zamrożone przez cały okres sowiecki. Wówczas oficjalnie obowiązywało braterstwo, harmonia i przyjaźń między narodami słowiańskimi. Dopiero więc musimy się mierzyć z tymi sporami. Ja byłbym jednak za tym, żeby nie mówić selektywnie i próbować zrozumieć całościowo tamte wydarzenia: dlaczego tak było? Dlaczego tak się stało?

I nie tylko los Polaków, ale również Ukraińców i Żydów. Kresy Południowo-Wschodnie były przed wojną trójnarodowe: polsko-żydowsko-ukraińskie.

To jest pytanie z zakresu historii alternatywnej. Jednak to bardzo ciekawe pytanie. Spójrzmy na to, co się stało w Jugosławii w latach 90. Bardzo podobna historia: mordowali się sąsiedzi, Serbowie, Chorwaci i Bośniacy. Pytanie brzmi: czy gdyby nie było II wojny światowej, to czy na Kresach i tak doszłoby do takich okropności? To niewykluczone. Nie wolno szukać jednego winnego. Trzeba z pokorą przyjąć, że tak było, i starać się zrozumieć wszystkie czynniki.

*   *   *

W 2013 r. mija 70. rocznica masowych zbrodni popełnionych przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) na ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Kulminacja zbrodni nastąpiła 11 lipca 1943 r., gdy oddziały UPA zaatakowały ok. 100 polskich miejscowości.

Dla polskich historyków tzw. rzeź wołyńska z lat 1943-44, która swoim zasięgiem objęła także tereny południowo-wschodnich województw II Rzeczypospolitej, była ludobójczą czystką etniczną, w której zginęło ponad 100 tys. ofiar (są też szacunki liczące ok. 120-130 tys. ofiar). Dla badaczy z Ukrainy zbrodnia ta była konsekwencją wojny Armii Krajowej z UPA, w której wzięła udział ludność cywilna. Ukraińcy podkreślają, że w czasie II wojny światowej obie strony popełniały zbrodnie wojenne, ponieważ polska partyzantka podejmowała akcje odwetowe. Strona ukraińska ocenia swoje straty na 10-12, a nawet 20 tys. ofiar, przy czym część ofiar zginęła z rąk UPA za pomoc udzielaną Polakom lub odmowę przyłączenia się do sprawców rzezi.

Post Navigation