Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “8. rocznica katastrofy smoleńskiej”

PiS-ie, nadchodzi strach, widać go jak w oczach wilka, po was przyjdzie gajowy Marucha

Kamil Durczok przewiduje kres rządów PiS.

Ponad dwa miliony złotych kosztowały prace tzw. ekspertów podkomisji smoleńskiej, która – zdaniem PiS, a przede wszystkim Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego – miały doprowadzić nas do prawdy… 10 kwietnia 2018 r. miał zostać przedstawiony raport końcowy dotyczący przyczyn katastrofy smoleńskiej według PiS („Zamiast raportu końcowego podkomisja smoleńska przedstawi… prezentację”).

W najnowszym wywiadzie, którego Jarosław Kaczyński udzielił „Gazecie Polskiej”, znajdujemy stuprocentowe potwierdzenie, że w ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej będziemy mieli do czynienia z raportem częściowym. – „Wiemy, że końcowego raportu nie będzie na ósmą rocznicę tragedii. Będzie za to raport częściowy, który – tak mniemam – szczegółowo pokaże, co bezsprzecznie zostało już ustalone, i wskaże pytania, na które podkomisja Antoniego Macierewicza będzie szukała odpowiedzi” – powiedział prezes PiS.

Czyli to nie koniec wydawania pieniędzy podatników na udowodnienie wątpliwych tez Antoniego Macierewicza… Co więcej, można się spodziewać, że „badanie” będzie trwało przynajmniej jeszcze rok.

Według Kaczyńskiego, „niezwykle ważne, a może nawet przełomowe”, mogą okazać się wyniki prac amerykańskich ekspertów, którzy kilka tygodni temu pracowali w Mińsku Mazowieckim i skanowali bliźniaczego TU-154 M. – „Jednak na nie jeszcze musimy poczekać. To niezwykle precyzyjne, zaawansowane technicznie analizy wymagające czasu. Według zapowiedzi badania te zajmą około roku, może nawet nieco dłużej” – stwierdził Kaczyński.

W wywiadzie Kaczyński przyznał, że jeden z ekspertów powołanych z kolei przez polską prokuraturę współpracuje z instytucjami propagandy Kremla: Russia Today i agencją Sputnik. – „Słyszałem o tych zastrzeżeniach. Wiem, że ta sprawa jest sprawdzana. Także przez służby specjalne. Zastrzeżenia nie wyglądają na bezpodstawne, dlatego są analizowane. Z tego, co wiem, prokuratura nie zawarła jeszcze ostatecznych umów” – dodał prezes PiS. Retorycznym pozostaje pytanie, skąd i dlaczego skromny poseł – jak ostatnio sam się określił – ma wiedzę na temat działań służb specjalnych.

A tym ekspertem jest Theodore Postol – czytamy w portalu gazeta.pl. W jednym z wywiadów dla „Sputnika” Postol stwierdził, że rozmieszczanie przez USA rakiet w Europie byłoby głupie z wojskowego punktu widzenia. Z kolei w Russia Today stwierdził, że „podstawowa fizyka udowadnia, że amerykański system obrony przeciwrakietowej jest bezużyteczny”.

PiS-owi spada, więc chwyta się czego może. Widać to choćby w sposobie, w jaki premier Mateusz Morawiecki postanowił podnieść notowania swojego rządu. Otóż premier zdecydował, że odniesie się na Twitterze do… rocznicy śmierci Jana Pawła II. – „Służba narodowi musi być zawsze ukierunkowana na dobro wspólne, które zabezpiecza dobro każdego obywatela. Tak mówił Ojciec Święty Jan Paweł II w Sejmie w 1999 r. Dwie dekady później te słowa pozostają dewizą naszego rządu” – poinformował Morawiecki.

Na reakcje internautów nie trzeba było długo czekać. – „A o tym co Papież mówił o praworządności i trójpodziale władzy Pan czytał?” – zapytał nie bez ironii jeden z komentujących. – „Wykorzystywanie słów wielkiego człowieka do marnych żałosnych politycznych gierek jest wyjątkowo wstrętne. Brzydzę się tym” – stwierdził ostro inny użytkownik Twittera. – „Świetna dewiza. Dałbym za nią 65 000 nagrody dla każdego ministra. A może nawet po 70 000″ – to kolejny komentarz, nawiązujący do słynnej afery z nagrodami.

Jak przypomina portal NaTemat, z badania Kantar Millward Brown wynika, że 75 proc. badanych źle ocenia buńczuczną wypowiedź Beaty Szydło o nagrodach, które przyznała ministrom i sobie. Sprawa wraca w komentarzach niczym bumerang. – „Ładnie tak zasłaniać się słowami JP 2? To brzmi jak kpina w sytuacji, kiedy była premier przyznała sobie samej premię w wys. 65 tys. zł” – wypomniał kolejny internauta.

Na słowa Morawieckiego ostro zareagował także były minister sprawiedliwości, wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej Borys Budka. – „Jakim trzeba być hipokrytą, by – powołując się na naukę św. Jana Pawła II – niszczyć fundamenty państwa prawa, podważać ideę zjednoczonej Europy i wspierać się goebbelsowską propagandą, okłamując własny naród…” – napisał pod tweetem Morawieckiego polityk PO. Do rocznicy śmierci Jana Pawła II nawiązał także były prezydent Lech Wałęsa, pisząc o „podzielonych Polakach” i przytaczając wypowiedź papieża sprzed lat.

Jak widać, do myśli Jana Pawła II można nawiązywać mniej lub bardziej skutecznie, byle z umiarem. A tego obecnym rządzącym brakuje nawet w tak prostych kwestiach.

Brytyjski historyk, specjalizujący się w historii Polski, prof. Norman Davies obecne zależności w obozie władzy porównał do tych, jakie obowiązywały w PRL. Rząd PiS nazwał „reżimem autorytarnym”. – „Zbliżamy się do państwa partyjnego. Chyba każdy obywatel w Polsce pamięta, gdy sekretarz partii się liczył bardziej niż premier czy prezydent i tak dalej. I taka jest obecna sytuacja” – powiedział w wywiadzie dla TVN24. To oczywiste nawiązanie do tego, że Jarosław Kaczyński nie sprawuje żadnego państwowego urzędu.

Kolejnym przykładem zbliżania się do PRL-u jest – zdaniem prof. Daviesa – polityka historyczna prowadzona przez rząd PiS. – „Są oficjalne poglądy i trzeba się trzymać tej linii, bo jeśli nie, to są konsekwencje” – stwierdził. Przypomniał, że na początku tego roku on i Timothy Snyder zostali usunięci z rady programowej Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Według brytyjskiego historyka, dziś „nie można tam pracować bez zgody na linię historyczną rządzącej partii”. Prof. Davies powiedział, że PiS wykorzystuje politykę historyczną do realizacji celów politycznych. – „Oni chcą przekonać ludzi, że mają politykę bieżącą, ale mają też politykę o przeszłości i przyszłości” – zauważył.

Prof. Davies przyznał, że jest przeciwnikiem znowelizowanej przez PiS ustawy o IPN. Stwierdził jednak, że „więcej niż absurdem” i „wstydem” jest twierdzenie, że wszyscy Polacy byli antysemitami. –„Nie wolno mówić o całych narodach właśnie w tych kategoriach – powiedział. Dodał, że Polacy nie są aniołami. – „Każdy naród ma swoich bohaterów i kryminalistów, a pośrodku zwykłych ludzi”.

Wygląda na to, że przy analizie działań PiS i jego polityki trzeba będzie poważniej brać pod uwagę sprawę pozornie tylko banalną: konflikt między premierem Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobro.  Dlaczego? Otóż jego temperatura zaczyna destabilizować rząd – czytamy w portalu Onet. Każdy z nich widzi się w roli następcy niemal 70-letniego Jarosława Kaczyńskiego, a każdy z nich teoretycznie ma spore szanse.

Minister Morawiecki i jego otoczenie uważa, że Zbigniew Ziobro odpowiada za większość wpadek premiera, kłopotów rządu i przecieków, które stają się utrapieniem PiS. Dlatego też naciska na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, by usunął ministra z rządu. Argument numer jeden to oczywiście ustawa o IPN, która już w pierwszych dniach urzędowania Morawieckiego naraziła go na ostre reakcje liderów USA i Izraela. Powstała ona w Ministerstwie Sprawiedliwości wprawdzie już w 2016 r., ale Ziobro przypomniał o niej Jarosławowi Kaczyńskiemu, proponując jej szybkie przyjęcie, na początku 2018 r. Oczywiście nikt – nawet w Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie przewidział wybuchu potężnego międzynarodowego skandalu. Chodziło raczej o antidotum na reportaż TVN o polskich neonazistach. Faktem pozostaje, że ze skandalu premier wyszedł mocno osłabiony. A to już było na rękę Ziobrze. Dodać warto, w ślad za portalem, że Morawiecki nie miał pojęcia o tej ustawie! Jako że nie jest posłem, więc nawet nad nią nie głosował. Kiedy pod koniec stycznia podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau izraelska ambasador Anna Azari skrytykowała ustawę, Morawiecki początkowo był przekonany, że chodzi jej o ustawę reprywatyzacyjną, dotyczącą zwrotu przedwojennych majątków. Mimo narastającego skandalu Ziobro uparcie bronił ustawy, a podczas spotkania z ambasador Izraela w Ministerstwie Sprawiedliwości, właśnie MSZ obciążał odpowiedzialnością za protesty w Izraelu i USA.

Takie zachowanie Ziobry wywołuje podejrzliwość otoczenia Morawieckiego, które przypisuje ministrowi sprawiedliwości jednolicie złe intencje i większą niż realna sprawczość. Przykład? Zgodnie z plotką krążącą po publikacji w jednym z prawicowych tygodników, ludzie Ziobry mieli przygotowywać przeciek, ujawniający kulisy negocjacji dotyczących zwrotu przedwojennych majątków żydowskich obywatelom Izraela oraz USA. Skutkiem byłoby ogromne napięcie w kraju i kolejna fala antysemityzmu, destrukcyjna dla Morawieckiego. „Ziobrystom” przypisywane jest nawet inspirowanie publikacji dotyczących przeniesienia wartych miliony nieruchomości na żonę, aby nie kuły w oczy elektoratu. Według informacji Onetu, Morawiecki poskarżył się w tej sprawie Kaczyńskiemu, wskazując Ziobrę jako źródło przecieku. Naciskał jednocześnie na odwołanie go z rządu. To nie wszystko. Redukcje na stanowiskach wiceministrów oraz przetasowania w Kancelarii Premiera posłużyły Morawieckiemu jako pretekst do zdegradowania lub przesunięcia ludzi Ziobry i jego sojuszniczki Szydło.

Efektem ubocznym narastającego konfliktu w obozie władzy wydaje się także … zaproponowany Brukseli kompromis w sprawie sądów. Otóż zgodnie z nim bez opinii kolegium sądu oraz Krajowej Rady Sądownictwa minister sprawiedliwości nie będzie mógł odwołać prezesa lub wiceprezesa sądu. Jeśli rzecz przejdzie, Ziobro straci posiadaną pełną dowolność ich dymisji. Zaś prawo do decydowania, którzy sędziowie po osiągnięciu wieku emerytalnego będą nadal sądzić przejmie prezydent. Co więcej –  Morawiecki wymusił na Ziobrze wycofanie się z bezkrytycznego stosunku do ustawy o IPN. To właśnie, jak już wiadomo, pod naciskiem premiera, Ziobro przesłał do badającego tę ustawę Trybunału Konstytucyjnego swą opinię podważającą część zapisów. Morawiecki chce również odbić z rąk ludzi Ziobry państwowy kombinat finansowy PZU-PEKAO SA, bo nie może wg portalu pozwolić na to, by kluczowy holding finansowy w kraju kontrolował jego najpoważniejszy konkurent. Nad ministrem Ziobro powoli zbierają się czarne chmury. Przeciwko niemu coraz bardziej otwarcie występuje także Antoni Macierewicz, idol twardego skrzydła PiS i konkurent o wpływy w środowisku Radia Maryja. Powód? Macierewicz atakuje Ziobrę za śledztwo smoleńskie, w tym dobór zagranicznych ekspertów, których uważa (a jakże) za rosyjskich agentów.

Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie? Raczej narastania konfliktu niż jego uśmierzenia. Sprawa jest względnie prosta – wszystko wskazuje na to, że na razie Jarosław Kaczyński zaciera ręce, bo za sprawą ambitnych konkurentów może skutecznie dzielić i rządzić, wykorzystując ich animozje. Fakt, że cierpi na tym autorytet Polski, najwyraźniej niespecjalnie go przejmuje.

…w taki i podobny sposób internauci komentują na Twitterze nie całkiem poważną utarczkę słowną, do jakiej doszło między rzeczniczką PiS Beatą Mazurek, a znanym z buty posłem tej partii Dominikiem Tarczyńskim.

Polityk, w rozmowie z portalem wpolityce.pl odsłonił cele planowanej na 14 kwietnia konwencji PiS. Podkreślając przełomowy charakter tego wydarzenia oświadczył autorytatywnie:

„Chcemy przedstawić Polakom, jakie mamy plany na przyszłość. Podczas naszych spotkań z obywatelami nie będziemy wyłącznie mówić o wyborach samorządowych, ale także chcemy rozmawiać o przyszłych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Konwencja 14 kwietnia będzie w pewnym sensie konwencją przełomową” – zapowiedział.

Słowa te najwyraźniej mocno zirytowały Beatę Mazurek, która nie zważając na rezonans, dość brutalnie skomentowała wywiad Tarczyńskiego: „A skąd wiesz o czym będziemy mówić? Jasnowidz?” – napisała.

To nie wywołało korzystnej reakcji internautów, którzy z kpiną wytykają nadwątloną w ostatnim czasie spójność i komunikację w partii… Dla samej pani rzecznik mają najważniejszą radę: lepiej mądrze milczeć niż głupio się odezwać.

Nie wytrzymali nawet zwolennicy PiS, którzy z niepokojem sugerują swojej partii, że  to ostatni moment, by się pozbierać, po ostatnich wpadkach …

„Jeżeli pierwsza dama miałaby pensję, to miałaby także zakres obowiązków i można by ją z tego rozliczać” – uważa małżonka byłego prezydenta RP Anna Komorowska i postuluje, aby żony głów państwa dostawały pełne wynagrodzenie za swoją pracę „Okres prezydentury mojego męża to był czas, kiedy najintensywniej pracowałam. Ten czas przynajmniej powinien się liczyć jako okres składkowy, do emerytury. I to jest minimum” – zaznaczyła pani Komorowska.

Dziś polskie pierwsze damy nie dostają pieniędzy. „Zerowe wynagrodzenie, przymus rezygnacji z dotychczasowej pracy czy brak składek ZUS – z takimi problemami musi borykać się żona prezydenta Agata Duda” – zwraca uwagę Super Ekspress.

Jednocześnie przypomina, że w 2016 roku PiS był bliski przeforsowania pomysłu, aby pierwsza dama dostawała wynagrodzenie w wysokości ok. 13,2 tys. zł. Projekt ostatecznie jednak upadł, choć zdanie, że żony prezydentów nie powinny być dłużej dyskryminowane, popierają również eksperci.

Wojciech Maziarski pisze o zbliżającym się końcu PiS.

Rewolucyjna dynamika „dobrej zmiany” została złamana. Walec zatrzymał się i dalej już nie pojedzie.

Na Święta zajączek przyniósł prezydenckie weto do ustawy degradacyjnej – Andrzej Duda nie zgodził się, by minister mógł samowolnie degradować (także pośmiertnie) oficerów wojska, którzy jego zdaniem sprzeniewierzyli się państwu polskiemu. Ustawa, pozbawiona trybu odwoławczego, budziła sprzeciwy natury zarówno prawnej, jak i moralnej. Czy – ściślej mówiąc – estetycznej, bo przecież obrzydzenie wobec grzebania w grobach i zrywania naramienników trupom jest przede wszystkim kwestią smaku.

Nie jest do końca jasne, co prezydenta skłoniło do tego kroku. Między bajki można bowiem włożyć oficjalne uzasadnienie weta, zgodnie z którym ustawa była wadliwa z powodów prawnych i etycznych. To jasne, że była, ale równie jasne jest, że prezydent w przeszłości ochoczo podpisywał wiele równie wadliwych aktów prawnych i ręka mu przy tym nie zadrżała.

Podstawowe pytanie brzmi zatem: czy weto było uzgodnione z kierownictwem PiS, czyli Jarosławem Kaczyńskim, czy też było samodzielną inicjatywą Andrzeja Dudy. Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, kojarzonego z obozem prezydenckim, mówił w TVN24, że „trudno mu sobie wyobrazić”, by prezydent podjął taką decyzję bez zgody prezesa PiS.

Partia zwalcza macierewiczowskie odchylenie

Na to, że cała operacja była zawczasu uzgodniona i zaplanowana, wskazuje też rachityczność protestów w obozie władzy. Owszem, Marek Suski, partyjny oficer polityczny w rządzie, oddelegowany przez prezesa do obserwowania poczynań Mateusza Morawieckiego i kablowania na niego, powiedział, że po wecie nie będzie już głosować na Andrzeja Dudę. Jednak ta wypowiedź więcej mówi o zasobach intelektualnych Suskiego niż o stanowisku kierownictwa PiS. Osoby z kręgów decyzyjnych partii milczą, zaś komentatorzy i publicyści z obozu władzy wypowiadają się bardzo oględnie i łagodnie. Nawet w komentarzu harcownika i fanatycznego propagandysty Michała Karnowskiego więcej jest przygnębienia i rezygnacji niż buntu przeciw decyzji prezydenta: – „Kiszczak i Jaruzelski muszą chyba być sowieckimi „generałami” w polskich mundurach. W takim stanie rzeczy się urodziliśmy, w takim umrzemy. Nikogo nie winię, ale szkoda”.

Ostre protesty słychać głównie z ośrodka skupionego wokół Antoniego Macierewicza, który był autorem i promotorem zawetowanej ustawy. Decyzję prezydenta krytykuje zarówno sam były minister obrony, jak i publicyści „Gazety Polskiej”, która cieszy się zasłużoną opinią organu sekty smoleńskiej.

Wygląda więc na to, że zawetowanie ustawy degradacyjnej najprawdopodobniej było elementem wiosennych porządków po zdymisjonowaniu Antoniego Macierewicza. Partia walczy z „macierewiczowskim odchyleniem”, usuwając jego ludzi ze stanowisk i ukręcając łeb jego politycznym inicjatywom.

„Dobra zmiana” ugrzęzła

Tyle tylko, że wszystko to jest kompletnie bez znaczenia. Wewnętrzne przepychanki frakcyjne w obozie „dobrej zmiany” są może interesujące dla hobbystów obserwujących niuanse pałacowego życia na Nowogrodzkiej (dla nazwania ich przydałby się jakiś termin w rodzaju „kremlinologów” z czasów ZSRR), lecz dla ogółu opinii publicznej są drugo- albo i trzeciorzędne.

Dla przeciętnego wyborcy – i to zarówno tego, który głosuje na PiS, jak i przeciw niemu – liczy się tylko jedno: partia władzy, która dotąd parła do przodu niepowstrzymanie niczym walec miażdżący wszystko na swej drodze, utknęła i zaczęła się chaotycznie miotać. Cofnęła się w sprawie degradacji, cofnęła się w sprawie IPN, anulowała gigantyczną karę finansową nałożoną na TVN za nadanie programu, który się nie spodobał PiS-owi, kombinuje, jak udobruchać Brukselę oburzoną zamachem na niezależność polskiego sądownictwa, wykonuje nerwowe i nieskoordynowane ruchy w sprawie nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło: najpierw mówi, że premie te były błędem i zapowiada, że odtąd już nie będzie ich przyznawać, a potem „pokazuje pazurki” i krzyczy, że pieniądze się należały…

Wyborca obserwujący te konwulsje rozumie jedno: rewolucyjna dynamika „dobrej zmiany” została złamana. Walec zatrzymał się i dalej już nie pojedzie. Jednoznacznie potwierdzają to sondaże. Na pół roku przed jesiennymi wyborami samorządowymi do Polski dotarły ciepłe wiatry z zachodu, mróz cofa się na wschód.

Przystawki żądają dla siebie większych półmisków

To oczywiście ośmiela przeciwników PiS, dodaje im otuchy i nadziei. Natomiast morale obozu władzy załamuje się, zarysowują się w nim pęknięcia, które w przyszłości – być może niedalekiej – doprowadzą do jego dezintegracji.

Ośrodek macierewiczowski właściwie już został wykluczony z PiS, choć formalny rozwód jeszcze się nie dokonał. Pojawiają się jednak sygnały, że także inne środowiska zaczynają się nieśmiało emancypować i w obliczu osłabienia spójności obozu władzy i zachwiania pozycji centrum decyzyjnego domagają się dla siebie więcej wpływów i większej autonomii. Przed wyborami samorządowymi Zbigniew Ziobro, który stoi na czele partii Solidarna Polska, ale wszedł do Sejmu z listy PiS, domaga się, by na kartach wyborczych obok nazwisk jego ludzi pojawiła się też nazwa ugrupowania.

Polityczną odrębność delikatnie i subtelnie zaczyna także akcentować Jarosław Gowin, lider partii tak znanej, że pisząc ten tekst, jej nazwę musiałem sprawdzić w Wikipedii: „Porozumienie Jarosława Gowina”; słyszeliście kiedyś o takim ugrupowaniu?

Teraz jego lider zaczyna poczynać sobie coraz śmielej. Gdy nieomylny i wszechwiedzący Prezes Tysiąclecia, którego słów nikt dotąd nie odważył się kwestionować, oświadczył, że w sprawie IPN czy sądów wzorem Viktora Orbána trzeba będzie pójść z Zachodem na kompromis, którego cena jest gorzka, Gowin odpowiedział publicznie: – „Cena kompromisu z Brukselą w sprawie reformy sądownictwa nie jest dla mnie gorzka, tak jak dla prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego”. A prezes, zamiast zuchwalca ukarać, próbuje go ugłaskać i pozyskać, deklarując, że zrobi wszystko, by przygotowana przez Gowina ustawa o szkolnictwie wyższym weszła w życie.

Koniec imperium PiS

Tak konają imperia i potęgi polityczne: metropolia traci wpływy, pojawiają się ruchy odśrodkowe, peryferia się usamodzielniają i przestają słuchać poleceń z centrali, która musi się z tym pogodzić, robiąc dobrą minę do złej gry. A z zewnątrz już nadciągają wojska wroga, który widząc słabość za murami, szykuje się do szturmu.

Pytanie, jak zachowa się lud. Będzie wspierać władzę i jej żołnierzy broniących się przed oblężeniem? Czy może raczej sam otworzy bramy przed nadciągającą armią i zaprosi ją do środka?

Idzie wiosna.

Ten moment, gdy w poświąteczny poranek FAKT kruszy w pył grafiki … Spokojnie, w tekście jest przypomnienie na kwotach, ile dostawali urzędnicy za czasów PO-PSL;)

Waldemar Mystkowski pisze o Pawłowicz i Dudzie w konteście świąt.

Od kiedy w Straży Pożarnej pojawiły się kobiety – do parytetów fifty-fifty daleko – strażaczki przejęły inicjatywę w śmigus-dyngus. I leją wodą prosto z pomp strażackich na swoich partnerów w służbie. Największą radochę ma ta przy sikawce, czyli sikawkowa. Co lunie po strażakach, to jej.

Taką sikawkową w PiS jest Krystyna Pawłowicz, która nie przebiera w słowach. Jej retoryka jest zwykle knajacka, a proza na Facebooku i Twitterze podana w kiepskiej polszczyźnie, zwykle z błędami gramatycznymi, interpunkcyjnymi i bez zachowania reguł graficznych. Tak bluzga emocjami, że staje się zrozumiałe, dlaczego nie radzi sobie z polszczyzną. Sikawkowa Pawłowicz zawsze leje swoją brudną polszczyzną na opozycję.

Tym razem lunęła na prezydenta Andrzeja Dudę, bo ten śmiał zawetować ustawę degradacyjną, wg której miano zrywać pagony truchłom generałów (kto ekshumowałby Jaruzelskiego i Kiszczaka, aby zerwać im pagony?). Tym razem Pawłowicz opublikowała list otwarty do Dudy na łamach portalu braci Karnowskich, w którym bluzga na prezydenta z jej formacji. Jako że list przeszedł redakcję, więc nie ma zwykłych dla niej wpadek gramatyczno-interpunkcyjnych, ale za to możemy „podziwiać” niezborność intelektualną, luki w wiedzy, a w zasadzie poznać jej niewiedzę i tak naprawdę odhumanizowane emocje.

Pawłowicz chciałaby urządzić nieboszczykom generałom coś w rodzaju Norymbergi, bo nie było w procesie zbrodniarzy wojennych procedur odwoławczych. Nie trzyma się to żadnej logiki, bo po pierwsze w ustawie degradacyjnej nie było żadnej mowy o sądzeniu, a tylko o wyroku degradującym. Jakby też nie patrzył, Jaruzelskiego i Kiszczaka trudno byłoby podciągnąć pod jakąkolwiek interpretację terminu prawnego ludobójstwa, zdefiniowanego przez polskiego prawnika Rafała Lemkina. No i Pawłowicz odbiera prezydentowi prerogatywę weta, co nawet nie jest śmieszne.

Polecam zapoznania się z listem Pawłowicz, bo pokazuje jak marnej jest ona kondycji intelektualnej. Powstaje pytanie: jak doszło do tego, iż ktoś takiego żenującego pokroju umysłowego wykładał na uczelni?

Posłanka PiS Pawłowicz nadaje się tylko do obsługi bluzgów, do języka godnego podrzędnej knajpy, a nie do obecności w przestrzeni publicznej, acz dopuszczalnym jest, aby w śmigus-dyngus jako sikawkowa PiS lunęła na Dudę, bo temu się należy za wielokrotne złamanie Konstytucji.

Imperium finansowe PiS. A do tego kradną z budżetu państwa. Macierewicz zakłada partię Misiewiczów

PiS bierze sobie – kradnie z budżetu – więcej niż się przyznaje. Oj, wybija szambo tego szemranego towarzystwa.

„Nie żaden Smoleńsk, nie aborcja, nie Żołnierze Wyklęci spajają tę partię, tylko kasa, nagrody wypłacane sobie. Wyborcy zobaczyli, że to nie partia Prawo i Sprawiedliwość, tylko partia kasa i jeszcze raz kasa” – powiedział w TVN24 były minister obrony w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak. To jego komentarz do sondażu, w którym PiS stracił w stosunku do poprzedniego badania aż 12 proc.

Siemoniak stwierdził, że był zszokowany, słysząc jak Beata Szydło w Sejmie broniła przyznanych ministrom nagród. – „Nie miałem przesadnie dobrej opinii o pani premier Szydło. (…) Okazuje się, że politycy PiS-u w oczach mają złotówki, a nie jakieś sprawy publiczne. Nagrody, pensje w spółkach Skarbu Państwa, te tłumy Misiewiczów…” – stwierdził Siemoniak.

Wiceszef PO skomentował także zatrzymanie przez CBA byłego wiceministra finansów i byłego szefa Służby Celnej. – „Cała ta sprawa jest tak dęta, że gdyby nie chodziło o konkretnego, uczciwego człowieka, to można byłoby się pośmiać. W ciągu jednego dnia z kogoś, kto wiele lat pracował dla Polski, właśnie słynął z takiej uczciwości, pryncypialności, zrobiono Jacka K. Wszystko po to, żeby tworzyć spektakl telewizyjny przed świętami. (…) Jest to zła PiS-owska metoda. Grubość tej nici to jest w ogóle lina okrętowa. To wstyd, iż prokuratura w taki sposób działa” – zaznaczył Siemoniak.

Do sprawy odniósł się także Donald Tusk, który napisał na Twitterze: – „Kiedy Jacek Kapica bezkompromisowo walczył jako minister w moim rządzie z przestępcami, też był atakowany podłymi metodami. Nie poddał się wtedy, nie podda się dzisiaj”.

Macierewicz knuje z Misiewiczem – zakładają Partię Przyjaciół Kasy.

Fakt:

W PiS aż huczy od plotek, że w najbliższych tygodniach Antoni Macierewicz (70 l.) wystartuje z nową inicjatywą polityczną. W organizacji nowej formacji ma mu pomagać Bartłomiej Misiewicz (28 l.), szczególnie ostatnio aktywny w mediach. Choć były rzecznik Macierewicza zapewnia, że widuje się z nim sporadycznie, mamy dowody, że jest inaczej. Przyłapaliśmy obu panów na spotkaniu!

To, nad czym pracują Macierewicz z Misiewiczem, owiane jest aurą tajemnicy. Ten drugi całe dnie spędza na jeżdżeniu swoim nowym mercedesem. A to Piaseczno i szybkie spotkanie, a to Radzymin. Część rozmów to krótkie spotkania z ludźmi kojarzonymi z Macierewiczem. Wygląda na to, jak gdyby panowie unikali kontaktu telefonicznego. Misiewicz nagle, po roku milczenia (dokładnie rok temu został wyrzucony z PiS), udzielił serii wywiadów. Przekonywał, że pracuje teraz na własny rachunek. Twierdzi, że doradza zarządowi Telewizji Republika i „osobom prywatnym”. Oficjalnie zaprzecza, że współpracuje z byłym szefem MON. – Nie ma SMS-ów, jeśli już to (kontakt) telefoniczny – mówił w Wirtualnej Polsce.

Precyzował, że widuje się z Macierewiczem sporadycznie. W jego zapewnienia nasi rozmówcy z PiS jednak nie wierzą. A my postanowiliśmy to sprawdzić. W dniu swych urodzin Misiewicz wcale nie świętował. Większość dnia spędził… w samochodzie. A niemal cały wieczór na parkingu pod siedzibą Telewizji Republika. Choć ponoć tam pracuje (nikt z pracowników nigdy go tam nie spotkał), nie wszedł do środka aż do chwili, gdy audycji w tej stacji nie skończył Macierewicz. Wówczas spotkali się w holu i rozmawiali około kwadransa, gorączkowo gestykulując.

Misiewicz niby mówi, że „nie planuje wrócić do polityki”, ale zaraz zastrzega, że nie są to plany na najbliższy czas. W jednym z wywiadów rzucił jednak, że… „jest gotów wrócić do rządu”, jeśli go ktoś o to poprosi. Od czego zależy realizacja planów duetu panów Macierewicz-Misiewicz? Nasi rozmówcy mówią, że wszystko zależy od przebiegu 8. rocznicy katastrofy smoleńskiej. Jeśli były szef MON zostanie upokorzony i nie będzie kontynuacji prac podkomisji, jego rozstanie z PiS może być szybkie i burzliwe.

Nie ma drugiego polityka, który miałby w swoim otoczeniu spółkę dysponującymi tak atrakcyjnymi gruntami, przejętymi w niejasnych okolicznościach. Jarosław Kaczyński stara się kreować na człowieka, który był przeciw formule przemian III RP, więc ja przypominam, że środowisko Kaczyńskiego najbardziej na tych przemianach skorzystało. Wyraźnie widać, że wokół Kaczyńskiego stworzył się układ oligarchiczny, choć on zawsze twierdził, że z oligarchią walczy – mówi #TYLKONATEMAT Marcin Kierwiński z Platformy Obywatelskiej.

Zszokowała pana informacja zatrzymaniu byłego wiceministra finansów Jacka K.?

To mnie nie zszokowało. Zawsze, kiedy PiS ma wielkie problemy wizerunkowe, pojawiają się afery i sondaże im spadają, można być pewnym, że będzie próba odwrócenia uwagi opinii publicznej przy użyciu służb specjalnych i usłużnej prokuratury.

Wielu Polaków nazwisko Jacka K. nic nie mówi, dawno nie ma go w polityczny obiegu. Dość głośno spekuluje się, że chodzi o pretekst do ciągania po prokuraturach zarówno Donalda Tuska, jak i Grzegorza Schetynę. Uderzenie w Jacka K. miałoby na to pozwolić.

Nie mam wątpliwości, że motywacja tych działań jest stricte polityczna. PiS od dawna lubi tak używać upolitycznionych instytucja państwa. Używa usłużnych prokuratorów i funkcjonariuszy służb. Trwa polowanie na opozycyjnych polityków, ale z tego typu akcjami trafiają, jak kulą w płot. Większość tych spraw okazuje się sprawami dętymi…

Zbigniew Ziobro na konferencji poświęconej zatrzymaniu Jacka K. wielokrotnie podkreślał, że były wiceminister miał przełożonych i mógł być poddawany naciskom. Można było odnieść wrażenie, że prokurator generalny i szef Ministerstwa Sprawiedliwości ma nadzieję, że K. „sypnie” jakiegoś ministra lub nawet byłego premiera.

Zbigniew Ziobro podobnymi konferencjami już w przeszłości wielokrotnie się kompromitował. A tą czwartkową konferencją tylko przybił pieczątkę z logo koalicji rządzącej, która informuje, że ta cała akcja miała charakter polityczny.

To wszystko ma być wstępem powstania sejmowej komisja śledczej, która miałby zbadać rzekome wyłudzenia podatku VAT. PO poprze pomysł jej powołania?

Bardzo chciałbym posłuchać takiej komisji tłumaczeń PiS na temat tego, dlaczego wpływy z VAT w ostatnich dwóch latach były mniejsze niż zapowiadano. Chciałbym dowiedzieć się też, jak wyglądała ściągalność VAT-u za czasów, gdy PiS rządziło po praz pierwszy…

PiS wielokrotnie powoływało różne komisje, które miały być problemem dla opozycji, a najbardziej kłopotliwe stały się dla nich samych. Proszę tylko spojrzeć na komisję śledczą zajmującą się Amber Gold. Tam praca Krzysztofa Brejzy ujawnia bardzo dziwne związki zaplecza finansowego PiS ze spółką Marcina P. Niestety politycy PiS, którzy mogliby wiele na ten temat powiedzieć, nie są zapraszani przed komisję. Ciekawa jest też komisja reprywatyzacyjna, gdzie Patryk Jaki panicznie boi się przesłuchania Jakuba R., czyli głównego oskarżonego w sprawie afery reprywatyzacyjnej w Warszawie.

PO mocno podkreśla powiązania głównego bohatera afery reprywatyzacyjnej Jakuba R. z najwyższego szczebla szefostwem służb specjalnych. Czy ta sprawa nie jest jednak zbyt skomplikowana dla przeciętnego Polaka?

Tu nie chodzi tylko o politykę, ale kwestię elementarnej uczciwości w życiu publicznym. Mamy polityków, którzy kreują się na nieskazitelnych szeryfów, a osoby uwikłane w aferę reprywatyzacyjną otwarcie mówią, że to ci politycy PiS mieli załatwić pracę Jakubowi R. w warszawskim ratuszu, gdzie później ten pan miał dbać o interesy spółki związanej z partią Jarosława Kaczyńskiego.

Prezes PiS kreuje się na postać krystalicznie czystą, która po 1989 roku nie skorzystała na przemianach ustrojowych. A ja w polityce jestem zbyt długo, by nie wiedzieć, że nie ma dziś polityka, który skorzystał na przemianach lat 90-tych bardziej niż Kaczyński.

Sugeruje pan, że Jarosław Kaczyński nie jest krystalicznie czysty?

Twierdzę, że to, co o sobie mówi, nie ma nic wspólnego z prawdą. Nie ma drugiego polityka, który miałby w swoim otoczeniu spółkę dysponującymi tak atrakcyjnymi gruntami, przejętymi w niejasnych okolicznościach. Jarosław Kaczyński stara się kreować na człowieka, który był przeciw formule przemian III RP, więc ja przypominam, że środowisko Kaczyńskiego najbardziej na tych przemianach skorzystało. Wyraźnie widać, że wokół Kaczyńskiego stworzył się układ oligarchiczny, choć on zawsze twierdził, że z oligarchią walczy.

Mocno eksploatujecie w PO to, co na temat spółki Srebrna pokazano w programie „Czarno na białym” w TVN24, ale czy tam było coś nowego? Przecież ludzie nawet pobieżnie interesujący się polityką o większości tych powiązań wiedzą od lat.

Oj, nie. Nie o wszystkim było dotąd wiadomo. Informacje o tym, że Srebrna próbuje zbyć grunt, który przejęła w latach 90-tych poprzez cypryjskiego pośrednika to informacje nowe. One pokazują też zastanawiający mechanizm. W jakim celu taka transakcja miałaby się odbyć? Celem „optymalizacji podatkowej”, czyli niepłacenia podatków Polsce? Dziwię się, że Zbigniew Ziobro nic z tym jeszcze nie zrobił.

A jeśli mówimy o przejęcie majątku RSW „Prasa Książka Ruch” przez środowisko związane z Fundacją Prasową „Solidarność”, to rzeczywiście nie są to sprawy nowe, ale nadal bardzo niejasne. Opinia publiczna powinna zdawać sobie sprawę, że Jarosław Kaczyński chce kreować się na twardego antykomunistę, a wspomnianą fundację zakładał z osobami, które miały przeszłość w PZPR. Mowa szczególnie o Krzysztofie Czabańskim. To on był likwidatorem RSW „Prasa Książka Ruch”, a zarazem fundatorem Fundacji Prasowej „Solidarność, która przejęła ten majątek. Według współczesnych standardów politycznych, występowanie w takiej roli jest nieakceptowalne.

W tych dniach żaden wywiad polityczny nie może obyć się bez pytania o najnowszysondaż Kantar Millward Brown SA dla „Faktów” TVN i TVN24. Uwierzyliście w PO w te dane?

Ja ogólnie do sondaży podchodzę ze spokojem. Cieszą mnie wzrosty PO, ale ten sondaż pokazuje głównie to, że Polacy poczuli się bardzo oszukiwani przez PiS. W 2015 roku słyszeli premier Beatę Szydło, która opowiadała im o pokorze, umiarze i roztropności, a dostali niekończący się bałagan w Polsce, wojny w polityce zagranicznej, a na koniec eksploatowanie budżetu państwa na własne potrzeby oraz butę i arogancję.

Gdy Szydło z poparciem Kaczyńskiego twierdzi, że politykom PiS ten system drugich pensji po prostu się należy, to musi działać na wyobraźnię Polaków. Zwykły Polak zarabia jedną pensję i często trudno mu dociągnąć do pierwszego.

Budują pomniki. Urządzają miesięcznice. Sam Kaczyński mówi o dążeniu do prawdy, ale dopiero wchodząc w szczegóły widać, ile w tym wszystkim brutalnej hipokryzji.

Nie dość, że trumnę posła PO – Sebastiana Karpiniuka, który zginał w 2010 r. w katastrofie nad lotniskiem Siewiernyj wyciągano bladym świtem, a ekshumację przeprowadzono wbrew woli ojca i przyjaciół, to teraz – kiedy półtora miesiąca po tamtych bolesnych chwilach – prokuratura oddaje szczątki posła, próbowano go zakopać cichcem, jak za komuny – dowiadujemy się portalu gazeta.pl.

„Gdyby nie to, że spółka zarządzająca cmentarzem w Kołobrzegu podlega prezydentowi miasta z PO, w ogóle nie wiedzielibyśmy, że dzisiaj, po ekshumacji i badaniach, wracają szczątki posła Sebastiana Karpiniuka – powiedział Piotr Ryćko, działacz Platformy, kolega nieżyjącego posła.

Wszystko odbyło się bez większych ceregieli: „Firma pogrzebowa, która działa na zlecenie Prokuratury Krajowej, zadzwoniła do spółki, która zarządza cmentarzem, że dzisiaj przywożą szczątki posła. Rodziny, ani przyjaciół o tym fakcie nikt nie powiadomił” – dodaje.

 „Chcieli podrzucić szczątki. Chcieli, tak po prostu, wrzucić Sebastiana do grobu” – komentuje z goryczą senator PO z Koszalina – Anna Sztark.

„Trzeba być pozbawionym uczuć, żeby tak bawić się cudzym nieszczęściem. Dowiem się, który prokurator podejmował takie decyzje”.

Na dodatek „przywożą ciało w czasie, kiedy nie odprawia się mszy żałobnych. W Wielki Czwartek tj. dzień, w którym rozpoczyna się triduum paschalne” – mówi Grażyna Sztark.  Zatem ksiądz tylko pomodli się nad grobem Sebastiana – zauważa i zapewnia: „Ja się dowiem, kto tak zdecydował”.

 z godnością. Sebastian byłby dumny. Niech spoczywa w spokoju.

Nawet częściowo zjednoczona opozycja jest już bliska zwycięstwa z PiS – wynika z nowego sondażu przedwyborczego wykonanego dla jednej z partii w poniedziałek 26 marca. Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utrzymuje przewagę, ale jest ona minimalna. To kolejny sondaż w ostatnich dniach pokazujący znaczący spadek notowań obozu zjednoczonej prawicy.

Według najnowszego sondażu przedwyborczego, opublikowanego w czwartek wieczorem na stronie internetowej „Rzeczpospolitej”, PiS może liczyć na poparcie 35,2 proc. Polaków. Zaskakująco dobry wynik uzyskała koalicja PO i Nowoczesnej – w sondażu liczona jako jedna lista, na którą swój głos zamierza oddać 33 proc. badanych. W Sejmie znalazłby się też ruch Kukiz’15 z 9 proc. poparciem.

Wynik osiągnięty przez PiS jest lepszy niż w badaniu Kantar dla TVN24 opublikowanym w środę, gdzie PiS ma 28 proc., ale i tak jest słabszy niż w poprzednich badaniach IBRiS, w których głosy na partie opozycyjne liczono oddzielnie.

Jak dodał szef klubu PO, do Kapicy wjeżdża o 7 CBA, żeby zrobić telewizyjną pokazówkę, zająć opinię publiczną jego sprawą, żeby ludzie przestali dyskutować o tym, co nabroił PiS. „To typowa przykrywka, którą PiS zaproponował Polakom. To jeden wielki pic” – stwierdził.

„To ciekawe, bo jak budowaliśmy tę koalicję przedtem, przed wyborem mnie na przewodniczącą, to często był problem, ponieważ ta koalicja zasadniczo się nie budowała, natomiast udało mi się zbudować m.in. dlatego, że udało nam się jakoś porozumieć, co jest ważne. Czasami trzeba patrzeć trochę dalej, niż czubek własnego nosa i zastanowić się, czego oczekują nasi wyborcy, a ci oczekiwali porozumienia i koalicji, a po drugie trzeba się zastanowić na jakich warunkach. Bardzo jasno określiłam te warunki, że to musi być koalicja, a nie start z czyjejś listy, że to musi być koalicja o charakterze partnerskim, że musimy ustalić warunki, które będą korzystne i uczciwe dla obu ugrupowań. To ma szanse być koalicja win-win”

Sześcioro nieumundurowanych funkcjonariuszy policji wkroczyło w środę wieczorem do mieszkania dziennikarki radiowej Trójki i musiały upłynąć długie godziny, żeby zorientowali się, że nie tej osoby szukają. – „Nagle wpadło do domu czterech panów i dwie panie (…) Zakuli mnie w kajdanki i zażądali ode mnie dowodu osobistego. Następnie przeszukano mój plecak, w którym znajdowały się m.in. trójkowy mikrofon i moja legitymacja prasowa. Nie powstrzymało to panów przed wykonywaniem dalszych czynności. Zaczęło się przeszukanie: wyrzucono wszystkie rzeczy z szaf, zabrano komórki, pendrive’y” – napisała dziennikarka radiowej Trójki Anna Rokicińska na Facebooku.

Funkcjonariusze szukali kobiety zamieszanej w proceder wyłudzenia kredytów oraz cyberprzestępczość. Działania policji odbywały się w obecności dwójki małych dzieci dziennikarki. Rokicińska mówi, że policjanci zachowywali się agresywnie. – „Szantażowano mnie mówiąc, że oprócz mnie aresztowany zostanie również mój mąż, a dzieci trafią do policyjnej izby dziecka. Wmawiano mi, że ukrywam coś, że nie chcę niczego powiedzieć. Tymczasem policjanci w trakcie zatrzymania rozmawiali na tematy prywatne i zachowywali się w sposób niekulturalny” – relacjonowała dziennikarka.

Po trzech godzinach okazało się, że funkcjonariusze pomylili… adres. – „Jest nam niezmiernie przykro, że doszło do takiej sytuacji. Zapewniamy, że wszystkie okoliczności tej sprawy, a także zachowanie policjantów wykonujących czynności dokładnie zostaną wyjaśnione” – powiedziała rzeczniczka mazowieckiej komendy policji Katarzyna Kucharska. A my mamy nadzieję, że sprawa, zwłaszcza potraktowania niewinnej dziennikarki przez funkcjonariuszy – zakończy się wyrokiem sądowym, a nie tylko wyjaśnieniami.

Przyznanie nagród ministrom rządu byłej już premier, pani Beaty Szydło, wstrząsnęło opinią publiczną. Nawet ten najbardziej wierny elektorat nie znajduje niczego, co mogłoby usprawiedliwić takie działanie. Nawet oni nie kryją swojego oburzenia. PiS-em zatrzęsło, słupki sondażowe poszły ostro w dół i od kilku dni politycy tej partii usiłują przekonać naród, że wszystko jest ok.

Trzeba jakoś zapanować nad sytuacją, więc prezes Jarosław Kaczyński przygotował instrukcję, w której dokładnie zapisano, jak wypowiadać się w tym temacie i uzasadniać sens przyznania tak wysokich nagród dla członków rządu. Stanisław Pięta, poproszony o komentarz w sprawie nagród powiedział, że rozumie, iż „kwestia nagród może być odbierana krytycznie, ale one zostały przyznane ministrom w rządzie Prawa i Sprawiedliwości za ich ciężką pracę. Oni nie zostali wynagrodzeni za kiepską pracę, ale za ciężką pracę, która przyniosła dobre efekty dla nas wszystkich. Ministrowie w rządzie pracują bardzo rzetelnie i ta praca przynosi pozytywne efekty. Idealnie w tym samym tonie i tymi samymi słowami posługują się pozostali politycy PiS. Nawet nie próbują przedstawić swego zdania po swojemu, tylko powtarzają jak mantrę, tekst instrukcji, wykuty na blachę.

Instrukcja mówi też, jak wyjaśnić odmienne zdanie obecnego premiera co do nagród dla rządu. Jeden z członków PiS przyznaje, że „przekaz jest taki, że nie ma istotnej sprzeczności w sprawie nagród między tym, co w tej kwestii mówili ostatnio prezes Jarosław Kaczyński, premier Mateusz Morawiecki (50 l.) i pani wicepremier Beata Szydło (55 l.) w Sejmie. Bo te nagrody się po prostu należały dla ministrów za ich ciężką pracę dla Polski. A teraz pan premier Mateusz Morawiecki ma prawo wprowadzać taki system nagradzania i oceny, jaki uzna za właściwy”.

Nie ma to jak dobra instrukcja. Może pomoże…

Waldemar Mystkowski pisze o zbliżających się świętach PiS.

Wcale nie uważam, aby program festynu PiS zaplanowany na 10 kwietnia był bogaty. Prezes Kaczyński nazwałby, że jest skrajnie skromny.

Proszę się zastanowić! Miesięcznice smoleńskie odbywają się każdego miesiąca, a Boże Narodzenie czy też Wielkanoc – raz w roku. Dlaczego więc tak ważne święto PiS-u ma zarezerwowany tylko jeden dzień? Czy nie mogłoby to być dwudniowe święto poprzedzone wigilią? Akurat w tym roku wypada ono we wtorek, przeddzień święta (wigilia) wypada w poniedziałek,  Polacy mieliby zatem wolne 5 dni od pracy, to byłby długi weekend, że hej.

Dzień 10 kwietnia jest tak gęsty w imprezy, iż nie na wszystkie można będzie się załapać. Start od godziny 8.00, gdy odbędzie się msza, a zaraz apel smoleński (8.41) przed Pałacem Prezydenckim. Następnie trzeba biec na plac Piłsudskiego, na którym kino w plenerze fundnie dwa bloki filmowe. Po wrażeniach artystycznych odświeży się tradycję średniowieczną przez odmówienie koronki do Miłosierdzia Bożego.

Następnie wiekopomna chwila, bo odsłonięty zostanie pomnik smoleński (Pomnik Ofiar Tragedii Smoleńskiej 2010 r.), a pod drugi – najważniejszy pomnik: brata Jarosława Kaczyńskiego – położony będzie kamień. Mówkę palną prezydent i prezes. Po czym dojdzie do kolejnej części artystycznej – koncertu. Tym, którym będzie mało mowy prezesa, zaplanowane jest jeszcze jedno wystąpienie przed Pałacem Prezydenckim.

Ufff… To ma być święto? To mordęga, jak na jakimś festiwalu filmowym w Cannes albo w Wenecji, gęstym od zdarzeń. Dlatego moje pretensje, aby rozłożyć to na wigilię i dwa dni świąt są – przynajmniej dla mnie – zasadne.

Jest wiele pytań, na które dzisiaj nie ma jeszcze odpowiedzi. Kto przybędzie zza granicy? Ile tysięcy policjantów będzie pilnowało festynu? Jak wysokie będzie ogrodzenie, bo wielu chciałoby popatrzeć, jak prezes się bawi?

Ba! W kontekście orzeczenia Sądu Najwyższego, iż wojewoda nie może zakazać kontrmiesięcznic, nawet pod groźbą kary więzienia, powstaje pytanie – dla mnie ważne – gdzie zostanie zorganizowana kontrrocznica (tak jak kontrmiesięcznice)?

Gdzie? Bo mnie świerzbią nogi, aby też pobiegać. Jedźmy dalej: jeżeli sprawca katastrofy smoleńskiej (nawet uznany za mimowolnego) – Lech Kaczyński – będzie miał pomnik, to gdzie można postawić kontrpomnik? W każdym razie festyn pisowski winien otrzymać w ramach symetrii równie bogaty kontrfestyn. Takie jest moje zdanie, moje ucho od śledzia.

Co łączyło szefów służb z Jakubem R.?

Szefowie służb specjalnych Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński wypierają się znajomości z przebywającym w areszcie Jakubem R., kluczowym podejrzanym w aferze reprywatyzacyjnej. W odpowiedzi Marcin Rudnicki, brat Jakuba, pokazuje zdjęcia ze wspólnych towarzyskich spotkań. – Nasze kontakty były bliskie. Wypieranie się tego jest sprzeczne z prawdą i niesmaczne – mówi w programie „Czarno na białym” w TVN24. Tłumaczy, że  zarówno Wąsik, jak i reszta ludzi związanych ze służbami, których zna, „kreuje w mediach zupełnie inny wizerunek od tego, jacy są naprawdę”. Znajomym Jakuba R. miał być również obecny szef CBA Ernest Bejda.

Jakub R. był wiceszefem Biura Gospodarki Nieruchomościami Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Do warszawskiego ratusza trafił w 2006 roku, kiedy w stolicy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Teraz prokuratura zarzuca mu przyjmowanie łapówek w zamian za pozytywne decyzje o zwrotach nieruchomości. Jest głównym podejrzanym, ale przed Komisją Weryfikacyjną Patryka Jakiego do tej pory nie stanął.

W listach z aresztu Jakub R. pisze, że znajomość z Kamińskim czy Bejdą nie była bezinteresowna. Pod koniec 2006 roku PiS stracił władzę w Warszawie, a na prezydenta wybrano Hannę Gronkiewicz-Waltz. Do Jakuba R. – według jego relacji – mieli wtedy odezwać się ludzie, którzy wcześniej mieli pomóc mu zdobyć pracę w ratuszu. – Mój brat powiedział mi o tym, że Ernest Bejda przyszedł do niego w sprawie Srebrnej, ale nie wypytywałem, o co dokładnie chodziło. Nie interesowało mnie to za bardzo – opowiada w TVN24 Marcin Rudnicki.

Historia spółki Srebrna i cypryjski ślad

Spółka została utworzona w 1995 roku. Założyły ją osoby należące do partii politycznej Porozumienie Centrum. Głównym udziałowcem Srebrnej została Fundacja Prasowa „Solidarność” Jarosława Kaczyńskiego. W 2012 roku władze Fundacji zdecydowały o jej likwidacji. Udziały w spółce Srebrna przekazały na rzecz Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Od tej pory Instytut stał się większościowym udziałowcem spółki Srebrna. Członkiem zarządu Srebrnej jest Adam Lipiński, wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości, jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego.

Spółka Srebrna od zawsze zajmowała się zarządzaniem nieruchomościami. Posiada olbrzymi majątek przejęty zaraz po upadku PRL. To głównie nieruchomości w atrakcyjnych lokalizacjach w centrum stolicy. Na jednej z działek spółka Srebrna planuje wybudować jeden z najwyższych wieżowców w stolicy, tzw. „Kaczyński Tower”. Problem w tym – jak twierdzą reporterzy programu „Czarno na białym” – że do działki roszczą sobie prawa spadkobiercy. A chodzi o ogromne pieniądze. Budowa wieżowca i jego ewentualna sprzedaż może prowadzić na Cypr. W ubiegłym roku ziemię należącą do Srebrnej chciała kupić cypryjska spółka Conarius. Tutaj pojawia się jeszcze więcej pytań.

O sprawie niejasnych powiązań Srebrnej z cypryjską spółką pisała już „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek”.

PO: „Historia wielkiego układu”. Sprawa musi zostać wyjaśniona!

– Informacje są na tyle bulwersujące i ważne, że wymagają jasnego stanowiska premiera – mówią krótko politycy PO. Dlatego złożyli wniosek do marszałka Sejmu, w którym domagają się zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu w najbliższą środę o godz. 12.

Na nadzwyczajnym posiedzeniu Sejmu posłowie mieliby wysłuchać informacji premiera Morawieckiego o działalności najważniejszych osób w służbach oraz informacji Zbigniewa Ziobro o transferach finansowych i niejasnych powiązaniach między spółką Srebra i spółkami na Cyprze.

– Przez ostatnie tygodnie i dni nie padło ani jedno zdanie z ust Mateusza Morawieckiego na ten temat. PiS udaje, że nie ma sprawy. Ale my nie pozwolimy na to, aby w cieniu służb specjalnych ukrywane były wielkie interesy finansowe PiS-u. Żądamy od marszałka Marka Kuchcińskiego zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu po to, aby na tym posiedzeniu premier rządu mógł odnieść się do informacji i wyjaśnić zaangażowanie najważniejszych osób kierujących służbami specjalnymi państwa w działania przy aferze reprywatyzacyjnej – mówi szef klubu PO poseł Sławomir Neumann.

– Czy panowie, którzy kierują służbami specjalnymi, bardziej dbają o interes państwa, czy spółki związanej ze środowiskiem PiS-u? – pyta także poseł PO Marcin Kierwiński. I dodaje: – Od lat 90. środowisko związane z Jarosławem Kaczyńskim buduje oligarchiczny układ władzy oparty o przejęte w centrum Warszawy nieruchomości, to m.in. słynna nieruchomość przy ulicy Srebrnej. Nie ma w Polsce drugiej partii, która przejęłaby tak gigantyczny majątek od Skarbu Państwa. To wymaga wyjaśnienia.

– Czas chowania głowy w piasek przez pana premiera minął. Wiemy, że jest pan w trudnej sytuacji, bo wszystkie nitki w tej sprawie prowadzą do Jarosława Kaczyńskiego. Ale został pan premierem i musi pan wyjaśnić te powiązania. Tego wymaga bezpieczeństwo finansowe państwa – mówi Kierwiński.

„Żadna inna partia w Polsce nie obrosła tak spółkami, biznesami i fundacjami” – pisze o PiS „Gazeta Wyborcza”. I opisuje finansowe imperium partii rządzącej, za którego budową stoi Jarosław Kaczyński. Na taki pomysł wpadł w autobusie na Żoliborz, a w tle znajdziemy m. in. kacyków PZPR, „panią Basię” z „Ucha Prezesa” i Ludwika Dorna, którego nie stać na fryzjera.

Początek budowy dzisiejszego imperium sięga początku lat 90. Tuż po transformacji ustrojowej Kaczyński szefował Porozumieniu Centrum, ale to nie partia miała w tym czasie największe znaczenie. Dużo większą rolę miała odegrać Fundacja Prasowa Solidarności. Jej założycielami – oprócz Kaczyńskiego – byli również Sławomir Siwek, Krzysztof Czabański i Maciej Zalewski.

Jak pisze „Wyborcza”, zaczęło się od przejęcia popularnej gazety popołudniowej – „Expressu Wieczornego”. Dzięki dobrym kontaktom ze świeżo upieczonym prezydentem Lechem Wałęsą, Kaczyńskiemu i spółce udaje się zdobyć ten tytuł, o czym zresztą sam prezes PiS wspomniał w swojej autobiografii.

Przejęcie „Expressu” nie doszłoby do skutku, gdyby nie udało się uzyskać 1,6 mln zł. A do tego konieczny był fortel. Fundacja zdecydowała się bowiem wynająć pomieszczenia redakcyjne. Najemcą został Bank Przemysłowo-Handlowy, założony jeszcze w poprzednim ustroju przez I sekretarza PZPR Mieczysława Rakowskiego.

BPH zapłacił czynsz z góry za 13 lat, więc Fundacja zdobyła pieniądze na przejęcie gazety i dawne zakłady graficzne przy Nowogrodzkiej. Naczelnym „Expressu Wieczornego” został Krzysztof Czabański.

Później zaczynają się chudsze lata, bo Fundacja przeżywa kłopoty finansowe. Wszystko za sprawą przegranych przez Porozumienie Centrum wyborów. Co więcej, Fundacja pożyczyła partii na kampanię 800 tys. zł – sprawa otarła się nawet o prokuraturę. W efekcie członkowie Fundacji „klepali biedę”. Do tego stopnia – jak pisze „GW” – że np. Ludwika Dorna musiała strzyc żona, bo nie było go stać na fryzjera.

Nie było więc wyboru – trzeba było sprzedać gazetę. W ten sposób „Express” trafił w ręce Szwajcarów.

Kaczyński i spółka do gry wrócili w 1994 roku, gdy jako Fundacja przejęli 20 tys. m kw. w warszawskich biurowcach i tyle samo gruntów. Siwek i Kaczyński trafili natomiast do władz spółek – jeden do Air Link i Celsy, a drugi – do spółki Srebrna. Wszystkie trzy zarządzały atrakcyjnymi nieruchomościami w centrum.

Wtedy też dochodzi do przekształceń. Fundacja przekształca się w dwie nowe. Kaczyński i Czabański rejestrują Fundację Nowe Państwo, a Siwek – Solidarną Wieś. Ta druga zresztą ma bardzo dobre kontakty z episkopatem. W dużej mierze za sprawą samego Siwka. Obie otrzymują od Fundacji Prasowej Solidarności cały majątek.

Choć Porozumienie Centrum było wtedy w opozycji, to za pośrednictwem fundacji zarabiało mnóstwo pieniędzy na czynszach czy obsadach rad nadzorczych. W spółce Srebrna miejsce znaleźli dla siebie m. in. Przemysław Gosiewski, Adam Lipiński, Wojciech Jasiński, Marek Suski czy Krzysztof Wyszkowski.

W 2001 roku powstaje Prawo i Sprawiedliwość i większość z nich niedługo później wchodzi do Sejmu. Właśnie z list PiS.

Zresztą spółka Srebrna to odrębna historia. Powiązana z nią była inna, mniejsza spółka – Srebrna Media. Tam, jak pisze „GW”, miał rządzić Krzysztof Czabański – dziś szef Rady Mediów Narodowych. Później za jej sterami zasiadała również żona i syn. Spółka dysponuje sporym majątkiem – głównie nieruchomościami.

Obie spółki poszły w „deweloperkę”. Poza mniejszymi projektami, jak zagospodarowanie skweru przy siedzibie PiS, Srebrna szykuje prawdziwą bombę. U zbiegu ulic Srebrnej i Towarowej spółka chce wybudować wieżowiec, o którym pisaliśmy niedawno na naszych łamach. „Kaczyński Tower” ma, według różnych doniesień, mierzyć od 140 do 190 metrów wysokości. Teraz poszukiwany jest partner, który pomoże niedoświadczonym deweloperom postawić drapacz chmur.

Kilka lat temu Srebrna toczyła również wojny o siedzibę PiS z izraelskim Metropolem, który przejął budynek przy Nowogrodzkiej. To efekt wolty Sławomira Siwka, który sprzedał nieruchomość w 2007 roku za ok. 34 mln zł. Czy Kaczyński na to zezwolił? To tajemnica, a wersje są sprzeczne – pisze „Gazeta Wyborcza”.

Właśnie ta transakcja była źródłem napięć i konfliktów. Okazało się bowiem, że Metropol chciał od PiS pieniędzy za korzystanie z podziemnego garażu pod siedzibą partii przy Nowogrodzkiej. Z tym nie zgadzała się spółka Srebrna, która uważała, że pieniądze należą się jej. Walkę ze strony tej spółki prowadziła przyjaciółka Jarosława Kaczyńskiego – Janina Goss.

Doszło nawet do tego, że Metropol i Srebrna blokowały wjazd i wyjazd do parkingu. Wojna podjazdowa skończyła się na wyraźne polecenie szefa PiS i pieniądze pobierają właściciele z Izraela. Ale to ich nie zadowala, bo najchętniej zburzyliby oni siedzibę partii i wybudowali tam biurowiec. Na to jednak nie ma zgody Srebrnej i dlatego Metropol szuka kupca na nieruchomość. Chętnych na razie nie ma.

Po katastrofie smoleńskiej Fundacja Nowe Państwo zmienia nazwę na instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Ma również propagować myśli społecznej byłego prezydenta. Instytut ma jednak również udziały w spółce Srebrna. Tej samej, która ma wybudować wieżowiec przy ul. Towarowej.

Pozostali udziałowcy? Jak twierdzi „Wyborcza”, w 2015 r. Kaczyński dopuścił do spółki również Barbarę Skrzypek. To nazwisko niewiele mówi, ale może powiedzieć więcej, gdy okaże się, że to „pani Basia” z popularnego „Ucha Prezesa”.

Post Navigation