Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Anna Zalewska”

Szydło nie spotkała się z niepełnosprawnymi, za to znalazła czas dla gangsterów

Dziennikarze Bertold Kittel i Anna Sobolewska przygotowali materiał na temat grupy przestępczej w trójmieście.

Napady, wymuszenia, handel narkotykami i sutenerstwo to najbardziej dochodowe gałęzie gangsterskich interesów”.

TVN pokazuje karierę przestępcy Olgierda L.

Bertold Kittel: „Otoczył się najbardziej niebezpiecznymi i doświadczonymi kryminalistami. Bez problemu wchodzi do Sejmu, ma kontakty z biznesem i światem polityki. W Gdańsku coraz więcej ludzi uważa go za nietykalnego”.

– Sugerowanie, że przypadkowe spotkanie z ludźmi, podającymi się w Rytlu za wolontariuszy, było „kontaktami polityków PiS z gangsterami” jest szczególnie obrzydliwym kłamstwem. Wobec osób, rozpowszechniających tego typu pomówienia będą zastosowane kroki prawne – oświadczyła po materiale Beata Szydło.

Robert Maślak (Lewica Razem): Słusznie. Za każdą sugestię, że to spotkanie było przypadkowe zgłaszałbym do prokuratury. Podobnie jak za to, że przypadkowy był telefon pana z łańcuchem do Banasia”.

Jarosław Kurski (Gazeta Wyborcza): Mafijne państwo PiS. Do członków Bad Company podchodzi przywitać się ówczesna premier Beata Szydło, a także minister obrony Antoni Macierewicz oraz minister środowiska Jan Szyszko”.

Robert Biedroń (europoseł): Premier Szydło, ministrowie Macierewicz i Szyszko jowialnie witają się z neonazistami i gangsterami. W tym kontekście Banaś, wynajmując swoją kamienicę krakowskiej mafii na burdel, jest faktycznie kryształowy””.

– Służby i policja powinny jednak uchronić premier Szydło przed taką sytuacją – komentuje dziennikarka Dominika Wielowieyska.

Bartłomiej Sienkiewicz (były szef MSWiA): Jak byście się nagle znaleźli w tłumie łysych karków, na maksa przypakowanych, wytatuowanych i obwieszonych złotem – nie bójcie się! To normalni wolontariusze chcący pomagać PiS”.

Reakcje internautów:

„Mafia VAT-owska w Ministerstwie Finansów i kontakty szefa NIK Mariana Banasia z przestępczym półświatkiem, to dla rządu PiS za mało. Do kolekcji trzeba dorzucić spotkanie premier Szydło, Macierewicza i Szyszko z przywódcą trójmiejskiej grupy przestępczej. Serdecznie gratulujemy”.

„Strugam gościa, którego nic nie zaskoczy, ale przyznam się, że informacje o spotkaniach Szydło i Antka Aviatora z bandziorami to mnie zaskoczyły. Coraz bardziej widać, że Banaś to nie wyskok, tylko reguła”.

„SŁUŻBY nie wiedziały o mafii Vat w MF. SŁUŻBY nie wiedziały o sutenerach w kamienicy prezesa NIK. SŁUŻBY nie wiedziały, że pani Premier Szydło spotyka się z gangsterami. Czyli minister MSWiA i koordynator służb specjalnych jest niekompetentny…albo to jedna, wielka ściema”.

„Odpowiadam wszystkim, którzy pytają, w jakim my kraju żyjemy? Rozumiem rwanie włosów i szeroki wytrzeszcz oczu po reportażu z Szydło, Macierewiczem i gangsterami w roli głównej, ale to nie dziwota, wszak półświatek i polityczna mafia niewiele się od siebie różni! Rąsia w rąsie!”.

Kmicic z chesterfieldem

Wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość” – taki wpisem na Facebooku Tomasz Terlikowski ocenił decyzję dotyczącą miejsca pochówku abp. Paetza.

Zmarły w piątek duchowny miał zakaz głoszenia kazań ze względu na oskarżenia o seksualne molestowanie młodych księży i kleryków.

Kuria archidiecezjalna w oficjalnym komunikacie poinformowała, że pogrzeb hierarchy kościelnego będzie miał charakter prywatny, a na miejsce pochówku została wybrana poznańska katedra.

Miejsce pochówku oraz forma pogrzebu są zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego i zostały ustalone ze Stolicą Apostolską, Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz rodziną duchownego” – taką informację przekazała kuria.

Zdaniem Tomasza Terlikowskiego ta decyzja jest nieprzemyślana. „Trudno sobie wyobrazić, by te…

View original post 1 530 słów więcej

 

Anna Zalewska w spodniach, tym jest nowy minister edukacji Piontkowski, który młodzieży ma do zaoferowania Ciemnogród

Ludzie stojący na szczytach aparatu administracji państwa muszą przede wszystkim umieć pracować z ludźmi. Umiejętność doboru doradców, przejrzystego formułowania przekazu, łagodzenia konfliktów i w końcu szukania kompromisów jest podstawą sprawnego działania każdego z dużych resortów. W tym kontekście bardzo zaskakuje początek rządów nowego ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego. Szef MEN postanowił bowiem zmarnować okazuję do resetu w edukacji i budowy na nowo relacji z nauczycielami, na co cień szansy dawało odejście znienawidzonej przez wielu Anny Zalewskiej. Ten cel miał przecież przyświecać wymianie minister, która była podobno krytykowana szeroko za nieudolność nawet wewnątrz PiS. Tymczasem, wbrew oczekiwaniom, Dariusz Piontkowski zaczął urzędowanie od obrażania nauczycieli. Będąc gościem Roberta Mazurka w RMF FM minister protest nauczycieli określił jako “cyrk, a nie strajk”,dodając następnie, że “My tego cyrku nie organizowaliśmy. Nie my byliśmy aktorami w tym cyrku”. Wypowiedź ta została okraszona żelazną obroną postawy poprzedniczki:  “Pani minister wcale nie ucieka. To jest normalna kariera polityczna w tym wypadku”.

Powyższe słowa są przykładem niesamowitej buty i arogancji, ponieważ w czasie trwania protestu nawet w obozie władzy panowała zasada, że grillowaniem nauczycieli miały zająć się głównie prorządowe media, podczas gdy ręce polityków PiS w rządzie miały pozostać “czyste”. Komentarz ministra w tej sytuacji nie tylko nie daje żadnych punktow PiS, ale gwarantuje za to, że konflikt w edukacji będzie dalej trwał .

Nie jest to jednak koniec, ponieważ  Dariusz Piontkowski pozwolił sobie na nawet dalej idącą sugestię. Polityk ocenił edukację seksualną w szkołach jako “wychowywanie przyszłych obiektów zainteresowań pedofilskich”.

“Jeśli ktoś próbuje te malutkie dzieci do tego zmuszać wprowadzając tego typu zajęcia, to może to niestety prowadzić do tego, że będzie to wychowywanie przyszłych obiektów zainteresowań pedofilskich i to wyraźnie potwierdzam”.

Powyższe słowa są szokujące, ponieważ o ile nawet głośne standardy WHO odnośnie edukacji seksualnej są kontrowersyjne, to jednak nawet w największym krytycyzmie w stosunku do nich mówienie o kształtowaniu ofiar dla pedofilów jest przekroczeniem granicy, za którą w większości krajów Zachodu znajduje się wykluczenie z  pełnienia funkcji publicznych. W istocie minister nie atakował bowiem samej edukacji seksualnej, ale ponownie nawiązał do Karty LGBT+ i prowadzonej przez PiS nagonki na mniejszości seksualne.

Jak widać, kierownictwo MEN się zmieniło, ale nie dość, że standardy nie uległy poprawie, to może się okazać, że polska szkoła trafiła przysłowiowo z deszczu pod rynnę. Anna Zalewska była skrajnie arogancką i nieudolną minister, ale jednak były granice, których nie przekraczała. Widać jednak, że w edukacji zaczyna się kolejny etap dobrej zmiany.

Depresja plemnika

Media informują o wzroście cen produktów w sklepach, które są coraz bardziej odczuwalne dla portfeli Polaków.

Wojciech Mann może mieć problemy w pracy po tym, jak subtelnie skrytykował na antenie premiera Mateusza Morawieckiego.

„Złożymy pozew o ochronę dóbr osobistych wraz z zapłatą zadośćuczynienia na rzecz organizacji dobroczynnej, np. WOŚP” – zapowiedział Jarosław Marciniak, sekretarz zarządu KOD. To reakcja na wypowiedź Marka Suskiego, szefa gabinetu politycznego Mateusza Morawieckiego.

Suski w TVP Info komentował przemówienie Donalda Tuska w Gdańsku podczas obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca. – Mówił do ludzi pod sztandarami KOD-u, że to wy jesteście ci dobrzy, uwierzcie w to. A tam wielu ludzi w KOD-zie to są osoby, które służyły obcemu mocarstwu i jeszcze mają przeszłość różnych służb PRL-owskich. Do takich ludzi, którzy tworzyli ścieżki zdrowia, bili robotników i byli po tamtej stronie okrągłego stołu, mówi, że to wy jesteście ci dobrzy i obalcie władzę, sugerując, że jest…

View original post 894 słowa więcej

 

Fajfusy kleru

Niemiecki psycholog Joachim Reich oferuje terapię księżom, którzy nie mogą sobie poradzić z celibatem. Jego zdaniem jedynie niewielka część duchownych radzi sobie z tym problemem.

W wywiadzie dla dziennika „Sueddeutsche Zeitung” Reich powiedział, że księża zwracają się do niego po pomoc „dopiero pod wpływem skrajnej presji”. – Czują się pozostawieni sami sobie. Mogą oczywiście opowiedzieć o swoich problemach z seksualnością na spowiedzi, ale wtedy problem ten się staje natychmiast kwestią winy i kary – wyjaśnił psycholog, który sam był księdzem, ale porzucił stan kapłański.

Jego zdaniem Kościół uważa, że księża powinni sami rozwiązywać te problemy i nie bierze odpowiedzialności za sposób dochowania ślubów. – Kto zdecydował się przyjąć święcenia kapłańskie, powinien sam sobie z tym poradzić – takie stanowisko zajmuje według Reicha instytucjonalny Kościół.

Recepta na celibat

– Niektórzy prowadzą podwójne życie, żyjąc w niejawnym związku. Inni mają romanse. A jeszcze inni zaspakajają swoje seksualne potrzeby odwiedzając prostytutki lub wyżywając się w czasie urlopu, by przez resztę roku przestrzegać wstrzemięźliwości. Są też tacy, którzy się onanizują lub korzystają z pornografii w internecie i erotycznych czatów. Wszystko to prowadzi jednak do ogromnego poczucia winy, bo jest przecież zabronione – powiedział psycholog.

Większość księży początkowo uważa, że jakoś poradzi sobie z celibatem. Po kilku latach widzą, że nie jest to takie proste. Wtedy muszą dokonywać wyborów: – Jedni pozostają przez lata przy seksualnej abstynencji, z większym lub mniejszym sukcesem, stając się często coraz bardziej sfrustrowani. Inni dochodzą do wniosku, że muszą wykorzystać istniejące możliwości: prostytucję, romanse, pornografię internetową. Ta grupa godzi się z własnym sumieniem –tłumaczy Reich.

Psycholog zaznacza, że księża bardzo cierpią, gdyż widzą, że nie mogą spełnić moralnych i kościelnych oczekiwań.

Zdaniem Reicha pedofile „z przekonania” stanowią wśród księży bardzo małą grupę. Problemem są „pedofile okazyjni”. To osoby niedojrzałe seksualnie, które jako księża znajdują się w sytuacji posiadania władzy i otoczeni są 15-letnimi ministrantami, którzy też poszukują własnej seksualności.

Rola seksualności w decyzji o zostaniu księdzem

Psycholog uważa, że temat seksualności odgrywa rolę przy decyzji o zostaniu księdzem. – Im trudniejsza lub bardziej napawająca lękiem jawi się seksualność, tym bardziej poszukuje się formy życia, która jest wysoko ceniona w społeczeństwie, a równocześnie stwarza wrażenie, że jestem w aseksualnej, świętej atmosferze. To całkowite złudzenie, ale do seminarium duchowego wstępują bardzo młodzi ludzie, pełni idealizmu – mówi Reich.

Depresja plemnika

Choć związki zawodowe zamiar przeprowadzania strajku w polskich szkołach ogłosiły grubo ponad miesiąc temu, a wyniki referendów strajkowych były ogłaszane na bieżąco przez ostatnie dwa tygodnie, to rząd Mateusza Morawieckiego zachowuje się niczym mityczni polscy drogowcy, których zaskoczyła zima. Wygląda na to, że rozmiary strajku i ilość nauczycieli, którzy dziś nie podjęli pracy, zszokowały nawet największych pesymistów w gabinecie premiera. Beata Szydło wrzucona przez premiera na minę poległa na całej linii, a to, co miało być dla niej szansą na wielki sukces w czasie kampanii wyborczej, w której planuje zdobyć rekordową ilość głosów, może się okazać wizerunkowym strzałem w stopę. Zwłaszcza jeśli potwierdzi się scenariusz, o którym piszą niektórzy dziennikarze.

Portal Onet dotarł bowiem do zaskakującego scenariusza, w którym Beata Szydło dołączy do kompletnie zmarginalizowanej obecnie szefowej MEN Anny Zalewskiej i w rozmowach z protestującymi centralami związkowymi zostanie odesłana na ławkę rezerwowych. Pierwsze skrzypce w negocjacjach z protestującymi, dzierżąc worek…

View original post 288 słów więcej

Kuchciński – skundlenie

„Wynik i tak jest już ustalony przez PiS. Szkoda fatygi. Tak jak w przypadku afery Srebrna… jakiej afery!? PiS nie ma żadnych afer” – komentują czytelnicy portalu dziennik.pl, ale PO i tak domaga się działań w sprawie „afery podkarpackiej” w CBA.

Zapowiada złożenie wniosku do Marszałka Sejmu o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Izby o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego.

 

 

W mediach społecznościowych od dawna już huczy, że do prokuratora generalnego, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i premiera Mateusza Morawieckiego wpłynęło zawiadomienie dotyczące przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez szefa CBA Ernesta Bejdę.

Złożył je prawnik b. agenta CBA, który twierdzi, że zatuszowano skandal obyczajowy z udziałem ważnego polityka PiS z Podkarpacia – informuje Radio Zet.

„W tle „afery podkarpackiej”, afery, która może polegać na skręcaniu sprawy przez CBA, w tle seks-afery pojawiają się nazwiska polityków PiS. Pojawia się nazwisko drugiej osoby w państwie” – ocenia poseł PO Marcin Kierwiński.

„Będziemy wnioskowali do pana marszałka Kuchcińskiego, aby na tym posiedzeniu Sejmu (3-4 kwietnia) pan marszałek Kuchciński zaprosił szefa CBA Ernesta Bejdę – ale przede wszystkim ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego – aby przed polskim Sejmem złożyli informacje na temat działań jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej. (…) Oczekujemy też, że wreszcie w tej sprawie zabierze głos sam marszałek Kuchciński. Powaga Sejmu RP tego wymaga” – dodał Kierwiński.

Kierwińskiego poparł cytowany przez portal poseł PO Paweł Olszewski mówiąc, że nie wyobraża sobie sytuacji, by przy tak poważnych zarzutach i wątpliwościach „przedstawiciele władzy zaangażowani w opisany proceder, chowali głowę w piasek”. Podkreślił, że „jeśli tego typu informacje są nieprawdziwe, to każdy polityk dbający o siebie pierwsze co robi, to wychodzi dementuje i idzie na drogę prawną”Olszewski sugeruje, że tym konkretnym przypadku „mamy do czynienia z próbą uniknięcia tego tematu…”

PiS jak Kuchciński – wydymać ciemny lud, bo to dla nich dzieci do wykorzystania.
Kuchciński – mamrot – jest metaforą PiS. Doskonałą – karzeł intelektualny, moralny.

Depresja plemnika

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali…

View original post 526 słów więcej

Krzyż jako pisowska maczuga

W poniedziałek na sali obrad Sejmiku Województwa Lubelskiego, tuż nad polskim godłem i tuż przed drugą sesją pojawił się krzyż. O powodach jego umieszczenia tak mówił radnym przewodniczący sejmiku Michał Mulawa z PiS:

„Chciałbym państwa poinformować, że na sali obrad sejmiku województwa lubelskiego został zawieszony krzyż. Krzyż, który jest symbolem chrześcijaństwa, krzyż, który ściśle wiąże się z funkcjonowaniem i powstaniem państwa polskiego, jak również powstaniem samej Unii Europejskiej, dzięki której, czy też przy pomocy której, samorząd województwa lubelskiego może realizować mnóstwo prorozwojowych dla naszego województwa projektów” – stwierdził Mulawa, zgrabnie splatając wątki katolickie z proeuropejskimi (najnowszy trend w partii Jarosława Kaczyńskiego). Światopoglądowa neutralność państwa już mu się w wypowiedź nie wplotła.

Radni również jakby zapomnieli o tej zasadzie, gdyż żaden z nich nie zaprotestował. Przynajmniej oficjalnie. Bo jak napisała na Twitterze dziennikarka TOK FM, radni okazali się być zaskoczeni decyzją przewodniczącego. Dzielnie więc dali temu wyraz w mediach społecznościowych. „Może by kogoś o zdanie zapytał?” – brzmiał jeden z komentarzy na Twitterze. „Nikt z radnych nie ma jaj, by to zdjąć?” – napisał ktoś inny.

Co ciekawe, właśnie na ostatni z komentarzy  zareagował … sam przewodniczący sejmiku Michał Mulawa. Odparował hardo: „To może Pan osobiście się pofatyguje? Proponuję wcześniej spotkać się przed urzędem, żebyśmy załatwili sprawę zgodnie z kodeksem Boziewicza”.  To już przynajmniej na pewno wiemy, że radnemu PiS bliższy jest polski kodeks honorowy, niż konstytucja. Trudno mówić zresztą o zaskoczeniu – PiS lubi sięgać po tradycję. A że wychodzi to karykaturalnie.. .

Depresja plemnika

„Podpisał nowelizację do nowelizacji o nowelizacji w sprawie nowelizacji w odniesieniu do nowelizacji, która była nowelizacją nowelizacji ustawy o SN. Podpisywał klęcząc!!!” – skomentował internauta podpisanie przez Andrzeja Dudę ustawy o Sądzie Najwyższym. To rzeczywiście siódma wersja ustawy.

A tak w TVN24 o podpisie prezydenta pod tą ustawą mówił Adam Bielan: – „My nie uważamy, że to było złamanie Konstytucji. Dalej uważamy, że mieliśmy w tym sporze rację, natomiast respektujemy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Skoro takie orzeczenie zabezpieczające zapadło, dzisiaj zostało podtrzymane, potwierdzone, to musimy się do tego dostosować”.  22 sędziów SN, w tym troje prezesów, przeniesionych pół roku temu poprzednią pisowską ustawą w stan spoczynku, wróciło do orzekania.

Nawet prawicowy dziennikarz Łukasz Warzecha ironizował na Twitterze: – „Towarzysze, nasza bohaterska armia, zadawszy ciężkie straty wrogowi, wycofała się na z góry zaplanowane pozycje”. Janusz Piechociński z PSL pospieszył z radą: – „Politykom PiS do nucenia piosenka Joanna Rawik…

View original post 2 328 słów więcej

 

Zaraza PiS dostaje odpór od kolejnej grupy zawodowej, nauczycieli

Nauczyciele tracą cierpliwość i podążając za policjantami opowiadają się za protestem w formie masowego brania zwolnień lekarskich, w kluczowych momentach roku szkolnego.

Domagają się tysiąca zł podwyżki, podkreślając, że ich zarobki są niższe niż w innych zawodach, z ponadto brakuje młodych ludzi, którzy chcieliby podjąć pracę w szkołach. Nauczyciele podkreślają, że ich zarobki w znacznym stopniu odbiegają od rynkowych. To powoduje, że wielu odchodzi z zawodu, a młodzi nie garną się do pracy w szkole. W samej Warszawie brakuje już 1600 nauczycieli.

Grożą, że jeśli ministerstwo nie potraktuje poważnie ich żądań, podejmą akcję protestacyjną. Możliwe, że będzie ona miała miejsce tuż przed egzaminami maturalnymi oraz tymi na zakończenie szkół podstawowych i gimnazjów. Nie wykluczają także działań w oparciu o ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych.

„Przygotowaliśmy ankietę. Do końca roku nauczyciele będą mogli się wypowiedzieć, jaką formę protestu powinniśmy podjąć” – powiedział „Rzeczpospolitej” Sławomir Broniarz, przewodniczący ZNP.

Dodał, że już przez pierwszą godzinę na ankietę odpowiedziało 3 tys. osób.  „Jak na razie większość osób opowiedziała się za skorzystaniem ze zwolnień lekarskich w newralgicznych okresach roku szkolnego” – oświadczył Broniarz.

Indoktrynacja pisowska na poziomie szkoły. Kłopoty z ustaleniem, kto pisze podstawy do nauczania młodzieży

Pierwsi zdziwieni swoją obecnością na liście MEN już są.

Minister edukacji musiała je w końcu podać, a zawdzięczamy to uporowi fundacji Przestrzeń dla Edukacji. – „O ujawnienie nazwisk autorów staraliśmy się bardzo długo. Cieszy nas, że wreszcie je znamy. To, co w całej tej sprawie jednak nas martwi, to fakt, że w ogóle musiało dojść do postępowania przed sądem administracyjnym. Nazwiska osób, które brały udział w tworzeniu podstaw, powinny być znane od dnia, w którym je poznaliśmy. Nazwiska autorów podręczników znamy, są na okładce każdej książki, dlaczego zatem przez tak długi czas nie wiedzieliśmy, kto przygotował podstawy programowe, które służyły autorom podręczników?” – powiedziała „GW” Iga Kazimierczyk z fundacji.

O ujawnienie nazwisk stoczona została bowiem wręcz batalia, która trwała od listopada 2016 r. Umowy zawarto ze 170 osobami na łączną kwotę ponad 800 tys. zł. O jej przebiegu m.in. w artykule „Zalewska musi ujawnić nazwiska autorów podstaw programowych”. Wyrok w tej sprawie NSA wydał w czerwcu tego roku, ale MEN dopiero teraz ujawniło nazwiska, zasłaniając się m.in. tym, że wyrok nie dotarł do resortu!

„GW” publikuje pełną listę autorów nazwisk, a tymczasem w sieci już pojawiły się sprostowania. – „Na liście, w której MEN ujawniło autorów podstaw programowych, znalazło się też moje – choć przekręcone – nazwisko. Oświadczam stanowczo, że nie brałam udziału w tych pracach – poza przesłaniem alternatywnej propozycji podstawy dla klasy IV szkoły podstawowej, która nie doczekała się żadnej odpowiedzi i za którą nie dostałam ani grosza. Swoją krytyczną opinię o podstawie wyraziłam podczas spotkania dyrektorów instytutów i dziekanów wydziałów historycznych oraz przy innych okazjach” – napisała na Facebooku Joanna Wojdon. Fundacja Przestrzeń dla Edukacji zapowiada, że poprosi MEN o wyjaśnienie tej sprawy.

Dla katolików to dramat, że część biskupów po raz kolejny w historii staje przeciwko demokratycznym, prozachodnim dążeniom Polaków. Jak w czasie Targowicy, powstań narodowych, walki o niepodległość. Obrzydliwa jest ta ustawka Gądeckiego z Adrianem przy milczeniu w sprawie sądów.

Earl drzewołaz

Z 6-dniową wizytą leci do Australii 60-osobowa delegacja z Dudą i Błaszczakiem na czele. Szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski chwalił się dzisiaj, że jednym z jej efektów ma być „podpisanie listu intencyjnego na zakup fregat rakietowych typu Adelaide, które mają wzmocnić polską Marynarkę Wojenną”.

Okazuje się jednak, że jeden z tych okrętów ma zostać… zatopiony u wschodnich wybrzeży Tasmanii. Jak poinformowało ministerstwo obrony Australii, które cytuje TVN 24, jedna z wycofanych ze służby fregat typu Adelaide, ex-HMAS Darwin, „po długiej i znakomitej służbie dostanie nowe życie jako wrak dla nurków”. Strach pomyśleć, w jakim stanie są pozostałe dwa, które chce kupić Duda z Błaszczakiem…

O dziwo – zakupowi używanych fregat przeciwny jest pisowski minister gospodarki morskiej, choć podaje inny powód. – „Nie zgadzamy się z tym, aby pozyskiwać stare jednostki australijskie i w ten sposób hamować proces budowy w polskich stoczniach nowych okrętów obronnych. My stoimy na niezmiennym i…

View original post 1 098 słów więcej

Duda niezłomny jak plastelina

Krzysztof Siemieński, były działacz „Solidarności”, miał otrzymać z rąk prezydenta Andrzeja Dudy Krzyż Wolności i Solidarności.

Siemieński odmówił Dudzie.

Działacz opozycji w czasach PRL Krzysztof Siemieński to kolejna osoba, która odmówiła przyjęcia odznaczenia z rąk Andrzeja Dudy. – „Poczekam z przyjęciem Krzyża Wolności i Solidarności do czasu, kiedy w Pałacu Prezydenckim zamieszka lokator rzeczywiście godny miana Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej” – napisał Siemieński w liście, który złożył w Kancelarii Prezydenta.

Siemieński podkreślił, że Andrzej Duda ślubował stać na straży Konstytucji i przekonywał, że jest człowiekiem niezłomnym. – „Nie kwestionuję pańskiego mandatu do pełnienia urzędu, na który został Pan powołany zgodnie z wolą większości wyborców głosujących w wolnych demokratycznych wyborach. Obejmując ten urząd, ślubował Pan jednak stanie na straży Konstytucji RP. Mówił Pan wtedy o sobie, że jest człowiekiem niezłomnym. Niestety, ze smutkiem stwierdzam, że niezłomny jest Pan co najwyżej jak plastelina w rękach prezesa rządzącej dzisiaj Polską partii” – podkreślił w liście.

Wyraził oburzenie z powodu tego, że Duda nie stanął w obronie Władysława Frasyniuka, „wyprowadzonego o szóstej rano z domu w kajdankach, z rękami skutymi z tyłu”. Siemieński napisał, że dziś jest tak samo zniesmaczony działaniem władz państwowych, jak wtedy, kiedy sam walczył z komunistyczną władzą.

Na swoim profilu na Facebooku umieścił skan dokumentu, który złożył w Kancelarii Prezydenta. Jak pisze Siemieński, zdaje sobie sprawę, że adresat tego listu prawdopodobnie nawet go nie przeczyta. – „Nie mogłem postąpić inaczej wobec tego, co dzieje się dzisiaj w Polsce. (…) gdybym postąpił inaczej, czułbym się jeszcze bardziej niekomfortowo niż teraz” – napisał były opozycjonista.

Minister edukacji narodowej Anna Zalewska ma kolejny „genialny” pomysł. Chce, aby szkolni katecheci mogli być wychowawcami klas. Według obowiązującego od 1992 r. rozporządzenia, osoby uczące religii w szkołach, nie mogą pełnić obowiązków wychowawców.

Projekt Zalewskiej dający możliwość powoływania katechetów na wychowawców klas trafił do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji publicznych. Rozporządzenie może zacząć obowiązywać w kolejnym roku szkolnym 2018/2019.

Przypomnijmy, że nauczyciel religii jest opłacany przez szkołę, ale o zatrudnieniu decyduje biskup, przyznając i odbierając misję kanoniczną. Dyrektor w praktyce nie może nawet zwolnić katechety. W szkołach religii uczą osoby świeckie, ale także księża i zakonnice. Program nauczania opracowywany jest przez Episkopat.

Jak swój pomysł uzasadnia MEN? – „Na potrzebę zmiany przepisu w tym zakresie wielokrotnie wskazywali przedstawiciele kościołów i innych związków wyznaniowych prowadzących nauczanie religii w szkołach. Kwestia ta jest także poruszana w interpelacjach poselskich oraz w zapytaniach kierowanych do Ministerstwa Edukacji Narodowej, zarówno przez dyrektorów szkół, nauczycieli religii, jak i rodziców” – napisano uzasadnieniu. Brakuje jeszcze stwierdzenia, że domagają się tego Polki i Polacy…

Zamiast krytykować trzeba się od nich uczyć. Wciskanie kitu to specjalność wielu. Tak się składa, że od ponad dwóch lat wyścig w tej kategorii prowadzą: jedynie słuszna partia rządząca oraz zaprzyjaźniona z nią część polskiego kościoła. Trzeba przyznać, że oba „podmioty” opanowały tę umiejętność do perfekcji. Dlatego nie krytykujemy tylko jesteśmy pełni uznania. Tym razem wyścig wygrywa nowatorska metoda wychowawcza kościoła. Mowa tu o nowym podręczniku do katechezy, który służyć będzie nauczaniu religii w polskich szkołach. 

Oto rada dla dzieci z rubryczki “Wprowadź w życie”: „postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“. Każdy przyzna, że umiejętność oszczędzania to szlachetna i pożyteczna cecha. W przypadku jednak zdolności do oszczędzania dla kogoś, możemy mówić już o wyższym stopniu umiejętności, być może nawet o swego rodzaju talencie. A kto nie chciałby mieć utalentowanego dziecka?

Kościół oczywiście nie potrzebuje tej kasy, bo ma w końcu nie byle jakie wsparcie bezdomnych. To jest wyłącznie szlachetny zabieg wychowawczy, który słusznie wprowadza lewaków w osłupienie podszyte zazdrością.

A tak serio? Od pewnego czasu naiwni pocieszają się, że tego już „ciemny lud nie kupi”, że tym razem oni sobie zaszkodzą, może nawet się „wyłożą”. Otóż nie, ciemny lud kupi więcej niż nam się wydaje.

Tomasz Moskal na koduj24.pl recenzuje książkę Anny Bikont „My z Jedwabnego”.

Żeby była jasność – nie mam najmniejszych wątpliwości, że o dobre imię własnego kraju trzeba dbać! Głównie jednak za sprawą mądrych, odpowiedzialnych zachowań, racjonalnej i rozsądnej polityki, która pielęgnując własną historię równocześnie szanuje partnerów. Nigdy przez wprowadzanie durnych, martwych, cieszących średnio wyedukowaną gawiedź przepisów, które jednocześnie osłabiają naszą pozycję międzynarodową.

To, że prezydent jest zakładnikiem myśli prezesa nie dziwi mnie w ogóle. Był czas przywyknąć. Nie mogę jednak zdzierżyć i najzwyczajniej mną trzęsie, gdy widzę jak bardzo ta niska, koniunkturalna i perfidna decyzja o grze antysemityzmem wpłynęła na instynkty. I jak w jej efekcie z najbardziej schowanych, brudnych i nikczemnych zakamarków wypełzać zaczęły ohydne narodowe, etniczne, społeczne, ekonomiczne i edukacyjne uprzedzenia…

Jak wiele okrutnych i plugawych słów padło. I jak wielu ludzi, także z grona moich znajomych, zdjęło maski, ukazując antysemickie, prostackie mordy. To akurat nie problem, będzie okazja, by uszczuplić grono moich „bliskich”. Gorzej, że ten cyniczny taniec z diabłem niszczy nadzieję i wiarę w to, że nie wszystko jeszcze stracone.

Nigdy nie mogłem zrozumieć, skąd w człowieku rodzi się pogarda rasowa. Z czego wynika nienawiść do innych ludzi tylko dlatego, że wierzą w innego Boga, mają inny światopogląd czy ciemniejszą karnację. Dziś zrzucam to na karb ignorancji, miałkości charakteru i kompleksów tych, którzy oblepieni narodowymi barwami często nie znają nawet własnej historii.

A wystarczy, zamiast karmić się populizmem, sięgnąć do źródeł. Przeczytać kilka książek, ogarnąć kilka świadectw, pojechać na Majdanek lub do Oświęcimia. A potem uderzyć się w pierś, uśmiechnąć do świata i spróbować zrozumieć ludzi! Tylko czy można tego oczekiwać od Imperium Ortalionu i dyktatury chamstwa, którym ta władza dała siłę i przekonanie o wielkiej wartości?

Jest wiele książek, świadectw, opracowań historycznych i relacji, po których przeczytaniu wielu osobom antysemicki krzyk zamarłby w gardłach. Jest wstrząsający „Dziennik z lat okupacji” Zygmunta Klukowskiego, fenomenalna książka Anny Kłys „Tajemnica Pana Cukra”, jest wreszcie coś, przy czym milkną wszelkie bezsensowne dywagacje – „My z Jedwabnego” Anny Bikont.

Wisława Szymborska napisała o niej: – „To jest najsmutniejsza książka, jaką czytałam napisana przez najbardziej pogodną osobę, jaką znam”. Ryszard Kapuściński uznał ją za: – „Jedną z najważniejszych i najbardziej dramatycznych książek w powojennej Polsce”, a Marek Edelman stwierdził, że: – „Lektura tej książki wywołuje niemal fizyczny ból, nie sposób się od niej oderwać. Anna Bikont z niezwykłą przenikliwością wczuwa się w cierpienie ofiar i daje porażający obraz nienawiści, która latem 1941 r. ogarnęła mieszkańców miasteczka Jedwabne, nienawiści, która pokutuje tam po dziś dzień”.

Lektura tej książki poraża. Oddanymi z reporterską dbałością o szczegóły historiami zaplanowanej metodycznie, odrażającej i ohydnej zbrodni dokonanej przez Polaków na Żydach. Zbrodni wynikającej z ignorancji, chęci wzbogacenia się kożuchem lub kołdrą, zawiści rasowej i materialnej. Zbrodni będącej efektem spirali niechęci, antysemickiej propagandy i jadu sączonego w proste głowy przez polityków, nacjonalistów, kler. Poraża także tym, jak zmowa milczenia wokół zbrodni przechodziła z pokolenia na pokolenie. A wraz z nią także nienawiść, pogarda i zawiść. Także względem tych, którzy chcieli uderzyć się w pierś. Poraża wreszcie tym, jak niewiele się wokół zmieniło…

Lektura książki Bikont nie jest sprawą łatwą. Ten głos i tę relację trzeba jednak poznać. Zanim zabierze się głos w gorącej dyskusji i wypowie słowa, które nie będą mieć żadnego znaczenia!

Bożena Chlabicz-Polak pisze o nowym demonie.

Oglądajcie „Telewizję Republika”. Od tego może zależeć wasza przyszłość i miejsce w narodowej wspólnocie. Bo demon krąży ponad Polską! Demon… intelektualizmu.

Tymczasem media adresowane do totalnej opozycji owszem, straszą na potęgę, ale głównie antypolonizmem i syberyjskimi mrozami. A o demonie cisza. Zmowa milczenia nie obejmuje – na szczęście dla nas wszystkich – źródeł informacji adresowanych do „suwerena”, bo tam nie tylko się o demonie informuje szeroko, ale nawet podejmuje działania naprawcze.

Tym większa więc zasługa redaktora Pawła Wrońskiego z „Gazety Wyborczej”, który w końcu zdemaskował wysłannika piekieł w tekście „Egzorcysta III…”. Pomógł mu przypadek. O problemie groźniejszym niż pandemia grypy skojarzona ze zwycięstwem opozycji w wyborach samorządowych dowiedział się programu w Telewizji Republika. I natychmiast poinformował o tym czytelników „Wyborczej”, chociaż dla nich na ratunek i tak jest już – zdaje się – za późno…

Demon bowiem – jak wynika z relacji redaktora – infekuje ofiary skłonnością do refleksji i myślenia krytycznego, czyli bezproduktywnego mędrkowania, awanturnictwa i dzielenia włosa na czworo. A że dodatkowe objawy opętania przez demona to utrata zdolności do bezwzględnego posłuszeństwa autorytetom i ślepej wiary w nieomylność przywódców, skutki epidemii mogą się okazać opłakane dla przyszłości całego narodu.

Przywleczony przez demona wirus intelektualizmu pokonuje barierę krew-mózg ofiary i dokonuje nieodwracalnych spustoszeń w korze nowej, zmieniając statystycznego suwerena (szczerego patriotę całym sercem popierającego „dobrą zmianę”) w zwolennika totalnej opozycji, czytującego do poduszki „Gazetę Wyborczą”. Ta straszliwa zaraza godzi więc w podstawowe wartości, odbiera tożsamość i dziesiątkuje zastępy prawdziwych Polaków, przerabiając ich na gromadę liberalno-lewackich marionetek na usługach Brukseli.

Na domiar złego, demon atakuje niepostrzeżenie. Zarażeniu intelektualizmem nie towarzyszą plamy na skórze, szpotawość kolan, skolioza świadcząca z daleka o spaczeniu charakteru, czy choćby kaszel albo chrypa. Jedyne, co może świadczyć o infekcji, to osłabienie wzroku, skutkujące noszeniem okularów. Co jednak – w dobie powszechnego dostępu do soczewek kontaktowych – jest łatwe do ukrycia. Innym objawem zakażenia bywa roztargnienie, przez które jednostki opętane przez intelektualizm dają się przyłapać w miejscach publicznych z egzemplarzem „Gazety Wyborczej” lub białą różą w aktówce.

O zarażeniu może też świadczyć umiarkowanie w komentarzach nieprzychylnych totalnej opozycji, sceptycyzm wobec niektórych ustaw forsowanych przez obóz władzy (na przykład tej o IPN) czy nieobecność na miesięcznicach smoleńskich. Bo – niestety – zakażeni trafiają się także w otoczeniu partii rządzącej i wśród jej zwolenników.

Co tam robią? Karierę, oczywiście. Co podpowiada im świeżo nabyty intelektualizm. Infekcja jest więc wyjątkowo niebezpieczna, a na dodatek nieuleczalna tradycyjnymi metodami. Bo nie da się jej wykurować żadnym antybiotykiem, niestety. Trochę pomaga szczepionka w postaci religii od przedszkola, ale lobby antyszczepionkowców nie bez racji przekonuje o groźnych skutkach ubocznych przymusowej immunizacji. Ta wyznaniowa być może odpowiada za epidemię antyklerykalizmu.

Rząd próbuje też zwalczać zagrożenie za pomocą reformy szkolnictwa, mediów publicznych i instytucji kultury, więc ogniska intelektualizmu zostały w ostatnim czasie wyraźnie ograniczone do największych miast po zachodniej stronie Wisły, co nie znaczy, że można już spocząć na laurach. Tym bardziej, że – jak dowodzą sondaże – opętanie skłonnością do racjonalnego myślenia ciągle dotyczy co najmniej 60 procent populacji.

Na szczęście jest jeden sposób. Egzorcyzmy mianowicie. I w tym cały kłopot. Bo skutecznym wypędzaniem demona intelektualizmu zajmuje się nad Wisłą zaledwie jeden ksiądz – Piotr Glas. To właśnie jego oglądał redaktor Wroński w Telewizji Republika.

Stacja w poczuciu misji regularnie gości egzorcystę przed kamerami, bo tylko w ten sposób może on dotrzeć z pomocą do szerokiego grona zagrożonych opętaniem. To zresztą sprawdzony patent. Już kiedyś, za Peerelu, też łatano braki kadrowe w służbie zdrowia za pomocą szklanego ekranu, z którego uzdrawiał publiczność Anatolij Kaszpirowski. Podobno miał wyniki. Więc może i tym razem…

A tak poza tym, to już samo oglądanie mediów sprzyjających „dobrej zmianie” powinno zresztą chronić przed działaniem demona, bo intelektualizmu w nich mniej więcej tyle, co siarki w zapałce.

„Powiedziałem premierowi Morawieckiemu, że sytuacja jest bardzo poważna, dotyczy bezpośrednio polskich interesów, reputacji i polskiej pozycji w świecie” – poinformował przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Obaj politycy spotkali się podczas nieformalnego szczytu państw europejskich w Brukseli i rozmawiali o kryzysie polsko-izraelskim.

Tusk stwierdził, że „trzeba zrobić wszystko, żeby zatrzymać dwie fale: po pierwsze – falę złych opinii o Polsce, a ta fala przypomina już dziś wręcz tsunami, i drugą falę – niemądrych i nieprzyzwoitych ekscesów, antysemickich wypowiedzi w kraju”. Jego zdaniem, „obóz rządzący ma wszystkie narzędzia, by zatrzymać obie te fale, jeśli tylko tego rzeczywiście chce”.

Były premier dodał, że „wszyscy ciężko pracowaliśmy w Polsce nad dobrymi relacjami Polski ze światem zewnętrznym, w tym Izraelem i wspólnotą żydowską. Nie możemy pozwolić, aby ktoś w kilka tygodni zrujnował całą tę robotę. Nie jest jeszcze za późno na konkretne działania, tak jak nie jest za późno na zwykłą ludzką przyzwoitość” – zaapelował do premiera Morawieckiego Donald Tusk.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, czym powinni zajmować się politycy, a czym historycy.

Czy politykom PiS właśnie na tym zależało, by przywrócić nasze relacje z Ukrainą z czasów, gdy zło między nami grało pierwsze skrzypce?

Zacznę od tego, że wszelkie akty przemocy, mające znamiona ludobójstwa, są dla mnie grozą nie do zrozumienia. Nieważne, gdzie miały one miejsce. Wołyń, Małopolska Wschodnia, tereny byłej Jugosławii, Rwanda, ZSRR… wszystkie one powinny być potępione i zapamiętane na zawsze jako największe zbrodnie człowieka przeciwko człowiekowi.

Dlaczego o tym wspominam? Od kilku tygodni PiS zafundowało nam niezłą jazdę, otwierając puszkę Pandory, czyli nowelizując ustawę o IPN. Wszyscy skupili się na jednym wątku, związanym z Holokaustem i antyżydowskimi działaniami Polaków podczas okupacji niemieckiej. W ferworze dyskusji, chwilami wręcz kłótni o interpretację nowego zapisu, grożącego karą więzienia każdemu, kto naruszy polską godność narodową, ginie gdzieś dodany artykuł 2a, odnoszący się do naszego wschodniego sąsiada. Patrz Ukraino i drżyj, bo nadchodzi czas, gdy Polska rozliczy Ciebie za działania antypolskie, którymi „są czyny popełnione przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1925–1950, polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności. Zbrodnią ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą Niemiecką jest również udział w eksterminacji ludności żydowskiej oraz ludobójstwie na obywatelach II Rzeczypospolitej na terenach Wołynia i Małopolski Wschodniej”.

Dla wielu Polaków ten zapis w ustawie jest satysfakcjonującym zadośćuczynieniem za krzywdy, jakich Polska doznała od Ukrainy. Za UPA, Banderę, Wołyń. Sprawiedliwości musi stać się wreszcie zadość, a i sama Ukraina powinna pochylić się nad zbrodniami, jakie miały miejsce w naszej wspólnej historii. Ciekawa jestem, czy ktokolwiek z tych, tak radośnie przyklaskujących znowelizowanej ustawie, zastanowił się choć przez chwilę, skąd ten Bandera, OUN, ta nienawiść do Polski. Dlaczego dla nas to terroryzm i zbrodnia, a dla wielu Ukraińców bohaterski akt walki o wolność i niezależność?

Pominę okres, gdy Bolesław Chrobry najeżdżał na Ruś. Nie będę wgłębiała się w historię aż do XIV wieku, kiedy to Bolesław Jerzy II, książę i pan Rusi, zawarł układ z Kazimierzem Wielkim i uznał go za dziedzica Rusi. Odpuszczę pojawiający się konflikt na tle narodowym i wyznaniowym, który zaowocował powstaniami w wiekach XVI oraz XVII. Mamy wiek XX. Zakończyła się I wojna światowa, a w Wersalu zwycięskie mocarstwa układały na nowo Europę. Polska odzyskała niepodległość. Ukraina miała podobne marzenie. Wprawdzie pierwszą decyzją konferencji w Wersalu było przekazanie Polsce tymczasowego zarządu nad ukraińską Galicją, jednak mocarstwa zastanawiały się, czy o przyszłości tych ziem nie powinien zadecydować plebiscyt, co dla Ukrainy było takim „światełkiem w tunelu”.

Już w latach 1917-1918 Ukraińcy, pełni poczucia krzywdy, wymierzyli „dziejową sprawiedliwość”, mordując ok. 2 tysięcy Polaków, co zdecydowanie wpłynęło potem na politykę władz polskich wobec nich. Natomiast w latach 1918–1919 Polska, realizując swój plan wytyczenia po swojemu polskiej granicy wschodniej, toczyła walkę o Lwów z Zachodnioukraińską Republiką Ludową, na Wołyniu z Ukraińską Republiką Ludową, w wyniku ofensywy 1919 roku zajęła cała Galicję Wschodnią po Zbrucz. W obliczu zagrożenia bolszewikami 21 kwietnia 1920 r. podpisana została umowa z atamanem Semenem Petlurą, na mocy której Polska uznała niepodległość Ukrainy, Ukraina zrzekła się pretensji do Galicji Wschodniej i części Wołynia i oba państwa nawiązały sojusz przeciwko bolszewikom. Po odbiciu Kijowa Piłsudski powiedział: – „Polska i Ukraina przeżyły ciężką niewolę. […] Wolna Polska nie może być istotnie swobodna, dopóki naokoło panuje wciąż hasło poddawania woli narodowej przy pomocy terroru. […] Szczęśliwym będę, kiedy nie ja – mały sługa swego narodu – ale przedstawiciele sejmu polskiego i ukraińskiego ustanowią wspólną platformę porozumienia. W imieniu Polski wznoszę okrzyk: Niech żyje wolna Ukraina!”.

Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy Polska podpisała z Rosją pokój w Rydze, kończący wojnę polsko – rosyjską. Szef polskiej delegacji Jan Dąbski, godząc się na wykluczenie Ukrainy jako pełnoprawnego partnera w rokowaniach, pogrzebał nadzieje Ukraińców na niepodległość. Również i sam Józef Piłsudski nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo propolska Ukraina miała w jego zamyśle stanowić bufor między Polską a bolszewicką Rosją. Ostatecznie jednak Galicja Wschodnia i zachodni Wołyń znalazły się w II Rzeczypospolitej, Ruś Zakarpacka weszła w skład Czechosłowacji, Besarabia i Bukowina w skład Rumunii, a większość terytorium dzisiejszej Ukrainy znalazła się pod władzą sowiecką jako Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka, od grudnia 1922 w składzie ZSRR.

Chociaż Polska podpisała tzw. „mały traktat wersalski”, który mówił o prawach mniejszości narodowych oraz zagwarantowała równe prawa wszystkim obywatelom Państwa Polskiego w konstytucji marcowej 1921 roku, to jednak w praktyce nie wyglądało to najlepiej. Władze polskie rozpoczęły natychmiastową polonizację Kresów Wschodnich. Spolonizowano urzędy, usuwając z nich wszystkich, którzy odmawiali składania przysięgi na wierność państwu polskiemu. Zlikwidowano także ukraińskie katedry na uniwersytecie we Lwowie, a studiować mogli jedynie ci, którzy odbyli służbę w Wojsku Polskim. W grudniu 1920 r. Sejm wydał ustawę o dużej pomocy finansowej dla byłych żołnierzy i inwalidów wojennych, którzy zdecydowaliby się osiedlić na Wołyniu.

Ukraińcy stawili ostry opór wobec działań polskiego rządu. Partie polityczne nie uznały polskiego państwa, zbojkotowano udział w spisie powszechnym, zaczęły powstawać tajne koła i stowarzyszenia, a od lipca 1921 r. rozpoczął swą działalność Tajny Uniwersytet Ukraiński, na którym studiowało 1500 Ukraińców. Wraz z innymi tajnymi uczelniami został on zlikwidowany przez polskie władze w 1925 roku. W ciągu 10 lat liczba szkół ukraińskich spadła z 2500 do ok. 500.

Trudno się dziwić, że wśród Ukraińców wzrastała coraz bardziej niechęć do polskiej władzy i rodzimy nacjonalizm cieszył się coraz większą popularnością. Wprawdzie sytuacja zmieniła się po przewrocie majowym, gdy piłsudczycy próbowali zmienić relacje polsko–ukraińskie na bardziej przyjazne, ale już w tym czasie ukraiński nacjonalizm mocno się zakorzenił, a poczucie krzywdy i niesprawiedliwości było zbyt silne, by Ukraińcy chcieli zaakceptować zmianę na lepsze. Mimo licznych inwestycji i działań na rzecz pojednania nacjonaliści ukraińscy nie dali się przekonać. W obawie przed zagrożeniem idei „narodowej rewolucji” utworzyli w Wiedniu Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). W ciągu pierwszych kilku miesięcy dokonali aż 200 aktów terroru i sabotażu, podpalając w Małopolsce Wschodniej gospodarstwa Polaków i „ugodowych” Ukraińców. Wówczas Piłsudski nakazał siłą przywrócić spokój. W ciągu 10 tygodni przeszukano setki ukraińskich gospodarstw, aresztowano 30 byłych posłów na Sejm, rozwiązano ukraińskie organizacje młodzieżowe, których struktury zostały opanowane przez nacjonalistów, zamknięto trzy gimnazja ukraińskie w Rohatynie, Drohobyczu i Tarnopolu. Policja prowadziła rewizje w poszukiwaniu broni i ulotek propagandowych. Nie obyło się bez licznych nadużyć. Dewastowano przy tym meble, niszczono żywność, stosowano nawet kary „chłosty”. Zeneida z Zamoyskich Koziełł-Poklewska wspominała: – „Polskie wojsko brutalnie pacyfikowało ukraińskie wsie. Słynne »tulipany« nie należały do rzadkości. Dziewczęta ukraińskie wieszano za nogi głową w dół i wtedy spadające spódnice przypominały tulipany”.

Mimo wielu prób uspokojenia sytuacji, spirala nienawiści coraz bardziej się nakręcała. W 1931 roku bojownicy OUN zamordowali Tadeusza Hołówkę, orędownika porozumienia polsko – ukraińskiego, a w 3 lata później ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, który próbował rozładować napięcia w Małopolsce Wschodniej. Przywódców OUN Stepana Banderę i Romana Szuchewycza schwytano i skazano na karę śmierci. W 1934 r. Polska wypowiedziała „mały traktat wersalski”, a prowadzona akcja przeciw prawosławiu, która spowodowała, że do 1938 r. zniszczono na Lubelszczyźnie 138 cerkwi, nie poprawiła relacji z Ukraińcami. Dochodziło do profanacji i niszczenia przedmiotów kultu religijnego, dewastowano cmentarze prawosławne i biblioteki. Władze polskie siłą starały się nawrócić na katolicyzm mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej. Wprawdzie w międzyczasie znowu próbowano załagodzić konflikt, wypuszczając, w ramach okazania dobrej woli, niektórych działaczy OUN z Berezy Kartuskiej, zamieniając Banderze wyrok śmierci na dożywocie, obniżając kary za przestępstwa polityczne, ale wydaje się, że była to już „musztarda po obiedzie”.

Potem mamy już lata II wojny światowej, pacyfikację wsi polskich przez ukraińskich nacjonalistów i w odwecie pacyfikacje wsi ukraińskich, które okrucieństwem nie różniły się między sobą. Po zakończeniu wojny mamy obóz w Jaworznie, przez który przeszło 3873 więźniów ukraińskich, w tym 823 kobiet i nieletnich. 162 osoby zmarły w nim, a ile zmarło już po wyjściu w następstwie tortur, tego już nie dowiemy się nigdy. Mamy akcję „Wisła” czyli wysiedlenia ludności ukraińskiej, łemkowskiej i bojkowskiej z Bieszczad. Jedni twierdzą, że jej celem było zniszczenie UPA, inni podkreślają, że w ramach odpowiedzialności zbiorowej dotknęła niewinnych ludzi.

Mamy za sobą lata ciężkiej, bardzo trudnej, pracy nad normalizacją stosunków sąsiedzkich z Ukrainą i… mamy teraz tę nieszczęsną nowelizację ustawy o IPN, która przywraca całe zło historii i czyni z niej narzędzie polityki. Polityki dla mnie zupełnie niezrozumiałej. Ukraina pała oburzeniem. Nacjonaliści ukraińscy podnoszą głowę. Padają słowa o żądaniu odszkodowania za polską okupację Ukrainy Zachodniej, o rozliczenie Polski za doznane krzywdy. Czy o to właśnie chodziło? Czy politykom PiS właśnie na tym zależało, by przywrócić nasze relacje z Ukrainą z czasów, gdy zło między nami grało pierwsze skrzypce?

Z historią tak już jest. Nigdy nie jest ona biała lub czarna. Każdy naród inaczej ją postrzega, inaczej ocenia, bo kieruje się swoim, narodowym myśleniem. Może warto pozostawić historię historykom. Może warto, by to oni, w zespołach polsko-ukraińskich wypracowali wspólne stanowisko, ustalili obiektywny przekaz faktów. Może warto wreszcie uwolnić historię od polityki, bo takie połączenie nigdy nie buduje, a raczej niszczy wzajemne relacje. I może warto, zanim samemu się oceni, najpierw dobrze poznać, dlaczego stało się tak, że człowiek stanął przeciwko człowiekowi, że miały miejsce tak straszne zbrodnie. Akurat w tym przypadku nie ma sensu rozkładania winy na szale i odmierzania, kto bardziej, kto mniej. Obie strony mają swoje za uszami. Obie strony nie wychodzą z tej historycznej potyczki zwycięsko. Obie strony nie mają czym się szczycić.

Kilka dni temu szef MSZ Ukrainy Pawło Klimkin powiedział: – „Gotów jestem uznać winę niektórych przedstawicieli Ukrainy czy oddziałów za zabijanie Polaków na Wołyniu. (…) A czy wy jesteście na to gotowi?”. Odpowiedzi polskich władz na te słowa nie usłyszałam…

Najważniejsza jest ideologia – to prawda znana od wieków. Zna ją również Prawo i Sprawiedliwość. Zresztą wszyscy wiemy, że „czym skorupka za młodu…” itd. Dlatego katastrofa smoleńska powinna być przez dzieci przemyślana i właściwie zrozumiana. Niektóre szkoły już o to zadbały.

W podlaskich gimnazjach oraz szkołach ponadgimnazjalnych ogłoszono po raz kolejny konkurs historyczno-literacki. Tym razem temat brzmi: „By czas nie zaćmił i niepamięć. W poszukiwaniu prawdy o Katyniu, Smoleńsku i Obławie Augustowskiej”. Sekretariat konkursu, jak informuje „Gazeta Wyborcza” mieści się w biurze poselskim Jarosława Zielińskiego, wiceministra spraw wewnętrznych i administracji.

Jak podkreśla Bożena Dzitkowska, p.o. kuratorka z Podlasia ma to być „wzmacnianie wychowawczej roli szkoły ku patriotyzmowi, szacunkowi do ojczyzny i historii”.

Zieliński uważa, że skoro posłowie uznali w kwietniu w 2010 r., że katastrofa w Smoleńsku ma prawo nosić miano największej tragedii w powojennej historii Polski, to w szkołach powinny być zorganizowane apele, akademie, spotkania, programy artystyczne i inne przedsięwzięcia o charakterze edukacyjnym. Równocześnie zaznacza, że nikt nie narzuca szkołom w jaki sposób mają uczcić rocznicę katastrofy. O tym mają decydować rady pedagogiczne i dyrektorzy szkół. Ważne jest jednak, by nie zaniedbywać polskiej historii.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie problem, którą wersję wydarzeń szkoła powinna wybrać. Właściwie my wszyscy nie wiemy, która jest obowiązująca. Z jednej strony mamy profesjonalny raport komisji Millera, z drugiej podkomisja smoleńska pod wodzą Macierewicza nadal „tworzy”. Czy więc od dyrektora szkoły i jego poglądów będzie zależało czego dowiedzą się uczniowie? Czy dojdzie do manipulacji młodzieżą i umacniania w nich przekonania, że katastrofa w Smoleńsku była zamachem, a nie wypadkiem?

Minister Zieliński nie widzi problemu, wręcz przeciwnie widzi pozytywne aspekty tej sytuacji. – „Chcemy też wiedzieć, czego w tej sprawie nie wiemy i młodzież będzie zapewne sobie wyrabiała na ten temat pogląd. Też wyrobi sobie pogląd na temat manipulacji dotyczącej katastrofy smoleńskiej”. I dalej: „Nawet jeśli sobie tylko uzmysłowi to, że ma kłopoty ze znalezieniem podstawowej wiedzy po ponad sześciu latach od katastrofy, to już jest dużo. To znaczy, że uświadomi sobie miejsce i okoliczności, w jakich żyje. Jeśli uświadomi sobie dalej, że prawda podlega manipulacji, to też dobrze. Uświadomienie sobie choćby tylko tego ma wartość”.

Post Navigation