Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Aleksander Kwaśniewski”

Ancymonek byleJaki już straszy

Patryk Jaki zapowiedział dzisiaj w TVP Info walkę z internetowymi stronami (np. Sok z Buraka) krytykującymi i wyśmiewającymi rządzących polityków PiS.

Depresja plemnika

Nie potwierdziły się wyniki pierwszego sondażu powyborczego IPSOS: główni wygrani politycy PiS – kilka procent w górę. Wiosna, Konfederacja i Koalicja Europejska – w dół.

Prawo i Sprawiedliwość – 45,57 proc. Koalicja Europejska 38,29 proc., Wiosna – 6,04 proc., Konfederacja – 4,55 proc, Kukiz’15 – 3,7 proc., Lewica Razem – 1,2 proc., inne – 0,4 proc.

„Dostaliśmy najbardziej wiarygodny sondaż jakim są wybory” – powiedział w Poranku Wyborczym w Gazeta.pl były prezydent Aleksander Kwaśniewski i doradził przegranym szybkie wyciągnięcie wniosków z niedzielnych wyborów.

„PiS wygrał wybory, które nie są ich ulubionymi wyborami, udało się im bardzo mocno zmobilizować elektorat, to szczególnie widać po frekwencji na wschodzie, w pisowskich województwach”.

Były prezydent uważa, że PiS winno podziękować socjologom, „bo ta armia socjologów musiała tam pobadać. To straszenie, choć mało subtelne, było bardzo konsekwentne. Kaczyńskich straszył, że KE zabierze to, co im daliśmy, że wprowadzą euro, że pójdą na jakieś tam LGBT…

View original post 124 słowa więcej

 

III wojna właśnie się rozpoczęła

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia.

Albo inaczej: zapomnieliśmy, że istnienie ZSRR miało dla świata pożytki, które skończyły się wraz z upadkiem komunizmu. Sowieckie zagrożenie wymuszało bowiem jedność demokratycznego Zachodu, integrowało Europę i USA, było spoiwem tak dla NATO, jak Unii Europejskiej. Co więcej, cywilizowało kapitalizm, przymuszało, by pokazywał „ludzką twarz”, by sprostał wyzwaniu rzuconemu z Moskwy nie tylko na polu technologii i dochodu narodowego, ale codziennego życia obywateli. To wszystko przestało działać wkrótce po euforycznym i pełnym fałszywych prognoz roku 1989.

Ale może to wszystko jest drugoplanowe. Bo na pierwszym planie jest wyrośnięcie w niebywale krótkim czasie nowego supermocarstwa, które właśnie dościga – dotąd tak pewną swojej przewagi – Amerykę. W tamtym historycznym dla nas roku 1989 Chiny były jeszcze rezerwatem biedy i zacofania, borykającym się nie tylko z dziedzictwem nieszczęsnej „rewolucji kulturalnej” przewodniczącego Mao, ale z krwawo stłumionym buntem na placu Tian’anmen. Czym Chiny są dziś – wiadomo. Nikt w tamtych czasach nie był w stanie wyobrazić sobie postępu, jaki dokonał się w tym olbrzymim kraju. To obrazuje bezsilność i fałsz przewidywań przyszłości. Ale jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy.

Słońce zachodzi na zachodzie

Historyczny rok 1989 otworzył zniewolonym dotąd narodom drzwi na Zachód. W czasach komunizmu marzeniem Polaków była ucieczka do „wolnego świata”, co udawało się nielicznym, teraz w tej bajkowej krainie swobody i dobrobytu mogliśmy znaleźć się wszyscy. Ale naszą drogę do NATO i Unii Europejskiej zwiastowały już wtedy złe omeny, których woleliśmy nie dostrzegać. Ledwie prezydent Clinton ogłosił w Warszawie zaproszenie nas do Sojuszu, już trzeba było poprzeć bombardowanie Belgradu, choć sympatyczni „Jugole” nie budzili wrogich uczuć.

Wkrótce potem musieliśmy wziąć udział w dwu zamorskich, niepotrzebnych i źle przygotowanych amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie, pieczętując to krwią polskich żołnierzy. Ledwie w 2004 roku zostaliśmy po długotrwałych negocjacjach przyjęci do Unii Europejskiej, a już referenda we Francji i Holandii odrzuciły projekt europejskiej konstytucji, stanowiący podstawę dalszej integracji. Rządzący Polską po 2005 roku przyjęli to z ulgą, a wielu z nas też obawiało się europejskiego „superpaństwa”. Ale właśnie wtedy Unia straciła swój dalekosiężny cel i rozpoczęło się dreptanie w miejscu, a niezbyt wydarzone pomysły brukselskiej biurokracji pogłębiały rozczarowanie. Wkrótce potem wybuchł kryzys finansowy lat 2008‒2009 i okazało się, że Grecja – ale nie tylko ona – oszukuje Brukselę, zaciągając kredyty na cudzy (zwykle niemiecki) koszt. Unia pozbawiona celów dalekosiężnych i akceptowanych przez większość Europejczyków stała się dla nas tylko bankomatem do pobierania dotacji, a dla czołówki Zachodu – jak Niemcy, Francja czy opuszczająca właśnie Unię Wielka Brytania – tylko ciężarem, a w najlepszym razie rynkiem zbytu.

Sojusz Północnoatlantycki miał kiedyś cel oczywisty: był tarczą i mieczem Zachodu wobec możliwej w każdej chwili sowieckiej agresji. Teraz sam nie wie, czym chce być: obrońcą demokracji w świecie czy zbrojnym ramieniem przeciw watażkom i dyktatorom? Dotkliwie sparzył się na tym nie tylko w Afganistanie. Może powinien być tylko obwarowanym obozem bogaczy przerażonych zalewem głodnych rzesz z Południa? A może tylko amerykańską grupą sojuszniczą, w której pomniejsi partnerzy uczestniczą w zamian za doraźne korzyści?

Ale wtedy obrona Europy zejdzie na dalszy plan, bo Ameryka ma dziś interesy gdzie indziej. Nie inaczej z Unią: jeśli ma być tylko strefą wolnego handlu i współpracy gospodarczej, jak niegdyś jej poprzedniczka EWG, to nadal politycznie będzie zerem. Będzie niezdolna przeciwstawić się Rosji, Chinom czy Ameryce, będzie bezsilna nawet wobec wielkich ponadnarodowych koncernów i banków. Jest jedyną w dziejach i bardzo zaawansowaną próbą stworzenia politycznego organizmu ponadnarodowego, w sytuacji gdy zglobalizowana gospodarka już dawno stała się ponadnarodowa i nie napotyka w tej sferze żadnych granic. Jeśli nie uda się Unii, nie uda się już nikomu.

Nie ma już dziś „wolnego świata”

Ale kogo właściwie należy dziś bronić, w czyim interesie występować? W drugiej połowie minionego wieku słowa „Zachód” czy „wolny świat” były czymś oczywistym, „żelazna kurtyna” oddzielała wolność od zniewolenia. Dziś Zachód utracił nie tylko przewagę technologiczną, bo depcą mu po piętach Chiny, a za nimi nawet Indie, ale także ideał wolności uległ rozmyciu. Nie ma już prostej antynomii: tu dobro, a tam totalitarna dyktatura. Żadna licząca się siła polityczna w jakimkolwiek kraju nie proponuje już ideologicznej utopii jako recepty na zbawienie świata. Za to demokracji mamy różnobarwną obfitość, choć coraz częściej to kamuflaże. Dawniej wiadomo było, że demokracja ma być liberalna, dziś ten ideał zbrzydł, bo okazał się trudny i wymagający, więc ludzie garną się do łatwiejszych podróbek. Byle watażka reklamuje się jako demokrata i otula owczą skórą, głosząc, że uszczęśliwi wszystkich, byle tylko oddali nań głos w najbliższych wyborach. Oczywiście nie mówi, że następne sfałszuje. Więc wolność – choć nadal mamy ją za wzniosłą i piękną – straciła siłę przyciągającą.

Zresztą dzisiejszy „wolny świat” – jeśli jeszcze sięga po te zużyte miano – nie przypomina tego sprzed półwiecza. Na czele londyńskiej metropolii stoi dziś Pakistańczyk, islamscy ministrowie nie są już szokiem, ale oczywistością w Wielkiej Brytanii, Francji, a nawet w Szwecji. Ameryka poszła w tę stronę jeszcze szybciej, anglosascy WASP-owie to dziś mniejszość; przewagę osiągnęli łącznie traktowani Latynosi i Afroamerykanie. Europa nie jest dziś na czele tamtejszych zainteresowań nie tylko ze względu na interesy gospodarcze i militarne, także z powodu korzeni i sentymentów ludności. Nie inaczej w Europie: brak sowieckiej presji – wymuszającej jedność i rozmycie integrujących całość dalekosiężnych celów Unii – sprawił, że na wierzch wychodzą interesy poszczególnych państw. Rozgrywane w Brukseli w jak najbardziej XIX-wiecznym stylu, choć pod kamuflażem europejskich frazesów.

Nie ma już „wolnego świata”, nie ma już „Zachodu” w starym rozumieniu. „Biała Europa braterskich narodów” istnieje tylko na transparentach niesionych w marszach lokalnych nacjonalistów. Oni także nie przyjmują do wiadomości przemijania znanego im świata.

Upadek amerykańskiego przodownictwa

Jak powiadają historycy gospodarki, „epoka stali i stalówek skończyła się wraz ze śmiercią Stalina”. Dziś to oczywistość: konsekwencją kresu tamtej epoki dymiących kominów i ciężkiego przemysłu był kres Sowietów odwleczony o kilkadziesiąt lat. Nadeszła trwająca do dziś epoka elektroniki i mikrotechnologii zaklętej w kryształkach krzemu albo galu. Jej symbolem była amerykańska „dolina krzemowa” w Kalifornii, gdzie miały siedzibę najcenniejsze firmy komputerowe i technologiczne. Tak jak dwa odmienne światy rozdzielała niegdyś „żelazna kurtyna”, tak dziś w jej miejsce powstała „kurtyna krzemowa”, choć podziały okazują się inne i nie tak drastyczne. Ale to już przeszłość: w raczkującym obecnie systemie superszybkiego Internetu zwanego „5G”, dające się zastosować urządzenia oferują przede wszystkim Chińczycy, potem Koreańczycy (oczywiście z Południa) i na okrasę drepce za nimi parę firm europejskich; nie ma tam jednak nikogo z „doliny krzemowej”. Oto zwiastujący globalną zmianę obraz jednej tylko dziedziny.

W tatach dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w USA, mogłem odwiedzać wiele amerykańskich instytucji naukowych. Czy to w największym wtedy na świecie akceleratorze cząstek elementarnych Fermilab, zbudowanym na prerii na zachód od Chicago, czy w laboratoriach Seattle albo „doliny krzemowej” dominowały twarze żółte i skośnookie, czasem oliwkowe, hinduskie i arabskie, zdarzali się nawet Polacy, ale najmniej było Jankesów. Tak niepostrzeżenie wykluwał się niedaleki już upadek amerykańskiego przodownictwa. Dzisiaj Chiny rzucają Ameryce wyzwanie nie tylko w elektronice, czego symbolem jest budząca tyle kontrowersji firma Huawei, ale w kosmosie i motoryzacji. Pierwsze osiągnęły ciemną stronę Księżyca i wybierają się na Marsa, mają swoje samochody elektryczne nie gorsze od Tesli, a w uboższych państwach Afryki i Azji już dawno wyparły Europę i Amerykę z roli inwestora, dawcy pożyczek, a tym samym beneficjenta wpływów. Nie było w historii świata przykładu równie szybkiego i skutecznego awansu.

Europa po pekińsku?

Ale Chiny to nie wyłącznie technologia, także styl życia i sposób organizacji społeczeństwa. Pozornie tylko Chińczycy – bogacąc się, zapełniając miasta imponującymi wieżowcami, a przestrzenie pomiędzy nimi nitkami autostrad i szybkiej kolei – coraz bardziej upodabniają się do ludzi Zachodu. Przecież ubierają się według zachodniej, a nie mandaryńskiej mody, korzystają z tych samych udogodnień technicznych, podróżują do tych samych kurortów i podziwiają te same zabytki, a nawet oglądają amerykańskie filmy. Lecz Internet w ich smartfonach jest cenzurowany, a każdy obywatel „państwa środka” podlega stałej ocenie, nad czym pracuje system komputerów, kamer monitorujących i jakie tylko można sobie wyobrazić nowinek technicznych. Każdy jego ruch, każde użycie karty kredytowej, każda wypowiedź na chińskich odpowiednikach Facebooka i Twittera są odnotowywane; za poprawne zachowanie i polityczną lojalność otrzymuje punkty dodatnie, za warcholstwo – ujemne. Potem albo może łatwiej otrzymać kredyt i lepsze mieszkanie, albo uniemożliwią mu zagraniczną wycieczkę bądź nawet przejazd pociągiem. Przysłowiowy „wielki brat” ma zawsze oczy i uszy nie tylko otwarte, ale wspomożone osiągnięciami chińskiej technologii. W takim państwie żyje się całkiem wygodnie, o ile nie bajdurzy się o wolności i o innych zakazanych owocach, klaszcze, kiedy należy, milczy przy innych, stosownych okazjach. Takie państwo nie używa na prawo i lewo brutalnej przemocy dla samego postrachu, jak to czyniły dyktatury w starym stylu. Przemoc jest tu selektywna, skryta, dobrze przygotowana technicznie, a więc słabo dostrzegalna.

Człowiek w takim społeczeństwie może być nawet szczęśliwszy niż w niegdysiejszym „wolnym świecie”, bo nie musi o niczym trudnym decydować, niczego wybierać, popadać w moralne dylematy i rozterki. Każdy wie, co mu wolno, czego ma unikać i jak będzie nagrodzony. Co sobie myśli we własnej łepetynie, o czym pogaduje z kumplami, jak spędza wolny czas i nawet co czyta, na to „wielki brat” nie traci czasu, jego zajmują tyko sprawy ważne dla stabilności ludzkiego mrowiska. Człowiek w takim społeczeństwie ma swój kawałeczek swobody i zagwarantowany jaki taki dobrobyt. Dla wielu Europejczyków zmęczonych rozhukaną wolnością i nieznającym granic liberalizmem może się to okazać atrakcyjne. Także dla Polaków, których tak wielu głosowało i głosuje nadal na daleki od liberalizmu PiS.

Chiny mają więc zapewnioną przyszłość, nie tylko technologiczną i nie tylko w Chinach. Dotąd przez kilka stuleci Europa i potem Stany Zjednoczone jako jej nieodrodna córka, były centrum świata. Teraz staje się nim Azja, a Europa powoli przyzwyczaja się do statusu peryferii. Czy pogodzi się także z chińskim stylem życia?

Ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości

Kiedy Polska świętowała 100-lecie niepodległości, przywódcy europejscy zgromadzili się nie na Placu Zamkowym w Warszawie, lecz pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu. W Warszawie rządząca partia jak zwykle straszyła uchodźcami, antypolską „ulicą i zagranicą”, wszeteczną laicyzacją, na którą jedynie słuszną receptę ma mieć polski Kościół. W Paryżu Emmanuel Macron usiłował porwać ich wizją zintegrowanej, silnej Europy. Pod Łukiem Triumfalnym odwoływano się do nadziei, na Placu Zamkowym – do strachu. No i co z tego zostało na dłużej? Strach oczywiście! Porywające wizje Macrona zdruzgotała z jednej strony chłodna obojętność Angeli Merkel, która woli stosunki dwustronne, z drugiej bunt „żółtych kamizelek”. Tylko strach okazał się trwałą opoką. Chociaż w naszej świadomości fundamenty dla nadziei jeszcze istnieją i wciąż się bronią. Jeszcze 56 proc. Europejczyków (wedle fundacji Bertelsmanna) uważa globalizację za szansę. Wciąż 65 proc. wierzy, że niekorzystne zmiany klimatyczne można powstrzymać, jeśli tylko rządy porozumieją się w tej sprawie i zaczną skutecznie współpracować. Jeszcze świecą nam ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości.

Już 350 lat temu Baruch Spinoza powiadał, że ludźmi można rządzić, dawkując im umiejętnie strach i nadzieję. Współcześni politycy wiedzą o tym doskonale, ale nie wszyscy pojmują, że coraz mniej miejsca jest dla nadziei, a na opuszczone tereny niepowstrzymanie wpełza strach. Mieć nadzieję to znaczy być gotowym na to, co się jeszcze nie narodziło, ale przy tym nie ulegać rozpaczy, gdy nie możemy doczekać się tych narodzin – napisał Erich Fromm. Albo inaczej: Trzeba zawsze zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy. Ale w połowie XIX wieku, gdy Ralph Waldo Emerson, pierwszy wielki filozof, jakiego wydała Ameryka, pisał te słowa, gwiazdy świeciły jeszcze mocno. Od tamtej pory wiele z nich przygasło, ale gwiazda postępu najbardziej.

Ambrozja populistów

Warunkiem wiary w postęp jest przekonanie, że jutro będzie choć trochę lepsze od dnia dzisiejszego. W świecie skłóconych państw, rosnących nierówności, niezrozumiałej polityki, coraz niższych emerytur to, co dopiero ma się narodzić, jawi się jako zagrożenie. Ale nie wypływa stąd tradycyjny konserwatyzm, czyli rozumna troska o zachowanie dorobku przeszłości, lecz podszyta strachem nostalgia. Niech wrócą stare, dobre czasy! Niech politycy zaczną wreszcie słuchać nas, ciężko pracujących obywateli! Dotąd rządziły elity i patrzcie, co z tego wynikło; teraz k… my!

Strach jest ambrozją populistów, nigdy nie mieli tak łatwo jak dzisiaj. Leszek Kołakowski napisał już dawno: Kłopot z demokracją jest taki, że nie wydziela żadnych ideologicznych czadów zniewalających umysły młode i naiwne. Był optymistą, jeszcze wierzył w dorastanie umysłów. Demokracja wymaga dojrzałości i nadziei; populizm tylko złości i nostalgii. Dlatego rozrasta się jak rakowy guz.

Może miałoby tu coś do zaproponowania chrześcijaństwo, ta ostoja i kolebka europejskich i amerykańskich wartości? Niektórzy widzą ratunek w powtórnej ewangelizacji Europy, z rolą Polski jako nowego Mesjasza. Tymczasem język wiary – obojętnie jakiego wyznania – jest wciąż językiem przedkopernikańskim. „Bóg z wysokości spogląda na ziemię” – śpiewany w popularnym psalmie. Kościół już dawno stracił okazję do opowiedzenia językiem nowoczesnym najbardziej poruszającej, przejmującej i pełnej miłości historii, jaką kiedykolwiek usłyszał człowiek: ewangelii Chrystusa. Wciąż opowiadamy ją tak, jak trafiała do umysłów palestyńskich pasterzy i greckich handlarzy oliwą przed dwoma tysiącami lat. Trzeba byłoby tu pójść o wiele dalej niż sformułowanie Jana Pawła II: „człowiek jest drogą Kościoła”, albo dzisiejsze wezwanie jego następcy Franciszka, aby Kościół stał się „szpitalem polowym dla poranionych dusz”. Jedyne nawrócenie, któremu uległa Europa, to z heroizmu na konsumeryzm.

III wojna światowa właśnie się rozpoczęła

Jest taka niepocieszająca teoria, że zło i agresja tkwiące w człowieku musi się okresowo wyładować, byśmy potem czas jakiś mogli żyć w pokoju i znowu odbudowywać zgliszcza. Jeśli jest w tym choć ziarno prawdy, to wyjaśnia przyczynę wzbierającej jak świat długi i szeroki złości, pogardy i żądzy niszczenia. Po kolejnym całopalnym paroksyzmie będzie znowu lepiej. Rozum budzi się na pogorzelisku. Przyjaźń odrasta jak ziele na kraterze po erupcji złowrogiego wulkanu.

Ale może III wojna światowa już się rozpoczęła, tylko my – jak zawsze otumanieni przez wielomówne media – jeszcze tego nie pojmujemy. Stratedzy i generałowie wykazują na dziesiątkach historycznych przykładów, że żadna nowa wojna nie jest rozgrywana przy pomocy środków wojny poprzedniej, że jej planowanie i przebieg będą zupełnie inne, zwłaszcza w dzisiejszym świecie szybko rozwijającej się techniki. Ale zwykle życie ich zaskakuje, tak jak tych, którzy u początków II wojny światowej wysyłali na front kawalerię, i jak zaskoczy tych, którzy dziś przechwalają się liczbą czołgów i rakiet. Ponieważ rozpętanie wojny na pełną skalę doprowadzi do nuklearnej zagłady, a więc jest przeciwskuteczne, trzeba próbować innych, bardziej skrytych, metod walki. Przede wszystkim cybernetycznych: przez Internet można dziś szpiegować skuteczniej niż przez nasłanych agentów, uszkadzać elektrownie i fabryki, paraliżować służby państwowe, siać dezinformację, a nawet panikę.

Bezpieczne i tanie jest nasycenie mediów społecznościowych w Afryce pogłoskami o tym, jak dobrze jest uchodźcom w Europie. Dobrze jest wciągnąć potencjalnego przeciwnika w wyniszczający konflikt w jakimś odległym i niezrozumiałym kraju. Przecież smartfon z dostępem do Internetu ma dziś każdy łatwowierny biedak marzący o lepszym życiu i zaczynający pojmować własną godność. Nie jest też tak odległą możliwość wywoływania klęsk żywiołowych w odległych nawet stronach, tak aby przyczyny wyglądały na naturalne. Najcenniejsze w takiej wojnie są dywizje nie czołgów, ale szeregowych internetowych trolli siejących zamęt i pomieszanie pojęć, sprawnych w posługiwaniu się kłamstwem. Genialni hakerzy włamujący się do banków i ministerstw to nieliczna elita, tu potrzebna jest armia; nie wystarczą – w kółko powtarzające tę samą głupotę – zautomatyzowane „boty”. Chodzi o to, żeby złamać wolę oporu i trwania przy bliskich nam wartościach, otumanić przysłowiowego „pana Biedermanna” z proroczej sztuki Maxa Frischa, który dla zachowania świętego spokoju ufa, że jego to nie dotyczy, że podpalacze ominą jego własne gniazdko.

Dobry humor pana Biedermanna

Tak w dzisiejszym świecie trwa wielka wojna toczona przy pomocy skromnych środków. Nie wiadomo, kiedy się rozpoczęła i jak się zakończy. Może trwa już od czasów Korei i Wietnamu z krótką przerwą na złudzenia pięknych lat dziewięćdziesiątych… Może ruszyła dopiero w bieżącym stuleciu wraz z rozwojem Internetu, który dostarczył jej środków. Nie jest potrzebny w tej wojnie zabór terytorium, wystarczy jego obezwładnienie. Nawet osamotnionego i pozbawionego sojuszy państwa nie trzeba okupować, wystarczy wysłać tam „zielonych ludzików” lub zmanipulować terrorystów. Dowodzą tego przykłady Gruzji, Ukrainy czy Syrii albo Libii. Bombardowania z powietrza nie pomogą, tak jak nie pomogły w Wietnamie. Jest to wojna asymetryczna, w której zwycięzcą nie musi być państwo silniejsze i lepiej uzbrojone.

Tego wszystkiego nie chcemy dostrzegać. Nie chcemy o tym wiedzieć. Karmieni internetowym i politycznym strachem, czepiamy się resztek słabnącej nadziei. Pan Biedermann już wie, że świata nie zmieni, ale nie przyjmuje do wiadomości jego obecnej postaci, bo chce dożyć swoich lat w jako tako dobrym humorze i konsumpcyjnej wygodzie, dlatego zaciska na własnej szyi pętlę gazociągu Nord Stream 2. Ale świat dryfuje w swoim kierunku niezależnie od nadziei jego mieszkańców, tak jak dryfował w starożytności, w średniowieczu i będzie dryfował zawsze. Przemija postać świata, tylko my tego nie przyjmujemy do wiadomości.

Kto zrozumie ducha zrozpaczonych mas?

Czy któryś z dzisiejszych przywódców, albo któryś z kandydatów na nich, wie, jak nas wyprowadzić na spokojniejsze wody? Wątpię. Nostalgiczne obietnice powrotu do czasów, kiedy „Polska była wielka” albo chwackie pokrzykiwanie, że „uczynię Amerykę znowu potężną”, to tylko znieczulające plasterki nakładane na ranę, która może okazać się śmiertelną. Prawdziwe oblicze właśnie rozpoczętego wieku XXI – pełne strachu, złości, buntu przeciw elitom, władzy i wszystkiemu dookoła – nie jest „przelotnym epizodem”, jak niedawno powiedział pewien nasz sympatyczny, ale do szpiku kości XX-wieczny polityk. Rozchwianie struktur, do jakich przywykliśmy, utrudnia poród nowych. Tylko ten przywódca utrzyma się jak surfer na szczycie wzbierającej fali, który zrozumie ducha zrozpaczonych mas. Zanim – tak jak niejednemu surferowi – fala pogruchocze mu kości.

Depresja plemnika

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7…

View original post 1 565 słów więcej

 

Pisowcy politycy za SKOK-i bekną

Najczęściej powtarzanym argumentem Prawa i Sprawiedliwości przeciwko powoływaniu komisji śledczej w sprawach bulwersujących w ostatnich tygodniach opinię publiczną jest to, że państwo sprawnie działa w kierunku wyjaśniania ujawnionych afer, więc nie ma powodów, by sprawą zajmowali się posłowie. Wczorajsze ustalenia portalu Onet w sprawie tajemniczego kredytu, jaki rzecznik Centralnego Biura Antykorupcyjnego wziął w SKOK Wołomin, którego działanie jest już dziś nazywane największą aferą finansową III RP sprawiają, że obywatele mają prawo nie mieć pewności, że służba podległa Ernestowi Bejdzie oraz ministrowi koordynatorowi służb specjalnych Mariuszowi Kamińskiemu sprawę wyjaśni w sposób należyty i bezstronny.

Przypomnijmy, zespół dziennikarzy Onetu dotarł wczoraj do dokumentów, z których wynika, że Piotr Kaczorek, niegdyś pracownik Komendy Powiatowej w Wołominie oraz starostwa powiatowego w tym mieście (gdzie znalazł zatrudnienie po odejściu z CBA za ery Pawła Wojtunika), a obecnie rzecznik CBA, wziął w 2013 roku kredyt w wysokości 160 tys. złotych z feralnej kasy w Wołominie. Nie byłoby w sprawie zapewne nic bulwersującego, gdyby nie fakt, że Kaczorek praktycznie od samego początku swoich zobowiązań względem blisko 250 tys. oszukanych klientów kasy nie spłacał. Z akt sprawy upadłościowej, w której znajduje się pokaźna lista dłużników (wśród nich znajdują się przecież setki podstawionych “słupów”, dzięki którym wyłudzono ze SKOK Wołomin ponad 3 mld złotych) wynika, że w ciągu kilku lat z pożyczonej kwoty Kaczorek spłacił zaledwie 4 tys. zł. Wraz z odsetkami, także karnymi, wciąż zalegał w lipcu 2017 r. na kwotę ponad 204 tys. zł. Gdy afera wybuchła na dobre, a media trąbiły o olbrzymich wyłudzeniach, spłaty kredytu w ogóle ustały. Dlaczego Kaczorek nie wywiązywał się ze swoich zobowiązań? W rozmowie z Onetem odmówił udzielenia wyjaśnień.

W sprawie najbardziej bulwersujące jest jednak to, że to właśnie CBA bada obecnie sprawę SKOKu Wołomin, co sprawia że mamy do czynienia ze skandalicznym konfliktem interesów. Co więcej, wobec ujawnionego mechanizmu wyłudzeń oraz jego skali, służby zajmujące się tą sprawą powinny bardzo szczegółowo przesłuchać każdego dłużnika kasy, który swojego zobowiązania nie wypełniał z uwagi na narzucający się wniosek, że mógł w jakiś sposób współpracować z organizatorami procederu. Czy możemy dziś wierzyć w to, że Piotr Kaczorek zostanie rzetelnie przesłuchany w tej sprawie przez swoich kolegów z CBA? Wątpliwości narzucają się same.

W Sejmie Robert Kropiwnicki z Platformy Obywatelskiej wezwał ministra Mariusza Kamińskiego do złożenia wyjaśnień w tej sprawie.

Zażądał także, by Centralne Biuro Antykorupcyjne zostało natychmiast odsunięte od dalszego udziału w śledztwie w sprawie SKOK Wołomin, a sprawa trafiła do komisji ds. służb specjalnych. Jeszcze dalej poszedł Krzysztof Brejza, który w rozmowie z portalem Onet.pl stwierdził, że wobec ujawnienia tego skandalu powinno dojść do natychmiastowej dymisji szefa CBA oraz ministra koordynatora. 

Sprawa niewątpliwie jest rozwojowa. Jak poinformował dziś portal Onet, po wczorajszej publikacji w CBA zapadła decyzja o zawieszeniu Piotra Kaczorka oraz o wszczęciu postępowania wyjaśniającego.

– Biuro Kontroli i Spraw Wewnętrznych Centralnego Biura Antykorupcyjnego wszczęło postępowanie wyjaśniające mające na celu szczegółowe i dogłębne wyjaśnienie okoliczności sprawy związanej z kredytem. Na czas trwania postępowania wyjaśniającego pracownik został zawieszony w czynnościach służbowych – napisało biuro w oświadczeniu przekazanym redakcji.

W tym miejscu warto przypomnieć deklarację minister ds. pomocy humanitarnej Beaty Kempy sprzed ponad dwóch lat. Ważna polityk obozu władzy mówiła wówczas, że PiS jest gotowe zgodzić się na komisję śledczą ws. SKOK-ów, jeśli ta będzie dotyczyć SKOK-u Wołomin.

Ciekawe, czy dziś jest tego samego zdania.

Depresja plemnika

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie…

View original post 3 067 słów więcej

 

Kaczyński zarządza strachliwymi i niedomytymi Piszczykami, prowadzi do Polexitu, wojny domowej i dyktatury

Schetyna o obchodach setnej rocznicy odzyskania niepodległości: Dwa lata przygotowań i jest wielkie zero

Nie będziemy robić nic nowego, własnego, bo uważamy, że tutaj trzeba z godnością uczcić tę rocznicę, natomiast jest wielkim rozczarowaniem to, czego nie zrobił PiS i prezydent. Blisko dwa lata przygotowań, my też uczestniczyliśmy w pracach tego komitetu. Jest wielkie zero” – mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Schetyna: Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą

Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Mówiliśmy, że muszą być rozliczone ekscesy z ostatniego 11 listopada i wtedy jest możliwość rozmowy. Ta możliwość się zakończyła. Jeszcze dochodzi do takiej sytuacji, że prezydent zaprasza na udział w marszu, z którego ucieka” – mówił w RMF FM szef PO, Grzegorz Schetyna.

Smutna historia. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą” – dodawał.

To wystarczyło, by zaniepokoić oportunistów, którzy uwierzyli już w wieczność rządów PiS-u nad Polską. Nawet Kazimierz Kik, ulubiony ekspert TVP Info (który nie może się nachwalić Andrzeja Dudy, że „odblokował jego profesurę”), czy Jarosław Gowin (który otrzymał od Kaczyńskiego o wiele więcej władzy, niż by to wynikało z jego faktycznej politycznej siły) przez chwilę się zawahali. Kik skrytykował „nachalną propagandę państwowych mediów”, a Gowin stwierdził, że „wstydzi się za spot o uchodźcach”. To wszystko trwało tylko przez moment, dopóki Kaczyński nie narzucił narracji o „totalnym tryumfie w sejmikach”. Jednak prawicowe media zdążyły wyczuć u Gowina i Kika „mdły zapaszek zdrady”.

Władzę w Polsce daje obywatel Piszczyk

Szczególnie komentarz Kazimierza Kika wzbudził rozgoryczenie prawicy. W końcu od trzech lat jest on ulubionym komentatorem TVP Info. Kik zresztą z każdą władzą ma dobre stosunki, a każdą opozycję chętnie i gromko potępia. W czasach rządów PO był nie tylko członkiem honorowego komitetu wyborczego Platformy, ale mówił w mediach, że „Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz powinni siedzieć za antypaństwową działalność”. Dopiero po zwycięstwie PiS-u uznał rządy PO za „antynarodowe”. Złożył też samokrytykę mówiąc: „przez wiele lat wspierałem siły, które niszczyły kraj”. To wystarczyło, aby stał się gwiazdą TVP Info dostarczając cytatów, które trafiają nawet na „paski grozy”.

Ziobro powodem porażki w wyborach samorządowych?

Jeszcze wcześniej Kik był członkiem PZPR, podobnie jak Stanisław Piotrowicz „do wyprowadzenia sztandaru”. Zapisał się do partii między Marcem ’68 i Grudniem ’70, w jednym z najobrzydliwszych okresów PRL, kiedy władza najbardziej potrzebowała oportunistów. Po roku 1989 Kik PZPR gromko potępił. Jednak do SLD znów się zapisał – w 2001 roku, kiedy Leszek Miller został premierem. W ostatni wieczór wyborczy, gdy Warszawiacy ogromną większością wygłosowali kandydata PiS-u w pierwszej turze, Kazimierz Kik też próbował się przyłączyć do trendu. Wypowiedział słowa, które musiały PiS-owców obrazić: „Warszawa to przekorne miasto, specyficzne, z natury zbuntowane. Można je wziąć na rozum, a nie siłą. Tak zrobił Trzaskowski”.

Podobną wpadkę zaliczył Jarosław Gowin mówiąc pod wpływem chwili, że „jest mu wstyd za antyuchodźczy spot PiS”. Przez trzy lata rządów PiS nie Gowin nie wstydził się absolutnie niczego. Chwalił język Kaczyńskiego, Dudy i Szydło w sprawie uchodźców, kupował sobie sympatię Tadeusza Rydzyka za pieniądze z budżetu ministerstwa szkolnictwa wyższego, wreszcie przygotował dla Kaczyńskiego ustawę, która pomoże PiS-owi przejąć kontrolę nad polskimi uniwersytetami. Od kilku lat każda najskrajniejsza wypowiedź fundamentalisty czy narodowca nie tylko była przez Gowina broniona, ale przejmował ją i powtarzał jako swoją własną. Jego słynne słowa, że w polityce zobowiązuje go „krzyk rozpaczy dziesiątków tysięcy zamrożonych embrionów” były pasożytowaniem na języku Marka Jurka. Jurek jest fanatykiem, ale nie jest oportunistą, nie potrafi skorzystać nawet na zwycięstwie sprawy, której zawsze służył. Dlatego Kaczyński woli Gowina od Jurka.

Jarosław Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”. Prawicowi czy lewicowi radykałowie, nawet poczciwi liberalni inteligenci – wszyscy oni nadają się do ulicznych zadym, do „kampanii oburzenia”, do budowania „twardego elektoratu”. Ale rządzić się nimi nie da. Zbyt chimeryczni, zbyt patrzą na ręce, jest ich za mało i za bardzo denerwują masy zwykłych oportunistów.

Władza uśmiecha się do chłopa, czyli jak żyje polska wieś po wyborach

Dlatego Kaczyńskiemu tak bardzo zależało na tym, żeby mieć po swojej stronie Piotrowicza, Kika, Kryżego, Gowina. Problem w tym, że Piszczyki są płochliwe jak łanie. Wciąż niepewni, kto będzie rządził jutro, gdzie rodzi się najbardziej aktualny trend, na co się orientować. Czy być jeszcze zwolennikiem Sanacji, czy już endekiem? Czy już można zapisać się do „Solidarności”, czy lepiej potrzymać jeszcze w kieszeni legitymację PZPR. Czy PiS rzeczywiście będzie rządziło na wieki, czy także mieć parę furtek uchylonych w stronę na PO.

Piszczyk w polityce, biznesie i mediach

Chwilowe załamania Gowina czy Kika nie były żadnym wyjątkiem. Podobne sygnały pojawiły się pierwszego dnia po wyborach w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w policji i wojsku, w wielu państwowych urzędach. Właśnie dlatego Kaczyński nie może rozliczyć sprawców słabego wyniku PiS w wyborach samorządowych (Morawieckiego i Ziobrę). Musiał ogłosić totalne zwycięstwo, bo sama substancja jego partii zaczęłaby się rozłazić. W sukurs przyszła mu rzeź PSL-u w sejmikach.

Ale wielu ludzi w MSZ czy w urzędach miast zapamięta te pierwsze kilka godzin, kiedy rozdzwoniły się telefony od „starych przyjaciół”. Obiecujących bardziej cywilizowane traktowanie ostatnich zawodowych dyplomatów w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Czy lepszą współpracę lokalnej policji z samorządowcami Koalicji Obywatelskiej.

Piszczyka znajdziemy nie tylko w polityce, ale także w biznesie i mediach. Wiemy już, że w wyborach samorządowych przytłaczająca większość polskich przedsiębiorców zagłosowała przeciwko PiS-owi. Oni wiedzą najlepiej, że pieniądze na polityczną korupcję i do własnych kieszenie władza wzięła nie z „mafii watowskich”, ale dociskając podatkowo zwykłe polskie firmy. Stąd zapaść i stagnacja w polskich inwestycjach prywatnych. Ale ten opór wobec PiS-u dotyczy tylko drobnego i średniego biznesu. Wielki biznes jest zawsze i wszędzie zależny od władzy – od zamówień publicznych, od decyzji i regulacji państwa.

Największy polski biznesmen, Zygmunt Solorz, wybrał ostrożny kurs wobec władzy, której nie kocha, ale potrzebuje jej przychylności do prowadzenia własnych interesów. Po zdobyciu władzy przez PiS zaczęło się od konfliktu. Kaczyński zablokował budowę nowej kopalni węgla brunatnego, od której zależy produkcja energii w jednym z największych polskich zespołów elektrowni (Pątnów-Adamów-Konin), którego właścicielem jest Solorz. Zygmunt Solorz chciał się wówczas nawet wycofać z produkcji energii, jego pośrednicy w kontaktach z PiS-em zaoferowali sprzedaż elektrowni państwu przypominając jednocześnie, że PAK produkuje 8,5 procent całej energii elektrycznej w Polsce. Władza się przestraszyła, bo z inwestycjami PiS-owi raczej nie idzie. A czym innym jest niezdolność przekopania Mierzei Wiślanej (czego naprawdę nikt nie zauważy), a czym innym doprowadzenie do „zaciemnienia” w jednej trzeciej Polski. Solorzowi pozostawiono zatem elektrownie i pozwolono budować kopalnię. Niestety, jako twardą walutę w tym dealu została wykorzystana dziennikarska niezależność Polsatu. W największej polskiej telewizji prywatnej, która jest dziełem i własnością Zygmunta Solorza, nastał czas Doroty Gawryluk. Została nową szefową informacji i publicystyki. Ta dziennikarka nigdy nie ukrywała swojej prawicowości, ale dopóki rządziło PO, była to prawicowość „cywilizowana”, „konserwatywna”, którą zawsze można wykorzystać w kontaktach z prawym skrzydłem Platformy. Dziś Gawryluk przestawiła Polsat na język całkowicie spolegliwy wobec PiS-u i agresywny wobec opozycji. Miało to szczególne znaczenie w wyborach samorządowych, Nie zrobiło krzywdy Koalicji Obywatelskiej, ale prawie zabiło PSL. Jednak na wsi i w małych miasteczkach Polsat jest jedynym medium prywatnym poza telewizją Kurskiego i mediami Rydzyka. Zmiana politycznej linii Polsatu domknęła tam szczelny system PiS-owskiej propagandy. Sam Zygmunt Solorz traktuje Gawryluk instrumentalnie, jako „pisowskiego zająca”. Trzyma wiele podobnych stworzeń w swoich szafach. Poprzedni szef publicystyki i informacji Polsatu, Henryk Sobierajski, człowiek o poglądach lewicowo-liberalnych, nie został wyrzucony z pracy, ale na bardzo komfortowych warunkach został szefem agencji produkcyjnej, też należącej do Zygmunta Solorza, która zatrudni także innych bardziej liberalnych dziennikarzy Polsatu wycofanych z anteny. Solorz zastąpi nimi Dorotę Gawryluk i jej dziennikarzy, kiedy PiS straci władzę.

Klasycznym obywatelem Piszczykiem w polskich mediach jest Krzysztof Ziemiec. Do 2015 roku ulubieniec ludzi Bronisława Komorowskiego, którego był fanem. Katolicki i konserwatywny, ale do 2015 roku absolutnie na sposób „konserwatywnego skrzydła PO”. Od kiedy PiS przejęło telewizję publiczną Ziemiec czyta komunikaty rządu podpisane „paskami grozy”. W wywiadach i odpowiedziach na trudne przedstawia, podobnie jak profesor Kik, prezentuje najbardziej cyniczną apoteozę oportunizmu.

Męczeństwo Piszczyków

Obywatel Piszczyk w zakończeniu „Zezowatego szczęścia” prosi naczelnika więzienia, aby ten nie kazał mu wychodzić na wolność. Ma dosyć ciągłych zmian okupantów, rządzących, koloru sztandarów. Polityczna skuteczność Jarosława Kaczyńskiego polegała na tym, że wszystkim polskim Piszczykom obiecał powrót do wygodnego więzienia. Koniec męczenia się z obstawianiem wciąż nowych numerów i barw na politycznej czy ideologicznej ruletce. Ale do tego Kaczyński musiał polskiego Piszczyka przekonać, że PiS będzie w Polsce rządziło tak stabilnie i długo, jak kiedyś car i cesarze, a później liderzy sanacji czy sekretarze PZPR. Przez trzy lata mu się to udawało. Dopiero pierwsze potknięcie się PiS w dużych miastach wprowadziło całą formację polskich Piszczyków w zauważalną panikę.

Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”.

Holtei

„Wierzę, że dzisiejsza Polska – kraj wolny i demokratyczny – to także Pana zasługa. Dlatego też byłoby wielkim zaszczytem dla mieszkańców i władz stolicy Wielkopolski, gdyby zechciał Pan przyjąć zaproszenie do Poznania – miejsca, gdzie 11 listopada stanowi fenomen radosnego, wspólnego świętowania” – napisał w zaproszeniach do byłych prezydentów Jacek Jaśkowiak. Prezydent Poznania na Facebooku umieścił zdjęcia oficjalnych pism wystosowanych do Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego.

Jacek Jaśkowiak przypomniał, że w Poznaniu 11 listopada to także imieniny ulicy Święty Marcin. – „To kulturalny festyn, którego centralnym punktem jest barwny korowód z udziałem tysięcy poznaniaków. Świętujemy tu radośnie, chętnie dzieląc się z gośćmi naszą świętomarcińską tradycją”– napisał prezydent Poznania. Tego dnia mieszkańcy Poznania i turyści m.in. zajadają się słynnymi rogalami świętomarcińskimi.

W tym roku festyn organizowany jest w ramach programu „Pochwała Wolności”. – „Jego istotą jest refleksja nad ideą wolności oraz budowanie świadomej, aktywnej i odpowiedzialnej wspólnoty. Społeczności…

View original post 3 081 słów więcej

Kaczyński i PiS wezmą się za niezależne media

– Obawiam się, że w PiS są zwolennicy kursu twardego, który wyraziła posłanka Pawłowicz, a wcześniej jeden z braci Karnowskich. Czyli że problemem nie jest opozycja, ale niezależne media – mówił w TOK FM Aleksander Kwaśniewski.

– Sądzę, że oczekiwania PiS wobec tych wyborów były większe. Zarówno jeżeli chodzi o wybory prezydenckie, jak i do sejmików – mówił w TOK FM były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jego zdaniem sprowokuje to partię rządzącą do zmiany w działaniu, a możliwości są dwie – albo „na ostro”, albo „na miękko”.

W opinii Kwaśniewskiego, kurs “na ostro” oznaczałby atak na niezależne media.

– Obawiam się, że w PiS są zwolennicy kursu twardego, który wyraziła posłanka Pawłowicz, a wcześniej jeden z braci Karnowskich. Czyli że problemem nie jest opozycja, ale niezależne media. Zwłaszcza te, które mają obcych właścicieli. Być może pójdzie ostry atak na media, pomysły na decentralizację – przewidywał.

Łagodniejsza z koncepcji mogłaby, jak domyśla się były prezydent, polegać na odejściu od „stylu konfrontacyjnego wobec wszystkich”, czyli np. szukaniu porozumienia z Unią Europejską. – Ten nastrój walki PiS z UE pomógł bardzo przeciwnikom PiS – zauważył.

Karolina Lewicka przypomniała, że zdaniem części komentatorów sympatyzujących z PiS, decyzja TSUE o zawieszeniu przepisów dotyczących czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym, wpisała się w kampanię wyborczą.

– To bzdura. W piątek było już za późno, żeby o czymkolwiek rozstrzygać. Wszystko decyduje się najpóźniej tydzień przed głosowaniem – skomentował Kwaśniewski.

Trzeba się przyznać do błędu

Zapowiedź złagodzenia stanowiska w sporze z UE pojawiła się dzisiejszej wypowiedzi Jacka Czaputowicza. Szef polskiej dyplomacji stwierdził, że potrzebna będzie nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, by przywrócić na stanowiska odesłanych na emeryturę sędziów.

W ocenie Aleksandra Kwaśniewskiego podejście ministra Czaputowicza jest słuszne.

– Trzeba przyznać, że popełniliśmy błąd, znowelizować ustawę, przywrócić – świetnych zresztą – sędziów, którzy zostali z sądu niekonstytucyjnie usunięci i zamknąć temat – przekonywał.

Zdaniem Kwaśniewskiego, Kaczyński nie będzie mieć problemu z wytłumaczeniem się z tej sprawy swojemu elektoratowi.

– Problem Kaczyńskiego z tym elektoratem, który ma, nie jest wielki. Ma 33 proc. ludzi, którzy wierzą w jego gwiazdę i przyjmą każde wytłumaczenie. Jego problem jest taki, że od dłuższego czasu nie może rozszerzyć tego elektoratu. A rozszerzyć go może nie w stronę prawą, bo tam już za bardzo nie ma gdzie, ale w stronę centrum, gdzie musi wykazać się trochę inną polityką – argumentował.

W piątek Trybunał Sprawiedliwości Unii podzielił pogląd Komisji Europejskiej, że nowe polskie przepisy są niezgodne z unijnym prawem, bo podważają zasady niezależności sądowniczej. Rzecznik Komisji zaznaczył, że ostateczny wyrok unijnego trybunału w tej sprawie będzie wydany później.

>>>

Na wyrok TSUE poczekamy parę miesięcy i – znając polską politykę – wiele może się przez ten czas zdarzyć. Trybunał nie powiedział, w jaki sposób wykonać jego postanowienie, ale zaadresował je do wszystkich władz – każdej w ramach jej kompetencji. Nie ma więc potrzeby ponownego powoływania sędziów. Czy potrzeba noweli ustawy? Nie wiem, ale ona na pewno będzie. Bo w całej tej reformie od początku chodzi tylko o zmianę kadrową. Wynika to jasno ze słów Jarosława Kaczyńskiego, który przypominał orzeczenie SN o niedopuszczalności posługiwania się nielegalnie zdobytymi dowodami, co miało wielkie znaczenie np. w procesach byłej posłanki Sawickiej czy ułaskawionych szefów CBA. Tak ma już nie być. O to toczy się gra.

Michał Laskowski – rzecznik i sędzia u Jana Wróbla w http://www.tokfm.pl/Tokfm

http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,130517

Wygląda na to, że Kaczyński weźmie się teraz za niezależne media – za TVN i Onet.

Holtei

„Przedłużenie głosowania przez PKW w związku z kolejkami w niektórych lokalach wyborczych nie znajduje oparcia w prawie” – napisał pełnomocnik wyborczy PiS Krzysztof Sobolewski w piśmie przesłanym do Komisji. Według niego stanowisko przewodniczącego PKW de facto przyzwalało na głosowanie po ustawowo określonym terminie. – „Stanowisko PKW pozostaje poza uregulowaniami prawnymi, rażąco wykracza poza ustawowe kompetencje tego organu i stwarza zagrożenie dla uczciwości, przejrzystości i równości wyborów” – dodał Sobolewski.

W niedzielę wieczorem przewodniczący PKW Wojciech Hermeliński poinformował, że osoby które do godz. 21 ustawiły się w kolejkach do lokali wyborczych – czy to w lokalach, czy poza nimi – będą mogły zagłosować także po zakończeniu ciszy wyborczej. – „O godz. 21 przedstawiciele komisji obwodowych, w tych lokalach, gdzie wyborcy czekają, wyjdą i staną na końcu tej kolejki – to będzie koniec osób, które chcą zagłosować. Inne osoby, które po godz. 21 stawią się w tej kolejce, oczywiście, już nie będą…

View original post 648 słów więcej

600 pedofilów w sutannach chodzi codziennie między naszymi dziećmi. Kościół pierze mózgi dzieciom i wychowuje ich w przesądach, afery pedofilskie, wieści o przekrętach finansowych. Do tego każda uroczystość państwowa zaczyna się mszą

>>>

>>>

„Chodzi nam o budowanie Kościoła, w którym nie ma zła zamiatanego pod dywan i zła, które się bezkarnie panoszy”

Biskup Piotr Libera podczas poniedziałkowej konferencji prasowej oznajmił, że diecezja płocka walczy ze wszystkimi przejawami pedofilii w Kościele. Zaznaczył, iż do zwołania konferencji, której tematem była „Ochrona małoletnich w praktyce diecezji płockiej” skłonił go m.in. niedawny List do Ludu Bożego papieża Franciszka, a także minione 10 lat od objęcia biskupstwa płockiego. Przypomnijmy: W ogłoszonym w sierpniu Liście do Ludu Bożego papież Franciszek przywołał m.in. słowa św. Pawła: „Gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki”. Pisze w nim o czynach popełnionych przez „znaczną liczbę księży i osób konsekrowanych”. Skala nadużyć zdaniem papieża „wymaga przyjęcia odpowiedzialności w sposób globalny i wspólnotowy”, a uświadomienie sobie tego, co się stało, nie wystarcza.

W odpowiedzi na List do Ludu Bożego papieża Franciszka we wszystkich dekanatach diecezji odbyły się nabożeństwa pokutne w intencji ofiar nadużyć w Kościele. – „Od samego początku pobytu w Płocku, czyli od czerwca 2007 r., wydałem wojnę przestępcom. Nie uchylamy się od odpowiedzialności za popełnione przestępstwa. Egzekwowanie zasady „zero tolerancji” wobec zachowań pedofilnych wśród duchownych było i jest nadal moim priorytetem” – oświadczył bp Libera. – „Skala krzywd, jakie te dzieci, osoby małoletnie, doznały jest wielka. To nie jest złamanie kości czy siniaki. To rany osobowości, z którymi będą musiały żyć latami” – czytamy w portalu Onet.

Od 31 maja 2007 r. do 17 września 2018 r., czyli w okresie 11 lat posługi bp Libery 9 duchownych oskarżonych zostało o nadużycia seksualne względem nieletnich, w tym dwóch z osobami poniżej 15 roku życia. Zaden z nich nie pracuje już z dziećmi lub młodzieżą, a cześć usunięto ze stanu duchownego. Niezależnie od tego, czy sprawa była w sądzie cywilnym umarzana, to sądy kościelne procedowały i wydawały wyroki. We wszystkich sprawach badanych we wspomnianym okresie poszkodowanych zostało 16 osób, w tym trzy poniżej 15 roku życia.

„Odczuwamy zażenowanie i wstyd, ale konsekwentnie idziemy drogą oczyszczenia i drogą prawdy – mówił biskup pomocniczy płocki Mirosław Milewski, przedstawiając na konferencji powyższe dane. – „Nie chodzi nam o jakieś proste zamknięcie przeszłości, ale o trzymanie się z determinacją drogi, na której jest potępienie dla sprawców i pomoc dla ofiar. Chodzi nam o budowanie Kościoła, w którym nie ma zła zamiatanego pod dywan i zła, które się bezkarnie panoszy”. Kuria diecezjalna nie ma natomiast „jasnych informacji i danych”, co działo się przed objęciem rządów w diecezji płockiej przez bp Liberę.

>>>

>>>

Kler i Morawiecki. Pedofilia, życie na koszt państwa i paranoja władzy

Kolejny świetny projekt plakatu autorstwa Andrzeja Pągowskiego.

– Jestem tylko reżyserem. Ale chciałbym, żeby system finansowania Kościoła był jawny, księża pedofile trafiali do więzienia i żeby polski Kościół wziął wreszcie odpowiedzialność za ofiary – mówi Wojciech Smarzowski. We wtorek 18 września na festiwalu w Gdyni premiera „Kleru”, najgłośniejszego polskiego filmu tej jesieni.

Tadeusz Sobolewski: „Kler” będzie polskim „Spotlight”? Oscarowy film z 2015 r. opowiadał o pedofilskim skandalu w amerykańskim Kościele.

Wojciech Smarzowski: To inna sytuacja. Trzeba pamiętać o tym, że w żadnym kraju Kościół sam z siebie nie oczyścił się z win. Musiała być pomoc państwa, instytucji świeckich. Zresztą „Kler” nie jest filmem tylko o pedofilii. Ważne było dla mnie, aby zrobić film o ludziach, których wyróżnia tylko to, że noszą sutanny. Są trzy wektory napędzające tę historię: żądza pieniędzy – chciwość, żądza władzy, no i żądza seksualna.

A skoro od tego zaczęliśmy, zajmijmy się tym grzechem. Badania w Niemczech, które przeprowadziły świeckie komisje na zlecenie episkopatu, wykazały, że wśród księży jest 4 proc. pedofilów. Ale tam episkopat dostarczał archiwa komisjom. W Australii episkopat udostępnił wszystkie kościelne archiwa i wyszło, że to 7 proc. U nas oczywiście żadnych badań nie było, ale nawet jeżeli tylko – jak w 2014 r. stwierdził papież Franciszek – 2 proc. wszystkich księży jest pedofilami, to i tak mniej więcej 600 pedofilów w sutannach chodzi codziennie między naszymi dziećmi.

W ostatni weekend Mateusz Morawiecki najpierw stwierdził, że w czasach rządów PO-PSL „nie było dróg ani mostów”, a potem zażartował z szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Morawiecki opowiedział zmyśloną historyjkę, jak to kuzyn dzwoni do Tuska i pyta: „Co robisz?”. A Tusk na to: „Nic, jestem w pracy”. Według Morawieckiego „właśnie tak rządzili. To była ta gnuśność, pasywność, ta inercja, to nicnierobienie. Oni byli rządem pasywności, my jesteśmy rządem aktywności”. O poprzednikach mówił też kilka miesięcy temu tak: „Przestępcy podatkowi przestali w Polsce, że tak powiem, wytyczać kierunki polityki gospodarczej”.

Mateusz Morawiecki był jednym z nich

W związku z powyższym trzeba premierowi przypomnieć, że przez dwa lata był – używając jego słów – jednym z tych „przestępców” wytyczających kierunki, którzy nie budowali mostów ani dróg i nic nie robili, kiedy byli w pracy. Był, bo w 2010 r. (na dwa lata) Donald Tusk powołał go na jednego z 11 członków swojej Rady Gospodarczej. Zgodnie z zarządzeniem Rada była organem pomocniczym prezesa Rady Ministrów w sprawach dotyczących bieżących zagadnień rozwoju społecznego i gospodarczego kraju.

A Morawiecki był dość aktywnym jej członkiem, spotykali się co dwa tygodnie. „Zastanawialiśmy się, jaka polityka makroekonomiczna i jakie działania planowane przez rząd byłyby korzystne, by nie wpuścić kryzysu do Polski. Premier Morawiecki w tych pracach brał aktywny udział. Jego kontrybucja była konstruktywna” – wspominał w rozmowie z serwisem NaTemat.pl Adam Jasser, który był sekretarzem Rady. Dodawał, że poglądy Morawieckiego były wówczas zbieżne z tym, jak działał rząd Tuska.

Morawiecki nie ma w PiS wielu sympatyków

Co więc każe Mateuszowi Morawieckiemu wypierać się swojej przeszłości, jednak dość mocno związanej z poprzednim rządem, na którego temat tak niewybrednie dziś „żartuje”?

Choć do PiS zapisał się już ponad 2,5 roku temu, to nie ma tu wielu sprzymierzeńców. Kiedy Kaczyński zakomunikował przy Nowogrodzkiej, że wymienia Szydło na niego, to ona otrzymała gromkie brawa na pocieszenie. Morawiecki nie został powitany oklaskami. I tak w partii nie klaszczą mu do dziś. Posłowie PiS wciąż wytykają mu, że był w Radzie Gospodarczej Tuska, i kłują ich w oczy pieniądze, które premier zarobił w bankowości.

Ale Morawiecki ma kilka atutów, które imponują prezesowi i wywołują zazdrość partyjnego aktywu. To poukładana rodzina, czworo dzieci, karta opozycyjna, dobre wykształcenie, konserwatywne poglądy i – najważniejsze – zna się na gospodarce, o której prezes nie ma większego pojęcia. Kiedyś już Kaczyński, z powodu braku własnych zasobów, zaimportował sobie z obozu Platformy gospodarcze kompetencje Zyty Gilowskiej. Teraz sięgnął po Morawickiego, który chce się sprawdzić w polityce, bo w biznesie już swoje zrobił i zarobił. Twardy elektorat PiS nigdy do końca nie zaakceptował w szeregach partii nieżyjącej już wicepremier Gilowskiej, która zakładała z Tuskiem PO. Z Morawieckim ten elektorat też ma problem, i to większy, bo przecież kiedyś to on zastąpi wodza.

Premier wypiera się przeszłości

Morawiecki robi wiele, aby uwiarygodnić się w oczach ludu zapatrzonego w Kaczyńskiego. Dlatego pojawił się obok prezesa na miesięcznicy smoleńskiej, choć podobno nie wierzy w zamach. Dlatego pierwszy wywiad, którego udzielił – kiedy tylko został premierem – miał miejsce w telewizji o. Tadeusza Rydzyka. To tam mówił o swoim marzeniu rechrystianizacji Europy.

Wreszcie, aby przypodobać się elektoratowi PiS, Mateusz Morawicki jest w stanie wyprzeć się swojej przeszłości i całkiem sensownej współpracy z rządem Donalda Tuska, z którego teraz tak ochoczo żartuje.

Tymczasem przez prawie dwie dekady Morawiecki był częścią elit tak teraz krytykowanej przez siebie III RP – najpierw jako młody samorządowiec, zasiadający w sejmiku województwa dolnośląskiego z ramienia AWS, następnie jako jeden z najbardziej prominentnych, udzielających się publicznie menadżerów sektora bankowego.

Na konwencji samorządowej Zjednoczonej Prawicy 1 września premier Morawiecki oznajmił, że spakował się na dobrych kilka tygodni podróży i rusza w Polskę. Od razu wsiadł do partyjnego busa i pojechał do Łowicza. Od tego czasu jest ciągle w trasie. Co tydzień media przynoszą informację o kolejnym kampanijnym przystanku premiera.

Cuda i ruiny

Słuchając tego, co premier mówi w kolejnych miastach, nie sposób nie zadać pytania: do kogo szef rządu próbuje dotrzeć? Widać już bowiem bardzo wyraźnie, żeMorawiecki nie zmiękcza ani trochę partyjnego przekazu, nie próbuje specjalnie sięgnąć do tego elektoratu, u którego Kaczyński, Błaszczak, czy inne osoby z twardego jądra obozu władzy nie budzą wcale szczególnego zaufania.

Morawiecki, walcząc dla swojej partii o kolejne miasta i województwa, powtarza niemal dokładnie to samo, co PiS mówił przez ostatnie trzy lata. Ze wszystkich wystąpień premiera na kampanijnej trasie da się skonstruować jedną narrację, zbudowaną wokół pięciu figur: Polski w ruinie; leniwych, skorumpowanych i gardzących prostym człowiekiem elit; cudu gospodarczego, jaki przynieść miała „dobra zmiana”; prostego człowieka, któremu PiS przywrócił godność; wreszcie wrogów dobrej zmiany z „totalnej opozycji” i zagranicy, którzy zrobią wszystko, by odsunąć PiS od władzy i ponownie odebrać Polakom dumę z tego, kim są i szanse na godne życie.

Premier mówi więc o likwidowanych połączeniach kolejowych, upadłych zakładach, niegdyś tętniących życiem przystankach, dziś porośniętych trawą (Opole), o tym, jak przez „25 lat prywatyzowano polski przemysł i banki” (Szczecin). Jasno wskazuje też winnego tego stanu rzeczy: „elitę III RP”, z politykami PO na czele. W Szczecinie Morawiecki opowiedział żart o rządzącym przez siedem lat premierze, który gdy ktoś do niego dzwonił z pytaniem „co robisz”, odpowiadał „nic, przecież jestem w pracy”. W Gorzowie Wielkopolskim premier w denuncjacji swoich konkurentów uderzył w wizyjne, poetyckie tony: „Tutaj w Gorzowie macie takie urokliwe schody donikąd. To piękna osobliwość Gorzowa, ale jednocześnie taka metafora polityki naszych poprzedników. Droga donikąd – tak prowadzili polską gospodarkę, polskie społeczeństwo”.

W przeciwieństwie do PiS. Rządząca partia, jak powtarza w każdym odwiedzanym miejscu Morawiecki, już przyniosła Polsce „mały cud gospodarczy”. Rządy partii z Nowogrodzkiej rozbiły mafie vatowskie, przyniosły miliardy finansom państwa, przywróciły godność rodzinom, objętym 500+, a wszystko to dopiero początek. W Szczecinie premier obiecywał odbudowę przemysłu stoczniowego, drogi, obwodnice i połączenia kolejowe, inwestycje w zrównoważony rozwój i bogactwo sięgające najdalszych zakątków Polski. „Wiatr historii musi teraz zawiać w każdej gminie” – przekonywał w Gorzowie.

By jednak zawiał PiS musi odsunąć od władzy w samorządach konkurentów. Ci bowiem tylko knują, jak powstrzymać dobrą zmianę. Samorządy najchętniej by – zdaniem premiera – sprywatyzowali. Dobra zmiana tych knowań się jednak nie boi. „Nam niestraszne są te wszystkie pomruki z zagranicy, pomruki naszych konkurentów politycznych, tych, którzy albo nie rozumieją zmiany albo chcą doprowadzić do fragmentacji Polski, do rozczłonkowania [takiego] jak dawne rozbicie dzielnicowe” – straszył i uspokajał zarazem Morawiecki w Szczecinie.

Premier, który spadł na Ziemię

Słuchając wszystkich tych jeremiad premiera Morawieckiego wymierzonych w III RP można by pomyśleć, że szef rządu w 2015 roku przyleciał do Polski po raz pierwszy z jakiejś odległej planety, lub przynajmniej drugiej półkuli. Tymczasem przez prawie dwie dekady Morawiecki był częścią elit tak teraz krytykowanej przez siebie III RP – najpierw jako młody samorządowiec, zasiadający w sejmiku województwa dolnośląskiego z ramienia AWS, następnie jako jeden z najbardziej prominentnych, udzielających się publicznie menadżerów sektora bankowego.

Trudno poważnie traktować utyskiwania na prywatyzacje banków ze strony kogoś, kto w sprywatyzowanym banku zrobił błyskotliwą karierę i wypracował wielomilionowy prywatny majątek. Żart z rzekomego lenistwa Tuska byłyby może mniej żenujący, gdyby Morawiecki nie był doradcą ekonomicznym lidera PO przez cztery lata. Nie sposób nie zapytać też, czy wtedy nie widział problemu z luką VAT i czy informował o nim premiera. Jeśli III RP to faktycznie schody wiodące donikąd, to Morawiecki sam ponosi za to część odpowiedzialności.

Oczywiście, Morawiecki nie jest pierwszym, ani ostatni politykiem, który w kampanii wyborczej nieuczciwie atakuje konkurentów, przemilcza niepasujące do narracji fakty i składa wątpliwe obietnice. Pytanie tylko, na ile język, jaki PiS mówił przez ostatnie trzy lata zadziała w wyborach samorządowych.

Daremna roszada

Po trzech latach PiS utrzymał, a być może nawet lekko poszerzył swój stan posiadania z 2015 roku – co w polskiej polityce, gdzie rządząca partia tylko raz wygrała wybory, jest pewnym sukcesem. Z drugiej strony, mimo świetnej koniunktury i uruchomionych transferów socjalnych PiS ciągle daleki jest od całkowitej hegemonii, a około połowy aktywnych publicznie Polaków i Polek uważa, iż odsunięcie tej partii od władzy jest konieczne do ocalenia demokracji w Polsce.

W samorządach ta polaryzacja może jeszcze pracować na korzyść PiS. Partia Kaczyńskiego jest dziś na poziomie władzy lokalnej bardzo słaba – rządzi w jednym województwie, nie ma prezydenta w żadnym większym mieście. Jesienią PiS z pewnością weźmie co najmniej kilka województw, może uda się też z jakimś dużym miastem. Bliskie partii media ogłoszą wtedy sukces i potwierdzenie mandatu „dobrej zmiany”.

Ale już w następnych wyborach parlamentarnych retoryka, jaką dziś posługuje się Morawiecki, może się zużyć. Jeśli partia nie przyciągnie nowych wyborców, to wystarczy lekkie wahanie poparcia, jeden poważniejszy wizerunkowy kryzys, by jej samodzielna większość w przyszłym Sejmie pękła jak bańka mydlana.

Roszada wymieniająca Szydło na Morawieckiego miała zapobiec temu scenariuszowi. Nowy premier miał przemówić do wyborców odpornych na uroki pisowskiego, twardego aktywu: klasy średniej, przedsiębiorców, elity zawodowe, umiarkowanych wyborców niechętnych stanowi ciągłego politycznego wrzenia.

Dziś jest już jasne, że żaden zwrot ku centrum nie dokonał się i raczej już nie dokona za sprawą Morawieckiego. Premier mówi z grubsza tym samym językiem co Beata Szydło, czy Mariusz Błaszczak i trafia do bardzo podobnego elektoratu. Co z czasem może wywołać u Kaczyńskiego refleksję, czy roszada miała sens i czy ambitny Morawiecki jest najlepszą osobą do walki o drugą kadencję PiS. Ze względu na swój własny polityczny interes wewnątrz obozu władzy premier powinien więc być może rozważniej dobierać słowa.

Społeczeństwami rządzą emocje. Tę lekcję odrobiły prawicowe ruchy populistyczne przejmujące władzę w wielu miejscach demokratycznego świata. Umiejętnie je rozbudzają i eskalują, bazując na podstawowych fundamentach ludzkiej psychiki. Ich ulubionym jest tradycyjnie fundament świętości i upodlenia. Praktycznie zawsze świętością jest tu naród i jego niezależność, którą brukają imigranci mający doprowadzić do zniszczenia kraju. To wspólny mianownik łączący Orbána, Kaczyńskiego, Farage’a i Trumpa. A narracja ta działała wszędzie – nawet tam, gdzie imigrantów praktycznie nie widać, jak choćby w Polsce.

Kim są i czego chcą liderzy populistów w Europie?

Ruchy populistyczne nie gardzą też fundamentem autorytetu i buntu. Pomimo że ich przedstawiciele sami są w polityce od dekad lub zaliczają się do finansowej elity, budują poparcie na potrzebie buntu wobec elity: czy to „waszyngtońskie bagno”, lokalne elity polityczne i społeczne, czy też eurokraci. Ich następny ulubiony fundament to lojalność i zdrada – przeciwnicy są tu przedstawiani najczęściej jako pachołki obcych potęg. Nie da się jednak ukryć, że ten fundament przechodzi w ręce opozycji wskazującej na powiązania populistów – najczęściej z Rosją.

Nowa żelazna kurtyna. Populizm wschodni i zachodni

Trolle dla prawicowych populistów

Nie da się bowiem zaprzeczyć, że rosyjskie trolle internetowe w ostatniej rundzie wyborów wspierały prawicowych populistów (a wiemy, że w niektórych przypadkach pomoc szła o wiele dalej – co wykazuje na przykład komisja Muellera w USA). Czy zatem populiści to Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji? Wykluczyć tego nie sposób, ale być może stanowią tylko narzędzie do osiągnięcia przez Moskwę zupełnie innych celów.

Spowiedź rosyjskich trolli w „New York Timesie”: Pracowaliśmy jak roboty

Utracona potęga Rosji

Rosja to kraj trapiony wieloma problemami, jednocześnie od czasu rozpadu ZSRR opłakujący utratę swej potęgi i marzący o odzyskaniu choć jej namiastek. Tymczasem sytuacja w tym kraju jest bardzo trudna przynajmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, transformacja z gospodarki socjalistycznej w oligarchiczną okazała się katastrofą. Jak wielka to katastrofa, najłatwiej dostrzec na przykładzie Ukrainy, która szła bliźniaczą ścieżką. Rosja nie wygląda tak fatalnie tylko dzięki zasobom surowców naturalnych, którymi finansuje społeczny spokój i marionetkowe rządy wasali. Jednak spadki cen ropy to uniwersalna oznaka nadchodzącego kryzysu w Rosji. Zresztą surowce naturalne to jak zwykle mieszane błogosławieństwo, bo rozleniwia, przez co Rosja znalazła się w sytuacji, w której nie jest nawet w stanie wyżywić swoich obywateli – mimo gigantycznych areałów. Drugi zaś powód ma naturę demograficznej zapaści pogłębianej problemem alkoholowym, epidemią AIDS oraz depresji. Perspektywy zaś nie wyglądają różowo – Rosja jest skazana na obniżanie swojej pozycji międzynarodowej.

Ukryci za (prawicowym) portalem

Podkopać innych, pozostać mocarstwem

Niezbędne reformy mogące odwrócić ten trend w samej Rosji są właściwie niemożliwe do przeprowadzenia, gdyż uderzałyby bezpośrednio w interesy rządzącej kleptokracji. Jednak utrzymanie mocarstwowej narracji jest obok zapewnienia minimum socjalnego warunkiem jej popularności. Dlatego jedyną alternatywą jest intensywne podkopywanie pozycji innych aktorów na scenie międzynarodowej. Nadzwyczaj użytecznym narzędziem okazał się internet, gdzie farmy rosyjskich trolli wpływały na opinię publiczną – zwłaszcza przed ważnymi wyborami. Rosja wspierała zwykle ruchy marginalne w celu podkopania pozycji istniejących elit. Efekty zaś były porażające: nagle okazywało się, że postaci niemające szans na zwycięstwo wygrywały z faworytami. Tak wygrał Donald Trump, Andrzej Duda i zwolennicy brexitu.

Czy to był cel działania rosyjskich trolli? Wydaje się, że nie oczekiwano aż tak daleko posuniętych skutków. Liczono na pewno na rozbudzenie tendencji izolacjonistycznych i wprowadzenie napięć wśród tradycyjnych sojuszników, osłabienie instytucji UE. Jednak doprowadzenie do rozpadu UE, kwestionowanie roli NATO przez prezydenta USA chyba przekraczało założone efekty programu. A może to dopiero początek rosyjskiego planu?

Rosjanie oskarżeni o ingerowanie w wybory w USA. Co konkretnie robili?

Trolle w debacie na temat szczepionek

Takie wnioski płyną pośrednio z wyników badań opublikowanego w „American Journal of Public Health” artykułu „Weaponized Health Communication: Twitter Bots and Russian Trolls Amplify the Vaccine Debate”, autorstwa Davida Broniatowskiego et al. Zespół analizował aktywność rosyjskich trolli w zakresie debat o szczepionkach. Pierwszym zaskoczeniem jest to, że rosyjskie trolle w ogóle się w takich kwestiach udzielają – w końcu nie jest to z punktu widzenia Rosji temat politycznie użyteczny. Trudno uwierzyć, że Rosjanie liczą, że trolle masowo przekonają matki do nieszczepienia dzieci, co przełoży się na masowe epidemie, które uderzą demograficznie w państwa Zachodu. Szczególnie że rosyjskie trolle nie wypowiadają się jedynie po stronie antyszczepionkowców – równie często obowiązkowych szczepień bronią. O co więc chodzi?

Rosyjska gra na destabilizację

Wygląda na to, że grę na emocjach Rosjanie opanowali jeszcze lepiej niż prawicowi populiści. I o ile ci pierwsi wykorzystali ją, grając po jednej stronie debaty w celu zdobycia władzy, o tyle Rosjanom chodziło o coś zgoła innego – podniesienie temperatury społecznego sporu, podważenie utartych konsensusów. Markowanie debaty po obu stronach sporu nie tylko angażowało już zainteresowanych, ale przede wszystkim zachęcało do opowiedzenia się po jednej ze stron przez wcześniej obojętnych. Innymi słowy, Rosji zależy na podziałach społecznych, a w dłuższej perspektywie – destabilizacji społeczeństw Zachodu. To, że destabilizacja przyniosła dodatkowo władzę siłom sprzyjającym rosyjskim interesom, wydaje się tylko dodatkową korzyścią. Przemawia za tym fakt, że rosyjskie boty nie zakończyły swojej działalności i penetrują kolejne tematy budzące społeczne emocje.

Rosyjskie fabryki trolli. Zalewają internet prokremlowskim przekazem, ale popełniają również błędy

Czego się zatem możemy spodziewać? Najwyraźniej rozdmuchiwania każdej debaty, która może się okazać kontrowersyjna: tak po stronie konserwatywnej, jak liberalnej. Celem bowiem wydaje się nie zwycięstwo konkretnej siły politycznej, ale destabilizacja. Ta zaś wymusza większe zaangażowanie w sprawy wewnętrzne kosztem spraw międzynarodowych. Co z kolei pozostawi Rosji wolne pole do prób odbudowania swojej mocarstwowości.

Dlaczego coraz częściej dajemy się uwieść populizmowi. Pięć lekcji

Tym razem Krystyna Pawłowicz postanowiła na Twitterze zadać pytanie ministrowi obrony narodowej Mariuszowi Błaszczakowi. – „Panie Ministrze ON, czy Pan wie, że krążą plotki, iż Mazguła i jego koledzy z wojska mają po przegraniu wyborów przez PO, na hasło opozycji o „sfałszowaniu wyborów przez PIS” wyprowadzić wojsko z koszar…? Ale chyba wszystko jest pod kontrolą?” – napisała Pawłowicz.

W kolejnym wpisie zapewniła: – „Nooo, słyszałam to od poważnych osób. Ja tylko pytam…”. Zaiste „mocne dowody” ma posłanka PiS, stawiając to pytanie…

– „Pani Pawłowicz najwyraźniej zaczyna się niepokoić, co będzie, jak wyjdzie na jaw, że PiS istotnie sfałszował wyniki wyborów”;

„Strach przed przegranymi wyborami przez PIS odbiera jej resztki rozumu”; – „Wojskowy zamach to raczej PiS szykuje a nie opozycja (OT, czyli armia Macierewicza na wschodnich terenach); – „A ja słyszałam, że Pawłowicz będzie brała udział w wyborach „Miss Polski”, nie wiem, czy to prawda, ale tak słyszałam… ja tylko pytam” – komentowali najnowszy „odlot” posłanki PiS.

„Uważam, że premier Morawiecki nie rozumie, co to jest prawda. Słuchając go wielokrotnie, w różnych miejscach, mam coraz więcej wątpliwości. On żyje w jakiejś meta-prawdzie czy fake-prawdzie, nie wiem, jak to nazwać. Dla niego świat się zaczął wraz z dojściem PiS-u do władzy. Nic wcześniej nie było” – powiedział Aleksander Kwaśniewski w TVN24. Były prezydent stwierdził, że Mateusz Morawiecki walczy o sukcesję w PiS i chce udowodnić Jarosławowi Kaczyńskiemu, że lepszego następcy od niego nie ma. – „W związku z tym posuwa się do stwierdzeń, które moim zdaniem są dyskwalifikujące. Morawiecki to przykład, jak ambicja i pozycja polityczna może przewrócić w głowie” – zauważył Kwaśniewski.

Były prezydent odniósł się do zawieszenia przez Europejską Sieć Rad Sądownictwa nowej KRS w prawach członka tej organizacji. Przypomnijmy, że w głosowaniu 100 głosów oddano za zawieszeniem, przy 6 przeciwnych i 9 wstrzymujących się. – „Wynik głosowania jest najsmutniejszy. To jest dowód na to, że Polska w strukturach Unii Europejskiej jest osamotniona i nie może liczyć na tych sojuszników, na których rządzący bardzo liczą, np. na Węgrów, Czechów czy Słowaków, bo ten wynik byłby inny, może nie 100 do 6, tylko 90 do 16” – podsumował.

Po raz kolejny Kwaśniewski skomentował słowa o Andrzeja Dudy o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie”. – „Te słowa są nieprawdziwe w faktach. Bo Unia dała nam bardzo dużo. Musimy zacząć walczyć z nieprawdą. To, co proponuje dziś PiS ustami swoich najwyższych przedstawicieli, prezydenta i premiera, jest niebywałe. Tak mijać się z prawdą, tak ją omijać, to rzeczy, które znamy z bardzo zamierzchłych czasów. Polska ustami prezydenta wpisuje się w nurt antyeuropejski, na czele którego stoi Władimir Putin.” – podkreślił Kwaśniewski w TVN24.

Waldemar Mystkowski pisze, do czego używane jest PiS i przez kogo.

PiS w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Liderka francuskiej skrajnej prawicy Marine Le Pen spozycjonowała PiS w dzisiejszej Europie, określając, iż „w Polsce, na Węgrzech i w Austrii nasze idei są u władzy”. Ta przeciwniczka Unii Europejskiej otwartym tekstem powiedziała to, co skrywają Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki: wychodzimy z projektu unijnego, aby zasklepić się w tradycji narodów znanej przed 1939 rokiem, a jeszcze lepiej przed 1918.

Nie mamy takich dowodów, jakie mają opozycje we Francji, na Węgrzech, w Austrii czy nawet w USA, iż „nasze idee u władzy” to poręczne ekspozytury uprawiania polityki zagranicznej przez Kreml. „Nasi u władzy” grają na rozbicie Unii Europejskiej, tak jak PiS, któremu w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Jarosławowi Kaczyńskiemu, który mimo niemocy fizycznej uczestniczy w kampanii samorządowej, przeszkadzają samorządy – w jego wizji partia centralnie powinna zarządzać samorządem. Nawet na tym poziomie mamy do czynienia z kolejnym odwołaniem do tradycji, tym razem do PRL-u.

Prezes PiS postraszył wyborców, iż jeżeli przy urnie nie wskażą na kandydata PiS, to zostanie im oskoma, a nie pieniądze: – „W gminie trzeba budować, poprawiać drogę, to są potrzebne pieniądze z centrali, centrala to z kolei rząd”, czytając wprost znaczy, że tylko samorządy zarządzane przez PiS będą mogły liczyć na finansowe wsparcie rządu. Taka dotacja będzie uzależniona od „naszego człowieka u władzy”, a nie od złożonej odpowiedniej aplikacji, wniosku.

Coś tam bąknął Kaczyński, iż PiS szykuje nam dobrobyt: – „Chcemy, aby w Polsce było najpierw tak jak we Włoszech, a w końcu tak jak w Niemczech”. Stwierdzenie ni przypiął, ni przyłatał, bo z tym rządem raczej zbliżamy się do Grecji i do podobnych gospodarek, które zostały zrujnowane przez podobny pisowskiemu populizm.

Z Kaczyńskim jest jednak tak, iż język zawsze go obnaża, nie tylko poprzez lapsusy („nikt nam nie powie, że białe jest białe…”), ale przede wszystkim przez freudystyczne budowanie pojęć, które obnażają wyobraźnię mówiącego. „Język powie to, co pomyśli głowa” (Słowacki) i ten passus nacjonalistyczny Kaczyńskiego da się odczytać następująco, co zresztą publicyści od razu wychwycili z lekka trawestując autora, który wraz z Morawieckim szykuje nam przyszłość: „Najpierw jak we Włoszech po 1922, a potem jak w Niemczech po 1933…”, chyba bardziej otwartej deklaracji Kaczyński nigdy nie złożył.

Zupełnie dzisiaj bez formy jest Mateusz Morawiecki, zwykle kradnący własność intelektualną. W Zachodniopomorskiem był łaskaw powiedzieć: – „Stoimy w momencie, kiedy nie ma już Polski A i Polski B”. Przepraszam, ale on już nie raz okazał się w ojczystej mowie pokraką, bowiem z powyższego zdania wynika, że obecnie jest Polska C.

Ponadto u Morawieckiego coraz wyraźniej widać jego bardzo złą cechę psychiczną, on nie lubi ludzi sytuowanych gorzej od siebie, Morawiecki gardzi ludźmi. Nawet bardziej niż Kaczyński nadaje się na dużą prozę narracyjną, która obnażałaby małość jako immanentną cechę podobnego człowieka. Dla Morawieckiego liczy się władza, a Polska to nie B, lecz zwykłe be, które można przeciągnąć do bee.

O tym, że wychodzimy z Unii, świadczy przygotowany przez Komisję Europejską pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Wiceszef KE Frans Timmermans zapowiedział, że decyzja zapadnie w środę. Zdziwieni? Kraje europejskie w swoim projekcie cywilizacyjnym nie chcą mieć Białorusi, „naszych u władzy”, w istocie – w najgorszym wypadku – mimowolną ekspozyturę Kremla, bo kto chce być rozwalany od wewnątrz, kto godzi się, aby na salonach szalała V kolumna? Hę?

To nam pierwszym powinno zależeć na umacnianiu europejskiej wspólnoty. W naszym przypadku chodzi o coś więcej niż o infrastrukturę drogową. Stawką jest nasze być albo nie być. Albo będziemy we wspólnocie z innymi takimi jak my, albo nas nie będzie.

>>>

Lech Kaczyński dopuścił się sądowej zbrodni

Poniedziałkowa publikacja „Wyborczej” o tym, że Lech Kaczyński mocno interesował się sprawą zbrodni w Miłoszycach, wywołała ostre reakcje władzy. Jako pierwszy zaatakował „Wyborczą” wiceszef resortu sprawiedliwości Patryk Jaki, który w TOK FM powiedział, że tekst „jest obrzydliwy” i „jest wielką manipulacją”. Zaprzeczył, by Kaczyński (w latach 2000-2001 minister sprawiedliwości i prokurator generalny) wpływał na to, żeby prokuratura we Wrocławiu oskarżyła Tomasza Komendę o gwałt i morderstwo. Głos zabrała także Prokuratura Krajowa, stwierdzajac, że artykuł „zawiera nieprawdziwe informacje”, i dodała, że „w dokumentacji sprawy nie ma żadnych poleceń prokuratora generalnego dotyczących sposobu zakończenia tego postępowania” – czytamy w portalu Wyborcza. Przypomnijmy, z powodu tego oskarżenia Komenda niewinnie spędził 18 lat w więzieniu.

Ostre reakcje władzy mają swoją przyczynę. Otóż fakty – przypomina „Wyborcza” – są takie, że w czasie, gdy Lech Kaczyński sprawował funkcję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, od śledztwa w sprawie zbrodni miłoszyckiej odsunięto „za opieszałość” prokuratora i zdymisjonowano jego przełożonego. W obliczu takiej presji kolejny śledczy błyskawicznie wysłał do sądu akt oskarżenia przeciwko Tomaszowi Komendzie. Co więcej – jeśli chodzi o brak „śladów poleceń w dokumentacji”, co stwierdziła Prokuratura Krajowa – Wojciech Czuchnowski i Ewa Wilczyńska odpowiadają: zachowały się one w  publicznych wypowiedziach urzędników resortu, prokuratorów i samego Kaczyńskiego.

Lech Kaczyński udzielił wówczas wywiadu (przypomniała go teraz „GW”), w którym sprawę zbrodni w Miłoszycach wymieniał jako koronny przykład na liberalne podejście i nieudolność prokuratury. Dlatego domagał się szybkiego postawienia zarzutu. Powolny jego zdaniem „sposób interpretacji praw człowieka […]stanowi zagrożenie dla porządku społecznego”. Prowadzącemu śledztwo prokuratowrowi zarzucał brak zdrowia moralnego. To nie wszystko: otwarcie twierdził, że jest zwolennikiem „nieustannych nacisków na zaostrzanie działań prokuratury”. Sprawą zbrodni Kaczyński zainteresował się po interwencji Ewy Szymeckiej, adwokatki rodziców 15-letniej Małgosi zamordowanej w noc sylwestrową 1996/1997. Wysłala list informujący o nieprawidłowościach w śledztwie, następnie spotkała się z ministrem sprawiedliwości, jak mówi mniej więcej w połowie 2000 roku.Tomasz Komenda przebywał już wtedy w areszcie pod zarzutem gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. W warunkach olbrzymiego zainteresowania sprawą decyzję o zatrzymaniu Komendy podjał w kwietniu 2000 r. prokurator Stanisław Ozimina, czwarty z kolei, który kierował tą sprawą.

Sprawa zbrodni miłoszyckiej powróciła jako argument, gdy Kaczyński jesienią publicznie domagał sie zmian personalnych we wrocławskiej prokuraturze. Wówczas to, przypomina „Wyborcza” zaczęły się spekulacje na temat odwołania jej szefa, Marka Gabryjelskiego. On sam w wywiadzie z 27 października 2000 roku stwierdził, że sposób prowadzenia śledztwa również ocenia krytycznie. Gabryjelski zdążył jeszcze w styczniu 2001 roku odsunąć od sprawy Stanisława Oziminę, który – po wniosku Szymeckiej – został ukarany za opieszałość i przekazać nadzór nad śledztwem Tomaszowi Fedykowi. Miesiąc później, w kwietniu 2001 roku, prokurator Tomasz Fedyk skierował do sądu okręgowego akt oskarżenia przeciwko Komendzie. Trzy lata później skazano go prawomocnym wyrokiem na 25 lat więzienia, czytamy w portalu. Dopiero teraz wyszło na jaw, że Komenda był w śledztwie bity i zmuszany do składania obciążających zeznań, a dowody były naciągane.

Mniej więcej rok temu spotkałem się z przedstawicielem jednego z unijnych rządów, który przyjechał do Warszawy na rozmowy z naszymi władzami. Gorącym tematem była wtedy kwestia, czy Komisja Europejska wniesie do unijnych stolic o wszczęcie postępowania przeciw Polsce w sprawie ochrony praworządności na podstawie art. 7.unijnego traktatu. Zapytałem, czy procedura może doprowadzić do nałożenia sankcji na Warszawę.

Trochę mniej albo dużo mniej

Rozmówca sceptycznie pokiwał głową. – Nie wiemy, co jest na końcu tej drogi – powiedział tylko. Chodzi o to, że uznanie naruszenia wartości przez jeden z krajów wymaga jednomyślnej decyzji pozostałych państw, a to mało prawdopodobne. Czy w takim razie Unia nic nie zrobi? Tu urzędnik był dużo bardziej stanowczy. – Polski rząd musi się liczyć z konsekwencjami w negocjacjach budżetowych. Dostaniecie mniej niż w obecnym rozdaniu – stwierdził.

O tym, że siedmiolatka 2014–20 jest najlepsza w historii dla Polski, a potem będzie gorzej, było wiadomo już od dawna – przypomniałem. – Ale możecie dostać trochę mniej albo dużo mniej – pokazał gestem. – Rząd w Warszawie mówi, że robi to, czego chcą polscy wyborcy. Ale my też mamy swoich wyborców. Jak mam im wytłumaczyć, żeby przekazywali miliardy euro ze swoich podatków na kraj, który nie przestrzega unijnych wartości i nie chce być solidarny wobec innych, np. w sprawie uchodźców? – zapytał retorycznie.

Wygląda na to, że zapowiadany scenariusz zaczyna się realizować.

O 20 mld euro mniej niż obecnie

Na początku maja Komisja Europejska przedstawiła zarys unijnego budżetu na lata 2021–27, czyli tzw. perspektywy finansowej. Już ten wstępny projekt był dla Polski niekorzystny: zmniejszyły się pieniądze na unijną politykę spójności (o 10 proc.), czyli wyrównywanie poziomów między bogatymi a biednymi krajami oraz na rolnictwo; z obu tych puli Polska mocno korzystała. W budżecie pojawiły się nowe priorytety i nowe kryteria rozdziału pieniędzy, korzystniejsze dla krajów unijnego Południa. Zagrożeniem dla Polski jest też możliwość zawieszenia wypłat w razie naruszania praworządności, np. niezawisłości sądów.

Dziś Bruksela przedstawi konkretne wyliczenia, ile pieniędzy mają dostać poszczególne kraje w ramach polityki spójności. Z wiarygodnych przecieków do mediów wynika, że Komisja wybierze najgorszy z planowanych wariant dla Polski – zakłada on o 23 proc. mniej pieniędzy niż w obecnej siedmiolatce (64,4 mld euro zamiast 83,9).

Nasz kraj pozostanie największym beneficjentem unijnych funduszy, i to z dużą przewagą (drugie w kolejności Włochy dostaną 38 mld). Jednak relatywnie stracimy, podczas gdy Grecy zyskają 8 proc., Włosi – 6 proc., a Hiszpanie – 5 proc. Spadki finansowania zanotują też inne państwa naszego regionu, w tym Węgrzy – o 25 proc.

Wariant ograniczający straty państw Europy Środkowo-Wschodniej próbował forsować słowacki komisarz Maroš Šefčovič, ale mu się nie udało. Technicznie obniżki wynikają z tego, że kraje naszego regionu wzbogaciły się w stosunku do państw Zachodu. Ponadto wśród kryteriów rozdziału środków mniejszą rolę odgrywać ma PKB, a większą – poziom bezrobocia czy też, prawdopodobnie, liczba przyjętych imigrantów. Co gorsza, istnieje ryzyko, że w toku negocjacji z państwami płatnikami netto do unijnego budżetu (które więcej wpłacają do wspólnej kasy, niż z niej dostają) te sumy jeszcze się zmniejszą.

O 20 mld euro mniej niż obecnie

Na początku maja Komisja Europejska przedstawiła zarys unijnego budżetu na lata 2021–27, czyli tzw. perspektywy finansowej. Już ten wstępny projekt był dla Polski niekorzystny: zmniejszyły się pieniądze na unijną politykę spójności (o 10 proc.), czyli wyrównywanie poziomów między bogatymi a biednymi krajami oraz na rolnictwo; z obu tych puli Polska mocno korzystała. W budżecie pojawiły się nowe priorytety i nowe kryteria rozdziału pieniędzy, korzystniejsze dla krajów unijnego Południa. Zagrożeniem dla Polski jest też możliwość zawieszenia wypłat w razie naruszania praworządności, np. niezawisłości sądów.

Dziś Bruksela przedstawi konkretne wyliczenia, ile pieniędzy mają dostać poszczególne kraje w ramach polityki spójności. Z wiarygodnych przecieków do mediów wynika, że Komisja wybierze najgorszy z planowanych wariant dla Polski – zakłada on o 23 proc. mniej pieniędzy niż w obecnej siedmiolatce (64,4 mld euro zamiast 83,9).

Nasz kraj pozostanie największym beneficjentem unijnych funduszy, i to z dużą przewagą (drugie w kolejności Włochy dostaną 38 mld). Jednak relatywnie stracimy, podczas gdy Grecy zyskają 8 proc., Włosi – 6 proc., a Hiszpanie – 5 proc. Spadki finansowania zanotują też inne państwa naszego regionu, w tym Węgrzy – o 25 proc.

Wariant ograniczający straty państw Europy Środkowo-Wschodniej próbował forsować słowacki komisarz Maroš Šefčovič, ale mu się nie udało. Technicznie obniżki wynikają z tego, że kraje naszego regionu wzbogaciły się w stosunku do państw Zachodu. Ponadto wśród kryteriów rozdziału środków mniejszą rolę odgrywać ma PKB, a większą – poziom bezrobocia czy też, prawdopodobnie, liczba przyjętych imigrantów. Co gorsza, istnieje ryzyko, że w toku negocjacji z państwami płatnikami netto do unijnego budżetu (które więcej wpłacają do wspólnej kasy, niż z niej dostają) te sumy jeszcze się zmniejszą.

>>>

Aleksander Kwaśniewski ogłosił bojkot referendum konsultacyjnego prezydenta Andrzeja Dudy. – To hucpa, w której nie można brać udziału. Jest granica robienia z obywateli durniów – oznajmił w Radiu ZET były prezydent.

gazeta.pl

Bolszewia nowogrodzka. System panujący w Polsce

Całkiem zgrabny termin ukuł Aleksander Kwaśniewski tyczący systemu panujacego w Polsce.

„W Polsce nie mamy ani systemu prezydenckiego, ani kancklerskiego, ani mieszanego. Mamy system nowogrodzki”.

Dookreślić należy: bolszewia nowogrodzka.

„To dopiero paranoja konstytucyjna. Mamy dzisiaj władzę poza systemem konstytucyjnym, dyskusja czy chcecie mieć więcej pana Dudy czy pani Szydło jest komiczna”.

Waszczykowski to jest wzorzec z Sevres dyplomatołka. Ten człowiek nie wie, co mówi, jakie slowa wychodza mu z ust. A jak zombi, Waszczykowskiemu z ust wychodzą karaluchy.

Narracja PiS o referendum w Katalonii to obciążyć Donalda Tuska. Matołek Waszczykowski był rzec.

Uważam, że tak jak w referendum brytyjskim – na temat Brexitu – zabrakło głosu Unii Europejskiej, zabrakło głosu np. rzekomej twarzy UE, czyli Donalda Tuska”.

PiS ma problem z kibolami, których uznał za prawdziwych patriotów.

Piłkarze Legii zostali pobici w Warszawie po meczu z Lechem Poznań w Poznaniu. W stolicy wyglądało to jak sceny dantejskie. Kibole weszli do autobusu z piłkarzami i ich wyprowadzali, a następnie tłukli.

PiS taką łaźnię szykuje dla społeczeństwa obywatelskiego, dla KOD, dla Obywateli RP, dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Po to wszak są tworzone sojusze z faszystami z ONR i Młodziezy Wszechpolskiej, ale przede wszystkim po to jest tworzona armia Wojskowej Obrony Terytorialnej, będzie to bijąca Polaków armia PiS, wszak jej wartość militarna jest groteskowa.

Dzisiaj protestujemy. Czarny Wtorek w całym kraju, walczymy o prawa kobiet. PiS należy odsunąć od władzy, tak zacofanego i anachronicznego rządu nie mieliśmy po 1918 roku.

Kobiety nie mogą liczyć na Agatę Dudę, która okazuje się być „mylnym błędem”, jak to pleonazmem nazwała prezydentową Katarzyna Bosacka.

Dlatego może nie dziwić rekompensujaca psychologicznie postawa słabeusza Andrzeja Dudy, który szuka w internecie wszelkich „Ruchadełek leśnych”.

No i Jarosław Gowin, który jest przykładem, że nie sądy należy reformować, tylko polską politykę.

Ten niedouczony polityk, ludzki wstyd, nie wie, kto formuluje akt oskarżenie. A przy tym poznajemy Gowina amoralność.

PiS chce wziąć naród za mordę i walić z glana

Prof. Michał Królikowski zainteresował prokuraturę tylko z jednego powodu. PiS – a dokładnie Zbigniew Ziobro – chce osiągnąć swoje cele, mieć sądownictwo pod swoim butem.

Wtórne jest, jakie prowadził sprawy Królikowski. To jest prawnik.

Metoda sprawowania władzy przez PiS w tym wypadku widać, jak na dłoni. Zastraszyć, złamać, zmanipulować. Na razie krępuje ich prawo i wynikające z niego procedury. Gdy zaprowadzą bezprawie, nie będą mieli żadnych uprzedzeń, aby zamknąć kogokolwiek niewygodnego. Paragraf zawsze znajdą.

Królikowski jest drugą osobą z kręgu Dudy, która weszła w kolizję z rządem, wcześniej pod okiem służb kontrwywiadowczych Macierewicza znalazł sie gen. Jarosław Kraszewski z prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Dziwacznie wyglądała „wizyta” Beaty Szydło w TV Trwam w „Rozmowach niedokończonych”. Rydzyk stwierdził, iż „od pani dużo zależy”, marionetka Kaczyńskiego tylko się zaśmiała.

Dlaczego utykają reformy? Bo jesteśmy podzieleni. I bynajmniej nie Polacy, tylko pisowcy.

Nie bądźmy zdziwieni, że po powrocie Dudy z USA, Kaczyński chce się z nim spotkać.

To znaczy, że pierwsze spotkanie nie przyniosło oczekiwanych skutków dla Kaczyńskiego.

Nie mamy z czego się cieszyć, Duda zrobi to samo, co PiS w zawetowanych ustawach, tylko prerogatywy zostawia sobie, a nie ministrowi sprawiedliwości, czyli rządowi.

Dlatego ruszają Łańcuchy Światła. Społeczeństwo obywatelskie nie może dać się zniewolić.

Protesty winny być silniejsze i skuteczniejsze. Polacy dojrzewają do demokracji. Oby nie było za późno, bo PiS szykuje kaganiec dla Polaków. Za mordę i z glana.

Może tak być, że pozostanie tylko Majdan.

Aleksander Kwaśniewski wieszczy bardzo czarno.

„Od dawna twierdzę, że ten rok to początek. Ale rok 2018, to będzie rok strachu. Strachu świadomie wprowadzanego przez ekipę rządową. Będą gryźli wszystkich, z którymi nie jest im po drodze”.

Post Navigation