Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Anna Sobecka”

Macierewicza podkomisja smoleńska działa w jednej jego osobie – i szlus!

Kmicic z chesterfieldem

Wirtualna Polska napisała o najnowszym apelu T. Rydzyka, w którym redemptorysta domaga się od wiernych kasy na zakup nowego wozu transmisyjnego dla toruńskiej rozgłośni. Okazją do zbiórki na ten cel będzie zapowiedziana na najbliższy weekend 28. pielgrzymka „Rodziny Radia Maryja” do Częstochowy.

„Zapraszamy wszystkich – przybywajcie osobiście, w grupach zorganizowanych i indywidualnie, różnymi środkami lokomocji. W domach niech zostaną tylko chorzy” – napisał duchowny

Apel nie pozostał bez zgryźliwych komentarzy, bo choć Rydzyk skarży się, iż dotychczasowy sprzęt, jakim dysponuje radio liczy sobie już 16 lat, jest zdezelowany i bez 5 mln zł nie uda się go zastąpić nowym lepszym, to nie wszystkim ta nienowa inicjatywa redemptorysty przypadła do gustu.

Pikanterii dodaje jej precyzyjny instruktarz: „…prosimy o pomoc, o symboliczną ‘Różę’ dla Matki Najświętszej – dla Jej radia, bo to jest Jej radio. Te ofiary składamy w małych namiotach pomiędzy namiotami Fundacji ‘Nasza Przyszłość’, w małych kopertach, podpisanych imieniem, nazwiskiem…

View original post 872 słowa więcej

 

Potop PiSiecki też przeżyjemy

Obraz Polski początku II dekady maja 2019 roku to (być może jeszcze nie dla każdego) odbicie klęski normalności i zaprzeczenia wszystkiemu, co dla innych normalne. To kraj, w którym o losach 38 milionów obywateli decyduje niezwykle wąska grupka ludzi, na której czele stoi fanatyczny i irracjonalny przywódca partii, spełniającej według mnie rolę złośliwego nowotworu na (i tak już od lat) chorym organizmie państwa polskiego. Tego, którego (choć pewnie jeszcze nie dosłownie) może wkrótce zabraknąć „na mapie państw” mających na cokolwiek wpływ w Europie i szerzej, na świecie.

Wspomniana egzekutywa partii PiS i SP rządząca dziś w kraju jest rzeczywiście „fatalną zmianą”, czy jak kto woli „grupą trzymającą władzę”, jakiej w Polsce nie było chyba od zarania jej dziejów! Nie uważam tego stwierdzenia za przesadę, bo nawet jeśli zdarzyła się kiedyś ekipa gorsza od obecnej, to w innych warunkach geopolitycznych i raczej nie składająca się z rdzennych Polaków, którym na sercu powinno leżeć głównie dobro ich ojczyzny, a z obcokrajowców (królowie elekcyjni po śmierci ostatniego z Jagiellonów), bądź najeźdźców. Tym razem RP niszczona jest przez własnych obywateli, którym przez pomyłkę chyba naród powierzył władzę. Ci zaś kierują się tylko własnymi i partyjnymi interesami, stojącymi w jawnej sprzeczności z interesami narodowymi Polski.

Już kilkakrotnie nazywałem rzecz tę po imieniu: to zdrada państwa i narodu, bo tym jest działanie na szkodę własnego kraju. Zdradą jest niszczenie, budowanego w ciągu dziesięcioleci z tak dużym wysiłkiem, demokratycznego państwa prawnego głównie poprzez łamanie jego konstytucji i prawa wynikającego z jej zapisów! Zbrodnią jest niszczenie instytucji państwa, stojących na straży porządku i obowiązującego w nim prawa! Zdradą jest doprowadzenie stanu bezpieczeństwa militarnego państwa do poziomu, jaki mamy dzisiaj (powiedzmy ogólnie i wprost; SZ RP zostały rozbrojone i pozbawione najlepszych dowódców w imię zachcianek człowieka bez jakichkolwiek kompetencji i na dodatek, mogącego mieć cały szereg innych przeciwwskazań do pełnienia tak ważnej oraz zaszczytnej funkcji MON). Przestępstwem jest godzenie w interesy gospodarcze państwa (wrogie przejmowanie spółek SP przez politycznych „komisarzy” obozu rządzącego) poprzez doprowadzenie do ubożenia jego budżetu i wzrostu zadłużenia na skalę dotąd niespotykaną! Sabotażem jest również obniżanie pozycji Polski w instytucjach międzynarodowych (UE, NATO, Rada Europy, ONZ, V4, Trójkąt Weimarski), o których członkostwo Polska przez dziesiątki lat zabiegała bez względu na to, kto nią rządził (rzecz jasna po 1989 r.)! Przestępstwem, bo łamaniem konstytucji są też próby (często zresztą udane) niszczenia ludzi myślących inaczej od partii władzy; inteligencji, ze szczególnym uwzględnieniem np. prawników, co jest z punktu widzenia obywatela pozbawieniem go podstawowych praw do obrony przed represyjnym państwem, ale i naukowców, lekarzy, nauczycieli, funkcjonariuszy etc., a także upolitycznienie wszystkiego tego, co winno być apolityczne!

Polska wreszcie ma ogromny problem z elitami, których tak naprawdę nie ma, a jeśli już znajdzie się ktoś mogący być wzorem człowieka i obywatela, z odpowiednimi także kwalifikacjami merytorycznymi, to jest publicznie opluwany i zaszczuwany. Oczywiście nie jest to tylko problem dnia dzisiejszego, bo w najnowszej (po 1989 r.) historii Polski niewielu ludzi zapisało się wielkimi zgłoskami, a ci nieliczni są oczerniani (często nawet po ich śmierci) przez polityczne środowiska „skrajnej prawicy” (cudzysłów stąd, że one prawicę udają), które przypisują sobie przymioty, jakowych nie posiadają: monopol na patriotyzm, katolicyzm, prawość, nieskazitelność, gdy tymczasem wielu członków tych środowisk to osoby „ubabrane po uszy” w świństwa i patologie! Ujawniane zaś coraz częściej, przez niektóre, wolne jeszcze media afery są przykrywane i tuszowane. Osoby je zgłaszające zastrasza się i dezawuuje dla obniżenia wiarygodności. Przykładem mogą być: afera SKOK, afera podkarpacka (według osoby zawiadamiającej służby) z udziałem pierwszych osób w państwie, czy też wreszcie afera „Srebrnej”, do której przyznał się przecież publicznie (bo cała Polska słyszała te nagrania) prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Sam prezes, który teraz kluczy i co kuriozalne (w przeciwieństwie do osoby, którą jak wynika z nagrań, przesłuchiwano przez wiele godzin już kilkanaście razy, choć mieszka za granicą) nie został jeszcze ani razu przesłuchany przez prokuraturę, działającą pod politycznym naciskiem Zbigniewa Ziobry, człowieka butnego i mściwego – według mnie gotowego na wszystko. Tym bardziej że zarówno on, jak i Kaczyński nie mają już gdzie się cofnąć, bo stoją „pod przysłowiową ścianą”, za którą już tylko trybunały i sądy!

Biorąc to wszystko pod uwagę, jak również nieustające działania destrukcyjne, według mnie, szkodliwej dla Polski władzy, państwo nasze stanęło właśnie nad krawędzią tego, co nazwać można wieloaspektowym upadkiem – i to z wysoka! Tym, co mnie martwi jest brak adekwatnej reakcji nie tylko ze strony całego środowiska sędziowskiego jak też prokuratorskiego, ale zwłaszcza ze strony partii i większości środowisk politycznych. Według mnie, w ten sposób rodzi się współodpowiedzialność za ewentualną tragedię państwa polskiego. Uważam, że wciąż funkcjonuje coś, co zwiemy tzw. „poprawnością polityczną”! No bo to sędziemu, prokuratorowi, doktorowi, profesorowi „nie wypada rzecież zniżać się” do poziomu języka wroga publicznego. A ja pytam, dlaczego tak jest panie i panowie sędziowie, prokuratorzy, profesorowie, doktorzy, lekarze? Dlaczego? Czyżbyście prywatnie nie używali słów brzydkich, których użycie czasem przynosi ulgę? Nawet jeśli nie (w co nie wierzę, bo znam osoby na bardzo wysokich stanowiskach i z równie wielkim wykształceniem, które to robią nagminnie w sytuacjach prywatnych), to wypadałoby nazwać rzecz po imieniu: bandytę, bandytą; złodzieja, złodziejem etc.!

Kiedy jedna z osób ze środowiska dziennikarskiego przed wykładem Donalda Tuska na UW zabrała głos, mówiąc wprost o pewnych patologiach, to z wielkim zażenowaniem obserwowałem eakcje niektórych siedzących tam polityków i nie tylko. Konsternacja, bo facet powiedział rzecz powszechnie wiadomą: „król jest nagi”! A oni? No cóż, gdyby tylko mogli to ze swojej „naturalnej, wrodzonej skromności i poprawności” zapewne by autorowi wypowiedzi dokopali, bo przecież świat na to patrzył (sic!). I co z tego, że ten zakłamany świat patrzył i słuchał?! Ano to, że później to komentował i z entuzjazmem nawet, bo oto znalazł się pierwszy odważny! Sam prezydent Donald Tusk następnie już w innym miejscu wypowiadał się przychylnie, co ogólnie zostało zaliczone mu na plus i nawet zyskało uznanie w UE, która także jest do pewnego stopnia ograniczona tymi, „nie na czasie” już, zasadami poprawności. Tyle tylko, że tu w Polsce chodziło o coś innego. Słuchacze i adresaci słów dziennikarza od zawsze mieli dobre relacje, co nie zawsze wychodziło Polsce na pożytek, a w przyszłości może być też im przydatne (sic!).

No tak, zatem konkluzja nie może być inna niż taka, że motywacją większości (choć aż korci mnie dodać, że znakomitej większości ludzi) jest ślepy pęd do władzy i pieniędzy! A Polska? No cóż, przeżyła potop szwedzki, to przeżyje i pisiecki…, a potem również jakiś inny, bo jeszcze jest co „doić”, prawda!

Polska ginie, a kto tego nie widzi jest, bądź ślepy, głupi lub niesamowicie wyrachowany! Wierzę jednak w to, że choć nie elitami Polska stoi, to ma jeszcze naród, ma patriotów chcących coś zmienić na lepsze. Być może, że to on stanie na wysokości zadania i robi to, co dawno już temu powinni zrobić ludzie zawodowo zajmujący się polityką. Usunie owo potężne zło, jakim jest dzisiejszy obóz rządzący PiS i SP w nadchodzącej sekwencji wyborczej (dwa razy w tym roku i raz w przyszłym)! Przyszłego prezydenta RP nie tak dawno gościliśmy w Polsce – to Pan Donald Tusk. Teraz zaś czas na wybór porządnych osób, które stworzą Parlament i rząd! Jednak przedtem domagajmy się od kandydatów jednej ważnej rzeczy: rozliczenia tych, którzy zniszczyli Polskę! Bez tego bowiem nowy rząd i Parlament stracą swoją wiarygodność i już zawsze będą podejrzewane o to, że są w coś zamieszane!

Idziemy na wybory: Piękno, młodość i mądrość.

Depresja plemnika

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże…

View original post 788 słów więcej

 

Kaczyński wyrzucony na zbity pysk

Więcej >>>

Więcej >>>

Więcej >>>

Depresja plemnika

Od dłuższego już czasu co niektórzy politycy zastanawiają się nad deglomeracją czyli przeniesieniem niektórych instytucji rządowych poza Warszawę. Jednym z orędowników tego pomysłu jest Jarosław Gowin, który już na konwencji PiS rzucił taką propozycję, tłumacząc, że ma to jakiś sens, bo „nie wszyscy Polacy się w Warszawie pomieszczą”. Zaproponował wówczas, by część instytucji przenieść do dawnych miast wojewódzkich, np. Chełma czy Jeleniej Góry. Dokładniej i w szczegółach omówi Gowin ten temat na najbliższym kongresie swojej partii Porozumienie.

Koncepcja ta ma swoich zwolenników. Pozytywnie wypowiadają się o niej m. in. Sasin z PiS, Andrzej Duda czy też Robert Biedroń. Według Piotra Trudnowskiego, prezesa prezes think tanku Klubu Jagiellońskiego, którego członkiem honorowym jest też Jarosław Gowin, wszystkie partie są za deglomeracją. Klub Jagielloński już jakiś czas temu zbierał podpisy za deglomeracją w Krakowie, licząc na przychylny stosunek do sprawy Witolda Kozłowskiego, nowego marszałka województwa małopolskiego, który nie ukrywał, że pomysł…

View original post 1 004 słowa więcej

 

Ciemnogród katolicki kontratakuje

Posłanka PiS Anna Sobecka napisała w tej sprawie interpelację do ministra nauki Jarosława Gowina. – „Studia gender powinny zniknąć z publicznych uczelni z powodu swojego ideologicznego podłoża” – napisała była spikerka Radia Maryja. Zapytała więc, na ilu polskich uczelniach są prowadzone takie studia, ile studentów obecnie na nich studiuje i czy ministerstwo rozważa ich likwidację na uczelniach finansowanych przez państwo?

Studia z zakresu gender prowadzone są na kilku polskich uczelniach, np. Uniwersytecie Warszawskim, Wrocławskim czy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Są to studia podyplomowe.

Sobecka w swojej interpelacji powołuje się na przykład Węgier. – „Jak informują użytkownicy Twittera na wszystkich uczelniach na Węgrzech od 2019 r. zostanie zlikwidowany nabór na studia gender. Dekret rządu premiera Viktora Orbana został opublikowany w najnowszym »Monitorze Węgierskim«. Zgodnie z przepisami w 2019 r. uczelnie nie będą już mogły rekrutować studentów na studia gender” – napisała Sobecka.

Posłanka PiS bierze przykład oczywiście ze swego mentora Tadeusza Rydzyka, dla którego gender jest synonimem zła wszelakiego. O tym m.in. w artykule „Internet i gender zatruwają dzieci, czyli Rydzyk poucza ministerstwo edukacji

Ciemnota katolicka od Rydzyka kontratakuje – Sobecka chce zlikwidować gender.

Holtei

Czasem największe tajemnice potrafią ujrzeć światło dzienne z powodu urzędników z drugiego szeregu, którzy nie potrafią ocenić wagi posiadanych informacji rzucając je lekkomyślnie w obecności mediów. Możliwe jest, że byliśmy świadkami takiej właśnie sytuacji w toczącym się sporze rządu PiS z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W rządzie doszło bowiem do znamiennego dwugłosu. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł ogłosił bowiem wczoraj, że rząd przygotowuje nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, dzięki której będzie można zrealizować zabezpieczenie wymagane ze strony europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem parę godzin później inny z wiceministrów, Michał Wójcik cytowanie wprost swojego kolegi nazwał manipulacją. Oba zdarzenia zdają się nie być jednak przypadkowe. Dziennikarz RMF FM Tomasz Skory doszedł do wniosków, które wyjaśniałyby grę realizowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.

Nieporozumienie ministrów może bowiem wskazywać, że rządzący znaleźli sposób, aby w sporze z TSUE kupić bezcenny czas. Minister Warchoł natomiast był tym, który nie wiedział, że informacje o planach władzy ma…

View original post 2 348 słów więcej

Wszyscy do urn! Musimy wygrać Polskę i odpędzić złe demony, jad, nienawiść i wykluczenie z UE

Trzy tygodnie po rozpoczęciu kolejnego roku akademickiego, akurat w dzień ciszy wyborczej Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej Tadeusza Rydzyka uroczyście rozpoczęła swój osiemnasty rok akademicki. Wśród gości zjawili się m. in. marszałek Senatu Stanisław Karczewski oraz minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który wygłosił wykład inauguracyjny. Swoje listy skierowali zaś prezydent, premier i prezes Prawa i Sprawiedliwości.

Na podobną troskę nie mógł liczyć żaden z 43 publicznych uniwersytetów w Polsce.Prominentni goście nie zmarnowali okazji do wkupienia się w łaski redemptorysty. Informowaliśmy niedawno o przekazaniu środków podmiotom Rydzyka z Funduszu Sprawiedliwości od ministra Ziobry oraz o tym, że ostatnio relacje Prawa i Sprawiedliwości z toruńskim zakonnikiem nie są najlepsze. Wobec szantażu, do którego wobec partii rządzącej uciekli się ludzie Tadeusza Rydzyka, przedstawiciele PiS przyjechali do Torunia z subtelnym przekazem.

Otóż marszałek Senatu, z zawodu lekarz, Stanisław Karczewski w trakcie swojego przemówienia, po chwilce obowiązkowej wazeliny wtrącił: “[…] a myślałem tutaj krótko z panem ministrem zdrowia, czy może w przyszłości ta uczelnia nie kształciłaby lekarzy? To takie nasze marzenia. Marzenia się spełniają […]”.

Po czym minister zdrowia Łukasz Szumowski powiedział: “Ważne są takie szkoły jak ta, gdzie nie tylko przekazuje się wiedzę i to jak stworzyć fantastyczne działo, ale przekazuje się fantastyczne wartości – moralność, etyka”.

Rządzący udowodnili, że są w stanie otworzyć wydział lekarski na uczelni wyznaniowej. Tuż przed głosowaniem projektu tzw. ustawy 2.0 Jarosława Gowina, posłowie przegłosowali zmianę ustawy, dzięki której studia medyczne zostały otwarte na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie kształcić się będzie lekarzy “wyróżniających się szczególną postawą etyczną”. Wyrażone w dygresji marszałka słowa to puszczanie oczka w stronę zachłannego redemptorysty – nie igrajcie z nami, Ziobro nie może wam dać tego co my. Propozycja otwarcia intratnego biznesu w uczelni Rydzyka to nie byle jaki argument ze strony rządzących. Tyle czy w interesie dla polskiej medycyny i lekarzy?

“Vivat et res publica et qui, illam regit.
Vivat nostra civitas, mæcenatum caritas.
Quæ nos hic protegit, quæ nos hic protegit”

– wybrzmiewa w Gaudeamus, a wobec umizgów Prawa i Sprawiedliwości uczelnia Rydzyka jawi się jakby była najlepszą uczelnią w Polsce. To żenujące, że dziesiątki szkół wyższych z bogatszym dorobkiem naukowym, kadrą i absolwentami przewyższającą liczebnie radiomaryjny elektorat nie mogą liczyć na podobną uwagę jak uczelnia, której Andrzej Duda w liście gratulował “dotychczasowego dorobku i osiągnięć… organizacyjnych”.

Wszyscy do urn! 😊

Holtei

Przypominam:

Chcą nacjonalizmu, protekcjonizmu i podziałów. Żyliśmy już w Europie i wszyscy musimy być razem, aby temu zapobiec. Spraw, aby twój głos został usłyszany przeciwko nim!

Czechy uchodzą w Polsce za kraj, gdzie kościół katolicki nic już nie znaczy, a msze odprawia się najwyżej raz w tygodniu, jak niedawno stwierdził Wojciech Smarzowski. Nieliczni wierzący ponoć kryją się po kątach, a ostatni księża są tak postępowi, że nawet pozują do zdjęć w damskich pantoflach, jak popularny w czeskich mediach ksiądz Zbigniew Czendlik. O co więc chodziło młodej kobiecie i czemu nazajutrz o jej proteście napisały na pierwszych stronach wszystkie gazety?

Nasi południowi sąsiedzi rzeczywiście są jednym z najbardziej zlaicyzowanych społeczeństw Europy. Ale to wcale nie oznacza, że tamtejszy kościół nie ma wpływu na ich życie i nie miesza się do polityki. Katolicy są najliczniejszą grupą wyznaniową, według różnych badań stanowią od 10 do 20 proc. społeczeństwa. Tylko część z…

View original post 4 623 słowa więcej

Duda psychicznie nie wytrzymuje. To jest wpis zdenerwowanego pętaka, a nie prezydenta

Duda wypadł przy tym biurku Trumpa, jak prezydent kraiku, którego w drodze łaski dopuszczono do władcy świata.

Żałosne!

Holtei

Radosław Sikorski nie odpuszcza Jarosławowi Kaczyńskiemu. Postanowił odwołać się od wyroku Sądu Okręgowego, który uznał, że prezes PiS nie musi przepraszać byłego szefa MSZ za słowa o zdradzie dyplomatycznej. – „W sprawie z powództwa Radosława Sikorskiego przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu została złożona apelacja i akta w dniu 18 września przesłano do Sądu Apelacyjnego w Warszawie” – poinformowała wp.pl Sylwia Urbańska, rzecznik prasowy ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie.

Przypomnijmy, Jarosław Kaczyński w jednym z wywiadów zarzucił Sikorskiemu zdradę dyplomatyczną. Miałaby ona dotyczyć zachowań i działań byłego ministra spraw zagranicznych po katastrofie smoleńskiej. Sikorski za te słowa pozwał Kaczyńskiego, domagając się przeprosin i wpłaty 30 tys. zł na cel społeczny.

Jednak sędzia Anna Ogińska-Łągiewka z warszawskiego Sądu Okręgowego uznała, że w tym przypadku nie można mówić o naruszeniu dóbr osobistych. A Jarosław Kaczyński miał prawo do krytyki, bo jest… bratem zmarłego prezydenta. Trudno się po takim uzasadnieniu dziwić, że Sikorski złożył odwołanie.

View original post 641 słów więcej

Sobecka i Rydzyk przeciw „Klerowi”. Macierewicz chce zburzyć PKiN

Posłanka PiS Anna Sobecka nie widziała najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, ale już wie, że obraz jest nie do przyjęcia. Napisała w tej sprawie interpelację do ministra kultury Piotra Glińskiego. – „Jeszcze przed oficjalną premierą obraz wzbudza kontrowersje ze względu na sposób, w jaki przedstawiono w nim księży katolickich w Polsce. Według Smarzowskiego, to grupa zakłamanych, pazernych, bezideowych alkoholików, zainteresowanych jedynie seksem” – napisała Sobecka.

Domaga się od Glińskiego wyjaśnień, jakimi kryteriami kierowano się przy „wydatkowaniu pieniędzy ze środków publicznych” na ten film. – „Paszkwilancka produkcja korzysta z dofinansowania Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, gdy jednocześnie wiele wartościowych produkcji nie ma szansy na podobne wsparcie” – tokuje dalej Sobecka. Ministerstwo Kultury przyznało, że „Kler” otrzymał dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej za kadencji byłej dyrektor Magdaleny Sroki. Odwołał ją z funkcji właśnie minister Gliński.

Sobecka czeka na pisemne wyjaśnienia szefa resortu. – „Poczekam na odpowiedź i wtedy podejmę decyzję, czy wystąpić o wycofanie produkcji z kin” – powiedziała w rozmowie z wp.pl.

Wynika z tego, że Telewizja Republika delikatnie mówiąc – mija się z prawdą.

„Kler” wchodzi do kin 28 września. To opowieść o losach czterech księży: karierowiczu Lisowskim, chciwym arcybiskupie Mordowiczu, uwikłanym w romans proboszczu Trybusie oraz tracącym wiarę Kukule. Odtwórcami głównych ról są Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Jacek Braciak i Arkadiusz Jakubik.

Tak przekonuje jeden z kandydatów na prezydenta Warszawy Andrzej Rozenek. Na Twitterze umieścił filmik, na którym widać przemawiającego Antoniego Macierewicza.

Były minister obrony narodowej na nagraniu mówi m.in., że po wygranej Jakiego w wyborach w Warszawie w miejscu, gdzie teraz stoi Pałac Kultury i Nauki wzniesiona zostanie… Kolumna Chwały Wojska Polskiego. Gwarantem, że tak będzie jest właśnie Patryk Jaki jako prezydent Warszawy.

„To już naprawdę nie jest śmieszne…. ja traktuję te słowa ze śmiertelną powagą. Jaki do Opola… choć tam też go nie chcą!!!”; – „Kiedy człowiek jest pewien, że po tych wszystkich kłamstwach, bezsensownych wypowiedziach wizjonerów i dewotów rodem z Kafki nic nie jest w stanie go zaskoczyć, pojawia się Antoni Macierewicz i swoimi teoriami sprawia, że człowiek zastanawia się, czy to jest wariat czy przybysz z innej planety”; – „Szkoda, że nie można zagłosować za wyburzeniem PiS”– komentowali internauci na Twitterze.

>>>

Abp Głódź agentem. Słuszny protest studentów

A to ciekawe!

Sobecka jako prezenterka na rurze w klubie go-go.

>>>

Z punktu widzenia osoby biorącej udział w proteście na Uniwersytecie Warszawskim przeciwko tzw. ustawie Gowina za najważniejsze uważam zagrożenie upolitycznienia uczelni. Projekt Gowina zawiera kilka takich zagrożeń. Pierwszym z nich jest stworzenie rady uczelnianej, w której na dziewięć osób pięć będzie pochodziło spoza uczelni z nominowania idącego albo ze świata biznesu, albo polityki. Łatwo sobie wyobrazić, że ich wybory w głosowaniu (a mają większość) będą raźniej skłaniały się w stronę realizacji interesów swoich środowisk niż środowiska akademickiego. Poza tym rada ta będzie wybierać rektorów, a więc uczelniami kierować będą osoby zależne od swoich pozauczelnianych wyborców.

Rektor, czyli menedżer na kontrakcie

Co więcej, rektor będzie traktowany jako menedżer na kontrakcie, co stworzy chorą sytuację finansowego uzależnienia. To jak rekonstrukcja historyczna przypominająca ustawę z 1968 r., która likwidowała kolegialność organów uczelnianych i możliwość oddolnej demokratycznej kontroli. Wziąwszy pod uwagę, co się dzieje w spółkach państwowych, jakie już ideologiczne naciski wywiera się na szkoły i uczelnie – takie obawy nie mogą zostać uznane za przesadzone.

W ten sposób uczelnia straci swoją autonomię, będą nią rządzić osoby, dla których dobro nauki czy budowa zdrowego życia akademickiego nie będzie priorytetem. Nad niezależnością uczelni pojawi się widmo polityki i zapotrzebowań ze świata biznesu.

Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, jaki chaos powstanie, gdy przyjdzie nam ujrzeć skutki ustawy, zwłaszcza w Polsce Wschodniej, gdzie nawet renomowany KUL straci statut uczelni. Sama uważam, że poważne badania wymuszają elitaryzację (w tym sensie, że nierealnym jest, by masy studentów stały się Einsteinami), ale sam dostęp do źródeł nauki powinien być egalitarny, dla wszystkich i wszędzie. Dlatego nie jestem w stanie zgodzić się z likwidacją tzw. słabszych instytucji, bo stanowią główne źródło utrzymania dla wielu osób i lokalną bazę kulturotwórczą. Likwidacja gimnazjów pokazała, jak rząd radzi sobie z takimi projektami. Czeka nas straszliwy chaos.

Gdzie prawa dla kobiet na uczelniach?

Ale moja perspektywa jest też perspektywą badaczki, a zarazem aktywistki Strajku Kobiet. Od długiego czasu nie mogę wyjść ze zdziwienia, że w XXI w. kobiety muszą się domagać podstawowych spraw. Inaczej sobie ten wiek wyobrażałam, gdy w 1999 r. zaczynałam studia doktoranckie. Twórcy obecnej ustawy w ogóle nie pochylili się nad problemem kobiet w nauce. A te muszą znaleźć swoje systemowe rozwiązanie. Bo nie chodzi mi w tym momencie o klasyczne zaniedbania, takie jak przedszkola czy żłobki, bo to zagadnienie poza kompetencjami ustawy, ale o to, że cała ścieżka kariery akademickiej, tak jak jest ona ujęta w prawie, jest szyta pod mężczyzn.

Z jednej strony rząd obłudnie zachęca nas, a poprzez klauzule sumienia, wycofanie EllaOne, majstrowanie przy prawie do aborcji wręcz zmusza do rodzenia dzieci. Z drugiej, gdy już je urodzimy, co widać było doskonale w przypadku protestu RON, przestajemy być obiektem opieki państwa. Dlatego moja kariera akademicka jako badaczki po doktoracie i po urodzeniu dziecka przebiega w sposób, który w rubrykach o granty muszę opisywać jako „niezależny”, przy czym ta kwalifikacja często bywa problematyczna w kwestionariuszach, bo w polskich realiach jest atypowa.

Tak więc rozwijam naukę od lat, ale w prywatnym zakresie, opłacając się sama, bez żadnego wsparcia instytucjonalnego. Po poświęceniu kilku lat na wychowanie córki przestałam „łapać się” na granty post-doca, gdzie górna granica wiekowa to 35 lat. To już wybiło mnie z kolein. Potem jako samotna matka nie mogłam myśleć o pracy na uczelni, bo bym się z niej nie utrzymała. Zatrudniałam się u „rynkowych” pracodawców i dzięki temu zebrałam jak na naukowca niebanalne i cenne doświadczenie. Z tym że nie mam komu go przekazać. W moim wieku powinnam mieć habilitację. Habilitacja jest, można powiedzieć, gotowa. Moja ostatnia publikacja, biografia Gombrowicza, w zupełności się kwalifikuje, ale jako „niezależna” musiałabym zapłacić za nią ok. 20 tys. zł.

Dajmy na to, że wezmę kredyt, uda mi się powrócić na łono uczelni, ale zanim się rozpędzę w karierze, gdy córka rozpocznie już samodzielne życie, czeka mnie kolejna niespodzianka zgotowana przez łaskawie panujących. To znaczy emerytura w wieku 60 lat. Jeśli tylko dopisze mi zdrowie, nie zamierzam przestać myśleć, pisać i publikować, gdy osiągnę ten wiek. Plusem niezależności było to, że zajmowałam się tym, czym naprawdę chciałam, nie przejmując się żadnymi punktami za publikacje.

Mniej habilitacji i profesur dla kobiet

Moje koleżanki, pracowniczki uniwersytetów po doktoracie i urodzeniu dzieci, zaczynają wypadać z modelu kariery przewidzianego przez system. Bo nie mają czasu na wyjazdy na konferencje (nie ma z kim zostawić dzieci), nie zbiorą też punktów za wyjazdy na kongresy zagraniczne, nie mówiąc już o zwykłym pisaniu artykułów czy habilitacji. Nie ma już opcji siedzenia do późnych godzin nocnych czy odizolowania się w bezpiecznej bibliotece. Trzeba karmić, wstać do chorego dziecka, zrobić śniadanie do szkoły, zawieźć na basen itd. I tu zaczyna się problem, który powoduje, że z rzeszy doktorantek na wyższych szczeblach kariery znajdziemy ich już dużo mniej, zostają mężczyźni, którym fizjologia nie staje na drodze. Nie lądują nagle na patologii ciąży, nie karmią piersią i przeważnie nie oni biorą urlopy wychowawcze. Skutkiem tego jest od razu widoczna mniejsza liczba habilitacji, a potem profesur wśród kobiet.

Najlepszą egzemplifikacją tego, o czym piszę, jest miejsce, w którym właśnie siedzę. To sala na pierwszym piętrze Pałacu Kazimierzowskiego, gdzie mieści się rektorat UW i obecnie baza protestu Akademickiego Komitetu Protestacyjnego. Obwieszona jest portretami rektorów. Nie zwróciłam na to sama uwagi, ale przed chwilą przechodziła szkolna wycieczka. Przewodniczka, pokazując malunki na ścianach, opowiedziała: „O, a tu wisi portret pani Hałasińskiej-Macugow, jak dotąd jedynej rektorki UW”. Gdzie znikają te wszystkie ambitne studentki, w jakichże czeluściach przepadają? Ano w takich. I ta ustawa, która ma zmodernizować uczelnie, w ogóle do nich nie zajrzała.

Na szczęście jako niezależna nie podlegam przepisom o zawieszaniu w „pełnieniu obowiązków”, które przewiduje art. 303 projektu w wersji po pracach komisji, co może spowodować moja działalność aktywistyczna. Zawiesić można na przykład od razu „z dniem jego [pracownika] tymczasowego aresztowania”.

Kary dla niezależnych akademików

Nie raz byłam już za swoją działalność „zatrzymywana” w sukach, teraz wystarczyłoby – zamiast trzymania na ulicy – żeby wsadzono mnie na chwilę do aresztu. Przepis nie jest nowy, ale przy politycznie usadzonym rektorze dużo łatwiej o zawieszenie. Albo wystarczy, że za wejście na trawnik wokół Sejmu czy naruszenie „miru cmentarza” podczas próby zatrzymania haniebnych ekshumacji smoleńskich wytoczą mi proces z kodeksu karnego – wtedy pracownik może zostać zawieszony do sześciu miesięcy. Czy ktoś w obecnych warunkach politycznych może mieć wątpliwości, czemu służą takie kombinacje przepisów? Jesień może się zacząć od łamania charakterów i pozbywania się co krnąbrniejszych politycznie wykładowców, moich i Państwa kolegów i koleżanek.

>>>

Gowin przekonuje, że jakiekolwiek sugestie związane z upolitycznieniem uczelni nie mają pokrycia w zapisach ustawy.

No to po kolei.

Rzeczywiście w ustawie nie ma zapisów podporządkowujących uczelnie bezpośredniej władzy ministra. Ustawa wprowadza jednak niezwykle kontrowersyjne ciało, jakim jest rada uczelni. Rady mają mieć daleko idące uprawnienia polegające na wyznaczaniu strategii uczelni, kontroli bieżącego zarządzania, akceptacji planów finansowych oraz wyznaczania kandydatów na rektora. To naprawdę nie jest ciało reprezentacyjne czy konsultacyjne, ale organ wyposażony w dużą i realną władzę.

Uniwersytety podporządkowane wpływom

I teraz haczyk: ponad 50 proc. składu rady ma pochodzić spoza uczelni. Czyli będą to np. przedsiębiorcy, menadżerowie albo politycy (chociaż nie ci, którzy aktualnie sprawują funkcje w administracji rządowej i samorządowej). Gowin sam przyznaje, że chodzi o „rozhermetyzowanie” uczelni. Przekładając niedopowiedzenia na język potoczny chodzi o to, żeby uniwersytety nie rządziły się same jak dotychczas, ale podlegały oddziaływaniu sił z zewnątrz.

Koronnym argumentem na to, że takie rady nie ograniczają autonomii jest to, że będą wybierane przez senaty uczelni.

No dobrze, przeprowadźmy sobie eksperyment myślowy. A gdyby parlament wybierał radę rządu podobną do rady uczelni? A gdyby w ponad 50 proc. miała składać się z osób spoza Polski, bo polska klasa polityczna – tu istnieje wśród Polaków szeroka zgoda – jest beznadziejna. Czy rząd „rozhermetyzowany” przez taką radę byłby rządem autonomicznym? Chyba każdy przytomny obywatel zna odpowiedź na to pytanie.

Rady uczelni to organy, które będą podporządkować życie akademickie zewnętrznym wpływom. Będzie to wpływ biznesu, ale bardziej prawdopodobne, że polityki. Bo z polityki płyną do uczelni dużo większe i pewniejsze pieniądze. Uczelnie nie będą głupie. Wybór dobrych członków do rady będzie gwarantował tzw. przełożenie na politykę i w konsekwencji większe szanse na pozyskanie pieniędzy.

Raj dla rektorów, piekło dla naukowców

Jarosław Gowin, żeby uspokoić opinię publiczną przywołuje autorytety znanych osób ze świata nauki np. rektora UW profesora Marcina Pałysa (należą mu się przy okazji ode mnie słowa uznania za sposób podejścia do protestów w Pałacu Kazimierzowskim) czy  prof. Jana Szmidta, szefa Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, którzy popierają ustawę.

Oczywiście, że popierają. Ustawa daje rektorom ogromną władzę! Przede wszystkim pozostawia inicjatywę kształtowania struktury uczelni. W procedowanej przez Sejm ustawie nie ma zapisów zachowujących strukturę wydziałów. Co oznacza to w praktyce? Jeśli tylko rektorzy dogadają się z senatorami będzie można odejść od wydziałów na rzecz wielkich szkół i np. połączyć w jedno zarządzanie, ekonomię i stosunki międzynarodowe.

Przy okazji dokona się racjonalizacji zatrudnienia. Wprowadzi system rywalizacji o studenta między pracownikami dydaktycznymi. Wprowadzi ściślejszą kontrolę efektów pracy naukowej wedle standardów oczekiwanych przez ministerstwo. Szkoły nie będą już jednostkami samorządności akademickiej, bo nie będą mieć musiały takich rad wydziałów jak dzisiejsze jednostki w strukturach szkół wyższych. Uczelnie w kształcie, jaki umożliwia ustawa to raj dla rektorów i piekło dla zwykłych naukowców, którzy pozbawieni pozostaną naturalnych dziś sieci wsparcia i ochrony.

Poparcie za drobne ustępstwa

Jarosław Gowin jest spokojny dlatego, że dogadał się co do swojej ustawy wewnątrz partii. W zamian za drobne ustępstwa takie jak wprowadzenie kolokwium habilitacyjnego czy usunięcie zapisów o możliwości przyznawania habilitacji za prowadzenie dużego grantu międzynarodowego, przekonał konserwatywnych krytyków z PiS. Przekonał też Jarosława Kaczyńskiego, że lepiej poprzeć ustawę 2.0 niż zastanawiać się, jak uzupełnić pustkę po posłach z partii Gowina.

Tylko, że oprócz partyjnych układanek jest jeszcze społeczny odbiór ustawy. W gruzach legł obraz szerokich konsultacji. Ludzie nie kupują też opowieści o braku zagrożeń dla autonomii uczelni. Studenci i akademicy zmobilizowali się do protestu pierwszy raz od 30 lat. Nawet jeśli ustawa zostanie przegłosowana nie będzie to już żadna Konstytucja dla Nauki tylko Kontrowersyjna Ustawa Gowina. Ja bym w tej sytuacji nie był taki spokojny.

Z akt odtajnionego niedawno zastrzeżonego zbioru Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że obecny metropolita gdański, a wcześniej ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej i biskup polowy Wojska Polskiego był uważany za informatora wywiadu wojskowego PRL przez co najmniej sześć lat. Z dziennikarskiego śledztwa „Rzeczpospolitej” i onet.pl wynika, że informacje od Sławoja Leszka Głódzia uważano za „cenne i wartościowe” typu agenturalnego.

Głódź miał informować w czasach, kiedy był w Watykanie zatrudniony w Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich. Kontakt z nim nawiązał oficer wywiadu PRL płk Franciszek Mazurek, ps. „Barcz” (oficjalnie był kierownikiem przedstawicielstwa PLL LOT w Rzymie). W swoich raportach opisywał Głódzia jako osobę dobrze zorientowaną w tematyce politycznej i społecznej w Polsce, która należy „do grupy młodych księży stanowiących swego rodzaju „lobby”, wywierające wpływ na decyzje papieskie w sprawach polskich, ale nie tylko”. Według Mazurka, Głódź był odpowiednim kandydatem na informatora.

„Barcz” miał nawiązać z Głódziem kontakty nieoficjalne – „bez afiszowania się i bez spotkań przy Watykanie”. Miał uzyskiwać od niego m.in. charakterystyki „pracowników poszczególnych sekcji watykańskich”, członków polskiego Episkopatu, „grup nacisku działających w Watykanie” i ich międzynarodowych powiązań. Jak pisze rp.pl i onet.pl, miał też „zbadać, czy będzie możliwe uzyskiwanie informacji o rozmowach głowy naszego Episkopatu z papieżem i o treści tych rozmów”. W 1984 roku koordynację kontaktów „Barcza” z księdzem Głódziem przejął w Zarządzie II SG specjalny wydział typowniczo-werbunkowy o kryptonimie „SOWA”.

Kolejna obietnica złożona przez PiS okazała się tzw. kiełbasą wyborczą. Posłowie tej partii późnym wieczorem odrzucili cztery projekty ustaw, dotyczące obniżenia stawek VAT do 22 i 7 procent, zgłoszone przez opozycję.

– „Chcemy wprowadzić prawo podatkowe oparte na trzech „P”: prorozwojowe, przejrzyste, proste. Obniżenie VAT do 22 proc., zerowy VAT na ubranka dla dzieci” – to zapowiedź Beaty Szydło, wygłoszona podczas kampanii wyborczej w lipcu 2015 r. A w programie wyborczym PiS można było przeczytać m.in.: – „Aby zapewnić wzrost dochodów budżetowych, trzeba powrócić do niższych stawek VAT”, czyli 22 proc. właśnie. Już po wyborach w grudniu 2015 roku mówił o tym ówczesny szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk, zapowiadając obniżenie VAT od 2017 r.

Teraz PiS blokuje obniżenie stawek VAT, przekonując, że byłoby to… zbyt kosztowne dla budżetu! Dodajmy tylko, że tego samego wieczoru posłowie PiS przegłosowali zwiększenie budżetu dla Narodowego Instytutu Wolności na lata 2017–2026 z 65,7 mln zł do 387,4 mln zł. Według Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, ta NIW stanowi zagrożenie dla niezależnego funkcjonowania organizacji pozarządowych.

Waldemar Mystkowski pisze o lotnisku w Baranowie.

No to sprawa się rypła, że posłużę się idiomem, a dotyczy to planowanego lotniska w Baranowie (koło Grodziska Mazowieckiego), które miało zastąpić warszawskie Okęcie i być postrachem dla lotniska Berlin Brandenburg, które zresztą od lat nie może powstać.

Lotnisko w Baranowie to coś w rodzaju symbolu władzy Jarosława Kaczyńskiego. Jego władzy, a nie PiS. To monument, który ma/miał być odciskiem prezesa, jak Pałac Kultury i Nauki – Stalina. Nikt raczej nie wątpi, że nosiłby imię Lecha Kaczyńskiego, bo pomnik to nic, byle co, przyjdzie następna władza i jak pomnik Dzierżyńskiego zburzy albo przeniesie do plenerowego muzeum IV RP.

Prezes, kontemplując swego kota załatwiającego się w kuwecie – tak ująłbym początek groteskowej narracji, gdybym pisał prozę zainspirowaną osobą Kaczyńskiego – wpadł na pomysł lotniska w Baranowie. Dyktatorzy tak mają, muszą wykuć swoją obecność w trwałym materiale tak, jak zwierzęta oznaczają swój teren uryną. Następcy zwykle się nie wysilają – burzą bądź wymazują imiona poprzedników.

Kaczyńskiemu padło na Baranów, który od razu został okrzyknięty „największą inwestycją w ostatnim 30-leciu”. Inwestycja w Baranowie wraz z przyległościami dostała robocze miano Centralnego Portu Komunikacyjnego, który w chwili otwarcia oznaczałby śmierć (wygaszanie) Okęcia. Ba, został powołany pełnomocnik rządu ds. CPK, wiceminister Mikołaj Wild, który stwierdził bez ogródek, iż zamknięcie Okęcia jest bezwzględnym warunkiem powodzenia lotniska, które ma powstać w gminie Baranów.

Politycy PiS zaczęli snuć na jawie sny o potędze. Berlin upada, a Warszawa może się mierzyć z takim Pekinem. Padały liczby i porównania, które nijak miały się do rzeczywistości, no, ale ta władza jest ze świata alternatywnego. Koszt Baranowa to najmniej 30 mld zł.

No i chyba przyszło otrzeźwienie. Ryszard Czarnecki w TVN24 powiedział, że „nie ma mowy o likwidacji Okęcia. Będzie ważnym i wygodnym dla warszawiaków uzupełnieniem Centralnego Portu Lotniczego”. Podobnie kandydat PiS na prezydenta Warszawy Patryk Jaki, bo PiS rozeźlił warszawiaków, na których padł blady strach, że zostaną bez Okęcia. Baranów i Okęcie się wykluczają, o czym jeszcze niedawno mówił zdecydowanie prezes LOT-u Rafał Milczarski: – „Jeżeli mamy nie zamykać Okęcia, to nie ma sensu budowa CPK”.

A więc mamy do czynienia z woltą Morawieckiego, na razie z taktycznym przeczącym sobie szumem informacyjnym. Nie będzie wygaszane Okęcie, będzie wygaszany temat Baranowa, a to także oznacza oszczędności dla budżetu – 30 mld zł. Acz z tym oszczędnościami bym nie przesadzał, bo Baranów miał być oddany do użytku w 2027 roku. Trudno sobie wyobrazić, aby rząd PiS miał dotrwać do tego czasu, więc „największa inwestycja 30-lecia” uległaby wygaszaniu.

Pisowski Baranów nieodparcie nasuwa skojarzenie z sienkiewiczowską Baranią Głową, w której to toczy się fabuła „Szkiców węglem”. Wójt Burak napisał list do wójta sąsiedniej wsi w sprawie rekrutów. Burak jak to Burak napisał list w stylu kazania w kościele. Pisarz gminny Zołzikiewicz śmieje się ze stylu buraczanego, ale namawia Buraka, aby umieścił wśród rekrutów Rzepę. A to dlatego, że podoba mu się Rzepowa.

„Szkice węglem” to Polska w pigułce, która ma tragiczną pointę. Czy nasze Buraki też doprowadzą do sytuacji, iż Rzepa zabije niewierną Rzepową, a Polskę stanie się Baranią Głową, Baranowem? Nie wątpię, że tak stałoby się, gdyby dotrwali przy korycie+ do 2027 roku.

>>>

Rydzyk lubi ryby. Duże sumy

Prokuratura Rejonowa Toruń Centrum-Zachód zleciła policji – jak to określono – „czynności sprawdzające”. Mają one doprowadzić do ustalenia, czy 3 maja podczas pikiety feministek przed siedzibą Radia Maryja mogło dojść do popełnienia przestępstw. Tego dnia z okazji 73 urodzin Tadeusza Rydzyka odbyła się akcja „Chryja pod Radiem Maryja”.

O skierowanym w tej sprawie zawiadomieniu do prokuratury przez posłankę PiS w artykule „Sobecka donosi na organizatorki manifestacji z okazji urodzin Rydzyka”. Według Sobeckiej, doszło do znieważenia i zniesławienia założyciela stacji Radia Maryja. – „To my ocenimy, czy doszło do przestępstw. Czynności wykonywane przez policję pozwolą nam na ocenę tego zawiadomienia” – powiedziała szefowa toruńskiej prokuratury Judyta Głowacka.

„Nie używałyśmy obraźliwych słów. Nie odkryłyśmy tam też niczego nowego, bo chyba wszyscy wiedzą, że pieniądze od rządu, zamiast na instytucje związane z Rydzykiem, mogłyby zostać przeznaczone na niepełnosprawnych” – powiedziała wcześniej w onet.pl Agata Pawlikowska, jedna z organizatorek pikiety. Dodała, że nikt nie obrażał osób wierzących ani Kościoła, a cała demonstracja miała charakter performance’u, skupiając się na osobie Rydzyka.

Obywatele RP informują o działaniach ministra Joachima Brudzińskiego (PiS), mających zniszczyć ich działalność.

Dokładnie rzecz ujmując ministerstwo chce wprowadzić zarząd przymusowy do fundacji Wolni Obywatele RP. Wniosek jest już w sądzie, a rozprawa zaplanowana jest na wrzesień.

Resort, który jest organem nadzoru nad fundacją, w lipcu ubiegłego roku tłumaczył „Wyborczej”, że w Deklaracji Obywatelskiej fundacja „wzywa do aktów naruszania prawa, a w swej działalności i wykorzystywanych materiałach znieważa legalnie i demokratycznie działające organy władzy publicznej, w tym Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”.

W owej deklaracji czytamy m.in., że każdy człowiek ma prawo do sprzeciwu sumienia: „Nie każdej władzy należy się podporządkować. Nie każdej władzy człowiekowi uczciwemu podporządkować się wolno. Ta zasada to pierwszy, najbardziej podstawowy z fundamentów demokracji. Obywatelowi z całą pewnością nie wolno godzić się na prawo bandyckie”.

Ministerstwo stawia też Obywatelom RP zarzut – „blokowanie i zakłócanie cyklicznego zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy w Smoleńsku”.

Efektem ma być przejęcie kontroli nad finansami fundacji.

„Zostaniemy w ten sposób odcięci od środków, z których finansujemy bieżącą działalność. Ulotki, bannery, wynajem lokalu… Jeżeli przegramy w sądzie, będzie to oznaczało de facto koniec naszej działalności w takiej formie” – mówi Ewa Błaszczyk z Obywateli RP.

Obywatele wnioskiem MSWiA są oburzeni. „Oczywiście mówimy o obywatelskim nieposłuszeństwie, ale jednocześnie protestujemy stojąc na straży ładu konstytucyjnego. Ta władza ma niebywały tupet: sama demoluje konstytucję i porządek prawny, przejęła Trybunał Konstytucyjny, niezależne sądownictwo, a łamanie prawa zarzuca innym” – dodaje Błaszczyk.

W bardzo podobnej sprawie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przegrało wcześniej w sądzie z Fundacją Otwarty Dialog. W tamtym przypadku również chciało wprowadzić zarząd przymusowy z powodu rzekomego łamania prawa.

Chodziło o wpis na Facebooku prokurenta fundacji Bartosza Kramka, zatytułowany: „Niech stanie państwo: wyłączmy rząd”. Sąd uznał, że przepisy prawa nie zostały naruszone, a sam minister we wniosku nie sprecyzował, o jakie konkretnie naruszenia mu chodzi. Jaki los spotka Obywateli RP zobaczymy 10 września.

„Siedzimy na beczce prochu, w środowisku wrze. Powiem wprost – czujemy się oszukani. Ja dziś bardzo żałuję, że podpisałem to lutowe porozumienie, bo ono nie jest realizowane” – powiedział w onet.pl wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów Damian Patecki. W lutym zostało podpisane porozumienie z przedstawicielem pisowskiego rządu ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim.

Młodzi lekarze wrócili do umów z klauzulą opt-out, które wcześniej masowo wypowiadali, czyli do pracy powyżej 48 godzin tygodniowo. Rząd zobowiązał się do przeznaczenia 6 procent PKB na ochronę zdrowia do 2024 roku, a specjaliści i rezydenci mieli dostać podwyżki.

Teraz rezydenci mówią, że rząd przy pomocy kruczków i wybiegów prawnych próbuje ich oszukać. Damian Patecki podaje przykład: – „W porozumieniu ustaliliśmy, że nakłady na służbę zdrowia będą sukcesywnie rosły do sześciu procent PKB. Rozpisaliśmy to dokładnie, o ile procent mają one wzrosnąć każdego roku. Tymczasem, jak się wczytamy w rządowy projekt ustawy, to te zapisy są tak mało precyzyjne, jakby ktoś chciał sprawę rozmydlić. I wygląda na to, że w praktyce pieniędzy na ochronę zdrowia będzie mniej, choć pozornie, na papierze wszystko niby się będzie zgadzało”.

Okazało się także, że jeśli lekarz nie będzie pracował na etacie w państwowym szpitalu czy poradni nie dostanie dodatku finansowego. – „Tak sobie rządzący w projekcie ustawy zapisali. A to są, powiem to wprost – kompletnie bzdurne obostrzenia, bo co mają zrobić tacy stomatolodzy albo patomorfolodzy? Oni bardzo rzadko pracują w państwowych placówkach, często nie mają pełnego etatu. Nie ze swojej winy. A tu rząd zdecydował, że im się te finansowe dodatki nie będą należały. To jest po prostu ordynarna próba oszustwa!” – powiedział Patecki.

Dodał, że resort zdrowia przygotowuje nowelizację ustawy o podwyżkach dla pracowników ochrony zdrowia w latach 2020 – 2021. – „Okazuje się, że nas, rezydentów i stażystów, chce się z tej grupy „podwyżkowej” po prostu wyrzucić” – stwierdził wiceszef Porozumienia Rezydentów.

Lekarze rezydenci nie wykluczają w związku z tym wznowienia protestu.- „Wygląda na to, jakby minister Szumowski sam swoim postępowaniem namawiał nas do tego. Fatalnie to świadczy o możliwości prowadzenia dialogu z rządem. Po prostu nie są ludźmi, którym można zaufać. I nie dziwię się, że protest osób niepełnosprawnych wciąż trwa i że żądają konkretów, na piśmie” – gorzko podsumował Damian Patecki.

Książka Olgi Tokarczuk „Bieguni” zdobyła jedną z najbardziej prestiżowych międzynarodowych nagród literackich – Bookera. Przekładu na angielski dokonała Jennifer Croft. Man Booker International Prize to obok Pulitzera czy Literackiej Nagrody Nobla jedno z najważniejszych wyróżnień w świecie literatury. „Bieguni” dostali 10 lat temu Nagrodę Nike.

Tytuł książki odnosi się do staroobrzędowców, nielicznych wyznawcy prawosławia w jego zamierzchłym kształcie, którzy uważają, że zło ma największą moc, gdy człowiek stoi w miejscu, dlatego nie można z nim walczyć – trzeba przed nim uciekać. Dla Tokarczuk bieguni stali się metaforą współczesnych wędrowców. Jak niedawno powiedziała, dzisiaj w książce musiałby się znaleźć temat uchodźców, imigrantów jako nowy rodzaj nomadów.

„Nagroda w Cannes dla Pawlikowskiego i Booker dla Tokarczuk – jak na 3 dni naprawdę nieźle. Jak widać polska kultura doskonale sobie radzi, niech tylko jak najdalej od niej trzymają się politrucy typu Gliński i Sellin” – skomentował Tomasz Lis na Twitterze. A krytyk filmowy Krzysztof Kwiatkowski dodał: – „Paweł Pawlikowski dedykuje canneńską nagrodę Głowackiemu, bo symbolizuje dla niego to, co w Polsce najlepsze: otwarcie na świat, gorzką ironię, inteligencję. Kilka dni później Olga Tokarczuk odbiera Bookera. Istnieje fantastyczna polskość pozbawiona nacjonalistycznych skłonności”.

Olga Tokarczuk z pewnością nie należy do zwolenników „dobrej zmiany”. Wielokrotnie podpisywała się pod inicjatywami, mającymi powstrzymać niedemokratyczne działania PiS. Sygnowała m.in. list otwarty do Dudy o zawetowanie ustaw zmieniających polskie sądownictwo. Apelowała o zaprzestanie wycinki Puszczy Białowieskiej przez Jana Szyszkę. Nazwisko pisarki MSZ pod kierownictwem Waszczykowskiego wykreśliło z listy ludzi kultury i historyków, których mieli promować za granicą dyrektorzy Instytutów Polskich. Olga Tokarczuk popiera też Ogólnopolski Strajk Kobiet. Nie dziwi więc, że jak na razie – „dobrozmianowcy” nie spieszą z gratulacjami.

Waldemar Mystkowski pisze o pokręconym kraju PiS.

Andrzej Saramonowicz uważa, iż pisowskie państwo nie jest Polską, jest jej karykaturą, absurdem.

Scenarzysta, reżyser  i pisarz w jednej osobie Andrzej Saramonowicz w rozmowie z Tomaszem Lisem przyznał się do swojej ambicji, iż ściga się z PiS: – „Trwa rywalizacja między mną a włodarzami państwa na to, kto wymyśli większy absurd. Niestety, czasami jestem bezradny”.

Przypomnę, że Saramonowicz jest autorem prześmiesznych filmów „Testosteron” czy też „Ciało”. Pocieszeniem dla niego może być to, iż z PiS-em przegrałby Bareja i Mrożek, a nawet najwięksi światowi twórcy surrealistyczni. W te klocki partia Jarosława Kaczyńskiego to mistrz.

Gdyby istniało boisko absurdu, Kaczyński byłby nie tylko Robertem Lewandowskim, ale też miałby technikę Lionela Messiego. Z kolei Andrzej Duda byłby odpowiednikiem Cristiano Ronaldo. Oto absurd prezydenta godzien bramki Ronaldo strzelonej przewrotką. Mianowicie rząd PiS „jest atakowany”, bo odnosi sukcesy, „im Polska będzie silniejsza, tym mocniej będzie atakowana”.

I chyba to zapamiętamy z pobytu Dudy w USA, a słowa te wypowiedział dla „opiniotwórczej” TV Trwam, która miała wyłączność na wywiad z prezydentem. Dla porównania – wycieczki Dudy za Atlantyk nie zauważyły żadne media amerykańskie, nikt nie odnotował jego sukcesu. Za to wszystkie najważniejsze dzienniki USA poświęciły artykuły Lechowi Wałęsie, który odwiedził protestujących niepełnosprawnych w Sejmie.

I Saramonowicz chce się ścigać z takim Dudą? Duda jest sam w sobie niedorzecznością, bowiem jego imię to Absurd. W podobne nadymanie wpadł Mateusz Morawiecki w Sali BHP Stoczni Gdańskiej, skąd dał nogę, gdy zaznał obywatelskiej niezgody na niedorzeczności. Absurd to immanentna cecha polityków tej formacji politycznej. Na nadymanie PiS dają się nabierać dziennikarze, którzy wydawałoby się są odporni na sodówkę kiepskich retorycznie Dudy i Morawieckiego. Rafał Kalukin z „Polityki” ma pretensje do KOD, iż „jeśli się wiecuje, to się nie rozmawia. Koniec, kropka”. Kalukin jest ofiarą chciejstwa, bo oczekuje od KOD-u, który nie ma narzędzi zmuszenia Morawieckiego do dialogu, iż wymusi na Morawieckim ten dialog.

Morawiecki jednak się nie poddaje w ściganiu absurdalnym. Po sprincie w Sali BHP, prezentuje się na dłuższym dystansie. Oto ogłosił nowy program „Mosty plus”. Na czym on ma polegać? Wybudowane zostaną przeprawy tam, gdzie mostów nie ma. To nawet logiczne, ale jak absurdalne.

Czekam na inne „plusy”, np. „drogi plus”, aby powstały tam, gdzie dróg nie ma, albo „mieszkania plus” – tam, gdzie mieszkań nie ma. Aha, przepraszam – z mieszkaniami nie wyszło, program został zapomniany. Morawieckiemu polecam eksperyment, aby wybudował mosty na rzekami, których nie ma. Taki jest dramat z naszymi mistrzami od absurdów.

Tacy politycy rządzą w naszym kraju. Saramonowicz uważa, iż pisowskie państwo nie jest Polską, jest jej karykaturą, absurdem. Uznał, że nazwę Polska trzeba chronić i dać odpowiednie rzeczy słowo. Dla PiS nasza ojczyzna to jest Pokraj i taki też tytuł dał swojej książce „Pokraj”. Nie znam jej, ale sądzę, że w Pokraju rządzą Pokraki.

Mimowiedną definicję panującej prawdy w tym Pokraju dał bliski ministrowi od kultury PiS Piotrowi Glińskiemu – Dawid Wildstein. Odniósł się on do fake newsa, który chciano podrzucić Lechowi Wałęsie. Na tej bazie tak definiowana jest pokraczna prawda PiS przez Wildsteina: – „Że wpis Wałęsy to fejk? Może. Ale przecież mógł tak napisać, nie? A nawet jak nie napisał, to tak myśli. A nawet jeżeli tak nie pomyślał, to mógł tak pomyśleć. Czyli nie fejk”.

Spanikowany Kaczyński pokazał jakim jest krętaczem. Superkrętacz

Jarosław Kaczyński miał rozważać dymisję Beaty Szydło z funkcji wicepremiera po aferze z nagrodami – podaje „Fakt”. Prezes miał być wściekły po tym, jak Szydło przekonywała w Sejmie, że ministrom „premie się należały”.

Ministrowie konstytucyjni i sekretarze stanu mają oddać przyznane przez Beatę Szydło nagrody na cele społeczne, do Caritasu. Oprócz tego PiS planuje wprowadzić ustawę obniżającą pensje posłom i senatorom o 20 proc. – takie informacje przedstawił w czwartek Jarosław Kaczyński na konferencji prasowej.

Ze wcześniejszej wypowiedzi rzeczniczki PiS wynika natomiast, że prezes PiS nie wiedział o nagrodach. Oboje podkreślali, że Kaczyński – wbrew temu, co pojawiło się w jego wywiadzie z serwisem wPolityce.pl – nie radził Szydło, by broniąc nagród w Sejmie „pokazała pazurki”. – O żadnych pazurkach nie mówiłem, natomiast, tak wiedziałem, że pani premier będzie w tej sprawie mówiła. Ale konkrety tej wypowiedzi – to była jej decyzja. Miała prawo się bronić i broniła się, społeczeństwo tego nie zaakceptowało. Przyjęliśmy to do wiadomości – tłumaczył.

Dymisja Beaty Szydło

Z informacji „Faktu” wynika, że prezes nie tylko namawiał Szydło do zaostrzenia kursu, ale wręcz był na nią tak zły, że jako jedną z opcji rozważał jej dymisję z funkcji wicepremiera.

Nasz rozmówca z PiS przyznał. że nawet jeśli PiS wyjdzie cało z kryzysu z nagrodami, Szydło już straciła wszystkie atrybuty, jakie miała jeszcze kilka tygodni temu

– czytamy w dzienniku. Informator „Faktu” powiedział również, że była premier powinna była w Sejmie „przeprosić i przyznać do błędu”. – Straciła szansę. Jedyną – mówi.

Lech Wałęsa skomentował słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat nagród dla polityków PiS.

Prof. Joanna Senyszyn skomentowała plan polityków PiS, aby przekazać swoje nagrody dla katolickiej fundacji Caritas.

Waldemar Mystkowski na ten bulwersujący temat też pisze.

Prezes PiS uderza przede wszystkim w opozycję, zmniejszając pensje parlamentarzystom oraz w samorządowców.

Jarosław Kaczyński zdecydował, iż za ujawnienie ogromnych nagród przyznanych ministrom i wiceministrom rządu PiS koszta w pierwszym rzędzie poniosą posłowie i senatorowie Platformy Obywatelskiej, bo prezes uznał, że o 20 proc. zmniejsza im pensje poselskie.

Wg prezesa, Krzysztof Brejza z PO musi czuć przy potylicy przystawioną lufę, gdy zapyta o nagrody dla ministrów, albo nie daj boże, ile kosztuje ochrona Kaczyńskiego. Grozi to dalszym obniżeniem pensji Brejzie i jego kolegom. Można też orzec, że prezes to „ludzki pan”, wszak zostawia 80 proc. uposażenia, a mógłby zabrać wszystko i powiedzieć: pieniądze nie są najważniejsze, warto pracować dla idei, a taką jest służba Polsce (tak przekonywał Stanisław Karczewski lekarzy rezydentów).

Parlamentarzyści opozycji zostali zatem ukarani, bo posłowie i senatorowie PiS odbiją sobie w rozlicznych synekurach, w radach nadzorczych państwowych spółek.

Dlaczego nie zostali pokarani ministrowie i wiceministrowie pisowskiego rządu? Bo choć nagrody muszą oddać, to Kaczyński nie zmniejszył im pensji o 20 proc., a to oni są winni, iż przyznawali sobie ogromne premie. I jakiej wysokości muszą oddać nagrody? Te, które zostały ujawnione, czy wszystkie nagrody, w tym jeszcze nieujawnione. Proces odtajniania dodatkowych apanaży był rozwojowy, nie wszystko dotarło do opinii publicznej.

Chyba już nikogo nie dziwi, że poinformował o tym szeregowy poseł, a nie premier rządu albo prezydent. Jak zatem zostanie prawnie usankcjonowana degradacja dochodów parlamentarzystów? Przez dekret prezydenta czy przez sejmową ustawę? Przy okazji można sobie wyobrazić wyrazy twarzy posłów, gdy będą procedować i głosować za zmniejszeniem swoich apanaży.

Czy dojdzie do paradoksalnej sytuacji, iż w MOPS-ach zjawią się politycy pokroju Gowina, który przyznawał, że mu nie starczało do pierwszego, do sytuacji godnej Barei, w której posłowie będą korzystać z socjału dla bezrobotnych, bo im nie starcza?

Piszę, że Kaczyński zarządził oddanie nagród przez rząd PiS, ale to nie jest prawdą w świetle jego słów: – „Ministrowie sami podjęli tę decyzję, dzisiaj było takie spotkanie. Nikt nie protestował”.

Co zatem z byłą premier Beatą Szydło, która w emocjonalnym sejmowym wystąpieniu stwierdziła, że „się należało”. Dostała od prezesa na taką mowę pozwolenie, aby „pokazać pazurki”. Prezes powiedział, że o pazurkach nie mówił. Czy to znaczy, że Beata Szydło zostanie zdymisjonowana z funkcji wicepremiera?

Zdaje się, że mamy takie wzmożenie taniego dziadowskiego państwa z powodu wewnętrznych sondaży, zleconych przez PiS po świątecznych rozmowach Polaków przy stole wielkanocnym. Słupki poparcia muszą wyglądać źle, skoro dochodzi do takich akrobacji prezesa z nagrodami.

„Ludzki pan” orzekł, aby przekazać premie na cele charytatywne dla Caritas, a nie Lux Veritatis, acz może jeszcze dojść do zmiany w kwestii stowarzyszenia i fundacji, której zwrot się należy, bo drugi naczelnik państwa Tadeusz Rydzyk nie wypowiedział jeszcze swojego zdania.

Dziennikarz nawiązał tym samym do zarządzenia posła Kaczyńskiego, który kazał ministrom rządu PiS oddać nagrody, które dała im była premier Szydło, a także zapowiedział, że obniży pensje posłom, senatorom i samorządowcom. Według Żakowskiego wczorajsza konferencja przewodniczącego PiS dotknęła tylko powierzchni głębokiego problemu, jaki PiS ma z czerpaniem profitów ze skarbu państwa.

– O tym pan prezes powinien poważnie pomyśleć, bo rzeczywiście przyciąga patologię, jak było widać po tym, jak kompletnie pani Szydło nie rozumiała co zrobiła, rozdając te gigantyczne nagrody, w tym sobie. Ale tu warto oddać sprawiedliwość premier Szydło: ona dostała najniższą z nagród, które przyznała. To jest takie minimum elegancji, które zostało zachowane, ale cała akcja jest poza granicą przyzwoitości – powiedział publicysta.

Koryto PiS

Żakowski zawrócił uwagę, że nagrody dla członków rządu PiS to tylko wierzchołek góry lodowej, bo działacze partyjni i ludzie w inny sposób związani z partią biorą pieniądze ze spółek skarbu państwa.

– Nie chodzi tylko o słynne nagrody, czy też o pensje, które dostają politycy. Chodzi też o różne inne rzeczy. Na przykład pani Kaja Godek dostała posadę w radzie nadzorczej wartą przeszło 4 tys. miesięcznie. Ciekaw jestem za co. Niby 4 tys. to nie jest fortuna, ale jednak. Można powiedzieć, że jest to z grubsza prawie tyle, co pani premier dała sobie nagrody z naszych. Ktoś dał też pani Godek – zauważył Żakowski.

– PiS mówił o odspawywaniu od koryta i zastanawiałem się, skąd taka brutalność języka. Otóż (bierze się – red.) z tego koryta. Chodziło o to, żeby odspawać innych i samemu włożyć to, co odpowiednie zwierzątko wsadza do koryta. Nie będę tej części ciała nazywał, żeby nikt się nie poczuł dotknięty, ale PiS zanurzył tę część ciała bardzo głęboko, w korytowej brei i ciągnie wszystkimi otworami aż się krztusi – podsumował publicysta.

Dziennikarka Gazety Wyborczej, Agnieszka Kubik, rozmawia dzisiaj z prof. dr hab. Jackiem Raciborskim, socjologiem, kierownikiem Zakładu Socjologii Polityki w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, autorem książki „Państwo w praktyce: style działania”.  Temat rozmowy dotyczy PiS i takiej polityki tej partii, która coraz mocniej podkopuje jej wiarygodność.

Na pierwszy ogień idą oczywiście nagrody dla ministrów i tutaj pan profesor dostrzega, że sytuacja w PiS-ie musi być bardzo zła, jeśli Jarosław Kaczyński nakazuje zwrócić nagrody, jakie otrzymali pracownicy rządu przez minione dwa lata. To już nie tylko kwestia wizerunku partii, spadających sondaży, ale fala populizmu, którą PiS „wzniecił i od niej ginie”.

Jak mówi Jacek Raciborski, „Nie chodzi tylko o nagrody. To dużo wcześniejszy przekaz o łże-elitach czy ośmiorniczkach za PO. To był przekaz antyelitarny, nawet gdy te elity rozumie się bardzo szeroko jako elity zawodowe. Radykalny populizm PiS uprawiał od kilku lat i był to ważny element kampanii wyborczej 2015 r”. Dodajmy do tego przejęcie przez tę partię wszystkich urzędów i agencji, wymianę prawie całej kadry kierowniczej, utworzenie ponad tysiąc wyższych stanowisk kierowniczych w administracji rządowej, rozmontowanie mechanizmów rekrutacji do służby cywilnej. Profesor podkreśla, że „ten kontekst dotychczas był społecznie nieczynny, jakby ignorowany. Teraz stał się aktywny i uczestniczy w definiowaniu sytuacji politycznej i w ocenach obozu władzy”, ale teraz sytuacja się zmieniła, stała się społecznie znacznie ważniejsza.

Według profesora, to nie te nagrody są tą rzeczą, o które można byłoby mieć pretensje do PiS. To przede wszystkim droższe co najmniej o 400 tys. zł wybory samorządowe, koszty związane z reformą edukacji. To fakt, że klasie ludowej się poprawiło, ale jakże inaczej wygląda sytuacja finansowa w klasie średniej – „konfrontacja zarobków urzędniczych wynoszących 2 tys. na rękę z nagrodami dla ministrów wypada niekorzystnie dla władzy”.

W literaturze socjologicznej taka sytuacja jest opisywana jako bardzo niebezpieczna dla stabilności. Bo do rewolucji dochodzi nie wtedy, kiedy ludziom się pogarsza, tylko kiedy ludziom się zaczyna poprawiać zbyt wolno w stosunku do oczekiwań – mówi profesor i trudno nie przyznać mu racji.

Nie można też dziwić się, że do wyobraźni wyborcy bardziej docierają informacje o wysokości nagród niż np. zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego. Słusznie zauważa Jacek Raciborski, że łatwo taką postawę wyjaśnić. „Klasy średnie i ludowe są mało wrażliwe na kwestie symboliczne, a także te dotyczące demokracji. Ale są wrażliwe na pewne reguły sprawiedliwości, istnieją potoczne wyobrażenia o sprawiedliwych wynagrodzeniach.

Tymi nagrodami PiS naruszył zasadę jawności, tak ważną w życiu publicznym. Pokazał też, że obiecywana sanacja moralna to fikcja. Nie wyciągnął żadnej nauki z afery z Misiewiczem, choć już wtedy, po raz pierwszy, miała miejsce pierwsza reakcja opinii publicznej na arogancję i nepotyzm. Dzisiaj profesor widzi „zamieszanie, niespójność, brak konsekwencji w obozie władzy. Ta sprawa – jak to często bywa, relatywnie niezbyt dużej rangi – okazuje się politycznym granatem czy nawet bombą. Żądanie zwrotu legalnie przyznanych premii, od których już zapłacono podatek, to jest coś wyjątkowego”. Uważa, że błędem było przyznanie tak wysokich nagród, ale równocześnie błędem jest nakaz ich oddania, bo „to jest reakcja pełna paniki. Dotychczasowa polityka PiS przysporzyła wielu dramatycznych problemów. PiS winien wykonać zwrot, ale przemyślany i uporządkowany, konieczne jest jakieś całościowe uporządkowanie sytuacji, uwzględniające sprawę reformy sądownictwa, sprawę IPN, a także płac w sferze budżetowej”.

PiS znalazło się w trudnej sytuacji. Czy ich wyborcy z klasy średniej, którzy najwięcej stracili do tej pory na rządach swojej partii, nadal będą wiernie stać u jej boku? Czas pokaże…

Tamara Olszewska

Anna Sobecka, posłanka PiS, a kiedyś spikerka Radia Maryja, postanowiła stanąć w obronie najlepszego biznesmena wśród redemptorystów. Poszło o mobilny billboard PO, z którego wynika, że Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln zł dotacji. Kwota ta pochodzi ze strony dlugwdziecznosci.pl, której współtwórcą jest szef klubu PO Sławomir Neumann.

Czyżby – parafrazując przysłowie – po celnym uderzeniu, odezwały się nożyce? Posłanka Sobecka wysłała pismo do Zbigniewa Ziobry, występującego w tym przypadku w roli prokuratura generalnego. Kolega posłanki PiS z tzw. Zjednoczonej Prawicy ma sprawdzić, czy jeżdżący po ulicach Torunia billboard nie narusza dobrego imienia Tadeusza Rydzyka.

Sobecka uważa, że zakonnik został pomówiony za to, że wykonuje działalność publiczną. – „Z zapisów ustawowych Kodeksu Postępowania Karnego wynika, że w szczególnych wypadkach, jeżeli przemawia za tym interes społeczny, Prokuratura może i powinna objąć taki czyn ściganiem z urzędu. Kierując się właśnie dobrem społecznym polegającym na niedopuszczalności podważania zaufania do osoby duchownej tak zasłużonej, proszę Pana Prokuratora Generalnego o ściganie tej sprawy z urzędu” – napisała do Ziobry Anna Sobecka.

Drugim pismem, które sporządziła, było oświadczenie, w którym działania Platformy nazywa skandalicznymi, oszczerczymi i zarzuciła jej politykom posługiwanie się insynuacjami. – „Użyty zwrot „Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln dotacji” jednoznacznie sugeruje, iż jest on w posiadaniu ogromnych środków finansowych. Tymczasem Ojciec dr Tadeusz Rydzyk wielokrotnie podkreślał, że dzieła, którymi kieruje, są własnością Warszawskiej Prowincji Ojców Redemptorystów, a środki przyznane fundacji Lux Veritatis nie są jego osobistym majątkiem” – napisała Sobecka. Bardziej pokrętnego tłumaczenia próżno by szukać.

Ale przecież – jak wcześniej stwierdził kolega partyjny Sobeckiej Andrzej Jaworski – trzeba bronić toruńskiego duchownego, który oddał „dla naszej ojczyzny całe swoje życie”. No – to już wszystko jasne!

Post Navigation