Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the category “kultura”

Instruktaż Skiby: jak głosować, by zwariować

Pocztowa Rada Ocalenia Narodowego ministra Sasina wyprodukowała filmową instrukcję, jak należy głosować.

Oto materiały szkoleniowe dla każdego wyborcy

Przykładowy statystyczny Jan Kowalski, mieszkaniec Polski, obywatel z prawem do głosowania, musi w pierwszej fazie operacji odnaleźć swą skrzynkę na listy, co nie powinno być trudne. W niej znajdzie kartę do głosowania – tak zwany pakiet wyborczy.

Następnie Jan Kowalski przychodzi do drugiej fazy i musi zagłosować przykładowo na Andrzeja Dudę lub na Dudę Andrzeja.

W trzeciej fazie operacji, z karty do głosowania należy zrobić samolot – tak jak w szkole i dyskretnie przerzucić w umówione z listonoszem wcześniej miejsce. Wkrótce pojawi się tam wyborczy inspektor pocztowy. I swym wspaniałym czarnym karawanem zawiezie nasz cenny głos – głos obywatela, do komisji wyborczej w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości. I to jest ostatnia faza, bo głosów liczyć już nie trzeba.

Kmicic z chesterfieldem

Czy dojdzie do wyborów, które zostały wyznaczone za tydzień? Szef Państwowej Komisji Wyborczej Sylwester Marciniak twierdzi, że to niemożliwe, że musiałby zdarzyć się cud.

Czy 7 maja, kiedy ma się odbyć posiedzenie Sejmu Jarosław Gowin przejdzie na stronę opozycji?

Jak się zachowa cała opozycja, bo może zdurnieć, jak to niedawno było z Lewicą i PSL?

Polska nam się rozpada, widać to gołym okiem. Pięć lat rządów PiS doprowadziło do ruiny faktycznej, a nie oratorskiej.

Prawo został zniszczone, budżet ledwo dyszy, nie stać władz na aktywną walkę z zarazą koronawirusa.

Kaczyński prze za wszelką cenę do wyborów, bo wie, że za jakiś czas Duda przegra z kretesem, a to znaczy, iż pójdą siedzieć za niezliczone afery, za bezprawie, za wykluczania Polski, które – w wypadku dalszych rządów PiS – poskutkuje Polexitem, wyrzuceniem Polski z Unii Europejskiej.

Święto Konstytucji 3 Maja to przypomnienie, iż uchwalenie dobrego prawa wcale nie powstrzymuje obalenia go…

View original post 604 słowa więcej

 

Holocaust: pamiętamy o ofiarach

Kmicic z chesterfieldem

Janina Goss, przyjaciółka matki Kaczyńskich, nie posiada żadnych umiejętności, za to przy Kaczyńskich nakradła się ze skarbu państwa.

Goss to nowotwór autorstwa Kaczyńskich, degeneruje pastwo polskie, zresztą jak obydwaj bracia (jeden wykopyrtnął pod Smoleńskiem i ponosi odpowiedzialność za śmierć 95 innych)

Janina #Goss wynajmuje powierzchnię reklamową spółce Skarbu Państwa #PGE, w której członkiem rady nadzorczej jest Janina #Goss

Podkomisja smoleńska funkcjonuje „w oparciu o roczny budżet”, a wyniki jej prac mogą być udostępnione tylko na potrzeby postępowań przygotowawczych lub sądowych – taką odpowiedź z MON uzyskał poseł klubu KO Krzysztof Truskolaski. Resort poinformował przy tym, że przewodniczący podkomisji Antoni Macierewicz nie pobiera z tytułu pełnienia tej funkcji żadnego wynagrodzenia.

Więcej >>>

Na konflikcie ewidentnie spowodowanym przez Putina także Kaczyński i Morawiecki usiłują zbić polityczny kapitał. Jednak to ich wcześniejsze błędy doprowadziły do izolacji Polski, co zawsze w naszej historii oznaczało dla nas ogromne ryzyko

Tekst Cezarego Michalskiego tutaj >>>

Wyborcze zwycięstwo PiS w 2015 roku…

View original post 238 słów więcej

 

PiS Martyniukiem zabija polską kulturę i sztukę

Prof. Jan Hartman przestrzega przed kulturą szajsu, jaką propaguje rządzący PiS.

Kultura wysoka jest w zaniku. Nie ceni się najwybitniejszych Polaków, w tym noblistkę Olgę Tokarczuk, na którą odbywa się zbiorowe pisowskie plucie.

Tak samo byłoby z innymi noblistami, gdyby dzisiaj żyli. Kaczyński i jego ferajna popluliby gorszym sortem, mordami zdradzieckimi na Marię Curie-Skłodowską, na Sienkiewicza, Reymonta, Miłosza, Szymborską.

PiS za swoim prezesem wyznaje kulturę plwociny i zakłamanie katolickie.

Trwający od kilku lat, a ostatnio przybierający groteskowe rozmiary państwowy kult tzw. disco polo, który lękają się krytykować autorytety liberalno-lewicowe, to wyraz najgłębszej degrengolady moralnej i intelektualnej elit. Udając, że wszystko jest w porządku, bo wszelkie gusta zasługują na akceptację, wspięliśmy się na szczyty zakłamania i ogłupienia.

Stąd można już tylko skoczyć w przepaść. Jeśli elity się nie opamiętają, za kilka lat polskie społeczeństwo zostanie zdekapitowane. Pozbawione głowy, stanie się tylko szarym, bezkształtnym cielskiem, bezmyślnie trawiącym i wydalającym, od czasu do czasu pobudzanym niskimi podnietami seksualnej rytmiczności chamskich przyśpiewek, faszystowskimi tromtadracjami cynicznych uzurpatorów dzierżących władzę oraz rzewnymi podróbkami świętości i mysterium tremendum, serwowanymi przez speców od biznesu religijnego.

(…)

To, że dla celów propagandowych Kurski sprzeniewierza publiczne pieniądze i wypacza ideę kulturowej misji mediów publicznych, to jedno. O wiele gorszy jest ten obłudnie przymilny protekcjonalizm względem gawiedzi, który pod pozorami szacunku i tolerancji jest niczym innym jak ponowionym gestem klasowego poniżenia i wykluczenia. Niechaj prostacy siedzą sobie w swych kulturowych norach, jak zwierzęta w rezerwatach. Niechaj piją wódkę, tłuką się, wrzeszczą wulgarne słowa i tańczą disco polo. To wszak ich „kultura”. Taką mają „tradycję”. Będziemy im jeszcze dogadzać, hołubić ich, żeby czuli się tym pewniej.

Niech się chamstwo i prostactwo panoszą – bylebyśmy je mieli pod kontrolą i na swoje usługi. Poklepany po plecach, wódką napojony i disco polo ubawiony, propagandą ogłupiały i podniecony lud będzie pośród igrzysk i walającego się po ziemi chleba wznosił pijackie okrzyki na cześć panów. I nie skapnie się, w co tu się gra. Ciemny lud kupi Zenka Martyniuka, a razem z nim Jacka Kurskiego, Andrzeja Dudę i Jarosława Kaczyńskiego. I o to chodzi. Za to się płaci judaszowe srebrniki prezesowej wypłaty.

Cały wpis Jana Hartmana tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Polska przez PiS została zdegradowana w Unii Europejskiej, to B klasa, podrzędność. Jest w tym zamysł Jarosława Kaczyńskiego, wymiksować kraj z Europy, zwalić na innych: na Brukselę, Berlin, Paryż, aby chwycić naród za mordę.

Damy się?

Rok 2020 będzie ciężki dla Europy, przewidują dziennikarze POLITICO. Wśród przykładów podają możliwy kryzys finansowy, zaostrzającą się globalną wojnę handlową i coraz gwałtowniejszy konflikt w Iranie. Ale zapowiadają też ostrą walkę o wdrożenie unijnej agendy w obronie klimatu, w której Polska wskazana jest jako główny hamulcowy oraz ostrzegają, że stosunki Warszawy z Brukselą znalazły się „w punkcie zwrotnym”.

(…)

Pomimo wygranej w wyborach parlamentarnych w ubiegłym roku, PiS czeka walka o polityczne być albo nie być w tegorocznych wyborach prezydenckich. Prezydent Andrzej Duda, sprzymierzeniec PiS, prowadzi w sondażach opinii publicznej, ale polskie prezydenckie rywalizacje już zaskakiwały w przeszłości.

Jeśli Duda przegra, to radykalne zmiany wprowadzane przez lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego zostaną zablokowane, niwecząc jego…

View original post 710 słów więcej

 

Olga Tokarczuk: wykład noblowski

„Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst szeroko wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję. Marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice”. Wykład noblowski Olgi Tokarczuk przepisany słowo w słowo z relacji na żywo

„Gdzieś toną jacyś ludzie, gdzieś toczy się jakaś wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury. Zlew obrazów przemocy, mowy nienawiści rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie dobre wiadomości. Coś jest ze światem nie tak”, mówiła Olga Tokarczuk w swoim wykładzie noblowskim „Czuły narrator”, wygłoszonym w Sali Giełdy Akademii Szwedzkiej w sobotę 7 grudnia.

„Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, który ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny.

Literatura jest zbudowana na czułości. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu. Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć, i któremu pragniemy się przeciwstawić ratując świat nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji, ekonomicznych, społecznych, światopoglądowych, w tym i religijnych.

Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności, sprowadziły nasz świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego jednocześnie małą i potężną częścią”.

Publikujemy cały wykład, przepisywany przez maszynistkę OKO.press Wandę Ostrowską


Olga Tokarczuk, Czuły narrator, Sala Giełdy Akademii Szwedzkiej, 7 grudnia 2019 roku


Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, zanim mnie jeszcze urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe. Chyba wiosenne. I najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku.

Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła. Jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu Kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje: Warszawa, Londyn, Luksemburg, albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem, czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie, jako kilkuletnia dziewczynka, byłam przekonana, że mama szukała mnie kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obrazy Kosmosu, próbując dowiedzieć się kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór, duży dekolt w łódkę, wskazują kiedy zrobiono to zdjęcie. To początek lat 60. ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje. To fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna. Kiedy ją potem pytałam o ten smutek, a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo, mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni. Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem strachu. Ale może być też odwrotnie – odpowiadała – jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań, gdzieś na zachodniej, polskiej prowincji pod koniec lat 60. XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną, materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek, oraz poza prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności.

Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: jestem nieobecna, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się jestem. Najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób, niereligijna, młoda kobieta – moja mama – dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

Brakuje nam języka

Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach w informacji, w dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny. Za sprawą internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

To, jak myślimy o świecie i co chyba ważniejsze, jak o nim opowiadamy ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także, a może przede wszystkim, wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść, rządzi.

Dziś problem polega na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne teraz, na ultra szybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzegnąć do wizji przyszłości. Może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś, niż nowe nic. Albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie.

Żyjemy w rzeczywistości narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc pierwszoosobowe, mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi tworzone wokół ja twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z ja, jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję ja i świat, a ta bywa alienująca. Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata.

Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu ja, które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd, mimo że jeden z wielu, traktowany jest zawsze z uwagą i z powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej. Jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś ja i słuchamy świata w jego imieniu buduje więź z narratorem, jak żaden inny i każe postawić siebie w jego niepowtarzalnej pozycji.

Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji. Przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów, czy bóstw, na które nie mamy wpływu.

Na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym, jak my, na dodatek z takimi samymi, jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu to między narratorem opowieści, a czytelnikiem, czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie bazujące na empatii. Ta zaś, ze swej natury zbliża i niweluje granice. Bardzo łatwo jest zatrzeć w opowieści granice między ja narratora i ja, czytelnika. A powieść, która wciąga, wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona i to czytelnik dzięki empatii stanie się na jakiś czas narratorem.

Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los, albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna. Każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji głosu, który mówi. Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki.

Kiedy odwiedzam targi książek widzę, jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego, autorskiego ja. Instynkt ekspresji może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu „opowiem ci moją historię”, „opowiem ci historię mojej rodziny”, albo „opowiem ci, gdzie byłam” to dziś najpopularniejsze gatunki literackie.

Jest to fenomen na wielką skalę, także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażania siebie samego w słowie i opowieści.

Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów. Głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko. Jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie, jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego ja nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to jak się zdaje parabolicznego wymiaru opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności. Być może żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne, lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy, jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki, jak wyspecjalizowanych zawodników.

Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże. Odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej, czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy, czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze.

Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty. Ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczenia wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle. I zupełnie wykluczając z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki.

Dobra książka nie musi opowiadać się za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

Czas seriali

Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles, czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię.

Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania i przez to też rozumienia świata jest rewolucyjny. Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie narracji w czasie, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza, jak najdłużej, narracja serialowa mnoży wątki splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób, tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę – deus ex machina. Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną. Postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do którego zdążyliśmy się już przywiązać traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji. Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, było satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści.

Taki rodzaj komplikowania i nie kończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne skutki psychologiczne, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność.

Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formy. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami jej przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości. Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury.

Spełnione marzenia rozczarowują

Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To czego według nich brakowało światu, to była powszechna mądrość płynąca z wiedzy. Jan Amos Komeński, wielki pedagog XVII w. ukuł termin „pansofia”, w którym zawarł ideę możliwej omniscencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie, możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu.

Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem?

Kiedy powstał internet wydawało się, że idee te będą mogły wreszcie zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram mogłaby się wydać Komeńskiemu podobnie, jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości. Oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na ziemi.

Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie, albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących. Na dodatek internet poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom, monopolistom steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie pansoficznie, ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analitica, zamiast więc usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu, jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości, internet to coraz częściej opowieść idioty, pełna wściekłości i wrzasku.

Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komeńskiego opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa.

Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność powoduje powstawanie różnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego.

Mit dzieje się zawsze

Kategoria fejk newsów i fejk upów stawia nowe pytania o to czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, dezinformować, czy wyprowadzić w pole nabierają powoli specyficznej, nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukcesu literatury non fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy do nas ponad naszymi głowami: opowiadam wam prawdę, moja opowieść oparta jest na faktach. Fikcja straciła zaufanie czytelników odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: czy to prawda, co pani napisała? Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury. To niewinne z punktu widzenia pytanie czytelnika dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam mu odpowiedzieć, jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka?

Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego, konkretnego, historycznego, ale też symbolicznego i symbolicznego i mitycznego uczestnictwa w łańcuchu wydarzeń zwanych naszym życiem.

Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć, nadać im sens zamieniają się one w doświadczenie.

Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie.

Wierzę, że rolę takiej kultury pełni mit. Mit, jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do „Dynastii”, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft.

W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar.

Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non fiction. W morzu wielu definicji fikcji najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy. Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Foster. Pisał on, że kiedy mówimy umarł mąż, a potem umarła żona, to jest to relacja, kiedy zaś mówimy umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona, to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania co było potem, do próby jego zrozumienia opartym na naszym, ludzkim doświadczeniu dlaczego tak się stało? Literatura zaczyna się od owego dlaczego, nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy, zwyczajnym nie wiem.

Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii. Wykracza bowiem za same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania.

Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia kina, fotografii, virtual reality, augmented reality stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając, najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej odkodowanie na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej, a przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie.

Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia. Od oralności zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian.

Największym osiągnięciem tej przemiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii, czy symboli. Dziś, to jasne, stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego. Nie ma już potrzeby prowadzenia dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać listu, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się z przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę, sięgnąć po autobiografię, nie ma sensu, skoro śledzi się życie celebrytów na instagramie i wie się o nich wszystko. Na wykładach nagrywa się zamiast robić notatki.

To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX w., martwiąc się wpływem kina i telewizji. Dziś to zupełnie inny wymiar doświadczania świata, oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.

Co jest nie tak ze światem

Nie chcę szkicować tu całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje, że doświadczając go poprzez szybę ekranu, poprzez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące ktoś, coś, gdzieś, kiedyś może być dziś bardziej niebezpieczne niż wygłaszanie z absolutną pewnością bardzo konkretnych i określanych idei, ziemia jest płaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. Gdzieś toną jacyś ludzie próbujący przeprawić się przez morze, gdzieś od jakiegoś czasu trwa jakaś wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają.

Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie dobre wiadomości, ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować, coś jest ze światem nie tak. To poczucie zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem.

Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze psychologiczna, skupia się bowiem na wewnętrznych relacjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępny dla drugiego człowieka, lub też zwyczajnie prowokuje czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań.

Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, zrozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los. Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu, nawet jeżeli nie wyraża tego wprost.

Nawet, kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii poszukując nowych środków wyrazu.

Czytając najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść nie potrafimy powstrzymać się od pytań dlaczego tak się dzieje, co to znaczy, jaki jest tego sens, do czego to prowadzi? Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści, jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż niezmordowanie snuje swoje narracje.

Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum i emocje. Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści było fatum, które oprócz tego, że zawsze jawiło się ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy

Szanowni państwo, kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze nie było, kilka lat później czytała mi baśnie. W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi. Pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho, a przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego, przedmiotowego życia.

Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że  przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta, były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt. Były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał i słońce, i księżyc, i wszystkie ciała niebieskie, cały widzialny i niewidzialny świat.

Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukując w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym, jak za sprawą jednego kliknięcia wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze.

Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów, męczący, biały szum oceanów informacji.

Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość w jakiej żyjemy w tym nas upewnia. Lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, nasz obiad nijak się ma do wielki ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku. Żeby łatwiej nam to było znieść, dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania, jakiejś jednej, jedynej cząstki tej całości, którą już przestaliśmy już dostrzegać.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani cudzymi decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił, historii, czy przypadku. Nasza duchowość zanika, albo staje się powierzchowna i rytualna, albo wręcz stajemy się wyznawcami prostych sił fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami, jak byśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.

Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu. Te wszystkie mosty, śruby, stawy i łączniki, które śledziłam w „Biegunach”. Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy, jestem o tym przekonana, pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości. Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść żeby mogła unieść tę wielką, konstelacyjną formę świata?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust, utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej. Znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych.

Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata. Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 r., odbija nieduża karawela o nazwie „Santa Maria”. Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka. Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 mln z blisko 60 mln. rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 proc. całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała latami i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadniane w wyrafinowany sposób pola uprawne wróciła dzika roślinność. Prawie 60 mln hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę. Roślinność regenerując się pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla przez co osłabł efekt cieplarniany, to zaś obniżyło globalną temperaturę ziemi.

Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI w. przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu. Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa, produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia, najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc związać swojej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd.  Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorszy, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii. Dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe.

Znaczące ochłodzenie, szczególnie dotkliwie było odczuwane tutaj, w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatki. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrost na południe, wdając się w wojny z Polską, zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii i angażując się w wojnę 30-letnią w Europie.

Wysiłki naukowców próbujących lepiej zrozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęstą powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny efekt motyla, który, jak wiemy, polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł ciągle w ruchu, potężna fala życia, która wędruje poprzez czas. Odkrycia efektu motyla kończy, według mnie, epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy, jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż mogło się człowiekowi zdawać i, że on jest małą cząstką tych procesów.

Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasami bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu. Jesteśmy wszyscy my, rośliny, zwierzęta, przedmioty zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk, to wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makro skala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją, na innym poziomie, jego nieustannych procesów przemiany.

Marzy mi się metafora

Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą. Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego ja, odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego, oczywistego i banalnego centrum powszechnie podzielanych opinii i potrafiła spojrzeć na sprawy ekscentrycznie, spoza centrum?

Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, do prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst szeroko wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję. Marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice i w końcu marzy mi się gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie pokochają czytelnicy.

Marzy mi się także nowy rodzaj narratora, czwartoosobowego, który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu dramatycznego, ale potrafił zawrzeć w sobie zarówno perspektywę zarówno każdej postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe.

Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem „na początku było słowo”, który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku, który śledzi serial powstawania Kosmosu, który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: „i uznał Bóg, że to było dobre”.

Kim jest to, które wie, co sądził Bóg? Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko, to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas rozpoznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest tu jest powiązany z gestem tam. Że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części. Że rozróżnienie na moje i twoje, zaczyna być dyskusyjne.

Zaufać fragmentowi

Należałoby więc uczciwie opowiadać tak żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór. Odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Opowiadać ignorując przerażenie upływem czasu i innością dalekich przestrzeni, snuć historie żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym, wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach.

Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej. Z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki, zrezygnować z określenia literatury narodowe wiedząc dobrze, że Kosmos literatury jest jeden, niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś autor i czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji. Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje.

Myślę, że czeka nas przedefiniowanie pojęcia realizmu i poszukiwanie takiej jego odmiany, która pozwoliłaby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy dziś świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie, jak ta tutaj. Może to, co nieuchronnie nas czeka to jakiś neo-surrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo-skutkowego.

O tak, nasza rzeczywistość już dziś stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych, intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować. Co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu.

Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni. Porzucimy stare, krępujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi.

W „Doktorze Faustusie” Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki, będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego na czym miałaby polegać ta muzyka. Stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć, stworzyć wyobrażenie. A to, co wyobrażone jest pierwszym stadium istnienia.

Czułość

Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssane z palca. Kiedy piszę muszę wszystko czuć wewnątrz siebie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nie obdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować. Do tego właśnie służy czułość. Czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdywania podobieństw.

Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawanie istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić. Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach, ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów, ani symboli, nie prowadzi do zbrodni, ani zazdrości. Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ja. Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna. Wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest świadomym, choć może trochę melancholijnym współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, który ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny.

Literatura jest zbudowana właśnie na czułości. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu. Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć, i któremu pragniemy się przeciwstawić ratując świat nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji, ekonomicznych, społecznych, światopoglądowych, w tym i religijnych. Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności, sprowadziły nasz świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego jednocześnie małą i potężną częścią.

Dziękuję.

Zaduszki

Boimy się śmierci, zapominamy o niej (bo to jest wygodne), godzimy się z nią, gdy nadchodzi (choć tylko w ostatnim momencie, bo cóż nam pozostaje?), droczymy się z nią, ryzykując bezmyślnie życie (robią to nader często himalaiści i piraci drogowi), fetujemy ją co roku, czyszcząc groby tych, których dosięgnęła, zadowoleni, że to jeszcze nie my.

A jednocześnie od wieków zadajemy sobie pytanie „jak jej uniknąć?”. Pytanie to nakręca całą naszą cywilizację. A ponieważ nasza cywilizacja jest różnorodna, więc pytanie to ma mnóstwo odpowiedzi.

Zacznijmy od Homera. Twierdził on, że trzeba być sławnym w boju. Nieśmiertelni mogą się więc stać wojownicy i to tylko tacy wielcy jak Achilles. Nieśmiertelność nie jest udziałem kobiet, bo rodzą, a nie zabijają, tymczasem w naszej kulturze zabijanie jest znacznie ważniejsze od rodzenia (można się o tym przekonać porównując, ile państwa wydają na wojsko, a ile na politykę socjalną).

Dwie odpowiedzi dał Platon. Wspomniał, że trzeba rodzić dzieci, bo one zapewniają nam jakąś formę nieśmiertelności, ale ponieważ (za Homerem) robią to wyłącznie kobiety, a kobietami Platon gardził, więc opiewał inną formę płodzenia, a mianowicie „w pięknie”. Chodziło mu nie tylko o sztukę, ale przede wszystkim o filozofię, która pozwala nam wznosić się ku temu, co wieczne i niezmienne. Uważał też, że filozofia przygotowuje do śmierci. Wierzyłam mu, ale ostatnio towarzyszyłam w umieraniu pewnemu wielkiemu filozofowi. Nie był na nią przygotowany mimo sześćdziesięcioletniej praktyki filozofowania. Pragnął żyć. Do samego końca.

Wielką odpowiedź na pytanie, jak uniknąć ostatecznej śmierci dało chrześcijaństwo: wierzyć w Boga i w zbawienie, które nam obiecuje. Wszelako pod pewnymi warunkami. Główny przekaz chrześcijaństwa polega na bagatelizowaniu życia (jest przygodne, kruche, naznaczone grzechem pierworodnym) i uświęcaniu nicości, czyli tego, co będzie po śmierci.

Niektórzy nazywają to rajem, miejscem ostatecznego spełnienia, gdzie człowiek będzie wolny od trosk, starzenia się, cierpienia i śmierci, a ponadto będzie radował się towarzystwem aniołów oraz samego pana Boga, co dla wierzących powinno być wyjątkowym bonusem. Nie znam jednak chyba żadnego człowieka, który gdyby miał do wyboru boski raj i ziemską marną nieśmiertelność, wybrałby to pierwsze. W średniowieczu może tak, ale nie w epoce używania i postępu. Postępu, zwłaszcza medycyny, farmakologii i dietetyki.

Te trzy dziedziny dają nam nadzieję nie tylko na duchowe pokonanie śmierci, ale rzeczywiste. Bo któż z nas nie żywi przekonania, że jeśli umrze z powodu jakiejś choroby czy starości, to tylko dlatego, że (A) nie miał pieniędzy, by się należycie leczyć, (B) nie miał dostępu do dobrych lekarzy i klinik (bo żyje w Polsce), (C) medycyna jeszcze nie dokonała odkrycia przyczyn jego choroby, co wkrótce nastąpi, (D) nie miał dostępu do skutecznych lekarstw, (E) stosował niewłaściwą dietę.

To nie żart. Na świecie jest ponad 3 tysiące diet, które mają nie tylko odchudzać, ale przyprawić nas o nieśmiertelność. Na przykład w małym amerykańskim miasteczku Shelby w stanie North Caroline istnieje centrum zdrowotne, które prowadzi baptystyczna organizacja Hallelujah Acres. Jej celem jest: „Powrót do Ogrodu!”, czyli do raju nieśmiertelności. Wszelako nie o modlitwy tu chodzi czy o zachętę do finansowania Kościoła, lecz o dietę. „Dlaczego chrześcijanie chorują?” – pytają baptyści. „Bo źle się odżywiają” – twierdzi lekarz Dr Malkmus szefujący ośrodkowi. By „ciało, czyli pojazd, którym dusza zmierza do zbawienia był sprawny”, należy wrócić do naturalnego sposobu życia i odżywiania. Jeść tylko to, co surowe, nieprzetworzone, ekologiczne, lokalne. Szczegóły? Polecam stronę Hallelujah Acres, a najlepiej skorzystanie z usług ośrodka lub założenie własnego. Śmierć jest przygodna; ludzka inwencja wieczna.

Kmicic z chesterfieldem

Taki dzień.

Apel do pazernych klechów

„Brak wpadek odróżnia prezydenta Dudę od Bronisława Komorowskiego – ogłosił w „Kropce nad i” Kamil Bortniczuk z Porozumienia Jarosława Gowina. To ciekawa opinia. Z tym, że nie ma oparcia w faktach

Goszcząc w programie Moniki Olejnik, poseł Porozumienia Jarosława Gowina wygłosił laurkę dla prezydenta Andrzeja Dudy – jego zdaniem to najlepszy prezydent, jaki mógł się Polsce przytrafić.

Rzeczywiście, im bliżej było końca kadencji prezydenta Bronisława Komorowskiego, tym bardziej kojarzył się on wyborcom jako chodząca gafa. Po części była to etykieta zasłużona, po części – krzywdząca.

Natomiast jeśli uznamy, że Komorowskiemu często przydarzały się wpadki, Duda z całą pewnością mu nie ustępuje.

1. Wpadki zagraniczne

Bronisławowi Komorowskiemu pamięta się niefortunną wypowiedź podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w grudniu 2010 r. Podczas spotkania z Barackiem Obamą Komorowski stwierdził:

„Fundamentem naszych relacji jest umiłowanie – amerykańskie i polskie – wolności. Jeśli mamy razem iść na wielkie polowanie…

View original post 2 468 słów więcej

 

Kiedy Kaczyńskiemu pocieknie jucha i zostanie wyniesiony na śmietnik historii?

Plan w PiS-ie był prosty: do wyborów Mariana Banasia chowamy w szafie, jak cztery lata temu Macierewicza, po wyborach wraca z urlopu i składa dymisję, po której stary Senat wybiera nowego prezesa NIK. I po sprawie.

Marzenia o większości kwalifikowanej
Żeby plan ten mógł się powieść, PiS musiał mieć większość w obu izbach parlamentu. Dodatkowo Kaczyński grał na 276 mandatów niezbędnych do odrzucania weta prezydenta. Plan jednak udał się tylko w jednym punkcie, dlatego pierwsze słowa prezesa podczas wieczoru wyborczego były tak zachowawcze: wygraliśmy, ale zasługujemy na więcej. Jakie to typowe dla Kaczyńskiego i tego obozu – gdy obrywają, suweren ich nie rozumie.

Te zachowawcze słowa prezesa nie były jedynie wynikiem exit-poll IPSOS-u. PiS przez całą elekcję i bezpośrednio po niej miał pełną kontrolę nad jej wynikami. Cel był jeden: w razie niepowodzenia chodziło o przewagę czasową nad innymi. Zatrudnili więc armię sygnalistów, których zadaniem było przekazanie do centrali wyników wyborów natychmiast po ich policzeniu i wywieszeniu. Inaczej wyjaśnić się nie da faktu, że już w poniedziałek o 8:27 jeden z internautów powiązany z PiS podał na Twitterze dokładne wyniki wyborów łącznie z dokładną liczbą mandatów. Przypomnę – PKW podała oficjalne wyniki włącznie z liczbą mandatów około 20:25 tego samego dnia.

Nie twierdzę, że wybory zostały przez obóz władzy skręcone, ale rzecz wydaje mi się co najmniej dwuznaczna i dziwna. To że Opozycja nic z tym nie zrobiła, przynajmniej oficjalnie, pominę milczeniem. Jeśli zatem uznać, że to jednak była szeroko zakrojona akcja zbierania danych, można wysnuć logiczny wniosek, że PiS wcale nie był pewny wyników wyborów i chciał mieć przewagę nad całą resztą, aby móc podjąć działania wyprzedzające. Przeniesione posiedzenia Sejmu i Senatu po coś w końcu były zaplanowane.

Współpraca i konsensus, słowa wyciągnięte z lamusa
PiS-owi plan układał się świetnie, ale tylko do pewnego momentu. Najpierw wymknął się Kaczyńskiemu z rąk Senat, następnie Banaś. Jak bardzo kluczowa dla obozu władzy jest Izba Refleksji, świadczy fakt gorączkowego poszukiwania chętnego senatora do zmiany barw. Widoczna nerwowość w PiS-ie, a także niespotykane od długich lat wypowiedzi o konieczności współpracy i konsensusu (w ustach Kaczyńskiego brzmi to naprawdę paradnie po czterech latach tolerowania ledwie tych wszystkich zdradzieckich mord, animalnych elementów, komunistów i złodziei) wskazują na jedno: prezes otrzymał cios, którego pewnie się spodziewał, ale w niego nie wierzył.

(* – więcej poniżej o złapaniu Banasia i Terleckiego na gorącym uczynku amoralnych targów)
Moja ulubiona wypowiedź Kaczyńskiego z ostatnich dni to ta, w której oznajmił światu, iż jeśli nie uda się PiS-owi przekupić żadnego senatora, przyjdzie mu działać zgodnie z prawem. Naprawdę przednie. Przez 4 lata słyszeliśmy fałszywą narrację, że PO nie chciała pogodzić się z wynikiem wyborów z 2015 roku, czyli z decyzją, jak powtarzało z uporem maniaka PiS, suwerena. Gdy w 2019 roku Opozycja wygrała w Senacie, PiS ma nagle problem, aby to uznać, a przecież to również decyzja suwerena. Tak właśnie wygląda relatywizm PiS-u.

A z tym podebraniem będzie trudno, bo Kosiniak-Kamysz głowę położył na stole, że żaden z senatorów nie da się skorumpować politycznie, Schetyna zwołał pilne spotkanie z senatorami KO, a Wadim Tyszkiewicz reprezentujący senatorów niezależnych, startujących w wyborach pod ochronnym parasolem Opozycji, także zapowiedział wierność zasadom.

Ta polityczna korupcja jest też o tyle trudna dla PiS-u, że jednomandatowe wybory do Senatu rządzą się innymi prawami niż wybory do sejmików. W Senacie będzie więc dużo trudniej znaleźć drugą lub drugiego Kałużę. Ostatnia możliwość, to szantaż polityczny teczką lub teczkami. Jeśli PiS nie przeciągnie nikogo na swoją stronę, w zasadzie będziemy mogli być pewni, że opozycyjne Senatorki i Senatorowie obecnej kadencji są czyści jak łza.

Już tam chłopcy ministra Kamińskiego działają. Pamiętać trzeba o jednym – wygrana Opozycji w Senacie ma bardzo duże implikacje jednoczące, szczególnie cenne przed wyborami prezydenckimi, które będą dla obu stron polskiej sceny politycznej niczym innym, jak tylko swego rodzaju egzystencjonalnym dylematem z III aktu Hamleta.

Nietykalny Banaś
Drugim wielkim ciosem dla prezesa jest pancerny Marian, a w zasadzie wojna wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy, której Banaś jest jedynie przyczynkiem. Moja teoria jest taka, że kryształowy szef NIK zażądał od Kaczyńskiego gwarancji nietykalności (którą przed wyborami dostał), ale po wyborach nieoczekiwanie urosły w siłę przystawki PiS i zaczęły mocno wierzgać. Glejt Kaczyńskiego stal się niepewny, więc Banaś uciekł w prezesurę NIK i przyczajony czeka.
Czas biegnie, 12 listopada musi się najpóźniej zebrać nowy Senat, do tego dnia można bez problemu pilnie zwołać stary, aby szybko wybrać nowego prezesa NIK, jeśli Banaś osiągnie to, co chce i w końcu dymisję złoży. Marszałek Karczewski co prawda ogłosił, że czwartek 18 października był ostatnim dniem posiedzenia obecnego Senatu, ale co to dla PiS-u jest złamać kolejną obietnicę czy dane słowo? Nie szkoda przecież róż, gdy płonie las.

Wszystko zatem jeszcze wydarzyć się może. Niestety wobec słabości Koalicji Obywatelskiej, dobrze już opisanej i zdiagnozowanej, obóz władzy może się pokonać tylko na dwa sposoby: albo nie wytrzyma obciążeń socjalnych wobec nadchodzącego spowolnienia gospodarczego, albo rozsadzi go wewnętrzna wojna podjazdowa. Obecnie na plan pierwszy wysuwa się ten drugi scenariusz, więc kto wie, może czekają nas wkrótce kolejne wybory? Te byłyby jednak powtórką z 2005 roku, a ta trauma siedzi w głowie Kaczyńskiego, niczym nieznośna drzazga w palcu. Chińczycy mówią: obyś w ciekawych czasach żył. W takich właśnie żyjemy.

PiS składa wnioski o powtórne przeliczenie głosów do Senatu w kolejnych okręgach. Przekonuje, że jest to konieczne ze względu na duży odsetek nieważnych głosów. Tymczasem najwięcej nieważnych głosów – ok. 10 proc. – oddano w okręgu nr 37 (Nowy Sącz), ale tam PiS ponownie liczyć nie chce. Bo wygrał tam kandydat partii rządzącej

PiS znalazł nowy sposób, by odzyskać Senat z rąk opozycji. Partia rządząca zdobyła w izbie wyższej Parlamentu 49 mandatów, opozycja zaś – 51.

W poniedziałek 21 października okazało się, że partia Kaczyńskiego domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach – nr 75 i nr 100. W tym pierwszym różnica wynosi 2,3 tys. głosów. W drugim – zaledwie 320.

Teraz wiadomo już, że PiS zgłosił kolejne okręgi, w których głosy mają zostać przeliczone jeszcze raz:

  • numer 12 (Grudziądz) – 2451 głosów różnicy przy 134 066 głosach ważnych;
  • numer 92 (Gniezno) – 1484 głosy różnicy przy 184 366 głosach ważnych;
  • numer 95 (Ostrów Wielkopolski) – 2304 głosy różnicy przy 157 864 ważnych głosach;
  • numer 96 (Kalisz) – 1586 głosów różnicy przy 143 572 ważnych głosach.

PiS przekonuje, że przeliczenie jest konieczne, bo w tych okręgach oddano dużo głosów nieważnych. Ile konkretnie?

Ale rekord jest gdzie indziej

Rekord nieważnych głosów w wyborach do Senatu padł tymczasem w okręgu numer 37 (Nowy Sącz). To aż 10,1 proc. Powodem była zapewne lista kandydatów. Kandydat PiS Wiktor Durlak startował przeciwko byłemu już senatorowi PiS – Stanisławowi Kogutowi. Trzeciego kandydata nie było. W obliczu wyboru między obecnym i byłym kandydatem PiS, wielu wyborców opozycji mogło decydować się na świadome oddanie nieważnego głosu.

Twitterowy profil „Senat 2019 – pole bitwy” wyliczył po pięć największych i najmniejszych odsetków nieważnych głosów w skali kraju.

To wspomniany już Nowy Sącz oraz:

  • 3,79% – okręg nr 95 (Ostrów Wielkopolski)
  • 3,78% – okręg nr 98 (Stargard)
  • 3,68% – okręg nr 71 (Zabrze)
  • 3,65% – okręg nr 96 (Kalisz)

Z kolei pięć okręgów o najniższym odsetku głosów nieważnych to:

  • 1,22% – okręg nr 69 (Częstochowa)
  • 1,39% – okręg nr 83 (Kielce)
  • 1,51% – okręg nr 76 (Dąbrowa Górnicza)
  • 1,54% – okręg nr 64 (Gdynia)
  • 1,57% – okręg nr 10 (Inowrocław)

Z tego zestawienia wynika, że tylko w dwóch okręgach, w których PiS domaga się ponownego liczenia, odsetek głosów nieważnych należał do najwyższych. Trzy z nich leżą gdzieś pośrodku, a okręg gnieźnieński jest bardzo blisko zestawienia okręgów z najniższym odsetkiem głosów.

W trzech okręgach z najwyższym odsetkiem głosów nieważnych wygrali kandydaci Koalicji Obywatelskiej, w dwóch kandydaci PiS. PiS domaga się jednak ponownego przeliczenia tylko tam, gdzie przegrał, a ich kandydat zdobył stosunkowo niewiele mniej głosów od zwycięzcy z KO.

Poseł Platformy Obywatelskiej Sławomir Nitras pozwał Kancelarię Sejmu za decyzje w jego sprawie, które były podejmowane za czasów marszałka Marka Kuchcińskiego. W poniedziałek przed warszawskim sądem odbyła się pierwsza rozprawa.

– Byłem dyskryminowany za swoje poglądy polityczne – powiedział „Wyborczej” Nitras. – Łącznie nałożono na mnie kary w wysokości 60 tys. zł. To prawie roczne uposażenie posła. Poniżano mnie w oczach opinii publicznej, uniemożliwiano wypełnianie obowiązków, odbierając mi głos, nie pozwalając składać wniosków formalnych, a także skreślając z listy uczestników zagranicznej delegacji [chociaż Nitras był członkiem zgromadzenia parlamentarnego OBWE – az].

Nitras pozywa Sejm. Chce odszkodowania

Reprezentujący posła prawnicy powołali się na polskie i unijne przepisy, które zabraniają dyskryminacji np. ze względu na pochodzenie czy religię, ale również z powodu poglądów politycznych. Nitras domaga się odszkodowania w wysokości 30 tys. zł z odsetkami oraz 10 tys. zł na cele społeczne.

Przedstawiciele Sejmu, którzy w poniedziałek nie stawili się w sądzie, wcześniej złożyli wniosek o odrzucenie pozwu Nitrasa. Bo – ich zdaniem – parlament, czyli władza ustawodawcza, jest wyjęty spod jurysdykcji władzy sądowniczej.

Jednak sąd odrzucił wniosek strony pozwanej (Sejmu) i wyznaczył termin kolejnej rozprawy. A to znaczy, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich posłów będzie bohaterem bezprecedensowego procesu.

Nitras karany w Sejmie, chociaż nie obrażał

Znany z ciętego języka Sławomir Nitras jest posłem ze Szczecina. W październikowych wyborach zdobył 78 513 głosów (15. wynik w kraju). W kończącej się kadencji, choć nie obrażał adwersarzy, był przez marszałka Sejmu wielokrotnie karany finansowo. Dla porównania: Jarosław Kaczyński, który zwracał się do posłów opozycji zwrotami „zdradzieckie mordy” czy „jesteście kanaliami”, został jedynie upomniany.

To właśnie Nitras zainicjował kontrolę samolotowych „rodzinnych” przelotów Marka Kuchcińskiego, która dowiodła, że marszałek nadużywał władzy. Doprowadziło to do jego odejścia ze stanowiska.

Władzę PiS najbardziej rozgniewała jednak akcja Nitrasa z bucikami. Schodzący z mównicy poseł PO próbował wręczyć Jarosławowi Kaczyńskiemu dziecięce buciki symbolizujące ofiary księży pedofilów [trwała wtedy dyskusja dotycząca ukrywania seksualnych przestępstw księży – az].

Nitras już raz wygrał w sądzie z politykiem z PiS

Tuż przed głosowaniem 13 października Nitras procesował się w trybie wyborczym z ministrem gospodarki morskiej Markiem Gróbarczykiem za to, że na Twitterze napisał: „Nitras zniszczył Stocznię Szczecińską”. Poseł PO wygrał w dwóch instancjach, ale Gróbarczyk opublikował zasądzone sprostowanie dopiero po głosowaniu i w karykaturalnej formie, jeszcze bardziej obrażającej pozywającego.

W związku z tym Nitras zapowiedział kolejny pozew przeciwko Gróbarczykowi, już w zwykłym trybie. – To będzie proces o pieniądze. Przestajemy się bawić w przeprosiny – stwierdził.

Następna rozprawa w procesie Nitras kontra Sejm odbędzie się 27 stycznia.

* (złapani Banaś i Ryszard Terlecki)

Banaś nie chciał oficjalnie przyznać, czego dotyczyła rozmowa. Zbył reportera stwierdzeniem, że przekazał Terleckiemu pozew, który skierował przeciw TVN-owi. Na pytanie, czy złoży rezygnację, odpowiedział: „Nie ma takiej potrzeby”.

Jak relacjonuje RMF FM, rozmowa odbyła się w okolicach południa i trwała 20 minut. Politycy spotkali się  w jednym z poselskich pokojów PiS-u. Banaś i Terlecki opuścili pomieszczenie osobno.

TVN ujawnił, że szef NIK manipulował oświadczeniami majątkowymi, a w jego kamienicy działa hotel z pokojami na godziny, z których korzystali m.in. prostytutki i ich klienci. Hotel od lat prowadziła rodzina zajmująca się seksbiznesem, z wyrokami na koncie. Po materiale TVN-u wyszło też na jaw, że Banaś nie we wszystkich oświadczeniach majątkowych wpisywał kamienicę, nie podawał informacji o kredycie wartym 2,6 mln zł wziętym pod jej zastaw i że drastycznie zaniżył cenę za jej wynajem.

Po emisji reportażu hotel przestał działać. A sam Banaś poszedł na bezpłatny urlop do czasu wyjaśnienia sprawy przez Centralne Biuro Antykorupcyjne. Przed urlopem zdążył jeszcze złożyć wniosek o odwołanie trzech swoich zastępców, którzy zostali powołani przez poprzedników. NIK obecnie kieruje wskazana przez Banasia wiceprezes Małgorzata Motylow.

Na ostatnim posiedzeniu Sejmu – które odbyło się precedensowo już po wyborach – politycy PO poinformowali, że Banaś miał podać się do dymisji. Informacja została jednak zdementowana przez marszałek Sejmu. Na nową kandydaturę szefa Najwyższej Izby Kontroli muszą się zgodzić i Sejm, i Senat – w wyższej izbie parlamentu po wyborach opozycja ma większość. Może więc blokować kandydatów wskazanych przez PiS.

Kmicic z chesterfieldem

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym…

View original post 4 939 słów więcej

 

Duda to tylko byle kto

Na uroczystości obchodów stulecia istnienia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie prezydent Andrzej Duda opowiedział dowcip, który robi furorę w internecie, po tym jak wyłapali go dziennikarze „Szkła kontaktowego” TVN24.

Prawicowe, niezamożne i niewykształcone trutnie najzwyczajniej w świecie pożądają homofobii. Oraz zanieczyszczonego środowiska. A także zasiłku na dziecko. Chcą wcześniejszej emerytury. I bądźmy wobec samych siebie uczciwi: wielu z was, drodzy czytelnicy, pragnie właśnie tego.

@BorisJohnson, nie chodzi wcale o głupie przerzucanie się odpowiedzialnością. Chodzi o przyszłość Europy oraz Zjednoczonego Królestwa, a także bezpieczeństwo i dobrobyt naszych narodów. Nie chcesz porozumienia, nie chcesz przesunięcia terminu ani odwołania akcji, zatem quo vadis?

Donald Tusk jest krokodylem taplającym się w rozlewiskach dysharmonii brexitu

Powyższy tweet Donalda Tuska do Borisa Johnsona pokazuje męża stanu w rozgrywce o najwyższą stawkę. Określenie „mąż stanu” w odniesieniu do byłego polskiego premiera wcale nie wydaje się przesadzone. Tak jak mamy modelki i supermodelki, tak mamy przywódców oraz przywódców w grach komputerowych. Donald Tusk jest krokodylem taplającym się w rozlewiskach dysharmonii brexitu. Jest sokołem wędrownym pikującym z wysokości na pomykające tu i tam prawicowe gryzonie. Domyślam się, że podczas bezsennych nocy zastanawia się nad losem, jaki mu przypadł: czy na zawsze już przypisana mu została rola psychiatry przerzucanego z jednego oddziału zamkniętego na drugi? Są też i tacy, którzy sądzą, że wróci do piekiełka polskiej polityki, aby wyrwać ją ze szklanej pułapki i rzucić Jarkowi wyzwanie.

Dwa powody wyjaśniają, dlaczego tak się nie stanie: Tusk jest przyjmowany z honorami w stolicach europejskich, szanowany jako negocjator sprawny, choć działający w sytuacji przymusowej. Gdy spotyka się z przeciwnikiem klasy Theresy May lub Borisa Johnsona ma pełną świadomość, że starcie będzie przebiegało zgodnie z obowiązującymi regułami. Co oznacza, że nie spotka się z zarzutami, iż jest niemieckim agentem albo człowiekiem, który pokrył cyjankiem potasu pocisk wystrzelony przez Putina w kierunku Tu-154. A jeśli macie jakieś wątpliwości co do jego pozycji na scenie europejskiej – przeczytajcie raz jeszcze cytowany wyżej tweet. Tusk, prosty chłopak z Gdańska, poucza Borisa Johnsona, psińco wartego absolwenta Eton. „Nie chcesz porozumienia, nie chcesz przesunięcia terminu ani odwołania…”. Jest to po prostu ostre i zwięzłe podsumowanie bagna, w jakie brytyjscy konserwatyści wpuszczają zwykłych ludzi.

Celne wykorzystanie Quo Vadis? Może na pierwszy rzut oka wydawać się uznaniem dla Johnsona, który uporczywie chwali się swoim klasycznym wykształceniem, ale powinno być raczej odczytane jako aluzja do powieści Sienkiewicza, gdzie Neron spalił Rzym, a winę zrzucił na chrześcijan. A cały tweet nie był niczym innym jak podaniem w uprzejmej formie treści następującej: „Jesteś, Johnson, nie tylko po niewłaściwej stronie historii, ale lepsza część ciebie spłynęła po plecach twojej matki i skończyła jako plama spermy na kopiarce, na której zostałeś poczęty”.

A jaki jest skutek owego osławionego tweeta?

PiS nagradza Polaków za to, że są nietolerancyjnymi czcicielami węgla

Nazajutrz Johnson wykonał zwrot o 180 stopni. Zaproponował Leo Varadkarowi, premierowi Irlandii, nowe porozumienie w sprawie granicy pomiędzy dwiema Irlandiami, która była ością niezgody w katastroficznym filmie, jakim okazał się brexit. Możecie mi wierzyć, porozumienie to nie jest niczym nadzwyczajnym. Zresztą i tak zostanie odrzucone przez skrajnie prawicowych północnoirlandzkich protestantów popierających partię Johnsona. Jednakże tweet ten okazał się przełomowym momentem w prezydencji Tuska. W cień odeszły wpadki w jego karierze: podwyższenie wieku emerytalnego i stworzenie idealnych warunków dla rozrostu PiS na gruzach rozsądnie progresywnych wartości klasy średniej. Negocjacje w sprawie brexitu będą zwieńczeniem jego kariery. Powrót do polskiej kotłowaniny byłby błędem i on sam wie o tym bardzo dobrze. Tusk, dzisiaj bohater, bardzo szybko stałby się zerem.

Wie o tym aż za dobrze.

Startować do prezydentury? A po co? Tę rolę może odegrać byle kto. I odgrywa ją. Co tłumaczy następną przyczynę, dla której nie wróci i nie uratuje Polski: zdecydowana większość po prostu nie chce zostać uratowana. Prawicowe, niezamożne i niewykształcone trutnie najzwyczajniej w świecie pożądają homofobii. Oraz zanieczyszczonego środowiska. A także zasiłku na dziecko. Chcą wcześniejszej emerytury. I bądźmy wobec samych siebie uczciwi: wielu z was, drodzy czytelnicy, pragnie właśnie tego. Rząd Tuska mógł większości Polaków przynieść awans dzięki progresywnej polityce społecznej i ekologicznej, wynagradzając ich tak, jak PiS nagradza ich za to, że są nietolerancyjnymi czcicielami węgla.

Tusk mógł to w Polsce przeprowadzić.

I zmarnował tę okazję.

Jak się kupuje senatora. Media: trwają tajne negocjacje PiS z PSL

PiS cały czas szuka większości w Senacie. Polityk PO przyznał, że był sondowany w tej sprawie. Okazuje się, że także z PSL partia Jarosława Kaczyńskiego prowadzi rozmowy w zaciszu gabinetów. Z nieoficjalnych informacji wynika, że ludowcy mieliby dostać stanowisko marszałka Senatu i wejść w koalicję w Sejmie.

Szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz deklaruje, że ręczy za swoich senatorów. Jak jednak ustalił „Newsweek”, PiS już zaczęło rozmowy z PSL. – W każdym razie wysłuchała oferty. A oferta jest taka: marszałek Senatu dla nas, koalicja w Sejmie z PiS, a potem zmiana układu w sejmikach. Jeśli zrobimy koalicję z PiS, będziemy mieć spokój. A potem spółki Skarbu Państwa dla naszych i wpuszczenie PSL do agencji rolnych – mówi tygodnikowi anonimowo polityk PSL. Jako pierwsza o tych ustaleniach pisała Wirtualna Polska.

Powyborcze układanki w Sejmie mają wpływ także na sytuację w PO. Jak pisze „Newsweek”, młodzi politycy ugrupowania domagają się zmiany lidera. Pozycja Grzegorza Schetyny przed styczniowymi wyborami jest zagrożona.

– Nasi wyborcy chcą zmiany pokoleniowej. Od niedzieli dzwonią i mówią: Albo macie jaja i odsuniecie Schetynę od władzy w Platformie, albo się od was odwrócimy – mówi tygodnikowi poseł PO z pokolenia 40-latków.

Okazuje się, że Grzegorz Schetyna w obawie przed rozliczeniami nie przyszedł na posiedzenie klubu parlamentarnego. Politycy twierdzą, że bał się powyborczych rozliczeń. Ani przewodniczący, ani jego współpracownicy nie przyszli także na rozpoczęcie obrad starego Sejmu w sali plenarnej.

Kmicic z chesterfieldem

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt…

View original post 2 064 słowa więcej

 

Klaudia Jachira, bicz na PiS

– Ale jeśli mam wybór: zająć się w Sejmie poprawą bezpieczeństwa pieszych albo domaganiem się usunięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego, zdecydowanie wybieram żywych pieszych – mówi posłanka elekt Klaudia Jachira, która dostała się do Sejmu z warszawskiej listy Koalicji Obywatelskiej.

Jachira dała się poznać jako performerka i satyryczka, która kpiła z Jarosława Kaczyńskiego, a także z mitu smoleńskiego. Na jednym ze spotkań wyborczych, wyśmiewając ofertę Telewizji Polskiej, mówiła o „telenoweli smoleńskiej”, „bloku ekshumacyjnym” czy quizie pt. „Czyja to kończyna?”. Za te słowa Jan Pietrzak nazwał Jachirę „wynajętą zdzirą”.

Przyszła posłanka podczas Młodzieżowego Strajku Klimatycznego zamieściła też w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym stoi pod pomnikiem Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego z transparentem „Bób, hummus, włoszczyzna, vege”. Skrytykowali ją za to kombatanci. Nieżyjącego Lecha Kaczyńskiego nazwała „przeciętnym prezydentem”, a Janusza Palikota – „ciekawą osobą”.

Arkadiusz Gruszczyński: Zdobyła pani w wyborach do Sejmu 6,3 tys. głosów. To satysfakcjonujący wynik?

Klaudia Jachira, posłanka elekt Koalicji Obywatelskiej: Jak na miejsce, z którego startowałam – 13., to tak. Udało mi się zrobić ósmy wynik na liście, a nie miałam dużych środków finansowych na kampanię.

Nie jest pani z Warszawy. Co panią łączy z wyborcami ze stolicy?

– Mam tu najwięcej sympatyków.

Skąd to wiadomo?

– Widzę to po statystykach moich filmów w sieci. Oglądają mnie też Polacy mieszkający za granicą, interesujący się sprawami naszego kraju. W trakcie kampanii poleciałam do Londynu i walczyłam o ich głosy.

A jak pani walczyła o głosy warszawiaków?

– Przez ostatnie 11 lat byłam w tym mieście dwa razy w miesiącu, a przez ostatnie cztery uczestniczyłam w większości demonstracji w obronie praworządności czy na kontrmiesięcznicach smoleńskich.

Jakimi problemami warszawiaków chce się pani zajmować w Sejmie?

– Mieszkańcy stolicy najwięcej narzekają na korki, ale to sprawa samorządu. Oczywiście pewne ustawy mogłyby pomóc w upłynnieniu ruchu samochodowego, ale transport publiczny jest problemem urzędu miasta, a nie parlamentu.

A co z pieszymi? Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze apeluje o zmianę przepisów, które miałyby poprawić ich bezpieczeństwo. Zna pani ten projekt?

– Tak, jeden z wyborców mi o nim opowiedział. Trzeba usunąć z kodeksu wykroczenie „wtargnięcia na jezdnię”, a prawo ma chronić pieszego, ponieważ jest najsłabszym ogniwem w ruchu drogowym. To kierowcy mają być uważni, a nie piesi.

Myślę, że powinniśmy rozpocząć ogólnopolską dyskusję o stylu jazdy kierowców, o przyzwoleniu na szybką jazdę. Już jakiś czasu temu postawiłam sobie za punkt honoru jeździć zgodnie z przepisami. Inni kierowcy nie potrafią tego zaakceptować. Wyprzedzali mnie wszyscy, nawet z prawej strony. Będę na pewno rozmawiała z kolegami i koleżankami z klubu parlamentarnego, co można zrobić z tym problemem.

Czym jeszcze chce się pani zajmować?

– Idę do Sejmu, bo chcę patrzeć władzy na ręce. A oprócz tego bardzo ważne są dla mnie ochrona środowiska i walka ze smogiem. Warszawiacy wielokrotnie mówili mi, że chcą oddychać czystym powietrzem. Na pewno zajmę się przedsiębiorcami, ponieważ uważam, że państwo w ostatnim czasie utrudnia życie małym i średnim firmom. Korporacje dobrze sobie radzą, a drobni przedsiębiorcy przelewają duże daniny do kasy państwa. Kiedy z nimi rozmawiałam, widziałam przerażenie kolejnymi pomysłami rządu Mateusza Morawieckiego. Przecież wprowadzenie pensji minimalnej na poziomie 4 tys. zł brutto doprowadzi do bankructwa wielu firm. A w najgorszym wypadku do sytuacji, w której pracownik będzie zarabiał minimalną, a właściciel o wiele mniej.

Niektórzy uważają, że większym problemem są obecnie prawa pracownicze i niedoinwestowana Państwowa Inspekcja Pracy. Będzie pani też dbała o interesy pracowników?

– Nie namawiam pracodawców do łamania prawa pracy. Co miesiąc płacą potężne podatki. Moja mama – jako drobny przedsiębiorca – zarabia 2,5 tys. zł, a 1,5 tys. zł przelewa na konto ZUS-u. A jeszcze na koniec słyszy od partii rządzącej, że jak się jej nie podoba, to może wyjechać i założyć firmę w innym kraju.

Czyli co powinno się zrobić z ubezpieczeniem społecznym dla przedsiębiorców?

– Nie powinni być zmuszani do płacenia go za siebie. Za swoich pracowników muszą go odprowadzać, ale składka za właściciela firmy powinna być dobrowolna. Przedsiębiorcy są na tyle mądrzy, że wiedzą, jak odłożyć na emeryturę.

Przedstawia się pani jako performerka i artystka. Czy problemami tej grupy będzie się pani zajmowała?

– Tak, ponieważ mówimy o biednych ludziach, którzy nie mogą zorganizować ogromnego protestu pod Sejmem i domagać się respektowania swoich praw. Nie wysypią jak rolnicy ton jabłek. Jestem za włączeniem artystów do powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych. 90 proc. moich znajomych nie ma możliwości bezpłatnej opieki medycznej.

Czy Koalicja Obywatelska pomagała pani w kampanii wyborczej?

– Przede wszystkim umożliwia mi start, mimo że nie jestem członkiem żadnej partii.

A konkretne wsparcie?

– Dostałam 20 banerów.

W trakcie kampanii pojawiły się głosy, że powinna pani zrezygnować ze startu.

– Nie było mi miło, szczególnie, kiedy słyszałam takie opinie od „swoich”. To, że TVP zrobiła ze mnie największą hejterkę III RP, nie dziwiło.

Katarzyna Lubnauer powiedziała, że „Jachiry nie powinno być na listach”.

– Nie wszyscy muszą mnie kochać.

Wstąpi pani do Platformy Obywatelskiej?

– Nie, pozostanę niezależna.

Co z postulatem wprowadzenia w Polsce związków partnerskich?

– Jestem za.

Lewica zapowiedziała złożenie projektu ustawy liberalizującej dostęp do aborcji. Poprze ich pani?

– Oczywiście. Podpisałam deklarację Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, jestem za pełnią praw aborcyjnych i dostępu do środków antykoncepcyjnych. Jestem też za tym, żeby zmienić oddziały położnicze, gdzie brakuje dziś empatii.

A darzy pani empatią Jarosława Kaczyńskiego?

– Czasami, kiedy próbuję sobie wyobrazić, jaki jest biedny w tym sianiu nienawiści wobec tych wszystkich, którzy nie myślą tak jak on.

A wobec ofiar katastrofy smoleńskiej?

– Oczywiście, że tak. To była jedna z największych tragedii w Polsce, którą partia rządząca wykorzystała do walki politycznej. Nie ma mojej zgody na kult smoleński, teorie spiskowe, oskarżanie Donalda Tuska o zabójstwo Lecha Kaczyńskiego czy utrzymywanie z naszych podatków absurdalnej komisji smoleńskiej. A mało kto pamięta, że Antoni Macierewicz uciekł z miejsca katastrofy. Przyjechała tam za to ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, która identyfikowała ciała. Dlatego niewyobrażalna była dla mnie decyzja o ekshumacji ofiar bez zgody rodzin. To była profanacja, a politycy PiS-u powinni ponieść za to konsekwencje.

Jednak część opinii publicznej negatywnie ocenia formę krytyki, którą pani uprawia. W Sejmie zmieni pani metody?

– Chciałabym, żeby ludzie zrozumieli, kto kłamie. Mówię o faktach i nie boję się nazywać rzeczy po imieniu.

Czyli będąc na sali plenarnej Sejmu, powie pani z mównicy w stronę Jarosława Kaczyńskiego to wszystko, co widzieliśmy na pani filmikach?

– Chciałbym mu powiedzieć kilka słów prawdy. Nie mam problemu z tym, żeby podać mu rękę. Ale nie będę głaskać po głowach polityków Prawa i Sprawiedliwości, ponieważ to, jak wygląda dzisiaj nasz kraj, to ich wina. Przez nich polityka wtargnęła cztery lata temu do mojego życia. To PiS zabrał moją demokratyczną, europejską Polskę. Nie byłoby mnie dzisiaj w parlamencie, gdyby nie PiS łamiący prawo.

Myśli pani, że Jarosław Kaczyński chciałby uścisnąć dłoń polityczki, która nazwała jego brata przeciętnym prezydentem?

– To pytanie do posła Kaczyńskiego. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: mieliśmy lepszych prezydentów. I nie rozumiem, po co stawiać pomniki przeciętnemu prezydentowi.

Czyli będzie się pani domagała usunięcia jego cokołu z placu Piłsudskiego?

– Wolałabym, żeby go tam nie było. Ale jeśli mam wybór: zająć się w Sejmie poprawą bezpieczeństwa pieszych albo domaganiem się usunięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego, zdecydowanie wybieram żywych pieszych.

Kmicic z chesterfieldem

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny…

View original post 5 180 słów więcej

 

Tylko literatura nas uratuje

Wspaniała, wielka, dociekliwa Olga Tokarczuk.

Więcej o Oldze Tokarczuk i jej książkach >>>

A tak piszą alfonsi publicystyczni na prawicy na portalu braci Karnowskich o Oldze Tokarczuk.

Ale nie tylko czytajmy tę wysoką literaturę, bo jest i nie mniej ważna – wyrosła z pnia „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego.

A przy okazji cieszę się z wrocławskiego Capitolu.

Proza Marka Krajewskiego z jego bohaterem Eberhardem Mockiem zostanie wystawiona właśnie w Capitolu.

Rozmowa z reżyserem spektaklu „Mock. Czarna burleska” Konradem Imielą >>>

Kmicic z chesterfieldem

Więcej o Jędraszewskim >>>

Panu prezesowi Kaczyńskiemu gratulujemy zwycięstwa w debacie z Danutą Holecką. Przeciwnik leżał na łopatkach!

Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył polskie elity o pracę dla wrogów. Ci, którzy pracują są napiętnowani i będą piętnowani dalej – zapewnił. Zapowiedział kontynuację zmian w sądownictwie, bo sądy to, jego zdaniem, ostatnia barykada.
To ostatnia cotygodniowa Kronika Jana Skórzyńskiego, zapis działań i słów rządzącego przez cztery lata obozu PiS

Uzyskaną w drugim podejściu akceptację Parlamentu Europejskiego dla kandydatury Janusza Wojciechowskiego na komisarza rolnictwa „Wiadomości” skomentowały, że to pierwsze w historii takie stanowisko dla Polaka. Nigdy nikogo tak wpływowego nie mieliśmy w Unii Europejskiej – stwierdził prezes PiS.

W trzech różnych sprawach sądowych posłanki PiS Krystyny Pawłowicz orzekał ten sam sędzia, którego awans Pawłowicz popierała jako członek KRS. Według resortu sprawiedliwości to wynik losowania.

Komisja Europejska zaskarżyła Polskę…

View original post 1 967 słów więcej

 

Kaczyński, przegrasz!

Kmicic z chesterfieldem

W milczeniu kilkudziesięciu katolików protestowało przed budynkiem krakowskiej kurii. Już po raz drugi przyszli na Franciszkańską pod papieskie okno, żeby pokazać, że nie godzą się mowę nienawiści sączącą się z kościelnych ambon. Przynieśli kartki z hasłem: „Odzyskajmy nasz Kościół”. Zapalili też świece – „na znak solidarności z każdym, bez wyjątku”.

Po raz pierwszy pojawili się w tym miejscu latem tuż po wygłoszeniu przez metropolitę krakowskiego skandalicznych słów („Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”). Wtedy okryli się tęczową flagą, a na kartkach napisali: „tęczowa zaraza to ja”.

Po ponad dwóch miesiącach znów przyszli na Franciszkańską. – Ostatni raz byłem tu, kiedy zmarł papież Jan Paweł II. Dziś jego okno jest zamurowane. Trudno o lepszy symbol polskiego Kościoła dzisiaj” – powiedział „Wyborczej” pan Krzysztof. A pani Irena dodała: – „Wielu upatruje dzisiejszej twarzy Kościoła w postawie abpa Jędraszewskiego. Nie podoba mi się…

View original post 4 375 słów więcej

 

Post Navigation