Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Adam Bielan”

Duda zniknie, jak znikło jego konto

Twierdził również, że Komorowski ignoruje wnioski w sprawie referendum. W 2018 roku PiS odrzucił jego propozycję zorganizowania referendum konstytucyjnego.

Kandydat na prezydenta podkreślał również konieczność powrotu wraku Tu-154M do Polski, zwracał uwagę na stronniczość mediów publicznych.

Duda pisał, że „kto nie jest wrażliwy na krzywdę zwierząt, ten zazwyczaj nie jest również wrażliwy na krzywdę ludzi”. Jednocześnie sam podpisał ustawę „lex Ardanowski”.

Dużo ciekawiej ten temat ujmuje Jacek Walewski.

Przeszłość, której można się wstydzić

Przekonany o powyższym jest autor bloga “Piknik na skraju głupoty”. To on jako pierwszy zauważył zniknięcie konta i zarchiwizował wcześniejsze kampanijne konto prezydenta. Czego więc mógł się w tym kontekście obawiać prezydent? Na dawnym „twitterze” można było znaleźć różne jego wypowiedzi z debat, wystąpień publicznych i wywiadów telewizyjnych. I chyba tu jest przysłowiowy pies pogrzebany.

“Wnosi Pan ustawy niekonstytucyjne!” – atakował pięć lat temu Komorowskiego Duda. Ówczesnej głowie państwa dostało się za to, że nie sprzeciwia się swojej partii. Przyganiał kocioł garnkowi – mógłby dziś powiedzieć polityk PO.

Duda atakował konkurenta też z powodu kolejnych podwyżek podatków. “Pamiętajmy kto przez ostatnie pięć lat podpisywał ustawy rządowe, w tym 13 ustaw wprowadzających 21 podwyżek” – mówił.

“Kto nie jest wrażliwy na krzywdę zwierząt, ten zazwyczaj nie jest również wrażliwy na krzywdę ludzi” – pisał też nawiązując do polowań Komorowskiego.

Żeby było jeszcze śmieszniej, ówczesny kandydat na prezydenta PiS-u atakował Telewizję Publiczną. Za co? Ta w tym czasie ponoć niezbyt życzliwie traktowała opozycję. Ciekawe co Duda z 2015 r. powiedziałby o TVP Jacka Kurskiego?

Niespełnione obietnice

Każdy, kto korzysta w choćby umiarkowany sposób z Twittera, wie, jaką bronią jest tam opcja „podawania dalej” tweetów. Do tego można je okrasić wtedy swoim komentarzem. Stare konto obecnego prezydenta to zaś skarbnica jego niedotrzymanych obietnic. Może i tu należy szukać powodów usunięcia profilu.

Duda domagał się „naprawy (…) służby zdrowia”. Pisał, że: „nie może być tak, że ludzie miesiącami stoją w kolejce, czekając na pomoc, która im się należy”. Pochylał się nad tematem pielęgniarek: „Pielęgniarek jest coraz mniej, to niebezpieczne dla Polaków. Zawód ten powinien być w należyty sposób wynagradzany”, dodał przy tym: „Chciałbym uregulować ustawowo płacę dla pielęgniarek. Wypracować to w ramach Narodowej Rady Rozwoju”.

Do tego atakował Komorowskiego za ignorowanie głosu Polaków: „Wniosek o referendum w kwestii lasów państwowych leży u pana od roku. Dziś pan sobie przypomina o obywatelach”, potem zaś dodał: „Nasi widzowie i wyborcy ze zdziwieniem słuchają pańskich słów – pamiętają co się działo z wnioskami o referenda.”

Więcej tego typu perełek można znaleźć tutaj. Ich analiza wyjaśnia jedno: tak, sztab Dudy miał się czego obawiać.

Wykrył owo zniknięte konto bloger prowadący blog Piknik na skraju głupoty.

Tutaj zapis blogera, z którego czerpią wszystkie portale polityczne >>>

 

Kmicic z chesterfieldem

Wbrew pozorom mediów obiektywnych mamy, jak na lekarstwo. Mediów takich, do których sięgasz po informację, aby wiedzieć, co się dzieje i nie sprawdzać, co kryje się pod powierzchnią.

Sprawdzać, kto im płaci? Jak niedawno przekonaliśmy się z Wirtualną Polską, która miliony czerpała z resortu Ziobry.

Tak zwani symetryści stosują metodę „rżnięcia w krocze”, siadają na mniemanej barykadzie i relacjonują w stylu: PiS jest faktycznie złe, ale Platforma była nie lepsza.

Takie jaja, takie zbuki stosują dziennikarze z „Rzeczpospolitej”, szczególnie beztalencie Michał Szułdrzyński, a czasami naczelny Bogusław Chrabota.

PiS stoi aferami, codziennie ujawnia się kilka, a nie tylko jedna. To swoisty rekord świata godny Księgi Guinnessa. Przypomnijmy sobie PO: zegarek Nowaka warty 30 tys. zł, który kupił za swoje, ale nie ujął w zeznaniu majątkowym.

Symetryzm to choroba, która nazywa się dupizm. Daję PiS-owi dupy, który dyma, ale udaję, że nie jestem dymany.

Symetryzm świetnie ujmuje Przemysław Szubartowicz, który ustosunkowuje się…

View original post 460 słów więcej

 

Katolicka indoktrynacja w szkole

Rodzice uczniów szkoły podstawowej w Lisowie (woj. śląskie), powołując się na religię, domagali się usunięcia z listy lektur „Harrego Pottera”. Poloniści i dyrekcja, choć książki bronili, ulegli naciskom. W środowisku nauczycieli zawrzało. „To niebezpieczna ingerencja w proces dydaktyczny i ograniczenie autonomii nauczyciela”

„W związku z naszymi przekonaniami religijnymi wnosimy petycję (…) o całkowite zniesienie lektury „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” J.K. Rowling z zajęć języka polskiego w naszej szkole” — napisali w październiku 2019 r. rodzice uczniów szkoły podstawowej w Lisowie (woj. śląskie) do dyrektorki Katarzyny Adamik.

Posiłkując się m.in. opiniami egzorcystów, wskazywali, że kultowa książka dla dzieci i młodzieży opisuje praktyki okultystyczne i satanistyczne. Lektura ma według nich zamykać młodych czytelników w świecie „przemocy, grozy, przekleństw i uroków”.

„My, jako katoliccy rodzice, nie możemy pozwolić, by treści książki infekowały umysły i dusze naszych dzieci”

— pisali.

Potter znika z listy lektur „w trosce o dobro dzieci”

Niespełna tydzień później dyrekcja odpowiedziała na apel straszący szkolną lekturą. Na sześciu stronach dokładnie wytłumaczyła absurd żądań rodziców. Odwołując się do przekonań religijnych, wskazała, że Kościół Katolicki nigdy nie wydał oficjalnego stanowiska ws. serii książek o przygodach magów. Cytowała też pozytywne recenzje ludzi związanych z Kościołem m.in. ks. Janusza Królikowskiego z Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, który wprost mówił, że:

  • czytanie książek o Harrym Potterze nie jest niebezpieczne;
  • dzieci potrafią odróżnić fikcję od rzeczywistości;
  • a wiele przykładów postaw prezentowanych w książce ma niewątpliwy walor edukacyjny.

Poloniści wskazali też, że włączenie „Harrego Pottera” do listy lektur nastąpiło na życzenie samych dzieci, a omawianie lektur bliskich ich zainteresowaniom, pozwala walczyć z niechęcią do czytania i podnosi kompetencje uczniów. Podkreślili też

wychowawcze walory lektury m.in. wartość przyjaźni, miłości i lojalności oraz aspekt równościowy – niedzielenie uczniów ze względu na pochodzenie i status materialny.

Mimo to „w trosce o dobro dzieci” grono pedagogiczne i dyrekcja zdecydowały, że „Harry Potter” zniknie z listy lektur.

„Szanując prawo rodziców do wychowywania dzieci według własnego światopoglądu i przekonań religijnych, jesteśmy przerażeni tym, w jakie dyskusje zostały wciągnięte dzieci” — napisali.

„Wyrażamy ubolewanie, że rodzice nie doceniają nauczycielskiej troski o wszechstronny rozwój uczniów. Naszym zdaniem zostaną oni pozbawieni możliwości poznania książki znanej na całym świecie, a tym samym niejako wykluczeni z uczestniczenia w poznawaniu szeroko pojętej kultury” — dodali.

Lisów – niebezpieczny precedens

Rodzice uczniów z Lisowa podpierali się art. 48 Konstytucji, który mówi o prawie do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. W tej sytuacji granice ingerencji zostały jednak przekroczone. Rodzice domagali się korekty w programie dydaktycznym, a ten zgodnie z ustawą prawo oświatowe zależy od nauczyciela.

„Nauczyciel w Polsce w kwestii dydaktyki ma pełną autonomię, a jego podporą jest podstawa programowa. To ona wskazuje, co nauczyciel zrealizować musi, a resztę treści może swobodnie rozszerzać.

Rodzice posyłając dziecko do szkoły naturalnie zdają się na kwalifikacje i mądrość nauczyciela”

— tłumaczy OKO.press Anna Schmidt-Fic, nauczycielka z Poznania, członkini grupy „Protest z Wykrzyknikiem”.

Sztywne granice między dydaktyką a wychowaniem są gwarantem funkcjonowania szkoły. „Wyobraźmy sobie, że rodzic ma prawo zmienić każdy element programu dydaktycznego. Jednym przeszkadza Harry Potter, innym ewolucja, jeszcze inni woleliby, żeby z historii wymazać kilka skomplikowanych postaci.

W ten sposób dojdziemy do punktu, w którym uczniowie pod kołdrą z latarkami będą zdobywać wiedzę z ksiąg zakazanych, a nauczyciel będzie na smyczy przekonań i widzimisię rodziców”

— dodaje Schmidt-Fic.

Nauczycielu, odwagi!

Dyskusja o Lisowie rozgrzała nauczycielskie fora internetowe. Uważają oni, że szkoła nie powinna ugiąć się pod absurdalnymi żądaniami rodziców. Schmidt-Fic jest przekonana, że na decyzję dyrekcji i grona pedagogicznego w dużej mierze wpłynęła sytuacja polityczna.

„Co rusz odbieramy agresywne komunikaty ze strony Ministerstwa Edukacji i kuratoriów oświaty, które straszą kontrolami i zachęcają rodziców do cenzorowania nauczycieli” — tłumaczy nauczycielka i dodaje, że boi się, że podobne sytuacje będą antagonizować nauczycieli i rodziców, którzy powinni ze sobą współpracować.

„Rodzice coraz częściej kwestionują dobór podręczników i pojedyncze decyzje nauczycieli. Spotykamy się z tym na co dzień. Musimy jasno wytyczyć granice ingerencji, ale jednocześnie pokazać pola współpracy. To kwestie wychowawcze są tymi, w których powinien odbywać się realny dialog” — tłumaczy Schmidt-Fic.

A od nauczycieli domaga się odwagi. „Szkoła nie może sobie dziś pozwolić na postawy koniunkturalne. Musimy bronić tego, co po reformie nie zostało zepsute.

Jedną z tych wartości niewątpliwie jest nauczycielska autonomia, która pozwala kształcić młodzież z poszanowaniem przeszłości, ale przede wszystkim ku przyszłości. Nie dajmy sobie tego odebrać”.

Kmicic z chesterfieldem

Politycy PiS, a za nimi TVP, nie przestają mówić o socjalnych osiągnięciach rządu – to ma być wciąż jeden z filarów „dobrej zmiany”. Ale czy faktycznie jest się czym chwalić? 2019 rok przyniósł trzy zaniechania w polityce PiS, które uderzają w biednych

Pierwsze 3 lata rządów PiS w polityce społecznej przynajmniej pod jednym względem były przełomowe: żaden z poprzednich rządów nie umieścił “socjalu” w centrum swojej opowieści politycznej.

Tymczasem “rodzina 500 plus” zdominowała debatę w Polsce, dziwnie mieszając się przy tym z kwestią praworządności. Choć politycy głównych partii opozycji zaakceptowali program, a przynajmniej nauczyli się nie potępiać go w czambuł, to część ich wyborców niezmiennie jest zdania, że polska demokracja została “sprzedana za 500 plus”, a transakcji dokonali wyborcy PiS.

Władza przy pomocy TVP wykorzystuje te emocje, strasząc, że rządy opozycji oznaczają odebranie zdobyczy socjalnych ostatnich lat: wysokiego świadczenia na każde dziecko i niższego wieku emerytalnego. W tej opowieści rządy…

View original post 1 070 słów więcej

 

Duda ma przerwę świąteczną

Mija kolejny tydzień od skandalicznych wypowiedzi prezydenta Rosji na temat Polski. Do ataku włączają się również kolejni jego urzędnicy. Tymczasem Andrzej Duda do tej pory nie zabrał głosu w tej sprawie. – Prezydent z pewnością zabierze głos, ale po 6 stycznia. Mamy przerwę świąteczną – stwierdził europoseł PiS Adam Bielan.

Nie cichną komentarze po skandalicznych wypowiedziach Władimira Putina. Prezydent Rosji obarczył Polskę odpowiedzialnością za wybuch II wojny światowej i udział w rozbiorze Czechosłowacji. – Związek Radziecki niczego Polsce nie odebrał – powiedział Putin.

W ostatnich dniach do ataku na Polskę włączyli się również rosyjscy dyplomaci. W odpowiedzi na ataki Kremla, polskie MSZ i Instytut Pamięci Narodowej wydały specjalne oświadczenia. Mocne stanowisko wobec oburzających słów Putina wystosował także premier Mateusz Morawiecki. Nie brakuje też komentarzy ze strony polityków zarówno partii rządzącej, jak i opozycji.

Do tej pory do haniebnych wypowiedzi prezydenta Rosji i jego urzędników nie odniósł się jednak prezydent Andrzej Duda. O jego milczenie zapytano europosła PiS i polityka Porozumienia Adama Bielana.

– W tego rodzaju stosunkach dyplomatycznych nie musimy reagować z dnia na dzień – ocenił Bielan na antenie Polsat News. – Mamy w Europie okres świąteczno-noworoczny. Jestem przekonany, że zaraz po przerwie, która w Polsce kończy się po 6 stycznia, prezydent zabierze głos – stwierdził.

Jak zaznaczył, w sprawie słów Putina wypowiedzieli się już współpracownicy prezydenta.

O fałszerstwie Putina >>>

Kmicic z chesterfieldem

– Ekologizm to zjawisko bardzo niebezpieczne, bo to nie jest tylko pod postacią nastolatki, to coś co się narzuca, a ta aktywistka staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych – uważa abp Marek Jędraszewski.

O ekologizmie, który stoi w sprzeczności z nauką Kościoła Katolickiego mówił w rozmowie z Telewizją Republika abp Marek Jędraszewski.

– Skwituję to krótko: powrót do Engelsa i do jego twierdzeń, że małżeństwo to kolejny przejaw ucisku, a w imię równości trzeba zerwać z całą tradycją chrześcijańską, bez której my – Europejczycy nie zrozumiemy się, bo jesteśmy w niej wychowywani od tysiącleci. To się kwestionuje przez różne nowe ruchy, a także próbuje się narzucać jako obowiązującą doktrynę – powiedział duchowny.

Więcej >>>

Jako nauczyciel jestem przerażony. Wychodzę do uczniów z Herbertem, Miłoszem i Szymborską a oni do mnie z przekazem TVP. Ja o wartościach a uczniowie o urojonych zagrożeniach lub nieistniejących sukcesach.

Robert Kasiak – nauczyciel…

View original post 198 słów więcej

 

Unia nas wypchnie, bo na zdegenerowanych autokratów nie będą łożyć, PiS szykuje Polexit

Ursula von der Leyen tydzień temu przedstawiła oficjalną listę kandydatów na komisarzy z podziałem na stanowiska. Na liście znalazł się Janusz Wojciechowski, który ma objąć tekę komisarza do spraw rolnictwa. Krzysztof Szczerski będący pierwszym polskim kandydatem do objęcia którejś z tek zrezygnował, gdy otrzymał propozycję zajęcia się rolnictwem. Dziennikarzom wytłumaczył, że nie jest to dziedzina, w której czuje się najmocniej i woli, żeby ktoś z doświadczeniem w rolnictwie zajął się tymi tematami.

Janusz Wojciechowski jeszcze nie został wybrany, a już pojawiają się przed nim pierwsze wyzwania. Jak informuje Rzeczpospolita, Polska może stracić 13 mld euro z nowej perspektywy budżetowej. Priorytetem nowej przewodniczącej Komisji Europejskiej jest tzw. “zielony ład” czyli ekologia i na to trzeba znaleźć pieniądze – “Ambicje klimatyczne i ekologiczne muszą być uwzględnione w nowym budżecie” – powiedziała wczoraj Amelie de Montchalin, francuska minister do spraw europejskich.

Jak dowiaduje się Rzeczpospolita, w toku negocjacji pojawiła się propozycja, jak sfinansować ekologiczne pomysły – “Można zaoszdzędzić 100 mld euro na polityce rolnej i polityce spójności” – mówi gazecie wysoki rangą zachodni dyplomata. Z polityki rolnej zabrano by ok. 60 mld euro, z polityki spójności 40 mld euro – “To oznacza ubytek kolejnych 12,9 mld euro z koperty przeznaczonej dla Polski” – pisze dziennik. Gazeta zaznacza, że pierwotny projekt unijnego budżetu przedstawiony przez Komisję Europejską ponad roku już wtedy nie był dla nas korzystny, a teraz mogą nastąpić kolejne cięcia.

Już po złożeniu propozycji Krzysztofowi Szczerskiemu pojawiły się spekulacje, że teka komisarza do spraw rolnictwa może być niebezpieczna dla Prawa i Sprawiedliwości, bo już od jakiegoś czasu mówiło się, że budżet na rolnictwo może być okrojony. W Polsce trwa niekończący się festiwal obietnic składanych przez Zjednoczoną Prawicę rolnikom – od krowy plus po zrównanie dopłat unijnych do hektara. PiS obiecuje rolnikom pieniądze, których jeszcze nie ma, a z informacji Rzeczpospolitej wynika, że będzie ich jeszcze mniej. Samochód unijny, do jakiego ma zamiar wsiąść Janusz Wojciechowski, nie będzie pędził autostradą z bagażnikiem wypełnionym pieniędzmi. To będzie kręta i górzysta droga i do tego wyłożona kostką brukową.

Kmicic z chesterfieldem

Na konwencji Prawa i Sprawiedliwości, która odbyła się w niedzielę 15 sierpnia w Legnicy, Jarosław Kaczyński poruszył temat zniesienia immunitetów poselskich, sędziowskich i prokuratorskich. Zauważył jednak, że zniesienie immunitetów złamałoby Konstytucję RP. A że Prawo i Sprawiedliwość nie chce tego robić, to zamierza ją po wygranych wyborach zmienić.

Do słów Kaczyńskiego odniósł się europoseł Prawa i Sprawiedliwości Adam Bielan, w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu ZET. Potwierdził oczywiście, że PiS chce zmienić konstytucję, jednak zauważył, że do zmiany tego dokumentu potrzeba głosów 307 posłów, co może nie być proste do osiągnięcia dla Prawa i Sprawiedliwości.

„Musielibyśmy mieć albo samodzielnie 307 głosów, co będzie bardzo trudne do wykonania, albo znaleźć sojuszników do zmiany konstytucji. Będziemy namawiać partie, które znajdą się w przyszłym parlamencie, żeby to zmienić” – powiedział.

No cóż, Jarosław Kaczyński ma również tę świadomość, ale kto mu zabroni pomarzyć: -„Przyjdzie taki dzień, że zmienimy konstytucję na potrzebną, która będzie gwarantowała prawdziwą…

View original post 2 394 słowa więcej

 

Relacje Kościół – państwo ustanowić na nowo

Depresja plemnika

Za czasów poprzedniego prezesa NBP Marka Belki dyrektor ds. komunikacji mógł liczyć na 23 tys. zł brutto. Na tę pensję składała się podstawa w wysokości 18 tys. zł brutto oraz kwartalne premie – ok. 10 tys. zł.

Do tego dyrektor mógł dostać maksymalnie dwie roczne premie specjalne z tzw. puli prezesa po ok. 10 tys. zł brutto – ustalił Polsat News.

Przypomnijmy, że obecna szefowa ds. komunikacji Martyna Wojciechowska – wg doniesień medialnych – otrzymuje w NBP za prezesury Adama Glapińskiego ok. 65 tys. zł miesięcznie. Do tego trzeba doliczyć 11-12 tys. zł z tytułu zasiadania w radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, do którego została delegowana właśnie przez Glapińskiego.

Ustalenia Polsat News stoją w sprzeczności z wypowiedziami polityków PiS, poczynając od Andrzeja Dudy.  – „Siatka płac w Narodowym Banku Polskim to nie jest decyzja pana prezesa Adama Glapińskiego, to są decyzje, które były podjęte w czasach, kiedy swoją kadencję jako…

View original post 1 331 słów więcej

 

Dlaczego PiS osłabia Polskę? Państwo jest w ruinie

>>>

Wymuszona dymisja Marka Chrzanowskiego, nagłe poprawki PiS do ustawy o KNF oraz kryminalne okoliczności afery każą podejrzewać, że powstał patologiczny układ urzędniczo-partyjno-biznesowy na szczytach państwa. Demokracja pozbawiona kontroli mediów, sądów, opozycji wyradza się w autorytarne państwo mafijne – jak na Węgrzech Viktora Orbána.

Z ujawnionego przez „Wyborczą” nagrania wynika, że szef KNF wykorzystał swoją funkcję, by szantażować właściciela Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego. Proponował mu „ochronę” w zamian za zatrudnienie w banku swojego człowieka za grube miliony. To czysty rekiet, tyle że w białym kołnierzyku i pod krawatem, a nie w dresie i z kijem bejsbolowym. Zamiast petenta obijać, można nasłać na niego kontrolę, wpisać go na czarną listę lub tak zmienić prawo, by decyzją administracyjną KNF mniejszy bank mógł przejąć większy. Kto się nie podporządkuje, straci biznes.

 

Taki wniosek nasuwa się po lekturze odpowiedzi opublikowanej przez ministerstwo w reakcji na interpelację Tomasza Siemoniaka, byłego ministra obrony narodowej, który jako poseł i członek komisji obrony pytał resort: co z tą modernizacją? Pytał dawno – w czerwcu – i szczegółowo, bo na liście jest 15 zagadnień. Odpowiedziano tylko na niektóre. A część tych odpowiedzi jest na tyle zadziwiająca, że zasługuje na opisanie. Zwłaszcza ta o śmigłowcach.

Czy PiS kasuje śmigłowce?

Trailer ze śmigłowcami w roli głównej

Serial trwa od samego początku rządów PiS, a tak naprawdę zaczął się w końcówce poprzedniej kadencji. Sam Siemoniak ma niemały udział w tym, jak wyglądał – trzymając się filmowych metafor – trailer. W kwietniu 2015 r. – w szczycie ostatecznie przegranej kampanii – prezydent Bronisław Komorowski ogłosił w porozumieniu z rządem dwie kluczowe decyzje zbrojeniowe: że w sprawie obrony powietrznej mamy zacząć rozmowy z rządem USA w celu zakupu systemu Patriot, i że w sprawie śmigłowców budowanych na wspólnej platformie najlepsza okazała się oferta francuskiej firmy Airbus. Caracal przeszedł z powodzeniem wojskowe testy, a dostawca zaczął rozmowy finalizujące umowę główną i tzw. offset.

Po drodze były podwójne wybory, w których zarówno ówczesny kandydat na prezydenta Andrzej Duda, jak i politycy PiS ostro zwalczali wybór śmigłowców. Trzeba przypomnieć, że i na patrioty część kręciła nosem, dopóki tematu nie przejął Antoni Macierewicz i nie przekuł sprawy we własny, niepodważalny sukces. Krytyka caracali była o wiele silniejsza, na tyle silna, że w niespełna rok po przejęciu władzy rozmowy z Airbusem przerwano, formalnie z powodu nieosiągnięcia porozumienia offsetowego. Wynegocjowana wartość kontraktu – 13,4 mld zł – kłuła w oczy nowych decydentów i była prezentowana jako marnowanie publicznego grosza na „najdroższe śmigłowce świata”. Bo „za sztukę” wychodziło około 267 mln zł. Warto będzie o tym pamiętać za chwilę.

Miało być dobre, bo „polskie”

Od października 2016 r., po przerwaniu rozmów z Francuzami, posypała się pamiętna seria deklaracji, zapowiedzi, obietnic – często składanych w czasie gospodarskich wizyt ministra i szefowej rządu w zakładach śmigłowcowych i lotniczych – niegdyś polskich, ale obecnie znajdujących się w rękach bezpośrednich konkurentów Airbusa z anulowanego przetargu. Tak więc miały być dwa, osiem, 21 black hawków z „polskiej” fabryki w Mielcu. Równocześnie remonty i budowa nowego śmigłowca miały wspierać „polską” wytwórnię w Świdniku. Żeby było jasne, oba zakłady oczywiście były i są polskie bez cudzysłowu, tyle że wchodzą w skład międzynarodowych konglomeratów lotniczo-zbrojeniowych i o ich losie decydują globalni gracze. Słowo „polskie” było jednak z emfazą podkreślane przez polityków w tej kampanii – dlatego tu też musi paść. Zresztą pomysłów było co niemiara – z budową śmigłowca polsko-ukraińskiego i czysto polskiego włącznie.

Na szybko trzeba było to ubrać w jakąś procedurę. Wymyślono pilną potrzebę operacyjną, ścieżkę tylko trochę na skróty wobec normalnej procedury. By stało się zadość słowom ministra Macierewicza, priorytetowe stały się śmigłowce bojowego poszukiwania i ratownictwa dla wojsk specjalnych (CSAR/SOF). W domyśle takie, które byłby w stanie dostarczyć Mielec – fabryka lotnicza Lockheed Martin, amerykańskiego potentata zbrojeniowego, który nie tak dawno przejął wyspecjalizowaną firmę śmigłowcową Sikorsky. W drugiej kolejności, też uzasadnianej pilną potrzebą, zamierzano kupić śmigłowce zwalczania okrętów podwodnych z funkcją morskiego poszukiwania i ratownictwa (CSAR/ZOP). Każdego typu miało być po osiem sztuk, choć w przypadku z założenia droższych maszyn morskich myślano o opcji cztery plus cztery.

Fiasko zbrojeniowych obietnic MON

Śmigłowce spadły z listy

Rozwiązanie to od początku wywoływało krytykę. Głównie dlatego, że wbrew narracji rządu zakup małych partii wysoko wyspecjalizowanego sprzętu zawsze okazuje się droższy niż partii dużych – a rozbicie zamówień przy utrzymaniu dużych wymagań offsetowych dodatkowo zwiększa koszty. Jednak minister Macierewicz parł ku swemu, po drodze strącając m.in. szefa Inspektoratu Uzbrojenia gen. bryg. Adama Dudę. Procedury udało się uruchomić po jego odejściu, w lutym. Wbrew formalnej pilności przygotowywanie dokumentów trwało cały 2017 r. Potem nastąpiło tąpnięcie polityczne – odejście z rządu Antoniego Macierewicza i kolejna rewizja planów. Minister Błaszczak co prawda powtarzał, że z niczego nie rezygnuje, ale w maju jego zastępca z sejmowej mównicy przyznał, że śmigłowce dla wojsk specjalnych nie tylko utraciły priorytet, ale spadły z listy zamówień. Za to nowym pilnym zakupem stały się śmigłowce ZOP – choć tylko cztery. Planowano je kupić do 2022 r., i to miał być jedyny zakup nowych wiropłatów dla wojska w perspektywie pięciu lat.

W postępowaniu bierze udział tylko dwóch dostawców – Sikorsky z Mielca nie zgłosił zainteresowania, więc o cztery maszyny biją się Airbus z Caracalem i PZL-Świdnik z AW101. Na ostateczne oferty MON wciąż czeka. Pierwotny termin pod koniec października został przesunięty na wniosek – to wiadomo nieoficjalnie – zakładu Leonardo spod Lublina. Oferta ma zawierać i cenę, i propozycje offsetowe dostawcy, czyli podstawę do zawarcia kontraktu. Dzisiaj okazuje się, że chodzi nie o zakup i dostarczenie maszyn, czego wszyscy oczekiwali, a jedynie o podpisanie umowy.

„Na chwilę obecną Inspektorat Uzbrojenia prowadzi postępowanie dotyczące pozyskania nowych śmigłowców, w ramach którego przewiduje się podpisanie umowy do 2022 r. Jest to postępowanie dotyczące śmigłowców zwalczania okrętów podwodnych (ZOP) wyposażonych dodatkowo w sprzęt medyczny pozwalający na prowadzenie akcji poszukiwawczo-ratowniczych CSAR – bojowego poszukiwania i ratownictwa” – odpisał posłowi Siemoniakowi wiceminister obrony Wojciech Skurkiewicz, ten sam, który w maju mówił tak: „Obecnie najpilniejszym zadaniem jest pozyskanie nowych śmigłowców ZOP w wersji podkładowej celem zastąpienia nimi planowanych do wycofania już w najbliższych latach śmigłowców SH-2G”.

Owe SH-2G to maszyny Kaman bazujące na fregatach Kościuszko i Pułaski. Skurkiewicz zapewniał, że w trwającym od zeszłego roku postępowaniu chodzi właśnie o śmigłowce pokładowe, podczas gdy uczestnicy mieli wrażenie – znając dokumenty – że MON chce kupić maszyny lądowego bazowania. Wiceminister mówił jednak: „Jeżeli chodzi o śmigłowce pokładowe SH-2G w wersji ZOP, w związku z zakończeniem wsparcia technicznego przez producenta planowane jest zastąpienie tych śmigłowców przez cztery nowe, pozyskane w ramach obecnie trwającej procedury mającej na celu pozyskanie właśnie tych śmigłowców z funkcją SAR”. Kwestia tego, czy wszyscy wiedzą, o co chodzi, staje się kluczowa.

Zakup nie taki pilny?

Bo jeśli minister Skurkiewicz tym razem się nie pomylił i rzeczywiście „przewiduje się podpisanie umowy do 2022 r.”, to trzeba zapytać, co się stało z pilnością zakupu nowych śmigłowców CSAR/ZOP – niezależnie od tego, gdzie mają bazować. Czy właśnie nie mamy do czynienia z kolejną rewolucją w zakupowych planach, a ściślej – z kompletnym fiaskiem programu śmigłowcowego PiS? Taka ocena nasuwa się nie po raz pierwszy, bo już przy okrojeniu programu do czterech maszyn trudno było o inną. Teraz, gdy rząd najwyraźniej nie pali się do zakupu nawet czterech śmigłowców, można mówić o katastrofie. I to gdy cały czas brzmią w uszach słowa minister finansów Teresy Czerwińskiej: „Jeśli chodzi o plan modernizacji technicznej w latach 2018–22, to mamy zabezpieczone łącznie 7,2 mld zł na program śmigłowcowy” (Sejm, styczeń 2018 r.). Jeśli wtedy jeszcze tliła się nadzieja, w maju bardzo przygasła, teraz został po niej tylko dym.

Nadal czekamy na pełne wyjaśnienie, jak to się stało i dlaczego do tego doszło. Cofnijmy się o kilka akapitów: cena i offset mogły odegrać kluczową rolę w decyzji o odłożeniu zamówienia, które z miesiąca na miesiąc stawało się coraz bardziej niewygodne. Dlaczego? Przy 50 śmigłowcach różnych typów, w tym tych najbardziej wyspecjalizowanych ZOP i CSAR, udało się średnią cenę za sztukę zbić do „zaledwie” 267 mln zł. Więc ile musi kosztować śmigłowiec wysoce wyspecjalizowany, z dwiema funkcjami zapakowanymi na jednym pokładzie, dostarczany w liczbie czterech sztuk? Przy zachowaniu bardzo wysokich, praktycznie niezmienionych w porównaniu z poprzednim przetargiem wymagań offsetowych? Ano nie wiadomo ile, ale wiadomo, że wielokrotnie więcej – gdy chodzi o niby tego samego caracala. To samo musi się odnosić do śmigłowca opartego na większej i droższej, choćby dlatego, że trzysilnikowej, platformie AW101.

Gdy zostaną złożone oferty z ceną, okazać się może, że „najdroższy śmigłowiec świata” – jakim w narracji PiS był caracal z przetargu na 50 sztuk – to okazja i taniocha w porównaniu do nowych ofert. Czy rząd potrzebuje kolejnej historii, w której „nie dał rady”? Absolutnie nie, dlatego lepiej sprawę odłożyć na później, na kolejną kadencję.

Śmigłowiec dla policji wyszukany w internecie

Afera KNF to nie najprawdopodobniej, ale na pewno największy przekręt po 1989 roku. Sięga samych szczytów.

Depresja plemnika

Wygląda na to, że w kręgach najwyższych funkcjonariuszy państwa, pod okiem niewidzącego prezesa, powstała grupa przestępcza mająca bardzo śmiały i intratny plan. Korzystając z nacjonalistycznej i etatystycznej ideologii partii rządzącej, w myśl której wszystko, co się da, powinno być polskie i państwowe, a wszystko, co obce bądź prywatne, zagraża naszej suwerenności, przekonano Jarosława Kaczyńskiegokonieczności nacjonalizacji, czyli wykupywania zagranicznych banków przez banki polskie. W tym celu usiłowano (a nawet wciąż się usiłuje) doprowadzić do przyjęcia przez Sejm – w formie poprawki do ustawy o finansowaniu Komisji Nadzoru Finansowego – przepisu umożliwiającego przejmowanie w trybie administracyjnym banków mających trudności finansowe przez inne banki. Przyjęcie tej poprawki, forsowanej przez dotychczasowego przewodniczącego KNF Marka Chrzanowskiego, stwarzałoby możliwość szantażowania właścicieli polskich i zagranicznych banków, to znaczy wyłudzania od nich pieniędzy w zamian za powstrzymanie się od przejęcia, czyli de factozaboru ich banków przez państwo.

Śledztwo pod nadzorem Zbigniewa Ziobry

Genialny pomysł został wypróbowany na szefie Getin Noble Banku Leszku Czarneckim, od którego Marek…

View original post 2 640 słów więcej

Morawiecki: ludzie są tak głupi, że kupią każdy kit

Chuck Norris – bohater filmów akcji i memów. Człowiek, który dwa razy doliczył do nieskończoności. Wreszcie człowiek, który stał się jednym z bohaterów nagrań w restauracji „Sowa i Przyjaciele”, mimo że prawdopodobnie nigdy tam nie był. Jak do tego doszło?

Kryzys wokół taśm Morawieckiego zdaje się nie mieć końca. Tak jak za rządów PO-PSL, tak i dziś posiadacze nagrań nie odsłaniają ich wszystkich naraz, ale stopniowo, torpedując tym samym wszelkie sposoby gaszenia politycznego pożaru ze strony PiS. Nowe nagranie z premierem w roli głównej, opublikowane właśnie przez portal Onet.pl, może z łatwością rozwścieczyć wyborców partii rządzącej, ponieważ polityk wypowiada w nich słowa o Polakach, w które aż ciężko uwierzyć.

Mateusz Morawiecki został bowiem przyłapany jak komentuje głośną kampanię reklamową banku BZ WBK ze znanym amerykańskim aktorem Chuckiem Norrisem w roli głównej. Kultowy bohater żartów i memów miał przyciągnąć klientów do banku, co było przedmiotem nagranego spotkania Morawieckiego z jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską.

Bogusława Matuszewska: Chuck Norris działa?
Mateusz Morawiecki: Działa rewelacyjnie.
Bogusława Matuszewska: Jak ten (…) “Panie Chucku”. Najlepsze to jest “Panie Chucku” jak dla mnie. 
Mateusz Morawiecki: Ale ludzie są tacy głupi, że to działa! Niesamowite!

Powyższe słowa są wstrząsające dla wizerunku premiera. Morawiecki bowiem miesiącami budował narrację o PiS jako partii społecznej, a siebie prezentował jako wojownika stawiającego czoła układowi i mafiom vatowskim, aby miliardy wykradane przez złodziei trafiły do zwykłych ludzi. Tymczasem polski Robin Hood okazał się aroganckim kłamcą, który gardzi zwykłymi obywatelami.

Takich mocnych słów uderzających w społeczeństwo nie było w taśmach ujawnionych za rządów PO-PSL. Partia antyelitarna okazała się reprezentować wszystko to, o co oskarża poprzedników. Można postawić mocną tezę, że za poprzedniego rządu Mateusz Morawiecki po takich słowach straciłby stanowisko, ponieważ za mniej pogardliwe wypowiedzi poleciały wówczas polityczne głowy. Jak na ironię słowa premiera powinny rozjuszyć zwłaszcza elektorat prawicy, ponieważ Chuck Norris jest zadeklarowanym konserwatystą.

Taśmy Morawieckiego mogą okazać się ciosem, który poważnie osłabi PiS w wyborach samorządowych. Tym bardziej zaskakuje, że środowisko partii rządzącej wypuściło omawiane nagranie właśnie teraz. Nie jest bowiem tajemnicą, która strona sceny politycznej jest dysponentem nagrań. Widać dzięki temu, że przekazanie władzy w PiS jest bliskie, stąd przeciwnicy premiera byli na tyle zdesperowani, że uznali, iż obwinienie premiera za nieprzejęcie władzy w Sejmikach będzie najpotężniejsza bronią, która pozwali wymusić powyborczą czystkę na samych szczytach władzy.

Pokazuje to stan mentalny środowiska partii rządzącej, której tak desperacko zależy na władzy. Politycy w takim momencie grający taśmami  przeciw własnej formacji udowadniają, że nie są w niczym lepsi od Morawieckiego śmiejącego się z rzekomej głupoty Polaków.

Pozostaje wierzyć, że społeczeństwo w końcu otworzy oczy dzięki toczącej się aferze i zrozumie jak bardzo dało się zmanipulować dobrej zmianie.

W zeszły wtorek Onet ujawnił taśmę

>>>

Postać Chucka Norrisa stała się w 2012 roku inspiracją dla reklamy banku BZ WBK, którego ówczesnym prezesem był Mateusz Morawiecki. Jak się okazało, postać popularnego bohatera filmów akcji była wyjątkowo przekonująca, bo bank Morawieckiego zyskał dzięki niemu rzeszę klientów. – Ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite! – komentował wtedy chwyt reklamowy Morawiecki.

W zeszły wtorek Onet ujawnił taśmę, na której nagrany został Mateusz Morawiecki. Znajduje się ona w aktach śledztwa taśmowego, do których uzyskaliśmy legalny dostęp. To spotkanie w szerszym gronie — obok Morawieckiego w rozmowie w „Sowie i Przyjaciołach” brali także udział prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło, prezes PGE Krzysztof Kilian oraz jego zastępczyni Bogusława Matuszewska. Spotkanie odbyło się wiosną 2013 r.

Holtei

Dzisiaj powinna być miesięcznica na Krakowskim Przedmieściu, ale Kaczyński w drodze do prawdy padł. Taki job twaju mat’ z niego Mojżesz.

Sellin o ustawie dekoncentracyjnej: Mamy koncepcję, którą w każdej chwili możemy zamienić w ustawę i położyć na stole. To wymaga decyzji politycznej, która może nastąpić w każdym momencie

Ustawa ewentualnie zmierzająca do tego, żeby naprawić sytuację, która jest zepsuta w polskiej przestrzeni medialnej, czyli sytuacja, w której pozwoliliśmy w ostatnich latach, żeby bardzo duży segment mediów był w rękach kapitału zagranicznego, jest w ministerstwie opracowywana. Mamy kilka wariantów, koncepcji, wzorowanych na prawodawstwie różnych krajów Europy Zachodniej” – mówił w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet wiceminister kultury Jarosław Sellin.

Mamy koncepcję, którą w każdej chwili możemy zamienić w ustawę i położyć na stole. Tylko to wymaga decyzji politycznej, czy już ten temat poruszamy, czy go wnosimy do debaty publicznej. Ta decyzja należy do kierownictwa mojego…

View original post 1 568 słów więcej

Mateusz Morawiecki – polski wkład jako wzorzec z Sèvres

To niewiarygodne, ale PiS znowu swoją ewidentną porażkę usiłuje przekuć w sukces. Tym razem chodzi o wyrok Sądu Apelacyjnego, który nakazał Mateuszowi Morawieckiemu przeprosić za wygłoszone przez kłamstwo na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Mówił wtedy, że za rządów PO-PSL nie budowano dróg i mostów.

Otóż szef sztabu wyborczego PiS europoseł Tomasz Poręba napisał na Twitterze, że… Sąd Apelacyjny przyznał rację premierowi Morawieckiemu! – „1. Sąd nie nakazał przeprosin. 2. Wniosek został oddalony w części dotyczącej wnioskowanego oświadczenia, jak i zakazu rozpowszechniania informacji o braku budowy przez rząd koalicji PO-PSL dróg oraz mostów. 3. Sąd Apelacyjny przyznał rację PMM w zakresie wypowiedzi „nie było dróg i mostów”. 4. PMM ma wydać jedynie oświadczenie które zostanie opublikowane” – napisał Poręba.

W internecie zawrzało. – Panie Poręba, zmiłuj się, nie zaklinaj już tej rzeczywistości. Morawiecki powiedział nieprawdę, czyli skłamał”; – „Brzydko, panie Poręba, tak manipulować. A i z czytaniem ze zrozumieniem kłopoty”; – „Czyli logika PiS i alternatywna interpretacja rzeczywistości w pełnej krasie. Kto się spodziewał czegoś innego niż kolejne brednie i urojenia, w które będą brnąć?”; – „Panie Poręba, może pan przestać się kompromitować? Mateusz Morawiecki powiedział nieprawdę, musi sprostować, a mówienie nieprawdy, jest kłamstwem, czy ma Pan problem że zrozumieniem tego?” – pisali internauci.

Część przytaczała Porębie treść oświadczenia, do wygłoszenia którego sąd zobowiązał premiera. – „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 r. podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej”.

Innego „wytłumaczenia” spróbował wicemarszałek Senatu Adam Bielan.

W Polsat News stwierdził, że wypowiedź premiera „być może nie była precyzyjna”. – „Taki jest charakter wiecu wyborczego, szczególnie, jak polityk nie czyta z kartki, jak wielu liderów – również Platformy – nie duka, tylko mówi w sposób spontaniczny, mówi z głowy. Pan premier Morawiecki jest świetnym mówcą, natomiast być może, PO złapała go za jakieś słowo” – powiedział Bielan. Nie uściślił, za które…

Wyprowadzane z dolnośląskiego PCK pieniądze przekazywane były politykom PiS nie tylko z okazji kampanii wyborczych, dla części z nich stanowiły stały dodatkowy dochód. Tak „zarabiać” miał m.in. obecny poseł Piotr Babiarz. Prokurator badająca ten przekręt kilka tygodni temu zrezygnowała z prowadzenia śledztwa i poprosiła o dobrowolną degradację.

Dolnośląskim oddziałem Polskiego Czerwonego Krzyża przez lata kierowali politycy PiS. Prezesem był były radny sejmiku wojewódzkiego Rafał Holanowski, jego zastępcą poseł Piotr Babiarz, a dyrektorem – radny obecnej kadencji sejmiku Jerzy G. Ten ostatni podejrzewany jest dziś przez prokuraturę o wyprowadzenie z kasy PCK – wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami – 1,2 mln zł.

Przez rok, który minął niedawno od wszczęcia śledztwa w tej sprawie, badaliśmy mechanizm wyprowadzania pieniędzy oraz to, kto z nich korzystał i komu służyły. Rozmawialiśmy z podejrzanymi, ze świadkami, z byłymi i obecnymi pracownikami PCK, a także śledczymi.

Z naszych ustaleń wyłania się obraz dobrze funkcjonującego układu, z którego garściami przez kilka lat czerpali dochody ludzie związani z PiS. Mechanizm był prosty: w latach 2014-17 zwerbowani przez Jerzego G. pracownicy PCK kradli odzież z należących do niego kontenerów, do których zbierana była ona na potrzeby najbiedniejszych. Potem za pośrednictwem firmy zarejestrowanej na „słupa” sprzedawali ją w zaprzyjaźnionych lumpeksach i hurtowniach.

Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że premier Mateusz Morawiecki ma sprostować wypowiedź z wyborczego wiecu w Świebodzinie, gdzie stwierdził o rządach koalicji PO-PSL: „Nasi poprzednicy mówili, że budujemy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów”. A także: „W ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat”.

„Ocenna” wypowiedź premiera

Najpierw był spór o to, czy tę wypowiedź można sądzić w 24-godzinnym trybie wyborczym, skoro premier nie jest oficjalnie uczestnikiem kampanii. Sąd Okręgowy uznał, że nie można, Sąd Apelacyjny był odmiennego zdania i sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Tym razem pierwsza instancja uznała, że była to „wypowiedź ocenna”, a takie nie podlegają kategoriom prawda–fałsz, zatem nie podlegają też wyborczemu trybowi. Dziś sąd drugiej instancji uznał, że jednak było to stwierdzenie co do faktów – i że było fałszywe.

Jak PiS rozprawia się z niepokornymi sędziami

Wyrok oznaką lizusostwa?

Wczoraj, komentując wyrok pierwszej instancji (że premier nie musi prostować tej wypowiedzi), napisałam, że dzięki temu, że PiS zastrasza i awansuje sędziów, promując posłusznych i karząc niezawisłych, każdy wyrok jest dzisiaj komentowany nie z punktu widzenia prawa czy słuszności, ale jako efekt politycznego lizusostwa sędziów, ewentualnie strachu z jednej, a niechęci sędziów do PiS z drugiej strony. A to rujnuje zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. I o to właśnie chodziło PiS-owi.

Jak się zachowa Mateusz Morawiecki

Mamy kolejny wyrok, tym razem niekorzystny dla PiS. I najbardziej mnie ciekawi, czy premier go wykona. Bo przecież w III RP PiS, już od niemal trzech lat, przypisuje sobie prawo do oceny, który wyrok należy wykonać, bo jest słuszny i prawidłowy, a którego nie. Ostatnio – z wyprzedzeniem – ostrzegł o tym Trybunał Sprawiedliwości UE, w razie gdyby Trybunałowi przyszło do głowy orzec nie po myśli polskich władz w sprawach dotyczących „reformy” Sądu Najwyższego.

No więc ciekawe, czy tym razem premier uzna wyrok. Czy też stwierdzi, że nie jest to wyrok w rozumieniu prawa – jak orzekła premier Beata Szydło o wyrokach Trybunału Konstytucyjnego przed „dobrą zmianą”. Albo, jak sam stwierdził o przyszłym rozstrzygnięciu TSUE – że nie będzie się mieściło w granicach prawa. A może odwoła się do „suwerena” i – jak w przypadku rzekomego poparcia dla swoich „reform” wymiaru sprawiedliwości – pokaże w „Wiadomościach” TVP wyniki sondażu opinii publicznej: „Czy premier ma sprostować wypowiedź: tak / nie / nie mam zdania”?

Zaciera się w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości, do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym” – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pytamy o kłamstwo w polityce i w życiu, o iluzje i manipulacje elektoratem. – Proszę zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni, którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji.

JUSTYNA KOĆ: Wicemarszałek Senatu Adam Bielan mówi: spowodowaliśmy, że Polska nigdy nie była tak silna na arenie międzynarodowej. Premier przekonuje, że nie było dróg za poprzednich rządów i że sam negocjował wejście Polski do UE, minister edukacji twierdzi, że reforma była bezkosztowa i żaden nauczyciel nie stracił pracy, chociaż samorządy musiały dopłacić miliony zł. Czy kłamstwo opanowało politykę?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: To rozlewisko kłamstwa rzeczywiście jest przerażające i przynosi na myśl najgorsze wzory dziejowe. Chociaż to, co teraz obserwujemy, jest niebywałe, ponieważ środki, przy pomocy których można rozsiewać kłamstwo, uległy spotęgowaniu. Kiedyś instrumentarium kłamstwa nie miało tylu możliwości przenikania do różnych miejsc, do tylu środowisk, chociażby dlatego, że propaganda radiowa nie dotykała wszystkich w czasach nazizmu czy sowietyzmu, bo nie każdy np. miał radio.

Dziś natomiast – czy chcemy tego, czy nie – żyjemy w takiej wirtualnej powięzi, gdzie kłamstwo dopada nas w najgłębszym naszym przytulisku. Wystarczy, że otworzymy w domu komputer – i już możemy się znaleźć w przestrzeni kłamstwa.

Podsumowując ten wątek: łatwość dostępu do narzędzi rozsiewania kłamstwa jest tu bardzo ważna, ale zaraz za nią kroczy druga przyczyna.

Ponieważ znaczna część z nas żyje w tej wirtualnej powięzi, to zostaje zatarta granica między tym, co rzeczywiste, a co nie. Sama przy tym technika przekazu informacji nie jest neutralna i wiele osób staje się z tego powodu zagubiona. Po trzecie, drastycznie nam osłabł system edukacji; polska szkoła jest szkołą, która najmniej w skali świata – jak mówią najnowsze badania – uczy literatury, pisania i czytania.

Zatem ludzie – trochę na własne życzenie, bo łatwiej jest być leniwym umysłowo niż pracować intelektualnie – stali się bezbronni wobec kłamstwa. Sztuka czytania literatury i pisania jest przecież sztuką myślenia, poszerzania własnych horyzontów, wyrażania własnych myśli i rozeznania w świecie itd.

Przychodzi mi na myśl przykład faraonów, którzy za pomocą wiedzy o zaćmieniu słońca manipulowali ludem.
To jest właśnie ten mechanizm, który obnaża w powieści „Faraon” Bolesław Prus. To oczywiście przykład literacki, choć ważny i symboliczny, bo doskonale i dramatycznie pokazuje niszczące uderzenie tego, co irracjonalne, nierozumne i mroczne, w to co racjonalne i pożyteczne – także dla ludu, który jednak idzie za tym, co dla niego zgubne, nieszczęsne. To gorzki obraz z książki Prusa, ale znamy przecież podobne przypadki z historii. Jest ich bardzo wiele. I dziś zresztą obserwujemy ten sam mechanizm, nie tylko w Polsce.

Ludzie bowiem niekoniecznie idą za tym zawsze, co dla nich dobre. I ulegając kłamstwu, często działają na własną zgubę, gdyż zostają zmanipulowani. Zresztą to kluczowe słowo; „zmanipulowani” oznacza, że stają się niewolnikami cudzych iluzji.

Panie profesorze, ale jednak człowiek jest istotą rozumną, a pamięć ludzka sięga dalej niż trzy lata wstecz. Chyba ludzie pamiętają, jak jeździło się wtedy po Polsce. A dziś premier mówi, że dróg nie było. Jak to możliwe?
Bo tu mamy jeszcze jeden mechanizm – dość szczególne przełamanie dysonansu poznawczego w tak szerokiej społecznej skali. Ten sam mechanizm wykorzystują zresztą sekty; zrobiłem coś dobrego dla kogoś albo uległem komuś tylko raz i w jednej sprawie – ot, zagłosowałem na rządzącą formację, bo dała mi 500 zł. Teraz więc, żeby zachować twarz i pozory rozumności i bezinteresowności tego własnego czynu, muszę zamknąć oczy np. na daty, fakty, historię, nawet na elementarną prawdę, choćby była ona niepodważalna, jaskrawa i krzyczałaby wniebogłosy. Jeżeli jeszcze do tego wykazałem się jakąś gorliwością w popieraniu owej władzy, to nie mogę nagle powiedzieć, że ona jest kłamliwa i zła. To wszystko dzieje się nie dlatego, że kocham tę władzę, tylko dlatego, że ja sam w pewnym momencie dałem się kupić, raz zwieść, ale nie mogę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I

tylko najtęższe umysły potrafią zrelatywizować swoje poglądy, wysupłać się jakoś z tego wewnętrznego zapętlenia.

W przypadku PiS-u mamy tylko kilka przykładów. Najgłośniejsze to profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy popierali oficjalnie PiS, potem zmienili zdanie.
Bo to niezwykle trudne. Możemy to pokazać przez przykład pewnego eksperymentu dotyczącego przełamywania dysonansu poznawczego. Oto pewien niepalący mężczyzna został wprowadzony w stan hipnozy. I poproszono go, aby w piękny, pogodny dzień włożył płaszcz i wziął parasol, wreszcie udał się do odległego kiosku, chociaż miał taki również pod domem. No i kupił tam paczkę papierosów. Został następnie rozbudzony przy powrocie i zaczęto zadawać mu pytania. – Dlaczego kupiłeś papierosy, skoro nie palisz? – No, pomyślałem, że mogą przyjść do mnie goście i któremuś z nich może zabraknąć papierosów…  – A dlaczego jesteś w płaszczu i z parasolem, skoro jest taka ładna pogoda? – No, bałem się, że może zacząć za chwile padać. – A dlaczego udałeś się do dalekiego kiosku, skoro masz pod domem taki sam? – No bo skoro jest taka ładna pogoda, to chciałem się przejść, bo jest taka ładna pogoda…

To jest ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w życiu zbiorowym – znajdowania pozornie rozumnych uzasadnień dla naszych nierozumnych czynów i wyborów – tylko pokazany na jednostkowym przykładzie.

Powiedział pan, że podobnie narzędziami operują sekty?
Tak, szczególnie te niebezpieczne. Tam zazwyczaj przyszłych, ewentualnych członków prosi się o drobną przysługę, np. przyniesienie paczki – i dopiero wówczas stopniowo zachęca do rozmowy, do wejścia w relacje. I taka osoba często zostaje oddanym członkiem grupy. Na ulicy bowiem trudno kogoś zachęcić, żeby nagle przyłączył się do sekty, której prawdziwe cele są ukryte.

PiS też zresztą nie mówił, że rozwali system, że nie będzie przestrzegał konstytucji. W kampanii więc uśmiechnięta Beata Szydło mówiła o polskich rodzinach i malowała szkołę, a prezydent Duda opowiadał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków.

Kolejne kłamstwo.
Zatem – myśli wyborca – skoro już zagłosowałem na PiS lub jego poplecznika, partię Kukiza, czyli PiS dla małolatów (bo to jest bardziej anarchiczny i nieuporządkowany wariant podobnego populizmu) – to cały czas chcę potem sobie i innym udowodnić, że zrobiłem słusznie, że to, co robi PiS, jest racjonalne, służy dobru mojemu i powszechnemu. Nie liczy się wtedy dookolna rzeczywistość z jej prawdą faktów –

liczy się tylko świat wewnętrzny, gdzie za wszelka cenę próbuje się zachować spójność swoich czynów z ocenami moralnymi. I tu jest sedno sprawy.

To musi działać przede wszystkim na elektorat PiS-u, a co z resztą?
Niekoniecznie tylko na elektorat PiS-u, ale też i na ludzi tzw. obojętnych. Skoro bowiem nie zareagowałem na zło, które wokół mnie się działo czy dzieje, na obłudę, agresję i kłamstwo, to muszę to sobie jakoś wytłumaczyć, jakoś się z tym rozliczyć. I tu mamy również znamienny przykład z obszaru psychologii społecznej: głośne ongiś zabójstwo studentki Kitty Genovese, która została brutalnie zamordowana na jednym z amerykańskich kampusów, a ludzie przyglądali się temu z okien, widzieli zbrodnię i nie zareagowali. Później swą obojętność tłumaczyli tym, że Kitty Genovese była zła i grzeszna. Pojawił się nawet artykuł w uniwersyteckiej gazecie, który opisywał ją jako osobę z gruntu niemoralną. Takie zachowanie nazwano „efektem widza”.

Jest to przykład dyfuzji odpowiedzialności, jej rozproszenia, które powoduje, że obojętni obserwatorzy zdarzeń zaczynają szukać usprawiedliwień w kłamstwie. A do tego przychodzą jeszcze źli i bezczelni manipulatorzy, którzy kłamią i „odwracają kota ogonem”, aby osiągnąć rozmaite korzyści – polityczne, emocjonalne, finansowe.

A nawiasem mówiąc, zjawiska interesu emocjonalnego, którego rolę staram się podkreślać od lat, nasza socjologia polityczna nie brała pod uwagę. I dalej właściwie nie bierze – albo bierze ospale. I dopiero badania prof. Gduli nad Miastkiem trochę uwydatniły ów interes emocjonalny. A tymczasem ludzie – różne ich zbiorowości – mają ważne i trwałe interesy emocjonalne, które niekoniecznie są zgodne z interesami ekonomicznymi czy społecznymi. Ba, często są brutalnie sprzeczne z tymi ekonomicznymi czy społecznymi. To oznacza, że na czystkach w Sądzie Najwyższym, w mediach, na represjonowaniu sędziów „ja” nie zyskuje w sensie bezpośrednim żadnych oczywistych, wymiernych korzyści, ale za to odczuwa silnie schadenfreude, „złą radość” z cudzego nieszczęścia.

Polega to na myśleniu: wprawdzie ja sam nie doznaję niczego korzystnego, ale dobrze tak tym sędziom, tym lekarzom, tym dziennikarzynom wyrzuconym z roboty! Taka „zła radość” stanowi bowiem swoistą uczuciową „zapłatę” za moje rzeczywiste czy – dużo częściej – urojone krzywdy.

To typowo polskie?
Typowe dla ludzi małych i niewiele w swoim odczuciu znaczących, a takich pośród nas jest większość. To dotyczyć może zatem tych wszystkich, którzy nie doznali awansu społecznego z różnych przyczyn i dowartościowują się właśnie cudzym nieszczęściem. Tu także jest istotny poziom szkoły. Przed 1989 rokiem szkoła, jakkolwiek nadmiernie represyjna, stawiała jednak wiele wymagań co do nauki i zasad postępowania. Potem jednak mechanizm ten uległ zdecydowanemu i nadmiernemu rozluźnieniu, serwowanemu pod hasłem demokratyzacji.

Oczywiście, proces demokratyzacji był szkole potrzebny, ale przecież nie przez uwolnienie dzieci i młodzieży od poczucia obowiązku, także wobec siebie samych – od obowiązku nauki, zdobywania wiedzy, rozwoju, stawiania sobie wymagań.

Ten proces jeszcze nasilił się poprzez dostępność do szkół wyższych – zatem mamy trzy razy więcej uczelni niż Stany Zjednoczone. W Polsce jest ich bodaj 450, a w USA – 150. No i dziś mamy mniej maturzystów niż miejsc na uczelniach wyższych. Zatarły się więc progi inicjacyjne, czyli trudne i bolesne momenty, które pozwalały wznieść się jednak wyżej, awansować. Wszystkie społeczności miały takie progi inicjacyjne – i kultury pierwotne, i nowoczesne zachodnie.

Aby stać się więc dorosłym mężczyzną czy dojrzałą kobietą, trzeba było przejść przez bolesny – czasem nawet drastyczny – proces. Wówczas dopiero można było stać się członkiem wyższej grupy społecznej, zwiększyć swe prawa (ale i obowiązki): przejść z kategorii chłopców do kategorii mężczyzn, z kategorii dziewcząt do kategorii kobiet.

Społeczeństwa zachodnie ukształtowały natomiast system inicjacyjny oparty na edukacji szkolnej. Progiem była choćby matura, zwana kiedyś nie bez powodu „egzaminem dojrzałości”. Jeśli więc manipulujemy przy tym progu, łagodzimy go czy niwelujemy, to stawiamy coraz niższe warunki dojrzałości – intelektualnej, emocjonalnej, kulturowej – społeczeństwu. A z drugiej strony coś, co nie wymaga wysiłku, jest nisko cenione. Za tym idzie prosta prawda, że tego, czego nie ma systemie szkolnym, nie ma i w mentalności powszechnej. W obliczu zdegradowania progów inicjacyjnych nie ma się więc co dziwić, że zbiorowości naszej tak brakuje nie tylko elementarnej wiedzy o świecie, wiedzy historycznej, ekonomicznej, prawnej, ale też rozeznania w rzeczywistych hierarchiach wartości, właściwych zasadach egzystencji społecznej i normach moralnych.

Na dodatek brak usankcjonowanej społecznie inicjacji bywa często spontanicznie kompensowany – co obserwujemy nie tylko w szkołach, ale i w wielkich korporacjach – przez tzw. inicjację dziką, drastyczną i nieuporządkowaną.

Czyli sami na to zapracowaliśmy?
Środowiska liberalne i lewicowe, rządzące nami po 89 roku, same zgotowały sobie taki los. Zbudowały bowiem fałszywą paideię, pozorny system wychowania i nauki. Dziś zatem dyplom renomowanej uczelni jest porównywany z dyplomem uczelni, która jest skrzyżowaniem „szkoły pod żaglami” z akademią Lata z Radiem.

Zaciera się ponadto w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości (do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym”).

No i

kultura kłamstwa jest też kulturą pogardy.

Proszę więc zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni , którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji. I oto właśnie ci ludzie, dzięki fatalnie skonstruowanemu mechanizmowi wyborczemu i kłamstwu, zyskali nagle władzę – nad mądrzejszymi, bardziej pracowitymi i zasłużonymi, nad tymi, którzy mają nierzadko piękne, heroiczne karty. Rozkoszują się więc taką władzą, bo wszystko mogą. To jest rodzaj władzy absolutnej i absolutnej bezkarności – bo nie ma takiego mechanizmu, który zabroni kłamać i za to ukarze.

Waldemar Mystkowski pisze o ojkofobii i kaczofobii.

Jarosław Kaczyński niczym tsunami wzbudził falę ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią.

Ojkofobia rozlała się szerokim nurtem po Polsce i Polakach. Zdaje się, że dotyczy w głównej mierze tego, który ten termin upowszechnia – Jarosława Kaczyńskiego. Otóż prezes Kaczyński zaskarżył Lecha Wałęsę o to, że ten powiedział, iż prezes jest mimowolnym sprawcą katastrofy smoleńskiej, bo telefonicznie ponaglał brata Lecha do lądowania w Smoleńsku, a oprócz tego Wałęsa sugerował niedyspozycję psychiczną prezesa.

Wydawałoby się, że Kaczyński powinien w te pędy lecieć do sądu, gdy już wyznaczono termin rozprawy, lecz nadsyłał usprawiedliwienia, iż jest chory na kolano (acz nie na głowę). Wałęsa upierał się, że Kaczyński kłamie, bo w tym czasie bywał w górach (zdjęcia publikował Joachim Brudziński), a także obwożono go w ruchomym cyrku kampanii wyborczej PiS, aby wygłaszał krótkie przemówienia jako dyrektor pisowskiej menażerii i na dowód, że daleko mu do mauzoleum. Jednak prezes padł, znowu powędrował do szpitala leczyć kolano. Niestety, pojawił się kolejny termin, Kaczyński bohatersko wziął sobie to na klatę i zlecił metodę telekonferencji, stosowaną na świecie w szczególnych wypadkach, gdy przesłuchiwano bossów mafii.

Do zdalnego przesłuchania nie doszło, bo sprzęt też dostał ojkofobii, po prostu zwyczajnie padł, odmówił posłuszeństwa. Ojkofobia zdaje się, że dotknęła też Andrzeja Dudę, który został złapany na dalekim forum ONZ w Nowym Jorku, gdzie gęba mu się śmiała, bo udało mu się przysiąść do Donalda Tuska. Nie dziwię się Dudzie, który spotyka się zewsząd z ostracyzmem, a gdy zobaczył rodaka, to nie mógł powstrzymać się od pozytywnych emocji i dał temu upust z dala od kraju dotkniętego nie tylko ojkofobią.

Radość Dudy może mieć kilka den. Jedno z pytań może brzmieć – ciekawe, z kogo się naśmiewali Tusk i Duda, a jeszcze ciekawsze, czy ten ktoś będzie zadowolony… tym bardziej, że cierpi na kolano. Powyższe pytanie sformułował Roman Giertych.

Marek Migalski zaś postrzega inaczej: Tusk spalił Dudę, bo jeśli ktoś na tych uśmiechach stracił, to przecież Duda, nie Tusk, a zatem prezydent dał się podejść jak dziecko. Ale może być jeszcze inaczej. Duda nie daje już rady w kraju, być prezydentem to nie na jego brzemię. Może przeczytał „Fakt”, w którym piszą, że w wyborach prezydenckich Kaczyński nie wystawi jego, a Mateusza Morawieckiego.

I z kogo się śmiali? Rzecz jasna z prezesa, a Tusk ponadto ze swego byłego doradcy Morawieckiego. Każdy śmiałby się w Nowym Jorku, gdyby uświadomił sobie, jak w kraju męczą się w rynsztoku kłamstw Morawiecki z Kaczyńskim.

Zaś zupełnej ojkofobii dostał Naczelny Sąd Administracyjny, który nakazał wstrzymanie wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego do Izby Karnej SN.

Gdyby ojkofobia miała siłę kołka osikowego, to już mielibyśmy do czynienia z końcem chorych emocji godnych horroru, które wzbudził prezes Kaczyński. Wywołał do tablicy najwyższe gremia władzy sądowniczej, a te postanowiły, iż Zgromadzenia Ogólne sędziów dwóch izb Sądu Najwyższego zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym zebrały się w celu wyboru następców swoich odesłanych w stan spoczynku prezesów Stanisława Zabłockiego i Józefa Iwulskiego. Efekt – sędziowie stwierdzili, że obaj nadal są prezesami izb.

Czyli ta pseudo reforma sądownictwa dokonana przez PiS jest guzik warta, oto legła w gruzach. Władza sądownicza działa zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej. W kraju prezes Kaczyński niczym tsunami wzbudził fale ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią. Oj, kaczyzm nie podoba się nam i władzom unijnym, bo to po prostu swojska odmiana autokracji, która jest obca zachodnim wartościom.

>>>

Bezprawie PiS. Oto jak ono wygląda

Nie ma co owijać w bawełnę, a nawet trzeba wyraźnie powtarzać, że w tej niby reformie sądownictwa chodzi wyłącznie o wymianę ludzi na tych, którzy nie odmówią niczego. Posłusznych, zależnych, niedouczonych i dozgonnie wdzięcznych, bo takimi łatwiej się steruje.

Ta niespotykana bezczelność PiS-u dość często usypia jej czujność i wtedy jak w „czarno na białym” widać, że „król jest nagi”.

Tym razem Krajowa Rada Sądownictwa opublikowała na swojej stronie wielogodzinne nagranie z tajnego głosowania, z 28 sierpnia, podczas którego KRS wybierała kandydatów do Sądu Najwyższego.

Na tym wielogodzinnym nagraniu wyraźnie widać moment, kiedy sędzia Dagmara Pawełczyk-Woicka, prezes Sądu Okręgowego w Krakowie, w czasie tajnego głosowania podchodzi do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, rozmawia z nim i po rozmowie wrzuca do urny kartę do głosowania.

Film ten wyraźnie pokazuje, że dzieje się coś, co dziać się nie powinno. Możemy tylko wyobrażać sobie o czym państwo rozmawiali.

– Nie potrafię zrozumieć tego zachowania – przyznaje Bartłomiej Przymusiński, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. – Bo przecież, o ile dobrze interpretuję to, co widzimy, to pani sędzia podchodzi z kartą do głosowania i pokazuje ministrowi sprawiedliwości albo jak głosowała, może pyta go, jak ma głosować” – dodaje Przymusiński, który za krytykowanie tego, co dzieje się w nowej Krajowej Radzie Sądownictwa może mieć postępowanie dyscyplinarne.

Wiadomo, że do nowej KRS trafili sędziowie, którzy tak jak Dagmara Pawełczyk-Woicka, mają opinię blisko związanych ze Zbigniewem Ziobrą i dzięki niemu awansujący. Jej awans jest wyjątkowo spektakularny, albowiem – z najniższego szczebla, czyli sędziego sądu rejonowego, trafiła na prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie – czyli jednego z największych sądów w Polsce.

Posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej uważa, że „Wszelkie zmiany dotyczące Krajowej Rady Sądownictwa były dokonywane tylko po to, aby poddać tę instytucję wpływom polityków PiS. Nie ma mowy o niezawisłości sędziowskiej, jeżeli sędzia robi to, co polityk PiS-u mu każe robić”.

A Borys Budka z PO mówi: „To uwłaczające dla godności sędziowskiej, jeżeli minister sprawiedliwości, polityk, poseł i prokurator w jednej osobie ma podpowiadać, jak sędzia ma głosować w KRS-ie. Ale to tylko potwierdza tezę, że Sąd Najwyższy miał być i został obsadzony ludźmi Ziobry”

Były przewodniczący KRS, Dariusz Zawistowski twierdzi, że takie sceny w czasie poprzedniej kadencji były niespotykane.  „Nigdy takich scen nie widziałem, niezależnie od tego, czy chodziło o ministra, czy o innego członka Krajowej Rady Sądownictwa. Zawsze to się odbywało w ten sposób, że każdy samodzielnie podejmował decyzję. (…) Nie było elementu konsultowania się z jakiegokolwiek powodu – podkreśla Zawistowski.

Zaś pani sędzia Pawełczyk-Woicka poproszona o komentarz przez reportera „Czarno na białym” pisze w mailu, że przypomina sobie, że faktycznie „był moment, gdy dzieliłam się swoją opinią o jednym z kandydatów do Izby Kontroli i Spraw Publicznych. (…) Nie widzę nic niestosownego w tym, że członkowie Rady rozmawiają ze sobą także o sprawach stanowiących przedmiot obrad, w tym wzajemnie wymieniają swoje opinie o kandydatach”.

A więc, „Polacy, nic się nie stało”!

Chociaż do końca nie wiemy, czy sędzia Pawełczyk-Woicka oddała swój głos czy głos Ziobry?

A może wie to poseł PiS i członek KRS Stanisław Piotrowicz, który na posiedzeniu KRS siedział tuż obok Zbigniewa Ziobry i Dagmary Pawełczyk-Woickiej?

Niestety w rozmowie z reporterem „Czarno na białym” tłumaczy, że nagrania nie widział, dlatego sprawy komentować nie może.

Kaczyński wprowadził autorytaryzm, to już nie jest demokracja

>>>

Jarosław Kaczyński oświadczył w wywiadzie, że Stanisławowi Gawłowskiemu zostaną postawione nowe zarzuty. – Szanse na sprawiedliwy wyrok zmalały – ocenił konstytucjonalista, prof. Sadurski.

We wczorajszym wywiadzie dla TVP prezes Jarosław Kaczyński stwierdził, że Stanisławowi Gawłowskiemu zostaną postawione nowe zarzuty. Poseł już usłyszał pięć zarzutów, w tym trzy o charakterze korupcyjnym.

Dotyczą okresu, gdy sprawował funkcję wiceministra ochrony środowiska w rządach PO-PSL. Miał wtedy przyjąć co najmniej 175 tys. zł łapówki w gotówce, a także dwa zegarki.

– Poseł Kaczyński powinien mieć sprawę o przestępstwo przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. On, jako lider największej partii, rządzącej, już w tej chwili opinii publicznej mówi, co się stanie: że będzie postępowanie przeciwko konkretnemu człowiekowi prowadzone przez prokuraturę – tłumaczył profesor oraz dodał: – Ponieważ wiemy też, że sądy są w tej chwili pośrednio podporządkowane prezesom, a prezesowie ministrom partii rządzącej, to prawdopodobnie przesądza o wyroku.

– Sam pan Gawłowski powinien podjąć jakieś kroki. Szanse na rzetelny i sprawiedliwy wyrok w jego sprawie, po wypowiedzi posła Kaczyńskiego, zostały dramatycznie zredukowane – podkreślił gość TOK FM.

Według konstytucjonalisty to, co zrobił prezes PiS jest ” absolutnie niedopuszczalne w żadnym państwie praworządnym”.

– Poseł Kaczyński daje potężne argumenty tym, którzy mówią, że praworządność się w Polsce skończyła – podsumował prof. Wojciech Sadurski.

Jak w podbitym kraju

Wczoraj (26 lipca) prezydent podpisał znowelizowaną ustawę, która umożliwia PiS obsadzenie Sądu Najwyższego własnymi nominatami. – Czy to już koniec? – pytał w Poranku Radia TOK FM Jacek Żakowski.

– Nigdy nie ma końca. Zawsze jakieś perspektywy są. Ale wczoraj nastąpiło zakończenie pewnego cyklu. Wszystkie centralne instytucje składające się na infrastrukturę praworządności wymiaru sprawiedliwości zostały skolonizowane. PiS zachował się jak okupant w podbitym przez siebie kraju i po kolei przejął wszystkie główne instytucje: Trybunał Konstytucyjny, komisje wyborcze, sądy powszechne, prokuraturę, KRS i teraz SN – wyjaśniał profesor oraz dodał: – Pozostał tylko wspaniały RPO i media komercyjne. To dwie oazy instytucjonalnej wolności.

Profesor zaznaczył, że wraz z wczorajszym podpisem prezydenta Andrzeja Dudy pod nowelizacją ustawy „mamy cykl produkcyjny wymiaru sprawiedliwości”.

Prezydent podpisał ustawę o sądach. Igor Tuleya: Wierzę, że sędziowie i wolni ludzie będą stali razem

– To jest autorytaryzm, to już nie jest demokracja. Demokracja wymaga m.in. podziału władzy. Tego nie ma. Wymaga też praworządności. Tego też nie ma. To jest autorytaryzm, który nie ma jeszcze charakteru super opresyjnego, ale nie wiadomo jak długo tak będzie – mówił w gość TOK FM.

– Sędziowie Sądu Najwyższego mogą zablokować PiS-owską wycinkę w najważniejszym polskim sądzie. Ale muszą się spieszyć – mówi prof. Marcin Matczak, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego. Po podpisaniu przez prezydenta Andrzeja Dudę nowelizacji ustaw sądowych nadziei na ratunek dla SN jest coraz mniej.

NEWSWEEK:  Czy PiS dąży do zniszczenia Sądu Najwyższego?

PROF. MARCIN MATCZAK:  Jestem o tym przekonany. Państwa, które wykazują tendencje autorytarne, nie robią tego, likwidując sądy czy trybunały, bo wtedy ludzie wyszliby na ulice. Instytucje teoretycznie istnieją, ale powołuje się do nich osoby, które nie mają do tego kompetencji. W ten sposób tracą swą niezależność, a ludzie zaufanie do nich.

Czy jest szansa na ratunek dla niezależnego sądownictwa w Polsce?

– Jest jeszcze procedura, która może uchronić przed czystką sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat, ale wymaga szybkiego działania. Wystarczy, że przy okazji rozpatrywania sprawy zawierającej tzw. aspekt unijny, np. dotyczącej ochrony środowiska, sędziowie wystąpią do Trybunału Sprawiedliwości UE z zapytaniem, czy po zmianach wprowadzonych przez PiS nadal są niezależnym sądem i mogą taką sprawę rozpatrywać. Jeśli pojawią się wątpliwości, unijne prawo pozwala wstrzymać wejście w życie tzw. środka krajowego, w tym przypadku ustawy o Sądzie Najwyższym, który tę wątpliwość wzbudza.

Jak wyobraża pan sobie system prawny w Polsce za rok?

– Czeka nas chaos, bo żaden wyrok nie będzie traktowany jako ostateczny. Może wydać go sędzia, co do którego statusu są wątpliwości, a więc wyrok da się unieważnić, przywracając rządy prawa. Z drugiej strony, jeśli wyrok wyda sędzia powołany prawidłowo, to będzie funkcjonowała instytucja skargi nadzwyczajnej i minister Ziobro będzie mógł z niej skorzystać, wzruszając wyrok, który będzie nie po jego myśli. Widać to już dziś, gdy komentuje niepodobające mu się orzeczenia. A zaraz będzie miał  narzędzie wywierania presji na sędziów w postaci izby dyscyplinarnej.

Polacy odwiną się PiS-owi. Obawiam sie o Kaczyńskiego, Dudę i całe szemrane towarzystwo. Mafie zawsze konczą źle.

Earl drzewołaz

>>>

>>>

Tak jak w całej Polsce, tak i w Warszawie przed Pałacem Prezydenckim protestowano w obronie niezależności sądownictwa. Po demonstracji dwoje jej uczestników na chodniku napisało „Konstytucja” i „Duda, wypier***”. Funkcjonariusze chcieli ich zatrzymać.

Ludzie próbowali pomóc zatrzymanym, doszło do przepychanek. Policja użyła gazu łzawiącego. –„Dzięki temu, że było nas tak dużo, policja nikogo nie zatrzymała. Jak to jest możliwe, że całe miasto jest opisane, a policja nie interweniuje. To hasła wolnościowe przeszkadzają. To jest pierwszy raz, ale takie działania policji będą się powtarzać” – powiedziała „GW” Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Interweniował też senator PO Bogdan Klich i poseł Michał Szczerba.

Wcześniej przed Pałacem Prezydenckim zebrały się tłumy. „Podpisałeś, przysięgę złamałeś”, „Jesteśmy, bronimy, nie odpuścimy…”, „Nie ma wakacji od demokracji” – skandowali. – „Przynieśliśmy tu czterometrowy długopis…

View original post 1 700 słów więcej

Post Navigation