Hairwald

W ciętej ranie obecności

Szydło (23.08.2015)

 

Koalicja PO-PiS to nie mrzonka? Brudziński: „PiS przyjmie wyciągniętą rękę Platformy Obywatelskiej”

Joachim Brudziński przekonuje, że PiS chciałby od października rządzić samodzielnie. Jeśli się nie uda, jest w stanie przyjąć otwartą rękę od każdego ugrupowania, nawet od PO.
Joachim Brudziński przekonuje, że PiS chciałby od października rządzić samodzielnie. Jeśli się nie uda, jest w stanie przyjąć otwartą rękę od każdego ugrupowania, nawet od PO. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Prawo i Sprawiedliwość cieszy się coraz większym poparciem w sondażach. Joachim Brudziński przekonuje, że partii zależy na tym, aby od października rządzić samodzielnie. Jeśli jednak wola wyborców będzie inna i władzą trzeba będzie się podzielić, zapewnia, że PiS jest w stanie przyjąć wyciągniętą rękę od każdego, nawet od Platformy Obywatelskiej.

PiS liczy na samodzielność
Przedstawiciele różnych ugrupowań na antenie Radia Szczecin omawiali polityczne scenariusze, z którymi możemy mieć do czynienia po 25 października. – Jeżeli sobie zasłużymy pokorną pracą na głosy Polaków, będziemy rządzić samodzielnie. Z tym zastrzeżeniem, jeżeli sobie zasłużymy – mówił w odniesieniu do swojej partii poseł Brudziński.

JOACHIM BRUDZIŃSKI

Natomiast nawet rządząc samodzielnie, przyjmiemy zawsze wyciągniętą rękę Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Sojuszu Lewicy Demokratycznej dla dobrych rozwiązań dla Szczecina i Pomorza Zachodniego. Czytaj więcej

Nic nie jest jednak przesądzone. We wspólnych rozmowach politycy wrócili do roku 2005 i planowanej wówczas wielkiej koalicji PO-PiS. – Taka koalicja była wielką nadzieją na zmianę Polski. Szkoda że do niej nie doszło – przekonywał Brudziński.

Koalicja PO-PiS? „Interesujące”
Obecny w studiu polityk Platformy Obywatelskiej miał na ten temat podobne stanowisko. – To, co by się wydarzyło w kraju, gdyby koalicja Platformy i PiS-u powstała, być może byłoby bardzo interesujące – mówił Arkadiusz Litwiński, który zasugerował, że takie połączenie mogłoby zaistnieć w polityce ponownie, mimo wszystkich konfliktów i negatywnych emocji, które obserwowaliśmy w ostatnich latach.

– W Niemczech potrafią sobie ułożyć jak potrzeba wielką koalicję. Ja jestem realistą i wiem, że te emocje niestety są bardzo ważne, ale najważniejsza jest Polska – przekonywał.

W najnowszym sondażu IBRiS dla „Super Expressu” Prawo i Sprawiedliwość zyskuje dodatkowe punktu procentowe. Gdyby wybory do Sejmu odbyły się w tą niedzielę, partię Jarosława Kaczyńskiego poparłoby 40,4 proc badanych. Taki wynik daję PiS samodzielną większość.

Źródło: radioszczecin.pl

koalicjaPOpiS

naTemat.pl

Abp Hoser podziękował Bogu za nową telewizję internetową. „Oświeci ciemności naszego życia”

ks, KAI, 23.08.2015

Abp Henryk Hoser

Abp Henryk Hoser (Razem TV)

Abp Henryk Hoser podziękował dziś Bogu za nowo powstającą telewizję internetową. – Oświeci ciemności naszego życia – powiedział. – Przed Kościołem stoi zadanie powołania środków przekazu które mówią prawdę o człowieku i jego roli w świecie – dodał.

 

– W dzisiejszej dobie media mają coraz większą władzę stając się największą potęgą która kształtuje oblicze ziemi. Tyle że nie czyni ona tego pod wpływem Ducha Świętego który miał zstąpić ale pod działaniem ducha ciemności który wciąga w nie ludzi z nich korzystających – ubolewał bp warszawsko-praski. I dodał: – Nie potrafimy dziś już odróżnić produktu zatrutego od zdrowego.

„Środki przekazu, które uczą jak żyć”

Wspomniał też, że „Jan Paweł II przestrzegał przed cywilizacją śmierci, która jest oderwana od prawdy o człowieku, który jest stworzony na obraz i podobieństwo do Boga i jego zadaniem jest odpowiedzialne kształtowanie tego świata”.

 

– Ojciec Święty mówił, że nowoczesne środki komunikacji są poddane pokusie manipulacji przekazem zakłamując prawdę o człowieku. W związku z tym przed Kościołem stoi dziś ogromne zadanie aby powołać takie środki przekazu, które nie tylko mówią prawdę o człowieku, ale także uczą jak żyć, jak wzrastać w człowieczeństwie, jak nabywać jakości prawdziwego życia – podkreślił abp Hoser.

Nowa telewizja internetowa?

Na koniec podziękował Bogu za to, że w diecezji warszawsko-praskiej są tradycyjne środki przekazu: takie jak drukarnie i wydawnictwa, ale też nowoczesne: jak Radio Warszawa i nowo powstająca telewizja internetowa. – Są źródłem światła oświecając ciemności naszego życia – mówił abp Hoser.

Zobacz także

abpHoserPodziękowałBogu

TOK FM

Panie Prezydencie, a teraz pytania do Pana!

Prezydent Andrzej Duda chce, by Polacy odpowiedzieli w referendum na kilka pytań. Wcześniej jednak Pan prezydent powinien odpowiedzieć na kilka pytań. A pytania są fundamentalne. Dotyczą tego czy Andrzej Duda, jeszcze nie będąc prezydentem, wyłudzał pieniądze podatników i czy swymi podpisami wielokrotnie poświadczał nieprawdę.

W jutrzejszym „Newsweeku” ukaże się bardzo dobrze udokumentowany tekst Michała Krzymowskiego i Wojciecha Cieśli o fakturach Andrzeja Dudy związanych z jego licznymi wyjazdami do Poznania. Kilkadziesiąt kilometrów od Poznania, w szkole wyższej w Nowym Tomyślu, wtedy poseł Duda, przez kilka lat prowadził wykłady, za które zarobił około 280-ciu tysięcy złotych. Z informacji dziennikarzy „Newsweeka”, a przede wszystkim z sejmowych dokumentów wynika, że w kilkunastu przypadkach za loty Dudy do Poznania i za jego hotele w Poznaniu płaciła kancelaria Sejmu, a więc podatnik. W tych wszystkich przypadkach Andrzej Duda na wystawionych przez siebie fakturach, pisał (i podpisywał), że koszty te związane są z wykonywaniem jego zadań poselskich.

Tak się jednak składa, że terminy lotów i terminy pobytu w hotelach pokrywają się z grafikiem zajęć, które w Poznaniu prowadził poseł Duda.

Dziennikarze „Newsweeka” wykonali wielką pracę, by znaleźć dowody jakiejkolwiek działalności poselskiej Andrzeja Dudy w Poznaniu, czyli w miejscu, które nie miało nic wspólnego z jego okręgiem wyborczym. Nie znaleźli. W związku z tym skierowali do Kancelarii Prezydenta RP pytania, które pozwoliłyby wyjaśnić przedziwną koincydencję terminów lotów, korzystania z hoteli i terminów zajęć. Odpowiedzi nie dostali.

„Newsweek” nie twierdzi, że Andrzej Duda wyłudzał pieniądze z Kancelarii Sejmu, a więc pieniądze podatnika. Nie twierdzi też, że Andrzej Duda wielokrotnie własnym podpisem poświadczał nieprawdę. Przedstawia jednak dokumenty i informacje, które taką tezę uprawdopodabniają. Brak odpowiedzi na pytania dziennikarzy „Newsweeka” jest tu wysoce niepokojący.

W ustawie o  wykonywaniu obowiązków posła jest artykuł 43. W punkcie pierwszym mówi on, że parlamentarzyści mogą za darmo korzystać ze środków transportu naziemnego i powietrznego na terytorium RP.  Ale tytuł ustawy, co potwierdzili nam wybitni konstytucjonaliści, Profesor Chmaj i doktor Piotrowski, jasno wskazuje, że nie idzie o wszelkie podróże, ale te, które są bezpośrednio związane z wykonywaniem mandatu parlamentarzysty. Jeśli więc prezydent Andrzej Duda nie przedstawi jednoznacznych dowodów, że w każdym wypadku jego wyjazdów do Poznania wykonywał tam zadania parlamentarzysty(a potrzebne tu będą nie stwierdzenia, ale dowody), domniemanie wyłudzenia pieniędzy podatników i poświadczenia nieprawdy, i to wielokrotnego, uprawdopodobnią się jeszcze bardziej.

Przypomnijmy, za proceder podobny  do tego, który może wynikać z informacji „Newsweeka”, posłowie Hofman i spółka, zamieszani w tzw. aferę madrycką, de facto stracili członkostwo w PIS. Ich kariery zostały, i słusznie, złamane. Prezydent Duda legitymacji tej partii już nie ma. Pytanie jednak brzmi, czy jeśli przypuszczenia „Newsweeka” okażą się uzasadnione, nie straci on legitymacji do egzekwowania od obywateli RP obowiązującego w RP prawa. Prezydent ma stać na straży konstytucji i obowiązującego w Polsce prawa. Pytanie brzmi czy owego prawa przestrzegał poseł Duda czy też to prawo wielokrotnie i z rozmysłem łamał.

Jest oczywiste, że media prawicowe już za chwilę ruszą do huraganowego ataku na „Newsweek”, jego dziennikarzy oraz naczelnego, czyli mnie. Jesteśmy na ten atak gotowi. Prawdopodobnie padną oskarżenia o prowadzenie bezprecedensowego ataku na głowę państwa albo o uruchomienie przemysłu pogardy albo jeszcze o coś innego. Jesteśmy na to gotowi, ale ten atak nie powstrzyma nas w dążeniu do uzyskania odpowiedzi na zadane przez nas pytania.

Pytania te, nie referendalne, ale fundamentalne brzmią tak:

1. Czy Andrzej Duda wyłudzał publiczne pieniądze?

2. Czy Andrzej Duda świadomie poświadczał swym podpisem nieprawdę?

W związku z tym pojawia się pytanie kluczowe: czy prezydent Rzeczpospolitej jest człowiekiem uczciwym?

To jest dla Polaków pytanie kluczowe. Ośmielam się stwierdzić, że o niebo ważniejsze niż pytania, które prezydent Duda podsunął Polakom w referendum, którego się domaga.

niewygodnaRachunkiPrezydenta

naTemat.pl

„Newsweek”: jak poseł Andrzej Duda z delegacjami kombinował

 MówiłemŻe
Wojciech Czuchnowski, Piotr Żytnicki, Poznań, 23.08.2015

Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Andrzej Duda jako poseł PiS podróżował do Poznania w latach 2012-14 za sejmowe pieniądze. W rozliczeniach podpisał, że wykonywał obowiązki parlamentarzysty. W rzeczywistości pracował na prywatnej uczelni.

Najnowszy „Newsweek” zaznacza , że nie chodzi o wielkie pieniądze: podróże i hotele posła Dudy kosztowały Sejm 11 tys. zł. Gorsze jest to, że w rozliczeniach za wyjazdy przyszły prezydent podawał nieprawdę.

Duda w latach 2012-14 miał zajęcia w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji w Nowym Tomyślu, 60 km od Poznania. Za przeloty i hotele płacił Sejm. Zajęcia odbywały się w weekendy, Duda latał na nie często bezpośrednio po głosowaniach w Sejmie. W sumie lotów było 17 po 572 zł za rejs (stawka ryczałtowa dla Sejmu) . Do tego sześć nocy na koszt Sejmu w poznańskich hotelach, ale nie z górnej półki. Najdroższy, w hotelu Mercure, za 440 zł, najtańszy – hotel Gold – 150 zł.

Na fakturach Andrzej Duda podpisał, że pobyt miał związek z wykonywaniem mandatu. Podobnie – w ramach obowiązków poselskich- rozliczał loty. Newsweek sprawdził, że w tym czasie Duda, poseł z Krakowa, nie spotykał się w Poznaniu ani z wyborcami, ani nawet z działaczami PiS.

Tajny plan zajęć

Szkoła w Tomyślu, w której przyszły prezydent zarobił za wykłady łącznie 280 tys. zł, nie chciała udostępnić dziennikarzom żadnych informacji, nawet planu zajęć prowadzonych przez Andrzeja Dudę. Kanclerz uczelni, Janusz Musiał (który był jednym z gości głowy państwa na uroczystościach inauguracji prezydentury) odmówił i powołał się na „ochronę danych osobowych”. – Z panem mogę porozmawiać o pogodzie, ale nawet 50 maili nie skłoni mnie do przekazania panu informacji – powiedział kanclerz reporterowi „Newsweeka”.

Dziennikarze odtworzyli plan ćwiczeń prowadzonych przez Dudę na podstawie rozmów ze studentami i ich notatek, gdzie daty pokrywały się z datami wylotów. Z relacji studentów wynika, że czas na uczelni Duda miał tak wypełniony, że nie było możliwe, by mógł w tych dniach wykonywać inne obowiązki niż pracę wykładowcy.

Także Kancelaria Prezydenta nie odpowiedziała na pytania „Newsweeka” ani „Gazety Wyborczej”, gdy zapytaliśmy czy będzie komentarza do tekstu tygodnika. Usłyszeliśmy, że nie jest to planowane.

Sławomir Orłowski, rzecznik szkoły w Tomyślu, nie chciał nam wczoraj powiedzieć, kto opłacał podróże Dudy do Poznania i jego noclegi. Zażądał pytań mailem, ale zastrzegł, że nie odpowie na nie w niedzielę, bo nie jest w pracy.

Sejmowe rozliczenia opierają na zaufaniu do pisemnych oświadczeń posłów. Jednak podanie w nich fałszywych informacji może być uznane za przestępstwo poświadczenia nieprawdy w dokumencie. Za podobne wykroczenie, z PiS musiała pożegnać się tzw. trójka madrycka, czyli posłowie Adam Hofman, Mariusz Kamiński i Antoni Rogacki. Latali do Hiszpanii tanimi liniami, a w oświadczeniach dla Biura Sejmu wpisali podróż samochodem. W tej sprawie toczy się prokuratorskie śledztwo.

Obowiązki posła nie przeszkadzały dorabiać

Prezydent Andrzej Duda to prawnik po Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2005 r. obronił tam doktorat, a w sierpniu 2006 r. poszedł na bezpłatny urlop. Najpierw został wiceministrem sprawiedliwości w rządzie PiS, a potem podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po śmierci prezydenta w katastrofie smoleńskiej wrócił na ponad rok do pracy na uczelni. Od listopada 2011 r. znów jest na urlopie bezpłatnym: najpierw jako poseł, potem europoseł.

Poselskie obowiązki przeszkadzały Dudzie pracować na macierzystej uczelni, ale nie przeszkadzały dorabiać w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji im. Mieszka I w Poznaniu. Według rankingu „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej” z 2012 r. była ona na ostatnim, 93. miejscu wśród uczelni niepublicznych. Potem nie była już notowana.

Praca Dudy w Poznaniu wyszła na jaw podczas kampanii wyborczej. Prof. Bolesław Andrzejewski, były rektor uczelni, przyznał nam, że to on znalazł Dudę w Krakowie: – Szukaliśmy wtedy pracowników. Pan Duda zgodził się z nami współpracować, kanclerz Musiał podpisał z nim umowę.

I tyle. Uczelnia nie chce podać nawet, od ilu lat pracował w niej Duda, ile zajęć prowadził i na jaki temat. Nie ma tego na jej stronie internetowej.

Sam Duda nie robił jednak tajemnicy ze swojej pracy w WSPiA. W oświadczeniach majątkowych, które składał jako poseł, pisał wprost, że z poznańską uczelnią wiąże go stosunek pracy. Używał określenia „etat dydaktyczny”.

Dlaczego Duda, przebywając na bezpłatnym urlopie z UJ i robiąc karierę polityczną, postanowił dorabiać na jednej ze słabszych uczelni prywatnych w Polsce? Według oświadczeń majątkowych Dudy uczelnia wypłaciła mu w ciągu czterech lat prawie 300 tys. zł. Duda był wykładowcą na kierunku administracja w zamiejscowym wydziale WSPiA w Nowym Tomyślu.

Duda „minimum kadrowym”

Dlaczego był tak cenny? Aby otworzyć kierunek na studiach, uczelnia musi zgromadzić minimum kadrowe, w tym wypadku musiało być to co najmniej sześciu doktorów. „WSPiA wykazywała dr. Andrzeja Dudę w składzie minimum kadrowego na studiach I stopnia, na kierunku administracja, w latach 2011/2012, 2012/2013 i 2013/2014” – to oficjalna informacja z biura prasowego Ministerstwa Nauki. Duda miał z prywatną uczelnią umowę o pracę „na czas nieokreślony, w pełnym wymiarze czasowym jako pracownik dydaktyczny na stanowisku starszego wykładowcy”.

Poznańska WSPiA aktywnie wspierała Dudę jako kandydata na prezydenta. W piśmie „Puls Uczelni” znalazł się wywiad z Dudą, a okładkę ilustrowało jego zdjęcie z podpisem „Nasz wykładowca”. Oficjalnie pismo redagują studenci, ale jego naczelnym jest Sławomir Orłowski, rzecznik prasowy uczelni. Jeszcze przed pierwszą turą Duda odwiedził uczelnię i uczestniczył w konferencji naukowej. – W planie zajęć pojawiła się informacja o konferencji i o tym, że mamy w niej uczestniczyć – opowiadali potem studenci.

Po pierwszej turze wyborów na stronie internetowej szkoła zamieściła gratulacje podpisane przez samorząd studencki i władze uczelni: „Jesteśmy dumni z wyniku naszego wykładowcy. Życzymy powodzenia w II turze”. A potem były kolejne gratulacje. „Pana sukces jest sukcesem Polski, a także całej społeczności akademickiej” – napisał po drugiej turze Janusz Musiał, założyciel i kanclerz poznańskiej uczelni.

Zobacz także

newsweekDuda

wyborcza.pl

Oficjalnie – obowiązki poselskie. W rzeczywistości – wykłady na uczelni. „Newsweek” o niewygodnych rachunkach Dudy

Prezydent Andrzej Duda, jeszcze jako poseł, za pieniądze z Kancelarii Sejmu opłacał podróże do Poznania, gdzie wykładał na prywatnej uczelni.
Prezydent Andrzej Duda, jeszcze jako poseł, za pieniądze z Kancelarii Sejmu opłacał podróże do Poznania, gdzie wykładał na prywatnej uczelni. Fot. Newsweek.pl

Na koszt podatnika Andrzej Duda, jeszcze jako poseł, systematycznie latał do Wielkopolski. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby jego podróże wiązały się z wykonywaniem mandatu posła. Co do tego istnieją jednak duże wątpliwości. Prezydent wykładał na prywatnej uczelni. Latał do Poznania, kiedy miał zajęcia ze studentami. 17 przelotów i 6 noclegów za łączną kwotę 11 tys. zł. Dlaczego za wszystko płaciła Kancelaria Sejmu? O tym w najnowszym „Newsweeku” piszą redaktorzy Michał Krzymowski i Wojciech Cieśla.

Co robi krakowski poseł w Wielkopolsce?
Podróże Andrzeja Dudy najczęściej miały miejsce w weekendy, bo właśnie wtedy odbywały się zajęcia w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji w Nowym Tomyślu, które prowadził. Zaraz po posiedzeniach komisji i głosowaniach poseł wsiadał w samolot i leciał do Poznania. Bilety – jak sprawdził „Newsweek” – rezerwowane były przez sejmową kancelarię.

Redaktorzy szukali odpowiedzi na pytanie, co było celem tych podróży.Andrzej Duda – poseł z Krakowa (a nie z Poznania), biura w Wielkopolsce nie miał. Weekendowych spotkań z interesantami z Poznania również nie odnotowano. „Sprawdzamy archiwa lokalnej prasy – nie ma w nich jakichkolwiek informacji o politycznej aktywności posła. Czy w latach 2012-2014 był gościem zaprzyjaźnionego z PiS klubu „Gazety Polskiej”? Na stronach klubu nie ma o tym ani słowa.” – „czytamy w Newsweeku”.

Przyjeżdżał, bo wykładał
Lokalni działacze Prawa i Sprawiedliwości przyznają wprost, prezydent przyjeżdżał, „bo wykładał”. Zgodnie z procedurami, Kancelaria Sejmu zwraca koszty podróży tylko wtedy, jeśli mają związek z wykonywaniem mandatu. Po złożeniu dokładnie opisanej imiennej faktury.

„NEWSWEEK”

Poseł Duda otrzymał zwrot za noclegi w Poznaniu, co oznacza, że musiał opisać swoje faktury. Kancelaria jego adnotacji nie weryfikowała – nie weryfikuje ich nigdy, bo zakłada uczciwość posłów. Czytaj więcej

Co wspólnego wykłady mają z wykonywaniem mandatu? – Dla czystości tej sprawy, dobrze byłoby, aby pan prezydent wyjaśnił wszelkie niejasności. Powinien ustosunkować się do każdego przelotu i każdego noclegu oddzielnie. Próbowaliśmy zrekonstruować jego grafik, dotarliśmy do jednego z jego studentów i częściowo to się udało – komentuje w rozmowie z naTemat red. Michał Krzymowski, autor artykułu.

Ustawa: Za prywatne podróże poseł płaci sam
Grafik wykładów i terminy lotów faktycznie pokrywają się. – Z zestawienia wynika na przykład, że z 23 na 24 marca 2013 roku Duda nocował w Poznaniu, a 24 marca miałem z nim zajęcia – mówi „Newsweekowi” student, o którym wspominał red. Krzymowski.

„NEWSWEEK”

A co się dzieje, gdyby deklaracja posła okazała się nieprawdziwa? O taką sytuację – hipotetyczną, bez podawania nazwiska obecnego prezydenta – spytaliśmy konstytucjonalistę dr. Ryszarda Piotrowskiego: – Jeśli deklaracja napisana na fakturze jest niezgodna z prawdą, to można to uznać za poświadczenie nieprawdy w dokumencie. W razie wątpliwości Kancelaria Sejmu powinna w takiej sytuacji wystąpić do posła o złożenie stosownych wyjaśnień. Czytaj więcej

„Kwestia uczciwości, nie pieniędzy”
Ustawa o wykonywaniu mandatu posła, choć jest bardzo ogólna, wyraźnie nakazuje zwrócić pieniądze wtedy, kiedy Kancelaria udowodni nieprawidłowości. Problem polega na tym, że kancelaria podchodzi do całej sprawy bardzo ogólnie, ponieważ… ufa parlamentarzystom.

Jeśli podróż posła związana jest z inną pracą zarobkową, ten nie powinien brać pieniędzy z Kancelarii Sejmu, lecz sam za nią zapłacić. Prezydent Andrzej Duda na swoich wykładach zarobił w sumie 280 tys. zł. Koszt za wszystkie 17 przelotów i 6 noclegów wyniósł 11 tys. Dlaczego nie zapłacił sam?

Michał Krzymowski informuje nas, że „Newsweek” próbował uzyskać wyjaśnienie od pana prezydenta – bezskutecznie. – Nam prezydent nie musi odpowiadać, jeżeli nie chce. Wyjaśnienia należą się przede wszystkim Polakom – dodaje. Redaktor przekonuje, że w tej całej sprawie nie chodzi jednak o pieniądze, bo kwota 11 tys. zł nie jest aż tak „porażająca”.

– Chodzi po prostu o uczciwość i prawdomówność, czyli wartości, na które pan prezydent w swojej kampanii powoływał się bardzo często – tłumaczy. Nawet podczas zaprzysiężenia prezydent Duda potwierdzał, że jest „niezłomny”. – Warto wobec tego skonfrontować słowa i czyny – podsumowuje Michał Krzymowski.

czyAndrzejDudaWyłudzał

naTemat.pl

Mąż Marty Kaczyńskiej zatrzymany w Trójmieście. Marcin D. podejrzewany m.in. o wyłudzenia i kierowanie gangiem

Marcin D.w Okręgowej Radzie Adwokackiej.
Marcin D.w Okręgowej Radzie Adwokackiej. Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta

Do zatrzymania prawnika doszło dziś około południa. Razem z D. Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało jeszcze jednego mężczyznę. To prawdopodobnie kuzyn prawnika. TVN 24 podaje z kolei, że w Trójmieście zatrzymano nie dwie, a cztery osoby.

CBA miało zatrzymać wszystkich podejrzanych na polecenie Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Śledczy zajmują się sprawą D. od kilku miesięcy. Prowadzone przez nich postępowanie dotyczy wydarzeń z 2014 r. – To wtedy mężczyźni mieli dopuszczać się wyłudzenia pieniędzy ze środków publicznych – podaje stacja TVN 24.

TVN 24 nieoficjalnie informuje również, że D. podejrzewa się o liczne oszustwa, kierowanie grupą przestępczą i pranie brudnych pieniędzy. Śledczy rozpoczęli już przeszukiwanie kilkunastu biur i mieszkań należących do mecenasa.

NoToJeszcze

W ciemne interesy mogło być zamieszanych więcej osób. Wśród nich miała znajdować się także wspólniczka prawnika – razem prowadzą firmę handlującą nieruchomościami, energią elektryczną i paliwami gazowymi.

Źródło: TVN 24

mążMartyKaczyńskiej

naTemat.pl

Katarzyna Lubnauer: Referendum z grzechem pierwotnym

22.08.2015

Referendum to święto demokracji, najwyższy jej przejaw, czyli przykład demokracji bezpośredniej. Referendum powinno dotyczyć kwestii zasadniczych, w których rządzący chcą dostać mandat społeczny do zmian. Referendum może też być decyzją narodu w najważniejszych kwestiach państwowych jak np. wejście do UE czy zmiana konstytucji.

Referendum 6 września nie jest żadnym z tych dwóch rodzajów, jest aktem bez znaczenia, który tylko psuje demokracje. Jest półsierotą, bo nie jest już potrzebne ani pomysłodawcy, ani największym podmiotom sceny politycznej Polski. Zostało ogłoszone z najniższej pobudki, było populistycznym gestem, który miał odwrócić losy wyborów prezydenckich. Wyniku wyborów nie zmieniło, a Polaków zostawiło z kosztowną (ponad 100 mln) procedurą, która może przynieść korzyść tylko jednemu ugrupowaniu, które na haśle JOWów, bez wchodzenia w szczegóły, budowało swoją pozycję.

Jak każdy produkt powstały z potrzeby chwili, nocą, jest prowizorką. Źle napisanym, nieprecyzyjnym bublem, który ani nie przekona społeczeństwa do udziału w referendach, ani nie da uczciwej możliwości wypowiedzenia się w kluczowych kwestiach.

O co nas chcą zapytać? Czy istnieją dobre odpowiedzi na pytania referendalne?

Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej?

Jestem za, a nawet przeciw. Tak, model niemiecki – mieszany, mi odpowiada. Tak, model australijski z głosem przechodnim jest do rozważenia. Nie, model brytyjski uważam za szkodliwy (a o ten chodziło Kukizowi). W przypadku modelu brytyjskiego zgadza się ze mną również większość Brytyjczyków, spośród których 60% chce reformy systemu wyborczego i odejścia od JOWów.

Czy jest Pani/Pan za utrzymaniem dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa?

Jestem zdecydowanie przeciw finansowaniu partii z budżetu w obecnym stanie prawnym. Zabetonowanie sceny politycznej, przewaga finansowa partii, które są w Sejmie nad pozostałymi, niejasne zasady wydawania środków pochodzących z pieniędzy publicznych, to tylko niektóre grzechy systemu. Poseł Wipler zacytował kiedyś wypowiedź swojego kolegi, z której wynikało, że za niezgodność z programem partii trudno być wyrzuconym, „ale jeśli zaczniesz publicznie pytać, na co wydajemy pieniądze z subwencji budżetowej, tego dnia Cię w tej partii nie będzie”.

Równocześnie pytanie zostało tak postawione, że odpowiedź „tak” może oznaczać nawet podwojenie środków na partie z budżetu. Pytanie dotyczy tylko tego, czy chcemy zmian bez sprecyzowania jakich. Nie podano też innej koncepcji finansowania partii np. mikrowpłat przez Internet, z których korzysta Nowoczesna. Czy to nie paranoja?

Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem zasady ogólnej rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika?

Tak, chcę też być młoda, piękna i bogata. Ostatnie pytanie jest z tej serii. Wiadomo, że wszyscy odpowiedzą „tak”. Dodatkowo ta zasada została już uregulowana w parlamencie.

To wszystko oznacza, że wydajemy 100 mln zł z budżetu na populistyczną zagrywkę byłego już prezydenta, bez ważnych pytań, bez szansy na przekroczenie progu 50% udziału obywateli i bez zachęty na przyszłość dla społeczeństwa do udziału w demokracji bezpośredniej.

Niestety, to nie są jedyne skutki tej decyzji. Mamy też efekt dodatkowy. Każde psucie państwa staje się usprawiedliwieniem podobnych działań przeciwników politycznych.

Bronisław Komorowski zrobił pierwszy wyłom, wyłom w traktowaniu referendum jak instytucji wyjątkowej i święta demokracji.  Ten wyłom swoja decyzją o referendum w dniu wyborów poszerza Andrzej Duda. Obaj przyjęli zasadę, że referendum może służyć kampanii wyborczej.  Nie Polsce, a ugrupowaniu politycznemu. Andrzej Duda za 100 mln zafunduje nam referendum będące hasłami z kampanii PIS. Referendum z propozycją, których realizacja będzie kosztowała miliardy, nas i nasze dzieci. Z propozycjami, które są czystym populizmem.

I chociaż ta decyzja już jednoznacznie określiła Dudę jako Prezydenta PIS, a nie wszystkich Polaków, to tylko trudno mieć pretensję tylko do PIS i Andrzeja Dudy, jeśli psucie zaczął Bronisław Komorowski. I tylko w Senacie nadzieja, że chociaż tym razem powstrzyma tę hucpę. A PO, które ma teraz problem, co z tym zrobić, odpowiem: Kto referendum wojuje, ten od referendum ginie…

 

Katarzyna Lubnauer jest związana z ugrupowaniem Nowoczesna Ryszarda Petru. Jest kandydatem Nowoczesnej do Sejmu w Łodzi.

AndrzejDudaza100mlnzł

TOK FM

16 dni prezydenta Dudy i wciąż bez zaproszenia dla Kopacz. Premier: ”Nie ma takiej woli”

Podczas zaprzysiężenia prezydenta
Podczas zaprzysiężenia prezydenta Fot. Kuba Atys / AG

Ewa Kopacz zabiega o spotkanie. Sam Andrzej Duda zapowiadał, że będzie chciał się z nią spotkać. Pytanie tylko kiedy. Jak pisze TVN24, prezydent wciąż nie odpowiedział, dlaczego do tej pory nie zaprosił szefowej rządu. A od jego zaprzysiężenia właśnie mija 16 dni. Dokładnie w tym terminie, w 2007 roku, prezydent Lech Kaczyński zaprosił do siebie premiera Donalda Tuska, kiedy PO wygrała wybory.

W piątek Ewa Kopacz ujawniła, że z Kancelarii Prezydenta nie ma odzewu od trzech tygodni. Od tego czasu bowiem zabiega o spotkanie z Andrzejem Dudą. – Dobrze by było, żeby doszło do rozmowy. Ale nie ma takiej woli – stwierdziła. Wcześniej mówiła, że najlepiej, by spotkanie odbyło się z całą Radą Ministrów, czyli w formule Rady Gabinetowej.

– Wtedy powiemy, nad czym rząd w tych ostatnich trzech miesiącach będzie pracował. Pewnie pan prezydent będzie miał też okazję z nami, nie poprzez media, porozmawiać i zapytać, jakie są plany na przyszłość – mówiła, o czym pisaliśmy w naTemat. Zapewniała też, że chce współpracować z prezydentem Andrzejem Dudą. – Mój rząd jest gotowy do takiej współpracy – powiedziała.

Dziś Andrzej Duda jest w Estonii. Na razie spotkał się jedynie z szefem MSZ Grzegorzem Schetyna oraz MON, Tomaszem Siemoniakiem. Cytowany przez TVN24 szef PSL Janusz Piechociński skomentował: – Do wyborów i ogłoszeniach wyników wyborów chemii między prezydentem Andrzejem Dudą a liderką PO nie może być ze zrozumiałych względów. Na razie toczy się klasyczny bój PO-PiS-u – skomentował wicepremier i szef PSL Janusz Piechociński.

Źródło:TVN24

16DniDudy

naTemat.pl

Duda, dawaj moje 500 złotych!

Michał Ogórek, 22.08.2015

Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Jędrzej Wojnar / Agencja Gazeta)

Powszechne przekonanie, że PiS wraca do władzy, przeradza się w poczucie, że już wrócił. Tyle się o tym mówi, że w zasadzie już się to stało. Licznik rządów PiS wyczerpuje przyznany każdej nowości limit, jeszcze zanim tak naprawdę ruszył.

Stwarza to zupełnie nową sytuację psychologiczną. Ogólniki i hasła wyborcze wystarczające do bycia w opozycji irytują w ustach ludzi prawie władzy. A kto – przy prezydencie Dudzie – jest teraz władzą, już się wszystkim pomieszało. Jeśli nie on, to cośmy właściwie wybrali?

Tak jak Kazik Staszewski kiedyś wołał: „Wałęsa, dawaj moje 100 mln!”, tak obecnie rozlega się wołanie: „Duda, dawaj moje 500 zł!” – tyle że rząd wielkości został tu drastycznie obniżony.

Prezydent – nie tylko dalej prowadzący po swym wyborze kampanię wyborczą, ale wręcz ją intensyfikujący – sprawia wrażenie, jakby został wybrany nie po to, aby swój urząd sprawować, ale po to, żeby się o niego ciągle ubiegać. Ale ile razy można wybierać urzędującego już prezydenta? I po co?

Zobacz także

słychaćJakZewsząd

wyborcza.pl

 

Jezus sp. z o.o. [POLEMIKA]

Jacek Dehnel, Kazimierz Bem, 22.08.2015

Papież Franciszek

Papież Franciszek (Fot. Andrew Medichini (AP Photo/Andrew Medichini))

Papież Franciszek nie głosi nowego antykapitalizmu – on tylko przypomniał chrześcijańską krytykę tego systemu ekonomicznego, głoszoną stale i niezmiennie przez Jezusa.

Podczas prześladowań chrześcijan w roku 258 cesarz Walerian skazał na śmierć najwyższe duchowieństwo z papieżem na czele i polecił wydać cały majątek Kościoła, powierzony przez Sykstusa II diakonowi Wawrzyńcowi. Ten ostatni poprosił o trzy dni zwłoki na jego zgromadzenie. Kiedy stanął przed cesarzem, przyprowadził ze sobą kalekich, ubogich oraz żebraków i powiedział: „To są bogactwa Kościoła”. Za co, jak łatwo sobie wyobrazić, został umęczony w wyjątkowo okrutny sposób, cesarz bowiem cenił kapitał, a nie kościelny socjal.

***

Redaktor Witold Gadomski zdiagnozował u papieża Franciszka „problem z kapitalizmem” („Magazyn Świąteczny Gazety Wyborczej”, 14 sierpnia 2015 r.), choć z kapitalizmem w jego agresywnej, neoliberalnej wersji problem ma nie tyle Franciszek, ile świat. Natomiast Witold Gadomski ma problem z Franciszkiem, który tę diagnozę głosi, postanowił go zatem pouczyć. W tym celu przywołał Klemensa Aleksandryjskiego, Tomasza z Akwinu, a nawet szefa banku watykańskiego, wziął w obronę również biednych następców Perona, czyli m.in. morderczą juntę generała Videli, pisząc, że „idea państwa opiekuńczego tak głęboko wrosła w mentalność Argentyńczyków, że utrudniała kolejnym rządom prowadzenie racjonalnej polityki gospodarczej”. Wiele tam cytatów, brak wszakże z Ewangelii. Trudno się dziwić.

Gadomski poucza Franciszka, że nie zna się na kapitalizmie. Ale to jeszcze nic: Jezus – ten to się dopiero na kapitalizmie nie znał!

W przypowieściach opowiadał same przykre rzeczy o tych, którzy zgromadzili kapitały. Choćby w przypowieściach o bogaczu i żebraku Łazarzu, o wdowim groszu, w odpowiedzi bogatemu młodzieńcowi, któremu polecił sprzedać wszystkie swoje posiadłości i rozdać je ubogim, gdyż „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego”.

***

Zapewne wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby Witold Gadomski żył w Judei w czasach Jezusa i został jego uczniem. Czy raczej: menedżerem do spraw kapitału i transferów finansowych. Ekonomicznie żałosny model działalności Chrystusa zostałby zastąpiony modelem, by użyć określenia zaczerpniętego z tekstu, „rozsądnym”.

Wino w Kanie przemienione za darmo, a przecież można było na nim zbić grubaśne drachmy! Koszt wody niski, proces przemiany darmowy, a produkt ostateczny – drogi i pożądany. W sytuacji braku alkoholu podczas godów weselnych można zaś było zażądać od 20 do 50 proc. więcej niż na co dzień!

Albo weźmy takie rozmnożenie pięciu chlebów i dwóch ryb. Trzeba było nie głupio i naiwnie rozdawać, tylko obrandować i sprzedawać! Choćby za pół ceny, wliczając drugą połowę w koszty promocji marki. A 12 koszów ułomków należało sprzedać Samarytanom jako niby to pełnowartościowe jedzenie modnie połamane na kawałki. Podatki nie stanowiłyby kłopotu, bo Jezus płacił je monetami odławianymi w stworzeniach morskich, choć wraz z rozwojem firmy zapewne trzeba by się było przerzucić z ryb na wieloryby…

Co jeszcze? W świątyni działali przekupnie. Zamiast ich wypędzać, można było rozwijać model: do każdego sprzedanego baranka rozmnożona wałówka gratis. A pomyśleć tylko, ile Jezus mógłby zarabiać na uzdrawianiu!

Oczywiście chorych należałoby selekcjonować, wybierając tych, którzy za tę wyjątkową usługę mogliby zapłacić wyjątkową kwotę, ale przecież zawsze były ogromne tłumy chętnych. Postawiłoby się celnika Mateusza, który przyjmowałby w depozyt co wyższe kwoty. W razie nieudanego uzdrowienia kasjer Judasz zwracałby pieniądze, bo chodzi przecież o uczciwy biznes.

Aż cisną się na usta hasła reklamowe: „Judejska służba zdrowia sieje ciemnotę. JezusMed nie tylko hamuje krwotoki, uzdrawia paraliż, przywraca wzrok, lecz także wskrzesza zmarłych!”. Po dziesięciu latach takiej działalności, po wejściu na rynek antiocheński, aleksandryjski, a przede wszystkim rzymski – zderegulowany, bez zbędnych kosztów pracy – Jezus sp. z o.o. mogłaby sobie całą tę Judeę odkupić od cesarza na własność. I ten nieprzyjemny krzyż byłby niepotrzebny, bo to kapitalizm by zbawił świat! A tak…

***

Żarty na bok. Franciszek nie jest piewcą kapitalizmu, bo nigdy nie był nim Jezus.

Już na samą zapowiedź jego urodzenia Maria zgodnie z tradycją proroków i prorokiń Starego Testamentu głosiła, że „Bóg wywyższył poniżonych, a bogatych odesłał z niczym”. Pierwsi chrześcijanie, kierując się Jego naukami, spieniężali swoje majętności i oddawali wspólnocie, by „rozdzielać je według potrzeby”.

Kiedy Ananiasz i Safira postanowili potajemnie zachować dla siebie część kapitału, zostali za to ukarani śmiercią. Wyobraźmy sobie tylko, jakimi pustkami zaczęłyby świecić Polska Rada Biznesu, Business Center Club czy Konfederacja Lewiatan, gdyby trupem padł każdy, kto zmniejsza obciążenia na rzecz wspólnoty, korzystając z podejrzanych metod, luk prawnych czy rajów podatkowych.

W istocie chodzi tu bowiem o moralną odpowiedzialność powiązaną z pomnażaniem kapitału. „Franciszek w swych wypowiedziach i dokumentach nie mówi, co uważa za żądzę zysku niepohamowaną, a co za dopuszczalną” – twierdzi Gadomski.

Nie jest to prawdą. Przemówienie w Santa Cruz jest powszechnie dostępne. Franciszek nazwał prawo do pracy, dachu nad głową i ziemi świętym, a w neoliberalnych zasadach świętość jest tylko jedna – i jest nią tzw. święte prawo własności. Tymczasem każdy ma prawo się bogacić – ale nie kosztem czyichś praw człowieka, nie za cenę praw całych społeczeństw, grup społecznych i dewastowania planety.

Sytuacja, w której jeden procent najbogatszych ma tyle, ile cała reszta mieszkańców Ziemi, jest dobitnym przykładem tego, czym skutkuje niepohamowana żądza zysku.

Tak naprawdę liberalny kapitalizm wiele zawdzięcza temu, że od lat 80. XX w. kościoły, zamiast zajmować się tym, czego nauczał Jezus, zajęły się kontrolowaniem sypialni swoich wiernych. Dzięki temu wmówiono nam wszystkim, że to kapitał i kapitaliści są zdrową tkanką narodów, a cała reszta stworzenia winna bić przed nimi czołem.

Doprawdy, od 30 lat nie ma grupy społecznej, która byłaby tak systematycznym beneficjentem społecznym i tak nienasyconą grupą roszczeniową jak kapitaliści: ulgi, zwolnienia, luki, raje podatkowe, deregulacja, prywatyzacja zysków i nacjonalizacja strat – oto ewangelia, którą głosili świeccy apostołowie wolnego rynku, gdy Kościół rzymski dzielnie walczył z prezerwatywą. Jeżeli wierzyć Gadomskiemu, BCC i Lewiatanowi, to mamy grupę ludzi o specyficznym problemie psychicznym, a mianowicie takim, że nie mogą robić biznesu, jeśli płacą podatki. Uważają, że zarabianie pieniędzy jest cnotą samą w sobie, którą reszta społeczeństwa winna wspierać, a oni łaskawie rzucą ochłapy zysków pracownikom. I to wcale nie oni są roszczeniowi. Ani trochę.

Papież Franciszek nie tyle stworzył „antykapitalizm” chrześcijaństwa, ile ponownie go odkrył. Zarówno Stary, jak i Nowy Testament są pełne wezwań do sprawiedliwego dzielenia się owocami naszej pracy, stąd rok jubileuszowy, w którym co 49 lat miano darowywać wszystkie długi; stąd zakaz zbierania całego plonu, by resztą mogli się pożywić wdowy, ubodzy i uchodźcy.

Nawet kalwinizm, tak często przywoływany jako katalizator kapitalizmu, wymagał od swoich wiernych dzielenia się zyskami z pracy – to w Holandii i Genewie wprowadzono zalążki systemu opieki społecznej, rozbudowanego w XIX w. przez chrześcijańskich demokratów, takich jak pobożny luteranin kanclerz Bismarck w Niemczech czy pastor i premier Abraham Kuyper w Niderlandach. Rozumiał to też np. Krzysztof II Radziwiłł, gdy razem z żoną Anną ufundowali w 1631 r. w Kiejdanach zbór kalwiński, szkołę, plebanię, mieszkanie dla nauczyciela, „szpital dla ubogich i chorych, dom sierocy dla wdów, panienek i małych osieroconych dziatek”. To dopiero był socjal!

I uczynili tak bez żądań odpisów i zwolnień podatkowych, ale by pobudzić swoje dzieci i innych do jeszcze większej szczodrości.

***

Rozumiemy frustrację Gadomskiego. On i polscy piewcy kapitalizmu powinni się modlić o to, by polski Episkopat jak najdłużej zajmował się zaglądaniem w ludzkie jajniki, łóżka, spodnie i spódnice. I by dalej ignorował papieża Franciszka, który przypomina nam słowa Jezusa skierowane do bogaczy: „Jakże jest ciasna brama i droga wąska, która prowadzi do życia!”.

Jacek Dehnel, pisarz, poeta i tłumacz;
Kazimierz Bem, pastor ewangelicko-reformowany w USA, publicysta protestancki, członek redakcji „Miesięcznika Ewangelickiego”.

W Magazynie Świątecznym:

Kościele nasz, cóżeś nam uczynił
Coraz trudniej zaglądać do kościołów, w których duszno. Łatwiej modlić się i pielęgnować dobro w domu, w pracy, w lesie. Coraz trudniej bronić Kościoła przed własnymi dziećmi. Czytelnicy komentują list świeckiego katolika do biskupów

Aleksis Tsipras. Czerwony urządza nam Europę
Tego gościa w koszulce z Che Guevarą już nie ma, straciliśmy go – ubolewają Grecy. Ale kochają Aleksisa Tsiprasa jeszcze bardziej niż wcześniej

24/7. Korporacje ukradły nam sen. Zbuntujmy się i idźmy spać
Większość naturalnych potrzeb, jak głód, pragnienie, przyjaźń czy miłość, została już dawno w naszym świecie utowarowiona. Ostatnią redutą wolności jest sen. Z Jonathanem Crarym rozmawia Aleksandra Lipczak

Kapitalizm. Polska praca za niemiecką płacę? To da się zrobić
Rynki potrafią uleczyć się same? Banki dostały w skórę, ich właściciele ucierpieli, a departamenty oceny ryzyka stały się ostrożniejsze. Kryzys uczy finansistów i menedżerów

Kuba na rozstajnych drogach. Fidelowi bije dzwon
Nie wszyscy Kubańczycy się cieszą z gwiaździstej flagi przed ambasadą USA w Hawanie. Wielu obawia się, że Obama uratował skórę braciom Castro, którzy dostali czas na utrwalenie militarnego kapitalizmu państwowego

Hello Kitty musi odejść
Miliony oglądają ją w telewizji i kupują jej płyty. Kto nie wie, kim jest Violetta, nie ma nastoletnich córek. Albo jest popkulturowo wykluczony

Praca – termin ze słownika wyrazów zapomnianych
Instagram nie potrzebuje tylu pracowników co Ford. A Uber nie wie, co to niedziela i wieczór z rodziną

Polak mistrzem. Tylko nie autoreklamy
W zeszłym roku uczestniczyłam w otwarciu pierwszej dużej wystawy polskiego wzornictwa podczas Dutch Design Week w Eindhoven. Otwarcia miał dokonać ambasador polski w Holandii. Niestety, gdy przyjechał na miejsce, trzeba mu było gruntownie i od początku wszystko wyjaśnić. Jego zainteresowanie sprawą było zerowe. Zaraz po otwarciu zniknął i tyle z niego pożytku

 

wszystkoPotoczyłobySię

Wyborcza.pl

Cyniczna manipulacja Prezydenta Dudy

Decyzja, by połączyć referendum nad pytaniami forsowanymi przez PiS (wiek emerytalny, wiek obowiązku szkolnego i lasy państwowe) – jest cyniczna zagrywką. Nie przez sam fakt, ze w jednym akcie głosowania łączy się wybory z referendum – to akurat jest bardzo częste we współczesnych demokracjach i nie ma w tym nic skandalicznego. Chodzi o coś zupełnie innego – o coś, co nie jest oczywiste dla nie-prawników, ale o czym prawnicy Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński doskonale wiedzą. Postaram sie to wyjasnic.

W wyborach sejmowych i senackich nie ma tzw, „kworum” – czyli minimalnej liczby wyborców, która zapewnia ważność wyborom. Jeśli zagłosuje w skali kraju 1000 osób – wybory będą ważne. Ale w referendum, wiążący charakter wyniku zależy od kworum: musi w nim wziąć udział minimum 50 procent uprawnionych do głosowania. To strasznie dużo i udaje się osiasgnąć bardzo rzadko – np. w historycznym referendum na temat akcesji do UE.

Ale jest metoda na podbicie tej proporcji uczestników referendum – połączyć je z wyborami. Powie ktoś: no przecież obywatele mogą iść do wyborow ale odmowić wzięcia udziału w referendum. Już tłumaczę.

Jak sprawdzić owo kworum referendalne, jeśli referendum połączone jest z wyborami.?W referendum „wolno stojącym” sprawa jest jasna: liczy się ilość osób które przyszły do lokalu wyborczego, gdzie przeprowadzane jest głosowanie w referendum. Ale jeśli referendum połączone jest z wyborami? Już chyba widzą Państwo na czym polega manipulacja, ale wyjaśniam dalej:

Najbardziej rzetelną metodą sprawdzenia liczby glosujących w referendum jest obliczenie liczby wydanych kart referendalnych. Tak właśnie powiedziała w piątek pani z PKW: gdy wyborca weźmie kartę referendalną, w tym momencie wziął w udział w referendum i nabija liczbę uczestniczących.

Przychodzi zatem Kowalski do lokalu wyborczego. Kowalski nie jest prawnikiem, ale wprost przeciwnie, ma jakis uczciwy zawod. Chce wziąć udział tylko w wyborach, ale nie zna się na wszystkich niuansach prawnych. Pani za stolikiem, przykrytym zielonym suknem, daje mu trzy karty: Sejm, Senat i referendum. W momencie, gdy Kowalski wziął wszystkie trzy, staje się jednym z biorących udział w referendum. Nawet jeśli potem przekreśli pytanie, odda kartę pustą albo wpisze brzydkie słowo- dokłada się do interesu Dudy i Kaczyńskiego, gdyż przyczynia się do prawdopodobieństwa, że wynik będzie ważny. A ponieważ świadomie wezmą w nim udział głównie sympatycy PiSu, szansa jest, że spośród odpowiadających na pytania, większość odpowie tak, jak PiS wzywa. A nawet ci, którzy są przeciwni, pomogą PiS-owcom w momencie, gdy wezmą kartę.

Kowalski, by nie wpaść w taką pułapkę, zastawioną na niego przez Prezydenta Dudę i Prezesa Kaczyńskiego, musi z góry odmówić wzięcia karty referendalnej. Ale by to zrobić, musi znać się na różnicy miedzy procedurą wyborczą a referendalną. Ale nawet jeśli się zna, może uważa, że jest niegrzecznie nie wziąć trzech kart, które miła pani z komisji mu wręcza.. Albo – i tu jest najważniejszy problem – nie chce odmówić wzięcia karty, gdyż w ten sposób automatycznie dokumentuje on swą niechęć względem referendum. To zostaje odnotowane – Kowalski odmówił przyjęcia karty referendalnej (o tym, że tak będzie, zapewnila już Pani z PKW) – i w ten sposób znalazł się na liście wyborców, niechętnym PiS-owskiemu referendum. Jak to ma się do tajności udziału w referendum?

W ogóle się nie ma. Stworzona zostaje baza danych z nazwiskami ludzi, nie lubiących PiS i Andrzeja Dudy. Ja akurat nie mam nic przeciwko temu, by moje nazwisko figurowało na takiej liście, nawet możliwie wysoko. Ale Kowalski może i ma prawo tego nie chcieć. Jak widać, chytre połączenie PiS-owskiego referendum z wyborami powszechnymi jest cyniczną zagrywką, która każe obywatelom albo przyczynić się do ważności referendum, albo zadeklarować urzędowo swoje sympatie polityczne. Spryciarza mamy za Prezydenta.

cynicznaManipulacja

naTemat.pl

Manewry helikopterowe PiS, czyli co innego obiecać, co innego rządzić

Paweł Wroński, 22.08.2015

Beata Szydło podczas wizyty w Świdniku

Beata Szydło podczas wizyty w Świdniku (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Podczas piątkowej wizyty w PZL Świdnik, gdy padło pytanie, czy PiS anuluje przetarg na śmigłowce, Beata Szydło zaczęła się plątać i mówić coś doskonale banalnego.

„Niech rząd, który w tej chwili podejmuje decyzje, bierze odpowiedzialność za to, co w tym momencie się dzieje. Ten przetarg na pewno budzi wiele wątpliwości, padają pytania, zastanawiają się eksperci, dlaczego wybrany został akurat ten produkt. Polacy powinni być poinformowani, dlaczego rząd podjął takie decyzje i takiego dokonał wyboru. Jeszcze nie ma umowy podpisanej, zaczekajmy”. Dodała, że PiS nie chce wykorzystywać przetargu w kampanii. Zobaczmy więc, jak do tej pory PiS nie wykorzystywał przetargu w kampanii.

24 maja posłowie PiS Antoni Macierewicz i Bartosz Kownacki domagali się wstrzymania przetargu – sugerując, że rząd chce wytransferować pieniądze za granicę. Prezydent Andrzej Duda podczas wizyty w Mielcu mówił, że rząd „polskich robotników pozbawia pracy”, mówił też o amerykańskich śmigłowcach sprawdzonych w boju i sugestiach, że francuski śmigłowiec to cena za stanowisko Donalda Tuska w Unii Europejskiej.

Rzeczywiście trzeba przyznać, że słowa Szydło brzmią jednak trochę inaczej. Nie ma mowy o odwołaniu przetargu, sugestii, że jest to cena za stanowisko dla Donalda Tuska. Dlaczego? Wygląda bowiem na to, że to przyszły rząd będzie podejmował kluczowe decyzje w przetargu na śmigłowce i to on będzie się musiał wytłumaczyć.

Szydło łudzi więc pracowników Świdnika, bo liczy, że ich frustracja przełoży się na głosy dla PiS. Boi się jednak stanowczych, wiążących obietnic.

Zakup śmigłowców jest obecnie najistotniejszym zamówieniem polskiej armii. Agresja Rosji na Ukrainę pokazała, że zwycięża ta armia, która najszybciej przerzuci siły w rejon konfliktu. Dlatego Polsce potrzebne są nowoczesne śmigłowce. To fundamentalna sprawa z punktu widzenia bezpieczeństwa kraju.

Francuzi proponują projekt gotowy – śmigłowiec Caracal oraz inwestycje w Łodzi. Włoska Augusta-Westland, do której należy zakład PZL Świdnik – nowoczesny, ale ciągle niedopracowany śmigłowiec AW 149. Jego wersja wojskowa nie będzie gotowa na wymagany 2017 r. Amerykański Sikorsky chce nam sprzedać składanego w Mielcu starego Black Hawka w ogóle bez uzbrojenia.

Wybór jest więc ograniczony. Nie wiem, czy Beata Szydło zostanie premierem, ale jeśli zostanie, naprawdę ciekawy jestem, czy odwiedzi Świdnik po rozstrzygnięciu przetargu.

Zobacz także

manewryHelikopterowePiS

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: