Hairwald

W ciętej ranie obecności

Strzemiński, 25.11.2015

 

Recepta PiS na media publiczne: „Funkcjonariusze władzy” (Lis, Kraśko, Tadla) znikną z ekranu TVP

Agnieszka Kublik, Iwona Szpala, 25.11.2015

Krzysztof Czabański od wczoraj jest pełnomocnikiem rządu ds. reformy mediów publicznych. Pod jego okiem dokona się przekształcenie TVP, Polskiego Radia i PAP w instytucje kultury (dziś to spółki prawa handlowego). Na ich czele staną prezesi wybrani przez pięcioosobowe rady, których członków wyznaczą prezydent, Sejm i Senat, czyli de facto PiS

Krzysztof Czabański od wczoraj jest pełnomocnikiem rządu ds. reformy mediów publicznych. Pod jego okiem dokona się przekształcenie TVP, Polskiego Radia i PAP w instytucje kultury (dziś to spółki prawa handlowego). Na ich czele staną prezesi wybrani przez pięcioosobowe… (Fot. Krzysztof Miller / AG)

W mediach publicznych jest miejsce tylko dla dziennikarzy zlustrowanych i „niepokornych”. A prywatne będą ścigane pozwami i odcięte od reklam spółek skarbu państwa.

„Odzyskanie” mediów publicznych to jeden z priorytetów PiS obok odzyskania Trybunału Konstytucyjnego i służb specjalnych. Mówił o tym w swoim sejmowym exposé prezes PiS Jarosław Kaczyński: „Mamy do czynienia z potężnym nurtem filozoficznym, który uzasadnia nieistnienie prawdy, nie ma prawdy, są tylko narracje. Otóż, jeśli nie ma prawdy, to nie ma też uczciwej polityki, obywateli, jest tylko manipulacja. I my się na tę sytuację, która jest tutaj dzisiaj, nie zgadzamy i widzimy ich źródła. Jednym ze źródeł jest stan mediów”.

Media publiczne porównał do kurtyny, „na której wyświetla się film dla maluczkich, ale rzeczywistości nie widać. Ta kurtyna musi być zerwana. I tego rodzaju zmiany nastąpią” – zapowiedział.

Jeszcze przed wyborami Krzysztof Czabański, od wczoraj pełnomocnik rządu ds. reformy mediów publicznych, opowiadał, że projekt nowej ustawy medialnej powstaje w wąskim gronie, że będzie wprowadzany „błyskawicznie”.

Komercję i propagandę ma zastąpić misja, mecenat oraz „uczciwa” informacja. „Ci, którzy śledzą media niezależne, wiedzą, jaka jest rzeczywistość, ale zorientowani dotąd na mainstream przeżyją szok” – opowiadał Czabański w Niezalezna.pl. „Wyborcy informowali mnie, że mają już dosyć Tomasza Lisa, Beaty Tadli oraz Piotra Kraśki. Nazywali ich funkcjonariuszami władzy”. Zapewnił, że ci dziennikarze znikną z ekranu: „To moje zobowiązanie wyborcze”.

Z kim PiS chce odbudowywać media? Czabański nie podał nazwisk, ale określił nową ekipę: „ludzie uczciwi, profesjonalni, którzy chcą robić uczciwe media”. Indywidualne zaproszenia będą wysyłane do mediów komercyjnych i niezależnych.

Jak się dowiadujemy, źródłem rekrutacji będzie „mainstream” pisowski, m.in. TV Republika, „Gazeta Polska”, Niezalezna.pl i wPolityce.pl, tygodnik „wSieci” i „Do Rzeczy”.

Pod okiem Czabańskiego dokona się przekształcenie TVP, Polskiego Radia i PAP w instytucje kultury (dziś to spółki prawa handlowego). Na ich czele staną prezesi wybrani przez pięcioosobowe rady, których członków wyznaczą prezydent, Sejm i Senat, czyli de facto PiS.

.

Lustracją w publicznych

PiS też już wie, kto się nadaje do prowadzenia programów. Jego działacze mają listę dziennikarzy, których nie znoszą. To m.in. troje dziennikarzy wspomnianych przez Czabańskiego. Jeszcze przed wyborami zasady selekcji ludzi do TVP i PR wyłożył Marcin Gugulski, bliski współpracownik Antoniego Macierewicza. Na spotkaniu z Polonią w Chicago padło pytanie z sali: „Czy można lustrować dziennikarzy?”. Gugulski odpowiedział, że jeśli TVP i inne media publiczne mają być „godne tej nazwy”, to ich dziennikarze zdecydowanie powinni być lustrowani. Siedzący obok Macierewicz nie zaprzeczył.

Lustracja dziennikarzy już była. Na jesieni 2006 r. PiS znowelizował ustawę lustracyjną i wpisał ich na listę osób lustrowanych. Czabański, wtedy szef Polskiego Radia, nie czekając na tę ustawę, zaapelował do podległych dziennikarzy, by dobrowolnie występowali do IPN o zaświadczenia, czy występują w aktach b. SB. Brak kwitu z IPN mógł być pretekstem do zwolnienia. Ówczesny wiceprezes radia Jerzy Targalski ostrzegał: „Jeśli ktoś nie złożył u mnie zaświadczeń z IPN, nie jest przydatny”. Ostatecznie projekt oficjalnej lustracji dziennikarzy padł, gdy w maju 2007 r. obowiązek ten zakwestionował Trybunał Konstytucyjny.

A media prywatne?

I premier Szydło, i prezes Kaczyński w swoich exposé zapewniali, że od mediów prywatnych będą się trzymać z daleka. Szydło: „Będziemy je szanować, państwo nie ma mieć na nie wpływu”. Kaczyński: „Są poza zasięgiem władzy, nie mamy zamiaru tego zmieniać”.

Ale to nie do końca prawda. Kaczyńskiemu media prywatne silnie doskwierają, nieraz on i jego ludzie skarżyli się na „Wyborczą” i TVN. Zbigniew Ziobro mówił w TVN 24: „Polacy są dezinformowani. Trzeba zrobić wiele, by w Polsce była równowaga medialna, by był większy pluralizm”. Np. TVN „nie jest stacją obiektywną, taka jest moja opinia i bardzo wielu Polaków”. Przykład? „Materiały pana Sobieniowskiego to klasyka nierzetelności i propagandowych ustawek”.

Już po wyborach na spotkaniu prawicowego Klubu Ronina Maciej Świrski, prezes Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom, a teraz współpracownik wicepremiera Glińskiego, mówił, że „aparat medialny jest wciąż niepokonany” i spodziewa się kontrataku na rząd PiS.

Media publiczne naprawi ustawa medialna. A sposobem na unieszkodliwienie „Wyborczej” będzie odcięcie jej od ogłoszeń instytucji publicznych. Ale co zrobić z TVN? Świrski radzi pisać listy do amerykańskiego właściciela, „setki tysięcy, o tym, że TVN obraża jedną trzecią społeczeństwa”. Sala w Klubie Ronina prostowała: – Połowę społeczeństwa!

Kolejny sposób? „Procesy sądowe na masową skalę” – poleca Świrski. Przyznał, że problemem jest opłata sądowa (8 proc. wartości oczekiwanego odszkodowania), dlatego zaproponował ścieżkę pozwów zbiorowych. Za co dostał gromkie brawa.

Zobacz także

funkcjonariuszeWładzy

wyborcza.pl

Minister z czarnym pasem

Iza Michalewicz, Agata Kondzińska, 25.11.2015

Wicepremier, minister kultury Piotr Gliński

Wicepremier, minister kultury Piotr Gliński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Kaskader, żeglarz, dżudoka, maratończyk, profesor socjologii, ostatnio skandalista. Kim jest wicepremier i minister kultury Piotr Gliński?

Prywatnie – bratem znanego reżysera Roberta Glińskiego („Wszystko, co najważniejsze”, „Cześć Tereska”, „Kamienie na szaniec”). Ma też młodszą siostrę Katarzynę, która od 35 lat mieszka w Niemczech. Syn architekta i sanitariuszki batalionu „Zośka”.

Matka wicepremiera Marta Alicja Glińska, ranna w powstaniu warszawskim, przeszła szlak bojowy z Woli na Stare Miasto, by 2 września wyjść z Warszawy z ludnością cywilną. Pierwszym rannym, którego opatrywała w powstaniu i który umierał na jej rękach, był młody Niemiec postrzelony w brzuch.

Robert Gliński: – Mówił do niej o swojej matce. Rok wcześniej moją babcię Niemcy rozstrzelali na dworcu.

Cenzor

– Jestem wybuchowy, potrafię się wkurzyć i walnąć ręką w stół – przyznaje minister kultury. Może dlatego sprawowanie urzędu zacznie od próby wstrzymania premiery Teatru Polskiego we Wrocławiu. Spektakl wyreżyserowany przez Ewelinę Marciniak na podstawie opowiadań austriackiej noblistki Elfriede Jelinek zatytułowany „Śmierć i dziewczyna” wzbudzi kontrowersje po obu stronach politycznej barykady. Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu i poseł Niezależnej, zaapelował do Glińskiego, żeby oddał tekę ministra: – Premier powinien wziąć odpowiedzialność za to, czym skutkują jego działania. Dom mojej matki został obrzucony pomidorami i jajami. Ma 82 lata, wyszła rano i nogi się pod nią ugięły. Pracownicy teatru są zastraszani, otrzymują pogróżki.

Socjolog profesor Ireneusz Krzemiński: – Nie wiem, jak można z powodu zachłyśnięcia się władzą przekreślić lata swojej dydaktyki i badań, bo przecież to, co dziś robi Gliński, stoi w całkowitej sprzeczności z jego przekonaniami o demokracji społeczeństwa obywatelskiego.

Dziennikarce TVP Info Karolinie Lewickiej Gliński poirytowany tym, że mu przerywa, powie, że program „Minęła 20”, który prowadzi, jest „propagandowy”. Jako wykładowca akademicki jest przyzwyczajony do monologowania i trudno mu wyjść z tej roli. Do tej pory co tydzień jeździł pociągiem do Białegostoku na wykłady na uniwersytecie, gdzie kierował Katedrą Socjologii Struktur Społecznych tamtejszego Instytutu Socjologii. – Typ luzaka to to nie jest – mówią o nim studenci. – Zasadniczy, wymagający, o ogromnej wiedzy. Budzi respekt.

– To zupełnie nie jest jego sposób rozmowy – tłumaczy wieloletni przyjaciel ministra aktor Aleksander T. (chce pozostać anonimowy). – Bardziej wiąże się z poczuciem niezrozumienia i koniecznością wyłożenia swoich racji. Piotr jest niezwykle taktowny, o wysokiej kulturze osobistej.

Premier z tabletu

Piotr Gliński, socjolog i naukowiec PAN, ma 61 lat, pojawił się w świetle jupiterów w październiku 2012 r., kiedy to Jarosław Kaczyński w proteście przeciwko rządom Donalda Tuska desygnował go na premiera technicznego. Jego przemówienie na sali sejmowej prezes odtworzył na tablecie, co szybko stało się powodem do drwin.

Prezesa PiS Gliński poznaje przypadkiem w 2008 r., będąc gościem w Belwederze na konferencji naukowej u prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Niedawno otrzymał profesurę i jest przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Socjologicznego.

– Po przemówieniu prezydenta chciałem się do niego odnieść. Prezydent wyszedł, po czym w przerwie wrócił. Podszedłem i mówię, co myślę, ale to nie był prezydent, tylko jego brat – wspomina.

Oficjalne zaproszenie do współpracy z PiS dostaje na kongres „Polska Wielki Projekt”. Występuje z referatem o społeczeństwie obywatelskim:

– Powiedziałem, trochę krytykując, że prawica niepotrzebnie wzdraga się na tego rodzaju ruchy. Jarosław Kaczyński podszedł wtedy do mnie i zaczął rzeczowo rozmawiać. Do dziś różni nas wiele, ale nie tak wiele, żeby nie móc współpracować.

Polityk PiS: – Gliński wszedł do partii tylnymi drzwiami, ale od razu na salony prezesa. Prezes go znalazł, prezes go wymyślił i on na prezesie wisi.

W przedmowie do książki „Katastrofa smoleńska. Reakcje społeczne, polityczne i medialne” Gliński napisał z patosem: „Z wyjątkowych okoliczności katastrofy i masowej akceptacji dla patriotycznego charakteru przesłania prezydenta wynikła olbrzymia siła społecznego hołdu, jaki oddało społeczeństwo swemu prezydentowi, siła, która w kilka dni wyniosła Lecha Kaczyńskiego na Wawel”.

Pyłek mały

Do tamtego czasu przyszły minister kultury pozostawał w cieniu.

W latach 80. działał w opozycji, w zespole interwencji i mediacji „Solidarności” regionu Mazowsze. – Ale ja tam byłem „pyłek mały” – powie Gliński po latach.

Dariusz Gawin, jego przyjaciel i bezpośredni szef w Instytucie Socjologii PAN, mówił „Wyborczej” dwa lata temu: – W stanie wojennym w jego mieszkaniu zbierała się grupa osób, która dzieliła pieniądze przychodzące z Zachodu na drukowanie podziemnych wydawnictw.

Swoich sił przyszły wicepremier próbuje w Unii Wolności. W 1997 r. obok Bronisława Geremka i Jacka Kuronia startuje do Sejmu. Paweł Piskorski, ówczesny szef sztabu wyborczego UW: – Sięgał po hasła takiej nowoczesnej, ekologicznej lewicy, dlatego trochę mnie zdziwiła jego późniejsza ewolucja.

Trzy lata wcześniej w tekście dla „Wyborczej” zatytułowanym „Demokracja gnije” pisze: „Aby móc skutecznie walczyć z przejawami prywaty i dworskimi obyczajami elit władzy, trzeba mieć do czego się odwołać, na czymś się oprzeć. Tym oparciem mogą być jedynie trwale zakorzenione w społeczeństwie demokratyczne wartości kulturowe. Demokracja w Polsce nie musi gnić, ona po prostu nigdy nie powstanie w państwie nieuków, niezależnie od tego, czy będą nami rządzili święci, czy bandyci”.

Mandatu nie zdobywa, skupia się więc na pracy naukowej i działalności społecznej. Kieruje Zakładem Społeczeństwa Obywatelskiego w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Współtworzy Stowarzyszenie Klon/Jawor, które dziś prowadzi największy portal organizacji pozarządowych – http://www.ngo.pl.

Rok 2000. Protesty ekologów przeciwko budowie nowej tamy na Wiśle. Gliński pojawia się na demonstracji. Trzyma transparent z napisem „Telewizja kłamie”, ma czapkę uszankę.

– Nie wahał się stanąć jako wojownik – wspomina w programie „Czarno na białym” Jacek Bożek, współzałożyciel Zielonych 2004 i klubu Gaja. – Ci, którzy najmocniej krzyczeli, nas zostawiali, a Piotr stał. Współtworzył lewicową i radykalną Partię Zieloni, choć do niej nie przystąpił.

Analiza polskiego ruchu zielonych na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia będzie tematem jego pracy habilitacyjnej.

Kordian, kaskader i żeglarz

Politykował już w Liceum im. Bolesława Prusa, które kończył razem z późniejszym ministrem w rządzie PO Michałem Bonim. Założyli teatr. Boni reżyserował, Gliński grał, między innymi „Kordiana” Słowackiego. – To był nasz wyraz buntu – wspomina wicepremier.

Do dziś z przyjaciółmi z klasy spotykają się w warszawskim lokalu Maska (wcześniej Sułtan). Jego wielką pasją będą góry. Sześć tygodni spędzi w Himalajach. Na zdjęciach z wąsami, w kraciastej flanelowej koszuli, uśmiechnięty. – To była moja przygoda życia – powie.

Lubi ryzyko. Wspina się, żegluje. Aleksander T.: – Kiedy poznaliśmy się te ponad 30 lat temu, jako jedyny miał własny jacht klasy Venus. Rozbity sprowadził z Zachodu i wyremontował. Często zabierał na pokład dzieci swoich przyjaciół. Prowadzi jacht bezpiecznie, bardzo dużo widzi na wodzie, umie przewidywać.

Gliński w młodości trenuje dżudo (czarny pas), gra w filmach sceny kaskaderskie (m.in. w „Polskich drogach”, „Przepraszam, czy tu biją?”).

– Wykazywał zdrowy rozsądek i był pragmatykiem – mówi TVN-owi prof. Stanisław Tokarski, były kierownik zespołu kaskaderów. – Poza tym miał nienaganne maniery. Sam Gliński podsumuje po latach: – Miałem wiele ekstremalnych doświadczeń to człowieka hartuje. Dlatego po „desygnowaniu” na premiera powie: – Nie boję się trudnych wyzwań. Oceniam trzeźwo sytuację i robię coś, co jest ważne dla Polski.

Maratończyk

Długo był singlem. Żonę i matkę jego dziewięcioletniej córki Renatę Koźlicką poznał przy okazji współpracy z organizacjami pozarządowymi. Jest od niego o 20 lat młodsza. Szczupła, wysoka, rudowłosa. Pracuje jako dyrektor programowy w Polsko-Amerykańskiej Fundacji „Wolność”.

Jak przyznaje Gliński, najtrudniej jej się pogodzić z tym, że jest atakowany: – To jest najwyższa cena, jaką zapłaciłem za wejście w politykę. Moi przeciwnicy o tym wiedzą. Idę grać w piłkę z córką, zaraz zbiegają się paparazzi.

Minister kultury biega maratony, również na nartach w Jakuszycach.

Na razie wykreował w mediach wizerunek nieustępliwego zamordysty, co dla ludzi, którzy go znają, jest zaskoczeniem. Gdyby jednak musiał wycofać się z polityki, znajdzie pomysł na emeryturę:

– Mamy z żoną takie małe miejsce na Rysułówce, naprzeciwko Doliny Kościeliskiej. Kupiliśmy to, żeby było na stare lata, a dwa tygodnie później Jarosław Kaczyński zaproponował mi wejście do polityki. Ale w razie czego mam gdzie wracać.

premierZczarnymPasem

wyborcza.pl

Waszczykowski: Uchodźcy nie przyjadą

Maciej Czarnecki, Agata Kondzińska, 25.11.2015

Witold Waszczykowski

Witold Waszczykowski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Będziemy przekonywać UE, że zasady przyjmowania uchodźców muszą się zmienić – mówi szef MSZ.

MACIEJ CZARNECKI, AGATA KONDZIŃSKA: Półtorej minuty o sprawach międzynarodowych w exposé pani premier oznacza, że politykę zagraniczną będzie robił Pałac Prezydencki?

WITOLD WASZCZYKOWSKI, MINISTER SPRAW ZAGRANICZNYCH: To oznacza wyłącznie, że rząd zajmuje się kilkuset sprawami, a polityka zagraniczna jest jedną z nich. I każdej z nich pani premier mogła poświęcić zaledwie minutę-dwie, zarysowując priorytety. Będę się starał tuż po Nowym Roku przedstawić w Sejmie założenia polityki zagranicznej.

O Ukrainie nie wspomniała. Nie jest dla Polski priorytetem?

– Oczywiście, że jest. W tym kontekście padło słowo „bezpieczeństwo”, ponieważ tuż za granicą Polski trwa konflikt. Naszym zadaniem jest zabezpieczyć się przed nim poprzez współpracę z NATO i współpracę ze Stanami Zjednoczonymi, które mają wpływ na NATO. To było zasygnalizowanie kierunku.

Polska posłucha wezwań prezydenta Francji, by dołączyć do koalicji przeciwko Państwu Islamskiemu? Zaangażuje się militarnie?

– Była telefoniczna rozmowa prezydentów Francji i Polski. Francuzom zależałoby na poparciu politycznym. Do tej pory Francuzi nie zdecydowali się użyć aparatu bezpieczeństwa funkcjonującego w ramach NATO, mimo że – jak wszystko wskazuje – zostali zaatakowani przez grupę terrorystyczną kierowaną z zewnątrz. Zdecydowali się na użycie artykułu 42 traktatu lizbońskiego. Ten artykuł nie rozwija, kto i w jaki sposób ma strzec tego bezpieczeństwa. Do tej pory nie było konkretnej prośby o wsparcie militarne. Było jedynie wskazanie, że Francja jest obecnie zaangażowana w wojnę przeciwko Państwu Islamskiemu i w działalność antyterrorystyczną na obszarze Afryki Subsaharyjskiej. Francja ma jednak świadomość, jakiego wsparcia jesteśmy w stanie jej udzielić. Myślę, że może to być prośba o udział symboliczny w szerokiej koalicji państw. Dalsze ustalenia zapadną w rozmowach ministrów obrony.

Czy Polska wykona decyzję o przyjęciu 7 tys. uchodźców? Premier Beata Szydło we wtorek zapowiedziała, że Polska będzie namawiała kraje Unii Europejskiej do zmiany decyzji ws. uchodźców.

– Na pewno potrzeba jest refleksji, po tym co się wydarzyło w Paryżu i w Brukseli, i potrzebna jest rewizja decyzji Unii Europejskiej w sprawie uchodźców po decyzjach niektórych państw. Należy bezwzględnie uzgodnić definicję uchodźców i imigrantów.

Pójdziemy w ślady Danii, której premier ostatnio oświadczył, że nie przyjmie kwoty 1000 uchodźców?

– Dania jest w zupełnie innej sytuacji. Ma traktatową możliwość wyłączenia się z europejskiej polityki imigracyjnej. Natomiast my będziemy prowadzić m.in. konsultacje bilateralne na temat nowego, bardziej ostrożnego podejścia do problemu uchodźców i imigrantów. Wybieram się na takie rozmowy do Sztokholmu, Helsinek i Berlina. Zapewne sprawa pojawi się też w rozmowach pani premier w Paryżu na szczycie Unia – Turcja.

My już przyjmujemy uchodźców ze Wschodu. Teraz pytamy np. Frontex [unijna agenda ds. ochrony granic z siedzibą w Warszawie], jak wykonać decyzję o przyjęciu uchodźców z Południa. Są dwie grupy: uchodźcy i imigranci zarobkowi, a trzeba doprowadzić do ich rozdzielenia. Nie ma procedur, jak to robić. Będą próbować to robić służby danego kraju, w którym ulokowane zostaną tzw. hot spoty. One się dopiero tworzą.

W Grecji na Lesbos hot spot już jest. Tak jak stu pracowników Frontexu.

– Ale weryfikować będzie grecka służba. A wiecie, ilu jest łącznie pracowników Frontexu, którzy mają uchronić Europę? 700. Przyjmijmy wersję optymistyczną, że ktoś ma paszport prawdziwy, że jest uchodźcą. Kto będzie go kierować i gdzie? Będą budki rekrutacyjne: Niemcy, Austria, Polska? Oni mają prawo wyboru. A wybierając Polskę, wiedzą, że jadą do kolejnego obozu. Bo u nas nie ma dla nich pracy, nie ma mieszkań.

Unia daje 6 tys. euro na uchodźcę.

– To wystarczy na wynajęcie mieszkania na rok. A potem będą żyć za 1,5 tys. zł? Powtarzam: będziemy mieć problem z identyfikacją, trudno będzie wyselekcjonować wąską grupę uchodźców, a na końcu się okaże, że do Polski nikt nie będzie chciał przyjechać. Nie ma żadnej pewności, że procedury zadziałają. Przykłady mieliśmy we Francji. Zamachowcy przyjechali na paszportach zarejestrowanych w Grecji i greckie służby tak ich sprawdziły, że przepuściły. Dopiero Francuzi odkryli, że dokumenty są sfałszowane.

To co Europa ma z nimi zrobić?

– Odesłać. Część to są ludzie z Bałkanów – Kosowo, Albania, Macedonia. Nie kwalifikują się, żeby zostać, bo to są państwa europejskie. Część być może trzeba odesłać do obozów dla uchodźców, gdzie są dla nich miejsca, czyli do Libanu, Jordanii, Turcji.

Myśli pan, że w Turcji mają lepszą sytuację niż w Polsce? W Libanie mają tragiczną sytuację. Tam nie ma nawet obozów dla uchodźców.

– To trzeba stworzyć. I to jest decyzja UE, żeby pomóc krajom, w których znajdują się skupiska uchodźców, zagwarantować miejsce pobytu w krajach bezpiecznych wokół Syrii. Trzeba pomóc uchodźcom tam i trzeba podjąć inicjatywę pokojową, by zlikwidować konflikt. Tu Europa nie robi nic od czterech lat. Trzeba zacząć rozmawiać z tymi, którzy doprowadzili do konfliktu.

Z Asadem?

– Niekoniecznie z Asadem, ale z jego partią. Można tam znaleźć ludzi bardziej umiarkowanych, skłonnych do porozumienia z opozycją umiarkowaną. Konieczna jest mocna presja polityczna na kraje regionu, aby przestały finansować PI i pozwalać na przepływ tysięcy europejskich muzułmanów. Przecież na lotniskach wszystko widać. Rekrutacje są prowadzone na Facebooku.

To przyjmiemy uchodźców czy nie?

– Jeśli uda nam się wyselekcjonować prawdziwych uchodźców, będziemy mieli absolutną pewność, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy potrafią udokumentować swą tożsamość, rozpatrzymy ich wnioski azylowe.

.

Czy powinniśmy prowadzić selekcję ze względu na wyznanie?

– Uważam, że powinny być preferencje. Są na całym świecie: loterie w Stanach Zjednoczonych wśród wybranych państw, a z innych nie… Co robili Niemcy, jak otworzyli granice? Postawili budki na autostradach i pytali, kto jest informatykiem, kto mechanikiem.

Kto i gdzie miałby tworzyć wspomniane przez pana legiony Syryjczyków, które miałyby wrócić i walczyć w Syrii?

– Nie wiem. Powiedziałem podczas rozmowy publicystycznej, jak to wyglądało w przeszłości.

W całkiem niedalekiej przeszłości Amerykanie próbowali szkolić Syryjczyków do walki z PI. Okazało się to katastrofą.

– To my mamy walczyć za nich? W imię czego? Nie dziwi was, że tyle milionów Syryjczyków żyje za granicą i nie ma żadnego ruchu politycznego, który by ich jednoczył i pokazywał, co z tym wszystkim zrobić? U nas zawsze był. Ta koalicja antyasadowska nie chce stworzyć armii, która by przeciwko Asadowi walczyła. Polacy zawsze to robili. Aż do Turcji jeździł Mickiewicz, Bem bił się na Węgrzech.

Inne państwa przyjmowały wtedy Polaków, a my mamy problem z 7 tys. uchodźców. Niemcy już mówią, że Polska chce tylko brać z UE, że to nie jest solidarność.

– Trzeba im przypomnieć, że z każdego euro, które bierzemy z UE, 80 centów wraca do Europy Zachodniej. To nie prezenty dla nas, tylko układy traktatowe, które obowiązują od wielu lat. Od 1992 r. jesteśmy w układzie stowarzyszeniowym i do 2004 r., do naszego wejścia na rynki europejskie, byliśmy otwarci na zachodni biznes. Przez kilkanaście lat Europa zarabiała na nas. To u nas robią wielkie zyski korporacje międzynarodowe, sklepy, banki. Gdyby się okazało, że odcinają nas od UE, to oni by stracili przede wszystkim. Niemcom warto przypominać, po ilu latach pozwolili nam wejść na ich rynek pracy.

Powiedział pan, że szefowie służb stanowili większe zagrożenie niż to zewnętrzne.

– Przeżyłem to na własnej skórze. Widziałem, jak działają te służby przeciwko prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, przeciwko pracownikom prezydenta, ludziom w randze ministrów. Jak odbierano nam certyfikaty, inwigilowano nas, tworzono fałszywe raporty. Uważam, że odeszli, bo nie realizowali interesu bezpieczeństwa państwa.

Co oznacza zapowiedziana przez pana korekta stosunków z Niemcami?

– Nas z Niemcami bardzo wiele łączy. Nasze gospodarki są w symbiozie i nie zrobimy niczego, co popsułoby te relacje. Ale są sprawy, które nas dzielą. Np. Niemcy mają zupełnie inne podejście do bezpieczeństwa Polski. My uważamy, że w NATO nie może być dwóch pułapów bezpieczeństwa: inny dla Europy Zachodniej, gdzie stacjonują wojska amerykańskie, są bazy wojskowe, instalacje obronne, a w Polsce nic nie ma. A to Polska jest sąsiadem Rosji, która nas szantażuje.

Domaga się pan unieważnienia porozumienia NATO – Rosja z 1997 roku?

– Tak. To było porozumienie o charakterze politycznym, niezobowiązujące prawnie, podjęte w innych realiach międzynarodowych. Domagamy się wyrównania poziomu bezpieczeństwa. Niemcy uważają, że będzie to konfrontacyjne zachowanie wobec Rosji. To pytamy: o czyj komfort dbacie bardziej? Państwa, które jest w sojuszu z wami, w UE i NATO, czy państwa, które jest poza i prowadzi już trzecią wojnę: z Gruzją, Ukrainą i teraz w Syrii?

David Cameron próbuje renegocjować zasady działania UE. Jak daleko Polska posunie się, by utrzymać Wielką Brytanię w Unii?

– Bardzo daleko. Pani premier Szydło rozmawiała już z Davidem Cameronem. W przypadku trzech pierwszych postulatów dotyczących integracji europejskiej jesteśmy gotowi rozmawiać. Natomiast w przypadku czwartego punktu uważamy, że jest to stanowisko antytraktatowe, mówiące o tym, że trzeba zatrzymać jedną z podstawowych swobód UE, czyli swobodę przepływu ludności. Natomiast co do ograniczenia zasiłków – nie będziemy mieli nic do powiedzenia, jeśli to będzie prawo brytyjskie dla całej Wielkiej Brytanii, ale nie zgodzimy się na segregację. To wymagałoby zmiany traktatu, którą będziemy blokować.

Czy MSZ upomni się w Rosji o wrak Tu-154?

– Poleciłem już jednemu z wiceministrów, żeby umówił się na spotkanie, ustalił agendę, co nas łączy, co nas dzieli. Zwrot wraku również będzie przedmiotem tej rozmowy. Zapytamy, czy Rosja nadal zamierza trwać w tym uporze, że rzekomo prowadzi jakieś śledztwo.

A jeśli nie oddadzą?

– To przekażemy tę sprawę do międzynarodowych instancji. Zaskarżymy do Trybunału w Strasburgu, tak jak oni nas za Katyń skarżyli. Są trybunały arbitrażowe, do których można się odwołać o zwrot zagarniętego mienia. W resorcie analizujemy możliwości prawne na arenie międzynarodowej.

Czy w Polsce narastają ksenofobiczne emocje? We Wrocławiu narodowcy spalili kukłę Żyda.

– To nieprzemyślany wybryk. Ekscesy kibolskie mamy od lat. W Białymstoku podpalono mieszkanie Hindusów. Pamiętamy zawołanie ministra Sienkiewicza: „Idziemy po was”. Ale uważam, że nie jest to wynik antyuchodźczych nastrojów, ale pewnego rozwarstwienia intelektualnego pod względem wychowania. Mamy warstwę ludzi słabo wykształconych, nieinteresujących się sprawami zagranicznymi, do tego żyjących w skromnych warunkach. Oni będą oskarżać każdego o swą niedolę. Dziś wrogiem są imigranci, następnego dnia jakaś grupa zawodowa, której się lepiej powodzi. Frustracja jest tu podłożem.

A czy nie uważa pan, że narodowcy zawłaszczyli 11 listopada w Warszawie?

– Kto nie pozwala innym zrobić marszu? Środowiska wam bliskie jak organizują, to pod hasłem „Precz z faszyzmem”, a jakoś Polacy nie widzą tego faszyzmu. Bo w Polsce go nie ma. Są środowiska skrajnie nacjonalistyczne, zgadza się. Ale dlaczego jako minister spraw zagranicznych mam się odnosić do polityki wewnętrznej?

Może jednak przydałby się jasny sygnał od rządu w tych niespokojnych czasach, że Polska jest krajem tolerancji i solidarności z uchodźcami.

– Pytacie mnie jak na filmie „Człowiek z marmuru”: „Odetnijcie się, Birkut”. Nie mogę cierpieć za każdego, kto popełnia wybryk. Jednostkowe wybryki chuligańskie nie mają jak dotąd międzynarodowych reperkusji, nie wymagają zatem odniesienia się polskiej dyplomacji.

Witold Waszczykowski

Szef MSZ, b. ambasador w Iranie, b. wiceminister spraw zagranicznych w latach 2005-08, b. wiceszef BBN. Ma 58 lat. Ukończył historię i stosunki międzynarodowe (w USA). Pracę w dyplomacji rozpoczął w 1992 r. pracował m.in. w Biurze Łącznikowym RP przy

NATO w Brukseli. Jako wiceszef MSZ był głównym negocjatorem strony polskiej w rozmowach z USA w sprawie tarczy antyrakietowej. W 2008 r. ze stanowiska odwołał go minister Radosław Sikorski. Bez powodzenia startował na prezydenta Łodzi. Mandat posła z listy PiS zdobył w 2011 r.

AGKO

waszczykowskiPrzypomina

wyborcza.pl

 

 

 

Lenz: Gdy Schetyna był sekretarzem generalnym PO, to był najlepszy okres dla partii

08:46
Lenz

Lenz: Gdy Schetyna był sekretarzem generalnym PO, to był najlepszy okres dla partii

– Mamy trzech dobrych kandydatów, rozpoznawalnych i szanowanych w PO. Wszyscy trzej mają szereg walorów i zalet, które dają im szanse realizacji działań PO, na które liczymy, jako Platformy skutecznej, która będzie przygotowana do wyborów samorządowych i parlamentarnych. Aby te wybory wygrać – mówił dziś w TOK FM Tomasz Lenz, nawiązując do wyborów wewnętrznych w PO. Jak dodawał wiceprzewodniczący klubu PO, popierający w wyborach na szefa PO Grzegorza Schetynę:

„Nie da się ukryć, że Grzegorz Schetyna ma znacznie większe doświadczenie w zarządzaniu strukturami Platformy. Nie da się ukryć, że gdy Schetyna pełnił funkcję sekretarza generalnego, partia działała naprawdę bardzo sprawnie. To był najlepszy okres dla PO. Grzegorz potrafi zorganizować struktury, ma dobre kontakty z działaczami”

08:33
kowalczyk1

Kowalczyk: Program 500 zł na drugie i następne dziecko będzie dla wszystkich

Jak powiedział w Radiu ZET Henryk Kowalczyk o programie 500 zł na dziecko i jego dostępności:

„Myślę, że to będzie przełom I i II kwartału 2016 roku. To będzie dostępne dla wszystkich [rodzin] począwszy od drugiego dziecka. Na pierwsze dziecko – dla [rodzin] najuboższych. Ja mówię o projekcie, który jest gotowy. Prace będą w parlamencie, będą konsultacja, nie mogę mówić za to, czy wszyscy posłowie będą podzielać ten pogląd. Te pieniądze bedą na wniosek, jeśli ktoś się czuje tak bogaty, to nie musi składać. To nie jest tak, że jesteśmy najmądrzejsi, będziemy słuchać różnych opinii, być może program będzie modyfikowany”.

Jak mówił o terminie wypłat:

„Nie przewidujemy wypłat do tytuł. W naszym projekcie to było [wypłaty] od stycznia, ale dlatego, że proponowaliśmy projekt w sierpniu”.

08:19
schet

Schetyna: PO potrzebuje restartu. Musimy wrócić korzeni, także emocjonalnych

– Były twarde słowa z jednej strony, była twarda odpowiedź z drugiej strony. I pracujemy dalej. Być może w części nasz pomysł na Platformę jest podobny. Ja jestem zwolennikiem przesterowania PO w stronę lokalnych aktywności, struktur lokalnych. Powrót do gmin, powiatów, województw. Stawiam na bardzo mocny akcent przygotowujący PO do wyborów samorządowych. Tutaj się różnimy – mówił dziś w TVP Info Grzegorz Schetyna, pytany o różnice i spór z Tomaszem Siemoniakiem. Jak dodawał kandydat na szefa PO:

„Mówiąc o powrocie do korzeni, mówię o powrocie do tamtej atmosfery, chęci pracy, bycia ze sobą. Dobrych emocji. Emocje muszą być wspólne. Chciałbym, żeby to był nowy początek – bo PO po 15 latach musi mieć taki początek. Musi mieć restart. Dla tego mówię o powrocie do korzeni, także emocjonalnych”

Mówiąc o PO jako o partii opozycyjnej, Schetyna stwierdził:

„Nie zgodzę się, że PO nie punktuje rządu, jesteśmy zakładnikami takiej miedialnej tezy. Mamy jako jedyni zdolności matematyczne, by wskazywać błędy PiS i być najtwardszą opozycją, budować ten front sprzeciwu. Nie dam się wepchnąć w takie myślenie, że skoro Platforma zajmuje się sama sobą, to nie zajmuje się niczym innym. Tak nie jest. Będzie twarda ocena każdego kroku PiS”

schet1

08:00
kidawa

Kidawa o Schetynie: Jeśli krzyczy, że jest najlepszy, to znaczy, że chyba sam w to nie wierzy

– Trochę się zmieniliśmy. Jesteśmy partią opozycyjną, z bardzo trudnym przeciwnikiem politycznym – bo ta większość, którą ma PiS, zamyka drogę do dyskusji. Wolałabym, żeby kampanię wewnętrzną w Platformie prowadzić na poziomie kół, regionów, a nie w mediach. Apeluję do kolegów, żeby mnie do tych wyborów przekonywać, a nie zniechęcać – mówiła dziś w radiowej Jedynce Małgorzata Kidawa-Błońska.

Oceniając słowa Grzegorza Schetyny z wczorajszego programu Bogdana Rymanowskiego w TVN24, była marszałek Sejmu stwierdziła:

„Niepotrzebne. Jeśli ktoś tak krzyczy, twierdząc, że jest najlepszy, to znaczy, że sam ma wątpliwości. Nie można tak mówić o konkurentach, nie można takich słów używać i podważać czyjejś samodzielności. Mówienie, że Tomek Siemoniak jest człowiekiem Ewy Kopacz… Tak samo Grzegorz Schetyna był ministrem w jej rządzie i przez wiele miesięcy spotykali się na Radach Ministrów i pracowali”

Jak dodawała Kidawa:

„Najbardziej zależy mi, żeby pozasypywać wszystkie rowy i podziały. Musimy rozwiązać bolesne sprawy w Platformie, żebyśmy mogli razem współpracować. Jest potencjał. Bo większość członków PO chce ostygnięcia emocji, chce racjonalnego działania. I Tomek Siemoniak jest gwarantem tych uspokojonych emocji”

Pytana, czym różnią się od siebie Siemoniak i Schetyna, była marszałek stwierdziła:

„Na pewno temperamentem. Wizja Siemoniaka na temat tego, jak Platforma jest zarządzana i organizowana, jest mi bliższa. Propozycja Siemoniaka jest ciekawsza – otwarcie się na różne środowiska, zaktywizowanie dołów partyjnych… W PO jest kilkadziesiąt tysięcy ludzi i nie każdy z nich czuje się zagospodarowany, i to jest problem”

25.11.2015 – 07:50
witek

Rzecznik rządu: Donald Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu za Smoleńsk

Elżbieta Witek na pytanie Bogdana Rymanowskiego w TVN24, czy Donald Tusk – jak stwierdził w wywiadzie dla Super Expressu Adam Lipiński – powinien stanąć przed Trybunałem Stanu, odpowiedziała:

„Mogę panu powiedzieć moje zdanie prywatne, stanowiska rządu panu nie przedstawię, bo rząd na ten temat nie rozmawiał. Jeśli chce pan znać mój prywatny pogląd, to jeśli popatrzeć na to, co się w Polsce dzieje, patrząc na śledztwo smoleńskie, i gdyby przypomnieć sobie choćby postawę rządu holenderskiego po zestrzeleniu samolotu przez rosyjskich rebeliantów,  i porównać to do działań rządu Tuska, to widzimy kolosalne różnice – bo my nie wiemy nic. Minęło ponad 5 lat. Jak patrzymy teraz na stan polskiego państwa – a dowiadujemy się o tym powoli, bo od niedawna tworzymy rząd – to gdybym miała to przeanalizować, to powiedziałabym: tak, Trybunał Stanu dla Donalda Tuska byłby dobrą sprawą”

 

300polityka.pl

Elżbieta Witek: Trybunał Stanu dla Donalda Tuska byłby dobrą sprawą. To moje prywatne zdanie

 rzcznikRządu
kospa, 25.11.2015

Elżbeita Witek, rzecznik rządu Beaty Szydło

Elżbeita Witek, rzecznik rządu Beaty Szydło (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

– Patrząc teraz na stan polskiego państwa i za co były wnioski o Trybunał Stanu, to powiedziałabym, że Trybunał Stanu dla Donalda Tuska byłby dobrą sprawą – powiedziała w TVN24 Elżbieta Witek. Rzeczniczka rządu zaznaczyła jednak, że to jej prywatne zdanie.

O postawieniu Donalda Tuska przed Trybunałem Stanu mówi też dzisiejszemu „Super Expressowi” Adam Lipiński, sekretarz stanu w kancelarii premier Beaty Szydło. – Tusk ma sporo na sumieniu! Wystarczy wspomnieć choćby oddanie śledztwa smoleńskiego Rosji. Należałoby go postawić przed Trybunałem Stanu – cytuje jego słowa tabloid.

Trybunał Stanu dla Donalda Tuska? „Dobra sprawa”

Czy to stanowisko całego rządu? – Cały rząd na ten temat nie rozmawiał – podkreśliła rano w TVN24 rzeczniczka rządu Elżbieta Witek.

Dopytywana, „czy PiS przewiduje zajęcie się tą sprawą w najbliższym czasie”, odparła: – Nie. Myślę, że nie. Są znacznie poważniejsze sprawy niż ta.

Ale przedstawiła swoje prywatne zdanie. Witek mówiła o tym, „co się dzieje w Polsce” oraz porównała śledztwo smoleńskie, „to, co zrobił rząd polski, którym wówczas kierował Donald Tusk” z „postawą rządu holenderskiego i postawą rządu rosyjskiego po katastrofach ich samolotów” i wskazała „kolosalne różnice”.

– My nie wiemy nic. Minęło ponad pięć lat. A oni już rozpoczęli działanie – mówiła.

– I patrząc teraz na stan polskiego państwa, a dowiadujemy się o tym powoli, ponieważ od niedawna jesteśmy w rządzie, na to, że wnioski o Trybunał Stanu były także dla naszych polityków i za co, to gdybym miała to przeanalizować i porównać, to powiedziałabym, że Trybunał Stanu byłby dobrą sprawą – dodała Witek.

Wczoraj napisaliśmy o tym, że kancelaria Beaty Szydło zamknęła strony internetowe, na których zamieszczony był raport komisji Jerzego Millera o przyczynach katastrofy smoleńskiej.

Pytana o to przez dziennikarzy premier Szydło powiedziała tylko: – Ta strona została zamknięta i będzie zamknięta po prostu. Myślę, że to jest ta odpowiedź jedyna, którą mogę w tej chwili udzielić.

Szef CBA Paweł Wojtunik „sam złożył rezygnację”

Witek pytana była również o dymisję dotychczasowego szefa CBA. – Paweł Wojtunik sam złożył rezygnację – podkreśliła rzeczniczka rządu. I dodała, że wczoraj wieczorem trafiła ona z pozytywną rekomendacją koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego na biurko szefowej rządu. – I pani premier rozpoczęła teraz procedurę odwołania – tzn., zwróciła się o zaopiniowanie zarówno do komisji i kolegium ds. służb specjalnych, jak i pana prezydenta. Dopiero wtedy, kiedy to opiniowanie się zakończy, będzie można powiedzieć, że procedura odwołania została zakończona – powiedziała.

Witek podkreśliła: – Wszystko dzieje się zgodnie z przepisami.

– Są informacje, że nowy szef ABW wszczął przeciwko Wojtunikowi postępowanie, aby odebrać mu certyfikat. W ten sposób pan Wojtunik stracił dostęp do informacji tajnych – zwrócił się do rzeczniczki rządu prowadzący.

– To też prawda. Natomiast przypomnę, że także media informowały o tym, że w służbach nie dzieje się dobrze, skoro nawet premier polskiego rządu był podsłuchiwany – odpowiedziała.

„Zapowiadaliśmy, że trzeba naprawić polskie państwo”

W ubiegłym tygodniu PiS odwołał już szefów czterech służb specjalnych: Agencji Wywiadu, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służby Wywiadu Wojskowego oraz Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

– Wokół służb było bardzo gęsto, mówiło się, że one nie działają dobrze. Wobec tego Mariusz Kamiński jako koordynator ds. służb specjalnych działa skutecznie i szybko. państwo polskie musi być bezpieczne, a służby działać prawidłowo – przekonywała Witek. – Zapowiadaliśmy jako PiS, że trzeba naprawić polskie państwo i wskazywaliśmy także na to, że naszym zdaniem źle funkcjonują służby specjalne.

Jak mówiła, za taki stan rzeczy „między innymi” odpowiadał Wojtunik.

Zobacz także

witekTrybunał

wyborcza.pl

Do tych, którzy wierzyli w dobrą zmianę

Paweł Wroński, 25.11.2015

Jarosław Kaczyński - pierwsze posiedzenie Sejmu VIII kadencji

Jarosław Kaczyński – pierwsze posiedzenie Sejmu VIII kadencji (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ta nasza polska demokracja musiała być rzeczywiście niewiele warta, skoro my, Polacy, sprzedaliśmy ją za obietnicę 500 złotych (od drugiego dziecka). Ta wolność słowa rzeczywiście wydaje się fanaberią, skoro sami dziennikarze i część działaczy kultury domagają się jej ograniczenia, z radością witając rządową cenzurę.

Obserwatorzy zdają się zaszokowani tempem zmian: nocna wymiana służb, które według szefa MSZ były dla niego „zagrożeniem”, atak na Trybunał Konstytucyjny, którego rezultatem tak czy inaczej będzie paraliż – instytucji, która do europejskiego systemu prawa została wprowadzona, by przeciwdziałać totalitaryzmom. Prezydent Andrzej Duda, który zastępuje sąd, przerywając postępowanie wobec Mariusza Kamińskiego. Wicepremier recenzuje premiery teatralne. Próby terroryzowania mediów publicznych przypominają czasy Zenona Kliszki.

Tylko czy miało być inaczej? Chyba jedynie publicyści „fałszywych symetrii” wierzyli we własne zaklęcia: że „PiS dokładnie przerobił lekcję lat 2005-07 i nie popełni podobnych błędów”, że „PiS zmienił się i do władzy doszli tam ludzie myślący nowocześnie”, „dość już straszenia PiS-em” oraz wszechobecne „dość histerii”.

PiS wcale się nie zmienił. A jedyna lekcja wyciągnięta z lat 2005-07 polega na przekonaniu: to, co wówczas robiono w ciągu lat dwóch, trzeba zrobić w trzy miesiące. „Przyspieszenie” – to była w przeszłości ulubiona idea prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Trudno zresztą winić PiS za to, że korzysta z szansy, jaką otrzymał w prezencie od wyborców i historii. Jarosław Kaczyński chce wykorzystać premię, jaką daje mu entuzjazm po wygranych wyborach. Chce wykorzystać to, że opozycja jest rozbita. Lewica zanikła, w PO toczy się walka o władzę, a dodatkowo Platforma wraz z Nowoczesną walczą ze sobą o ten sam elektorat. PiS wspiera partia Pawła Kukiza, który przyprowadził do Sejmu konglomerat narodowo-anarchistyczny. Wykorzystuje błędy PO, która m.in. sama zapoczątkowała podmywanie zasady wyboru sędziów Trybunału.

PiS sprzyja jeszcze sytuacja międzynarodowa. Europa jest bardziej zajęta problemem zamachów terrorystycznych i walką z Państwem Islamskim, a mniej ekscesami Prawa i Sprawiedliwości. W obliczu łamiącej się europejskiej wspólnoty problemy demokracji w Polsce stają się marginalne. Z tego punktu widzenia PiS ma więcej szczęścia niż Viktor Orbán, który od początku swoich antydemokratycznych działań był na cenzurowanym.

Co w tej sytuacji jest ciekawe? Nie wiemy, jak ta historia się skończy. Na razie ciągle nie wiadomo, jaki model polityczny docelowo chce wprowadzić PiS. Hasło „rozwój, rozwój, rozwój” to zasłona dymna, za którą kryją się głębokie zmiany polityczne. Fundamentalnymi pytaniami jest, czy PiS chce utrzymać w Polsce system liberalnej demokracji, czy chce powrotu do PRL, tylko bez komunistów. Oraz czy po 2020 roku, gdy skończą się unijne dotacje, PiS planuje wyjście z Unii Europejskiej pod hasłem odzyskania pełnej niepodległości. Bo to chyba jeszcze nie zostało przesądzone.

doTychKtórzy

wyborcza.pl

Władysław Strzemiński: życie z parszywą Kobrą. Muzy i ich artyści cz. 13

Sebastian Duda, 23.11.2015

Władysław Strzemiński (1893-1952)

Władysław Strzemiński (1893-1952) (Fot. Archiwum)

Podczas rozpraw sądowych wyczuwało się wielkie napięcie między małżonkami. Ci, którzy znali ich wcześniej, nie pojmowali, dlaczego wieloletnia miłość i wzajemne oddanie się sobie obojga artystów zmieniły się w aż taką nienawiść.

Wiosną 1947 r. Władysław Strzemiński, znany malarz i profesor Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi, złożył w tamtejszym sądzie grodzkim pozew o odebranie jego żonie Katarzynie Kobro-Strzemińskiej praw rodzicielskich do ich 11-letniej córki Jakobiny nazywanej Niką. Choć wciąż mieszkali razem, malarz nic nie powiedział żonie o wniosku. Dowiedziała się, gdy przyszło wezwanie do sądu, i zanotowała wtedy w zeszycie, w którym prowadziła zapiski:Oskarżył mnie człowiek, z którym żyłam ponad dwadzieścia lat (…). Teraz stoję przed ruiną całego swojego życia.

Wkrótce Strzemiński wyprowadził się z mieszkania przy ul. Srebrzyńskiej i początkowo nocował kątem na uczelni, a w lipcu 1947 r. wynajął pokój na mieście. 25 października wysłał list do swojego przyjaciela, poety Juliana Przybosia: Od lipca mieszkam osobno, prowadzę proces z parszywą Kobrą o odebranie córki. Zakończenie procesu (trzy razy odraczano ze względu na świadków) wyznaczono na 29 bm. Zdaje się, że ona będzie miała sprawę karną. Zasłużyła.

Jako powód wniosku o odebranie żonie praw rodzicielskich podał „wynaradawianie dziecka”. W tużpowojennej Polsce oznaczało to poważne oskarżenie, ale Kobro była z pochodzenia Rosjanką, co przez ówczesne władze nie musiało być źle widziane. Dlatego oskarżył żonę o to, że podczas okupacji i w tajemnicy przed nim podpisała tzw. listę rosyjską.

Mandelsztamowie: miłość w czasach nędzy i strachu. Muzy i ich artyści cz. 12

„O niemcach mówiła bardzo źle”

Historyk Leszek Olejnik pisze: W latach okupacji hitlerowskiej położenie społeczności rosyjskiej w Łodzi było nieco lepsze niż polskiej, choć mniej korzystne niż osób deklarujących narodowość niemiecką (volksdeutsche). Istniał w Łodzi Komitet Rosyjski będący agendą centrali w Berlinie. Zgłaszającym się osobom wydawano tam poświadczenia narodowości rosyjskiej. Otwarte były świątynie prawosławne. W kilku szkołach niemieckich były wydzielone klasy, w których prowadzono lekcje dla dzieci rosyjskich. Niemcy zgadzali się jednak tylko na kontrolowane przez siebie formy działalności niepolskich narodowości. Nika Strzemińska była uczennicą klasy rosyjskiej w jednej z niemieckich szkół w mieście, które od 1940 r. nazywało się Litzmannstadt, ale nie znaczyło to, że jej matka utrzymywała jakieś szczególne kontakty z Niemcami.

Łódzki sąd postanowił dokładniej zbadać sprawę i w związku z tym wzywał kolejnych świadków. 10 września 1947 r. ich sąsiadka Maria Kobylińska zeznała:Państwo Strzemińscy żyli w warunkach materialnych bardzo złych. O niemcach p. Strzemińska mówiła bardzo źle i wyrażała się o końcu wojny jak o chwili wyzwolenia, dziecko bawiło się tylko z dziećmi polskimi, jakkolwiek mieszkaliśmy tylko wśród niemców. Nie zauważyłam, by pani Strzemińska utrzymywała stosunki z niemcami. Dziecko Strzemińskich skarżyło się do mnie, że p. Strzemiński chce zabić mamusię szczudłem, to samo powtarzała moja córka, która jest o rok młodsza od córki p. Strzemińskiej. Bywając ciągle u p. Strzemińskiej, słyszałam, że p. Strzemiński zarzucał żonie niemiecką narodowość. Od męża słyszałam, jak również sama widziałam, że p. Strzemiński często rozmawiał z niemcami, i mój mąż mówił, że Strzemiński pozdrawiał niemców [słowami] Heil Hitler. Od p. Strzemińskiej wiedziałam, że p. Strzemiński rysuje portrety z fotografii niemców wojskowych, np. widziałam portret syna sklepikarza wojskowego i innego młodego wojskowego. Pan Strzemiński nie ukrywał się. Pani Strzemińska w stosunku do Narodu i Państwa Polskiego w czasie okupacji, jak i teraz jest lojalna. (…) Wychowuje dziecko dobrze. Dziecko źle się wyraża o ojcu, co przypisuję (…) zbyt ordynarnemu nastawieniu p. Strzemińskiego w stosunkach domowych. Ordynarne zachowanie stwierdzam w stosunku do matki, do dziecka nie, gdyż kocha je . (…) Opinia (…) jest taka, że p. Strzemiński jest anormalny, gdyż jest awanturnik. U p. Strzemińskiej nie spostrzegłam nigdy wybuchów.

Ekscentryk i nimfomanka. Muzy i ich artyści cz. 11

Szpitalna znajomość

Poznali się późną wiosną 1916 r. w Szpitalu im. Prochorowa w Moskwie. 18-letnia Katia von Kobro zdała właśnie maturę w ewakuowanym z Warszawy III Żeńskim Gimnazjum i została sanitariuszką. Była Rosjanką, ale przyjaźniła się z Polkami, koleżankami z klasy, i może dlatego zwróciła uwagę na niebieskookiego Polaka. Miał niespełna 23 lata i nazywał się Władysław Strzemiński.

Urodził się Mińsku Litewskim, ukończył moskiewską Szkołę Kadetów oraz Wojskową Szkołę Inżynierii Lądowej w Petersburgu i zaraz po egzaminach trafił na front. Służył w twierdzy w Osowcu na Podlasiu, później dowodził oddziałem saperów. W nocy z 6 na 7 maja 1916 r. niedaleko miejscowości Pierszaje na Białorusi jego podkomendny potknął się, wychodząc z okopu. Trzymał w ręku odbezpieczony granat, który machinalnie rzucił do sąsiedniej transzei. Strzemiński przeżył wybuch, ale lekarze musieli mu amputować dwie trzecie prawego uda i ponad połowę lewego przedramienia. Uszkodzone zostało też prawe oko.

Wiedział, że do wojska już nie wróci, i był wdzięczny siostrze von Kobro, że poświęcała mu tyle uwagi. Opowiadał jej o szczęśliwym dzieciństwie, o rodzinnym mieście, domu z pięknym ogrodem i sadem. Ona mówiła mu o swej fascynacji sztuką i pokazywała rysunki, które przeglądał z zainteresowaniem. W trakcie studiów w Petersburgu bywał w muzeach i zyskał pewne rozeznanie w dziejach i formach sztuki dawnej, ale nie zamierzał się nią zajmować. Po wielu latach wyznał, że został artystą dlatego, iż spotkał pannę von Kobro.

Trójkąt artystyczno-rewolucyjny. Muzy i ich artyści cz. 10

Wyznawca Malewicza

Nie zakochali się w sobie od razu. Na kilkanaście miesięcy stracili się nawet z oczu. Strzemiński musiał na nowo nauczyć się chodzić, co trwało długo, a dopasowywane kolejno protezy nogi wywoływały niekończące się bóle fantomowe. Mógł używać tylko szczudeł i w ten sposób poruszał się aż do końca życia.

Po wyjściu ze szpitala zaczął zwiedzać moskiewskie muzea i galerie; szczególne wrażenie zrobiły na nim kolekcje Iwana Morozowa i Siergieja Szczukina. Po raz pierwszy zobaczył tam nowoczesne malarstwo francuskie – od impresjonizmu po kubizm. Tak go to zafascynowało, że wstąpił do Moskiewskiego Instytutu im. Stroganowa, nie wiedząc, że od jesieni 1917 r. Kobro studiuje w konkurencyjnej Moskiewskiej Szkole Malarstwa, Rzeźby i Architektury. Spotkali się jesienią 1917 r., gdy nowe bolszewickie władze przekształciły obie uczelnie w Państwowe Wolne Pracownie Artystyczne. Ona podkochiwała się wtedy w koledze ze studiów, ideowym komuniście, co Strzemiński będzie jej kiedyś wściekle wypominać.

Wkrótce jednak zaczął ją fascynować kaleki żołnierz, który postanowił zostać artystą. On szybko został asystentem sławnego już Kazimierza Malewicza, twórcy suprematyzmu, oraz wyznawcą tej awangardowej teorii i praktyki malarskiej, w której „bezprzedmiotowość” i „niefiguratywność” zostały podniesione do rangi absolutu. Słynny „Czarny kwadrat na białym tle” Malewicza stał się dla Strzemińskiego stałym punktem odniesienia we własnej twórczości. Niebawem sam zasłynął jako awangardzista, a kilka jego obrazów zostało wybranych do powołanego przez bolszewików Muzeum Kultury Artystycznej w Piotrogrodzie. Wraz z Aleksandrem Rodczenką próbował stworzyć sieć „muzeów kultury artystycznej” eksponujących „odpowiadającą wymogom rewolucji sztukę nowej epoki”.

W 1919 r. Malewicz przeniósł się do Witebska, gdzie przekształcił Wolne Pracownie w „akademię suprematystyczną” i założył grupę Krzewicieli Nowej Sztuki (Unowis). Strzemiński, który uważał go za „mistrza jedynego”, został szefem oddziału Unowisu w Smoleńsku i niebawem w propagowaniu awangardy zaczęła mu pomagać Katia Kobro, utalentowana rzeźbiarka. 12 maja 1920 r. w urzędzie stanu cywilnego w Smoleńsku wzięli ślub.

W sierpniu bolszewicy ponieśli klęskę pod Warszawą, a na jesieni Lenin zaczął krytykować awangardzistów, mówiąc, że artyści powinni być rzemieślnikami tworzącymi dla społeczeństwa. W odpowiedzi na słowa wodza rewolucji wielu porzuciło malarstwo czy rzeźbę dla fotografii bądź projektowania strojów i ceramiki, ale Strzemińscy nie zamierzali się poddać temu dyktatowi. Na początku 1922 r. postanowili wyjechać do Wilna, do rodziny Strzemińskiego, która przeniosła się tam z Mińska.

Najsłynniejsza para epoki jazzu. Muzy i ich artyści cz. 9

Służąca teściowej

Granicę przekroczyli nielegalnie, ona niosła cały bagaż, przedzierali się przez rojsty i bagniska, na opłacenie przewodnika poszła jej biżuteria otrzymana od matki na czarną godzinę. Po przejściu granicy zatrzymał ich polski patrol i jako rzekomi szpiedzy spędzili kilka tygodni w areszcie. Katarzyna myślała, że krótko zabawią w Wilnie i wyjadą do Paryża, ale nie mieli na to pieniędzy. Na widok synowej matka Strzemińskiego powiedziała chłodno: „Tylko dzieci nie miej. Władkiem się opiekuj”. Katia słabo wtedy rozumiała polski, ale te słowa zapadły jej w pamięć na całe życie.

W Wilnie doznawała nieustannych zniewag. Gdy na ulicy odzywała się po rosyjsku czy łamaną polszczyzną, ludzie wołali na nią: „kacapka” i spluwali z odrazą. I nie miała też wystarczającego wsparcia w mężu, który zaczął się obnosić z polskim patriotyzmem. Nie bardzo to rozumiała, sądziła, że sztuka awangardowa czyni z jej twórców kosmopolitów. Sama wywodziła się z zamożnej rodziny kupieckiej z tytułem szlacheckim i niemieckimi korzeniami, która po rewolucji osiadła w Rydze. W Wilnie teściowa nieustannie pędziła ją do prac domowych i traktowała niemal jak służącą.

Rosyjska bogdanka. Muzy i ich artyści cz. 8

Powrót do sztuki

On szybko stał się jedną z najbardziej znaczących postaci polskiej awangardy artystycznej i nie chciał już jechać do Paryża. Ona uznała, że przy mężu najlepiej rozwinie swój talent, i wróciła do rzeźbienia. Zgodnie z postulatami awangardy dążyła do tego, by w dziele nie przejawiała się indywidualna ekspresja, miało być absolutnie abstrakcyjne. Tworzyła rzeźby tak, aby nie były odizolowanymi bryłami, lecz aby współgrały z przestrzenią, w której się znajdowały. Chętnie używała materiałów uznawanych dotąd za nieodpowiednie dla rzeźby, np. korka drzewnego czy rozmaitych metali. Jej twórczość stanowiła kontrapunkt dla dzieł męża, który w latach 20. pracował nad oryginalną teorią malarstwa nazwaną przez niego unizmem, a polegającą na ostatecznym odejściu od sztuki przedstawieniowej. Liczyć się miała tylko płaskość powierzchni obrazu (bez perspektywy, światłocienia i kontrastów kolorystycznych) doskonale zamknięta w ramach.

W ciągu kilku lat Strzemińscy zadomowili się w Polsce i bezskutecznie próbowali sprowadzić z ZSRR Malewicza, Polaka z pochodzenia. Współtworzyli awangardowe grupy artystyczne: Blok, Praesens i a.r. Przyjaźnili się z Tadeuszem Peiperem, Julianem Przybosiem i Janem Brzękowskim. Po dwóch latach od przyjazdu Kobro wystąpiła o polskie obywatelstwo – w tym celu musieli pojechać na Łotwę (uznaną przez władze za jej kraj rodzinny) i wziąć ślub kościelny w obrządku religijnym męża. 29 lipca 1924 r. w Rydze ksiądz dał im ślub katolicki i Katia stała się oficjalnie Katarzyną Kobro-Strzemińską.

Oddana córce

Od 1931 r. mieszkali w Łodzi. Strzemińska nie posłuchała teściowej i zaszła w ciążę. Za pierwszym razem poroniła, ale 6 listopada 1936 r., trzy miesiące przed terminem, w szpitalu ewangelickim w Łodzi przyszła na świat córka, której nadali imiona Jakobina Ingeborga. Po latach Strzemińska pisała: Dziecko było czymś zatrute . Chorowało i chorowało. Trzy miesiące jego choroby i mojego niespania doprowadziły mnie do pełnego wycieńczenia. Moje dziecko nie miało niemowlęctwa. Do drugiego roku życia bezustannie krzyczało. Leki nie skutkowały. Znajomi z rzadka bywali u nas w domu. Przychodzili wyłącznie do kuchni. Jeśli tam rozmawiali, dziecko budziło się. Nikt oprócz mnie nie potrafił go ukołysać. Trzeba było z nim tańczyć w rytm piosenek, żeby drzemało. I to był koszmar, i to było okropieństwo. Strzemiński twierdził, że córkę zatruli Niemcy w szpitalu ewangelickim tuż po urodzeniu, ale zdaniem pediatrów dziecko było chorowite z powodu nałogu tytoniowego matki, która paliła w ciąży. Po narodzinach córki (nazywano ją w domu Uką) odstawiła sztukę na dalszy plan i poświęciła się dziecku.

Z powrotem w Łodzi

Po wybuchu wojny uciekli do Wilejki na Wileńszczyźnie, gdzie mieszkała jego rodzina. Gdy po Bożym Narodzeniu 1939 r. Sowieci zaczęli deportować Polaków na wschód, Strzemiński spalił metrykę urodzenia żony (przyszła na świat 26 stycznia 1898 r. w Moskwie) i ich akt ślubu ze Smoleńska. Odtąd jedynym oficjalnym dokumentem, jakim dysponowali, było zaświadczenie o ślubie w Rydze, które pomogło w przedostaniu się z powrotem do Łodzi. Hitlerowcy uznali, że Strzemińska jest pochodzenia niemieckiego, i pozwolili, by wraz z rodziną osiedliła się w Rzeszy, do której Łódź została przyłączona. Trafili tam w połowie maja 1940 r. Obawiając się, że jako znany artysta awangardowy może zostać aresztowany, Strzemiński podał rosyjski dokument, w którym jego nazwisko zapisano w transkrypcji cyrylicą jako „Stszeminski”. Wkrótce, najprawdopodobniej jednak za zgodą przestraszonego męża, Katarzyna podpisała „listę rosyjską”, co stało się początkiem końca ich małżeństwa.

Strzemiński zaczął regularnie poniżać żonę i bić ją szczudłami. Córka tak po latach tłumaczyła dramat związku rodziców: [Ojciec] czuł się pewnie zdrajcą. Każdy kęs jedzenia, kupowanego na lepsze niż otrzymywali jego rodacy kartki, przypominał mu podjętą w 1940 r. decyzję. Za własne przykre doznania winił przede wszystkim [moją] matkę, która znajdowała się najbliżej. Będąc Rosjanką od urodzenia, stanowiła dla niego – Rosjanina z wojennego przypadku – niemy, a potem już nie niemy, wyrzut dręczący jego sumienie.

Wiosną 1944 r. w tajemnicy przed mężem Katarzyna ochrzciła córkę w cerkwi. Dziecku nadano imię Nika. Kiedy wieczorem dziewczynka pochwaliła się ojcu, że została namaszczona pachnącymi olejami, ten wpadł we wściekłość i poturbował żonę. On też czekał na moment, by w tajemnicy przed żoną ochrzcić dziecko w Kościele katolickim. Zamiar ten spełnił, ale w dorosłym życiu Nika wybrała prawosławie.

Odtąd w obecności córki coraz częściej bił żonę, wyzywając ją od „kacapek” i „folksdojczek”, zarzucał, że niewystarczająco opiekuje się dzieckiem. W pewnym momencie Katarzyna porąbała ukryte w piwnicy swoje drewniane rzeźby i użyła ich jako podpałki w piecu, by ugotować zupę córce. W niczym nie zmieniło to nastawienia męża. Przestali się do siebie odzywać, a wzajemne inwektywy przekazywali sobie za pośrednictwem córki, która, już jako lekarz psychiatra, opowiadała po latach: „To, co widziałam, wpłynęło na resztę mojego życia, na mój stosunek do otoczenia, do mężczyzn. Bałam się, że w przyszłości moje małżeństwo zamieni się w coś zbliżonego do związku moich rodziców, w którym nigdy nie było czułości, serdeczności, miłości”.

Wyrok i śmierć

29 października 1947 r. łódzki sąd przyznał prawo opieki nad córką matce, pouczając ją jednocześnie o obowiązku wychowania niepełnoletniej Jakobiny Strzemińskiej w szacunku do ojca jej, Władysława Strzemińskiego, z zagrożeniem odebrania jej władzy rodzicielskiej, w razie niestosowania się do poniższego upomnienia i pouczenia, w stosunku do wymienionego dziecka.

Kiedy Strzemiński odwołał się od wyroku, Katarzyna napisała do sądu wyższej instancji dramatyczny list: Proszę Wysokiego Sądu, ponieważ jestem zdenerwowana i przygnębiona nawałem podłości ludzkiej, która stara się mnie zgnębić, i mogę łatwo zapomnieć to, co bym chciała powiedzieć, uprzejmie proszę przyjąć ode mnie to podanie. (…) Teraz ja tylko ratuję swoje dziecko i nie chcę jego zagłady. Wolę, aby było uczciwym człowiekiem, kochało zwierzęta i ludzi. (…) Nie oskarżałam go o nic, ale gdy idzie o dziecko, zrobię i to. Będę broniła swoje dziecko jak zwierzę, dopóki będę oddychać. Jestem biedna, nie mam całej koszuli na ciele. Nie mam dwudziestu tysięcy złotych, aby kupić sobie jeden występ obrotnego adwokata. 22 stycznia 1948 r. Sąd Okręgowy w Łodzi utrzymał poprzedni wyrok.

Kobro-Strzemińska próbowała za wszelką cenę dać przyzwoite utrzymanie Nice, ale jej sztukę w powojennej Polsce traktowano z wielką podejrzliwością. W 1949 r. zatrudniła się jako nauczycielka rosyjskiego w łódzkiej szkole. W styczniu następnego roku okazało się, że ma raka szyjki macicy w zaawansowanym stadium. Zmarła 21 lutego 1951 r. Przed śmiercią Strzemiński odwiedził ją tylko raz, a spotkanie zakończyło się awanturą. Usłyszał: „Nie chcę, byś się zjawił na moim pogrzebie”.

Kilka dni [po pogrzebie] przyszedł ojciec – pisała po latach Nika Strzemińska.Powiadomiłam go o śmierci matki. Po krótkim milczeniu zapytał: „Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej? Położyłbym na jej grobie niebieskie kwiatki”. Nie wyjaśnił, dlaczego niebieskie. Może ten kolor kojarzył mu się z latami, kiedy oboje byli młodzi, zdrowi, zakochani, otwierało się przed nimi życie pełne możliwości twórczych? Uświadomiłam sobie wówczas, że w tym roku, ani w żadnym następnym, nie będziemy z matką zbierać w lesie kwiatków. Niektóre z nich bywały niebieskie. I dopiero wtedy pierwszy raz od jej śmierci byłam zdolna rozpłakać się.

Strzemiński umieścił córkę w sierocińcu. Zmarł 26 grudnia 1952 r. w Łodzi.

Korzystałem m.in. z książki Małgorzaty Czyńskiej „Kobro. Skok w przestrzeń”, Wołowiec 2015

Wideo „Ale Historia” to najciekawsze fakty, ciekawostki i intrygujące smaczki minionych wieków i lat. To opowieść o naszych przodkach, a więc i o nas samych, która pozwala lepiej zrozumieć świat, jego kulturę i naszą własną mentalność. Zafascynuj się przeszłością, by lepiej zrozumieć teraźniejszość!

W ”Ale Historia” czytaj też:

Życie z parszywą Kobrą
Podczas rozpraw sądowych wyczuwało się wielkie napięcie między małżonkami. Ci, którzy znali ich wcześniej, nie pojmowali, dlaczego wieloletnia miłość i wzajemne oddanie się sobie obojga artystów zmieniły się w aż taką nienawiść

Ziemia Święta. 50 dukatów all-inclusive
Pielgrzymki do Jerozolimy cieszyły się w średniowieczu ogromnym zainteresowaniem. Podróżowało się za pośrednictwem Wenecjan, którzy stworzyli potężny przemysł pielgrzymkowy kontrolowany przez władze Republiki Weneckiej

Jak wybuchły gwiezdne wojny
Mało kto wierzył w sukces „Gwiezdnych wojen”. Pierwszy pokaz dla przyjaciół George Lucas urządził w swoim domu. Brian De Palma kpił z „Mocy wszechmogącej” i z zakrywających uszy loków księżniczki Lei. Mówił, że to prawdopodobnie najgorszy film, jaki kiedykolwiek widział, a po każdym jego zdaniu Lucas głębiej zapadał się w krzesło

Kołtun polski
Przez kilkaset lat lekarze spierali się o to, czy kołtun jest skutkiem, czy przyczyną jakiejś choroby, i nie wiedzieli, jak się go pozbyć. W końcu problem załatwił prezydent Krakowa

Niespodziewane efekty akcji „Hiacynt”
30 lat temu, 15 i 16 listopada 1985 r., milicja, prawdopodobnie we współpracy z SB, przeprowadziła wymierzoną w gejów ogólnopolską akcję pod kryptonimem „Hiacynt”. W odpowiedzi na szykany część homoseksualistów zaczęła się organizować i nawet wydawać własne pisma

Zobacz także

biłJą

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: