Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Andrzej Celiński”

PiS Martyniukiem zabija polską kulturę i sztukę

Prof. Jan Hartman przestrzega przed kulturą szajsu, jaką propaguje rządzący PiS.

Kultura wysoka jest w zaniku. Nie ceni się najwybitniejszych Polaków, w tym noblistkę Olgę Tokarczuk, na którą odbywa się zbiorowe pisowskie plucie.

Tak samo byłoby z innymi noblistami, gdyby dzisiaj żyli. Kaczyński i jego ferajna popluliby gorszym sortem, mordami zdradzieckimi na Marię Curie-Skłodowską, na Sienkiewicza, Reymonta, Miłosza, Szymborską.

PiS za swoim prezesem wyznaje kulturę plwociny i zakłamanie katolickie.

Trwający od kilku lat, a ostatnio przybierający groteskowe rozmiary państwowy kult tzw. disco polo, który lękają się krytykować autorytety liberalno-lewicowe, to wyraz najgłębszej degrengolady moralnej i intelektualnej elit. Udając, że wszystko jest w porządku, bo wszelkie gusta zasługują na akceptację, wspięliśmy się na szczyty zakłamania i ogłupienia.

Stąd można już tylko skoczyć w przepaść. Jeśli elity się nie opamiętają, za kilka lat polskie społeczeństwo zostanie zdekapitowane. Pozbawione głowy, stanie się tylko szarym, bezkształtnym cielskiem, bezmyślnie trawiącym i wydalającym, od czasu do czasu pobudzanym niskimi podnietami seksualnej rytmiczności chamskich przyśpiewek, faszystowskimi tromtadracjami cynicznych uzurpatorów dzierżących władzę oraz rzewnymi podróbkami świętości i mysterium tremendum, serwowanymi przez speców od biznesu religijnego.

(…)

To, że dla celów propagandowych Kurski sprzeniewierza publiczne pieniądze i wypacza ideę kulturowej misji mediów publicznych, to jedno. O wiele gorszy jest ten obłudnie przymilny protekcjonalizm względem gawiedzi, który pod pozorami szacunku i tolerancji jest niczym innym jak ponowionym gestem klasowego poniżenia i wykluczenia. Niechaj prostacy siedzą sobie w swych kulturowych norach, jak zwierzęta w rezerwatach. Niechaj piją wódkę, tłuką się, wrzeszczą wulgarne słowa i tańczą disco polo. To wszak ich „kultura”. Taką mają „tradycję”. Będziemy im jeszcze dogadzać, hołubić ich, żeby czuli się tym pewniej.

Niech się chamstwo i prostactwo panoszą – bylebyśmy je mieli pod kontrolą i na swoje usługi. Poklepany po plecach, wódką napojony i disco polo ubawiony, propagandą ogłupiały i podniecony lud będzie pośród igrzysk i walającego się po ziemi chleba wznosił pijackie okrzyki na cześć panów. I nie skapnie się, w co tu się gra. Ciemny lud kupi Zenka Martyniuka, a razem z nim Jacka Kurskiego, Andrzeja Dudę i Jarosława Kaczyńskiego. I o to chodzi. Za to się płaci judaszowe srebrniki prezesowej wypłaty.

Cały wpis Jana Hartmana tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Polska przez PiS została zdegradowana w Unii Europejskiej, to B klasa, podrzędność. Jest w tym zamysł Jarosława Kaczyńskiego, wymiksować kraj z Europy, zwalić na innych: na Brukselę, Berlin, Paryż, aby chwycić naród za mordę.

Damy się?

Rok 2020 będzie ciężki dla Europy, przewidują dziennikarze POLITICO. Wśród przykładów podają możliwy kryzys finansowy, zaostrzającą się globalną wojnę handlową i coraz gwałtowniejszy konflikt w Iranie. Ale zapowiadają też ostrą walkę o wdrożenie unijnej agendy w obronie klimatu, w której Polska wskazana jest jako główny hamulcowy oraz ostrzegają, że stosunki Warszawy z Brukselą znalazły się „w punkcie zwrotnym”.

(…)

Pomimo wygranej w wyborach parlamentarnych w ubiegłym roku, PiS czeka walka o polityczne być albo nie być w tegorocznych wyborach prezydenckich. Prezydent Andrzej Duda, sprzymierzeniec PiS, prowadzi w sondażach opinii publicznej, ale polskie prezydenckie rywalizacje już zaskakiwały w przeszłości.

Jeśli Duda przegra, to radykalne zmiany wprowadzane przez lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego zostaną zablokowane, niwecząc jego…

View original post 710 słów więcej

 

Pedofilia w Kościele, Ziobro broniący szubrawców. Oto Polska dzisiaj

– Nie tylko dostojnicy kościelni nie reagowali, ale także organy ścigania i media nie były zainteresowane tym, co robił ten znany w Polsce i na świecie duchowny – twierdzi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz śledczy i wspomina swoje spotkanie z Piotrem J., który twierdził, że jako nastolatek został przez księdza zgwałcony i chciałby o tym opowiedzieć prokuraturze, ale ta nie chce go wysłuchać.

Był wrzesień 2004 roku. – Pracowałem wtedy w „Gazecie Poznańskiej”, przyszedł do redakcji zdruzgotany, wystraszony. Powiedział, że wyjechał z Gdańska, boi się o swoje życie. Po tym, jak zdecydował się złożyć w prokuraturze zawiadomienie, ktoś mu groził śmiercią – wspomina dziennikarz. – Napisałem tekst, ale dość ogólny, ponieważ w gazecie nikt za bardzo nie był zainteresowany tematem. Ksiądz Jankowski, legenda „Solidarności”, miałby kogoś zgwałcić? To wydawało się niepojęte. Wszyscy woleli być ostrożni, bo może ten młody chłopak konfabuluje? Nie tylko w tej redakcji, ale wówczas też w wielu innych, podejście do Kościoła było czołobitne, a w każdym razie nie dopuszczano do siebie tego, że ksiądz, w dodatku z takimi zasługami, tak znany, mógłby się dopuszczać takich rzeczy. Nie było jakiejś wielkiej chęci, by to zgłębiać, badać, szeroko opisywać – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak.

 Piotr J., który się do niego zgłosił, miał wówczas 21 lat, twierdził, że księdza Jankowskiego poznał, gdy mając 14 lat uciekł z domu i błąkał się po jednym z gdańskich parków, stamtąd ksiądz zabrał go na plebanię św. Brygidy. Piotr J. mówił o prałacie „Henryk”, bo – jak twierdził – ksiądz szybko przeszedł z nim na „ty”. Opowiadał, że tamtej nocy Henryk go nakarmił, później głaskał po głowie, całował po szyi, policzkach i w usta, dotykał piersi, genitaliów… Chłopak czuł obrzydzenie i lęk. Zanim doszło do stosunku, dostał drinka. Później, razem z Henrykiem, oglądali filmy – najpierw pornograficzny, o treści – jak mówił Piotr – pedofilskiej. Później Henryk włączył film, na którym było widać wcześniejsze sceny z jadalni – gdy namiętnie całował Piotra. Widząc te sceny chłopak zerwał się, ubrał, zanim opuścił plebanię, ksiądz dał mu tysiąc złotych mówiąc, że mu się należy, bo był dobry.

– Zadzwoniłem do prokuratury, zapytałem, dlaczego nie chcą go przesłuchać? Miałem wrażenie, że nie są jakoś specjalnie zainteresowani tym, co chłopak ma do powiedzenia – wspomina Krzysztof M. Kaźmierczak. Dopiero po tym, jak ukazał się jego tekst, Piotr J. został przesłuchany. Mówił, że to, co stało się na plebanii św. Brygidy, gdy miał 14 lat wpłynęło na dalsze jego życie – były kolejne ucieczki z domu, zaczął się prostytuować. Miał żal, że nikt, komu opowiadał o tym, co zrobił ksiądz, nie chciał mu wierzyć. – Po tym, jak się zgłosił do prokuratury, czuł się zagrożony. Próbował odebrać sobie życie, trafił do szpitala psychiatrycznego. Tragiczna historia – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak.

Prokuratura umorzyła sprawę „wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu zabronionego”.

Nie sposób zacytować komentarze pod adresem Ziobry, wywołanych wypowiedzią na jaką się zdobył w TVP, na temat byłego szefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Oburzenie, wielka niechęć i potępienie spotkały ministra za stwierdzenie, iż do zamachu na niego doszło, bo KNF „rozzuchwalała przestępców”.

„…Nieprawdopodobne. Prokurator Generalny szuka usprawiedliwienia dla bandytów” – napisał na Twitterze Patryk Michalski.

Minister goszcząc w wieczornych „Wiadomościach ” na pytanie Krzysztofa Ziemca o to, czy trzeba było zatrzymywać urzędników KNF, w tym Kwaśniaka, ofiarę zamachu, udzielił skandalicznej odpowiedzi: – „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców – stwierdził i nawet uzasadnił to: „KNF przez długi czas rozzuchwalała przestępców, pozwalając im w sposób bezkarny wyprowadzać miliardy złotych kosztem 85 tys. ludzi, którzy złożyli tam swoje oszczędności życia. W tej sytuacji rozzuchwalenie przestępców narastało. My mamy za zadanie zbadać, dlaczego tak się działo” – powiedział Ziobro.

Wielu odbiorcom zaparło dech: „Nie wiem, co powiedzieć. Konstytucyjny minister wypowiada słowa, w których bliżej mu do bandytów niż do państwowego urzędnika. Co za ściek – napisał na Twitterze Patryk Słowik

O straty SKOK-u Wołomin (1,5 mld zł) Ziobro oskarżył KNF i to w sytuacji, gdy nadzór nad SKOK-ami komisja przejęła dopiero w 2013 r. Wcześniej, właśnie w czasie, gdy dokonywano tam największych nadużyć, SKOK Wołomin nadzorowany był przez Kasę Krajową SKOK, która teraz odcina się od wszelkiej odpowiedzialności. Przestępczy proceder przerwało właśnie przejęcie kontroli przez KNF.

Czwartkowa akcja CBA i zatrzymanie sześciu osób, a wśród nich Wojciecha Kwaśniaka nie wytrzymały krytyki nawet w sferach rządowych. Nie zapomniano jeszcze zdarzenia z czerwca 2014 r., gdy padł on ofiarą napadu i dlatego zarzut opieszałego działania w sprawie afery wołomińskiej SKOK wstrząsnął opinią publiczną.

W piątek w nocy prokuratura w Szczecinie wypuściła wszystkich siedmioro urzędników za 200 – tysięcznym poręczeniem majątkowym. Wojciech Kwaśniak wyszedł jako ostatni. Ze Szczecina do Warszawy panowie – spektakularnie dowiezieni na przesłuchanie samochodami CBA – musieli wrócić na własną rękę.

Depresja plemnika

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był…

View original post 2 354 słowa więcej

Duda rządzi w wigwamie, Donald Tusk to liga europejska

>>>

Tusk: Prosiłem Morawieckiego o spotkanie ws. ustawy o IPN, ale nie zdecydował się na rozmowę

– To, że rząd nie wytrzymał tego nacisku ze strony Izraela [ws. ustawy o IPN], i także oczywiście Waszyngtonu, o tym wiemy, sam mógłbym godzinami opowiadać. Zresztą starałem się to wytłumaczyć premierowi Morawieckiemu w Brukseli, nawet prosiłem o spotkanie, ale nie zdecydował się na rozmowę wówczas, a miałem pomysł, żeby dużo szybciej wyjść z tego zakrętu – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

„Gdyby Jarosław Kaczyński wystartował w wyborach prezydenckich, nie wahałbym się ani chwili” – odpowiedział w „Faktach po faktach” w TVN24 były premier Donald Tusk na pytanie o powrót do polskiej polityki. – „Proszę zapytać prezesa, czy podejmie wyzwanie” – dodał Tusk.

Przewodniczący Rady Europejskiej nie jest zdziwiony, że opozycja nie wzięła udziału w Zgromadzeniu Narodowym. – „Po pierwsze, dość kontrowersyjne było usadowienie uczestników tej uroczystości pod namiotem. Wyobrażam sobie różne imprezy pod namiotem, ale wydaje mi się, że akurat Zgromadzenie Narodowe powinno być po prostu w budynku parlamentu. To, jak zauważyłem, wzbudziło sporo emocji i komentarzy, ale oczywiście istota problemu leży gdzie indziej i przecież nie namiot był powodem, że opozycja nie uczestniczyła w tym zgromadzeniu. Rozumiem tę decyzję, chociaż na pewno nie była łatwa, ale wszystko na to wskazuje, ostatnie 3 lata pokazują dość wyraźnie, że dzisiejszy obóz rządzący, a więc organizatorzy tych uroczystości, chyba nie przywiązują jakiejś wyjątkowej wagi do samej istoty parlamentaryzmu i stąd dla mnie dość zrozumiała decyzja, choć na pewno niełatwa” – powiedział Tusk.

Dodał, że do niedawna rolą marszałków Sejmu i Senatu było zachowanie obiektywizmu. – „Marszałkowie obu izb posunęli się daleko i brawurowo w rządzeniu. Ci, którzy wygrali wybory, rozumieją to jako mandat do robienia wszystkiego, na co mają ochotę. Władza, która chce rządzić bez żadnych ograniczeń i kontroli, poddana jest wielkiej presji korupcji i bezkarności” – przestrzegł Tusk.

Zapytany o spór, dotyczący Sądu Najwyższego odpowiedział: – „Na świecie jest zauważany spór w Polsce o to, kto jest ważniejszy: Konstytucja czy partia, która zdobyła władzę. Z punktu widzenia nie tylko Brukseli, ale też wielu moich koleżanek i kolegów, premierów, prezydentów, włącznie z prezydentem Trumpem, mimo że on może się wydawać dzisiaj taki czasami ekstrawagancki i ze skłonnościami do rządów silnej ręki, ale Konstytucja ich krajów jest ciągle rzeczą najważniejszą i nie śmieliby przeciwko Konstytucji własnego kraju występować. Prof. Małgorzata Gersdorf stara się, najlepiej jak potrafi, wypełniać swoją misję I Prezes Sądu Najwyższego”.

Były premier z zaniepokojeniem odniósł się do sytuacji w Polsce. – „Reputacja obecnego rządu jest coraz bardziej wątpliwa w Europie i na świecie. Obecna władza obsesyjnie i zaciekłością chce poddać kontroli sądownictwo, prokuraturę, policję i niezależne media. Władza, która nie ma żadnych ograniczeń, przekształca demokrację w kleptokrację, czyli mówiąc po ludzku – rządy złodziei. Władza, która nie ma ograniczeń i kontroluje sądy, na końcu jest władzą, która po prostu bezkarnie kradnie” Trzeba bronić systemu, w którym sądy są niezależne od polityków” – zaznaczył Donald Tusk.

„Gdyby Jarosław Kaczyński zdecydował się kandydować, to nie wahałbym się ani chwili i stanąłbym do takiego pojedynku” – to kluczowy wypowiedź z piątkowego wywiadu Donalda Tuska dla TVN24. Szef Rady Europejskiej od miesięcy realizuje precyzyjną strategię, w której w każdym kolejnym wywiadzie przesuwa granicę swojego zaangażowania w sprawy polskiej polityki.

Deklaracja będzie oczywiście tematem politycznym weekendu – Tusk zawsze miał dobre wyczucie chwili, ale jej strategiczne znacznie jest szersze. Dotyczy nie tylko PiS, ale i opozycji. Tusk daje bowiem do zrozumienia tym wszystkim którzy uznają, że przywództwo Grzegorza Schetyny nie daje opozycji gwarancji zwycięstwa, że lider PO w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie jedyna alternatywą.

– Możecie w Polsce państwo zapytać prezesa Kaczyńskiego, czy przyjmuje takie wyzwanie – mówił dziś Tusk. To sposób, by sprowokować PiS do reakcji. I zapewne tak się stanie. Dzięki tej strategii Tusk jest na czele rankingu zaufania do polityków i z łatwością wyprzedza innych liderów opozycji. A do końca jego kadencji jeszcze ponad rok. W jej budowaniu służy też komunikacja w internecie: od tweetów przez intensywną i profesjonalna komunikację na Instagramie. Tusk założył konto niedawno, w kwietniu 2018 r. To wszystko pokazuje kolejne elementy jego planu.

Tusk: Gdyby Kaczyński startował na prezydenta, stanąłbym do pojedynku

Wystarczy prześledzić, jak były premier przesuwa granice swojego zaangażowania i deklaracji o starcie. Kilkanaście miesięcy temu – na starcie kadencji – dużo rzadziej bezpośrednio wypowiadał się o polskiej polityce. Stopniowo się to zmieniało, zwłaszcza w ubiegłym roku 8 grudnia 2017 roku mówił tak o swojej przyszłości. – Będę angażował się w sprawy polskie tak długo jak będę żył. Czy się to komuś nie podoba czy nie – stwierdził. W listopadzie 2017 roku na Twitterze pisał: „Alarm! Ostry spór z Ukrainą, izolacja w Unii Europejskiej, odejście od rządów prawa i niezawisłości sądów, atak na sektor pozarządowy i wolne media – strategia PiS czy plan Kremla? Zbyt podobne, by spać spokojnie”. To wywołało ostrą reakcję PiS i stało się tematem krajowym na kilka dni. W lipcu 2017 mówił, że ma niezwykle krytyczną opinię o tym, co dzieje się w Polsce.

Później tempo przyspieszyło. 30 marca 2018 r. w rozmowie z Andrzejem Morozowskim w „Tak Jest” przyznał. „Nie idę na emeryturę. Niech nikt nie myśli, że będę oglądał wyłącznie telewizję czy grał w piłkę z wnukami”. Przy okazji mundialu, w rozmowie „piłkarskiej” z Gazetą Wyborczą przyznał: „Kto wie, z kim jeszcze zagram i o co”.

W tym świetle jego deklaracja o tym, że nie waha się wystartować przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu nie dziwi. Oczywiście szanse na to, że Jarosław Kaczyński wystartuje są praktycznie zerowe. Ale już teraz start samego Donalda Tuska w wyborach prezydenckich jawi się jako bardzo prawdopodobne. Przestaje być tylko scenariuszem, o którym mówią inni politycy. Za miesiąc lub dwa były premier przesunie granicę po raz kolejny np. ostro skrytykuje obecnego prezydenta Andrzeja Dudę i tak dalej.

Komunikaty Tuska są też wysyłane pod adresem opozycji. Platforma i Nowoczesna są teraz skonsolidowane pod przywództwem Grzegorza Schetyny. Ale im bardziej Tusk będzie angażował się w polską politykę, im mocniej będzie deklarował powrót, tym bardziej w Polsce politycy opozycji będą orientować się na niego, nie na Schetynę. – Gdy tylko Tusk wróci, stanie się automatycznie liderem opozycji. Schetyna będzie jednym z przywódców, jak Kosiniak-Kamysz, Lubnauer czy Czarzasty. I nie musi być do tego liderem żadnej partii – prognozował kilka tygodni temu w rozmowie z „Rzeczpospolitą” jeden z polityków opozycji.

Można się zastanawiać, czy Tusk będzie potrafił wrócić i odnaleźć się w bardzo zmienionej polskiej sceny politycznej. Ale kolejne wywiady i działania pokazują, że wyczucia politycznej chwili i precyzji w dobieraniu przesłania w żadnej mierze nie stracił.

Obchody 550. rocznicy polskiego parlamentaryzmu okazały się dokładnie takie jak nasz parlamentaryzm pod rządami PiS. Nawet ich lapidarny program już sugerował, że odbywają się właściwie nie wiadomo po co. Niczym dopust boży, który trzeba z przepychem odbębnić. Choć gdyby przymusowej celebry sobie oszczędzono, nic takiego by się przecież nie stało. To mniej więcej tak jak z polskim Sejmem pod batem marszałka-ekonoma Kuchcińskiego, mechanicznie legalizującym wytyczne z Nowogrodzkiej. Ileż czasu i pieniędzy by oszczędzono, gdyby zrezygnowano z tego wymogu, a „dobra zmiana” i tak byłaby dokładnie w tym miejscu, w którym jest dzisiaj.

Sejm – nikomu niepotrzebna, kosztowna dekoracja

Groteskowy namiot za milion złotych na placu Zamkowym, w którym zebrało się Zgromadzenie Narodowe na rocznicowe pogaduchy, doskonale więc sprawdził się w roli symbolu obecnego Sejmu jako nikomu niepotrzebnej, za to kosztownej dekoracji. Podobnie jak to, że właściwym uczestnikom zgromadzenia, czyli parlamentarzystom, z zasady odmówiono pod namiotem głosu. Przewidując dla nich jedynie uczestnictwo we mszy, wysłuchanie oracji władzy niby-wykonawczej (prezydenta) oraz wynagrodzenie w postaci darmowego lunchu. Czyli prawie codzienność z Wiejskiej, tyle że przystrojona w odświętne szaty.

No i przy okazji zamknięto kawał miasta, aby zwykły suweren nie zakłócił powagi celebry, co również przypomina o naszym Sejmie za płotem i szlabanem, z uzbrojonymi po zęby strażnikami marszałkowskimi i ogólną reglamentacją wstępu do owej świątyni polskiej demokracji.

Polskie ustrojowe DNA czy dna?

Owo tło nakreśliło zatem specyficzny kontekst dla retorycznych wysiłków prezydenta Dudy, sławiącego parlamentarne tradycje dawnej Rzeczpospolitej. Które – uwaga! uwaga! – po wsze czasy ustanowiły „nasze polskie ustrojowe DNA”. Lecz może trafniej byłoby zrezygnować z wielkich liter, skoro właśnie teraz zaliczamy w Polsce kolejne ustrojowe dna? Kto jak kto, ale prezydent z wykształceniem prawniczym, formalnie rzecz biorąc będący najwyższym organem władzy wykonawczej, w istocie jednak zredukowany do rangi ogniwa w łańcuchu decyzyjnym pętającym wszystkie konstytucyjne ośrodki władzy, powinien mieć tego świadomość.

Ruchy obywatelskie zorganizowały własne Zgromadzenie Narodowe

Nowe prawo uchwalane w kilka godzin

Akurat dzień wcześniej marszałek Sejmu nadał numer drukowi złożonej przez PiS interwencyjnej nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, zmieniającej tryb wyboru I Prezesa SN. To oczywiście nie najbardziej drastyczny, niemniej modelowy przykład tego, jak władza uchwałodawcza, ów spadkobierca 550-letnich tradycji polskiego parlamentaryzmu, ingeruje w wewnętrzny ład podobno niezawisłej władzy sądowniczej. Źli faceci w togach na złość suwerenowi chcą wykorzystać obowiązujące procedury, aby ocalić ducha swej najważniejszej instytucji? No to ciach po procedurach, teraz mogą się co najwyżej brzytwy złapać. Grunt, żeby nasze (czytaj: pisowskie) było na wierzchu. Zresztą nawet w uzasadnieniu projektu otwartym tekstem stwierdzono, iż zmiany służą „szybszemu” wyborowi pierwszego prezesa. A po co się spieszyć? Wiadomo – trzeba stworzyć fakty dokonane, zanim Trybunał Sprawiedliwości UE zajmie się polską „reformą sądów”.

Tak właśnie w państwie PiS od blisko trzech lat uchwala się prawo. Trzeba coś szybko załatwić, kogoś pognębić, zalegalizować jakiś łup. Dziennik ustaw jest jak codzienna gazeta, która po jednorazowej lekturze ląduje w koszu. I któż by po nim płakał, skoro w każdej chwili można zwołać Sejm i Senat, aby w kilka godzin uchwalić nowe prawo?

Rocznica, czyli parodia święta

Z nowelizacją ustawy o Sądzie Najwyższym rzecz jasna będzie tak samo. Uchwałodawca bez zbędnego gadania uchwali, najwyższy wykonawca – zgodnie z własnym DNA – rzecz podpisze, wskutek czego resztki niezależnego polskiego sądu tak samo zostaną włączone do wspólnego łańcuszka pętającego kluczowe ośrodki ustrojowe. I wreszcie wszystkie moce państwa, już teraz bez wyjątku, poddane będą woli człowieka, który sam o sobie mówi, iż jest „skromnym szeregowym posłem”. Tak to u nas działa, czyniąc wszelkie rocznicowe zaklęcia ich własną kpiną i parodią właściwego stanu rzeczy.

Co oczywiście bojkotująca obchody opozycja słusznie wykrzyczała, choć rutynowość tej krytyki nic przecież nie zmieni. W wielkiej ustrojowej dekoracji każda aktorska kwestia, nawet jeśli wygłoszona od serca, z czasem popada w sztuczność. Więc i tym razem opozycyjna krytyka uwrażliwiła pewnie tylko nielicznych już uwrażliwionych, obojętnych pozostawiając obojętnymi. To już jednak kwestia nie ustrojowego, lecz obywatelskiego d-n-a.

Posłowie opozycji nie są od tego, żeby zapewniać komfort psychiczny premierowi

Waldemar Mystkowski pisze o obchodach.

Polski parlamentaryzm na swoje 550-lecie został złożony do grobu. Odbyło się to w asyście jednej partii (plus przystawki) i herolda funeralnego – prezydenta Andrzeja Dudy. Na tę godzinną uroczystość wynajęto namiot za milion złotych i to nie wiadomo z jakich powodów, bo budynek Sejmu przy Wiejskiej ocalał po demolce demokracji przez PiS.

Obliczono nawet, ile kosztowała minuta wystąpienia Dudy – 25 tysięcy złotych. A zatem gdyby Duda był tyle warty jako zawodnik, to na Mundialu wyszlibyśmy z grupy i w niedzielę gralibyśmy w finale przeciwko Francji bądź Chorwacji. Ale Duda to zawodnik od faulów, który łamie Konstytucję, gdy prezes mu nakaże. Dawno dostał czerwoną kartkę, dzisiaj jest tylko kibolem.
Można było mieć wrażenie, że Duda nie przemawia do narodu, bo większość mu nie wierzy. Słowa adresował do swego zwierzchnika, sponsora politycznego, prezesa Kaczyńskiego, dlatego, aby wystawił go na drugą kadencję.

Parlamentaryzm mamy, jak ów namiot na godzinę, który powoduje kojarzenia z wynajmem pokojów na godziny, aby załatwić swoje potrzeby. Tak rządząca partia obsługuje swój interes partyjny z funduszu wszystkich Polaków.

Czy opozycja mogła wziąć udział w tym bieda-spektaklu? Raczej nie, a w zasadzie na pewno, gdyż prolongowałaby agonię parlamentaryzmu. Wszak odjęto jej głos i jedynie za zgodą marszałka Sejmu można jej na Wiejskiej popiskiwać, a nie debatować.

Formy niezgody są różne. W tym wypadku obstrukcja była takim sobie wyjściem. W obecnej sytuacji, gdy Duda zabił ćwieka w wieko parlamentaryzmu, opozycja musi odzyskać inicjatywę – i to w wielu aspektach politycznych – a więc parlamentaryzmu, demokracji, praworządności.

W jaki sposób? Oczywiście nie jest to takie proste. Dawny „trzeci bliźniak” Kaczyńskich Ludwik Dorn uważa, że trzeba sięgnąć po metody Kaczyńskiego, czyli niezgodne z Konstytucją. W chwili, gdy dojdzie do fałszerstw wyborczych, formy sprzeciwu mogą stać się bezprawne.

Już teraz należy sięgać po niestandardowe formy sprzeciwu i protestu, póki nie jest za późno. Społeczeństwo obywatelskie winno się zorganizować, wyrażać swoje cząstkowe niezgody, a nie całej opozycji obywatelskiej.

Dzisiaj zobaczyliśmy fasadę republiki bananowej, w której rządzący w wigwamie za milion złotych przez niecałą godzinę dawali sygnały dymne w postaci kadzenia Dudy dla prezesa chorego na kolano, aby go „niebożę” wystawił.

MACIEJ STASIŃSKI: Mit polskich Kresów odżywa. Czym jest dziś?

ADAM BALCER: Można to zjawisko nazwać kresymentalizmem. Rządzący politycy kultywują mit Kresów w wydaniu sielankowo-martyrologicznym. Jest on sprzeczny wewnętrznie. W uzasadnieniu projektu ustawy o Dniu Męczeństwa Kresowian przygotowanym w 2016 r. przez PiS dawne ziemie wschodnie Rzeczypospolitej to utracona Arkadia – „obszar pokojowego współistnienia i przenikania się różnych narodowości, kultur i religii (…) naznaczony prawdziwą tolerancją ludzi wolnych i wzajemnie szanujących swoją tożsamość”.

I nagle spada bomba: Wołyń, czyli polskie męczeństwo i potworne cierpienie z rąk ukraińskiej „dziczy”. Skoro było tak słodko, to skąd ten wybuch nienawiści do Polaków? Przy okazji autorzy mijają się z faktami i dokonują „wrogiego przejęcia” bohaterów sąsiadów. Polakiem okazuje się Konstanty Ostrogski, hetman wielki litewski, zwycięzca spod Orszy w 1514 r. nad Moskwą, ruski kniaź wywodzący się z dynastii Rurykowiczów, prawosławny, który mówił i pisał po rusku, fundował cerkwie i spoczywa w ławrze Peczerskiej w Kijowie. Obie jego żony były Rusinkami. Nigdzie w źródłach nie ma informacji, żeby nazwał siebie Polakiem.

>>>

Donald Tusk jest najważniejszym politykiem dla Polaków

Donald Tusk jest liderem rankingu zaufania do polityków – wynika z sondażu IBRiS dla Onetu. Tuskowi ufa dziś 42,8 proc. respondentów. Brak zaufania wyraża do niego 42,7 proc. ankietowanych.

Tusk zdecydowanie wyprzedził prezydenta Andrzeja Dudę, który był liderem rankingu zaufania w marcu. W kwietniu Duda spadł na drugą pozycję – ufa mu 36,6 proc. badanych, nie ufa – 49,2 proc. Na podium znalazł się jeszcze Mateusz Morawiecki (ufa mu 36,5 proc., nie ufa – 43,9 proc.).

Spośród przywódców partii opozycyjnych największym zaufaniem cieszy się Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej (33,4 proc. polaków jej ufa, 35,8 proc. – nie ufa).

Dobre notowania ma też lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz – ufa mu 31,1 proc. respondentów, nie ufa – 35,4 proc.

Paweł Kukiz, lider Kukiz’15, wzbudza zaufanie 21,8 proc. ankietowanych, nie ufa mu 51,8 proc.

Grzegorzowi Schetynie, liderowi PO, ufa 18,1 proc. respondentów, a nie ufa 61,8 proc. Gorzej od niego wypada lider SLD Włodzimierz Czarzasty – ufa mu 17,3 proc. ankietowanych, nie ufa – 42,1 proc.

Na szczycie rankingu nieufności znajduje się Antoni Macierewicz, któremu nie ufa 72,9 proc. respondentów. Jarosławowi Kaczyńskiemu nie ufa 64,3 proc. ankietowanych.

wPolityce.pl

Andrzej Celiński skomentował decyzję władz Jasnej Góry ws. pielgrzymki skrajnej prawicy.

Krystyna Pawłowicz odniosła się do informacji posła Sławomira Neumanna na temat powstającej w Sejmie tablicy dla Lecha Kaczyńskiego.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o upadku Kaczyńskiego.

Ludzie PiS poszli do polityki dla pozycji społecznej, pieniędzy i komfortu życia. A prezes – w imię swych infantylnych marzeń o władzy absolutnej – wymaga teraz od nich ascezy.

Gdy PiS obejmował władzę w roku 2015, prognozowałem, że jego rządy potrwają około 2 lat. Mam na to świadków w redakcji „Gazety Wyborczej”, kto nie wierzy, może zapytać. Traktując tę prognozę dosłownie – pomyliłem się. Nie wygląda na to, by w najbliższym czasie Prawo i Sprawiedliwość miało stracić władzę. Formułując przepowiednię, nie wziąłem poprawki na erozję standardów życia politycznego w Polsce. W poprzednich, normalnych i cywilizowanych warunkach, wyszłoby na moje.

Kryzys polityczny taki jak ten obecny, spowodowany pazernością polityków rządowych, doprowadziłby do potężnego przesilenia politycznego, w wyniku którego konstrukcja wzniesiona przez Jarosława Kaczyńskiego rozsypałaby się zapewne jak domek z kart. To, że dziś się tak nie dzieje, wynika z faktu, że normalne standardy demokracji przestały w Polsce obowiązywać i władza w stanie agonalnym może przedłużać swą wegetację. Do czasu.

Jarosław Kaczyński wyczerpał już znaczną część arsenału trików socjotechnicznych i politycznych, pozwalających podtrzymywać legitymizację jego rządów. Po odwołaniu Beaty Szydło i mianowaniu na jej miejsce Mateusza Morawieckiego nie może już zamydlić oczu opinii publicznej kolejną rekonstrukcją gabinetu.

Pewnie teraz żałuje, że pospieszył się z wymianą premiera. Zrobił to przedwcześnie i bez wyraźnej potrzeby politycznej, budząc zdziwienie i niezadowolenie w kręgach działaczy i elektoratu PiS. Możliwość zdymisjonowania szefa rządu i powołania nowego człowieka, który przyszedłby z czystą kartą i symbolizowałby nowe otwarcie, przydałaby mu się teraz. Ale ten pocisk został już odpalony i drugi raz nie da się go użyć.

Kaczyński próbuje więc zmusić PiS do demonstrowania ascetyzmu. Posłowie, samorządowcy, przedstawiciele aparatu mają się zgodzić na znaczące obniżki uposażeń, by przekonać wyborców, że oskarżenia o pazerność są nieprawdziwe. Tyle tylko, że opinia publiczna doskonale zdaje sobie sprawę, iż jest to krok wymuszony przez okoliczności, mający zamaskować prawdziwą naturę rządów PiS. Po drugie zaś – wywołuje on zrozumiałe i uzasadnione niezadowolenie w szeregach działaczy partii rządzącej. A to podważa pozycję Jarosława Kaczyńskiego jako nieomylnego i uwielbianego wodza.

PiS nie jest normalną demokratyczną partią polityczną, taką samą jak pozostałe ugrupowania na polskiej scenie. Widać to już nawet w zapisach statutu, który oddaje prezesowi niespotykanie wielką władzę, zwłaszcza w sprawach personalnych. To Kaczyński w ostatecznym rozrachunku jednoosobowo decyduje, kto będzie kierować strukturami partii w terenie, kto będzie kandydatem do parlamentu czy do europarlamentu.

Dopóki prezes prowadził partię od zwycięstwa do zwycięstwa i dawał jej działaczom dostęp do konfitur w administracji państwowej i spółkach skarbu państwa, ten układ był funkcjonalny i nie rodził sprzeciwów. Pozycji wodza nikt nie tylko nie ośmielił się, ale i nie miał powodu kwestionować. Teraz jednak sytuacja się zmienia. Wódz żąda wyrzeczeń i odbiera konfitury.

A w imię czego to robi? W imię swej osobistej władzy. Aktyw PiS coraz wyraźniej widzi, że wyznawana przez działaczy hierarchia wartości rozjeżdża się z tą, którą wyznaje prezes. Oni poszli do polityki dla pieniędzy, komfortu, pozycji społecznej i poczucia, że przynależą do rządzącej elity. Dla niego zaś większość materialnych wartości nie ma większego znaczenia. Chodzi mu tylko o to, by być zbawcą narodu i by móc rozstawiać pionki na politycznej szachownicy, której na imię Polska. By brat był pochowany na Wawelu i miał pomniki w każdym mieście. By w Starachowicach była ulica matki – Jadwigi Kaczyńskiej. Tylko to się liczy. W wymiarze materialnym Kaczyński jest typem ascetycznego maniaka władzy, podobnie jak był nim Władysław Gomułka czy János Kádár na Węgrzech.

Marzenia prezesa są marzeniami małego chłopca, który przypadkiem zaplątał się w dorosłą politykę. Dopóki jednak jego wyznawcy i wielbiciele mogli przy okazji realizować także swoje aspiracje, infantylizm przywódcy nie rzucał się w oczy i nie stanowił problemu. Ale dziś? Działacze PiS-u, zmuszeni do godzenia się z obniżkami zarobków, zaczną zadawać sobie pytanie: czy na pewno chcemy iść ślepo w ogień za człowiekiem o mentalności chłopczyka?

Ciekawe, jakiej odpowiedzi udzielą.

Wydaje się, że bezwstydne przyznanie wyjątkowo wysokich nagród będzie jeszcze długo odbijać się czkawką politykom Prawa i Sprawiedliwości. Pełne pychy i naostrzonych pazurków wystąpienie wicepremier Beaty Szydło zamiast przekonać wyborców, że im się te nagrody należały, dolało tylko oliwy do ognia. Lud nie dał się przekonać, a swoje niezadowolenie wyraził w sondażach, które zanotowały spory spadek partii. Opozycja również wykorzystała kwestię nagród w walce politycznej.

Jak zwykle w sytuacjach kryzysowych do akcji wkroczył szeregowy poseł, prezes PiS, Jarosław Kaczyński Jednak myliłby się ten, kto uważa, że sprawa zwrotu nagród była najważniejszą deklaracją, jaką złożył podczas konferencji prezes PiS. Prawdziwą burzę wywołało oświadczenie, że Prawo i Sprawiedliwość obniży posłom wynagrodzenia o 20 procent.

Szeregowi parlamentarzyści partii, wprawdzie anonimowo, ale jednak, zaczynają publicznie wyrażać swoje niezadowolenie. Dziennikarka „Faktu”, Agnieszka Burzyńska pisze o jednym z takich przypadków: „Bardzo zdenerwował JK swoich posłów. Pierwszy raz słyszę aż tak mocne słowa: człowiek, który korzysta z partyjnych pieniędzy, jest wożony, karmiony i nie ma pojęcia o codziennym życiu decyduje o obniżce zarobków tych, którzy nie przyznawali sobie samym żadnych nagród.” Czy to niezadowolenie jest zapowiedzią buntu? Czy Jarosław Kaczyński tnąc posłom pensje nadal może liczyć na ich niezachwianą lojalność?

Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej” uważa, że jak na razie pozycja prezesa i wizerunku jednolitości partii jest niezachwiana: „Rozmawiałem właśnie z czołowym politykiem rządu. W PiS jest przekonanie, że sprawa nagród jest zamknięta i opozycja nic już w tym temacie nie ugra. A nt. buntu w PiS po obniżkach pensji: buntu nie będzie, bo nikt nie zaryzykuje przed ułożeniem list. Wywiad w Rzepie już wkrótce.”

Zapewne politycy Prawa i Sprawiedliwości będą próbowali tuszować wszelkie pęknięcia wewnątrz partii, szczególnie przed zbliżającą się konwencją. Przekaz, który powinien trafić do społeczeństwa nie może być skażony żadnymi wewnętrznymi fochami, niezadowoleniem czy buntem. Mimo wszystko sprawa wynagrodzeń i nagród wywołała małe trzęsienie w partii, pokazując jednocześnie, że nie jest ona takim monolitem, jakim ją nam malują.

Oczyma duszy to widzę. Komitet Polityczny PiS, na nim gościnnie premier, ministrowie, sekretarze i podsekretarze stanu. Coś w formule tragedii greckiej – ponury poświątecznie Prezes jako aktor, rząd jako chór wyśpiewuje: „Pozwól nam, o Wielki, oddać te nagrody do Caritasu”. Prezes jakby łagodnieje, wychodzi na konferencję prasową. Koniec sceny.

PiS traci od wielomiesięcznego spektaklu rekonstrukcji rządu. Traci pewność siebie, zdolności narracyjne, słuch społeczny. Przekaz dnia, powtarzany w wypowiedziach i wpisach, że obcinamy wynagrodzenia posłom, samorządowcom, urzędnikom państwowym, „bo Polacy tego chcą”, to zaklinanie rzeczywistości. Ostatni ciąg zdarzeń nie jest podyktowany populizmem – jest nieracjonalną polityką, efektem strachu.

W przeciągu tygodnia obserwowaliśmy dwa strzały w obie stopy. Pierwszy to „pazurki” Beaty Szydło wbijające się w szyję tych wyborców, którzy dali partii zwycięstwo. Ludzi utrzymywanych w przeświadczeniu, że rządy PiS to rządy altruistycznych aniołów, brzydzących się przyjmowaniem pieniądza publicznego. Jarosław Kaczyński swoim wywiadem dla pisma najwierniejszych z wiernych, braci Karnowskich, sejmowe pokrzykiwania byłej premier o tym, że kasa się należała, jednoznacznie poparł.

Inaczej zachowali się odpytywani przez sondażownie wyborcy, pojawił się znaczący spadek poparcia. Nie święconka na stole wielkanocnym, a sondaże spowodowały, że Prezes wpadł w panikę i pomysłem przekazania nagród Caritasowi i obniżenia wynagrodzeń osobom pełniącym funkcje publiczne strzelił w drugą stopę – we własny partyjny aparat. Wprawdzie strzał został pomyślany tak, żeby zabolał też opozycyjną PO – po to do grupy, której wskaźnik skromności ma być wyregulowany ustawą, dorzucono samorządowców. Niemniej przy całej radości, że „sąsiada też boli”, uderzenie idzie w trzon PiS.

Nie jest szczególną tajemnicą, że radni, pracownicy samorządowi, nominaci w spółkach samorządu czy skarbu państwa to ci, którzy niosą partię, dają tłum na konwentach, stanowią sieć zapewniających podpisy pod listami wyborczymi, tworzą poparcie ogólnopolskie dla zjawisk telewizyjnych. Nie byłoby zapewne dużym problemem oszacować liczbę ludzi, których byt, powodzenie finansowe rodzin zależą od posad, które dostają dzięki takiemu zaangażowaniu. Setki tysięcy w skali kraju.

Oba te strzały są głośniejsze i boleśniejsze dla wyborców i aparatu partii rządzącej od każdego sporu o Trybunał Konstytucyjny, sądy, konfliktu z Komisją Europejską – tam można było wszystko tłumaczyć geniuszem i dalekosiężną wizją Prezesa w sprawach abstrakcyjnych dla rodziny przy stole, w ostateczności programem 500 plus. Wytłumaczenie aktywowi programu Minus 20 proc. nie będzie łatwe.

Już za kilka dni dokona się to, co proroczo zapowiedział pan prezes. Wśród (wirtualnych) ruin Pałacu Saskiego – bo Polska ciągle w ruinie – powstał nareszcie pomnik zamachu w Smoleńsku, który już tylko najbardziej zaciekłe „lewactwo” nazywa zwykłą katastrofą.

Tym pomnikiem środowiska patriotyczno-wolnościowe ostatecznie zamkną usta wszystkim, którym wciąż jeszcze przychodzi do głowy myśl tyleż obrazoburcza, co głęboko świętokradcza, że „prezydenta tysiąclecia” i całą prawicową elitę Rzeczpospolitej mógł odesłać do wieczności banalny wypadek lotniczy. Nie mógł i to jest oczywista oczywistość. Do tej prawdy – być może – jeszcze kiedyś dojdziemy, choć w zasadzie nie ma po co tak chodzić, skoro przecież wiadomo, jak było. Jest na to słowo ministra Macierewicza oraz arcydzieło narodowej kinematografii pod tytułem „Smoleńsk”. No i teraz będzie jeszcze pomnik.

Biorąc pod uwagę cechy formalne i symbolikę tego szczególnego monumentu, wzniesionego według projektu wybitnego polskiego rzeźbiarza – Jerzego Kaliny, trzeba przyznać, że powstało oto dzieło wybitne, godnie upamiętniające tę narodową tragedię. Takie, na którego przykładzie przyszłe pokolenia uczyć się będą nie tylko patriotyzmu, prawdziwej wersji dziejów najnowszych oraz historii powtórnego zbawienia narodu polskiego, ale także sztuki. Tego zwłaszcza, że jej wielkie dzieła mówią o zleceniodawcach znacznie więcej, niżby chcieli mecenasi…

Bo weźmy formę pomnika. Inspirację miały dlań podobno stanowić mobilne schody pasażerskie. Takie, jakich tuziny widzi się na każdym lotnisku. Symbol dość oczywisty, tym bardziej, że chodzi wszak o monument upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej (lub zamachu), dla których były one „ostatnią drogą”, schodami do wieczności, ale też – i tu kłania się ikonografia chrześcijańska – ścieżkę męczeństwa, prowadzącą do wiecznej chwały w Niebie, a na ziemi – do pamięci potomnych. Oczywistą tu więc mamy symboliczną oczywistość.

Tyle tylko, że – jak donoszą media – u szczytu tychże schodów jest w pomniku… klapa. Po co tam ona komu? Cóż, obok upamiętniającej, ten osobliwy pomnik będzie jeszcze – najwyraźniej – pełnił inne ważne funkcje, o których w tej chwili wie tylko najbliższe otoczenie pana prezesa.

Pewien trop mogłaby stanowić zapowiedź, że odsłonięcie „Schodów” będzie oznaczało przeniesienie cyklicznych miesięcznic smoleńskich na plac Piłsudskiego. Można więc domniemywać, że odtąd szef partii aktualnie rządzącej będzie zapowiadał dochodzenie do prawdy z wysokości cokołu, a stopnie (czy raczej winda) zastąpią słynną rozkładaną drabinkę z Krakowskiego Przedmieścia. Tak byłoby rzeczywiście bardziej godnie i dostojnie, bo kto to widział, żeby poważny człowiek i już w latach wspinał się na drabinę, jak – nie przymierzając – gospodyni domowa rozwieszająca firanki.

Warto też wziąć pod uwagę, że forma pomnika nawiązuje – siłą rzeczy – do kształtu piramidy, czyli starożytnego grobowca. Schodkowej, ale to nawet lepiej, bo przez to bogatszej o dodatkową symbolikę.

W takim na przykład starożytnym sumeryjskim mieście Ur, na szczycie piramidy (nazywanej tam zikkuratem) pomieszkiwał lokalny bóg. Objawiał się on swoim wiernym z okazji świąt religijnych, a też bez żadnego trybu. Więc czy to w takim razie nie jest najbardziej odpowiednie miejsce na konferencje prasowe i oświadczenia pana prezesa? Wszak sam niedawno okrasił ogłoszenie swojej decyzji w sprawie nagród w rządzie łacińskim „Vox populi, vox Dei”, wyraźnie wskazując rolę, jaką wyznaczył sobie w relacji z ludem i to zdaje się nie tylko tym „pisowskim”.

To po pierwsze. A po drugie – ów lud od dawna już widzi w panu prezesie zbawcę („Jarosław, Polskę zbaw!”). No a jak zbawca, to szczyt piramidy jako miejsce comiesięcznych objawień byłby akurat jak znalazł.

Symbolika piramidy schodkowej, popularnej nie tylko w delcie Tygrysu i Eurfatu, ale także w Ameryce Południowej, wykazuje zresztą niejakie powinowactwo do sposobu uprawiania polityki przez pana prezesa, jako że bóstwa meksykańskie i peruwiańskie to byli – prawie wszystko – bogowie krwawej zemsty. Miejsca ich kultu spływały krwią wrogów, którym żywcem wyrywano na szczytach piramid serca, a potem strącano w przepaść.

W naszych czasach takie marnotrawstwo organów na pewno spotkałoby się z protestami transplantologów. No, ale gdyby tak tuż pod klapą ustawić szubienicę albo szafot, pomnik pełniłby w środowiskach patriotycznych funkcję integracyjną także w czasie między kolejnymi miesięcznicami. Odbywałyby się tam cykliczne egzekucje zdrajców dyplomatycznych, karanych za wszystkie winy Tuska. Czyż nie o tym pisał w adresowanych do pana prezesa kolejnych poematach naczelny wieszcz partii aktualnie rządzącej? Tak więc – szubienica i szafot. A wokół budki z kebabem i Sławomir…

Monument, poprzez swoją formę, może też odegrać nieocenioną rolę w edukacji obywatelskiej przyszłych pokoleń. Wskazuje bowiem czy wręcz – wizualizuje, którędy wiedzie droga na szczyty władzy. Step by step, mianowicie. (I tylko lewicowo-liberalne kanalie mogą sugerować, że niektórym ta wspinaczka udaje się tylko incydentalnie, gdy w charakterze stopni użyją trumien ofiar katastrofy.) W tym kontekście klapa mogłaby służyć demonstracji oczywistej prawdy, że każda władza przemija. Bo ten i ów może wprawdzie – z kaprysu prezesa – znaleźć się na samym szczycie, ale za chwilę i tak otworzy się pod nim ta nieszczęsna zapadnia. Albo nieopatrznie sam zrobi o krok za daleko.

W sumie to właśnie w tej swojej funkcji wielokrotnego użycia pomnik wydaje się szczególnie nowatorski, ze względu na tak teraz modną ochronę środowiska. Chodzi o recycling właśnie. Bo stawiamy na cokole na kogo akurat mamy ochotę, a potem wystarczy uruchomić klapę i po sprawie. Odpada kłopot z obaleniem monumentów i zrzucaniem z pomników nieaktualnych bohaterów.

No, a poza tym taki pomnik przechodni to symbol zapowiadanej przez partię rządzącą demokracji dla każdego. Bo w tej sytuacji każdy – i to nie czekając na oficjalne zaproszenie – sam może wspiąć się na cokół. I co z tego, że tylko na chwilę, że profanacja. Monitoring, straż miejska, mandat i w ogóle. Marketing za to jaki dla stolicy! „Pięć minut” sławy, zrobienie selfika z pomnika i szybka wrzutka na Instagram – tylko w Warszawie.

Owszem, lewactwo robi sobie „śmichy-chichy”, że w takim razie ten pomnik to nie tyle „schody do chwały”, ile „donikąd”. Bo skoro to monument wielokrotnego użytku…

Lewackie gorsze sorty od dawna zresztą szydzą, że projekt został – nazwijmy to elegancko – „pożyczony” z XVIII Księgi komiksu Henryka Chmielewskiego o Tytusie i spółce, gdzie podobne schody nazywały się właśnie „Schodami Do Nikąd”. Ale wszelkie podobieństwa do rzeczonego wydawnictwa są absolutnie przypadkowe, a poza tym to fake news zrodzony w chorej, lewackiej wyobraźni, za który jego kolporterów będzie osobiście i do surowego wyroku ścigał pan poseł Tarczyński.

Pomnik bowiem jest oryginalny. A też monumentalny, wzniosły, przepiękny i w ogóle… A na końcu – klapa.

Black Sabbath budzi ludzi 😇

Obrzydliwi politycy PiS – intelektualnie, estetycznie. Przede wszystkim amoralni

Andrzej Celiński nie może oglądać Ryszarda Czarneckiego w mediach niezależnych.

Podobnną cofkę mają inni.

Poseł PO Krzysztof Brejza interpelował w sprawie premii przyznawanych sobie przez pisowców.

Były szef MON Tomasz Siemoniak skomentował informację o nagrodach dla ministrów rządu PiS.

Wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński „słynie” z niekonwencjonalnych zachowań i pomysłów. Wychodzi na to, że nie wystarczają mu miesięcznice smoleńskie. Z inicjatywy Zielińskiego w każdy jedenasty dzień miesiąca w Łapach na Podlasiu będą się odbywać patriotyczne „nowenny niepodległościowe”.

 „Wiceminister zawsze dostrzegał potrzebę spotykania się na wspólnej modlitwie w intencji ojczyzny” – powiedział „GW” proboszcz kościoła w Łapach. Potrzebę taką będą też musieli mieć podlascy policjanci. – „W związku z obchodami 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości, w każdy 11 dzień miesiąca, odbywać się będzie Nowenna Niepodległości. Potrwa ona do 11 listopada. Pierwsza z nich odbędzie się już w najbliższą niedzielę, 11 lutego 2018 roku o godzinie 11.30 w kościele pw. Św. Krzyża w Łapach. Podczas I Nowenny Niepodległości wystąpi Zespół Wokalno-Instrumentalny Komendy Miejskiej Policji w Łomży, który wykona pieśni patriotyczne” – głosi komunikat na stronie Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku.

Obecność na „nowennie niepodległościowej” nie jest podobno obowiązkowa. – „Każdy z naszych funkcjonariuszy, jeżeli czuje taką potrzebę, może wziąć udział w tych uroczystościach. (…) Oczywiście nie w umundurowaniu służbowym, ale wyjściowym – galowym” – powiedział „GW” rzecznik białostockiej komendy nadkomisarz Tomasz Krupa.

Wiceministrowi Zielińskiemu chyba jednak trudno będzie odmówić, zwłaszcza że obowiązkowo stawić się będą musieli lokalni szefowie policji, Straży Pożarnej, Straży Granicznej, Służby Więziennej itp.

Wybitna polska reżyserka Agnieszka Holland uważa, że w walce z używaniem określenia „polskie obozy śmierci” bardziej skuteczne od ustawy jest edukowanie. – „Od czasów ministra Geremka wszyscy dyplomaci polscy szalenie to wychwytują i interweniują. Osiągnęli bardzo duże sukcesy. To działanie dyplomatyczne doprowadziło do tego, że w wielu znaczących mediach jak „New York Times” czy „Washington Post” wprowadzono takie algorytmy, że poprawia automatycznie komputer, jak ktoś używa takiego sformułowania” – powiedziała Holland w TVN24.

Jej zdaniem, mamy do czynienia z ogromnym niedouczeniem historycznym, ale nie można z nim walczyć za pomocą takiej ustawy jak ta o IPN. – „Ta ustawa grozi tym, że nie można mówić prawdy” – powiedziała Holland. Dodała, że „ustawa jest fatalna”. – „To, co jest fałszywe i głupie w tej ustawie, to, że próbuje się zrobić z nas mesjański naród zupełnie bez winy. Dojrzałość narodu polega też na przyznaniu się do trudnej historii. Przede wszystkim trzeba być dumnym ze swojej historii, a nie wstydzić się jej tak, żeby ją zakłamywać” – powiedziała Holland.

Holland mówiła, że ustawa o IPN potwierdziła wszystkie najgorsze stereotypy o Polsce. – „Polski rząd, który sobie wziął za zadanie ideologicznie sformować nowego Polaka, przekroczył granice tego, co świat dopuszcza dzisiaj. Po co nam to było?” – pytała reżyserka. – „Żyjemy w czasach, które są bardzo niebezpieczne. (…) W tych czasach jest szalenie łatwo wywołać pożar wokół jakiegoś emocjonalnego wzmożenia. Populiści czy nacjonaliści tym zarządzają bardzo skutecznie. Mąż stanu czy polityk odpowiedzialny nie powinien używać takich narzędzi” – powiedziała Holland.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, jak władza buduje negatywne emocje na niskich instynktach Polaków.

Polska cierpi obecnie na rozdwojenie jaźni.

Czy się z tym zgadzamy, czy nie, musimy wreszcie przyjąć do wiadomości i pogodzić się z faktem, że nasza Polska cierpi obecnie na rozdwojenie jaźni. Jeden naród, a w nim bezkrytyczni wielbiciele obecnej władzy – osoby, którym wszystko jedno, byle im się spokojnie żyło i tacy jak ja… wciąż zdziwieni, nie pojmujący do końca, co właściwie się stało, że jest tak, jak jest.

A jest wyjątkowo nieciekawie. Wydawało się, że przez minione 27 lat społeczeństwo okrzepło w budującej się demokracji, nabrało rozumu, wreszcie zmieniło swoje spojrzenie na ludzi i świat. Stało się bardziej otwarte, przyjazne wobec wszelkiej inności. Jak mało trzeba, by jednak okazało się, że była to tylko mrzonka. Ot, jakaś taka iluzja, w którą zapewne bardzo chcieliśmy uwierzyć. To nie kto inny, jak właśnie PiS udowadnia nam każdego dnia, jak bardzo się myliliśmy. Mistrzowie w szukaniu wroga, co zaspokaja najgorsze instynkty części narodu, ruszyli do boju.

Na pierwszy ogień PiS wzięło PO. Logiczne, bo przecież to z nimi trzeba było wygrać wyścig do parlamentu. Nagonka rozwijała się powoli, acz bardzo skutecznie. Ludzie wspaniale odnajdywali się w tym szczuciu przeciwko PO, tym bardziej, że prezes Kaczyński miał sporo punktów do zahaczenia. Politycy partii konkurencyjnej podali mu je dosłownie na tacy. Przekupiony pięknymi słowami i obietnicami naród nawet się nie zorientował, kiedy brzydkie fakty, obciążające PO, przeszły w kłamstwa i manipulację. Polska w ruinie, rządy lobbystów, wiernopoddaństwo wobec UE i w ogóle świata, no i ten Tusk, największe zło Polski. Mity i fakty umiejętnie splecione ze zbrodnią smoleńską zrobiły swoje. PiS zdobyło władzę i te 18% głosujących na nich Polaków zwariowało ze szczęścia.

Po wyborach nadszedł czas na utrwalenie w swoim elektoracie winy PO za całe polskie zło i nastąpiła pierwsza próba przeciągnięcia na swoją stronę tzw. leniuszków, czyli tych, którym się nie chce brać udziału w wyborach, bo mają ciekawsze zajęcie od polityki. Kto zniszczył Polskę? Tusk. Kto źle o Polsce mówi na forum UE? Tusk. Kto ma niemieckie korzenie? Tusk. Kto walczy z polskim Kościołem? Tusk. Kto nie dba o dzieci i ich rodziców? Tusk. Kto wykończył polską edukację i kulturę? Tusk. Kto dokuczył biednemu Jarosławowi Kaczyńskiemu? Tusk. I tak ten biedny Donald Tusk wbił się do głowy wielbicieli prezesa jako synonim największej tragedii, która spotkała Polskę. PiS mogło odetchnąć z ulgą. Ufff, udało się…

W końcu jednak temat się nieco przejadł, spowszedniał, więc trzeba było wskazać kolejnego wroga, który utrzyma wyborców przy PiS-ie. Padło na Niemcy, bo nas nie lubią, coś tam za plecami naszymi kombinują, a ta Angela Merkel to już w ogóle antypolskie dno. Myśleli, myśleli… i wymyślili. Odszkodowania za niemiecką okupację w latach 1939 – 1945, za zabijanie Polaków, za gnębienie. Elektorat wręcz zakwiczał z radości. Jakże pięknie to żądanie wpisało się w ich nastawienie do sąsiadów zza Odry. Jechać tam do pracy czy na handelek jest super, ale sprawiedliwości musi stać się zadość, bo Niemiec odwiecznym wrogiem Polaków jest i basta. Ma nam zapłacić za całe zło i tyle w temacie.

Kiedy kwestia odszkodowań nieco już okrzepła i przestała budzić większe zainteresowanie, przyszedł czas na Żydów i Ukraińców. Zgadzam się z tymi, którzy mówią, iż znowelizowana ustawa o IPN to pic na wodę i praktycznie jest tylko pustym zapisem. Już to widzę, jak ktoś np. na Kanarach powie coś, co narusza polską godność i natychmiast nasza władza ściąga gościa do Polski i zamyka w więzieniu na 3 lata. Słowo daję, nabrać na to może się tylko ten, kto zatracił gdzieś umiejętność realnej oceny świata, w jakim żyje. Ewidentnie ten pomysł z ustawą, skierowany jest do swoich, by znowu dać im kolejną pożywkę, by utrzymać ich przy sobie. W końcu nic tak mobilizująco na prawdziwego Polaka nie działa, jak walka o godność i honor, a przy okazji nakarmienie polskiego antysemityzmu i alergii na co niektóre narody. Tak więc mamy ustawę, która nic nie znaczy i mamy tak pokazowy wybuch nienawiści, że aż dech zapiera. Politycy PiS, niektóre „autorytety” prawicy, kilku historyków pławią się teraz w tej, wywołanej przez brak pomyślunku, histerycznej atmosferze, wbijając do głów jakieś dalekie od prawdy fakty pseudohistoryczne. A wierni PiS-owi obżerają się tą rozbudzoną fobią po uszy i nawet nie widzą, do czego ta sytuacja nas – jako Polskę – prowadzi. PiS się raduje, lud to kupuje, a słupki w sondażach rosną…

Sukcesywnie, gdy robi się zbyt spokojnie i PiS traci na chwilę inwencję twórczą, wskakuje temat UE. Tej złej, antypolskiej, która nas wykończy. Tyle kasy od nas wyciąga, a w zamian, co? Te drogi, autostrady, remonty ulic i zabytkowych kamienic, międzynarodowe projekty naukowe, wymiana studentów, poprawa jakości szpitali, inwestycje to tylko nasza, polska zasługa, bo UE nas okrada i nic więcej. Do tego wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy. Nas, Polaków, chce uczyć praworządności i sprawiedliwości? Hańba! Po prostu hańba!

Ciekawe, kto będzie następny. Jestem przekonana, że PiS znajdzie kolejny cel do atakowania, bo przecież nic tak nie trzyma narodu w ryzach, jak przypomnienie mu, kto jest wrogiem, jak strach przed „obcymi” i wiara w światowy spisek antypolski.

A kiedy już wyczerpią się wszystkie możliwości, to pozostanie tylko jedno. Mocniej jeszcze zadziałać na własnym terenie, wskazując jako wroga tych, którzy nie dają się nabrać na bajeczki PiS-u. Jeszcze władza się nieco kryguje, próbuje zachować pozory, ale przyjdzie moment, gdy jej uderzenie będzie ostre i bezpardonowe. Postawi przeciwko „niepraworządnym” babcie z różańcami, dziarskich staruszków z krzyżami, nacjonalistów i polskich neonazistów. A co sobie sama będzie brudziła łapki. Oddany im elektorat załatwi „gorszy sort” na chwałę prezesowi i reszcie.

No i taką mamy polską rzeczywistość. Jedni są szczęśliwi, bo PiS zaspokaja ich potrzeby materialne i duchowe. Pozwala im być wreszcie sobą, takimi pełnymi agresji, antysemitami i rasistami. Daje swoje przyzwolenie i nagradza dobrym słowem za atakowanie każdego, kto nie należy do tej teatralnej trupy.

Pozostali, którzy jeszcze się uchowali, wciąż nie mogą wyjść ze dziwienia, że wróciła taka Polska, jak z najgorszych, sennych koszmarów. Cały system wartości obywatelskich przestaje się liczyć, a obecna władza stawia tylko na to, co zapewni jej dostęp do koryta na długie lata. No i na tych, którymi łatwo da się manipulować, łatwo wykorzystać, dając im ochłapy w postaci przekonania, że teraz są tacy ważni.

Może więc już czas przestać się dziwić, wziąć tę naszą mroczną rzeczywistość na klatę i skonsolidować siły, by zatrzymać ten pochód „zombie”?

Pornografia ideologiczna PiS

W Teatrze Wielkim – Operze Narodowej odbyła się Wielka Gala „Gazety Polskiej”. Podczas uroczystości nagrodzeni zostali Andrzej Gwiazda, premier Mateusz Morawiecki oraz Jarosław Kaczyński i śp. Lech Kaczyński, którym przyznano nagrodę główną 25-lecia „Gazety Polskiej”. Wśród zaproszonych gości obecni byli m.in. Beata Szydło, Piotr Gliński i Jarosław Gowin.

„Gazeta Polska” uroczyście obchodziła swoje 25 – lecie. Gala z tej okazji odbyła się w Teatrze Wielkim w Warszawie, a wśród zaproszonych gości można było zobaczyć m.in. byłą premier Beatę Szydło oraz marszałków Sejmu i Senatu, panów Marka Kuchcińskiego i Stanisława Karczewskiego. Tytuł Człowieka roku 2017 Klubów „Gazety Polskiej” otrzymał premier Mateusz Morawiecki, nagrodę 25 – lecia „gazety Polskiej” bracia Kaczyńscy, a nagrodą św. Grzegorza I Wielkiego miesięcznika „Nowe Państwo” uhonorowano Andrzeja Gwiazdę.

Premier Morawiecki wygłosił okazjonalne przemówienie, w którym podkreślił, co jest największą zasługą obecnej władzy- „Przez lata postkomunizmu, przez lata III Rzeczpospolitej w takiej wolnej, ale jakby bezwolnej Rzeczpospolitej, staraliśmy się przechować prawdę o naszej historii, pragnienia wielkiej Polski w przyszłości, wiarę w odbudowę tej wielkiej Polski (…) Prostowaliśmy kręgosłupy, prostowaliśmy karki i to się udało. Dzisiaj jesteśmy w takim momencie, w którym możemy powiedzieć, że razem budujemy Polskę naszych marzeń, razem budujemy Rzeczpospolitą, do której na pewno tęskniliśmy”.

Nie ukrywał, że przyjmując dwa lata temu, stanowisko w rządzie, wiedział, że czeka go ciężka praca. „Nie przypuszczałem, że rzeczywiście będziemy się starali zrzucić to jarzmo klientelizmu, korporacjonizmu, które pętało naszą Rzeczpospolitą. Robimy to coraz bardziej skutecznie, robimy z wiarą w lepszą przyszłość, ale też tym skuteczniej będziemy mogli obronić prawdę o przeszłości, tak jak robimy to dzisiaj w kontekście ostatnich wydarzeń. Na pewno tę prawdę będziemy bronić, bo jest rzeczą dla mnie niewyobrażalną, żeby ofiary uważać za sprawców, mieszać katów z ofiarami”, a za najważniejsze obecnie zadanie uważa walkę o „prawdę, bo z tej prawdy wynika nie tylko skuteczna obrona przeszłości, historii, tradycji, ale również skuteczna walka o lepszą Polskę w przyszłości” 

Swoją nagrodę Mateusz Morawiecki zadedykował Solidarności i oraz partii Prawo i Sprawiedliwość. Z wielkim uznaniem wypowiedział się o braciach Kaczyńskich, bez których nie udałoby się zastopować elit, które „cały czas były w dużym stopniu zależne, mentalnie zależne, od doradców, od podpowiedzi z zewnątrz (…) Oddzielone od tradycji, od ugruntowanej wiary, wiary również w przyszłość, wiary w to, że modernizacja może się odbyć tylko w oparciu o zakorzenienie w tradycji i zakorzenienie w prawdzie”.  Braciom, którym zawdzięczamy to, że „dzisiaj nasza flaga jest coraz bardziej biało-czerwona, a nie coraz bardziej biała”  Nie zapomniał też o klubach „Gazecie Polskiej” dziękując za ich aktywność, upór, wiarę i wszystko, dzięki czemu dzisiejsza Polska jest, jaka jest.

Jarosław Kaczyński znaczną część swego przemówienia poświęcił bratu. Gdyby nie jego decyzja, by startować w wyborach na prezydenta Warszawy, a potem Polski nie udałoby się wygrać z PO. Kiedy przyszły te czasy rządów PO to właśnie Lech Kaczyński „był dla nas, jeszcze jako prezydent, przed tragedią, opoką – opoką w tej walce. I stał się tą opoką także po swojej tragicznej śmierci, po Smoleńsku, dzięki wielu ludziom”.

Prezes PiS powtórzył kolejny raz, że z raz obranej drogi jego partia nie zejdzie, bo to „obrona godności, prawa do obrony tej godności, ale także jest to sprawa obrony naszych elementarnych interesów, naszej przyszłości, naszej szansy na lepszą przyszłość Polski” 

Tak, więc, było bardzo uroczyście, bardzo wzniośle, ale i bardzo przewidywalnie. Wybór laureatów nikogo nie zaskoczył, treść ich przemówień podobnie. Ot, kolejny raz wszystko zamknięte w „kółku wzajemnej adoracji”.

Dziennikarz Marcin Antosiewicz o decyzji Andrzeja Dudy o wysłaniu ustawy o IPN do TK.

Andrzej Celiński zabrał głos ws. podpisu prezydenta Andrzeja Dudy pod ustawą o IPN.

Waldemar Mystkowski pisze na ten sam temat (fragment).

Odesłanie dwóch artykułów do Trybunału Konstytucyjnego, w którym zasiada trzech sędziów dublerów, a prezes Julia Przyłębska nie trzyma przyzwoitych standardów profesji sędziowskiej, rządzi zaś Mariusz Muszyński (Donald Tusk jest dla niego bandytą, zaś Katarzyna Lubnauer, Ryszard Petru i inni nadają się ze względu na nazwiska najwyżej do Bundestagu), ukaże światu poczynioną przez PiS demolkę w tej instytucji, mającej strzec Konstytucji.

Duda kolejny raz naruszył Konstytucję w zamiarze ewentualnym, bo odesłanie dwóch artykułów przewiduje niekonstytucyjność i jest wyrazem godzenia się na całość, gdyż nowela wchodzi w życie.

Duda chciał pokazać się jak Salomon, przed którym stanęły dwie matki. Kobiety spierały się o dziecko. Król żydowski chciał je pogodzić, „sprawiedliwie” rozcinając mieczem dziecko na pół. Wówczas prawdziwa matka ustąpiła.

Zaś Duda aktem podpisania ustawy i odesłania artykułów do TK rozciął „sprawiedliwie” ustawę, uśmiercił rozum polityczny. Postawa Dudy jest podatna na negatywne interpretacje swojej osoby poprzez uniwersalne mity. Nie jest on w stanie podołać ciężarom prezydentury, jak Syzyfowi odpowiedzialność ciągle wymyka mu się z rąk. Z takim ułomnym charakterem nie jest mu po drodze z żadną trudnością. Duda to nie leader, a ledwie cheerleader, o czym naocznie się przekonamy, oglądając jego wygibasy na twarzy podczas transmisji z zimowych igrzysk w koreańskim Pjonczangu.

Uznana aktorka Zofia Czerwińska uważa, że walka z PiS-em ti nasz wielki zbiorowy obowiązek.

Kaczyński nie zna Europy, nikt nie śmie go oświecić, ma wokół siebie lizusów, nie ma partnerów

Ciekawą rozmowę z prof. Bohdanem Góralczykiem z Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego opublikowano na portalu wiadomo.co. Fragment dotyczacy naszej sytuacji.

Jarosław Kaczyński podobno wzoruje się na Viktorze Orbánie.

Jeżeli tak, to następnym krokiem prezesa PiS-u powinno być zaproszenie Władimira Putina do Warszawy!!!

A może prezes PiS-u myśli: skoro im się nic nie stało, to nam też nic UE nie zrobi? I nic wielkiego się nie stanie…

Stanie się.

Powtarzamy cały czas: Unia, Unia, ale ja już na początku mówiłem o tym, że odbudowuje się oś Berlin-Paryż. I to te stolice i kraje decydują. I dają wyraźne sygnały. Emmanuel Macron mówi otwarcie, że Polska jest już poza.

To powinno nam dawać do myślenia, że zaniepokojone są najważniejsze europejskie stolice, a nie tylko instytucje unijne.

Ostatnie słowa prezydenta Francji, ale także kanclerz Niemiec, powinniśmy traktować bardzo poważnie?

Tak. I to nie dlatego, że trzeba straszyć. Tylko dlatego, że Unia jest w złym stanie. Powtarzam: nie ma innego wyjścia. Musi uciekać do przodu. Jeżeli natomiast powstanie twarde jądro, to my natychmiast znajdziemy się poza nim. To jest podstawowy problem.

Andrzej Celiński też w tej samej sprawie.

Dzisiaj Polacy muszą wiedzieć, że Europa taka, jaką dzisiaj jest, Europa wyrosła z wielkich katastrof politycznych, społecznych, humanitarnych pierwszej połowy XX wieku, Europa czerwonego i brunatnego autorytaryzmów, Europa wojen, Holocaustu, pogardy dla jednostki ludzkiej, dla mniejszości, dla prawa, dla słowa i dla prawdy – jest świadomym jej wyborem. Zasady, na których została zbudowana, wprost wynikają z tej niewyobrażalnej traumy. I dlatego praworządność jest ostateczną czerwoną linią. Kaczyński nie zna Europy. Nikt nie śmie go oświecić. Ma wokół siebie lizusów, nie ma partnerów. Nie wie, że Europa, jej instytucje i państwa członkowskie demokratycznie działają właśnie dlatego, że są demokratyczne, powoli, z mozołem wykuwają kompromis w każdej, nawet najmniejszej sprawie. Tu nie idzie o małą sprawę. Tu idzie o przyszłość całości.

Polacy muszą być przez pozostałych partnerów wspólnej Europy powiadomieni. Ten watażka i jego polityka nie będą akceptowani. Jeśli wybierzecie ich politykę, do czego macie prawo, to my z wami nie chcemy być. Bo sprzeniewierzacie się wartościom, które uznaliście – więcej: którym daliście wielkie świadectwo w 1980 i 1981 roku, w 1989 roku i później.

Albo przyjdzie opamiętanie, albo nie przyjdzie. Jeśli nie przyjdzie, to albo nie będzie warto być w Europie takiej, jakiej chciała zawsze Moskwa, albo nie warto za Polskę i Polaków tracić Europy wartości. Dlatego jest czas dla mówienia wprost.

Polska europejska, Polska otwarta jest w Poznaniu, w stolicy buntu, opisane to przez Paulę Szewczyk w Newsweeku:

To tu w lipcu ze świec ułożono gigantyczny napis „veto”, który wykorzystano później na pocztówkach wysyłanych do prezydenta Andrzej Dudy. Teraz miasto wzięło na siebie organizację Kongresu Kobiet, który pierwszy raz w historii nie odbędzie się w Warszawie. Wcześniej Jacek Jaśkowiak jako pierwszy prezydent wziął udział w Marszu Równości, rozwieszając przy okazji na lampach w sercu miasta szereg tęczowych flag. Czy w dobie konserwatywnych rządów PiS, Poznań przejmuje po Warszawie rolę społeczno-kulturalnej stolicy Polski?

Trzy cytaty. Jacek Pałasiński.

Bogusław Wołoszański.

Jarosław Rymuje. Tak jeden internauta podpisuje swoje rymy.

Kaczyńskiego zniewolony umysł

CpqSxgtXgAAIU6V

Głosy dwóch ludzi rozumu z dzisiaj.

europa

Wybitni prawnicy, Andrzej Zoll, Jerzy Stępień, mówią, że Polska już nie jest państwem prawnym, konstytucja jest tylko na papierze, gdyż działanie Trybunału zostało sparaliżowane. Kaczyński grozi, że trzeba będzie przyjąć takie rozwiązanie, które zmusi Trybunał do „podporządkowania się konstytucji”. Po ośmieszeniu parlamentarnej komisji „ekspertów” prof. Majchrowskiego (której uwagi nie zostały nawet wzięte pod uwagę) prezes Kaczyński pokazał, kto tu rządzi.

Unia Europejska jest sparaliżowana, ponieważ liczy się każdy głos. Polska demokracja – odwrotnie, jest sparaliżowana, ponieważ liczy się głos tylko jednego człowieka. Ma to coraz mniej wspólnego z demokracją. Im więcej ludzi to zrozumie – tym lepiej. Dlatego nie możemy milczeć.

tracimy

Europa, czyli Niemcy, Holendrzy, Duńczycy, Francuzi – z różną intensywnością pokomentują, powspółczują, wzruszą ramionami i zajmą się sobą. My pozostaniemy z PiS. I z królową sklepu mięsnego. Gospodarce Kaczyński dobrze nie zrobi.

Na marginesie – bawi mnie przez łzy zachwyt tym jego od gospodarki gościem – Morawieckim.

Co robić?

Nic poza absolutnie pełnym zjednoczeniem DEMOKRATÓW w perspektywie 2018, 2019 i 2020 r. Dziś to już sprawa honoru, a nie polityki. Nie wiem, czy każdy z przywódców PO, PSL, N+ to rozumie. Ale KOD powinien. O tym już pisałem.

Przypomnijcie sobie to, co tu, w 2019 r. Będzie za późno. Ale po polsku.

kod wwa

Czyżby Macierewicz prowadził manewry przeciw demokracji?

Więcej >>>

Celiński: Byłem optymistą. Ale zobaczyłem, jaka to potworna naiwność wobec ”hofmanów” i ”nowaków”. Nie zasługują na miano polityków

z13465358Q,Andrzej-Celinski

Andrzej Celiński udzielił interesującego wywiadu dla TOK FM, kilka akapitów warto zakarbować w rozumie, bo są uniwersalne.

Krzysztof Lepczyński: Krzysztof Kwiatkowski prezentuje raczej niecodzienne wśród polskich polityków podejście do swojej pracy.

Andrzej Celiński: Jeżeli to nie jest kurtuazja, jeżeli mówi to szczerze, a nie mam powodów sądzić inaczej, to bardzo cenna wypowiedź, bo rzeczywiście w polskiej polityce coraz rzadziej mamy do czynienia z sytuacją, w której ludziom chodzi o zrobienie czegoś. Z sytuacją, w której mają jakiś plan, szerszy czy węższy, narodowy czy europejski i szukają narzędzi niezbędnych, aby ten plan wykonać. W tej chwili to szalenie rzadkie. To było właściwe dla środowiska korowskiego czy Unii Wolności. Dla mnie to niezwykle bliskie podejście. Od pewnego czasu obserwuję młodszych ode mnie ludzi, którzy mnie w polskiej polityce interesują. W każdym pokoleniu patrzę na ludzi, którzy nadawaliby się do prawdziwych wyzwań, do funkcji, gdzie naprawdę trzeba coś zrobić, a nie wyłącznie kłapać dziobem. Dla mnie w tym pokoleniu Kwiatkowski jest numerem jeden.

Wybór drogi życiowej dokonany przez Kwiatkowskiego spotyka się z moim szacunkiem. On uzyskuje pewnego rodzaju autonomię, osobne miejsce wraz z potężną instytucją, instytucją wielkich możliwości, zależnych jednak od człowieka, który nią kieruje. Z jego ambicjami, energią, młodzieńczą żywotnością, całkowicie rozumiem ten wybór.

To jest coś zupełnie innego niż w najmłodszym pokoleniu. Odrobina pokory, pewna umiejętność oczekiwania na własny czas.

– Nie o to chodzi. On ma wystarczające doświadczenie do najwyższych funkcji państwowych. Jemu niczego nie brak. On mi wygląda na człowieka, który podchodzi z entuzjazmem do fantastycznego czasu, w którym jest Polska, o którym wielu Polaków, przede wszystkim polityków, zapomniało. On może być członkiem bardzo nielicznej grupy polityków, którzy podchodzą do funkcji państwowych jako narzędzi budowania kraju.

Jak liczna jest ta grupa?

– Mówiąc żartem: Kwiatkowski i ja. A dodałbym do tego Janusza Lewandowskiego, pewnie Ryszarda Kalisza. Dalej miałbym ogromny kłopot. Ale to jest inne pokolenie. Najwięcej takich ludzi widziałbym w pokoleniu dzisiejszych siedemdziesięciolatków. W Polsce stało się coś zadziwiającego i bardzo niedobrego. W ogóle nie mamy w polityce pokolenia dzisiejszych 40-50-latków, którzy zasługują na miano polityka. Mamy ludzi, którzy przez swoje partie polityczne łatwo uzyskują dostęp do narzędzi państwa, których nie potrafią wykorzystać dla dobra publicznego.

To błąd systemowy, bo nie dopuszcza się właściwych ludzi, czy tych ludzi po prostu nie ma?

– To problem kulturowy. Polska kultura stoi w rozkroku, jedną nogą na twardym gruncie centrum Europy, a drugą w poleskich bagnach. Polskie społeczeństwo jest, jak mówią niektórzy socjologowie, społeczeństwem folwarcznym, w którym nie ma właściwej dbałości o dziedzictwo, przyszłość, poczucia wspólnoty. Polityka nie pomaga w budowaniu relacji między obywatelami a państwem. Bo to polityka ciągłego wyborczego oszustwa, która wzoruje się na gorszych, a nie lepszych wzorach zachodnioeuropejskiej demokracji. To, co u nas jest niedobre i drażniące, znajdzie się we Francji, Włoszech czy Niemczech. Ale to kwestia proporcji. U nas mainstreamem jest to, co w krajach zachodnich jest ubarwieniem polityki, marginesem.

We wcześniejszych pokoleniach widać było etos…

– Etos było widać w gronie kilku, kilkunastu tysięcy.

Nie wystarczy, żeby pokierować krajem?

– Wystarczy do momentu, w którym naród się zorientuje, że rządzą nim ludzie, którzy mają niewiele wspólnego z jego podstawowymi wartościami kulturowymi. W 1999 roku Aleksander Kwaśniewski, podczas rozmowy ze mną, wbił mi palec w klatkę piersiową i powiedział: „czy nie zdaje ci się, że te wszystkie wielkie polskie sukcesy, a musisz wiedzieć, że Polska jest krajem cudownego sukcesu, czy aby nie zawdzięczamy ich jednemu wielkiemu kłamstwu? Czy takim ludziom jak wy, jak Kuroń, Mazowiecki, Geremek, udało się przekonać Polskę, Europę i świat, że Solidarność jest taka jak wy. To nieprawda”. Polityka demokratyczna daje takie efekty, na jakie stać naród.

Co więc musi się zmienić?

– Edukacja i kultura. Na początku transformacji największy błąd mojego pokolenia, pokolenia polityków pokorowskich, polegał na tym, że wierzyliśmy, że nasze problemy, zadania, nasze środowiska mogą poczekać, bo to ludzie odpowiedzialni i patriotyczni. Zaniedbaliśmy wielką zmianę edukacyjną i kulturową, a potem już nikt nie był nią zainteresowany. Trzeba ją było robić na szczycie naszych możliwości. A my zajęliśmy się wtedy reformami gospodarczymi. Bardzo istotnymi, bo one dały później szansę. Natomiast zaniedbaliśmy kulturę i edukację.

Jest szansa, byśmy się doczekali klasy politycznej z prawdziwego zdarzenia?

– Jestem między wiarą a wiedzą. Wiara jest taka, że w pokoleniu dzisiejszych 40-latków, nazwijmy je korporacyjnym, w dużych ośrodkach akademickich, pojawi się grupa, która będzie miała dość pracy, wysiłku, bo się dorobili, mają pieniądze. Obserwują świat, bo są w Londynie, we Frankfurcie, w Paryżu, widzą pewne różnice, przede wszystkim w relacjach międzyludzkich. Oni zobaczą, że pewne rzeczy można zmieniać tylko wtedy, gdy posiada się odpowiednie instrumenty państwa. To jest moja wiara, że oni się skrzykną.

Moja wiedza jest taka, że musi dojść do gwałtownego wstrząsu, kolejnego polskiego kryzysu. Będzie jak w PRL, co 15-20 lat kryzys i rok, półtora na zmiany. Mam nadzieję, że moja wiedza jest wiedzą człowieka małej wiary, a moja wiara jest rzeczywistą wiedzą, która się spełni. Ale ja mówię o nadziei.

Zawsze byłem optymistycznie nastawiony do życia. W najgorszych warunkach potrafiłem zobaczyć coś pozytywnego. Półtora roku temu swojej żonie powiedziałem: „słuchaj, nie jestem już optymistą”. Nagle zobaczyłem, że mój optymizm jest potworną naiwnością wobec Hofmanów, Nowaków, ludzi SLD, nawet Gronkiewicz-Waltz. Że te wszystkie nadzieje są utkane na innych wzorach osobowych, na innym podejściu człowieka.

Moja matka ma 94 lata, wychowała się, jak tamto pokolenie, w miłości do odzyskanej niepodległości. Ciągle widzę, że więcej zrobiłaby dla tego kraju niż szefowie partii politycznych, którzy rządzą dzisiaj w Polsce.

Post Navigation