Hairwald

W ciętej ranie obecności

Sado (01.01.15)

 

Zbliża się obca gwiazda. Tego spotkania nasza cywilizacja może nie przetrwać

Piotr Cieśliński, 01.01.2015
Tak może wyglądać kometa wpadająca w ziemską atmosferę

Tak może wyglądać kometa wpadająca w ziemską atmosferę

To najświeższa z czarnych prognoz naukowych, choć, na szczęście, nie na najbliższy rok. Układ Słoneczny zderzy się z pomarańczowym karłem Hip 85605 za mniej więcej 240 tys. lat. Czeka nas śmiertelny deszcz komet.
Ta katastroficzna prognoza jest wynikiem obliczeń brytyjskiego astrofizyka Coryna Bailera-Jonesa zatrudnionego w Instytucie Astronomii im. Maxa Plancka w Heidelbergu w Niemczech. Wykonał on symulację ruchu blisko 50 tys. gwiazd, jakie znajdują się w promieniu kilkudziesięciu lat świetlnych od naszego układu, i ustalił, które z nich w najbliższej przyszłości zawędrują w nasze bezpośrednie sąsiedztwo.Obliczenia są oczywiście obarczone marginesem błędu, bo astronomowie nie znają ze 100-proc. pewnością położenia ani – przede wszystkim – dokładnej prędkości i kierunku ruchu wszystkich okolicznych gwiazd. Coryn Bailer-Jones to uwzględnił w swoich rachunkach.

Wynika z nich, że spośród 50 tys. gwiazd, których trajektorie prześledził na swoim komputerze, 14 zbliży się na odległość mniejszą niż trzy lata świetlne (obecnie od najbliższej gwiazdy Proxima Centauri dzieli nas 4,22 lat świetlnych).

Ześle nam miliony komet

Najbardziej nam zagraża gwiazda Hip 85605, która za ćwierć miliona lat z ponad 90-proc. prawdopodobieństwem zbliży się do Słońca na odległość od 0,13 do 0,7 lat świetlnych.

To niewielka gwiazda, słabiej świecąca i dużo lżejsza niż Słońce. Obecnie dzieli nas od niej ok. 16 lat świetlnych. Ze względu na widmo światła jest zaliczana do pomarańczowych lub czerwonych karłów.

Nawet w czasie minimalnego zbliżenia – będzie wtedy dalej od Słońca niż ostatnia planeta Neptun – nie grozi Ziemi jej promieniowanie ani też na przykład jakieś szczególne siły pływowe wywołane jej grawitacją.

Niebezpieczeństwo jest związane z tym, że Hip 85605 przetnie obłok „zamrożonych” komet, które niczym rój pszczół otaczają Układ Słoneczny mniej więcej w odległości roku świetlnego.

Ta chmara miliardów lodowych ciał, zwana Obłokiem Oorta, to pozostałość po czasach, gdy formowały się planety. Na co dzień nie odczuwamy i nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. Z Ziemi, z tej odległości, nie jesteśmy w stanie dostrzec żadnej z tych lodowych brył o rozmiarach od kilkuset metrów do kilku kilometrów. Dopiero gdy coś zakłóci trajektorię jednej z nich i skieruje się do wnętrza układu, widzimy ją jako kometę, która czasem przelatuje całkiem blisko Ziemi.

Gdy Hip 85605 wpadnie w Obłok Oorta, to zachowa się jak słoń w składzie porcelany. Już nie jedna, ale tysiące – a według niektórych szacunków miliony – komet jednocześnie pomknie w kierunku Słońca. Ziemia i reszta planet naszego układu przeżyje prawdziwy Armagedon. Być może wcale nie pierwszy w swych dziejach. Liczne kratery na Księżycu, Marsie czy Merkurym dowodzą, że takie bombardowania musiały zdarzać się już wcześniej.

Gwiazdy śmierci

Na Ziemi te blizny po dawnych uderzeniach z kosmosu są maskowane przez naturalne procesy erozji i ruchy tektoniczne, które odmładzają powierzchnię naszej planety.

Niektórzy astrofizycy sugerują, że okresy tzw. wielkiego wymierania w dziejach życia, gdy w krótkim czasie ginęła znaczna część gatunków na Ziemi, mogły wiązać się właśnie z bliskim przejściem jakiejś gwiazdy. Kiedyś nawet poważnie rozważano możliwość, że Słońce ma stałą towarzyszkę – nazwano ją imieniem greckiej bogini przeznaczenia i zemsty Nemezis – która co jakiś czas zbliża się i wywołuje pożogę na Ziemi.

Nemezis nigdy nie udało się wykryć, ale niewykluczone, że jej rolę odgrywa za każdym razem inna gwiazda. Jak dowodzą rachunki Coryna Bailera-Jonesa, otoczenie Słońca dynamicznie się zmienia i spotkania z obcymi gwiazdami nie należą do rzadkości.

Czas na przygotowanie się do spotkania

Jeśli unikniemy katastrofy z powodu Hip 85605, to kolejną gwiazdą śmierci może się okazać pomarańczowy karzeł GL 710. On podejdzie równie blisko do Słońca, choć nieco później – bo dopiero za 1,3 mln lat.

Z kolei za 3,8 mln lat czeka nas spotkanie z najjaśniejszą gwiazdą południowej konstelacji Mikroskopu, która jest 2,5 razy cięższa od Słońca. Bardziej masywne gwiazdy oprócz zakłócenia Obłoku Oorta będą nam też szkodziły swoim promieniowaniem.

Największego pecha mielibyśmy, gdyby w pobliżu wybuchła supernowa, ale na razie na to się nie zanosi, choć niektórzy ze strachem spoglądają w kierunku Eta Carinae, jednej z najjaśniejszych i najbardziej masywnych gwiazd w naszej Galaktyce. Ale ona jest w dość bezpiecznej odległości 7,5 tys. lat świetlnych, choć na dobrą sprawę dziś nie potrafimy przewidzieć wszystkich konsekwencji jej eksplozji.

Do najbliższego bliskiego spotkania z obcą gwiazdą mamy wciąż 250 tys. lat. Tyle mniej więcej czasu zajęła gatunkowi Homo sapiens ewolucja, stworzenie cywilizacji i narzędzi, dzięki którym mogliśmy wykryć zagrożenie. Trzeba mieć nadzieję, że w ciągu kolejnych setek tysięcy lat nauczymy się, jak się obronić przed chmarą nadciągających komet.

Źródło: oryginalna praca Coryna Bailera-Jonesa w serwisie Arxiv. org

Zobacz także

wyborcza.pl

Z mamą bawimy się w sado-maso

Tomasz Kwaśniewski, rys. Anna Reinert, 31.12.2014
Przeważnie zaczynamy od dobrej kolacji. Zakładam suknię, gorset albo lateks. Rozmawiamy, całujemy się, a potem Marcin każe mi się wypiąć i aplikuje kilkanaście uderzeń bambusem

Przeważnie zaczynamy od dobrej kolacji. Zakładam suknię, gorset albo lateks. Rozmawiamy, całujemy się, a potem Marcin każe mi się wypiąć i aplikuje kilkanaście uderzeń bambusem (Rys. Anna Reinert)

Kasia i Marcin: Czego mamy się wstydzić? Tego, że nam jest dobrze?! Seksuolog: To niedobrze, że te wszystkie packi są na wierzchu
Kilkunastopiętrowy blok na warszawskim osiedlu. Dziewiąte piętro. Kasia i Marcin zapraszają do środka. Trzy pokoje z kuchnią i wszystko jest niby tak jak wszędzie…Intryguje mnie hak wbity w sufit salonu. Ta wisząca na ścianie belka – coś jakby element starodawnego wiejskiego narzędzia. Te haczyki wmontowane w ramę stojącego przy sofie stolika. To stojące w kącie salonu zbite z czarnych desek jakby siedzisko, z długim oparciem, zwieńczone serią haczyków i pętelek. Może to kwietnik?

Kasia

– Mam 33 lata, urodziłam się w Warszawie. Mama jest księgową, a tata elektrykiem. Jako dziewczyna byłam grzeczna i poukładana. Niczym się nie wyróżniałam. Naturalny kolor włosów, czyli blond, delikatny makijaż, nigdy nic obcisłego, bo miałam kompleks biustu. Że za duży.

Miałam 22 lata, gdy wyszłam za mąż. A potem, na trzecim roku studiów – dzienna ekonomia – urodził mi się syn. Żadna wpadka, bo zawsze marzyłam, żeby mieć rodzinę. Męża poznałam na ognisku. Rodzice budowali dom pod Warszawą, on miał tam działkę, ktoś go przyprowadził, na drugi dzień podwiózł mnie do Warszawy, zaczęliśmy się spotykać. Tak, to był pierwszy chłopak, z którym się przespałam.

Rozwiedliśmy się cztery lata później. Wiecznie słyszałam, że się źle ubieram, maluję i że nie jestem ani atrakcyjna fizycznie, ani intelektualnie. Takie zero. W łóżku też nam się nie układało. To znaczy wiało nudą, bo to było na zasadzie: raz na jakiś czas i zawsze tak samo. Po rozwodzie trochę zaczęłam szaleć. Knajpy, flirt, zabawa… Nie, nigdy nie wyszłam z facetem z klubu. Przysięgam. Mnie to po prostu nie bawiło. Bliższych znajomości szukałam na Sympatii, kilka z nich oczywiście skończyło się w łóżku. Ale to były jedynie przelotne romanse.

Ciągle czegoś mi brakowało, zaczęłam się zastanawiać i doszłam do wniosku, że takiego silniejszego męskiego uścisku. Pociągnięcia za włosy. Klapsa. Przytrzymania.

Oczywiście, że jak tylko to odkryłam, to się wystraszyłam. Zwłaszcza że czytałam wtedy książkę, w której facet spraszał dziewczyny, zamykał je w piwnicy, katował, a na koniec mordował. „Boże kochany, a jak kiedyś na takiego szaleńca trafię!”. No, ale jednocześnie strasznie mnie to podniecało. „Zapomnij o tym, Kaśka, przecież to zboczone!”. Próbowałam to odsunąć, schować, zniszczyć, ale tego się nie da zrobić.

Zaczęłam wchodzić na portale dla tych, co lubią mocniejszy seks, i nagle patrzę: Paweł, znajomy z Sympatii. Zaczęłam go wypytywać i wtedy on mi mówi, że akurat w mieście jest taka impreza, może bym z nim poszła. Wystroiłam się w czarną skórzaną spódnicę, czarne pończochy, szpilki, czarny top, skórzaną kurtkę, a na szyi zawiązałam sobie taki cienki skórzany paseczek. Z kozaków go sobie zdjęłam. Do tego czerwone usta i spięte włosy. Wysiadam z taksówki i myślę: „O Boże! Zboczuchy same!”.

A potem weszliśmy do środka, usiedliśmy przy stoliku, oświadczyłam, że już się nie ruszam. Bo jesteśmy wśród zboczeńców, tu się może zdarzyć wszystko. A tych zboczeńców tam było mnóstwo. Kobiet i mężczyzn. W kombinezonach lateksowych, mundurach wojskowych, obrożach. Pamiętam też faceta, który miał na ręku sztucznego kota, a na twarzy białą maskę.

Tak ich sobie obserwowałam i po pewnym czasie stwierdziłam, że tak naprawdę to są normalni ludzie, którzy przede wszystkim akceptują cię takim, jakim jesteś. A potem zaczęły się tańce, pokazy. Para się wiązała. On ją, ona jego. Trochę to było nudne, ale jak wróciłam do domu, to już byłam przekonana, że chciałabym spróbować. Zaczęłam więc szukać kogoś, kto by mnie wprowadził. Założyłam sobie konto na portalach, tych polskich i zagranicznych, wymyśliłam piękny nick, wrzuciłam kilka fotek. Oczywiście nie swoich. No i zaczęłam dostawać propozycje. Głównie: „Cześć, szmato”. „Cześć, suko, ale bym cię wyruchał”. I to już była cała wiadomość.

Sama też przeglądałam przeróżne profile i nagle patrzę: Marcin. No, to bach go do znajomych, bo zapomniałam ci powiedzieć, że tę imprezę, na której wtedy byłam, to on organizował, i przy wejściu przez chwilę ze sobą rozmawialiśmy. I tak od słowa do słowa, gadka szmatka, wysłałam mu swoje prawdziwe zdjęcia, a wtedy on zaproponował kawę.

– I co było dalej?

– To już Marcin ci musi opowiedzieć.

Całe pokolenia oddajemy na pastwę pornografii, jedynej nauczycielki seksu w Polsce. Seks i jego ”filie”

Marcin

– Mam 38 lat, skończyłem technikum geodezyjne, pracuję jako informatyk w firmie, która świadczy usługi dla jednego z warszawskich urzędów. Mama jest pielęgniarką, tata – z wykształcenia technik skrawacz – najpierw pracował w Polfie, potem jako kierownik w sklepie motoryzacyjnym. Niestety już nie żyje.

Jako dziecko byłem krnąbrny, niemogący usiedzieć w domu. Punkowałem. Alkohol? Po raz pierwszy się napiłem, gdy miałem 14 lat. Papierosy? Wcześniej. Podbierane ojcu. Narkotyki? Jakoś się nie wciągnąłem. Pierwszy seks? Jak miałem 15 lat, nie bardzo go pamiętam. Potem podobnie, nie wiadomo z kim, nie wiadomo gdzie, za to często. I zawsze lubiłem tak ostrzej. Przytrzymać, zmusić ją, by przyjmowała ode mnie pieszczoty, ale ich nie odwzajemniała – uwielbiam patrzeć, jak dziewczyna dochodzi. Albo ją przywiązywałem sznurówkami od glanów.

A potem pojawił się internet, w pracy mieliśmy stałe łącze, niemonitorowane, i jak to w gronie sześciu facetów, młodych, pokazywaliśmy sobie, co tam znaleźliśmy. Ja to głównie lateksy, skóry, wiązania, unieruchomienia – bardzo, ale to bardzo chciałem tak spróbować. Tylko wiesz, wtedy to myślałem, że tak to robią gwiazdy porno, na pewno nie ma normalnych ludzi, którzy się tak bawią. A jak już, to zboczeńcy. Bardzo chciałem być jednym z nich.

Problem w tym, że wtedy znalezienie partnerki do tego typu zabaw było niezwykle trudne. Nie, no jasne, że próbowałem z dziewczynami, które poznawałem na imprezach – jak byłem na balandze, jak tylko doszło do mocniejszego zapoznania, to natychmiast zaczynałem rozmowę o tym, co chciałbym z nią zrobić. Część natychmiast się wystraszała, a część: super, fajnie, spróbuję, ale jak przychodziło co do czego, jak już lądowaliśmy w łóżku i ja wyciągnąłem linę – bo wtedy to już nosiłem ze sobą linę – wiele z nich uciekało. Tak więc szukałem takiej, z którą mógłbym dłużej poeksperymentować, a jednocześnie zgłębiałem temat od strony teoretycznej. Wchodziłem na zagraniczne portale, czytałem, ćwiczyłem sploty, węzły, wiązania.

A potem na Polu Mokotowskim poznałem swoją przyszłą żonę. Była młodsza o dziesięć lat i też się kręciła w tym punkowym towarzystwie.Na niej uczyłem się technik wiązania, unieruchamiania, spotykania się w większym gronie – z dziewczyną, którą poznaliśmy na imprezie klimatycznej, niestety, wyjechała do Anglii.

Używaliśmy łańcuchów, lin, rozpórek i dybów, które sam konstruowałem. Zresztą ja od zawsze konstruowałem tego typu rzeczy. Na zasadzie, że jak nadarzy się okazja, to warto jest coś takiego mieć. W pokoju je trzymałem, a jak matka pytała, co to, mówiłem, że to mi potrzebne do rekonstrukcji historycznych, bo bawiłem się też w tego typu rzeczy. Przebierałem się za knechta. Mam nawet kolczugę, którą sobie wydziergałem.

Nie, nie mieliśmy z żoną własnego mieszkania, mieszkaliśmy z jej matką i bratem. Trzy pokoje, a w jednym my. Trochę taki kołchoz, ale teściowa była bardzo wyrozumiała. Pracowała na trzy zmiany, brat również często wybywał nocami, wtedy się bawiliśmy.

W 2012 się rozwiedliśmy. Ja pracowałem w dzień, ona w nocy – była barmanką – zaczęliśmy się coraz mniej widywać, aż w końcu drogi nam się rozeszły definitywnie.

Jak poznałem Kasię, to miałem już wyznaczoną datę sprawy rozwodowej.

Kasia i Marcin

M.: Umówiliśmy się na kawę, odwołała. Umówiliśmy się po raz drugi, odwołała. Do trzech razy sztuka. Niedziela, zima, zimno, przyjechała. Skacowana królewna.

K.: Pamiętam, jak na tym pierwszym spotkaniu Marcin mi powiedział o swoim największym fetyszu. Czyli o widoku kobiety dochodzącej.

– A ty co mu powiedziałaś?

K.: Ja to w ogóle się bałam mówić. Spotkałam się przecież z człowiekiem doświadczonym w tego typu sprawach, nie chciałam wyjść na idiotkę, głupią ignorantkę. Ale bardzo uważnie go słuchałam.

M.: A ja usiadłem i mówiłem. Że interesuje mnie oddanie, uległość, obserwacja kobiety podczas ekstazy, z czym łączy się coś takiego jak orgasm denial – odmowa dojścia. Dłuższe zabawy typu wiązanie, formowanie, układanie. A potem rozjechaliśmy się do domów, usiedliśmy do komputerów, ustaliliśmy, że znowu się spotkamy.

K.: W tym czasie Marcin zaczął mnie, że tak powiem, szkolić. Poprosił, żebym mu opisała, jaką mam bieliznę, zapytał, czy mam kulki gejszy. „Tak”. „Od tej pory masz je nosić w torebce”. Pamiętasz?

M.: Tak było.

K.: Minęło kilka dni, wysłał mi SMS-a z zapytaniem, czy nie wyskoczyłabym z nim na lunch. „Jasne”. „No to masz dokładnie 25 minut, żeby dojechać do mnie na plac Bankowy, z kulkami w środku”.

Boże, jak to metro się strasznie wlokło. Na każdej stacji po dwie, trzy minuty. Nie miałam szans się wyrobić. No to mu piszę SMS-a, że nie zdążę. A on, że za każdą minutę spóźnienia plus dwa bambusem.

Wpadłam do Pizza Hut na Bankowym spóźniona kilka minut.

– Z tymi kulkami w środku?

K.: Tak.

– I to było fajne?

K.: Bardzo.Poszliśmy do tej samej knajpy, w której byliśmy za pierwszym razem, pogadaliśmy i rozjechaliśmy się do domów.

– A co z tą karą za spóźnienie?

M.: Słuchaj, to nie jest tak, że to jest jakoś tak bardzo serio.

K.: Bo tu nie o karanie chodzi, ale o zabawę.

M.: Jesteśmy na przykład na zakupach, Kasia sobie coś wypatrzy, bo ona ma tendencję do wynajdywania najdroższych rzeczy, i ja wtedy mówię: „Przesadziłaś, dziesięć bambusów”.

K.: Ale to nie znaczy: „Wybrałaś sobie najdroższe buty, to teraz dziesięć bambusów”.

– No, ale potem to będzie czy nie?

M.: Czasem będzie, a czasem nie, bo mnie kręci ta niepewność w oczach Kasi. Że zaczyna się sesja, bambus leży na stole i ona nie wie, czy on zostanie wykorzystany.

K.: Mnie też to kręci, że nie wiem, co się stanie.

M.: Przed sesją przypominam sobie różne rzeczy, które się w ostatnim czasie działy, ale robię to tylko po to, żeby mieć pretekst, żeby coś zastosować. „Za to, że wczoraj się spóźniłaś”. „Za to, że wczoraj pyskowałaś”…

K.: Oczywiście, ja mogę mu się przeciwstawić.

M.: Muszę się więc wcześniej dobrze zastanowić, co będę mówił, żeby ona nie mogła tego łatwo obalić. Albo czasami po prostu ją knebluję i tyle.

– Marcin, a czy to nie jest przypadkiem tak, że taka sesja służy rozładowaniu twoich niechęci i frustracji?

M.: Coś w tym jest.

K.: Nigdy tak o tym nie pomyślałam, że to jest jakieś wyładowanie emocji. Mnie się wydawało, że ty kompletnie to oddzielasz. Że to jest gra. Wchodzenie w rolę.

M.: Misiu, jeżeli to się robi z osobą, wobec której czuje się emocje, to one po prostu są.

K.: Dobrze, ale ja o tym nie wiedziałam.

M.: Tak się właśnie mną interesujesz.

K.: W czasie sesji rzeczywiście bardziej zwracam uwagę na swoje odczucia niż Marcina. Zresztą on ma wtedy pokerową twarz, nawet jakbym się godzinami wpatrywała, tobym z niej nic nie wyczytała.

– A jak to się przekłada na normalne życie?K.: Nijak, bo ja sobie nie wyobrażam życia w związku, w którym miałabym być uległa.

M.: Jesteśmy związkiem partnerskim, nie ma żadnych rządów autorytarnych, decyzje podejmujemy wspólnie. Od zakupów po wyjazd na wakacje. Poza seksem jesteśmy więc w pełni partnerami.

– Kłócicie się?

K.: Bardzo często.

M.: Przeważnie o pierdoły.

K.: Przez chwilę na siebie warczymy…

M.: Po czym Kasia przychodzi, przytula się…

K.: Bo ja nie lubię kłótni, cichych dni.

M.: A potem to jeszcze przegadujemy.

K.: I Marcin mi zawsze przyznaje rację.

M.: Już nie przesadzaj z tym zawsze.

– Wróćmy do początków waszego związku.

K.: W Pizza Hut spotkaliśmy się w poniedziałek, we wtorek dostałam SMS-a: „Przygotuj się na piątek, pojedziemy na pępkowe do mojego znajomego”. No to ja się wystroiłam w koronkową bluzeczkę, w skórzaną spódniczkę, w szpileczki, a tu się okazało, że on mnie zabiera do swojego klubu motocyklowego.

Już w tym klubie się mocno zbliżyliśmy. W taksówce jeszcze bardziej.

M.: Dokończyliśmy u Kaśki w domu.

K.: I wtedy Marcin pierwszy raz mnie związał. Pamiętam, niebieską liną. Z plecaka ją wyjął.

– I jak ją wyjął?

K.: Mnie się podobała. Kolor ładny. I to było moje pierwsze doświadczenie tego typu. A potem był seks. Marcin tylko mnie uprzedził, że nie jest typowym mężczyzną jeśli chodzi o intymność. Bo ma kolczyki.

– Gdzie?

M.: Ja mam zakolczykowanego siusiaka.- Ajć.

M.: Jestem kolekcjonerem doznań i wiedziałem, że coś takiego spowoduje, po pierwsze, szok i zdziwienie u dziewcząt, a po drugie, wzrost ich doznań. Czyli to, na czym mi zależy.

K.: I to naprawdę zwiększa.

– Też masz kolczyki w tego typu miejscach?

K.: Miałam w sutkach. Marcin mi przekłuwał.

– Rety!

K.: Na tym „kwietniku”, który tam w rogu stoi. Siedziałam, miałam ręce przywiązane u góry, bo to wiesz, tak trzeba, żeby się piersi równo ułożyły.

– Czym?

K.: Igłą.

– Boże!

K.: Nie bolało. Mam zdjęcia, bo znajomi byli przy tym, i ja na wszystkich jestem roześmiana.

– Czyli po tej nocy z niebieską liną…

M.: To już jakoś się potoczyło. Kasia powiedziała, żebym wpadł na kawę…

K.: Na pierogi cię zaprosiłam. Mojej mamy. Ruskie. I tak już Marcin został.

– Wasi rodzice wiedzą o waszych upodobaniach seksualnych?

M.: Moja mama siedzi na Facebooku, więc pewnie wie, co synuś lubi. Bo nie ukrywam swojej twarzy, swoich preferencji, jestem uczestnikiem kilku grup, a jak pojawiają się jakieś fajne zdjęcia, to natychmiast je lajkuję. I mama to widzi.

K.: Ja na profilu mam zdjęcia w lateksie i mama Marcina je polubiła. Natomiast jeśli chodzi o moich rodziców, to pamiętam taką zabawną sytuację, jak przyjechali na komunię Wiktora, tata stanął pod tym hakiem w salonie i pyta mojego synka: „Wiktor, do czego on służy?”. Chwila milczenia: „Do wieszania paprotki”.

M.: Bo faktycznie ona tam przez pewien czas wisiała.

– Zmartwiałaś?

K.: Nie, bo ja już nie mam z tym problemu.M.: My nie robimy nic złego. Nic wbrew komuś. Na wszystko jest pozwolenie. Czego więc mamy się wstydzić? Tego, że nam jest dobrze?!

– Jak wszedłem do waszego mieszkania, zaintrygowały mnie wasze zdjęcia w salonie. A szczególnie to, na którym ty masz knebel w ustach, a Marcin jednocześnie cię dusi i całuje w okolice nosa.

K.: Czułe, prawda?

– Ono tak zwykle sobie tutaj stoi?

K.: Tak.

– Twój dwunastoletni syn je sobie tak ogląda?

K.: Jak je postawiliśmy, to powiedział: „Dziwne masz to na twarzy, ale zdjęcie fajne”.

– A nie zapytał, co to jest?

K.: Zapytał, i ja mu powiedziałam: „Knebel”. „Aha”. I tyle.

M.: Jak się zapyta, tak jak z tym zdjęciem, albo o te packi, które tutaj leżą, to ma mówione: „To jest packa. Wypnij się, to ci pokażę, do czego ona służy”.

– A jak zapyta: po co wam one?

K.: No właśnie do tego.

M.: Z mamą się tak bawimy.

– No, ale po co?

K.: Takich pytań póki co to nie zadaje. Tylko się uśmiechnie, zawstydzi i idzie.

M.: A my mu nie mówimy nic ponad to, o co on pyta.

– A o co on jeszcze pyta?

K.: Kiedyś mnie zapytał odnośnie haków, wiązania i podwieszania, bo takie zdjęcie gdzieś zobaczył.

M.: U mnie na komputerze. Związaną kobietę podwieszoną na haku.

K.: No to Marcin go omotał, podwiesił i wtedy Wiktor stwierdził, że to jest do dupy, bo to boli. I na tym się skończyło.M.: Zresztą nasz syn sam zbiera maski przeciwgazowe (śmiech).

– Jak to?

M.: Po prostu dwunastoletni chłopak stwierdził, że podobają mu się maski przeciwgazowe, i zaczął je zbierać.

K.: Za swoje tygodniówki je kupuje. Na bazarach i w internecie.

– Kaśka, ty się naprawdę nie boisz o swojego synka?

K.: A czego mam się bać?

M.: Tego, że się do Wiktora wezmę?

– A co, waszym zdaniem, świat, ludzie, myślą o takich jak wy?

M.: Że jesteśmy dewiantami.

K.: Jak się zaczęłam spotykać z Marcinem, a potem opowiadałam koleżankom o tym, co robimy, tym imprezowym, to słyszałam, że jestem nienormalna, bo nie tylko się bzykamy, ale jest coś więcej.

– A jak koledzy, koleżanki w szkole zaczną dokuczać Wiktorowi? Mówić, że jego rodzice są dewiantami?

K.: To ja nie wiem, co Wiktor zrobi, bo ja nie ingeruję w jego relacje z kolegami i koleżankami.

M.: Dla mnie najważniejsze jest to, żeby on z grubsza wiedział, co my robimy, bo najgorsze by było, gdyby się o tym dowiedział od kolegów.

K.: Poza tym my nie rozrzucamy naszych zdjęć po sieci, a już na pewno takich, których Wiktor mógłby się wstydzić.

– Powiedziałaś, że zdjęcie profilowe na Facebooku masz w lateksie.

K.: Ale ono nie jest jakieś niestosowne. A jak jego koledzy chcą być moimi znajomymi, to odmawiam. To moje zdjęcie z kneblem też chowamy, jak przychodzą do nas jego koledzy z klasy.

– Czyli świat raczej nie ma szansy się dowiedzieć o twoich preferencjach seksualnych?

K.: Dowiaduje się tak czy siak, bo rodziców kolegów Wiktora z klasy mam na Facebooku, może więc oni coś tym swoim dzieciom mówią.

M.: Ja się w ogóle tym nie martwię, bo my się staramy go wychowywać tak, żeby on wiedział, że erotyka jest istotna w życiu ludzi, ale to, jak kto coś robi, to już jest jego prywatna sprawa.

– Czyli jak koledzy go o to zapytają?K.: Jest na tyle rezolutny, że sobie poradzi.

M.: Może coś odpysknie. A może wzruszy ramionami, powie: „Co? Zazdrościsz?”.

K.: W każdym razie póki co Wiktor z tym problemu nie ma, bo jakby miał, to na pewno by powiedział.

– A jak myślicie, dlaczego ludzi niepokoi to, że są tacy, co w łóżku bawią się tak jak wy?

M.: Ludzi generalnie drażni to, że ktoś ze swoich zabaw może czerpać przyjemność.

K.: A ktoś nie ma odwagi, żeby spróbować.

M.: Bo to najczęściej o brak odwagi chodzi. Powiedzenia komuś: „Zwiąż mnie. Wykorzystaj. Jestem cała twoja, cały twój, zrób ze mną, co chcesz”. Ludzi drażni, że my potrafimy się otworzyć. Przyznać do naszych fantazji i pragnień.

– Macie jakieś zasady, których się trzymacie?

M.: Że partnerowi nie może się stać krzywda. To jest podstawowa zasada. Zarówno w naszym życiu cywilnym, jak i erotycznym. Każda dawka doznań musi więc być aplikowana w sposób przemyślany. Nie może być ich za dużo, nie mogą powodować ran, uszkodzeń ciała.

K.: Czy psychiki.

– A skąd wiadomo, gdzie jest granica?

M.: To już jest kwestia twojej inteligencji, wrażliwości na partnerkę czy partnera. Zresztą w takim zwykłym seksie jest podobnie. Jak ktoś jest idiotą, to zrobi krzywdę sobie, partnerce lub partnerowi. Jest też coś takiego, co się nazywa „safe word”. I jest to zazwyczaj słowo nietypowe.

K.: „Banan”. „Malinowy sorbet”.

M.: To nie może być związane z tym, co się odbywa. Czyli to nie może być słówko typu: „Stop”. „Przestań”. „Ała”. „Nie”. Dlatego że czasami się mówi: „Nie”, a jednocześnie myśli: „Bierz mnie, gryź mnie”.

Jeśli osoba jest zakneblowana, to daje jej się na przykład do ręki klucze. Jak puści, to znak, że trzeba przestać.

K.: Dla mnie to, że Marcin przestanie, jak mu dam znać, jest najważniejsze.

– Zdarzyło się?

K.: Nigdy nawet się nie zbliżyłam do takiej granicy.

M.: A to między innymi dlatego, że staram się być uważny na Kasi doznania.

– Czyli czasem się zatrzymujesz?M.: Oczywiście.

K.: Jak Marcin kiedyś zażądał seksu analnego, to powiedziałam: „Nie”. Dlatego że to mi się kojarzyło z ogromnym bólem. A dziś już sobie nie wyobrażam bez.

M.: Kasia mi pokazała, że dochodzenie do pewnych granic, ich przekraczanie to długi, powolny proces, i tu nie tylko o seks chodzi. Ona w ogóle nauczyła mnie cierpliwości. Tego, żeby jej słuchać. Z nią rozmawiać.

K.: To dotyczy przeróżnych rzeczy, ale tak też było z tymi kolczykami w sutkach. Bo ja wiedziałam, że jemu się to podoba, zresztą mnie to też się podobało, ale bałam się to zrobić. A jednocześnie myślałam: „Fajnie by było mu pokazać, że się staram”. No i w pewnym momencie dojrzałam, stwierdziłam, że jednak chciałabym spróbować.

„Zróbmy to!”.

– Ty też starasz się jej podobać?

M.: Oczywiście.

– Co robisz?

M.: Staram się być konsekwentny. Czyli jak mówię, że coś zrobię, to robię.

K.: Jak coś mnie w Marcinie drażni w codziennym życiu, to przegadujemy sprawę i faktycznie on potem stara się to zmienić.

– Czyli on przy tobie nauczył się cierpliwości, słuchania, rozmawiania…

K.: A ja dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Bo on ma taką wielką wiarę w siebie, więc trochę mi się to udzieliło, a trochę też zobaczyłam, że tak w ogóle można. Poza tym czuję, że jestem dla niego atrakcyjna. Jednym słowem wreszcie spotkałam faceta, który mi dał odczuć, że jestem niegłupia, niebrzydka. I pokazał mi też dużo, że tak powiem, nowości, możliwości, rozrywek.

– Na przykład?

K.: No chociażby ostatnio zabrał mnie do XVIII-wiecznego fortu wojskowego i spędziliśmy noc w opuszczonym lazarecie. I ja tak sobie myślę: „Boże, kto by mnie tu zabrał?”.

– A te wasze sesje to sobie jakoś planujecie?

M.: Przede wszystkim nie może być w domu naszego syna.

K.: I jak już go nie ma, to przeważnie zaczynamy od tego, że jemy jakąś dobrą kolację, którą ja przygotowuję. A potem…

M.: Oczywiście to nie jest tak, że jak Wiktora nie ma w domu, to my będziemy uprawiać seks w ten szczególny sposób, bo nie musimy tego robić. Lubimy też kochać się tradycyjnie.

K.: Sesje mamy raz, dwa w miesiącu, i tu też chodzi o to, żeby nie mieć przesytu.

– Jakoś specjalnie się stroicie?K.: Zawsze się ładnie ubieram. A już na pewno nie siadamy do stołu w dżinsach czy też szortach.

Zakładam więc suknię, gorset albo lateks. Żeby kolacja była uroczysta.

– A ty?

M.: Jak to mężczyzna – czarna koszula, czarne spodnie.

K.: Nakrywamy stół, są świece, wino.

M.: Zasada dotycząca alkoholu jest taka, że nie można z nim przegiąć.

K.: Lampka, dwie na rozluźnienie i atmosferę, bo ja sobie nie wyobrażam, że Marcin będzie pijany, jak mnie wiąże. Pociągnie nie tę linę i będzie po mnie.

– A zdarzyło ci się być pijanym i chcieć ją wiązać?

M.: Oczywiście.

K.: I wtedy ja mówię: „Kotek, idź się połóż, wypocznij, jutro też jest dzień”.

– Czyli siedzicie, jecie…

K.: Rozmawiamy. A potem zaczynamy się całować i…

M.: Choć wiesz, to jest też tak, że nie ma jednego scenariusza. Bo potrafimy zjeść kolację, przejść na kanapę, przytulić się do siebie i mimo żeśmy zaplanowali ten wieczór jako ekstrawagancki, oddać się rozmowie czy oglądaniu telewizji.

– W tym lateksie?

K.: Tak.

M.: A czasem, wstając z miejsca, chwycę ją za szyję, za włosy i dalej to już się toczy.

K.: Są bardziej leniwe wieczory i bardziej ostre. Przy tych drugich to Marcin na przykład każe mi się wypiąć, zaaplikuje kilkanaście uderzeń bambusem. Albo zawiąże mi oczy i ja już wtedy kompletnie nie wiem, co i gdzie poczuję. Albo puszcza mi dźwięk metronomu, co mnie wyprowadza z równowagi, drażni, bo się nie mogę skupić. O czym on zresztą dobrze wie. A potem przeważnie jest zwyczajny seks, tylko w ostrzejszym wydaniu. Typu łapanie, drapanie, klapsy, ciągnięcie za włosy, zakaz dochodzenia. „Mogę?”. „Nie”. Ale nie przerywa akcji, więc muszę gdzieś tam sobie w głowie to zatrzymać.

– A jak nie zatrzymasz?

M.: To nie ma następnego orgazmu.

– Fajne?K.: Bardzo.

– A twoje zadowolenie?

M.: Ono jest połączone z Kasią. Bo jak już mówiłem, moim największym fetyszem jest patrzenie na dochodzącą, spełnioną kobietę.

– Jak kończycie sesję, to rozmawiacie o tym, co było fajne, a co nie?

K.: O tym wręcz trzeba mówić, bo to są cenne wskazówki dla Marcina. My zresztą dużo ze sobą rozmawiamy. I to nie tylko o seksie.

M.: Codziennie wieczorem poświęcamy godzinę na rozmowę.

– A zdarza wam się też w ciągu dnia mówić, że macie ochotę na to i na to?

K.: Oczywiście. Siedzę w pracy, Marcin podsyła mi jakąś fajną pozycję, zdjęcie erotyczne, ułożenie ciała kobiety: „Masz na rozbudzenie”. No to ja mu podsyłam coś innego i dodaję: „Tak bym chciała”. Cały czas się inspirujemy.

– A jeśli chodzi o ten ból?

K.: To jest fajne odczucie, bo tu nie tylko o ten ból fizyczny chodzi, ale również o to, że ja czuję dominację Marcina nad sobą.

M.: Ból bólowi nierówny. Poza tym on nie jest zadawany tylko po to, żeby go zadać. Jak najmocniej, jak najpotężniej. On ma spotęgować pewnego rodzaju doznania.

K.: Co innego, jak ktoś podejdzie i zacznie cię napieprzać po piersiach, a co innego jak Marcin mnie mizia, kizia, szczypie w sutek, delikatnie, jestem rozanielona, i nagle pac.

– Boli!

K.: No tak, ale tego właśnie nie czuję jako ból, tylko jako wyrwanie z błogostanu.

M.: Dodatkowy stymulant.

K.: U nas bardziej chodzi o dominację i uległość niż o zadawanie bólu, bo ja nie jestem masochistką.

M.: A ja sadystą.

K.: Natomiast znamy przypadki, gdzie dziewczyna przed sesją łyka cztery tabletki przeciwbólowe, żeby jej facet mógł ją dobrze wybatożyć. Dla nas to patologia.

– A dlaczego przekłuwałeś Kaśce piersi w asyście jakichś ludzi?

M.: To nie byli jacyś ludzie, tylko moi znajomi z klimatu. Przyszli na kolację i to był element tej kolacji.K.: Taki rytuał, że ja już w pełni należę do Marcina.

– A co to jest „public disgrase”?

K.: Upokorzenie publiczne.

M.: Wystawienie uległego, uległej, nagiego, półnagiego na widok publiczny. Przeprowadzenie go przez miasto. Kazanie mu, jej, klęczeć w restauracji przy stole. Oddanie go, jej, innym, żeby robili z nim, z nią, co im się podoba.

K.: To nie jest dla nas.

M.: To też jest dla nas, Kasiu.

K.: Nie!

M.: Kochanie, a twój spacer z kulkami, bez majtek, po Starym Mieście. Pamiętasz, jak się wstydziłaś?

– Szłaś nago przez Stare Miasto?!

K.: Miałam kurtkę, bluzkę i sukienkę.

M.: Ale ja wiedziałem, jak ona będzie to odbierać, bo Kasi się wydaje, że wszyscy wiedzą. Takie rzeczy trzeba robić z głową, a nie od razu pomiatać partnerką czy partnerem. Jesteśmy ze sobą trzy lata, kochamy się, jesteśmy partnerami i ja nie po to szlifuję ten diament, żeby go wytaplać w gównie.

– A po co?

M.: By mieć najpiękniejszy diament na świecie.

– Czyli co Kasia jeszcze musi zrobić?

M.: Być moja i tylko moja. Dla mnie. Tak jak chcę.

K.: Ja też się nie lubię dzielić, dlatego ciągle mu powtarzam, że jak mnie zdradzi, to koniec.

M.: Na początku jej powiedziałem: „Jak dostanę od ciebie wszystko, czego chcę, to nie będę szukał gdzie indziej”.

K.: No i teraz weź zrób wszystko.

M.: Prawda jest jednak taka, że od trzech lat nie szukam nikogo innego.

– Wyobrażacie sobie siebie razem, jak już będziecie starzy?K.: Ja ten związek traktuję jako docelowy.

M.: Świetnie się dogadujemy, mamy podobne zainteresowania, w ogóle bardzo dobrze się to zgrało, jestem więc optymistą.

– Myślicie o jeszcze jednym o dziecku?

K.: Nie wykluczamy tego tematu.

M.: Jak się zdarzy, to będziemy zadowoleni.

– To znaczy, że nie używacie antykoncepcji?

K.: Dokładnie tak.

20 mln kobiet oszalało na punkcie pornoksiążki. Bestseller sado-maso

Dr Andrzej Depko

Wszystko pięknie, tylko to ich stojące w salonie zdjęcie jakoś nie dawało mi spokoju. A w zasadzie to, że ich dziecko może je oglądać. Poszedłem więc na konsultację do doktora Andrzeja Depko, seksuologa. Ale zacząłem od pytania o normalność.

– Doktorze, co jest normalne w seksie?

– Jeżeli mamy dwoje albo więcej ludzi, którzy podejmują dowolne zachowania seksualne, ale robią to dobrowolnie, z potrzeby szukania przyjemności i obopólnej satysfakcji, nie szkodząc innym, i nie podejmują tych zachowań pod wpływem emocjonalnego szantażu, lęku, że mnie ktoś zostawi, to wszystko jest w porządku. To, co jest złe, to przemoc.

– Problem w tym, że z tą świadomością siebie i swoich potrzeb wśród ludzi bywa różnie. Łatwo może więc dojść do pomieszania tego, co robię dlatego, że chcę, z tym, że robię to dlatego, że na nim lub na niej mi zależy. Może więc nie do końca to dla mnie jest przyjemne, ale…

– Jeżeli to nie jest dla mnie przyjemne i ja to robię, to jest zło.

– Rozumiem, że pana robota polega na tym, żeby ludzie nauczyli się wyrażać swoje potrzeby i oczekiwania.

– Żeby się nie wstydzili. Jak ludzie się wiążą w pary, zakładając, że nie znaleźli się na jakimś tam specjalistycznym forum internetowym, to prędzej czy później pojawia problem wstydu. Że jak ja jej powiem, że chciałbym się kochać przebrany, powiedzmy, za bizona, to ona zakrzyknie, że jestem…

– Zboczony!

– Albo jeszcze dosadniej: popierdolony. I zerwie tę relację między nami.

– Ale skąd wiadomo, że ktoś odkrywa coś, co w nim naprawdę jest, a nie robi tego pod wpływem partnera?

– Istnieje proces uświadamiania sobie takich rzeczy. Początek jest pewnie taki, że w tym przeciętnym świecie seksualnym odczuwam jakiś poziom niedosytu, niepokoju, frustracji, rozczarowania. A jednocześnie mam fantazje, sny, na przykład masochistyczne. Sęk w tym, że kiedy to sobie uświadamiam, to zaczynam się tego bać. Dlatego że w społeczeństwie, w którym żyję, to nie jest uznawane za normalne. Staram się więc to z siebie wyprzeć. A potem dowiaduję się, że są też inni, którzy myślą tak jak ja, czują w podobny sposób, idę więc do nich, przyglądam się i jak widzę, że rzeczywiście są w zgodzie ze sobą, to dopiero wtedy to zaczyna korespondować z tymi moimi wypartymi treściami, które gdzieś nadal tam we mnie są. Wrzuciłem je do kufra, zamknąłem, pozbyłem się klucza, ale teraz jestem gotów tę kłódkę przepiłować, żeby wypuścić to swoje ja. I powoli odkrywam, że to, co do tej pory było we mnie niepokojem, frustracją, niedosytem, brało się właśnie z tego, że rezygnowałem z tej cząstki siebie.- A jak zrozumieć przyjemność czerpaną z bólu?

– Geny decydują o indywidualnych różnicach cytoarchitektoniki mózgu. U niektórych osób ośrodek przyjemności seksualnej znajduje się zbyt blisko ośrodka bólu. Może więc dochodzić do pobudzenia jednego ośrodka przez napięcie występujące w drugim. Coś w rodzaju iskrzenia na synapsach.

– A ta przyjemność biorąca się z wiązania?

– Są tacy, którzy osiągają przyjemność seksualną, wsuwając partnerce lub partnerowi rękę między uda, a są też tacy, którzy tę samą przyjemność odczuwają wtedy, kiedy się wiążą w określony sposób.

– A skąd się coś takiego bierze?

– To się nazywa procesem konkretyzacji potrzeby seksualnej, a polega na tym, że szukamy optymalnych dla siebie dróg pobudzenia. Ten proces działa w zasadzie na ślepo, no i czasem dochodzi do powiązania przyjemności seksualnej z jakaś inną czynnością. Na przykład z wiązaniem.

– A co, jeśli ktoś ma dziecko i ono…

– Myślę, że to, co robią Kasia i Marcin, to jest przegięcie. Dziecko ma prawo być chronione przez rodziców nawet przed możliwością zadawania pytań, co oni robią w łóżku. A to dlatego, że nawet piętnastolatek nie jest jeszcze na tyle dojrzały, by mógł należycie to zrozumieć. Nie mówiąc już o tym, że jak on będzie traktował to jako rzecz normalną, zacznie się nią dzielić, to go za chwilę wyszydzi połowa podwórka.

To nie jest dobrze, że to zdjęcie, na którym mama jest zakneblowana, jak również te wszystkie packi, są na wierzchu.

– No ale w czym to jest zagrażające?

– W jego rozwoju.

– Czyli co oni powinni teraz zrobić?

– Zaprzestać natychmiast takich sytuacji. Dać mu spokojnie dorosnąć.

– No, ale oni, żeby uprawiać ten swój seks, potrzebują haków, a tego się nie da ukryć. Zwłaszcza w małym mieszkaniu.

– To dlatego ludzie to robią w klubach. A jak takiego klubu nie ma, jak już to muszą robić w domu, to niech powiedzą dziecku, że ten hak jest po to, że chcemy powiesić na nim hamak.

– Czyli ściema.

– Oczywiście. To fajnie, że oni robią to, co robią, że są szczęśliwi, ale niedobrze, że nie chronią swojego własnego dziecka.

W ciągu ostatnich czterech lat około 50 tysięcy Polaków postanowiło zostać aktorami porno. Faceci chcą być oglądani nawet za darmo, błagają o to. Duże powodzenie mają pary

Kasia i Marcin– No i co wy na to?

– Bardzo chętnie spotkamy się z doktorem Andrzejem Depką.

– Świetnie, to ja już was umówię.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Czy jestem córką mojej Mutti?
Mam 70 lat i wciąż nie wiem, kim jestem. Polką? Austriaczką? Niemką?

Krojeni żywcem
Czułam, jak lekarz wbijał dłuto. Ale nie mogłam nawet mrugnąć

Życie udane czy udawane?
Działajcie, bo niewiele czasu wam zostało. Rozmowa z Jackiem Walkiewiczem, guru prezesów i pracowników korpo

Jak zaprzyjaźnić się z autykiem? Nastolatku, zgłoś się do wolontariatu
Zgłosiłam się, bo też jestem trochę autystyczna. Myślałam: trudno mi nawiązać kontakt z ludźmi, więc się z autykiem dogadam

Co robią franciszkanki w Maroku?
Droga chrześcijan i muzułmanów to rozstawna drabina zakończona w niebie. My wchodzimy po jednej stronie, oni po drugiej. Im bliżej szczytu, tym bardziej się zbliżamy

Mam 69 lat i szukam pracy
Jedni płaczą, że będą harować do 67. roku, a tu facet sam pcha się do tego magla

Rok pesymistów,
czyli internetowe podsumowanie 2014 [ORLIŃSKI]

Ja tu tylko sprawdzam
Jak grać w gry internetowe [TALKO]

Wyborcza.pl

Pod znakiem orła. Historia godła Polski

Adam Leszczyński, 29.12.2014
Godło państwowe ozdabia lożę prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego w Teatrze Nowości w Warszawie. Zdjęcie zostało zrobione podczas operetki

Godło państwowe ozdabia lożę prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego w Teatrze Nowości w Warszawie. Zdjęcie zostało zrobione podczas operetki „Wiktoria i jej huzar”, z której dochód miał być przeznaczony na rzecz powodzian wileńskich po wielkiej powodzi w kwietniu 1931 r. W loży… (NAC)

25 lat temu Sejm przywrócił orłu koronę, którą komuniści zdjęli z jego głowy. Nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, co robią: w heraldyce polskiej ukoronowany orzeł jest bowiem symbolem państwa suwerennego.
Rozmowa z prof. Markiem Adamczewskim*Adam Leszczyński: Dlaczego godłem Polski jest orzeł biały? Znamy legendę o tym, jak to Lech znalazł w puszczy gniazdo orła i założył tam Gniezno. A jak było naprawdę?

Prof. Marek Adamczewski*: Ta legenda, w części dotyczącej herbu, pochodzi z XVI w., czyli jest stosunkowo późna – pokazuje raczej, że również nasi przodkowie nie wiedzieli na ten temat nic konkretnego i próbowali wytłumaczyć sobie pochodzenie herbu Polski. Ptak, który prowokuje do rozważań nad herbem Polski, pojawił się na denarze Bolesława Chrobrego, czyli w XI w.

Ale wygląda jak kura, a nie orzeł.

– No właśnie! To były jeszcze czasy przedheraldyczne, bo heraldyka zaczęła się rozwijać później, w czasach pierwszej i drugiej wyprawy krzyżowej, a więc pod koniec wieku XI i w wieku XII. Historycy – a przede wszystkim numizmatycy – naprawdę mocno się głowią, czy na denarze Chrobrego jest paw, orzeł, czy może gołębica uosabiająca Ducha Świętego. Powstało wiele teorii na temat genezy orła; jedne mówią, że to prastary znak Piastów, inne – że znak użyczony w wyniku hołdu lennego złożonego przez władcę polskiego cesarzowi. Orzeł jako symbol męstwa, odwagi, panowania jest obecny chyba we wszystkich kulturach. Według bestiariuszy [średniowieczny gatunek literacki – ich zasadniczą część stanowił opis zwierząt z komentarzami objaśniającymi podstawowe dogmaty wiary i etyki chrześcijańskiej; teksty te były niemal zawsze iluminowane] orzeł to jedyne zwierzę, które może patrzeć otwartymi oczami w słońce i lecieć w jego kierunku. Orzeł jest obecny w większości kultów religijnych, bardzo często związany z głównym bóstwem. W Europie, w dobie wypraw krzyżowych, orzeł jako symbol zaczął rywalizować z lwem – w gruncie rzeczy lew i orzeł podzieliły między siebie europejską heraldykę. Upraszczam oczywiście, ale trochę tak jest. Polska trafiła pod wpływ orła, a na przykład Czechy pod wpływ lwa.

Jednym słowem – nic nie wiemy na pewno.

– Nie mamy źródła historycznego, w którym znalazłaby się informacja o którymś z pierwszych władców Polski mówiącym: „Wybieram orła, bo jest wspaniałym symbolem i chcę w ten sposób coś o sobie powiedzieć”. Możemy się tylko domyślać. Zresztą orzeł biały wcale nie musiał być najstarszym znakiem piastowskim. W Wielkopolsce na przykład był okres, w którym rywalizował z lwem i liliami. Książęta kujawscy wybrali sobie pół lwa i pół orła, czyli tzw. hybrydę kujawską, a na Mazowszu pojawił się nawet smok. Władca chciał o sobie coś powiedzieć przez symbol i wybierał z palety popularnych znaków to, co mu najbardziej odpowiadało. Szukał wyobrażeń symbolizujących dobro, szlachetność, odwagę. W średniowiecznych bestiariuszach jest wiele zwierząt bohaterskich, ale niektóre z nich z różnych powodów nie mogły trafić do królewskiego czy książęcego herbu. Na przykład dzik, zwierzę waleczne i niebezpieczne, był kojarzony z siłami ciemności.

Co symbolizowały orzeł i lew?

– Orzeł panuje w przestworzach. Lew uchodził za strażnika królewskich grobów i skarbców, a ludzie średniowiecza wierzyli, że nigdy nie zasypia. Niektórzy badacze uważają nawet, że lwie głowy umieszczone na oparciach tronów w charakterze elementów zdobniczych należy wiązać z tą cechą lwa, że zawsze jest gotowy bronić władcy. Orzeł ma w sobie także przekaz religijny. W polskiej heraldyce wiąże się szczególnie ze św. Stanisławem, biskupem krakowskim skazanym na śmierć albo własnoręcznie zamordowanym przez króla Bolesława Śmiałego na Skałce w 1079 r. Biskup poniósł śmierć męczeńską, a kiedy jego członki zostały rozrzucone przed ołtarzem, z czterech stron świata zleciały się orły, by pełnić straż przy zwłokach. Później – co zapisano w tekstach dotyczących św. Stanisława – ciało męczennika się zrosło. Cud ten, dokonany w obecności orłów, zapowiadał przezwyciężenie rozbicia dzielnicowego, które było faktem w czasie pisania żywota św. Stanisława.

Kiedy orzeł stał się herbem Polski?

– To akurat można precyzyjnie określić. Historycy wskazują na królewską pieczęć Przemysła II i na rok 1295, co oznacza, że mamy jeden z najstarszych herbów państwowych w Europie, liczący już ponad 700 lat. Podwójna pieczęć Przemysła II po jednej stronie ukazywała w majestacie króla siedzącego na tronie. Druga strona pieczęci, czyli tzw. contrasigillum , została wykonana z innego tłoka. Na jego polu był orzeł biały, który wskazywał na terytorium, którym zarządzał władca.

Król Przemysł II, Piast wielkopolski, panował krótko – od 1290 do 1291 r., a potem między 1295 i 1296 r., gdy zginął zamordowany.

– Ale symbol okazał się trwały. Orzeł Przemysła miał już koronę, która w polskiej heraldyce ma inne znaczenie niż w zachodniej: jeśli nasz orzeł jest ukoronowany, to znaczy, że jest symbolem suwerennego państwa, a takim w średniowieczu było królestwo.

Zmieniając konstytucję PRL 29 grudnia 1989 r., a potem przyjmując 9 lutego 1990 r. ustawę o zmianie przepisów o godle, barwach i hymnie RP, Sejm przywrócił godłu Polski koronę. Czy posłom chodziło tylko o nawiązanie do tradycji I i II Rzeczpospolitej?

– Pomijając okres PRL, herb państwa polskiego od 1295 r. przedstawiał zawsze orła ukoronowanego, a spór może dotyczyć tylko tego, jaka jest korona: otwarta czy zamknięta. Na marginesie można zażartować, że twórcy herbu PRL z punktu widzenia heraldyki wykonali bardzo dobrą robotę, ukazując symbolicznie, że Polska Ludowa to państwo nie w pełni suwerenne. Zrobili to niechcący, bo tej wiedzy heraldycznej nie posiadali.

Nadal trwa dyskusja, czy korona powinna być otwarta, czy zamknięta, a problem pojawił się pod koniec XV w., kiedy to do orła białego z koroną otwartą na głowie, umieszczonego na tarczy czteropolowej, razem z Pogonią Litewską dołączona została korona zamknięta jako zewnętrzny element herbu państwa polskiego. W efekcie orzeł miał dwie różne korony – otwartą na głowie i zamkniętą nad tarczą herbową. Korona zamknięta oznacza dwie rzeczy: jest symbolem państwa w stu procentach suwerennego, wolnego od wpływów cesarstwa i papiestwa. Równocześnie pokazuje, że państwo jest niejednorodne w swojej strukturze i ma władzę nad różnymi terytoriami.

Całkiem niedawno, bo w 2008 r., prawicowi posłowie zaproponowali, żeby przywrócić zamkniętą koronę z krzyżem.

– Gdy w 1989 r. rozpoczęła się dyskusja nad herbem odrodzonej Rzeczpospolitej, była grupa posłów uważających, że godłem powinien być orzeł z 1919 r. wzorowany na symbolu Księstwa Warszawskiego lub powstania listopadowego. Z głową nakrytą koroną zamkniętą, uwieńczoną kulą, a na niej jeszcze krzyżem, co oczywiście zawierało w sobie komunikat.

Krzyż oznacza państwo chrześcijańskie? Czy nie oznacza więc zamachu na świeckość Rzeczpospolitej?

– Takie argumenty są obecne w tej dyskusji. Podczas prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego wchodziłem w skład powołanej przez prezydenta komisji, która miała poprawić błędy w obowiązujących ustawach o herbie państwa. W komisji wyłoniły się dwie frakcje i ostatecznie powstały dwa projekty godła: jeden przedstawiał orła z lekko skorygowaną koroną, jej tzw. kwiatony albo sterczyny korony były rozsunięte…

Chodzi o elementy wystające na koronie?– Tak, ściśle mówiąc: o lilie znajdujące się powyżej okręgu korony. Pomiędzy nimi powinien być prześwit. Wtedy orzeł ma na głowie „lekką” koronę, a nie coś dziwacznego, jak dzisiaj. Inni członkowie komisji sugerowali, żeby wprowadzić koronę zamkniętą, dodać łuk biegnący górą, kulę i krzyż. Projekt ustawy nie został przesłany dalej i na razie łata się luki w ustawodawstwie. Na przykład w 2012 r. Sejm uchwalił, że na koszulkach sportowców musi być umieszczony herb w pełnej postaci. Gdzieś w tle dyskusji na temat kształtu korony pojawiają się głosy na temat jej obecności we współczesnym godle Polski. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że korona symbolizuje suwerenność, wielu myślało, że chodzi o Polskę królewską, i dlatego część ugrupowań republikańskich chciała ją zdjąć z głowy orła. Najpierw uczynił to Józef Piłsudski na potrzeby niektórych oddziałów legionowych, ale w tym przypadku chodziło o orła wojskowego, który jest znakiem innym niż państwowy. W 1918 r. minister Stanisław Thugutt w lewicowym rządzie Jędrzeja Moraczewskiego uznał, że skoro Polska jest republiką, to orzeł powinien być bez korony.

Orzeł bez korony miał być ludowy?

– Raczej republikański. Ale wybuchła awantura polityczna, więc premier i minister wycofali się z tego pomysłu. Ta sprawa pokazuje jedno: dyskusja trwała i trwa, bo heraldyka państwowa to przecież taka materia, na której wszyscy się znają. 1 sierpnia 1919 r. uchwalono ustawę o herbie II RP. Orzeł z 1919 r. został przyjęty w formie z okresu stanisławowskiego albo powstania listopadowego. To było uzasadnione, bo jest taka zasada heraldyczna, że herb odradzającego się państwa powinien nawiązywać do znaku z ostatniego roku niepodległości. Zapisano nawet w ustawie z 1 sierpnia 1919 r. o godłach i barwach RP, że gdy ustabilizują się granice Polski, to herb zostanie zmieniony.

Podoba się panu „orzeł piastowski” noszony przez żołnierzy armii Berlinga?

– To był orzeł wojskowy, który – powtarzam – jest innym znakiem niż herb państwa. Janina Broniewska, wówczas członkini Związku Patriotów Polskich, zaprojektowała go w miejsce orła z koroną siedzącego na tarczy amazonek. W 1943 r. polscy komuniści potrzebowali orła kojarzonego z władcą, który walczył z Niemcami, a nie bił się na Wschodzie. Broniewska znalazła go w albumie o katedrze płockiej na dziewiętnastowiecznym monumencie upamiętniającym Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego. Krzywousty (i jego orzeł) nadawał się idealnie, bo władca ten walczył z Niemcami o granicę „na Odrze i Nysie Łużyckiej”. Orzeł armii Berlinga przypomina kurę i nazywano go „kuricą”. Podobno był wypinany przez żołnierzy i zastępowany orłami wojskowymi II RP.

Czy w dzisiejszym orle są błędy heraldyczne? Czytałem o sporze o to, czy zakończenie przepaski na skrzydłach powinno mieć kształt trójliścia, czy gwiaździstej rozety. Jest się o co kłócić? Czy w herbie każdy drobiazg ma znaczenie symboliczne?

– Przede wszystkim: Polska nie ma herbu. W konstytucji jest zapis o godle. W języku heraldyki godło jest częścią herbu, czyli tym „obrazkiem” umieszczonym na tarczy. Naprawianie heraldyki państwowej trzeba zacząć od zmiany konstytucji i zapisać w niej, że herbem Polski jest Orzeł Biały, pisany wielkimi literami, bo w polskiej tradycji herby mają nazwy własne, a herb Polski nazywa się „Orzeł Biały”. To, co w nazwie jest orłem białym, naprawdę powinno być orłem srebrnym, bo heraldyka nie zna koloru białego. Jeżeli nie można wyrazić w sposób poprawny herbowego srebra, zastępujemy je kolorem białym. Współczesny herb Rzeczpospolitej nawiązuje do znaku przyjętego w Polsce po zamachu majowym. Orła państwowego II Rzeczpospolitej zaprojektował w 1927 r. Zygmunt Kamiński, który lepiej czuł się w rzeźbie niż w rysunku, i z tego powodu herbowy ptak ma elementy cieniowania pokazujące głębię i wypukłości. Dobra heraldyka nie używa takich technik. O koronie wspominałem. Musi ona mieć tak wyrysowane kwiatony, aby była pomiędzy nimi widoczna czerwień tarczy herbowej.

Godło herbowe powinno w maksymalny sposób wypełniać przestrzeń tarczy herbowej. W 1927 r. Kamiński zaprojektował dwie wersje herbu: orła wpisanego w koło (dla pieczęci) i wersję dla tarczy herbowej. W tej drugiej niektóre pióra były wyciągnięte, tak aby wypełnić górne narożniki tarczy. Ostatecznie w 1927 r. prezydent Ignacy Mościcki wydał rozporządzenie, że na herbie i na pieczęci ma występować jeden wzór orła.

W polskiej heraldyce orły miały przepaski przez pierś zakończone trójliściem, tymczasem u Kamińskiego pojawił się znak, który był „trójliściem zwielokrotnionym” – trójliściem z dodatkowymi „jęzorkami” pomiędzy niby-liśćmi. Dopiero w PRL ten „pięcioliść” Kamińskiego został zmieniony w gwiazdę pięcioramienną, kojarzoną z symbolem radzieckim.

Czy w PRL orzeł został popsuty?

– Na tej zmianie orzeł nie wyszedł tak źle, niektóre historyczne herby sąsiednich państw w ogóle przestały istnieć.

Czy warto prowadzić badania nad historią godła państwa polskiego?

– W Łodzi prowadzimy badania na temat orła białego, a dokładnie – na temat tego, co się z nim działo od sierpnia 1914 r. do listopada 1918 r. Jest to doprawdy fascynujące. Oddolna inicjatywa Polaków, spontanicznie kształtująca znak odradzającego się państwa, jest zdumiewająco bogata. Pojawiały się setki wzorów orła, niektóre fantastyczne pod względem formy: orły średniowieczne, renesansowe czy barokowe.

*Dr hab. Marek Adamczewski – profesor i wykładowca na Uniwersytecie Łódzkim. Jego zainteresowania koncentrują się wokół nauk pomocniczych historii okresu staropolskiego (głównie heraldyki i sfragistyki miejskiej, szlacheckiej, ziemskiej i korporacyjnej). Opublikował m.in. monografię „Heraldyka miast wielkopolskich do końca XVIII wieku” i „Pieczęcie urzędowe władz lokalnych z obszaru Polski centralnej”. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Heraldycznego i Oddziału Łódzkiego Polskiego Towarzystwa Historycznego.

W ”Ale Historii” czytaj też:

Z getta na salony Europy
Mayer Amschel, patriarcha rodu, szybko nauczył się zasady mówiącej, że najlepsze transakcje robi się z władcami. Ci – jak wiadomo – nieustannie potrzebują pieniędzy, a udzielane im kredyty gwarantują podatki ściągane przez rząd.

Zofia Potocka. Ukochana arcyzdrajcy
Na cześć swej bogdanki Szczęsny Potocki postanowił stworzyć w Humaniu najwspanialszy w Europie park, nazwany Zofiówką, który w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze kosztował miliard dolarów. Ale i tak nie dochowała wierności przywódcy Targowicy.

Alcatraz – nie tylko kryminał
Z więzienia na wyspie Alcatraz próbowało uciec ponad 30 skazanych, ale wiemy na pewno, że tylko dwaj zdołali pokonać zimne wody zatoki San Francisco, by po dotarciu na stały ląd wpaść w ręce policji. Może jednak ta sztuka udała się trzem innym śmiałkom?

Franciszek Jach. Pierwszy pilot powstania wielkopolskiego
Niespodziewający się niczego złego pilot albatrosa wylądował w pobliżu gospodarstwa rodziny Jachów w Wapnie i z miejsca został otoczony przez Polaków. Widząc, co się święci, Niemiec nie stawiał oporu, a w nagrodę dostał wałówkę ze świniobicia. W taki oto sposób powstanie wielkopolskie zdobyło swój pierwszy samolot.

Błonica. Anioł dusiciel
Pod koniec XIX w. błonica była najczęstszą przyczyną zgonów wśród dzieci, a w samych tylko Niemczech zabrała kilkaset tysięcy najmłodszych. Naukowiec, który znalazł na nią lekarstwo, został pierwszym laureatem Nagrody Nobla z medycyny. A pies, który dobiegł z tym lekarstwem do ogarniętej epidemią osady na Alasce, ma pomnik w nowojorskim Central Parku.

Wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: