Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Aleksander Smolar”

Duda – człowiek tchórzliwy, który słucha Nowogrodzkiej

Zarówno w warstwie językowej, jak i w kwestii nowych propozycji ani PiS, ani prezydent Duda nie mają nic do zaproponowania – mówi Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. – Jeżeli nawet Duda próbuje powrócić do łagodnego, konsensualnego języka, to jednak duża część społeczeństwa pamięta słowa, jakie wypowiadał, pełne agresji i nienawiści, utrzymane w głównym nurcie PiS-owskim – dodaje. – Ponadto następuje efekt przyzwyczajenia – to, co ludzie dostają, nie jest już przez nich traktowane jako dar ze strony rządzących, tylko oczekują na następne dary – podkreśla.

Rozmowa z Aleksandrem Smolarem tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Nie powinniśmy być zdziwieni, że taki niewydarzony człowiek, jak Ziobro, kogoś orżnął,  komisarz Verę Jourovą. Wszak on nie jest partnerem intelektualnym dla nikogo znacznego.

Takiego mamy ministra i tylko w PiS takie miernoty mogą tak wysoko zawędrować. Za owe szambo odpowiadamy wszyscy, że mozliwe stało się zaistnieć takim osobnikom, jak Ziobro, czy też Duda.

To mentalny motłoch, który potrafi tylko niszczyć. Duda spotkał się z opozycją ws. ustawy kagańcowej. I co z tego? Nic! Ani on władny podjąć jakąkolwiek decyzję, bo o tym decyduje prezes K., ani nie jest zdolny objąć umysłem szkód, jakich przysparza Polsce.

Zresztą twierdzę, że Duda jest chory i to poważnie. Po gestykulacji, słowach i zachowaniach widać u niego chorobę schizo-paranoidalną.

Może faktycznie Polsce to szpital, w którym rządzą pacjenci.

„Populiści głoszą, że Europa miażdży państwa członkowskie. Nic bardziej mylnego. Państwa członkowskie są Unią Europejską” – mówi OKO.press prof. Koen Lenaerts*, Prezes Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

View original post 528 słów więcej

 

Pedofilia w kościele. Czy ktoś o tym pamięta?

Stanisław Tym na temat bieżących wydarzeń społeczno-politycznych.

Cały felieton >>>

Wywiad z Lew-Starowiczem >>>

Kmicic z chesterfieldem

To oczywiste, że kalendarz spotkań agentów nie może być jawny” – złośliwie komentują internauci decyzję Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nie zgodził się na ujawnienie terminarza spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej.

Gdy wyszło na jaw, że kierownictwo TK przyjmuje polityków PiS, walcząca o dostęp do informacji publicznej Sieć Obywatelska Watchdog zapytała Trybunał Konstytucyjny o kalendarz spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej oraz wiceprezesa TK Mariusza Muszyńskiego.

Skończyło się na niczym, choć nie jest tajemnicą, że jeszcze w pierwszych siedmiu miesiącach rządów Przyłębskiej w Trybunale „około trzech razy” (tak określiło to biuro TK) gościł m.in. koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński. Z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą i wiceministrem Marcinem Warchołem spotykał się Mariusz Muszyński. Przyłębską i Muszyńskiego odwiedził poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który reprezentuje Sejm przed Trybunałem. Oboje mieli też bywać w siedzibie PiS, chociaż TK powinien stać na straży konstytucji, a sami sędziowie być apolityczni.

W maju „Wyborcza” ujawniła…

View original post 4 572 słowa więcej

 

Prezydent Poznania wyręcza prezydenta Gdańska

Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak odwołał się od decyzji o umorzeniu przez prokuraturę postępowania w sprawie „politycznych aktów zgonu”, wydanych przez Młodzież Wszechpolską m.in. jemu i prezydentowi Gdańska Pawłowi Adamowiczowi. „Prezydent Adamowicz nie zdążył, więc Jaśkowiak złoży zażalenie w sprawie wszechpolaków”.

Przypomnijmy, że gdańska prokuratura uznała, że wszechpolacy nie złamali prawa, „akty” były formą krytyki i nie zawierały gróźb czy nawoływania do nienawiści. Reprezentująca Jacka Jaśkowiaka pełnomocniczka zaskarżyła w całości postanowienie gdańskiej prokuratury o umorzeniu śledztwa – poinformowała rzeczniczka prezydenta Poznania Hanna Surma.

– „Prokuratura zaniechała dokładnego wyjaśnienia okoliczności zdarzenia. Brak stanowczej reakcji ze strony organów ścigania, pozostawianie takich wypowiedzi pod ochroną wolności słowa, pobłażliwe podejście do tego rodzaju „happeningów” i agresywnych komunikatów na pewno nie doprowadzi do konstruktywnej debaty społeczno-politycznej, ale wręcz brutalizuje przestrzeń publiczną, czego tragicznym przykładem są okoliczności śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza” – podkreśliła w uzasadnieniu zażalenia adwokat Agata Celmer, pełnomocniczka prezydenta Poznania. Stwierdziła, że mafia sycylijska wysyłała swoim przeciwnikom nekrologi, zaś wystawienie „aktów zgonu” prezydentom miast można odczytać jako zapowiedź policzenia się. Akcja wszechpolaków była precyzyjnie zaplanowana i przemyślana: – „Nie można też tracić z pola widzenia, że Młodzież Wszechpolska prezentuje skrajne, konserwatywne i nacjonalistyczne poglądy” – podkreśliła Celmer.

Depresja plemnika

Kondukt z trumną prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wyruszył sprzed Europejskiego Centrum Solidarności. Towarzyszyły mu tłumy, wiele osób przyniosło flagi Gdańska i Polski. Mieszkańcy miasta wzdłuż trasy konduktu utworzyli gęsty szpaler, w wielu oknach wielu mieszkań po drodze zapłonęły znicze.

Podczas przemarszu biły dzwony kościoła św. Katarzyny, a także dzwony w innych świątyniach, które mijał kondukt.

Za trumną Pawła Adamowicza szła najbliższa rodzina prezydenta – żona Magdalena oraz córki Antonina i Teresa, brat Piotr, a także m.in. szef Rady Europejskiej Donald Tusk oraz b. marszałek Senatu Bogdan Borusewicz.

Kondukt przeszedł obok I Liceum Ogólnokształcącego i niedaleko Szkoły Podstawowej nr 50, które ukończył Paweł Adamowicz. Minął też ulicę Mniszki, przy której stoi rodzinny dom prezydenta i gdzie nadal mieszkają jego rodzice.

View original post 1 808 słów więcej

 

Duda ośmieszył Polskę w USA

Podczas spotkania Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem padło wiele słów, a niewiele konkretów. Z pewnością jedno ze sformułowań prezydenta Polski zwróciło uwagę. To miał być podobno żart – otóż Duda poruszył temat utworzenia w naszym kraju stałej bazy wojsk USA. Miałaby ona nazywać się „Fort Trump”.

„Kluczowy moment: „Uśmiechnąłem się do prezydenta o Fort Trump w Polsce” – prez. Duda… Przez lata w świecie zazdroszczono nam, że boksujemy powyżej swej wagi. Dziś boksujemy trzy wagi poniżej. Bez planu, bez strategii, bez umiejętności prowadzenia wielkiej polityki” – skomentował na Twitterze były ambasador Polski w Kanadzie Marcin Bosacki.

„Wstyd na cały świat! Nawet prezydenci bananowych republik bardziej od prezydenta Dudy szanowali siebie i własne państwa” – dodał Tomasz Siemoniak z PO. Najostrzej zareagował Zbigniew Hołdys: – „Propozycja nazwania siedziby wojsk USA w Polsce „Fortem Trumpa” była wślizgiem poniżej jakiegokolwiek standardu”.

Wielu internautów krytykowało lub wyśmiewało pomysł Dudy. – „Jak już zapłacimy Amerykanom za Fort Trump, Kempa będzie mogła wybrać kolor tapicerki krzeseł, do sali konferencyjnej”;

„PAD łechce ego Trumpa fortem jego nazwiska. Meksyk nie chce płacić za mur, ale my zapłacimy za Fort Trump. To się wydarzyło naprawdę…”; – „Może chodziło o Port Trump? Mogłyby w nim cumować Fregaty Adelajdy z Australii. Podobnie realne jak ten pierwszy. Janusze dyplomacji” – pisali na Twitterze.

Na wspólnej konferencji prezydentów Polski i USA nie zabrakło zapewnień o współpracy, przyjaźni i wadze relacji Waszyngtonu z Warszawą. Padły też jednak dwie kategoryczne wypowiedzi Donalda Trumpa. Obie dotyczą pieniędzy.

Mogli go zawiesić na ścianie, też by cieszył , wazne ze była focia z drugim takim samym klaunem..Trump mówiąc o Unii, pokazał kolejny raz , kim jest, 5 metrow mułu reszta wodosrostów, a klęcznik mu przytakiwał, wyimagnowane bezuzyteczne dwa klauny, swój swojego zawsze pozna.

Ważnym punktem rozmów prezydentów Andrzeja Dudy i Donalda Trumpa była współpraca Polski i USA. Podczas wizyty polskiego prezydenta w Waszyngtonie podpisano „wspólną deklarację o partnerstwie strategicznym”.

„Wyrażamy głębokie przekonanie, że dalszy rozwój naszych relacji w dziedzinie handlu, obronności i energetyki zwiększy bezpieczeństwo obydwu naszych krajów oraz całego obszaru transatlantyckiego” – czytamy w deklaracji USA i Polski, w której podkreślono też, że „silna i wolna Europa” ma „żywotne znaczenie dla Polski i Stanów Zjednoczonych”. Trump podkreślał również, że „sojusz Polski i USA nigdy dotąd nie był tak mocny”. Wtórował mu w tym prezydent Duda.

Dokument głównie podsumowuje dotychczasowe ustalenia o współpracy Polski z USA, która ma się pogłębiać. Na tym jednak nie koniec.

Trump: Duda przyznał, że Polska będzie płacić miliardy za obecność USA

Dwa wątki z konferencji prezydentów w Waszyngtonie warto odnotować. Jeden z nich dotyczył obecności wojsk amerykańskich w Polsce. O ile prezydent Andrzej Duda prawił komplementy, że marzy mu się „Fort Trump”, czyli amerykańska baza w Polsce, tak Donald Trump był o wiele bardziej konkretny w tej kwestii.

Prezydent Duda przyznał, że Polska będzie płacić miliardy dolarów za obecność militarną (USA – red.) w Polsce. Także rozważymy to. Przyglądamy się tej kwestii, to kosztowałoby 2 miliardy dolarów, to zwiększyłoby poziom bezpieczeństwa naszych krajów
– oznajmił Trump. To – na razie – pierwsza tak zdecydowana deklaracja ze strony USA o bazie w Polsce.

O stałe bazy USA w Polsce zabiegał w przeszłości Bronisław Komorowski, a później także Andrzej Duda. Niedawno temat powrócił za sprawą byłego szefa MON Antoniego Macierewicza, który miał oferować Amerykanom, że Polska zainwestuje spore kwoty w zamian za bazy. Od tamtego czasu było jedynie wiadomo, że Kongres USA zlecił Pentagonowi analizy w tej sprawie.

Donald Trump przy Dudzie: UE nas okrada

Druga wypowiedź Trumpa, na którą warto zwrócić uwagę, pochodzi już z dalszej części konferencji, gdy jeden z dziennikarzy zapytał go o podnoszenie ceł dla Chin. Prezydent USA mówił, że Stany Zjednoczone w tej sprawie „dopiero zaczynają”.

Trump kontynuował, że 500 miliardów dolarów rocznie było „wypompowywane” z jego kraju, a te pieniądze, zamiast trafiać do Chin, mogły trafiać na przykład… do Polski.

Potem Trump stwierdził, że cały świat traktuje Stany Zjednoczone jak „świnkę skarbonkę”, która jest przy okazji okradana (w takie tony uderza już nie pierwszy raz).

Byliśmy okradani przez wszystkich, przez Chiny oraz Unię Europejską

– powiedział Trump, stojąc u boku przedstawiciela UE, Andrzeja Dudy. Sam prezydent USA podkreślił, że Polska jest częścią Unii Europejskiej. Wtedy Andrzej Duda zabrał głos, mówiąc, że „trudno się dziwić, że taka jest postawa” Trumpa w tej kwestii. Prezydent wspomniał też, że chciałby, aby Polska była bardzo silną gospodarką.

Reprezentuję polskie interesy, prezydent amerykańskie, cała rzecz polega na tym, żeby w sprawach ważnych umówić się tak, żeby oba kraje zyskiwały i traciły jak najmniej. I wtedy mamy porozumienie

– powiedział Duda i dodał, że skoro Trump mówi „America First”, to on mówi „Poland First”. – Ja chciałbym, aby to Polska była potęgą gospodarczą – zaznaczył.

Andrzej Duda w TVP Info: Jesteśmy gotowi ponieść koszty

Już po rozmowach z Trumpem do kwestii amerykańskiej bazy odniósł się prezydent Duda. W rozmowie z TVP Info powiedział:

Są, owszem, dyskusje, na temat kosztów. I my zadeklarowaliśmy, że jesteśmy gotowi ponieść koszty przygotowania miejsca, w którym mogliby stacjonować Amerykanie.
Prezydent dodał, że wspomniane 2 miliardy dolarów Polska jest gotowa na ten cel wydać.

– Jesteśmy gotowi do współdzielenia w kosztach utworzenia tej bazy, to coś naturalnego. Taka baza ma też wzmacniać nasze bezpieczeństwo. Mam nadzieję, że ona powstanie. Bezpieczeństwo moich rodaków i Polski nie ma ceny – zaznaczył prezydent Duda.

Skutki owocnej wizyty… 🤔🙄😜

Prawdziwe „Ucho prezesa”.

w w

– Aleksander Smolar – u

Waldemar Mystkowski pisze o deficycie demokracji w Polsce.

Polska zaczyna być traktowana jak republika bananowa.

Europejska Sieć Krajowych Rad Sądownictwa (ENCJ) zawiesiła polską KRS w prawach członka tej organizacji z zasadniczego powodu, iż nie spełnia standardów niezależności. Za zawieszeniem głosowali nawet sojusznicy bezprawia PiS przedstawiciele Węgier. Fidesz Orbana zrywa po cichu sojusz antyunijny z PiS – prezydent Węgier János Áder nie dotarł na spotkanie Trójmorza w Bukareszcie, a Orban w tym czasie spotykał się z Putinem na Kremlu.

KRS za to wpadła na „genialny” pomysł, aby wystąpić z ENCJ. Na razie są to groźby, gdyż mamy do czynienia z szantażem, acz PiS może rzeczywiście to zrobić. Przełożono ten akt rozwodu na piątek. Decydować o tym nie będą jednak sędziowie, bo oni są tylko z namaszczenia partii Kaczyńskiego, a nie z powodu zasług.

Takie wyjście z ENCJ spowoduje, iż wyroki w polskich sądach mogą nie być uznawane za granicą, a tamtejsze sądy same będą sądzić sprawy osądzone już prawomocnie w Polsce. Dotyczyć to będzie całego wachlarza sporów, poczynając od gospodarczych i dotyczących podmiotów zagranicznych, a na sprawach konsumenckich i rozwodach kończąc. Polska traktowana więc będzie jako republika bananowa.

Jeszcze fatalniej dla nas wygląda stanowisko Komisji Europejskiej, która w środę podejmie decyzję w związku z naruszeniem przez PiS zasad państwa prawa i uruchomieniem słynnego artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej. Władze PiS nie zastosowały się do rekomendowanych zaleceń, stosując tę samo zwodniczą śpiewkę – prezesowym falsetem – niczego nie naruszamy.

Dzisiaj odbyło się wysłuchanie w tej sprawie – czyli przedstawienie zarzutów Komisji i odpowiedź strony polskiej. Dotyczyło 7 spraw – Sądu Najwyższego, wspomnianej KRS, sędziów sądów powszechnych, Izby Dyscyplinarnej w SN, skargi nadzwyczajnej, prezesów sądów mianowanych po politycznym uznaniu przez Ziobrę oraz Trybunału Konstytucyjnego.

Jak to się skończy? Niedobrze, bo PiS nie ustępuje w żadnej kwestii, ewidentnie plącząc się w zeznaniach, matacząc. Przede wszystkim Komisja Europejska ma świadomość, iż PiS nie ustąpi, bo dotychczas nie ustąpił, a sądownictwo jest zarządzane partyjnie, więc można spodziewać się twardych postanowień, włącznie z określeniem sposobu procedowania sankcji – odebrania głosu w ciałach unijnych i nałożenia kar finansowych.

Czy PiS ucieknie się do z góry zaplanowanej sztuczki, szantażu – podobnie jak z KRS – zagrożeniem wystąpienia z… Unii Europejskiej? To wcale nie musi być trudne dla PiS. Europosłanka Róża Thun wskazuje, z jakiego prawa może skorzystać władza. Mianowicie w ustawie o umowach międzynarodowych w art. 22a jest, iż do wystąpienia z Unii Europejskiej wystarczy projekt decyzji zaakceptowany uchwałą przez Radę Ministrów. Decyzja taka następnie jest publikowana w Dzienniku Ustaw, notyfikuje premier, a Andrzej Duda przecież wszystko podpisze.

Wyjście z Unii Europejskiej jest równie łatwe, jak zażycie pigułki „dzień po”. Budząc się, może być „dzień po” naszym wyjściu z Unii Europejskiej. Czy PiS przejąłby się w tej sytuacji opinią publiczną, która więcej niż w 80 proc. jest za pozostaniem kraju w UE?

Z kolei Jan Zielonka, profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie, St Antony’s College, twierdzi, że „oni nie chcą wyprowadzić Polski z UE, oni chcą Unię przejąć”. Oczywiście z wszelkimi Marinami Le Pen. Ale to nie trzyma się kupy, gdyż egoizmy nacjonalistyczne prezentowane przez partie prawicowe szybko doprowadziłyby do rozchwiania struktur unijnych, zaniku wspólnych celów i starcia najpierw w dyplomacji i wojnach celnych, a z czasem w gorącej wojnie, bynajmniej nie hybrydowej.

I na tę równię pochyłą PiS stacza Polskę, coraz mniej demokratyczną, która dość szybko dojdzie do stanu demokracji bezobjawowej, jak w ZSRR, gdzie wymyślono schizofrenię bezobjawową, z którą to „chorobą” wsadzano dysydentów do psychiatryków. Wspaniale to opisuje w dramacie „Noc Walpurgii” Wieniedikt Jerofiejew.

Duda łasi się do kleru, jak ksiądz pedofil do dzieci

– My, współcześni Polacy, żyjący we własnym wolnym państwie, darzymy Kościół głębokim zaufaniem, bo wiemy, że zawsze mogliśmy nań liczyć i nigdy się w tym nie zawiedliśmy- mówił Andrzej Duda podczas forum europejskich Episkopatów.

Andrzej Duda na forum zebrania plenarnego Rady Konferencji Episkopatów Europy. w Poznaniu powiedział, że Polacy są dumni z przynależności do świata chrześcijańskiego i tego, że od dziesięciu i pół wieku współtworzą cywilizację zachodnią, opartą na wspólnych, uniwersalnych wartościach. Podkreślił, że dla niego jako katolika „wiara jest inspiracją do prowadzenia działalności publicznej – służby na rzecz dobra wspólnego”.

Autorytet i szacunek do biskupów

Prezydent przypomniał, że spotkanie biskupów odbywa się w czasie, kiedy Polacy świętują setną rocznicę odrodzenia się niepodległej Rzeczypospolitej. „W dziejach naszego narodu Kościół odgrywał zawsze rolę wyjątkową, ale jego misja nabierała szczególnego znaczenia w czasach niewoli, zaborów i okupacji. Autorytet biskupów i kapłanów oraz szacunek, którym są powszechnie otaczani w naszym społeczeństwie, mają swoje źródło w pamięci dziejowej i głębokim poczuciu wspólnoty, łączącej Kościół z narodem” – powiedział prezydent.

Dodał, że w Polsce – inaczej niż w wielu innych krajach Europy – nigdy nie było rozdźwięku między dążeniami niepodległościowymi patriotów a wiarą i głoszącym ją duchowieństwem. – Polscy bojownicy sprawy narodowej w świątyniach, klasztorach i plebaniach zawsze znajdowali oparcie, a niekiedy schronienie przed prześladowcami. Duchowni zaś aktywnie włączali się w działania konspiracyjne i powstańcze, sprawując posługę kapelanów, umacniając wiarę i morale żołnierzy. Kapłani, zakonnice i zakonnicy, angażujący się na rzecz niepodległości, byli też ofiarami prześladowań ze strony zaborców w wieku XIX, a w XX wieku – niemieckich nazistów, którzy okupowali nasz kraj podczas II wojny światowej oraz powojennego reżimu komunistycznego” – powiedział prezydent Andrzej Duda.

Stąd też my, współcześni Polacy, żyjący we własnym wolnym państwie, darzymy Kościół głębokim zaufaniem, bo wiemy, że zawsze mogliśmy nań liczyć i nigdy się w tym nie zawiedliśmy.

Chrześcijańskie korzenie nie są hamulcem

Duda przekonywał, że Polska jest dowodem na to, że „tradycja i modernizacja nie muszą się wykluczać”. – Intensywny rozwój i wzrost gospodarczy nie wiążą się w naszym kraju z koniecznością radykalnej sekularyzacji i laicyzacji. Dla nas, Polaków, chrześcijańskie korzenie i całe dziedzictwo wieków nie są hamulcem i przeszkodą w staraniach o dobrobyt i pomyślność. Przeciwnie: stanowią źródło narodowej tożsamości i niewyczerpaną inspirację do tworzenia nowej, wolnej Polski – mówił prezydent.

 

Dlatego też w naszym kraju Kościół – hierarchowie i duchowni – jest obecny i aktywny w życiu publicznym, a świeccy chrześcijanie-obywatele kształtują rzeczywistość polityczną. Tutaj nikt nie musi wstydzić się ani ukrywać swoich przekonań. Tu mówi się o nich otwarcie, dyskutuje, poddaje w wyborach ocenie narodu – suwerena wolnej Rzeczypospolitej

– podkreślał Duda.

Duda o ojcach założycielach Unii Europejskiej

Na koniec prezydent wspomniał też o Unii Europejskiej, nieco w kontrze do tego, o czym mówił w Leżajsku. Wyraził wolę, by „przypominać bliźnim w innych krajach Europy o uniwersalnych wartościach, które nas wszystkich łączą, zwłaszcza zaś o solidarności, która powinna być zasadą w naszych wzajemnych relacjach”.

„Pragniemy, aby pierwotne chrześcijańskie inspiracje, którymi kierowali się ojcowie założyciele Unii Europejskiej, pozostały podstawą, łączącą państwa i narody naszego kontynentu. Stałe powracanie do nich i refleksja nad tym, co pozwoliło zjednoczyć nasze siły i zbudować wspólny europejski dom, jest bowiem receptą na kryzys, który dotknął zjednoczoną Europę. Jest kluczem do skutecznych reform i dalszego rozwoju” – podsumował.

Rada Konferencji Episkopatów Europy

Rada Konferencji Episkopatów Europy powstała w 1971 roku. W jej skład wchodzą przewodniczący episkopatów krajów europejskich oraz biskupi będący jedynymi katolickimi ordynariuszami w swoich krajach. Zadaniem rady jest koordynowanie współpracy Kościołów lokalnych Europy. Zgromadzenie plenarne Rady w Poznaniu potrwa do jutra.

Unia Europejska to nie jest „wyimaginowana wspólnota”. To przed wszystkim wspólnota prawna. PiS stawia Polskę poza nawiasem praworządności. w 👇

Aleksander Smolar w rozmowie z Magdą Jethon na koduj24.pl.

Miejmy nadzieję, że podczas kampanii wyborczych ludzie nie dadzą się znowu nabrać na złagodzenie retoryki przez Kaczyńskiego i spółkę.

Z Aleksandrem Smolarem rozmawia Magda Jethon

Magda Jethon: Czy wizerunek Polski za granicą jest rzeczywiście taki zły?

Aleksander Smolar: Polska jest coraz gorzej postrzegana w większości społeczeństw i klas politycznych Unii Europejskiej, ponieważ obecnie rządząca partia podważa fundamenty, na jakich Unia została zbudowana. Wystarczy posłuchać wystąpień na ostatnim spędzie PiS, zarówno prezesa Kaczyńskiego, jak i premiera Mateusza Morawieckiego, w których obaj zapewniali, że w żadnym wypadku ich celem nie jest wyjście z Unii. Jednak to, co mieli pozytywnego do powiedzenia o Unii to to, że dzięki niej – dzięki otrzymywanym środkom – Polska może dogonić gospodarczo rozwinięte kraje Europy zachodniej. W ogóle nie wspomnieli o fundamentach, tak ważnych jak sfera wartości, zwłaszcza po doświadczeniach nazizmu czy komunizmu sowieckiego, czyli o instytucjach demokracji, liberalizmie czy tolerancji. W swoich deklaracjach przemilczeli fakt, że nie akceptują istotnej części dziedzictwa UE, często zresztą oczerniając to dziedzictwo, tak jak zrobił to Kaczyński  mówiąc, że nie będziemy „naśladowali negatywnych tendencji Europy zachodniej”.

Szczęśliwie przeoczyli, że obecność Polski w Unii Europejskiej przewiduje również możliwość zadania pytań prejudycjalnych. A pośrednio dzięki nim opór w sądach stał się mocniejszy…

No właśnie, to, co nie było jeszcze brane pod uwagę podczas kryzysu wokół likwidacji Trybunału Konstytucyjnego, stało się faktem. Środowiska sędziowskie wykorzystały istniejącą możliwość prawną, żeby postawić pod znakiem zapytania i wymusić na władzach polskich wycofanie się przynajmniej z najbardziej radykalnych postanowień i w ten sposób uchronić chociaż pewien margines niezależności sądownictwa polskiego.

Jak to możliwe, że magister Ziobro może „ogrywać” wielkich profesorów? Czy siła intelektualna nie ma już żadnego znaczenia?

W pewnych sytuacjach największy intelekt nie wygra z maczugą. Kiedy w ciemnej ulicy zjawi się uzbrojony osiłek, to najbardziej inteligentny człowiek z nim przegra. Mamy do czynienia po prostu z przemocą. Znana definicja Maxa Webera mówi, że państwo ma monopol na legalne korzystanie z przemocy. I pan Ziobro z tego korzysta. Również pan Kaczyński, Morawiecki czy Brudziński. Ale to nie jest kompletnie bezkarne, bo jest to sprzeczne z zasadami demokracji konstytucyjnej, na jakich po 1989 roku nasz kraj zostal zbudowany. Obserwujemy duży opór środowiska prawniczego, który odgrywa istotną rolę. Widzimy, jakie trudności ma PiS ze znalezieniem kandydatów do Sądu Najwyższego. A jak już ich znajduje, to często są to skandaliczne kandydatury, jak pani radca prawny z Białegostoku, która okazała się być skazana dyscyplinarnie, czy pan prokurator, który zmusił do zeznawania kobietę podczas porodu, co jest przykładem haniebnej tortury, czy inny prokurator, który parokrotnie miał kary dyscyplinarne i do tego nie spełnia warunków formalnych. Poza tym wybierając do Izby Dyscyplinarnej SN prokuratorów, którzy mają dyscyplinować sędziów, pokazują, że w istocie ta Izba ma wymuszać na sędziach posłuszeństwo. Na dodatek są to często ludzie bezpośrednio powiązani z panem Ziobrą, a to jest sprzeczne z zasadami konstytucyjnej demokracji. Tego nie wolno łamać. Nawet Orban tego nie robił. On grzeszyl przeciw zasadom demokracji współczesnej, natomiast z punktu widzenia litery prawa uzyskał większość konstytucyjną i wobec tego formalnie mógł robić to, co robi.

PiS mówi „wygraliśmy wybory”, więc mamy prawo. A wygrali, bo skutecznie prowadzili kampanię, bo stosowali populistyczne hasła, bo dobrze komunikowali się z wyborcą…

Gra kampanijna w polityce zawsze była obecna, ale teraz doszło do skrajnej patologii, w czym bardzo pomagają media społecznościowe. To znaczy, że kłamstwo stało się bardzo trudne do zweryfikowania. Ono niestety będzie odgrywać istotną rolę, dopóki demokracja nie nauczy się go kontrolować. Już widzimy pewne próby w Stanach Zjednoczonych, gdzie próbuje się przesłuchiwać właścicieli największych portali po to, żeby stworzyć system zabezpieczający przed masowym kłamstwem.

W Polsce przed wyborami 2015 r. mieliśmy na przykład do czynienia z ukrywaniem prawdziwych celów PiS, czyli przeprowadzenia swoistej rewolucji kulturowej i instytucjonalnej. Do tego w czasie kampanii wyborczej schowali do szafy pana Macierewicza, który źle się kojarzył, ale też schował się sam pan Jarosław Kaczyński, który wystąpił w trakcie kampanii tylko dwukrotnie, kiedy był pewien, że nie tylko utwierdzi swoich wyznawców w ich przekonaniach, ale również, strasząc imigrantami, których zresztą w Polsce nie było, może poszerzyć swoje wpływy. Strach przed „obcymi” jest niestety skuteczny, nie tylko u nas. Ludzie boją się migrantów arabskich, islamu, terrorystow i potencjalnych „zarazków”, które prezes dorzucil. To niewątpliwie odegrało ważną rolę i obawiam się, że będzie jeszcze odgrywało w następnych wyborach.

Kaczyński znów złagodniał, mówi, że nie chce wojny, że chce współpracy, że nie chce nikogo obrażać itd…

Tak jest. I pan Morawiecki również. Oni wyraźnie zdają sobie sprawę, że ich podstawowym problemem jest utrata głosów umiarkowanych, które, dzięki swojemu ówczesnemu umiarowi i błędom Platformy, zdobyli w 2015 r. Wobec tego wracają do języka bardziej umiarkowanego. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że część społeczeństwa, które nie lubi awantur, prześladowań, rewolucji może przeciwko nim zagłosować i to może być źródłem ich klęski. Dlatego tego łagodnego języka będą używać aż do wyborów parlamentarnych i prezydenckich. A później, jeżeli będą mieli dobre wyniki, przejdą do drugiej fazy rewolucji, to nie ulega wątpliwości i zresztą zapowiedzieli, że zabiorą się np. za media prywatne, za niezależne organizacje obywatelskie…

Wierzy Pan, że zniszczą wolne media?

Będą próbowali, ale to nie będzie takie proste. Po pierwsze, chociażby dlatego, że niełatwo jest zniszczyć media społecznościowe. Po drugie, może się pojawić, co byłoby straszliwie kompromitujące, radiostacja typu Wolna Europa. Po trzecie, będą próbowali, bo już to robili, prowadzić rozmowy w celu przejęcia TVN, ale z Amerykanami nie będzie to łatwe. Będą oczywiście stosować szantaże indywidualne w stosunku do dziennikarzy, czy próbować kompromitowania dziennikarzy, co zresztą jest praktyką nagminną, natomiast moim zdaniem to będzie ograniczone i w pewnym momencie zadziała przeciwko nim.

Na razie propagandę i PR opanowali do perfekcji. Kto może wygrać z populistami? Tylko populista?

To jest dramatyczne pytanie i ono dotyczy nie tylko Polski. Mamy do czynienia z progresją populizmu w bardzo wielu krajach. Ostatni przykład to Włochy, jeden z krajów założycieli UE, kraj tolerancyjny i otwarty, gdzie teraz mamy politykę, która pokazuje, jaki jest poziom strachu i niezadowolenia wielu społeczeństw zachodnich. To jest szerszy problem. Oczywiście, że dobry PR jest bardzo skuteczny. Ten pisowski ma zresztą podstawy materialne związane z różnymi koncesjami społecznymi, jak np. 500 plus dla słabszych grup społecznych, czyli dla rodzin wielodzietnych. Jednak nie jest to wyłącznie koncesja materialna, ale również godnościowa. Ludzie mają poczucie, że wreszcie ta władza, w odróżnieniu od poprzedniej, myśli o nich, nie traktuje ich z pogardą. Otóż PiS, zapewniając nieco lepsze warunki materialne istotnym grupom społecznym, które zazwyczaj nie głosują, sprawia, że ci ludzie teraz pójdą głosować, mając poczucie zagrożenia, że opozycja może im to odebrać. Ponadto elementem podstawowym tego populizmu, jest antyelitarność – widzimy to obecnie wszędzie; w Stanach, we Francji, we Włoszech jest to zjawisko masowe. I na tym gra również PiS, czyniac z pojedynczych patologicznych przykładow jakiejś kradzieży ze strony sędziego, który zresztą już nie żyje, symbol korupcji całej grupy. To jest niestety niszczenie podstaw państwa, nie tylko demokratycznego. Sędziowie, ludzie, do których ma się zaufanie, którzy są w stanie obiektywnie rozstrzygać spory, osądzić przestępstwo, zbrodnie, są ważni w każdym państwie. To jest szkoda nie do powetowania. A jaka jest na to odpowiedź? Opozycja stawia przede wszystkim na błędy obecne i przyszłe władzy i punktuje. Widzimy te billboardy z wykrzywioną twarzą prezesa…

Ale to może za mało…

To jest silna kampania. Nie wiem, na ile skuteczna, w każdym razie zostały zastosowane bardzo mocne środki. Pomysł opozycji, jak dotychczas, jest pomysłem negatywnym, co jest zrozumiałe, dlatego, że PiS dysponuje najważniejszymi kartami i w jakimś sensie je monopolizuje. Co to są za karty? Po pierwsze, ekonomiczne – bardzo dobra koniunktura gospodarcza. Czy ona wynika z polityki PiS – oczywiście, nie. Bo w dużym stopniu zależy ona od ciągłego napływu masowych środków z UE do Polski i od dobrej koniunktury w Europie. Polska bezpośrednio zależy od rynków niemieckich. Jeżeli się tam załamie koniunktura, to automatycznie i u nas będą problemy. Po drugie, PiS ma swoją politykę społeczną, która jest bardzo silnym atutem. Po trzecie, mają atut antyelitarności: my, tak jak wy, jesteśmy ludem, chociaż mogą być w takim samym stopniu inteligentami, jak Kaczyński.

…albo Morawiecki…

Morawiecki szczególnie – bankier, który zna języki, ma wszystkie atrybuty inteligenckości i elitarności, do tego duży majątek, którym zazwyczaj inteligenci nie dysponują. Ale ludzie to akceptują, bo dają im poczucie równości. Jest jeszcze jeden bardzo istotny element, o którym nie powiedziałem. Dla wielu wraz z „dobrą zmianą” skończyła się faza indywidualizmu, opartego na haśle, że człowiek jest kowalem własnego losu, czyli twój los będzie zależał od pracowitości, od wykształcenia, od przedsiębiorczości oraz gotowości poniesienia ryzyka. Dzisiaj niestety tylko prawica dysponuje projektem zbiorowym. Tu chodzi, po pierwsze, o patriotyzm, który niestety bardzo często jest zwykłym nacjonalizmem, ale odwołuje się do poczucia wspólnoty Polaków, do heroicznej i martyrologicznej przeszłości Polski. I tu wszyscy Polacy, bezrobotni, niepełnosprawni, profesorowie uniwersytetów, biskupi są równi, są Polakami. Drugą wspólnotą jest wspólnota wiary, większość Polaków to są wierzący katolicy. PiS odwołuje się do tego bardzo silnie, wiążąc się z najbardziej konserwatywną częścią Kościoła. Natomiast ani liberałowie, ani lewica nie mają dzisiaj klarownego języka wspólnotowego. PiS dysponuje wszystkimi podstawowymi atutami, które mogą mobilizować społeczeństwo. Stąd też odwoływanie się opozycji do tych cech negatywnych, którymi są nadużycia czy korupcja obecnej władzy.

Czy to oznacza, że opozycja przegra kolejne wybory?

Jest takie francuskie powiedzenie: „Najgorsze nigdy nie jest pewne”, innymi słowy to nie jest tak, że zwycięstwo PiS jest nieuchronne. Nawet jeżeli PiS osiąga w sondażach ok. 40 proc., to jeszcze nie oznacza, że wszyscy ankietowani będą na nich głosować, natomiast pozostałe 60 proc. to są ludzie, którzy nie są gotowi głosować na PiS. Czyli innymi słowy, porozumienie się opozycji, a nawet nieformalne porozumienie partii opozycyjnych, skupienie głosów na tych, którzy mają największe szanse, to nawet przy całej słabości programowej i intelektualnej, opozycja może wygrać. Ja bym tego wcale nie wykluczył. Nie mówiąc o tym, że ta władza robi tyle głupstw, chociaż na razie nie naruszyły one ich kapitału poparcia, to jednak przychodzi taki moment, zazwyczaj najmniej spodziewany, że jakiś mały błąd, nikczemność, nadużycie, może spowodować lawinową reakcję. Powiedziałbym tak – zwycięstwo PiS jest możliwe i nawet więcej, jest prawdopodobne. Czy tak się stanie zależy od opozycji, różnych jej odłamów, nie tylko politycznej, ale tej „chodzącej”, również od ruchów społecznych, od ich mobilizacji. Zależy od ludzi, którzy często nie uczestniczą w polityce i nie głosują, od tego, czy zdadzą sobie sprawę, że od ich głosów tym razem może zależeć bardzo dużo.

Wierzy Pan w taką mobilizację? Czy wg Pana jesteśmy społeczeństwem obywatelskim?

Jeśli pani pyta o poziom uspołecznienia Polaków, to niestety różne badania międzynarodowe pokazują, że jest on dość niski. To samo dotyczy poziomu zaufania wzajemnego Polaków, nie tylko do władzy. Zdolność do stowarzyszania się, jeżeli podziela się wspólne wartości bądź wspólne cele, co jest miarą właśnie społeczeństwa obywatelskiego, jest bardzo niska. Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że społeczeństwo obywatelskie we wszystkich krajach postkomunistycznych, również w Polsce, jest ograniczone. Jednak samego aktu wyborów nie wiązałbym z koniecznością istnienia bardzo silnego, rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego.

Czy po konwencji Koalicji Obywatelskiej jest Pan większym optymistą? Grzegorz Schetyna zebrał bardzo dobre recenzje. I jak Pan ocenia dołączenie do KO ugrupowania Barbary Nowackiej?

Konwencja PO zrobiła bardzo dobre wrażenie. Nawet Schetyna bardzo dobrze mówił. Widać jakąś mobilizację w partii, która sprawiała często wrażenie umarłej. Podziwiam odwagę Barbary Nowackiej. Myślę, że uczyniła rzecz ryzykowną, ale godną dojrzałego, odpowiedzialnego polityka, czy raczej polityczki. Niestety, nie widać żadnych postępów po stronie lewicy. Biedroń, który wzbudził tyle nadziei w jej części, zapowiedział, że coś powie i coś zorganizuje dopiero w lutym. Do tego czasu nic zapewne nie będziemy wiedzieli co myśli o gospodarce, problemach społecznych, o państwie, o polityce zagranicznej…

Jeżeli opozycja jednak przegra wszystkie kolejne wybory, to według Pana już następnych nie będzie?

Myślę, że nie przegra, w każdym razie nie wszystkie. A nawet jeżeli przegra, to należy pamiętać, że żyjemy w otoczeniu międzynarodowym. Polska nie jest samotną wyspą. Ani zieloną, ani też czarną. Widzieliśmy choćby reakcję w sprawie IPN, gdzie Stany Zjednoczone wyraźnie powiedziały, że nie będą przyjmowały przywódców polskich, jeżeli nie zmieni się ustawa. Innymi słowy władze polskie, również pisowskie, muszą zdawać sobie sprawę, że to nie jest problem tylko UE. A i Unia po decyzji Parlamentu Europejskiego w sprawie Węgier musi skłaniać PiS do pewnej ostrożności. Niezależnie od tego co plecie prezydent Duda. Unia jest Polsce bardzo potrzebna. Jeżeli się okaże, że Polska zostanie pozbawiona dużej części środków, na które liczy spora część społeczeństwa, w tym konserwatywni chłopi, to jednak nie ujdzie to władzy na sucho.

Do tego Polacy, nawet ci, którzy mówią, że będą głosowali na PiS, zdają sobie często sprawę, że demokracja jest zagrożona. Nie jest pewne jak długo korzyści, jakie mają w związku z tą władzą, finansowe i godnościowe, przeważać będą nad tymi zagrożeniami. Natomiast jeżeli wzmocnią się elementy dyktatorskie tej władzy, to uważam, że nastąpi odpowiedź społeczeństwa, która będzie już wtedy bardziej zdecydowana. Nie mówiąc o reakcji zewnętrznej.

Czyli trzeba próbować patrzeć z nadzieją…

Tak, choćby dlatego, żeby nie dopuścić do samospełniającego się proroctwa. Jeżeli się wierzy, że nie ma szansy, to nie będzie szansy. A ponadto proszę zauważyć, że w sprawie, wydawałoby się prawie „pozamiatanej”, jak sądy, zachowanie środowisk prawniczych, przynajmniej jego dużej części pokazuje, że jest możliwy silny opór. I nawet gdyby udało się złamać opór sędziowski, to pozostaje problem poczucia prawnego w społeczeństwie. Jeżeli społeczeństwo bedzie widzialo bezprawie, że prawo stosowane bardzo odbiegać będzie od obowiązujących norm moralnych, to wtedy dla władzy to się dobrze nie skończy. Słusznie mówi się, że wiele tzw. bezpieczników PiS usunął, ale wszystkich usunąć się nie da. To nie są lata 30. ubiegłego wieku. Polska jest w Unii, jest częścią Zachodu, a i społeczeństwo jest inne. Inna jest również młodzież. Nie bardzo mi się podobają krytyczne uwagi formułowane pod jej adresem ze strony ludzi starszej generacji. Każde pokolenie ma swoją wrażliwość, ma w sobie granicę, po której nie toleruje przemocy fizycznej i moralnej.

Duda to wyimaginowany prezydent. Władza PiS upadnie z głupoty

– Stawiamy bardzo jasne pytanie: czy służby rosyjskie miały wpływ na nagrywanie polityków PO w 2014 r. i czy w konsekwencji miały wpływ na wybory parlamentarne w 2015 r – mówi Joanna Kluzik-Rostkowska, kierująca zespołem śledczym Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. W posiedzeniu brał też udział były szef ABW Krzysztof Bodnaryk: – Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych.

Jaka rola Falenty?

Powołany przez PO zespół śledczy ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa zajmował się dziś „rolą Marka Falenty i PiS w strategii rosyjskich służb specjalnych”. Gościem zespołu był były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego gen. Krzysztof Bondaryk.

Impulsem do analizy roli Marka Falenty i jego kontaktów z rosyjskimi służbami był zeszłotygodniowy numer „Polityki”, gdzie po wielomiesięcznym śledztwie tygodnik ustalił, że tzw. afera podsłuchowa, która doprowadziła do wygrania wyborów przez PiS, była rozgrywana przez rosyjskie służby.

Z ustaleń tygodnika wynika, że zleceniodawca podsłuchów biznesmen Marek Falenta miał dług wobec rosyjskiej spółki, który sięgał 20 mln dolarów. Aby spłacić zaległości, zdecydował się współpracować z ludźmi z otoczenia PiS.

– Pytania stawia sobie Wielka Brytania, Hiszpania, Niemcy. My nie jesteśmy samotną wyspą. Bardzo byłabym zdziwiona, gdyby okazało się, że służby specjalne Rosji angażują się w różne wybory polityczne w innych krajach, a Polska jest od tego wolna – uważa Joanna Kluzik-Rostkowska.

Bondaryk: Nie wszystkie taśmy ujrzały światło dzienne

Zdaniem generała Bondaryka zaskakujący jest fakt, że ujawniono nagrania tylko polityków Platformy, i to na wysokich rządowych stanowiskach. Tymczasem doniesienia medialne mówią o nagraniu ponad 100 osób.

– Tych nagrań było więcej, one są być może w dyspozycji nie tylko polskich dysponentów. Czy mogą być wykorzystane? Jeśli są, to będą. To oczywiste. Chyba że zawierają elementy, które można wykorzystać w inny sposób, poprzez bezpośredni szantaż osób – uważa Krzysztof Bondaryk.

Zdaniem Bondaryka śledztwo, które doprowadziło do skazania Marka Falenty na 2,5 roku więzienia, ograniczone zostało do minimum. – Z tego, co mi wspominał kiedyś mój następca, zawiadomienie dotyczyło również działalności w zorganizowanej grupie przestępczej. Te wnioski nie zostały przez prokuraturę uwzględnione. To jest pytanie, dlaczego tych wątków prokuratura wtedy nie podjęła – dodał.

Rosja nie chce silnej Polski

Krzysztof Bondaryk podkreślał, że Polska jako silny w UE kraj, jakim był w latach rządów poprzedniej ekipy, nie był na rękę Rosji. – Po 2013, 2014 r., kiedy zaangażowano siły na wsparcie przemian demokratycznych na Ukrainie, Polska stała się celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych – uważa były szef ABW.

Zdaniem Bondaryka strategią Rosjan jest rozbicie UE, wypchnięcie USA z Europy i wprowadzenie podziałów wśród krajów UE.

– Teraz widzimy, że ta sprawa jest o wiele poważniejsza niż tylko kwestia nagrania rozmów polityków przez kilku kelnerów. Dotykamy fundamentalnej kwestii bezpieczeństwa państwa. Pojawiają się wątki nowe, jak coraz większy eksport węgla, w tym z Donbasu, nie zostawimy tego. Bardzo nas dziwi milczenie PiS w tej sprawie. Partia rządząca powinna być zainteresowana, aby te kwestie wyjaśnić – uważa Joanna Kluzik Rostkowska.

Gdy przez Sejm, niczym burza, przechodziła nowelizacja kodeksu wyborczego, w której sędziowski system przeprowadzania wyborów samorządowych został zastąpiony na urzędniczy tj. wybory mają być przeprowadzane przez pochodzących z politycznego nadania komisarzy wyborczych, opozycja alarmowała, że może to poważnie wpłynąć na ich uczciwość oraz znacznie zwiększyć ryzyko daleko idących nieprawidłowości podczas ich przeprowadzania. Tymczasem okazało się, że czarny scenariusz używania wyborczych urzędników do politycznej walki będzie miał miejsce już na etapie zgłaszania list wyborczych, zwłaszcza przez komitety nie związane z partią rządzącą.

Poprzez wprowadzenie niepozornej i w gruncie rzeczy niemal niezauważalnej zmiany w wymaganych dokumentach, jakie komitety wyborcze muszą złożyć do komisarzy wyborczych w celu zatwierdzenia zgłaszanych przez nie list, wielu potencjalnych kandydatów, zbierających podpisy pod listami na ostatnią chwilę może mieć poważny problem z zarejestrowaniem listy. Wszystko przez zmianę publikatora w formularzu oświadczenia lustracyjnego, które część kandydatów musi dołączyć do zgłoszenia listy. Dziś w tej sprawie posłowie opozycji zorganizowali konferencję prasową, podając przykład wyborczych komisarzy z Wałbrzycha.

– Okazało się, że jest niesamowity bałagan z tzw. oświadczeniami lustracyjnymi. Po ogłoszeniu wyborów, przypomnę 14 sierpnia, został ujawniony na stronach PKW wzór oświadczenia lustracyjnego, w którym treść tego oświadczenia lustracyjnego powołuje się na publikator z 2013 roku. W trakcie gry zostały zmienione reguły. Bowiem od 24 sierpnia,bez szczególnej reklamy i powiedziałbym alarmistycznych informacji, wprowadzono nowy wzór oświadczenia lustracyjnego, z publikatorem z 2017 roku – mówił Mariusz Witczak na konferencji prasowej w Sejmie.

– Są takie sygnały, jak np. komisarz w Wałbrzychu bardzo twardo odrzuca te oświadczenia i nie rejestruje tych kandydatów, którzy dysponują tym pierwszym załącznikiem. Cały bałagan i chaos jest wynikiem tego co nam zafundował Joachim Brudziński i Prawo i Sprawiedliwość. Natomiast nasz apel i prośba dzisiaj do Państwowej Komisji wyborczej, żeby bardzo szybko PKW, dała jednoznaczne wytyczne wszystkim komisarzom w Polsce, by oni respektowali dwa oświadczenia lustracyjne, dwa załączniki, które co do zasady są tożsame, tylko powołują się na inne publikatory – dodał Witczak.

Z regionów płyną też ostrzeżenia, że urzędnicy wyborczy są niezwykle skrupulatni, kwestionując prawidłowość złożonych pod listami podpisów w sposób bardzo wątpliwy, całkowicie uznaniowo i bez cienia dobrej wiary (każde drobne skreślenie, drobna nieczytelność itp. eliminuje dziesiątki podpisów). Takie zachowanie wyborczych urzędników fatalnie wróży także na okres powyborczych rozliczeń. Oczywiście obawiać się muszą głównie komitety opozycyjne.

Andrzej Duda na spotkaniu z wyborcami w Leżajsku określił Unię Europejską mianem „wyimaginowanej wspólnoty, z której dla nas niewiele wynika”. Powiedział to publiczne prezydent oraz były europoseł. Nic dziwnego, że spadła na niego fala krytyki, nie tylko posłów opozycji. – To, co mówi prezydent, jest połączeniem niemądrości, arogancji i braku kontaktu z rzeczywistością. Myślę zresztą, że przesadził nawet z punktu widzenia kolegów partyjnych – mówi w rozmowie z wiadomo.co Aleksander Smolar, prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Przewiduje, że takie „zohydzanie” UE może być motywem przewodnim kolejnej kampanii wyborczej. Ale PiS jednak będzie kalkulował.

KAMILA TERPIAŁ: „Wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika” – tak Andrzej Duda mówił podczas spotkania z mieszkańcami Leżajska. Polexit jest coraz bliżej?

ALEKSANDR SMOLAR: Psychologicznie taka wypowiedź świadczy o tym, że przynajmniej część prawicy skupionej wokół PiS-u jest gotowa ponieść ryzyko zaostrzenia stosunków z UE i pewnego typu konfrontacji. Dzieje się to w napiętej atmosferze także między UE i Węgrami Viktora Orbána. On zapowiedział, że Węgry chcą zmieniać Europejską Partię Ludową i całą Unię Europejską, a ewentualnie nawet stworzyć inną wspólnotę. Wyraźnie widać, że zbliżają się wybory europejskie. Analizując wypowiedź Andrzeja Dudy trzeba widzieć po pierwsze kontekst polski, ale także międzynarodowy.

To zresztą nie pierwsza wypowiedź „bagatelizująca” UE…
Wcześniej już wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział de facto, że Polska nie będzie respektować postanowień TSUE. Niektórzy ważni politycy PiS-u dystansowali się wtedy od tej wypowiedzi. Ale faktem jest, że

mamy do czynienia z mnożeniem się takich wypowiedzi, radykalizacją prawicy nacjonalistycznej w Europie i wolą konfrontacji z innymi. To bardzo niebezpieczna mieszanka.

Wystąpienie Andrzeja Dudy miało w sobie także elementy nonszalanckie. Prezydent przekonywał, że „nie będą nas pouczali ci, którzy zdradzili Polskę w 1945 roku”. To połączenie agresji, arogancji, pyszałkowatości i niesłychanej naiwności. Na ostatnim wielkim „spędzie” PiS-u prezes i premier mówili o tym, że PiS nie chce wyprowadzać Polski z UE, wymieniając jednocześnie tylko korzyści materialne. Oni tylko do tego redukują znaczenie UE. To samo, w nieco innych słowach, czyni Andrzej Duda.

Jak można twierdzić, że z obecności w strukturach UE „dla nas niewiele wynika”?
To są oczywiście brednie. Wynika dużo, chociażby jeżeli chodzi o stronę materialną – Polska była państwem korzystającym w największym stopniu z funduszy europejskich w historii Unii. Teraz dostaniemy mniej, ale to i tak będą duże pieniądze, zwłaszcza jeżeli Polska nie zostanie ukarana za prowadzenie polityki łamiącej zasady demokracji, a to jest możliwe.

To jest kłamstwo także pod innymi względami. To może dla Andrzeja Dudy nie jest ważne, ale przypomnę, że stabilizacja jeszcze w okresie negocjowania zasad demokracji była wynikiem tego, że Polska chcąc znaleźć się w strukturach UE musiała podporządkować się pewnym normom.

Dzisiaj ani Polska, ani Węgry, z takim stosunkiem do podstawowych unijnych zasad nie zostałyby do UE przyjęte. Wielką zaletą Unii jest to, że mogła stać na straży ewolucji demokratycznej naszych państw. Niestety, nikt w tamtych czasach nie przewidział, że państwa członkowskie, po doświadczeniach wojny i dyktatur, mogą same odchodzić od demokracji.

Dlaczego politycy PiS-u próbują nie zauważać tego, co powiedział prezydent?
To, co mówi prezydent, jest połączeniem niemądrości, arogancji i braku kontaktu z rzeczywistością. Myślę zresztą, że przesadził nawet z punktu widzenia kolegów partyjnych. Te słowa dotarły już do Brukseli i wtedy kiedy będą kontynuowane dyskusje o sytuacji w Polsce, będą na pewno przywoływane. Nie jest zatem przypadkowe, że i prezes Jarosław Kaczyński, i premier Mateusz Morawiecki starają się ostatnio nie atakować UE, a wręcz przeciwnie, poprzez milczenie starają się te stosunki łagodzić. Dlatego

myślę, że to nie jest przejaw świadomej polityki wychodzenia z Unii, tylko mentalności rozpowszechnianej w elitach PiS-u i gotowości, która w jakimś momencie może się objawić.

Takie słowa wygłasza publicznie prezydent. To niebezpieczne?
Nie wypada mu oczywiście mówić takich rzeczy, ale zdarza się to nie po raz pierwszy. Robił nawet rzeczy, które narażają go na Trybunał Stanu. Taka postawa prezydenta więc mnie nie dziwi.

Takie „zohydzanie” UE może być motywem przewodnim kampanii wyborczej?
Kampanii samorządowej nie, ale nie wykluczam tego w kolejnej, czyli przed wyborami do PE. Władza będzie jednak kalkulowała, bo wie, że poparcie dla UE jest w społeczeństwie cały czas wysokie. Zwłaszcza jeżeli w samej Unii zaostrzy się język w stosunku do państw, które porzucają zasady liberalno-demokratyczne, władza może rozpocząć kampanię przeciwko Brukseli, Niemcom i władzy imperialnej.

Poza tym będzie trzeba uzasadnić ewentualne ograniczenie pomocy finansowej dla Polski, a najprościej to wytłumaczyć jako przejaw wrogości różnych środowisk w Brukseli czy Berlinie. Władza będzie musiała wskazać winnego.

Z jednej strony prezydent mówi o „wyimaginowanej wspólnocie”, a z drugiej o „naszej, własnej wspólnocie, skupionej na naszych sprawach”. Andrzej Duda mówi wprost: „Na razie niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”. Podział na my i oni będzie się zaostrzał?
Prezydent gra na czymś, co jest autentyczne. Wielokrotnie pojawia się twierdzenie, że trudno jest zbudować wspólnotę demokratyczną na poziomie europejskim, dlatego że nie ma poczucia przynależności do tej wspólnoty, bo dominuje identyfikacja narodowa. Ale

od stwierdzenia, że najsilniejsza jest identyfikacja narodowa, do zaprzeczenia wagi Europy jako wspólnoty jest daleka droga.

Państwa zamożne pomagają Polsce nie dla własnego interesu, chociaż tego próbują dowieść politycy PiS-u. To jest też przygotowanie do nacjonalistycznej kampanii, o której mówiłem wcześniej.

Waldemar Mystkowski pisze o upadku Polski w oczach Europejczyków.

Partia Jarosława Kaczyńskiego wywołuje coraz powszechniejsze przeświadczenie za granicą, że kraje Europy wschodniej nie nadają się do integracji, solidarności między narodami.

PiS naprawdę nie ma kadr. Wynika to przede wszystkim z podstawowej przyczyny – ktoś posiadający fach, mający pojęcie o jakiejś dyscyplinie i potrafiący kreować, nie będzie się garnął do nieudaczników, do partii specjalnej troski, w której lider musi zakłamywać swoją przeszłość opozycyjną w PRL-u, a bratu dorabiać legendę, bo w rzeczywistości byli postaciami siedmiorzędnymi, których nikt nie zapamiętał.

Nieszczęście dla kraju polega na tym, że ten przypadkowy zbiór polityków powinien zostać marginesem, folklorem politycznym. Nie powinniśmy sobie zaprzątać nimi głowy ani zastanawiać się, dlaczego nieudacznik nazywa innych gorszym sortem, elementem animalnym. Wszak takich z niedostatkiem rozumu można spotkać na każdym kroku, wystarczy wyjść z domu.

Partia bez kadr może promować tylko takie postaci, jak Sabina Zalewska, która chciała zostać Rzecznikiem Praw Dziecka i pewnie by się jej udało, bo przeszła kwalifikacje partyjne, w których trafnie odpowiedziała na pytania ideologicznie, iż życie zaczyna się od poczęcia, in vitro jakoby narusza prawo dziecka do tożsamości, a gender jest brzydkie, bo kler tak twierdzi. Zostałaby ta osoba funkcjonariuszem państwowym, ale traf chciał, że nie potrafi skonstruować myśli własnych i ucieka się do plagiatu, kradnie własność intelektualną. Wykrył to „Tygodnik Powszechny”, a przecież mogło się tak nie stać. I mielibyśmy to, co w PiS jest normą, iż „nikt nam nie powie, że białe jest białe” i Rzecznik Praw Dziecka byłby faktycznym Rzecznikiem Obrony Rodziców przed Dzieckiem.

Inna kabaretowa postać Mariusz Błaszczak modernizuje armię w ten sposób, że tworzy nową dywizję Wojsk Lądowych. Kreowanie znów polega na tym, że jest ono markowane – mianowicie dywizja powstaje z dwóch istniejących brygad i trzeciej nieistniejącej. Generałowie łapią się za głowy, co też ten Szwejk Błaszczak wymyślił, a do tego umieszcza ją w Siedlcach, w miejscu, gdzie łatwo jest ją obejść w tzw. manewrze Paskiewicza, z którym sobie poradził Józef Piłsudski w 1920 roku. Generał Mirosław Różański zwraca uwagę: – „Już dwa razy usiłowaliśmy pod Siedlcami powstrzymać ofensywę ze wschodu – raz w czasie powstania kościuszkowskiego, potem podczas powstania listopadowego. Bez rezultatu”.

Szwejki PiS kompromitują nas na zewnątrz. W walce ze społeczeństwem obywatelskim padła Ludmiła Kozłowska, szefowa Fundacji Otwarty Dialog. Została przez służby podległe Mariuszowi Kamińskiemu (przypominam: zasądzono mu trzy lata odsiadki, ułaskawiony został przez Dudę, ale taka łaska na pstrym koniu jeździ) wydalona z Polski i ze strefy Schengen na podstawie arbitralnej decyzji.

W tym przypadku (ale dotyczy to także Błaszczaka) można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, iż mamy do czynienia ze spełnieniem życzeń Rosji. Działania Kremla w decyzjach PiS są widoczne aż nadto. Niemcy musieli odblokować status persony non grata dla Kozłowskiej, dzięki temu wystąpiła w Bundestagu w najsłynniejszym obecnie t-shircie „KONSTYTUCJA”.

Mamy wiedzę, że Moskwa maczała swoje palce na korzyść PiS w aferze podsłuchowej. Były szef ABW Krzysztof Bondaryk twierdzi nawet, że z taśmami to jeszcze nie koniec. Marek Falenta i jego kelnerzy więcej ich wyprodukowali: – „Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych”. A taśmy: „jeśli są, to będą wykorzystane”.

Więc nie bądźmy zdziwieni, że PiS działa z życzenia Kremla, skłóca nas w Unii Europejskiej i z niej wyprowadza. Najlepsi do tego są Szwejkowie, nieudacznicy, jak wyżej wspomniani i nieukrywający swoich sympatii prorosyjskich tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel.

PiS spełnia coraz powszechniejsze w Europie przeświadczenie, że kraje Europy wschodniej nie nadają się do integracji, solidarności między narodami, nie są w stanie wypełnić minimum standardów demokratycznych. Łatka „chory człowiek Europy” znowu jest aktualna dla Polski pod rządami PiS.

Czy Lech Kaczyński powinien być wykopany z Wawelu?

Prace nad wnioskiem przeciw Rosji do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zwrotu wraku tupolewa zostały wstrzymane – poinformował Onet. Nieoficjalnie wiadomo, że zdecydował o tym osobiście Jarosław Kaczyński.

Jak podaje Onet, „zarys pozwu był gotowy już wiele miesięcy temu, ale do dziś nie został złożony w Hadze i (…) może już nigdy nie zostać złożony”. Według informatorów portalu powodem wstrzymania prac są obawy lidera PiS przed reakcją opinii publicznej w Polsce.

„Powiedział nam, że to ryzyko polityczne, bo nie wiadomo, jak starcie z Rosjanami o wrak przyjmie opinia publiczna w Polsce. Stwierdził, że nie chciałby procesu przeciwko Rosji prowadzonego przez polski rząd, że lepsze byłoby działanie przez organizacje międzynarodowe” – opowiadał Onetowi wysokiej rangi urzędnik MSZ, związany z PiS. Dopytywany, czy „w praktyce takiej skargi nie będzie” informator portalu odpowiedział, że jest to „bardzo mało prawdopodobne”.

Tłumaczył, że Jarosław Kaczyński „musiałby zmienić zdanie, a na to się nie zanosi. W każdym razie w MSZ nic w tej sprawie się nie dziejeģ.

Beata Mazurek zaprzecza

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek skomentowała w środę na Twitterze artykuł Onetu. „A Jarosław Kaczyński nic o tym nie wie, za to Onet wie lepiej od niego.#FakeNews” – napisała, dodając link do artykułu zamieszczonego na portalu Onet.pl.

Na reakcje internautów nie musiała długo czekać. Szybko wypomnieli jej wpis na portalu społecznościowym ze stycznia, gdy zapewniała, że nie będzie żadnej zmiany przepisów o IPN.

W listopadzie ub.r. ówczesny szef MSZ Witold Waszczykowski poinformował, że resort jest przygotowany do zwrócenia się ws. wraku Tu-154M do trybunałów międzynarodowych. Zaznaczył jednocześnie, że decyzja polityczna w tej sprawie „musi zapaść na wyższym szczeblu”. W grudniu Jacek Czaputowicz – jeszcze jako wiceminister spraw zagranicznych – doprecyzował, że resort dyplomacji przygotował w tej sprawie projekt skargi do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

W interesie Polski – PiS odsunąć od władzy. Wszelkimi sposobami, bo przyjdzie nam walczyć o niepodległość

>>>

„Wydawało mi się, że nie będzie z tym żadnego problemu. Przecież jest to korespondencja pomiędzy szefem spółki giełdowej, a premierem. Na dodatek dotyczy sprawy bardzo ważnej dla finansów państwa i wiarygodności jego instytucji” – powiedział „Wyborczej” poseł PO Krzysztof Brejza, komentując odmowę ujawnienia korespondencji pomiędzy spółką, a Morawieckim. Podobno premier nawet ich nie czytał – dowiedział się Brejza.

Jak tymczasem wyjaśnia Centrum Informacji Rządu: „z pismami zapoznawali się pracownicy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zapewniający obsługę Prezesa Rady Ministrów.” Potem listy „zostały przekazane zgodnie z właściwością” do koordynatora służb specjalnych i wiceprezesa PiS – Mariusza Kamińskiego, a także do Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego oraz do szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego.

„Czy to oznacza, że w tych listach było zawiadomienie o przestępstwie? – docieka więc Brejza. „Dokumenty prywatne nie stanowią informacji publicznej” – brzmi zwięzła odpowiedź dyrektora CIR.

O co cały ten hałas? GetBack to największa polska spółka windykacyjna, która w latach 2017-18 sprzedała obligacje za 2,5 mld. zł i w kwietniu utraciła płynność finansową. Chcąc ratować sytuację prezes Kąkolewski pisał do premiera, by ten zgodził się na dofinansowanie GetBacku przez PKO BP i Polski Fundusz Rozwoju. Ostrzegał przed krachem spółki i powoływał się na swoje zasługi dla „obozu wolnościowego”. Jak już pisaliśmy, GetBack finansował imprezy z udziałem polityków obozu władzy i zamieszczał reklamy we wspierających ją mediach.

Jak informowała „Wyborcza” na prośbę Kąkolewskiego – z premierem rozmawiał jego ojciec, marszałek senior Kornel Morawiecki, ale ten zaprzeczył, by przekazał list szefa GetBacku synowi.

O ujawnienie listów apelowali w ub. tygodniu posłowie opozycji podczas posiedzenia Komisji Finansów. Bez skutku. Nie udało im się nawet przegłosować wniosku, by premier stawił się przed komisją i wytłumaczył, dlaczego powołane do tego służby państwowe nie zapobiegły aferze spółki, której skala trzykrotnie przekracza straty w słynnej aferze Amber Gold.

Jesteśmy teraz w sytuacji, którą nazywam „stanem przemocy konstytucyjnej”. Wyłączone są wszystkie bezpieczniki, jak na przykład Trybunał Konstytucyjny, które powinny nas bronić przed nadużyciami władzy. Jedyna rzecz, jaka nam pozostaje, to obywatelska niezgoda, którą musimy komunikować. Wtedy jesteśmy w stanie uratować poczucie praworządności w ludziach. Zrozumieją, że stan, który istnieje, jest nienormalny i jest nadzieja, że nie będą go traktowali jako stan permanentny – mówi w rozmowie z nami prof. Marcin Matczak z Wydziału Prawa i Administracji UW

KAMILA TERPIAŁ: Jest szansa na obronę Sądu Najwyższego?

MARCIN MATCZAK: Wydaje mi się, że jest. Po pierwsze, sytuacja z praworządnością i Sądem Najwyższym nigdy nie jest czarno-biała. Nawet jeżeli przegrywa się poszczególne bitwy, to wojna toczy się o coś innego – czy jako społeczeństwo uznamy, że to, co się dzieje, jest legalne, czy uznamy, że jest nielegalne. Wydaje się, że najgorszą rzeczą, jaka może się wydarzyć, będzie przejęcie kontroli nad sądami. Ale tak naprawdę najgorszą rzeczą będzie to, jeżeli polityczna kontrola nad sądami zostanie przejęta i wszyscy będą uważali, że to jest normalne. Oczywiście byłbym za tym, aby na poziomie wspólnotowym, albo obywatelskim ten proces został zablokowany. Ale jeżeli tak się nie stanie, mimo wszystko pozostaje pytanie, jak sędziowie i obywatele będą reagowali. Przecież

jeżeli 3 lipca sędziowie SN zostaną usunięci ze stanowisk, to musi się znaleźć ktoś na ich miejsce. To mogą być ludzie, którzy swoimi działaniami będą legitymować ten SN, albo go ośmieszać. Może się więc powtórzyć sytuacja, jaka miała miejsce w przypadku nowej Krajowej Rady Sądownictwa, kiedy nikt z poważnych reprezentantów sędziów nie był chętny do zasiadania w jej szeregach.

W ten sposób nie doszło do zaakceptowania upolitycznionego KRS. Bez względu na ruchy prawne i to, czy zdążą być wykonane przed 3 lipca, bardzo ważny jest ogólny stosunek sędziów i społeczeństwa do tego, co się dzieje.

Dlatego też – jak powiedział pan w jednym z wywiadów – odejście sędziów SN nie może odbyć się po cichu…

Jesteśmy teraz w sytuacji, którą nazywam „stanem przemocy konstytucyjnej”. Wyłączone są wszystkie bezpieczniki, jak na przykład Trybunał Konstytucyjny, które powinny nas bronić przed nadużyciami władzy. Jedyna rzecz, jaka nam pozostaje, to obywatelska niezgoda, którą musimy komunikować. Wtedy jesteśmy w stanie uratować poczucie praworządności w ludziach. Zrozumieją, że stan, który istnieje, jest nienormalny i jest nadzieja, że nie będą go traktowali jako stan permanentny. A kiedy tylko nadarzy się okazja, będą chcieli go naprawić.

Co może i powinna w takiej sytuacji zrobić I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf?

Jestem przekonany, że zachowania osób, które ze względu na pełnioną funkcję są liderami władzy sądowniczej, są bardzo ważne.

Nie czuję się na siłach, aby radzić prof. Małgorzacie Gersdorf, co powinna robić, ale mogę sformułować ogólną rekomendację – najbardziej jednoczyła ludzi wtedy, kiedy była jednoznacznym symbolem walki o wolne sądy. Wtedy zaprezentowała klarowną postawę postawa tak-tak, nie-nie. I takiej właśnie potrzebujemy.

Ale z drugiej strony wzięła udział w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK?

Wizyta I prezes SN w Pałacu Prezydenckim była błędem. To było wysłanie niejasnego komunikatu. W takich sytuacjach ludzie, zwłaszcza ci, którzy nie są prawnikami, czują się zdezorientowani. Rząd mówi jedno, sędziowie drugie, prawnicy rządu mówią jedno, a ci wspierający sędziów mówią drugie i tak dalej. Ostatnio w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich rozmawialiśmy także o tym, że decyzja prof. Andrzeja Rzeplińskiego o przyjęciu dublerów do TK namieszała ludziom w głowach. Społeczeństwo potrzebuje jednoznacznego przekazu. Prof. Małgorzata Gersdorf, ale także inni sędziowie SN powinni zadbać o to, aby ich zachowania były przejrzyste i jasne, bo najgorsze są niedopowiedzenia.

Bez względu na to, jak wszystko się potoczy, sędziowie SN mogą dać wielką lekcję prawa konstytucyjnego w Polsce. Pokazać, co się dzieje z sądami i dlaczego to jest złe. To byłaby wielka wartość.

Taką lekcję już teraz daje sędzia Stanisław Zabłocki, który zapewnia, że będzie orzekał w SN, zgodnie z konstytucją, do 70. roku życia. Powinien być wzorem?

To jest wyraźny symbol sprzeciwu. Z punktu widzenia komunikacji społecznej takie zachowanie jest też bardzo mądre, dlatego że jest przerzuceniem piłki na drugą stronę. Sędzia pokazuje, że nie da się inaczej usunąć jak tylko poprzez wyrzucenie, a jeżeli władza to zrobi, to podkreśli, jakie są jej niecne plany. To bardzo mądre i jednoznaczne stanowisko.

Sędzia jest jasny w swojej deklaracji, a polityk musi podnieść na niego rękę. Ludzie dostrzegają wtedy, że mamy do czynienia z przemocą konstytucyjną. Takich postaw potrzebujemy.

Rząd opublikował wyroki TK, ale z komentarzem, że zostały wydane z naruszeniem prawa. Jaki to ma sens i znaczenie?

Pod względem bezpośredniego skutku konstytucyjnego decyzja o publikacji została podjęta zbyt późno, aby miała jakikolwiek sens. Skutkiem wyroków TK jest to, że ustawa uznana za niezgodną z konstytucją jest wyrzucana z systemu prawnego. Kiedy musieliśmy czekać 2 lata na opublikowanie tych wyroków, nie ma już co wyrzucać, bo ustawy zostały przez parlament dawno zastąpione innymi. Ale publikacja ma duże znaczenie symboliczne. W państwie demokratycznym i prawnych w centrum Europy nie może być tak, żeby urzędnik państwowy, jakim jest premier, uzurpował sobie prawo do oceny tego, co jest wyrokiem i decydował o jego publikacji.

To jest wyjście z zachodniej cywilizacji prawnej i maszerowanie w stronę Rosji, Białorusi i innych reżimów. Moment, w którym wyroki są opublikowane, jest symbolicznym przywróceniem praworządności. Gdyby tak się nie stało, to powstałby precedens i mógłby zostać wykorzystany w przyszłości.

Pod względem prawnym publikacja może mieć znaczenie dla odpowiedzialności konstytucyjnej premier Beaty Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego. Oni są zobowiązani do publikacji wyroków TK, a linia ich obrony polegała na przekonywaniu, że to, czego nie opublikowali, to w ogóle nie były wyroki. Tymczasem teraz zostały opublikowane jako wyroki, a ten dopisek o wydaniu ich z naruszeniem ustawy jest zupełnie bez  znaczenia. Nie ma w Polsce organu, który mógłby stwierdzić, czy orzeczenia TK zostały wydane z naruszeniem prawa. Dla mnie to jest po prostu prawniczy folklor. Ale jeżeli premier Beata Szydło zostanie postawiona przed Trybunałem Stanu i będzie przekonywać, że nie opublikowała czegoś, co nie było wyrokami, wtedy wystarczy przypomnieć, że 2 lata później parlament jednak zdecydował, że to są wyroki. A jeżeli będzie dalej przekonywać, że zostały wydane z naruszeniem prawa, to nie będzie w stanie odpowiedzieć na pytanie, w jakiej procedurze to zostało stwierdzone.

To pogarsza sytuację premierów przed ewentualnym postępowaniem w sprawie ich odpowiedzialności konstytucyjnej.

Komisja Europejska powinna zdecydować się na radykalniejsze działania wobec Polski?

Jestem przekonany, że KE ma doskonałą orientację w tym, co dzieje się w naszym kraju. Dlatego Komisja nie da się nabrać na tanie chwyty, które stosuje rząd, zmieniając jakiś drobiazg i twierdząc, że to jest kompromis. Jeżeli Komisja wycofa się z jakichś działań, czyli na przykład nie zdecyduje się na wniesienie skargi do Trybunału Sprawiedliwości na ustawę o SN, albo nie będzie kontynuowała procedury z art. 7, to nie będzie wynikało z naiwności, tylko politycznej kalkulacji. W sytuacji, w której sama UE jest osłabiona, pójście na wojnę z ważnym jej członkiem będzie dodatkowym osłabieniem. Ale

rezygnacja Komisji z działań wobec Polski nie będzie naszym zwycięstwem. Będzie to sytuacja, w której Unia machnie ręką, przekonując, że z Polską w ogóle nie ma sensu rozmawiać. Tak czy inaczej, to będzie znowu nasza porażka.

Organizacje pozarządowe apelują do KE, aby skierowała ustawę o SN do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Pan też o to apeluje. Dlaczego takie działanie byłoby ważne?

Mogłaby wtedy nastąpić sytuacja podobna do tej, która miała miejsce w przypadku Puszczy Białowieskiej. Polski rząd lekceważył stanowisko Komisji, uznając je za polityczne, dopiero kiedy nogą tupnął Trybunał, nie można było się sprzeciwić, bo to jest organ sądowy, a nie polityczny. Niektórzy słusznie pokazują, że tu jest pewna paralela – wtedy mieliśmy do czynienia z wycinką drzew, teraz mamy do czynienia z wycinką sędziów z SN. Dlatego jest sens w tym, aby przesunąć sprawę z politycznej agendy KE, na prawną agendę TS. Gdyby Komisja zdecydowała się na taki ruch, to Trybunał Sprawiedliwości, podobnie jak w pierwszej sprawie, mógłby wydać zarządzenie tymczasowe, które wstrzymałoby wejście ustawy o SN w życie i sędziowie pozostaliby na stanowiskach co najmniej do końca rozpatrzenia sprawy, a gdyby TS uznał ustawę za naruszającą prawo unijne, to zachowaliby stanowiska.

To jest szansa, aby powstrzymać jedno z największych przestępstw konstytucyjnych, czyli usunięcie sędziów SN wbrew ich woli. Ale nie jestem w stanie wyrokować, jak to może się zakończyć.

Wszystko wskazuje na to, że w Komisji nie ma w tej sprawie zgody. A to nie wróży najlepiej…

Nie jestem specjalistą od zakulisowych dyskusji w KE. Rzeczywiście z informacji, które do nas docierają, wynika, że Frans Timmermans, który naciska na to, aby skierować ustawę do TS, spotyka się z pewnym oporem. Ale sprawa jest dynamiczna i może się jeszcze zmienić.

Wielu sędziów nie godzi się na to, co władza robi z sądami. Przykładem jest chociażby postawa sędziów Sądu Okręgowego w Krakowie. Taka wola walki i niezależności będzie się utrzymywać?

Myślę, że tak.

Nastroje wśród sędziów są bardzo zdecydowane. To są ludzie w pełni świadomi tego, co się dzieje i rozumieją, że ich stanowisko jest bardzo ważne. Moja wiedza o tym, co się w tym środowisku dzieje, jest taka, że sędziowie chcą stanąć na wysokości zadania.

Dlatego ważne są takie stanowiska, jak nieakceptowanie narzucanych prezesów sądów czy nowego KRS-u. W ten sposób dają społeczeństwu jasny komunikat – nie wyrażamy zgody na to, co się dzieje. Wracamy więc do początku naszej rozmowy. Gdyby sędziowie położyli uszy po sobie, to byłaby prawdziwa tragedia. Myślę, że opór może nawet narastać.

Tygodnik Wprost pisze o możliwych przetasowaniach w obozie władzy. Powrót prezesa Kaczyńskiego za szpitala oznacza wzmocnienie pozycji Mateusza Morawieckiego. W czasie ostatnich rozmów ze współpracownikami Kaczyński podkreślał, że szef rządu dobrze radzi sobie na stanowisku. Premier coraz poważniej myśli o autorskiej rekonstrukcji rządu i wygląda na to, że dostanie od prezesa zielone światło. Dzisiaj rozważane są dwa warianty rekonstrukcji. Mała, która dotknie dwóch polityków na jesieni i duża, szersza​, związana z eurowyborami.

Szef rządu zdaje sobie sprawę, że jego pozycja wzrasta i dlatego rozmawiał z prezesem o rekonstrukcji rządu, która wydaje się już przesądzona. Najczęściej wymienianie są dwa nazwiska – ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego oraz ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela.Odejście tych dwóch osób jest już pewne i ma do niego dojść zaraz po wyborach samorządowych – pisze Wprost. Tchórzewski wciąż konfliktował się z Morawieckim o zakres kompetencji, do czasu aż premier odebrał mu uprawnienia głównego akcjonariusza koncernów paliwowych PKN Orlen i Grupy Lotos. Z kolei Jurgiel może odejść z rządu pod pretekstem startu do europarlamentu – “Tak naprawdę od dawna był na cenzurowanym. O jego dymisji mówiło się przy poprzedniej rekonstrukcji rządu. Ale Kaczyński nie mógł ulegać naciskom opozycji, która domagała się usunięcia go ze stanowiska”– mówi anonimowo polityk PiS.

Według informacji Wprost w nastepnej kolejności mają odejść czołowi politycy, którzy będą startowali do europarlamentu. Padają takie nazwiska jak Beata Szydło, Anna Zalewska i Beata Kempa. Najwięcej emocji budzi jednak pomysł wysłania do Brukseli Zbigniewa Ziobro. Kaczyński nie spodziewał się, że Patryk Jaki może rzeczywiście wygrać wybory, tymczasem okazuje się, że nawiązuje równą walkę z Rafałem Trzaskowskim. Jeżeli zostanie prezydentem Warszawy wpływy ministra sprawiedliwości i jego ludzi wzrosłyby na tyle, że stałby się realnym zagrożeniem dla Jarosława Kaczyńskiego. Otoczenie prezesa przekonuje go, żeby pozbył się Ziobry, bo będzie pierwszym który skoczy mu do gardła. 

Jarosław Kaczyński liczy, że po kryzysie spowodowanym protestem niepełnosprawnych oraz kłopotami wizerunkowymi posła Pięty notowania PiS zaczną się wzmacniać za sprawą dobrych wyników gospodarczych. “Jarosław Kaczyński nie zna się na gospodarce. Ona go nie interesuje. Chce tylko, żeby wszystko się zgadzało i były pieniądze na 500 plus. Morawiecki kreśli prezesowi wizje rozwoju gospodarczego Polski, a prezes jest spokojny, że wszystko jest pod kontrolą” – mówi informator Wprost. Paradoksalnie protest niepełnosprawnych dodatkowo wzmocnił pozycję Morawieckiego, który spotkał się z protestującymi, ale nie przyszła do nich Beata Szydło odpowiedzialna za kwestie społeczne i to na nią spadła fala krytyki.

Czeka nas kolejny serial pod tytułem “Rekonstrukcja rządu”, jednak najciekawsze będzie to, co stanie się ze Zbigniewem Ziobro. Pierwsze plotki o dymisji ministra pojawiły się kilka miesięcy temu. Ziobro miał być poświęcony w zamian za ugodę z Komisją Europejską w sprawie praworządności. Jarosław Kaczyński sam sobie zafundował problem wyznaczając do biegu wyborczego Patryka Jakiego i teraz będzie musiał obciąć jedną głowę Solidarnej Polsce, jeżeli w Warszawie zostanie osiągnięty bardzo przyzwoity wynik. Do tego na wymianę ministra naciska Morawiecki, który jest oczkiem w głowie prezesa i prezes będzie chciał pokazać, że Morawiecki nie jest premierem technicznym, tylko z realnym wpływem na rząd i dobór współpracowników.

Nie tylko autonomia władzy sądowniczej została radykalnie zakwestionowana. Zniszczeniu uległa także władza ustawodawcza. W grudniu 2016 roku, czyli od przeniesienia posiedzenia do Sali Kolumnowej i niedopuszczenia opozycji do obrad, rozpoczął się proces likwidacji Sejmu. Pozostała tylko atrapa i dekoracja. PiS-owi Sejm jest przecież niepotrzebny. Likwidacji de facto uległa także autonomia władzy wykonawczej, bo jej centrum zostało przeniesione na ulicę Nowogrodzką – mówi w rozmowie z wiadomo.co Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnio wiele się wydarzyło. Chociażby protest osób niepełnosprawnych w Sejmie, zrobienie z budynków przy Wiejskiej twierdzy, zapowiedź ograniczenia funduszy europejskich… A tak, jakby nie zmieniło się nic. Tzw. teflonowy PiS cały czas prowadzi w sondażach. Dlaczego?

ALEKSANDER SMOLAR: Listę takich wydarzeń można wydłużać, cofając się w czasie. Ale ich skupienie może dać efekty dopiero z opóźnieniem. Większość tych faktów nie trafia na co dzień do ludzi. Nawet jeżeli o tym słyszą, to informacje te są neutralizowane do pewnego stopnia przez poważny kapitał legitymacji tej władzy. Jej źródła to przede wszystkim polityka redystrybucyjna, czyli przejęcie od lewicy funkcji promotora państwa opiekuńczego. Dla ludzi, którzy z tego skorzystali, to jest silny kapitał, który pozwala jednak na „machnięcie ręką” i przymykanie oczu na wiele innych rzeczy. Ludzie pamiętają o tym, że PiS wiele zrobił dla mniej uprzywilejowanej części społeczeństwa, nie tylko w kategoriach czysto finansowych, ale także godnościowych. Z tego punktu widzenia

nawet skandaliczne sceny, prowokowane przez ludzi PiS-u, które towarzyszyły protestowi niepełnosprawnych w Sejmie, choć wzbudziły ogólny niesmak, w opinii dużej części społeczeństwa są relatywizowane.

Czyli pomoc tej grupie się politycznie nie opłaca?

To jest stosunkowo ograniczona populacja, która po raz pierwszy w Sejmie miała widocznych reprezentantów. Na co dzień ta grupa jest rozproszona, niewidoczna, chowa się po domach, często nie mogąc wyjść z powodów fizycznych. Dużym osiągnięciem tego protestu było właśnie jej publiczne pokazanie się, z godnością i umiejętnością artykułowania własnych problemów i interesów. Ale równocześnie stosunek części społeczeństwa do protestu był ambiwalentny. Z jednej strony jest świadomość tego, że to są ludzie pokrzywdzeni, ale z drugiej haniebny język, którym posługiwali się także posłowie PiS, trafiał do części społeczeństwa.

Ludzie nie chcą oglądać choroby, brzydoty, śmierci i starości. Taki język budzi wstręt i strach, a politycy chcieli wyborców przestraszyć, tak jak w przypadku imigrantów, którzy według Jarosława Kaczyńskiego mieli roznosić choroby.

Czy UE zdecyduje się ukarać Polskę?

Najpoważniejsza sprawa to jest problem UE. W tym wypadku władza może dużo przegrać, ale to nie jest oczywiste. Łatwo przekonać – zresztą Unia w tym pomaga – że ograniczenie unijnych funduszy nie jest karą, tylko wynikiem zmiany unijnych priorytetów. Teraz najważniejsze mają być południowe kraje, które ucierpiały z powodu napływu uchodźców i w których nie udało się przezwyciężyć w pełni kryzysu gospodarczego. Poza tym zmniejszenie środków dla Polski i Węgier można będzie zwalić na wrogie siły. Znamy już narrację o niedobrej Brukseli i Niemcach, którzy chcą nam zaszkodzić. Myślę, że teraz, gdy Polska ma dostać mniej pieniędzy z Unii, taka propaganda nacjonalistyczna ulegnie intensyfikacji. Chociaż skądinąd wiadomo, ze Berlin i dominujące środowiska w Brukseli wcale nie chcą karać Warszawy. Zwłaszcza że trudno jest bezpośrednio powiązać problemu stanu sprawiedliwości w takim kraju jak nasz z redystrybucją środków.

Widoczny jest opór nie tylko Polski czy Węgier, ale także innych krajów, które mogą się obawiać konsekwencji, na przykład Hiszpanii. Dlatego UE wolała przy pomocy ogólnych haseł zmiany priorytetów ograniczyć środki przyznawane Polsce i Węgrom, nie czyniąc z tego wyboru politycznego. To niestety zamaże klarowność prawdopodobnej decyzji.

Skoro retoryka nacjonalistyczna ulegnie wzmocnieniu, to zapewne jeszcze mniej „ugramy” i jeszcze bardziej się zmarginalizujemy.

Decyzja w sprawie powiązania wypłacanych środków ze stanem praworządności nie została jeszcze podjęta. Może okazać się bardzo bolesna, ale też będzie bardzo trudna. Od tego będzie zależał stan gry. A pogłębianie izolacji Polski jest oczywiste. Premier, który został mianowany po to, żeby naprawiać stosunki Polski z UE, od początku przyczyniał się do ich pogarszania. Przypisane mu zadanie przezwyciężenia izolacji okazało się zadaniem ponad jego siły. Zresztą bez zmiany polityki wewnętrznej, zwłaszcza wobec prawa i sądów, nie było to możliwe. Już teraz zdanie Polski w Unii w istocie się nie liczy i to jest widoczne na pierwszy rzut oka. Polacy nie biorą udziału w istotnych dyskusjach i nie mają żadnych w istocie sojuszników.

Kiedy rząd PO-PSL walczył o unijny budżet, był w stanie zorganizować silne lobby kilkunastu krajów naszego regionu i to miało istotne znaczenie. Dzisiaj rząd PiS-u nie jest w stanie tego zrobić, może liczyć jedynie na wielkoduszne i niepewne poparcie Viktora Orbána.

Widoczne jest skupienie różnych negatywnych czynników konsekwencji prowadzonej polityki i braku umiejętności reakcji na nowe wyzwania.

Władza jest sparaliżowana fizyczną nieobecnością Jarosława Kaczyńskiego?

Ten, kto skupił w swoich rękach całą władzę, a znajduje się poza wszystkimi strukturami władzy, czyli Jarosław Kaczyński, ze względu na stan zdrowia w małym stopniu może wypełniać rolę, którą sam sobie wyznaczył. Do tej pory to on decydował w sprawach ważnych i mniej ważnych. Teraz ludzie z PiS-u nie potrafią podejmować decyzji, bo ich poziom jest niski, albo po prostu się boją, żeby nie zostali oskarżeni o to, że sięgają po władzę licząc, że Jarosław Kaczyński nie będzie w stanie już jej sprawować.

Widoczne są objawy kompletnej bezradności, dezorganizacji i walki buldogów pod dywanem. To jest element paraliżujący tę władzę. Przykładem drastycznym jest przypadek posła Stanisława Pięty. Kiedyś prezes PiS-u był w stanie podobne węzełki gordyjskie przecinać bardzo szybko.

Fizyczna nieobecność Jarosława Kaczyńskiego ukazuje całą słabość instytucjonalną władzy PiS-u. Nie tylko autonomia władzy sądowniczej została radykalnie zakwestionowana. Zniszczeniu uległa także władza ustawodawcza. W grudniu 2016 roku, czyli od przeniesienia posiedzenia do Sali Kolumnowej i niedopuszczenia opozycji do obrad, rozpoczął się proces likwidacji Sejmu. Pozostała tylko atrapa i dekoracja. PiS-owi Sejm jest przecież niepotrzebny. Likwidacji de facto uległa także autonomia władzy wykonawczej, bo jej centrum zostało przeniesione na ulicę Nowogrodzką. Zresztą w samym PiS-ie nikt tego nie ukrywał, włącznie z kolejnymi premierami. Mamy do czynienia z dezinstytucjonalizacją, czyli niszczeniem podstawowych instytucji państwa. Nie tylko sądownictwa, ale także pozostałych dwóch członów władzy, które w każdym państwie demokratycznym i liberalnym są niezależne. Obóz rządzący lubi słowo „suweren”.

W Polsce suwerenem jest Jarosław Kaczyński, bo to jest osoba, która skupia całą władzę i podejmuje suwerenne decyzje.

Czy to może się przełożyć na wynik wyborczy?

Myślę, że tak. Ale zobaczymy, czy stanie się tak już w najbliższych wyborach. Problem w tym, że PiS zmieniając kodeks wyborczy narzucił takie warunki, że te wybory samorządowe są w istocie nie do przeprowadzenia. To będzie ważny sprawdzian. Poza tym myślę, że

PiS bez skrupułów, niszcząc nawet budżet państwa, będzie chciał pokazać, że ta władza jest dla ludu.

PiS odważy się na majstrowanie w procesie wyborczym?

Jest takie francuskie porzekadło: najgorsze nigdy nie jest pewne. Nie ma co krakać i przewidywać najgorszych scenariuszy. Ludzie PiS-u, przynajmniej niektórzy, muszą mieć świadomość, że zawsze może paść iskra, która wznieci masowy bunt społeczny. Poza tym nawet Polska Kaczyńskiego potrzebuje świata zewnętrznego. A teraz nie możemy liczyć nawet na Stany Zjednoczone. Zresztą nie wykluczam, że część ludzi obozu władzy może mieć skrupuły, bo wiedzą, że za takie rzeczy się płaci. Są tacy, którzy znają losy „silnych władz” i wiedzą, że one często marnie kończą. Być może PiS będzie bardziej stawiał na bodźce pozytywne, czyli rozdawnictwo. Poza tym mają jeszcze inne narzędzie – dają ludziom poczucie przynależności, wykorzystując retorykę nacjonalistyczną i patriotyczną. W dobie kryzysu ludzie takiej wspólnoty potrzebują. Obowiązujący jest cały czas popularny w ludzie język antyelitarny. To są wszystko zasoby, z których PiS będzie korzystał. Dlatego

ich przegrana wcale nie jest pewna. Wiele zależeć będzie oczywiście od stanu i zdolności mobilizacyjnej opozycji.

Dlaczego 4 czerwca to „wielka, opluta data”, jak pisze prof. Jan Hartman?

Można to połączyć z gloryfikacją żołnierzy wyklętych, ludzi o tragicznych, często bardzo złożonych losach, ale nie mówiących w imieniu państwa reprezentowanego przez rząd w Londynie. Stawianie ich w centrum PiS-owskiej mitologii jest symbolem pewnego typu radykalizmu, któremu nie wystarczy już AK, Powstanie Warszawskie czy nawet „Solidarność”. Ta władza jest od początku radykalna, dlatego odwołuje się do takich wzorów, sugerujących przecież, że żyjemy w czasach tragicznych, jakbyśmy mieli tuż za sobą kolejne przegrane powstanie. 4 czerwca jest symbolem pokojowego przejścia i porozumienia się obozu „Solidarności” z relatywnie umiarkowaną częścią elit komunistycznych. Jarosław Kaczyński, który sam – podobnie jak i jego brat – brał udział w negocjacjach Okrągłego Stołu, wie, że uznanie tej tradycji i wyborów 4 czerwca będzie zabójcze dla tego typu radykalnej mitologii i praktyki politycznej.

Oni budują swój przekaz na potępieniu III RP i postkomunizmu. W istocie walczą z tym wszystkim, co działo się w Polsce po 1989 roku. Walczą z symbolami władzy, która została ukonstytuowana w sposób pokojowy, nie odwołując się do strachu, niepewności i upokarzania ludzi, za to budowała postawy demokracji i gospodarki rynkowej.

4 czerwca doprowadził do wywrócenia podstaw komunistycznej władzy, obóz „Solidarności” zdobył Senat i wszystko, co mógł zdobyć w Sejmie – prowadząc szybko do odsunięcia od władzy PZPR-u. To jest tradycja, której PiS nienawidzi, dlatego próbuje ją zwalczać, często w groteskowy sposób – przemilczając, albo mówiąc głupstwa na temat wyborów 4 czerwca. Ale to się na nich odbije, bo 4 czerwca stanie się symbolem odrodzonej Polski, kiedy rządy PiS-u się skończą. Nie wątpię, że wtedy dzień ten zostanie ogłoszony świętem narodowym, świętem polskiej demokracji, która jest obecnie na każdym kroku zagrożona.

Unia nie jest zainteresowana, aby karać Polskę, bo jest świadoma, że karze nie PiS czy rząd, a całą Polskę. Rząd, który przyjdzie po PiS-ie, zostanie bez pieniędzy i szans rozwojowych, modernizacyjnych – mówi nam o sporze z Komisją Europejską dr Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog i socjolog z Instytutu Nauk Politycznych UW. Pytamy o przyszłość samej Unii i Polski w UE. – Konfliktując się tak mocno z krajami członkowskimi, prowadzimy bardzo niebezpieczną grę i mam wrażenie, że ktoś nie do końca zdaje sobie z tego sprawę – mówi. I dodaje: – Polityka międzynarodowa jest zakładnikiem polityki wewnętrznej, co było doskonale widać przy okazji nowelizacji o IPN, ile złego PiS zrobił na arenie międzynarodowej tylko dlatego, że chciał się podlizać antysemitom w Polsce. Wiem, że mówię dosadnie, ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu.

JUSTYNA KOĆ: Czy Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej razem z Komisją Europejską uda się obronić polską praworządność?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: W ramach UE nie ma dobrych, bardzo efektywnych i przede wszystkim sprawnych mechanizmów, które byłyby w stanie zmusić kraj do zejścia z drogi rozmontowywania instytucji demokratycznych pod kątem dostosowywania ich do partii rządzącej.

UE bazuje na traktatach, na które muszą się godzić wszystkie kraje członkowskie. W tej chwili obowiązuje nas traktat z Lizbony, który przewiduje w zasadzie tylko jeden mechanizm, art. 7, o którym ostatnio głośno, ale nawet przepisy wykonawcze do niego, cały mechanizm, ramy ochrony praworządności, zostały stworzone dopiero później. UE nie ma narzędzi, którymi mogłaby sprawnie, szybko i bezboleśnie nacisnąć efektywnie na kraj członkowski. Natomiast trzeba pamiętać, że jest tak, że w ramach istniejących mechanizmów dokłada się wszelkich starań, żeby w pewnym kontekście międzynarodowym, wewnątrzunijnym – teraz widzimy to podczas negocjacji nowych ram finansowych – wykorzystać wszystkie możliwe okoliczności, aby na kraj nacisnąć. Proszę też pamiętać, że

Unia jest przyzwyczajona do mechanizmów, które w dużej mierze opierają się na deliberacji i dialogu, na uzgadnianiu, negocjacjach. Jeżeli jakiś kraj nie stosuje się do tych zasad, tylko działa jak siekiera, to mówiąc delikatnie, nie ma możliwości z takim krajem efektywnego rozmawiania.

Unia nie ma tu odpowiednich narzędzi. Musi najpierw powrócić na drogę przekonywania, negocjacji, znaleźć właściwe argumenty, dopiero potem pokazywać, czy jest dobra wola.

Unia ma tak naprawdę związane ręce?

Polska jest dużym krajem europejskim, dodatkowo mamy do czynienia z Brexitem, co też zmienia Unię, musimy brać to pod uwagę. Polska do tej pory była prymusem i Bruksela też się trochę boi naciskać na kraj, który jest duży i jest, powiedzmy, osią regionu. Ciągle istnieje nadzieja, że to, co się dzieje z Polską i w Polsce, to „wypadek przy pracy”, tym bardziej, że podobne tendencje, co w Polsce, widzimy prawie w całej UE. Zresztą moim zdaniem jest to jeszcze spuścizna pokryzysowa.

Konkludując,

możliwości uratowania polskiej praworządności raczej nie widzę, ale na pewno istnieje szereg różnych elementów nacisku na Polskę, żeby partii rządzącej uprzykrzyć dobre samopoczucie pójścia drogą łamania zasady praworządności,

bo ona jest łamana i my, politolodzy, nie mamy tu wątpliwości. Rozmontowanie Trybunału Konstytucyjnego, który był bezpiecznikiem, łamanie konstytucji i wpływanie na system sądownictwa, co jest kluczowe, to wszystko mocno niepokoi UE.

Jak Unia może uprzykrzać życie?

Np. przy pomocy Trybunału Sprawiedliwości UE, który już otrzymał zapytanie penitencjarne od sędzi irlandzkiej, a wyda orzeczenie w końcówce czerwca. Zobaczymy, co orzeknie. Tu akurat KE stanęła po stronie Polski, więc prawdopodobnie nie będzie orzeczenia, które jednoznacznie wskaże, że w Polsce zagrożony jest system sądownictwa i dlatego nie warto z polskimi sądami współpracować.

Niewykluczone jednak, że w treści orzeczenia znajdzie się treść, która uzmysłowi polskiemu rządowi, że wcale nie jest tak różowo.

Jest uruchomiona procedura ochrony praworządności, art. 7, i Polska będzie musiała się tłumaczyć w Radzie. Jest też ciągle skarga KE do TSUE na wiek emerytalny sędziów. Jeżeli Polska wycofa się z zapisów, to może to być nawet element pojednawczy.

Również mało prawdopodobne wydaje mi się, że polski rząd pod wypływem KE nagle zmieni kurs i zacznie inaczej postrzegać sens reform sądownictwa, tym bardziej, że tu nie chodzi tylko o oficjalnie rządzących, ale także o samego Jarosława Kaczyńskiego, różne koterie w samym PiS-ie. To wszystko powoduje, że sprawa jest skomplikowana.

Procedura art. 7 weszła kilka dni temu w druga fazę. Co to dla nas oznacza?

Większość państw Unii, poza Węgrami i Polską, głosowała, żeby Polska musiała ze swojej strony złożyć oświadczenia, dlaczego w taki właśnie sposób wyglądają reformy, szczególnie w obszarze sądownictwa, co już jest dotkliwe.

Jeżeli rząd nie przekona co do swoich racji, to może dojść do kontynuacji tej procedury, czyli nawet głosowania w Radzie.

Na razie wystarczy większość kwalifikowana. Polska potrzebuje 6 głosów, aby zablokować stwierdzenie, że istnieje ryzyko braku praworządności w Polsce. Dopiero w drugim etapie, po stwierdzeniu ryzyka, jeżeli Polska nie zaprzestanie działań, to może dojść do głosowania w Radzie Europejskiej, czyli głosowania głów państw. Wtedy już jednomyślnie wszystkie kraje muszą głosować przeciwko Polsce, co jest mało prawdopodobnie. Węgry raczej zagłosują inaczej i tej jednomyślności kraje członkowskie nie dopełnią. Ale proszę pamiętać, że nie żyjemy w próżni.

W tej chwili funkcjonujemy w sytuacji, kiedy mamy na głowie negocjacje dotyczące ram finansowych, a to oznacza, że instytucje unijne będą wykorzystywały różne formy nacisku po to, aby państwa członkowskie negocjując dla siebie, poświęciły sprawę Polski.

To jest oczywiście ekwilibrystyka i ja bym była daleka od tego, żeby stawiać Polskę na tak ważnym miejscu w hierarchii ważnych spraw, aby trzeba było dobijać jakichś tego typu targów.

Dużo się mówi o samym sporze w Komisji, jeżeli chodzi o sprawę Polski. Spór między przewodniczącym a jego zastępcą. Jak to może wpłynąć na rozwój sytuacji?

Ten spór nawet nie tyle jest między przewodniczącym a wiceprzewodniczącym, ile najwyższym urzędnikiem cywilnym, w sensie nie politycznym, który, mówiąc delikatnie, nie jest wielkim fanem Timmermansa. To między nimi jest główny spór, zdecydowanie większy niż miedzy Junckerem a Timmermansem.

To może być istotne dla kwestii polskiej. Musimy pamiętać, że za każdymi liczbami, instytucjami zawsze stoją ludzie, więc mamy też do czynienia z ambicjami, różnym podejściem do kwestii tego, w którym kierunku Unia powinna pójść, interesami krajowymi itd.

Spośród tych najwyższych urzędników w zasadzie tylko Timmermans jest zainteresowany, aby spór z Polską ciągnąć. Pamiętajmy też, że to on jest za to odpowiedzialny i ma najwięcej w tej kwestii do powiedzenia.

On też ma za sobą Komisję Wenecją, czyli Radę Europy, ostatnio też jedna z agend ONZ przygotowała dokument, w którym potępia wręcz zmiany w Polsce. Różne międzynarodowe zrzeszenia, organizacje również regularnie piętnują to, co się dzieje w Polsce.

Skoro nie TSUE, to co może pomóc Polsce?

My mamy bardzo istotnego, ważnego swojego człowieka w Unii Europejskiej, Donalda Tuska, który jest szefem Rady Europejskiej. Proszę obejrzeć zdjęcia ze szczytu G7, gdzie przy stole z najważniejszymi przywódcami siedział właśnie Donald Tusk. Nikt tego nie wykorzystuje. Grzegorz Schetyna nie jest zainteresowany Tuskiem, bo stanowi dla niego zagrożenie, Jarosław Kaczyński Tuska nienawidzi. W zasadzie Tusk zostaje niewykorzystany, także sam nieszczególnie wystawia się na wykorzystanie przez kogokolwiek. Niemniej

to niesamowita szansa, możliwość dla Polski, bo to się zdarza niezwykle rzadko, aby człowiek, który był politykiem krajowym, miał dostęp do absolutnie wszystkich informacji o tym, co się dzieje globalnie.

To jest milion razy ważniejsze niż to, że jesteśmy niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Gdyby Tusk został wykorzystany, mielibyśmy nieporównywalnie większą szansę na różne profity, także finansowe.

Pamiętajmy, że sama Unia nie jest zainteresowana, aby karać Polskę, bo jest świadoma, że karze nie PiS czy rząd, a całą Polskę. Rząd, który przyjdzie po PiS-ie, zostanie bez pieniędzy i szans rozwojowych, modernizacyjnych. Jak widać, sprawa jest szalenie skomplikowana.

Mówiła pani na początku naszej rozmowy, że Unia nie jest przygotowana na to, jak zachowuje się Polska.

Nie tylko Polska. Donald Trump także systematycznie zaskakuje Unię. I widać, że UE kiepsko radzi sobie w takich warunkach nieprzewidywalności, wywracania stołu z szachownicą, łamania pewnych reguł.

W tym, co się dzieje obecnie, widzę ogromne niebezpieczeństwo zarówno dla UE, jak i NATO. Zresztą to, co robi Polska, ma swoje przełożenie na kwestie bezpieczeństwa.

Skonfliktowanie naszego rządu z UE właściwie niechybnie kieruje nas w kwestii bezpieczeństwa ku Stanom Zjednoczonym. Polska coraz częściej dogaduje się z USA za plecami Unii, co jest policzkiem dla krajów Europy. To też bardzo niebezpieczna gra, bo Donald Trump jest człowiekiem nieprzewidywalnym. Gdyby przyszło do jakiegoś ataku na Polskę, to czy zostanie zastosowana klauzula sojusznicza? Poza tym Amerykanie nie będą przez Atlantyk wysyłali wojska, tylko skorzystają z tych kontyngentów, które są w Europie, czyli w Niemczech, Holandii.

Konfliktując się tak mocno z krajami członkowskimi, prowadzimy bardzo niebezpieczną grę i mam wrażenie, że ktoś nie do końca zdaje sobie z tego sprawę.

Unia zaczyna próbować przystosowywać się do nowej sytuacji, np. wprowadzając mechanizmy powiązania praworządności z funduszami.

Widać takie próby, natomiast proszę pamiętać, że proceduralnie czy formalnie to jeszcze nie zostało połączone. Jeszcze nie ma wyraźnych wytycznych czy dokumentu, który mówiłby o tym. Te wszystkie dyskusje, czy Polska jest w stanie efektywnie wydawać środki w momencie, kiedy sądy mogą nie być w stanie wydawać sprawiedliwych wyroków w zakresie dystrybucji tych środków, to jest trochę bat. Nie wiem, czy można to nazwać radzeniem sobie z zaistniałą sytuacją, ale kierowanie środków tam, gdzie problemy są poza Polską, już raczej tak. Zwiększanie środków na takie sprawy, jak emigracja czy badania naukowe i rozwój technologiczny – przecież w ramach środków Horizon Europe będzie 100 mld euro przeznaczonych na naukę i badania. Polska dotychczas bierze w tym udział w bardzo nieznacznym stopniu.

Jesteśmy trzecim krajem od końca, jeśli chodzi o wykorzystywanie tych środków, więc jeżeli na to pójdzie znacząco więcej pieniędzy, oznacza to, że Polska otrzyma ich znacznie mniej.

20 proc. wskaźników, które będą stanowiły podstawę redystrybucji środków w ramach polityki spójności, będzie związanych nie tylko z PKB, który zresztą u nas jest na tyle wyskoki, że na wiele elementów tego wsparcia już się nie kwalifikujemy. On będzie bazował na wskaźniku bezrobocia, niskim poziomie wykształcenia, więc najpewniej te środki pójdą do krajów Południa. Hiszpania ma w tej chwili 13-proc. bezrobocie. Zagadką są dziś Włochy, bo nie wiadomo, co się stanie za chwilę, może się okazać, że Włochy staną się większym problemem dla Unii niż Polska i Węgry razem wzięte.

Czy zmniejszenie Polsce funduszy nie zwiększy antyunijnych nastrojów w Polsce?

Unia zabierze nam kilkadziesiąt mld euro, ale polski rząd powie, że to normalne, bo Brexit i to tylko nominalnie mniej, zatem to tak naprawdę może nawet do obywateli nie dotrzeć.

Jest pani zatem spokojna o przyszłość UE?

Moim zdaniem najpewniej będzie tak, że Europa się podzieli, będzie to bliskie wizji Macrona. Unia podzieli się wzdłuż strefy euro, sama strefa będzie się zapewne silniej jednoczyć. Zobaczymy jeszcze, co będzie z Włochami, bo pamiętajmy, że Ruch Pięciu Gwiazd zapowiadał chęć wyjścia ze strefy euro. Oczywiście to był pewnie kampanijny straszak, ale może zadziałać, wówczas KE może chcieć pójść na rękę Włochom i spełnić ich postulaty. Niemcy bardzo nie chcą, żeby Włosi opuścili strefę euro, co też może okazać się pewną formą nacisku na Niemcy.

Obecny polski rząd bardzo nie lubi Niemiec, pan minister Czaputowicz zresztą otwarcie o tym mówi, natomiast jakkolwiek potoczy się sprawa Włoch, to Polska prawdopodobnie zostanie w Unii drugiej prędkości, co po jakimś czasie może doprowadzić do Polexitu.

Jeżeli nie będzie realnych korzyści z Unii i nadal będą rządzili politycy z PiS-u, to może się okazać, że Unia jest im niepotrzebna. Zwłaszcza jeżeli zostaną przy władzy na drugą kadencję.

Jeżeli zmieni się konfiguracja i wygra PO, to prawdopodobnie zostanie wyznaczony jakiś okres czasowy do momentu wejścia Polski do strefy euro. Polexit jest pewnym ostatecznym rozwiązaniem, jeżeli do niego dojdzie, to dopiero pod koniec drugiej kadencji PiS-u.

Paradoksalnie taka niezbyt szybko działająca UE to jest dla nas plus, bo

jest szansa, że zanim polski rząd zdąży narobić wielkiego bajzlu, instytucje europejskie zapanują nad sytuacją i uda się utrzymać jedność Unii.

Zresztą Niemcy są tym bardzo zainteresowane. Dopóki mamy kanclerz Merkel, to mamy w tej sprawie sojusznika. Ale wiele się może wydarzyć w kontekście tego, co robi Trump, który doskonale rozgrywa Polskę i UE. Proszę zobaczyć, jak domaga się opowiedzenia po jednej ze stron – UE czy USA – w kontekście Iranu, czyli tego, czy będziemy nadal współpracowali gospodarczo, tak jak Unia Europejska z Iranem, czy będziemy stosować sankcje i zostanie zerwana umowa, jak zrobił to Trump.

Polska daje się rozgrywać?

Mam wrażenie, że polskie władze myślą, że funkcjonują w próżni, ewentualnie między tymi największymi graczami. To nieprawda i rozmawiać trzeba z różnymi graczami, ale być też chociaż elementarnie przewidywalnymi, a nie dokonywać ruchów, które trudno zrozumieć. Myślę, że europejska polityka nie ma dziś strategii. To doraźne reagowanie na zaistniałe sytuacje.

Polityka zagraniczna jest podporządkowana sprawom wewnętrznej polityki i słupkom poparcia?

Nawet jest zakładnikiem polityki wewnętrznej, co było doskonale widać przy okazji nowelizacji o IPN –

ile złego PiS zrobił na arenie międzynarodowej tylko dlatego, że chciał się podlizać antysemitom w Polsce. Wiem, że mówię dosadnie, ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu.

To będzie ciężki tydzień dla Polski na arenie międzynarodowej. Czy coś pozytywnego na koniec możemy powiedzieć?

Pozytywna jest sama Unia Europejska, w której jesteśmy. Dopóki mniej lub bardziej ją lubimy, ale w niej jesteśmy, i dopóki wystarczająco nieostentacyjnie łamiemy zasady, to jeszcze jakoś to się będzie kręciło. Powinniśmy przetrwać nawet te negocjacje, bo przecież jakieś środki jednak dostaniemy, nie tak mało przecież. Proszę pamiętać, że te cięcia nie są tak duże i dotkną mniej lub bardziej wszystkie kraje. Przekształca się też sama Unia. Gorzej, że nie jesteśmy już jednym z głównych graczy w Europie. Przypomnę tylko, że badania pokazują, że dla takich krajów, jak Czechy, Węgry czy Słowacja, my byliśmy istotni z perspektywy regionalnej, nie dlatego, że samozwańczo obwoływaliśmy się liderem regionu, tylko dlatego, że mieliśmy dobre relacje z Niemcami i Francją. Grupa Wyszehradzka była istotna dlatego, że był też Trójkąt Weimarski, a Polska była uznawana za istotną z perspektywy dyskusji z Niemcami kwestii rosyjskiej. Proszę pamiętać, że kwestia rosyjska nie byłaby tak istotna w polityce unijnej, gdyby nie Polska.

Dziś mamy fatalne relacje z Niemcami, z Francją, efekt jest taki, że regionalnie możemy być istotni tylko doraźnie i też nie dla wszystkich.

Dla Węgier wtedy, kiedy trzeba powalczyć o możliwość łamania kwestii praworządności i konstytucji, ale już w kwestii stosunku do Rosji mamy z Węgrami zupełnie różne stanowiska. Nie wiem, jak rządzący chcą to połączyć.

Post Navigation