Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Galopujący Major”

Protesty w obronie sądów

W obronie wolnych sądów (1) >>>

„Nazywam się Paweł Juszczyszyn, jestem sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie. Chcę przypomnieć: nam sędziom nie wolno się bać. Prawda i uczciwość ostatecznie zwyciężą. Apeluję do sędziów: bądźcie niezawiśli, odważni. Jesteśmy silni, nawet nie wiecie jak bardzo” – te słowa porwały tłum w Warszawie. W obronie sądów demonstrowała setka miast.

W obronie sądów (2) >>>

Olsztyński sędzia Paweł Juszczyszyn, który orzekał zgodnie wyrokiem TSUE, został bezpardonowo zaatakowany przez władzę: dostał zarzuty dyscyplinarne i został zawieszony. To jawne bezprawie sprowokowało ludzi do protestu.

W niedzielę 1 grudnia w obronie sędziów i sądów demonstrowało w Polsce tysiące obywateli w ponad setce miast. OKO.press było na demonstracji w Warszawie.

Białystok, Bydgoszcz, Drawsko Pomorskie, Gdańsk, Lębork, Łódź, Poznań, Rybnik, Szczecin, Warszawa i kilkadziesiąt innych większych i mniejszych miast – wszędzie tam protestowano w solidarności z sędziami i w imię niezależności polskiego sądownictwa. W manifestacjach wzięło udział tysiące obywateli, największe, kilkutysięczne demonstracje odbyły się w Warszawie i Poznaniu. Stolica dawno nie widziała tak dużej demonstracji prodemokratycznej.

Na miejscu byli Anna Wójcik i Maciej Piasecki z OKO.press.

„Frekwencja była dużo lepsza niż się wszyscy spodziewali, pod Ministerstwo Sprawiedliwości przyszło kilka tysięcy ludzi. Świetna atmosfera solidarności i jedności wśród ludzi zdeterminowanych, którzy doskonale wiedzą, dlaczego i po co tam są. Główny postulat to dymisja ministra Zbigniewa Ziobry, to wybrzmiewało najwyraźniej”

relacjonuje Anna Wójcik, w OKO.press specjalistka od prawa i Konstytucji, prowadząca też nasze Archiwum Osiatyńskiego.

„Ogromne wrażenie zrobiła krótka mowa sędziego Juszczyszyna, do boju skutecznie zagrzewał prof. Marcin Matczak. To była demonstracja mobilizacji i solidarności środowiska prawniczego. Jakie to ważne, było widać po przemówieniu studentki prawa, która mówiła, że protestujący są dla niej wzorem, ale zastanawia się, czy warto być sędzią w obecnej rzeczywistości”.

Protest był świetnie przygotowany. Przemówienia krótkie i treściwe, między nimi skandowaliśmy „Solidarność naszą bronią”, „Wolne sądy”, „Konstytucja” i szczególnie głośno „Zbigniew Ziobro musi odejść”.

Oto represje władzy

Olimpia Barańska-MałuszekKrystian MarkiewiczMonika FrąckowiakAlina CzubieniakWaldemar Żurek oraz inne osoby, ich bliscy i współpracownicy odczuwają codziennie skutki represji wobec sędziów. Ale bezpośrednia przyczyna demonstracji to represje wobec sędziego Pawła Juszczyszyna.

Zastępca Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych sędzia Michał Lasota wszczął 28 listopada 2019 postępowanie dyscyplinarne przeciwko Juszczyszynowi. Powód? Sędzia z Sądu Rejonowego w Olsztynie jako pierwszy zastosował się do wyroku TSUE i 20 listopada wydał postanowienie, w którym nakazał Kancelarii Sejmu ujawnienie list poparcia dla sędziów-kandydatów do KRS.

W związku z tym działaniem Rzecznik Dyscyplinarny zarzuca Juszczyszynowi przekroczenie uprawnień. Zaś nominat Zbigniewa Ziobry na stanowisku prezesa olsztyńskiego sądu – Maciej Nawacki – zwiesił Juszczyszyna w prawie do orzekania.

Nie damy się zastraszyć, panie Ziobro!

„Nazywam się Paweł Juszczyszyn, jestem sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie. Chcę wszystkim przypomnieć: nam sędziom nie wolno się bać, nie możemy ulegać, bez wolnych sądów, nie ma wolnych obywateli” – mówił na demonstracji w Warszawie Juszczyszyn.

I dodawał: „Prawda i uczciwość ostatecznie zwyciężą. Apeluję do sędziów: nie dajcie się zastraszyć, bądźcie niezawiśli, odważni. Jesteśmy silni, nawet nie wiecie jak bardzo. Róbmy swoje, trzymajmy się razem”.

Prof. Marcin Matczak: – Przyszliśmy tutaj, bo jesteśmy zatroskani, że żyjemy w kraju na opak. Sędzia jest ścigany, bo wydał zgodny z prawem wyrok, a premier, który nie wykonuje wyroku – jest hołubiony. Ci, którzy organizują kampanię nienawiści przeciwko uczciwym ludziom są nagradzani, a ich ofiary są ścigane. Nie chcemy żyć w kraju na opak!

Przemawiał również Wojciech Hermeliński, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku: „Pod adresem sędziów kierowane są haniebne słowa ze strony polityków. Nie jest winą tych sędziów, że rozpoczynali karierę w PRL-u. Proponuję tym politykom sprawdzić, czy na swoich dyplomach mają orła w koronie czy bez”.

Krystian Markiewicz ze Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia: „Sędzia Juszczyszyn stwierdził, że jego odpowiedzialnością jest wykonać wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Układ zamknięty stworzony przez tę władzę zadziałał.

Wszczęto wobec niego postępowanie, zarzuca mu się przestępstwo. Zabrano mu możliwość wydawania orzeczeń w imieniu RP. Zaczęto straszyć jego i wszystkich innych sędziów, którzy są gotowi wykonywać wyrok TSUE. Nie damy się zastraszyć, panie ministrze Ziobro”.

I dalej:  „Żądamy przywrócenia Pawła Juszczyszyna, powołania niepolitycznej KRS, likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, priorytetowego rozpoznawania spraw sędziów oraz żeby władza szanowała orzeczenia polskich i europejskich sadów, zwłaszcza TSUE”.

„Musimy to przejść, musimy nadejść, zostawić po sobie poświatę” – zaśpiewał Krzysztof Zalewski.

Jasny wyrok TSUE

OKO.press jako pierwsze medium poinformowało, że Sąd Okręgowy w Olsztynie nakazał Kancelarii Sejmu udostępnienie list poparcia sędziów-kandydatów na stanowiska w nowej Krajowej Radzie Sądownictwa.

Bezpośrednią przyczyną zarządzenia był wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który 19 listopada 2019 orzekł, że Sąd Najwyższy musi ocenić m.in. czy Izba Dyscyplinarna SN jest sądem niezawisłym i niezależnym w rozumieniu prawa europejskiego.

Kluczową kwestią przy badaniu tej sprawy jest także status KRS. TSUE wymienił, że Sąd Najwyższy będzie musiał ocenić m.in. takie czynniki, jak skrócenie kadencji poprzedniego składu Rady, wybór większości obecnego składu przez władzę ustawodawczą oraz utajnienie list poparcia dla kandydatów do KRS.

Ale sprawdzenie niezawisłości i niezależności wymaganej prawem europejskim leży także w gestii sądów powszechnych i administracyjnych. Co więcej, Trybunał wskazał, że:

„(…) sąd krajowy powinien, w ramach swoich kompetencji, zapewnić ochronę prawną przysługującą jednostkom na podstawie art. 47 karty praw podstawowych i art. 9 ust. 1 dyrektywy 2000/78 oraz zagwarantować pełną skuteczność tych artykułów, w razie konieczności poprzez odstąpienie od stosowania wszelkich przepisów prawa krajowego, które stoją z nimi w sprzeczności”.

W skrócie, jak ujęła to Ewa Siedlecka w „Polityce”, w razie niemożności pogodzenia prawa unijnego z krajowym, sędziowie powinni pomijać prawo krajowe i orzekać zgodnie z unijnym.

Aż 13 organizacji prawniczych (m.in. Archiwum Osiatyńskiego, Helsińska Fundacja Praw Człowieka) wystosowało apel do sądów o odmowę stosowania przepisów polskiego prawa, których skutkiem byłaby możliwość rozpoznania spraw sądowych przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

Władza idzie w zaparte

To co jest jasne dla TSUE, wiekszości prawników i organizacji broniących praw człowieka, nie jest jasne dla władzy PiS. Premier Mateusz Morawiecki w rozmowie z PAP 30 listopada przedstawił zdumiewającą interpretację wyroku Trybunału Sprawiedliwości. Oczerniał też sędziów, którym zarzucał politykierstwo i bronienie swoich przywilejów.

Morawiecki to kolejny obok prezydenta Andrzeja Dudy, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz wiceministra sprawiedliwości Sebastiana Kalety polityk najwyższego szczebla, który nastawia opinię publiczną przeciwko sędziom stosującym się do wyroku luksemburskiego Trybunału.

Premier Premier Morawiecki stwierdził, że „Trybunał powiedział wyraźnie, że z prawa europejskiego nie wynika jeden konkretny model ustroju sądownictwa, a tym bardziej taki model, z którym polska KRS byłaby niezgodna”.

Pierwsza część tej wypowiedzi jest prawdziwa: nie ma jednego modelu ustroju sądownictwa, który musi obowiązywać w całej UE. Natomiast każdy kraj musi zapewnić, aby wypracowany w nim model zapewniał prawne i rzeczywiste przestrzeganie niezależności i niezawisłości sądownictwa.

Druga część jest fałszywa. TSUE w wyroku wymieniał, jakie kryteria trzeba wziąć pod uwagę do oceny nowej KRS. Wymienił okoliczności związane z jej powołaniem i udziałem w nim polityków, a także kwestie dotyczące funkcjonowania tego organu.

Rozmowa sędziów z obrazem

Morawiecki ujawnił, że rząd nie przygotuje żadnych propozycji zmian legislacyjnych w związku z wyrokiem. O nową ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa apelowała m.in. I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf, a także byli sędziowie TK i SN, m.in. Andrzej Rzepliński, Stanisław Biernat, Wojciech Hermeliński, Ewa Łętowska, Jerzy Stępień, Andrzej Zoll i Adam Strzembosz.

Premier stwierdził za to, że wątpliwości co do konstytucyjnego umocowania organów państwa – takich jak KRS – powinien rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny, a nie sądy powszechne czy nawet Sąd Najwyższy.

To zapowiedź, że po wydaniu orzeczeń przez Izbę Pracy SN – co ma się stać przed świętami Bożego Narodzenia – do Trybunału Konstytucyjnego zostanie skierowany wniosek w sprawie KRS. Nie można wykluczyć, że kwestię nowej KRS rozstrzygnie skład TK z nowym sędziami, Stanisławem Piotrowiczem lub prof. Krystyną Pawłowicz.

Kmicic z chesterfieldem

Mówiąc cynicznie, opozycja dziś powinna po cichu wspierać Banasia i trzymać za niego kciuki i mówić „Marian, nie poddawaj się”, bo to jest sytuacja niszcząca dla PiS-u – mówi prof. Marek Migalski. – Jesteśmy państwem rozchwianym, rozmontowywanym, wewnętrznie niespójnym. Nie mam poczucia powagi polskiego państwa w tej sytuacji, bo jeżeli to państwo dopuściło kogoś takiego jak pan Banaś na jeden z najwyższych urzędów państwowych, a teraz nie potrafi sobie z nim poradzić, to to nie buduje powagi Rzeczpospolitej – dodaje

JUSTYNA KOĆ: O co chodzi w tej grze Mariana Banasia z PiS-em? Dwa dni temu wyglądało na to, że mamy układ – Banaś oddaje NIK pod kontrolę PiS-u mianując polityków tej partii na wiceprezesów NIK-u, a PiS zostawia Banasia w spokoju.

MAREK MIGALSKI: Też miałem wrażenie, że został zawarty jakiś pakt między Banasiem a PiS-em, dlatego że nominacje na wiceprezesów musiały być konsultowane z Nowogrodzką, a po drugie politycy tej partii robili wszystko na komisji pod przewodnictwem posła Szaramy, żeby to zostało szybko i sprawnie przeprowadzone. Wyglądało, że został zawarty jakiś układ, który ma pozwolić obu…

View original post 3 724 słowa więcej

 

Banaś, czyli jak PiS urządza kobietom piekło na Ziemi

„Paolo” mówi: „Dzwonię do Banasia − wystukuje numer. − No cześć. Jakiś facet przyszedł upierdliwy, z telewizji”. „Paolo” to jeden z braci K., o którym wiadomo, że należał do brutalnej mafii sutenerskiej. Siedzi w recepcji hotelu znajdującego się w kamienicy należącej do prezesa NIK Mariana Banasia. Hotel wynajmuje pokoje „na godziny” i nie wydaje paragonów. Galopujący Major pisze o kolejnej aferze PiS.

Od kilku dni media i dziennikarze, przynajmniej ci nie w mundurach, żyją sprawą Mariana Banasia – pisowskiego szefa NIK, a wcześniej szefa Krajowej Administracji Skarbowej. Jak ujawnił Bertold Kittel w Superwizjerze, najprawdopodobniej Banaś wynajmował kamienicę osobom powiązanym z grupą przestępczą.

Przypomnijmy, Marian Banaś, od 2015 roku wiceminister, a od czerwca 2019 minister finansów, 30 sierpnia został powołany na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Osoby obejmujące to stanowisko podlegają kontroli służb specjalnych. Kontrola oświadczenia majątkowego przez CBA została przedłużona z powodu kamienicy w Krakowie, którą Marian Banaś wynajmował na usługi hotelowe. Dziennikarz Superwizjera Bertold Kittel zajrzał do oświadczenia majątkowego i odkrył, że nie ma tam informacji o tym, że kamienica objęta jest hipoteką w wysokości 2,5 mln zł. Kredyt został udzielony firmie, której współwłaścicielem jest syn prezesa NIK – Jakub. To jeszcze nie wszystko. Marian Banaś został właścicielem krakowskiej kamienicy przy ul. Krasickiego 24 już w maju 2000 roku, ale w oświadczeniu majątkowym wykazał ją dopiero w 2015.

Dalej jest jeszcze lepiej. Okazało się, że pensjonat, który mieścił się w kamienicy prezesa NIK, wynajmował pokoje „na godziny”, a za usługę nie wydawał paragonów. Dziennikarz w hotelowej recepcji spotkał jednego z braci K., ps. „Paolo”, o którym wiadomo, że należał do mafii sutenerskiej, skazanego za pobicie z użyciem niebezpiecznego narzędzia.

Choć prezes NIK twierdzi, że nie wie, jaki interes prowadzony był w należącej do niego kamienicy, siedzący w hotelowej recepcji „Paolo” ma prywatny numer telefonu Banasia, do którego zadzwonił przy dziennikarzu. Kamienica była wynajmowana po przyjaznej cenie 5 tysięcy złotych miesięcznie. W pokojach na godziny krakowskie prostytutki przyjmowały klientów.

TO ŻADEN „DOM SCHADZEK”

Wiele pojawiło się w tej sprawie słów oburzenia na to, skąd Banaś miał kamienicę i skąd jeszcze ma kilka innych nieruchomości, skoro całe życie zarabiał jako urzędnik. Wiele razy pytano, czy zapłacił podatek, dlaczego kamienicę wynajmował trzykrotnie poniżej jej wartości, czemu opowiadał, że nie jest jej właścicielem, skoro cały czas wpisany był w księdze wieczystej.

I wiele, doprawdy za wiele padło słów o tym, że gangsterzy urządzili w kamienicy „pokoje na godziny” i „dom schadzek”. Tymczasem nie, w kamienicy Banasia nie było żadnego domu schadzek, pokojów na godziny. W kamienicy Banasia był najprawdopodobniej niewolniczy system przemocy i okrutnego wyzysku, zbrodniczy system wykorzystywania kobiet.

Jest wielce możliwe, że w kamienicy Banasia bito kobiety, zmuszano je do prostytucji, straszono, że zostaną wystawione na trasę i być może także nimi handlowano. Tak bowiem wygląda rzeczywistość gangsterskiego burdelu, nie tylko w Polsce, ale wszędzie na świecie. Całkowite upadlanie kobiet, zmuszanie ich do najgorszego, w imię gangsterskich zysków. Eufemizmy o „pokojach na godziny” i „domach schadzek” to klasyczny język maskujący przemoc, oswajający ją, co w konsekwencji prowadzi do lekceważenia i trywializacji. Schadzka − brzmi to przecież tak przyjemnie jak romans nastoletnich kochanków, prawda? Pokój „na godziny”, czy nawet „na godzinki”, doskonale ułatwia odrzucanie ewentualnych rozterek moralnych przy korzystaniu z niewolnic seksualnych.

Owszem, istnieje na lewicy spór odnośnie do traktowania kobiecej prostytucji albo jako swobodnego dysponowania ciałem przez kobietę (wersja liberalna), albo jako bycia ofiarą warunków ekonomicznych (wersja lewicy ludowej). Ale w obu przypadkach mówimy o prostytucji bez fizycznej przemocy, bez alfonsów, bez burdeli rządzonych przez przemocowych gangsterów.

Tymczasem jest możliwe, że właśnie gangsterski przybytek od wielu lat funkcjonował w kamienicy Banasia. Zarządzany nie przez zwykłego gangstera, tylko gangstera, który o swój biznes z maczetą w ręku walczył z innymi gangsterami w Krakowie. Jak myślicie, jak taki człowiek traktuje kobiety w swoim burdelu?

Gangster obwieszony sygnetami, który przy dziennikarzu dzwoni, jak mówi, do Banasia, szefa NIK, i oczywiście jest z nim na „ty”, jest nie tylko symbolem tej władzy, która, jak widać, dorobiła się już własnych alfonsów, ale też symbolem tego, jak ta władza traktuje przemoc wobec kobiet. Widzieliśmy to na przykładzie radnego Piaseckiego i pomysłów Ziobrowskiej prokuratury, aby za katowanie żony karać komicznymi pracami społecznymi. Widzieliśmy to na przykładzie posła Zbonikowskiego, długo trzymanego w ławach poselskich, podobnie jak i senatora Bonkowskiego.

Widzimy to teraz na przykładzie Mariana Banasia. Bo przecież Banaś nawet nie podał się do dymisji. On tylko czeka do 13 października, by następnego dnia znaleźć się w biurze i śmiać prosto w twarz całej opinii publicznej.

Kmicic z chesterfieldem

Komitet Inicjatywy Obywatelskiej chce powołania komisji, która wyjaśni przypadki pedofilii w polskim Kościele. Dziś w Sejmie – na ręce marszałek Witek – złożony został wniosek o zarejestrowanie komitetu. Stworzyli go m.in. Jolanta Banach, Barbara Labuda, Piotr Bauć, Michał Wojciechowicz.

Od dnia zatwierdzenia komitetu przez marszałek Sejmu będzie on miał trzy miesiące na zebranie 100 tys. podpisów pod projektem ustawy o Komisji Prawdy i Zadośćuczynienia ds. wyjaśnienia pedofilii w Kościele katolickim. Jeśli zbiórka się uda, projekt będzie rozpatrywany przez przyszły Sejm.

– „Obywatelski projekt komisji ds. pedofilii różni się od rządowego tym, że odnosi się do problemu ukrywania pedofilii w Kościele – podkreśliła koordynatorka projektu Jolanta Banach. – „Wprowadza mechanizmy i sposoby, dzięki którym Kościół i jego władze będą musiały współpracować z organami państwa, wydawać dokumenty kościelne. Będziemy mogli skutecznie przeciwdziałać ukrywaniu przypadków nadużyć seksualnych przez duchownych. Krótko mówiąc, nie będzie można przenosić księży, dopuszczać księży po wyrokach do pracy z…

View original post 1 828 słów więcej

 

PiS wraz z klerem dalej będą bzykać Polskę?

Najnowszy felieton posła Stefana Niesiołowskiego m.in. o abp. Głódziu.

Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycję, że PiS szykuje nam Polexit. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u – mówi w rozmowie z nami dr Marek Migalski, politolog. Pytamy też o strategię na kampanię w nadchodzącym maratonie wyborczym. – To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co w 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Lokomotywą kampanii będzie premier Morawiecki.

JUSTYNA KOĆ: Za nami konwencja PiS-u, gdzie przemawiał od dawna niewidziany prezes, jednak widać było, że to Mateusz Morawiecki grał pierwsze skrzypce.

MAREK MIGALSKI: Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Nie było strategiczne, nie wyznaczyło nowych kierunków, ono było interesujące z jednego chyba tylko powodu; prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycje, że PiS szykuje nam Polexit. Ten sam element znalazł się zresztą w wypowiedzi premiera Morawieckiego. Wnoszę stąd, że ten argument opozycji wydaje się skuteczny. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u. Całkowicie zgadzam się też z pani opinią, że

głównym aktorem tej konwencji był premier Morawiecki, zatem to jest pomysł PiS-u na kampanię.

Nawet w spocie zaprezentowanym podczas konwencji bardzo charakterystyczne jest to, że nie pojawia się inny polityk niż premier Morawiecki i to kilkanaście razy. Wnioskuję z tego, że kampania samorządowa będzie oparta na premierze, a nie prezesie Kaczyńskim czy innych kandydatach. Oczywiście lokalnie kampanie będą oparte na swoich kandydatach, jednak ta ogólnopolska będzie oparta na premierze.

Z tym wiąże się kolejna sprawa. Proszę zauważyć, że i z ust premiera, i prezesa pojawiło się powtórzenie tego szantażu, który wcześniej został sformułowany m.in. przez Tomasza Porębę czy innych polityków, choć wtedy wydawał się dość przypadkowy. Dziś wiemy, że nie, że

te samorządy, w których zwyciężą kandydaci PiS-u, będą dofinansowane z budżetu państwa. Te, które okażą się opozycyjne, mogą zostać za to ukarane. Oczywiście obaj – premier i prezes – mówili to dość zawoalowanie, ale widać, że to będzie główna narracja tej kampanii.

To chwyt poniżej pasa?
Gdyby pani zapytała etyka, pewnie on znalazłby na to tylko najostrzejsze słowa. Politolog, oprócz tego, że może wyrazić swoje oburzenie, to musi przyznać, że to może być skuteczne. Czy ten „chwyt poniżej pasa” skłoni wyborców do postąpienia tak, jak ten komunikat i szantaż brzmi, tego nie wiem. Opozycja znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji, bo ten chwyt jest tyleż podły, co może okazać się skuteczny.

Opozycja powinna próbować uświadomić wyborcom, że ten szantaż może być skuteczny tylko wtedy, kiedy PiS zwycięży w wyborach parlamentarnych, a tak przecież nie musi się stać.

Wtedy efekt może być odwrotny, bo ta broń jest obosieczna; może się okazać, że nowa władza, która odsunie PiS od rządzenia, może zachować się równie brutalnie jak dziś partia Jarosława Kaczyńskiego.

Wróćmy do wątku europejskiego. Czy to znaczy, że słowa Jarosława Gowina o możliwym nieuznaniu wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, które zapoczątkowały dyskusję o Polexicie, mogły nie być uzgodnione z Nowogrodzką?
Jestem przekonany, że ta wypowiedź Gowina była charakterystycznym dla niego „strzelaniem z automatu” po wszystkich, bez uzgodnienia z Kaczyńskim. Jarosław Gowin ma taką tendencję do mówienia rzeczy, które ściągają nie tylko na niego, ale i cały obóz polityczny kłopoty. To zresztą bardzo szybko wyczuła opozycja, bo gdyby tak nie było, to byśmy dziś jeszcze o tym nie rozmawiali. Przecież Grzegorz Schetyna i Katarzyna Lubnauer zapowiedzieli, że będą składać wniosek o dymisję Gowina właśnie w kontekście jego wypowiedzi o TSUE, a to znaczy, że „poczuli krew”.

To też oznacza, że opozycja także dysponuje badaniami, które pokazują, że możliwy Polexit jest dziś kłopotliwy dla PiS-u. Elektorat PiS-u jest w materii europejskiej skomplikowany. W większości jest jednak proeuropejski. Jeżeli opozycji uda się przykleić PiS-owi łatkę partii eurosceptycznej, będzie to duży problem dla Kaczyńskiego i jego partii.

Premier Morawiecki, główna gwiazda konwencji, złożył kolejne obietnice. Ukierunkowane na samorząd, ale każdy coś dostał – seniorzy, samorządy, gospodarstwa domowe. Pytanie, czy ktoś w to wierzy. 
Zacznę od wyrażenia żalu, że nie mamy 200-letniej rocznicy, bo w zapowiedziach premiera okazało się, że na 100-lecie odzyskania niepodległości będzie 100-bajtowy internet. Rozumiem, że gdybyśmy niepodległość uzyskali 200 lat temu, bo byłby 200-bajtowy internet. A mówiąc poważnie, to premier sformułował nową „piątkę Morawieckiego” i będzie z nią tak jak z pierwszą piątką.

Możemy przeprowadzić taki test: kto z czytelników pamięta cokolwiek z pierwszej „piątki”? Ja już nawet nie pytam, czy to zostało przeprowadzone, zrealizowane, czy nie, oprócz 300 Plus. Odpowiadając na pytanie, czy ktoś to kupi, to będą to ci sami, którzy kupili pierwszą opowieść Morawieckiego.

Sondaże pokazują, że PiS nie wygra wyborów samorządowych, nie przejmie dużych miast. PiS przestał być teflonowy?
Z wyborami samorządowymi to jest tak, że każdy będzie przekonywał, że te wybory wygrał, bo te wybory mają to siebie, że nie ma jasnych wygranych i przegranych. Natomiast rzeczywiście wiele wskazuje na to, że ten walec PiS-owski nie rozjedzie już opozycji. Gdyby się okazało, że PiS nie tylko nie przejmie dużych miast, ale też nie będzie w stanie stworzyć większości koalicyjnych w sejmikach w większej ilości niż w 8, to można będzie powiedzieć, że PiS jest do pokonania. To będzie znak, że PiS to nie są Niemcy w piłce nożnej. To drużyna, która zaliczyła sukces w 2015, ale po 3 latach rządów nie powtórzyła już tego sukcesu. Przypomnę tylko, że

to będą pierwsze wybory od 3 lat, więc będzie chęć wyrażenia niechęci wobec PiS-u. Podejrzewam, że elektorat anty-PiS się zmobilizuje, bo będzie mógł pokazać sprzeciw, a nie tylko złościć się przed telewizorem. Z drugiej strony będzie też mobilizacja elektoratu PiS-owskiego, bo te wybory będą pewnego rodzaju plebiscytem.

Wysuwanie na czoło kampanii premiera Morawieckiego to powtórzenie manewru z poprzednich wyborów, gdzie też nie prezes, a Beata Szydło i Andrzej Duda wiedli prym w kampanii?
To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Ciekawe jest jeszcze co innego,

w przemówieniu Kaczyński zawarł jeszcze jeden komunikat, bardzo ważny, który był powtórką z ostatniej kampanii – że nie będzie rozliczeń, represji itd. Dokładnie to samo zrobił na dwa miesiące przed wyborami 2015 roku, ukazując łagodną twarz.

Robert Biedroń już oficjalnie potwierdził, że nie będzie startował w wyborach na prezydenta Słupska. – Czas zacząć nowy rozdział – powiedział.
Ja też nie będę kandydował na prezydenta Słupska, ale mówiąc poważnie – jasne jest, że on ma plany ogólnopolskie. Jasne jest też, że nie mógł startować w wyborach samorządowych. Gdyby je wygrał, to musiałby zrezygnować za pół roku, gdyby przegrał, to byłoby jeszcze gorzej, zważywszy że chciał budować coś ogólnopolskiego.

Biedroń wie, że jemu lepiej będzie w Brukseli niż w Słupsku.

A w Warszawie, w polskim parlamencie?
Jeśli ma plany na Sejm i Senat, to tym bardziej musi wystawić listę w wyborach europejskich, zwłaszcza że te wybory będą dla niego najłatwiejsze. W nich jest relatywnie niski próg wyborczy, jest niska frekwencja – około 25 proc. – głosować chodzą raczej duże miasta i elektorat wykształcony. Jeśli taka socjalliberalna czy lewicowa inicjatywa ma powstać, to największe szanse ma właśnie w wyborach europejskich. Biedroń musi też przetestować siebie i wyborców i pokazać, że są w stanie zrobić przynajmniej 10-proc. wynik.

PiS jest brutalnie szczery. Chce mieć wpływ na wszystko. Chce nowoczesnej dyktatury, choć mówi o samorządności.

Kiedyś nazywało się to numerem „na cegłę”. Z zaułków warszawskiej Pragi wyskakiwał na ulicę Czarny Maniuś (albo jeden z jego kolegów) i rzucał do przechodnia propozycję nie do odrzucenia: kup pan cegłę. Inteligentny spacerowicz cegłę rzecz jasna nabywał, płacąc całą zawartością portfela. No i uchodził, zwykle cały i zdrów. Idiota zadawał najgłupsze w tej sytuacji pytanie: ale dlaczego? Zostawał bez portfela oraz (w najlepszym razie) istotnej części uzębienia.

Dykteryjka przypomniała mi się, kiedy zobaczyłem wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, otwierającego kampanię samorządową PiS. Prezes, wsparty przez Premiera, złożył Polakom propozycję z podobnego gatunku. Takich, co to padają tylko raz. Albo w wyborach samorządowych zagłosujecie na nas, czyli na PiS, (i możecie liczyć na rządową kasę) albo oddacie głos na totalną opozycję. A wtedy my was tak urządzimy, że się przez 5 lat nie poznacie.

W oryginale brzmiało to tak: musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy samorządów, które będą współpracować z rządem czy takich, które będą ten rząd atakować. Czy chcemy samorządu warczącego na rząd, czy z nim współpracującego. 

No więc słuchaj Polaku: albo zagłosujesz na PiS albo współpracy w terenie nie będzie – czyli rządowej kasy tam nie zobaczysz.

Ten uroczy szantaż ma niestety, spore szanse powodzenia. Ubrany w szaty rozsądnej propozycji jest składany Polakom przez partię, która albo już ma w rękach wszystko albo nie ukrywa, że chce wkrótce mieć. Partia na pewno ma pieniądze, publiczne, które bez żadnego skrępowania albo rozdaje na prawo i lewo albo obiecuje rozdać. To może skusić.

Dlatego warto przestać posługiwać się wytrychami. I nazwać rzeczy wprost. Dla Kaczyńskiego nie istnieje coś takiego jak samorządność i samorząd. Na kpinę zakrawają hasła, jakie w ramach nowego (którego to już…?) planu przedstawia PiS. Czy Kaczyński z Morawieckim naprawdę wierzą, że z Nowogrodzkiej albo z Kancelarii Premiera załatwią mi ciepły dom, chodnik przed szkołą i atrakcje dla mnie – seniora?

Odpowiedź brzmi: wierzą. Bo są święcie przekonani, że centralizm demokratyczny (czyli coś między komitetem centralnym partii a aktywem w terenie) to znakomity sposób na rządzenie Polską. Bo uznają, że ludzie w miastach i wsiach albo są z PiS, albo są za głupi, żeby dostać jakąkolwiek realna władzę. Bo nie wierzą, nie ufają i nie dopuszczają myśli, by ktokolwiek poza nimi samymi, był zdolny unieść ciężar władzy. A poza tym nie ufają nikomu, bo skoro kilku zdolniejszych zawodników z Wałęsą na czele, lata temu, wykiwało Kaczyńskiego, to znaczy, że nikomu ufać nie można.

To myślenie jest w totalnej kontrze do tego, po co powstał samorząd. Do dzielenia się władzą, do przenoszenia kompetencji na niższy szczebel, do pozwalania ludziom, by decydowali, na co idzie publiczny grosz.

PiS w tym wszystkim jest jednak – co należy odnotować – brutalnie szczery. Chce silnej władzy – choć nie mówi, że pełnej, absolutnej i przez nikogo nie kontrolowanej. Chce decydować o każdej publicznej złotówce – choć nie dodaje, że nie toleruje odmiennych opinii, co z nią zrobić. Chce mieć wpływ na wszystko – choć nie przyznaje, że gdyby mógł, pogoniłby to opozycyjne warcholstwo w cholerę. Krótko mówiąc – chce nowoczesnej formy dyktatury, choć usta ma pełne frazesów o wolności i demokracji.

Konwencja samorządowa PiS była jednocześnie początkiem wielkiego objazdu po kraju, jaki rozpoczął, rajdem do Łowicza, premier Morawiecki. Trzeba się przygotować na zalew obietnic, deklaracji i deszcz wirtualnych pieniędzy. Ale zanim 21 października ktoś uwierzy w te miliardy rzucane na stół, wizje mostów, linii kolejowych, autostrad w każdej gminie i cholera wie czego jeszcze, warto powiedzieć: sprawdzam.

I zapytać, jak się mają obiecywane niedawno polskie, elektryczne samochody, co z rozwojem energii jądrowej, budową połączenia gazowego z Norwegią czy nowoczesnym systemem transportowym, otwarty na transport autonomiczny czy kolej próżniową???

Halo! Czy leci z nami pilot? Kolej próżniową obiecywał Morawiecki, ktoś wie co z tym wynalazkiem…?

Koniec żartów. Obywatelu! Sprawdź stopień swojego zidiocenia i powiedz – czy wierzysz w te wszystkie kolejne, tym razem samorządowe, cuda?

Pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego przy biernej postawie żandarmerii spoliczkowała publicznie protestującą pokojowo kobietę. Oto efekt szczucia rządu PiS-u na obywateli gorszego sortu, który zapoczątkował i kontynuuje Jarosław Kaczyński.

Pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego niczym SS-manka z obozu koncentracyjnego, przy biernej postawie żandarmerii spoliczkowała publicznie protestującą pokojowo kobietę. Oto efekt szczucia rządu PiS-u na obywateli „gorszego sortu”.

Nie słyszałem, żeby ktoś z KOD-u lub Obywateli RP zrobił coś podobnego. Zapewne natychmiast byłby skuty, aresztowany, wywieziony na komisariat i po chwili miałby postawione zarzuty najcięższego kalibru typu: dokonanie aktu terrorystycznego, czynnego napadu na funkcjonariusza państwowego, lub coś równie absurdalnego.

Tymczasem prezes opowiada na konwencji PiS, że to jego partia jest atakowana w sposób wykraczający poza normalną krytykę polityczną. Prawda jest jednak taka, że to publiczne spoliczkowanie jest efektem szczucia, który zapoczątkował i kontynuuje Jarosław Kaczyński.

Sami zobaczcie jak przedstawicielka tej władzy jest chroniona w zamkniętej strefie dla VIP-ów.

https://www.facebook.com >>>

Tymczasem w PiS-owskich mediach ta agresorka została okrzyczana bohaterką „dobrej zmiany”. Dla mojej teściowej natomiast, która przeżyła obóz koncentracyjny w Majdanku, scena ta przeniosła ją w okres, gdy była tak własnie policzkowana przez obozowe funkcjonariuszki.

Co prawda, podobno ta pani złożyła rezygnację z zajmowanego stanowiska, jestem jednak przekonany, że w nagrodę znajdzie się dla niej miejsce na wyjątkowo dobrze płatnej posadzie.

Maciej Lasek, ekspert badający katastrofę smoleńską, będzie kandydatem Koalicji Obywatelskiej do sejmiku wojewódzkiego na Mazowszu. Taką informację przekazał PAP Andrzej Halicki, szef struktur PO w woj. mazowieckim.

W poniedziałek Koalicja Obywatelska, czyli Platforma Obywatelska i Nowoczesna, ogłosiła listy kandydatów do sejmiku wojewódzkiego na Mazowszu. W rozmowie z Polską Agencją Prasową Andrzej Halicki, szef struktur PO w tym regionie, przekazał, że w wyborach samorządowych wystartuje m.in. Maciej Lasek.

Maciej Lasek otrzyma drugie miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej w okręgu podwarszawskim.

Maciej Lasek to inżynier specjalista od mechaniki lotu, który po katastrofie smoleńskiej brał udział w pracach tzw. komisji Millera, która analizowała tragedię.

Stał też na czele  Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Po objęciu władzy przez PiS został z niej odwołany.

Polscy prokuratorzy pojechali do Smoleńska, by razem z Rosjanami obejrzeć wrak Tu-154M. Podkomisja Smoleńska Antoniego Macierewicza żadnego zaproszenia od Prokuratury Krajowej nie dostała. Szef podkomisji uznał to za niezręczność, ale w istocie to zręczne spychanie go na margines.

Wizyta nie ma wielkiego znaczenia dowodowego. Zespół Śledczy Nr 1 w Prokuraturze Krajowej, który prowadzi śledztwo smoleńskie, już dawno wnioskował do Rosjan o to, aby prokuratorzy mogli obejrzeć wrak. Strona rosyjska ignorowała wniosek o pomoc prawną – aż do teraz. Polscy śledczy i technicy kryminalistyczni mają obejrzeć elementy konstrukcyjne samolotu. W Smoleńsku będą do 7 września.

Po co ten wyjazd? W śledztwie smoleńskim brakuje trzech podstawowych rzeczy, które bardzo uwiarygodnią dotychczasowe ustalenia prokuratury. A jak do tej pory nic – wedle śledczych – nie wskazuje, aby 10 kwietnia doszło do zamachu. Nie przeszkadza to jednak Macierewiczowi twierdzić, że już udowodnił wybuchy.

Brakujące klocki

Pierwszym jest umiędzynarodowienie śledztwa – to dokonuje się, bo PK finalizuje powołanie zespołu biegłych (głównie z USA) zawodowo zajmujących się badaniem katastrof lotniczych.

Drugi element: wyniki masy badań nad próbkami wraku i ciał ofiar, które PK wysłała do zagranicznych ośrodków kryminalistycznych i czeka na ich wyniki. Badania wykonują: Laboratorium Badań Materiałów Wybuchowych dla Celów Sądowych Ministerstwa Obrony Narodowej Wielkiej Brytanii, włoskie Laboratorium Kryminalistycznego Korpusu Karabinierów oraz Instytutu Nauk Sądowych Irlandii Północnej.

Wedle naszych informacji, zagraniczne ośrodki badawcze zwróciły się do polskiej prokuratury o uzupełnienie materiału dowodowego – próbek bądź np. zdjęć – wraku. Ponadto z pierwszej kompleksowej opinii biegłych (stworzonej pod wodzą płk. Antoniego Milkiewicza i dostarczonej śledczym w 2015 r.) wynikły nowe pytania.

I trzeci brakujący element: ponowne zbadanie wraku przez polską prokuraturę już pod rządami PiS – to ma się dziać w ciągu kilku najbliższych dni. Za rządów PO śledczy byli w Smoleńsku i oglądali wrak, ale po zmianie władzy – nie.

Aspekt polityczny: wyborcy PiS nie wiedzą co sądzić o Smoleńsku

Pierwszy i drugi klocek utrącają argument, że prokuratorzy dysponują jedynie „spadkiem” po śledczych z czasów rządów PO-PSL.

Trzeci utrąca zarzut, że dzisiejszy zespół śledczych nie miał dostępu do wraku tupolewa. Wyjazd można oczywiście tłumaczyć jedynie tym, że sztuka nakazuje prokuratorom przyjrzenie się wrakowi i wysłanie zachodnim instytutom materiałów z oględzin, których sobie życzą.

Ale nie sposób uciec od politycznego aspektu. I tu sondaż sprzed roku (dla „Rzeczpospolitej”): aż 53 proc. wyborców PiS trudno powiedzieć, co się stało w Smoleńsku. Zatem: w interesie obozu rządzącego, któremu podlega prokuratura, jest utrącić wszystkie argumenty, które mogą podważać ustalenia prokuratury. Wyjazd śledczych na oględziny wraku sprawia, że argument „nawet nie badali wraku” upada. A jest on ważny w wewnętrznym sporze władzy: między prokuraturą Zbigniewa Ziobry a podkomisją Macierewicza.

Najważniejsza opinia w śledztwie smoleńskim

Wyniki obecnych oględzin będą także jednym z materiałów, na podstawie których międzynarodowy zespół biegłych wyda – w zamiarze PK – ostateczną już opinię co do przyczyn katastrofy z 10 kwietnia. Co prawda, z dotychczasowych opinii nie wynikało, że katastrofę wywołały wybuchy czy też wprost zamach, ale opinia polskich biegłych to za mało – śledczy uznają ją po prostu za niewiarygodną. Na „międzynarodową” opinię przyjdzie czekać rok albo i dwa – gotowa będzie więc, ale dopiero w kolejnej kadencji.

A to właśnie śledztwo prokuratury ma dziś znaczenie dla Nowogrodzkiej oraz -personalnie – dla Jarosława Kaczyńskiego. Dochodzenie podkomisji Macierewicza – już nie.

Już niemal roku temu Gazeta.pl pisała, że prezes PiS nie wierzy w wybuchowe teorie Macierewicza. Teraz – choć publicznie nikt tego nie powie – prezes wolałby, aby odkleić Macierewicza od Smoleńska. Były szef MON nie pozwolił „umrzeć” sprawie w czasach rządów PO – taką zasługę oddają mu politycy PiS. Ale już – taka opinia dominuje w partii – jako minister obrony i szef Podkomisji nie podołał zadaniu, a wręcz ośmieszył wyjaśnianie katastrofy.

Kolejne spięcie Macierewicza z prokuraturą

Teraz Prokuratura Krajowa nie dopraszała przedstawiciela Podkomisji Smoleńskiej do uczestniczenia w oględzinach wraku.

Umowa polsko-rosyjska o pomocy prawnej zakłada współpracę organów wymiaru sprawiedliwości, a Podkomisja Smoleńska nie jest takim organem. A ponadto obecność Macierewicza albo jego zastępcy – Kazimierza Nowaczyka – przy wraku, to dla śledczych wyłącznie ryzyko. Mogliby potem przecież ogłaszać, że w Smoleńsku byli i dowody na wybuchy widzieli.

Członkowie podkomisji uczestniczyli już zresztą w ekshumacjach i sekcjach zwłok ciał ofiar katastrofy. Co mogli w nie wnieść? Właściwie nic. A zresztą patomorfolog podkomisji, ppłk Szczepan Cierniak, zrezygnował z zasiadania w niej tuż przed ogłoszeniem przez Macierewicza kategorycznego wniosku – a nie tezy – że Tu-154M eksplodował w powietrzu. Pod wybuchami się nie podpisał.

Macierewicz na antenie TV Trwam już bije w prokuraturę

Antoni Macierewicz już się obruszył w TV Trwam, że prokuratura zignorowała jego Podkomisję – zarzuca jej brak współpracy z podkomisją, a wręcz łamanie prawa i poddawanie się rosyjskiej grze.

Zarzut Macierewicza o braku współpracy prokuratury z nim jest o tyle kuriozalny, że Podkomisja ignoruje prokuraturę, o czym pisaliśmy.

Śledczy już są w Rosji, a Macierewicz w telewizji o. Tadeusza Rydzyka podkreśla, że konieczne jest zrekonstruowanie wraku ze szczątków – jeśli nie w Polsce, to na terytorium Rosji. To oczywiście jest poza zasięgiem polskiej prokuratury, bo Rosjanie mówią „niet”.

Macierewicz odgraża się za to, że jego podkomisja już wkrótce przedstawi rekonstrukcję wraku na podstawie góry zdjęć. Prócz tego szykuje symulacje z użyciem cyfrowego modelu Tu-154M.

Różnica jest jednak taka: podkomisja Macierewicza klei modele z papieru, wykonuje symulacje na komputerach, rekonstruuje wrak na podstawie zdjęć. A prokuratorzy z technikami kryminalistyki jadą na własne oczy oglądać wrak, którego żaden ekspert Macierewicza na żywo nie widział.

Wyjazd prokuratorów do Smoleńska zbiega się też z publikacją „Gazety Polskiej” (dla której Macierewicz pozostaje guru), która ma ujawnić „szokujące szczegóły”. Mają one wskazywać, że Rosjanie tuż po katastrofie smoleńskiej podmienili czarne skrzynki.

Im bardziej więc prokuratorzy popychają śledztwo do przodu, tym mocniej bliskie Macierewiczowi media i on sam starają się podkopać wiarygodność dowodów i biegłych. Zderzenie dwóch narracji jest nieuniknione. Nastąpi ono, gdy prokuratura zakończy śledztwo, a Macierewicz wyda (co wcale nie jest pewne) ostateczny raport.

Gdy wybucha skandal finansowy, państwa potrafią się zmobilizować i zmusić Microsoft do zapłacenia podatków. Dlaczego do niczego nie potrafią zmusić Kościoła katolickiego?

Gdy w ramach wyjaśniania słynnej afery Watergate natrafiono na wątek przekupywania urzędników obcych państw przez amerykańskie spółki, uchwalono słynną ustawę Foreign Corrupt Practices Act. Gdy w 2002 roku wybuchła afera Enronu, wprowadzono w USA ustawę Sarbanesa-Oxleya, na mocy której biegli rewidenci sprawdzają księgowość spółek giełdowych. Gdy wybuchł kryzys na rynku kredytowym w USA, wprowadzono Dodd-Frank Act – ustawę liczącą bagatela 2300 stron, która przeorała zasady działania sektora finansowego. Gdy wybuchła jedna, druga, trzecia afera pedofilska w Kościele katolickim, rząd USA, Irlandii, Austrii wprowadził… No właśnie, nic nie wprowadził.

Wiele ostatnio się mówi o skandalach pedofilskich, o tuszowaniu zbrodni, o odwracaniu wzroku przez kapłanów i coraz bardziej kontrowersyjnej roli Jana Pawła II będącej wyrazem co najmniej rażącego niedbalstwa, ale niewiele się mówi o roli jednego, drugiego czy trzeciego państwa w tej materii. Niewiele się mówi o roli zwłaszcza władzy ustawodawczej, której przecież podstawowym zadaniem jest ochrona instytucjonalna swoich najmłodszych obywateli. Otóż państwa krajowe tego egzaminu nie zdają. Państwa potrafią wymuszać na korporacjach daleko idące zmiany, państwa potrafią swoimi orzeczeniami zmuszać Microsoft do takich, a nie innych zachowań, ale do niczego nie potrafią zmusić Kościoła katolickiego. Mimo że rozwiązania są gotowe i testowane od lat w korporacjach.

Olbrzymie kary i konfiskata mienia

Wyobraźmy sobie, że jedno, drugie, trzecie państwo wprowadza ustawodawstwo, na mocy którego słaba jakość lub brak przestrzegania przez Kościół katolicki odpowiednich procedur zapobiegających pedofilii skutkuje olbrzymimi karami, z konfiskatą mienia włącznie. Czy wobec takiej groźby Kościół katolicki wciąż byłby tak obojętny na los gwałconych dzieci i wciąż słychać by było głosy hierarchów o dobrych proboszczach i kuszących ofiarach? Wyobraźmy sobie, że powstałby wyspecjalizowany państwowy urząd kontrolny badający, w jaki sposób rok do roku Kościół walczy w pedofilią. Wyobraźmy sobie kary finansowe i odszkodowania dla ofiar pedofilów w sutannach, które obowiązkowo miałaby płacić diecezja.

Że konkordat? Że odrębna władza kościelna? Przecież odrębne od państwa są także spółki handlowe, oddzielne są fundacje, a mimo to muszą spełniać określone wymogi. Ponadto w przypadku głośnych skandali korporacyjnych mówimy „ledwie” o stratach finansowych, w przypadku pedofilii zaś – o gwałceniu tysięcy dzieci. Powtórzmy: tysięcy dzieci!

Dlaczego więc tak się dzieje? Dlaczego państwa nie reagują, chociaż reagować potrafią przy skandalach finansowych? Ano nie reagują, bo państwa to nie są pojedyncze osoby fizyczne, to tylko zorganizowane zbiorowości ludzi na danym terenie. Dopóki więc obywatele tego państwa, dopóki my sami nie uświadomimy sobie, że problem pedofilii to nie żaden wewnętrzny problem Kościoła katolickiego, ale problem nas samych, naszego państwa, naszego prawa i wreszcie naszego bezpieczeństwa, dopóty sami będziemy współwinni tego, co się dzieje. Dopóki nie wymusimy na partiach politycznych ustawodawstwa, które rzeczywiście ma na celu chronić, dopóty i na nas ciąży współodpowiedzialność.

Nie Kościół, my jesteśmy temu winni

Jesteśmy wszyscy temu winni. Nie Kościół katolicki, my sami, albowiem ta stajnia Augiasza sama nigdy się nie oczyści, nie dlatego, że księża są jacyś gorsi od reszty, ale dlatego, że są właśnie do tej reszty podobni. A my tutaj, w Polsce, doskonale wiemy, że wszelkie postulaty o samooczyszczeniu się jakiegokolwiek środowiska zwykle kończyły się porażką. Dlaczego z organizacją, która tolerowała gwałcenie tysięcy dzieci, ma być inaczej?

Jesteśmy winni (niech będzie że grzechowi) bierności w sprawach pedofilii w Kościele tak samo, jak jesteśmy winni bierności przy smogu, globalnym ociepleniu i każdej kolejnej katastrofie, która bardziej lub mniej dotknie w przyszłości nasze dzieci i wnuki. I one wtedy zapytają: gdzie wtedy byłeś i dlaczego nic nie zrobiłeś?

– Rozpadamy się jako państwo – powiedział prof. Andrzej Rzepliński w programie „Tomasz Lis.”. Ocenił również, że w Polsce „nie mamy prezydenta”.

– Państwo to przede wszystkim prawo, które pozwala ludziom mieć zaufanie, że ich interesy będą zawsze chronione, a mamy coraz mniej prawa stanowionego w Sejmie i do tego prawo stanowione w trybie kilku sekund”, ze złamaniem wszystkich procedur, nie jest prawem – podkreślił były prezes Trybunału Konstytucyjnego w rozmowie z redaktorem naczelnym „Newsweeka”.

– Państwo polskie nie jest obecnie ani twarde, ani silne, ale podobne ustrojowo do Białorusi, a nie do państwa należącego do Unii Europejskiej – zauważył prof. Rzepliński.

– Ważni i mądrzy ludzie w UE zastanawiają się co zrobić z Polską i Węgrami. Oba kraje stanowią bowiem realne zagrożenie dla integralności Unii Europejskiej, także jeśli chodzi o system wartości – powiedział Rzepliński.

Były prezes TK ocenił, że obecnie w Polsce „nie mamy prezydenta”. Chodzi o to, że na stanowiska tego nie zajmuje osoba, która podejmowałaby decyzje zgodne z treścią przysięgi, którą złożyła, odwołując się także do Boga. Nie ma również prezydenta „niezłomnego”, jak przedstawiał się Andrzej Duda.

>>>

PiS nie tylko w Polsce realizuje swoiście pojmowany program „Rodzina na swoim”, czyli zatrudnia członków swoich rodzin. W Parlamencie Europejskim pracuje na przykład Magdalena Czaputowicz, córka szefa MSZ – informuje portal natemat.pl. Jest asystentką Gabriela Beszłeja – zastępcy sekretarza generalnego frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS. Beszłej to bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego.

Z kolei w zespole prasowym, obsługującym polskich europarlamentarzystów, zatrudnione są Katarzyna Ochman-Kamińska i Marta Lipińska. Pierwsza to córka szefowej Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” Marii Ochman, przyjaciółki posłanki PiS Jolanty Szczypińskiej. Druga – jest córką jednego z najbardziej zaufanych osób w otoczeniu prezesa PiS, wiceszefa partii Adama Lipińskiego.

Z kolei męża Lipińskiej – Rafała jako asystenta zatrudnia w Brukseli Kosma Złotowski. Syn ministra koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego Kacper też znalazł zatrudnienie w PE – zasiada m.in. w komitecie ds. terroryzmu. Wcześniej był radnym PiS w Otwocku. Na liście zatrudnionych w sekretariacie EKR jest też Marcin Skrzypek, czyli syn sekretarki Jarosława Kaczyńskiego.

W biurze EKR pracuje także Mateusz Kochanowski, syn Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Mateusz Kochanowski współpracuje z „Gazetą Polską”, dla której przeprowadza wywiady z europosłami PiS. – „Nie pada przy tym wyjaśnienie, iż owi posłowie są de facto jego pracodawcami, bo to dzięki nim ma posadę w Brukseli”– czytamy w natemat.pl.

Kampania wyborcza nabiera tempa. PO kolejny raz zorganizowała „konwój wstydu” pod hasłem „PiS wziął miliony”. Tego samego dnia odbyła się konwencja wyborcza PiS-u, na której wystąpił Jarosław Kaczyński, a premier Mateusz Morawiecki złożył kolejne obietnice. PiS w nowym spocie przekonuje, że „dotrzymujemy słowa w rządzie, dotrzymamy w samorządzie”. – PiS wziął miliony w rządzie, a teraz chce wziąć w samorządzie. Tak wygląda praktyczny program PiS-u – komentuje w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO Jan Grabiec. Koalicja Obywatelska, czyli PO i Nowoczesna, swoją konwencję zaplanowały na najbliższą sobotę.

Kolejny „konwój wstydu” ruszył w Polskę

– To jest element kampanii wyborczej dotyczący oceny pracy rządu. Uważamy, że PiS zanim złoży nowe obietnice musi rozliczyć się ze stylu rządzenia przez ostatnie 3 lata. Afery dotyczące nagród i milionerów, którzy obsiedli stanowiska w spółkach Skarbu Państwa, nie zostały zamknięte. To bulwersuje wyborców, dlatego cały czas będziemy domagać się pełnego rozliczenia – mówi w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO Jan Grabiec.

Platforma uruchomiła w niedzielę kolejną akcję z cyklu „konwój wstydu” PiS, w ramach której w całej Polsce jeździć będą mobilne billboardy pod hasłem „PiS wziął miliony”. Tym razem politycy opozycji domagają się m.in. wyjaśnienia tzw. afery radomskiej.

Takie billboardy zawisły już kilka miesięcy temu. W akcji „PiS wziął miliony” PO zarzucała partii rządzącej m.in. brak obiecanych tanich mieszkań na wynajem czy drożejący prąd. Pierwszy „konwój wstydu” ruszył wiosną tego roku i dotyczył przede wszystkim nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło.

„Obiecanki cacanki”, czyli konwencja PiS

Podczas konwencji wyborczej PiS w niedzielę premier Mateusz Morawiecki zaprezentował pięć nowych obietnic związanych z samorządami. PiS zamknęło je w hasłach: #CiepłyDom, #DobraOkolica, #NowoczesnaGmina, #InternetSzybciejWięcej i #MieszkaszDecydujesz.

– Te obietnice mają dotyczyć pieniędzy dla samorządów, w których będą zasiadali działacze partyjni PiS-u. To pokazuje, jaki stosunek do samorządu ma partia rządząca. Samorząd ma być likwidowany i zastąpiony administracją lokalną, ale podległą władzom rządowo-partyjnym – komentuje Jan Grabiec.

Rzecznik PO tłumaczy, że PiS nie będzie brał pod uwagę głosu mieszkańców: – PiS chce, żeby o być lub nie być samorządowców decydowały pieniądze, które dostaną z centrali na Nowogrodzkiej. A pieniądze będą przydzielane na podstawie uległości. To nie głos mieszkańców ma się liczyć, tylko wola partyjnego działacza, który dotrze do prezesa.

– To jest demontaż systemu samorządowego i powrót do systemu administracji lokalnej z czasów Rad Narodowych – podsumowuje polityk PO. A same propozycje premiera? – Są oderwane od rzeczywistości – mówi Grabiec. I dodaje: – W Zjednoczonej Prawicy toczą się kłótnie o władzę i pieniądze. Dlatego potrzebna taka demonstracja w postaci podpisywania porozumienia, które już nie raz było podpisywane.

„Absurdalny” nowy spot PiS-u

Po konwencji wyborczej PiS zaprezentował w poniedziałek rano nowy spot wyborczy.

– To hasło brzmi absurdalnie, zwłaszcza w zestawieniu z naszą kampanią „PiS wziął miliony”. Można powiedzieć, że PiS wziął miliony w rządzie, a teraz chce wziąć w samorządzie. Tak wygląda praktyczny program PiS-u – komentuje Jan Grabiec.

Według polityka opozycji widać wyraźnie, jak PiS działa w rządzie i jak działa w samorządzie. – Na listach wyborczych są ludzie, którzy z kariery partyjnej przeskoczyli do spółek Skarbu Państwa, a teraz starają się przeskoczyć na fotele samorządowe, po tym jak napaśli się w spółkach. To jest system korupcji politycznej – tłumaczy rzecznik Platformy.

Pierwsza krajowa konwencja Koalicji Obywatelskiej

Konwencja Koalicji Obywatelskiej ma być de facto startem kampanii wyborczej Platformy i Nowoczesnej. Tego dnia odbędzie się wspólne spotkanie Rad Krajowych tych partii.

– Będziemy chcieli opisać sytuację, w jakiej znajduje się Polska, podkreślić jakie znaczenie mają wybory samorządowe. Sięgając do naszego programu samorządowego opowiemy także, jak powinna wyglądać Polska po rządach PiS-u – zapowiada poseł Jan Grabiec. Przyznaje, że politycy Koalicji Obywatelskiej cały czas myślą o poszerzeniu formuły także o inne ugrupowania polityczne.

Podczas konwencji planowane jest wystąpienie niektórych kandydatów na prezydentów miast. Od przyszłego tygodnia rozpoczną się także konwencje regionalne.

Rzecznik PO przypomina, że partia pokazała już program samorządowy, dotyczący reformy instytucji państwowych i decentralizacji państwa w październiku zeszłego roku. – Możemy nad nim dyskutować, ale temperatura sporu politycznego jest taka, że nie sprzyja debacie merytorycznej. PiS chce tylko kusić Polaków kolejnymi obietnicami, a za tą zasłoną wyprowadzać pieniądze publiczne na cele partyjne i prywatne – mówi Grabiec.

Waldemar Mystkowski o bojaźni PiS.

Przesłuchanie Tuska może się zakończyć dla Wassermann tylko porażką.

W istocie to pytanie retoryczne. Donalda Tuska boi się całe PiS, począwszy od wierchuszki – prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Nie tylko z tytułu tego, iż w debacie – tak, dawniej takie coś się odbywało – zwykł przegrywać z byłym premierem RP i obecnie szefem Rady Europejskiej.

Bez mityzowania osoby Tuska i nadmiernych oczekiwań, należy stwierdzić, iż to obecnie najlepszy polski polityk, którego słucha Europa i ma wśród przywódców innych państw przyjaciół, a więc w polityce wartość bezcenną. Z naszego kraju długo nikt tak wysoko wespnie się w hierarchii globalnej – na pewno nie za naszego żywota.

Wartość Tuska w kraju to pochodna siły opozycji, dla której on jest ponadto wysoką premią, wartością dodaną. A więc PiS w jakiejkolwiek konfiguracji przegra każde wybory, gdy w tle będzie Tusk (nie musi kandydować na prezydenta), jeżeli przy urnach nie dojdzie do „cudu” przekrętów, które zaakceptuje Sąd Najwyższy.

Dlatego Tuska partia Kaczyńskiego chce wyeliminować, skompromitować. Ale niczego na niego nie mają, nawet zegarka za 30 tysięcy. Gdy porównamy rządy PO-PSL z dzisiejszą korupcją polityczną, chwytamy się za głowę, że mogło być normalnie, a teraz jest jak w szambie.

Tuska może przestał się bać Jarosław Kaczyński, bo on naprawdę już odchodzi. Boi się jego były doradca Mateusz Morawiecki, który zresztą z żadnym znaczącym politykiem Platformy już nie wejdzie w polemikę, bo za dużo kłamstw i szachrajstw stworzył w krótkim czasie swego premierostwa, a ten brud za paznokciami będzie mu rósł i rósł.

Tusk dla pisowców jest jak piorun z jasnego nieba dla Balladyny. I zdaje się, że tym kieruje się Małgorzata Wassermann, która pierwotny termin przesłuchania Tuska w komisji ds. Amber Gold przeniosła z 2 października na 5 listopada, na dzień po wyborach samorządowych.

Przesłuchanie Tuska może się zakończyć dla Wassermann tylko porażką. Ale to nie byłaby jej porażka w terminie 2 października, lecz innych kandydatów PiS w wyborach samorządowych. O przesunięciu przesłuchania więc nie ona decydowała, ale Nowogrodzka. Biedna Wassermann tłumaczy, że nie chce wykorzystywać komisji do swojej kampanii samorządowej (kandyduje na prezydenta Krakowa), co samo w sobie jest śmiechu warte, temat na skecz kabaretowy. Który polityk PiS nie wykorzystuje okazji? Uśmieliście się?

Przesłuchanie Tuska dzień po wyborach będzie politycznie bez znaczenia, gdyż Wassermann przybita porażką w pojedynku z Jackiem Majchrowskim, jako przewodnicząca komisji jest skazana na los Balladyny, zostanie podczas przesłuchania dobita piorunem. Tak działają nie tylko metafory literackie, taka jest siła Tuska, Donalda Tuska.

PiS skończy na oddziale zamkniętym, albo za kratami. Zależy jak się będą politycy bronić

Tu sobie krzywdy nie zrobią 😂😉

Prof. Marcin Matczak przekonuje, że czwartkowa decyzja Sądu Najwyższego, który zawiesił stosowanie przepisów ustawy o SN dotyczących przenoszenia sędziów powyżej 65 lat w stan spoczynku, nie budzi wątpliwości. Co więcej, prezydent i KRS mają obowiązek bezwzględnego podporządkowania się decyzji SN.

W czwartek Sąd Najwyższy zawiesił stosowanie części przepisów ustawy o SN w związku ze skierowaniem pięciu pytań do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Pytania dotyczą zgodności ustawy z prawem europejskim. W ocenie Kancelarii Prezydenta, działanie Sądu Najwyższego nie ma podstawy prawnej.

Decyzję sędziów Sądu Najwyższego skomentował na swoim blogu profesor Marcin Matczak. W ocenie prawnika, SN mógł zadać pytania do Trybunału Sprawiedliwości UE, to „nie budzi wątpliwości”. A te pojawiły się po decyzji Sądu Najwyższego, który zawiesił stosowanie niektórych przepisów ustawy o SN dotyczących przenoszenia sędziów powyżej 65 lat w stan spoczynku. Zdaniem Matczaka, SN mógł to zrobić, m.in. dlatego, że Polska jest od 2004 roku członkiem UE, a unijne prawo jest na mocy konstytucji także prawem polskim.

Jak wyjaśnia prawnik, kiedy sąd krajowy, który jest także sądem unijnym, rozstrzyga kwestię z elementem międzynarodowym, musi mieć pewność, że jest rzeczywiście sądem unijnym, który z definicji musi być niezależny od polityków, a w związku z tym, czy Polska, zgodnie z art. 19 Traktatu o UE zapewnia skuteczne środki zaskarżenia (skuteczny jest tylko środek kierowany do niezależnego sądu). I jak dalej wskazuje Matczak, z powodu zmian w prawie wprowadzonych przez PiS, Sąd Najwyższy takiej pewności nie ma i stąd pytanie do unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Profesor podkreśla, że organy państwa polskiego, w tym prezydent i KRS mają obowiązek bezwzględnego podporządkowania się decyzji Sądu Najwyższego. – No chyba, że chcą wyjść z UE – dodaje.

Wedle logiki Brudzińskiego młodzież spotykająca się dziś z Hołdysem może być inwigilowana, bo za pół roku ktoś może coś napisać na murze.

Po szokującej informacji OKO.press o inwigilowaniu opozycji, artystów i zwykłych obywateli przez policję w ramach akcji „Rekonesans”, jeszcze bardziej szokujące okazało się tłumaczenie tych praktyk przez władzę. Przyznam, że w swej naiwności łudziłem się, że minister Brudziński – choć oczywiście nie przeprosi – to chociaż zleci wewnętrzne śledztwo dotyczące inwigilowania obywateli. Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło. Ba, minister Brudziński przybył wczoraj na białym koniu do TVN 24 i na pytanie Katarzyny Kolendy-Zaleskiej o inwigilowanie młodzieży spotykającej się z Hołdysem podczas protestów w lipcu 2017 r. odpowiedział tak: „Przed spotkaniem tejże młodzieży [z Hołdysem] byli również zaangażowani policjanci z tzw. wydziału cyberprzestępczości, czyli ci, którzy analizują to wszystko, co się dzieje w tej rzeczywistości wirtualnej”.

Oznacza to, że obywatele polskiego państwa są inwigilowani w internecie przez Wydział do walki z Cyberprzestępczością, chociaż cyberprzestępczość, czego pan minister raczej nie rozumie, polega na dokonywaniu poważnych przestępstw przy użyciu sieci, a nie na lajkowniu postów i zapisywanie się na eventy ze Zbigniewem Hołdysem.

Powodem inwigilacji „tejże młodzieży” było to, że niejaka Klementyna Suchanow napisała w grudniu 2017 r. na Facebooku głośny post o swoich snach z koktajlami Mołotowa. Brudziński: „Jeżeli czytamy – i nie jest to jakiś tam anonimowy troll internetowy, ale jakby emblematyczna dla tego środowiska postać pani Klementyny Suchanow – że ona pisze w grudniu 2017, czyli przed tymi wydarzeniami: »Śniły mi się dzisiaj w nocy mołotowy, jaja [rzucanie jajami] to tak naprawdę daleko idący kompromis«”.

Problem w tym, że Klementyna Suchanow napisała to nie przed „tymi wydarzeniami”, czyli protestami w lipcu 2017 r., ale w grudniu 2017 r., czyli pół roku po „tych wydarzeniach”, podczas których policja inwigilowała młodzież. Wychwyciła to Kolenda- Zaleska, na co minister Brudziński rozbrajająco zapytał: „Dobrze, ale jaka koincydencja czasowa? Grudzień 2017 roku – mamy takie wpisy. I co jest rolą policji? Za – bez – pie – czyć również tych ludzi, którzy w tych manifestacjach uczestniczą”.

Oznacza to, że każdy z nas „bez żadnego trybu” może być teraz – w sierpniu 2018 r. – śledzony, że jego rozmowy, również intymne, z najbliższymi, mogą być nagrywane, że może być filmowany i mieć założoną teczkę operacyjną, albowiem pół roku później – w styczniu 2019 r. – Klementyna Suchanow znów coś napisze na Fejsie. Wedle logiki Brudzińskiego młodzież spotykająca się dziś z Hołdysem może być inwigilowana, bo za pół roku ktoś może coś napisać na murze.

To czysty „Rok 1984” Orwella. Owe słynne ACTA to przy tym pikuś.

Brudziński pewnie o tym nie wie, ale powtarza dokładnie esbecką retorykę uzasadniającą inwigilowanie w peerelu: trzeba zapewnić obywatelom bezpieczeństwo przed wichrzycielami z „Solidarności”. Ci wichrzyciele czasami bowiem coś na PZPR brzydkiego powiedzieli i czasami też, o zgrozo, spotykali się z różnymi Hołdysami na różnych pięterkach.

Gdy redaktor Kolenda-Zaleska w rzeczonym wywiadzie mówi o młodzieży, która się z owym Hołdysem spotyka, to Brudziński rozbrajająco pyta: „Po co?”. Najwyraźniej w państwie PiS prywatne spotykania z innymi ludźmi muszą mieć określony cel, a czy cel jest dopuszczalny, to sprawdzi policja Brudzińskiego. Chcesz się z kimś spotkać w kawiarni, obywatelu? Ale po co? – pyta minister Brudziński. Posiedź lepiej w domu, my ci, obywatelu, zapewnimy bezpieczeństwo.

Wiele osób sobie z całej tej sytuacji kpi, zwłaszcza gdy patrzy na nieudolność rzeczonych tajniaków i parodystyczne raporty z inwigilacji. Ale to błąd. Władza wchodzi na ścieżkę autorytarną i – jak widać – nie ma nawet cienia refleksji, żeby się gdzieś zatrzymać.

W całej tej sprawie umyka jeszcze jedno. Otóż inwigilowana miała być także opozycja. Jest ta nasza opozycja, jaka jest, ale nikt nie ma prawa podsłuchiwać, nagrywać i śledzić liderów partii opozycyjnych, nawet jeśli rzekomo zapewnia im w ten sposób bezpieczeństwo. Tymczasem zbliżają się wybory i na dziś sprawa wygląda tak, że Schetyna, Petru, Kukiz, Czarzasty, Zandberg będą przez władzę śledzeni, podsłuchiwani, a raporty „przypadkowo” lądować będą w centrum decyzyjnym na Nowogrodzkiej, a potem obrobione w usłużnej TVP. Można się więc śmiać, nawet głośno, ale oby ten śmiech nie zamarł nam w gardle.

Przepisy nie obowiązują

Sąd Najwyższy zawiesił stosowanie PiS-owskich przepisów wysyłających sędziów po 65. roku życia w stan spoczynku. Tym samym znalazł sposób na, przynajmniej chwilowe, zablokowanie czystek w SN.

Sędziowie wysłali do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej 5 pytań prejudycjalnych, w których chce, aby TSUE wypowiedział się m.in. w kwestii nieusuwalności sędziów i uzależnienia możliwości dalszego orzekania przez sędziego SN, który przekroczył 65. rok życia, od zgody władzy wykonawczej, w tym przypadku prezydenta. SN pyta też o wykładnię unijnego przepisu, który zakazuje dyskryminacji ze względu na wiek.

Teraz Polska musi poczekać na odpowiedź TSUE. Sąd Najwyższy zawiesił tym samym stosowanie przepisów zmuszających sędziów do przechodzenia w stan spoczynku po ukończeniu 65. roku życia.

– W tej sprawie SN na podstawie przepisów Kodeksu postępowania cywilnego zdecydował się zawiesić stosowanie artykułów 111 i 37 oraz 39 ustawy o Sądzie Najwyższym – tłumaczył rzecznik SN Michał Laskowski. – Jest to decyzja, która zgodnie z prawem powinna spowodować to, że zarówno KRS, jak i prezydent do czasu rozstrzygnięcia tych kwestii przedstawionych w zadanych pytaniach nie będą podejmować dalszych czynności w tych procedurach, które dalej się toczą w odniesieniu do sędziów, którzy 65. rok życia ukończyli – dodał sędzia Laskowski.

Prezydent: Działanie bezprawne

„W ocenie Kancelarii Prezydenta dzisiejsze działanie Sądu Najwyższego, polegające na zawieszeniu stosowania niektórych przepisów ustawy o SN, nastąpiło bez prawidłowej podstawy prawnej i nie wywiera skutków wobec Prezydenta RP, ani jakiegokolwiek innego organu” – napisano na profilu Kancelarii Prezydenta.

Nowa KRS potwierdza: Muszyński do Izby Dyscyplinarnej

Nowa KRS opublikowała listę kandydatów do SN, mimo że jeszcze kilka dni temu jej rzecznik twierdził, że nie pozwalają na to przepisy RODO. Do obsadzenia są czterdzieści cztery wakaty sędziowskie. Najwięcej – 91 – chętnych zgłosiło się do Izby Dyscyplinarnej.

Do Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych chce trafić 68 kandydatów, a do Izby Cywilnej – 32. Najmniejszym zainteresowaniem cieszy się Izba Karna. Ta posada kusi tylko 7 chętnych.

Wśród kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego jest między innymi 45 radców prawnych, 34 adwokatów, 22 pracowników naukowych oraz 24 sędziów sądów rejonowych i 22 sędziów sądów okręgowych.

Swoją kandydaturę do Izby Dyscyplinarnej zgłosił też sędzia dubler Trybunału Konstytucyjnego Mariusz Muszyński.

Art. 7 w tle, Polska odpowiada KE

Komisja Europejska otrzymała od Polski pierwsze odpowiedzi w ramach rozpoczętej procedury w sprawie naruszenia prawa UE w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Będziemy analizować ten dokument – poinformowała rzeczniczka KE Natasha Bertaud.

W przesłanych do Komisji dokumentach rząd Mateusza Morawieckiego twierdzi, że zgodnie z art. 180 ust. 5 Konstytucji RP istotą niezawisłości sędziowskiej jest m.in. zagwarantowanie sędziemu nieusuwalności z urzędu. W żaden sposób jednak nie można tej przesłanki niezawisłości utożsamiać z zakazem określania wieku przejścia sędziów SN w stan spoczynku, bo są to zupełnie inne sytuacje. Podkreśla też, że zgodnie z art. 180 ust. 4 Konstytucji RP ustawa określa granicę wieku, po osiągnięciu której sędziowie przechodzą w stan spoczynku.

Polska tłumaczy, że przeniesienie sędziego w stan spoczynku nie oznacza utraty statusu sędziego. Polski rząd przekonuje wręcz, że przejście w stan spoczynku sędziów jest niejako dopełnieniem gwarancji nieusuwalności i niezawisłości sędziowskiej i jest to uzasadnione potrzebą zapewnienia sprawnego funkcjonowania sądów.

Dodatkowo autorzy pisma ganią Komisję, że ta dała tylko 4 tygodnie na odpowiedź polskiemu rządowi, podczas gdy ten czas powinien być dłuższy.

JUSTYNA KOĆ: SN zawiesił wykonanie ustawy i skierował 5 pytań prejudycjalnych do TSUE. Co to oznacza?

PROF. MAREK CHMAJ: SN miał pełne prawo skierować pytania do TSUE. Do momentu uzyskania odpowiedzi zawiesił stosowanie niektórych przepisów ustawy o SN. Inaczej mówiąc, w konkretnej sprawie, która jest na wokandzie SN, sprawa dotyczy sędziów, którzy przechodzą w stan spoczynku, w stosunku do tych sędziów SN zawiesił stosowanie przepisów ustawy, zastosował wniosek zabezpieczający, który będzie obowiązywać aż do momentu rozpoznania pytań prejudycjalnych skierowany do TSUE.

Na podstawie jakiego przepisu SN może tak się zachować?

Sąd zawsze na początku może rozpoznawać kwestie wstępne, tutaj kwestią wstępną było wyznaczenie na rozprawie dwóch sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat. Sąd, aby rozpoznać tę kwestię, podał w wątpliwość zgodność ustawy o SN z wartościami unijnymi, w tym z zasadą praworządności. Skoro sąd ma wątpliwość, kieruje pytania prawne, zgodnie z ustawą o SN, do TSUE i do momentu odpowiedzi na te 5 pytań prawnych w danej, konkretnej sprawie zawiesił stosowanie przepisów ustawy.

Jakie to rodzi konsekwencje? Co się stanie, jeżeli PiS nie uzna tej decyzji?

PiS nie jest od tego, żeby uznawać bądź nie uznawać decyzji, orzeczenia lub postanowienia sądu. Jeżeli PiS jest spokojny o to, że ustawa o SN jest zgodna z konstytucją i wartościami unijnymi, to może czekać na rozstrzygnięcie Trybunału UE.

Jeżeli jednak się okaże, że ta ustawa jest niezgodna z wartościami unijnymi, to będzie wymagana jej zmiana. Do momentu odpowiedzi na 5 pytań prawnych stosowanie konkretnych przepisów dotyczących przechodzenia sędziów w stan spoczynku jest zawieszone. To oznacza bezpośrednio, że ci sędziowie, których na podstawie obecnej ustawy trzeba by przenieść w stan spoczynku, dalej orzekają.

Panie profesorze, a nie będzie tak jak w przypadku I Prezes SN? Środowiska prawnicze, polskie, europejskie, uznają prof. Gersdorf, a według PiS jest ona sędzią w stanie spoczynku. Teraz też mogą zrobić podobnie.

Ani minister, ani wiceminister, ani nawet premier nie jest organem powołanym do tego, żeby orzekać, czy kadencja I Prezesa SN trwa bądź nie. Mamy konkretny przepis, art. 183 konstytucji, który wskazuje, że kadencja I Prezesa SN trwa 6 lat. A zresztą, skoro te przepisy o przejściu sędziów w stan spoczynku zostały zawieszone i nie obowiązują, to kadencja I Prezes trwa dalej, a sędziowie, którzy mieli odejść w stan spoczynku, dalej orzekają z automatu.

Co może zrobić TSUE? Ile ma czasu na odpowiedź?

TSUE ma obowiązek odpowiedzieć na pytanie tak szybko, jak to tylko możliwe, z tego, co wiem, sama procedura może jednak wydłużyć się nawet do kilkunastu miesięcy.

A jak ocenia pan ten ruch w wojnie o niezawisłość sądów?

Sprawa jest jasna. PiS dużo zrobił, żeby rozbroić władzę sądowniczą i wyeliminować wszystkie bezpieczniki chroniące tę władzę przed zbyt daleko idącymi zakusami polityków, ale SN znalazł bezpieczniki w prawie unijnym, takie, których PiS rozbroić nie może.

Nowa KRS opublikowała dziś listę chętnych na stanowiska w SN. Czy to, co zrobił dziś SN, w jakiś sposób to blokuje?

Niestety nie, ponieważ SN swoim postanowieniem zabezpieczającym pozostawił określonych sędziów w stanie czynnym, zablokował ich przejście w stan spoczynku. Natomiast na stanowiska wolne może być prowadzone postępowanie konkursowe i tego postępowania SN wstrzymać nie może.

Najwięcej kandydatur jest do Izby Dyscyplinarnej, o czym to świadczy?

Z jednej strony to jest najwygodniejsza Izba, bo ma największe kompetencje i większe uposażenie. Poza tym daje władzę nad innymi sędziami, adwokatami, radcami prawnymi. To nowa Izba, więc może ustawić sobie relacje wewnętrzne. Ta Izba jest też obiektem marzeń prokuratorów, ponieważ da im status sędziów SN, a jednocześnie umożliwi dyscyplinowanie innych sędziów.

Na liście kandydatów jest m.in. Mariusz Muszyński, obecny sędzia TK.

Nie sędzia, tylko dubler TK. Kandyduje, bo chce mieć status legalnego sędziego. To bardzo dużo. Ja nawet przewiduję, że zostanie prezesem Izby Dyscyplinarnej.

Czwarty, czy V rozbiór to może być ponury finał tego, co Polscy zafundowali Ojczyźnie w 2015, tego nie można wykluczyć. Na razie to napaść części narodu na resztę i próba zmuszenia go do życia w kraju urządzonego na modłę jednego dziwaka, po to by mógł rządzić do śmierci.

Earl drzewołaz

W dniu 28 lipca Komitet Obrony Demokracji Region Zachodniopomorski zawiesił na rzeźbie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego koszulkę z napisem Konstytucja.

Była to forma zamanifestowania naszego przywiązania dla najważniejszych dla nas wartości, a także próba zwrócenia uwagi szerokiej opinii publicznej na fakt, że prezydent Andrzej Duda, mimo licznych protestów obywatelskich, podpisał się pod ustawą zmieniającą Sąd Najwyższy w kolejną – po Trybunale Konstytucyjnym i Krajowej Radzie Sądowniczej – atrapę. Ustawa ta bowiem jawnie łamie najwyższy akt prawny, jakim jest Konstytucja.

W sposób oczywisty nie było naszą intencją znieważanie “pomnika”, a tym bardziej samej osoby Lecha Kaczyńskiego. Przeciwnie nawet, bo pamiętamy go z wielu wypowiedzi, w których potwierdzał swój najwyższy szacunek dla Konstytucji, nawet jeśli jej artykuły mogły być niekorzystne dla jego obozu politycznego.

Wstrząsnęła nami jednak reakcja aparatu ścigania. Rozpoczęła się nagonka, dochodzenia i zastraszanie, bo tylko tak można rozumieć „paski” w TVP z informacjami o poszukiwaniu „sprawców”, jak przestępców. Okazało…

View original post 1 608 słów więcej

Morawiecki w kłamstwach przeskoczył prezesa Ka

Galopujący Major: Ta władza jest silna tylko wobec własnych obywateli. Innym grzecznie ustępuje

Tak, ta władza jest silna. Silna wobec związkowców z radiowej Trójki albo LOT-u, których się na zbity pysk wyrzuca, ale słaba wobec J.P. Morgana, któremu się przyznaje zwolnienia podatkowe.

Pół roku po buńczucznej obronie ustawy o IPN i jej zapisów o karaniu za przypisywanie Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, pół rok po zapewnieniach, jak to jest konieczne, jak nas to przed światem obroni, wreszcie się doczekaliśmy wycofania tego najbardziej kuriozalnego pomysłu Patryka Jakiego, którym był art. 55a ustawy.

Nie, nie stało się tak, bo PiS wysłuchał sprzeciwów polskich obywateli, których owa władza ma ponoć reprezentować. Nie stało się tak, bo wysłuchano protestów polskich naukowców całe zawodowe życie poświęcających badaniu przeszłości. I nie stało się tak, bo wysłuchano głosów ludzi, którzy z Niemcami autentycznie walczyli z bronią (a nie z memami) w ręku i przez tych Niemców byli bici, więzieni i torturowani.

Stało się tak, bo tupnęli nogą amerykański brat i jego izraelski brat mniejszy. Wreszcie na własne oczy, między jednym meczem a drugim, mieliśmy okazję oglądać pokaz pełzającej wręcz słabości obozu władzy, by nie powiedzieć: legislacyjnego skomlenia.

Nie, to nie jest tak, że ta władza w ogóle jest słaba. Ona jest silna, nawet bardzo silna. Silna wobec Muzeum II Wojny Światowej, którego dyrektora się ciąga po prokuraturach i muzeum się mu siłą wyrywa. I silna wobec Centrum Zagłady Żydów, któremu odbiera się dotacje. Ale wobec USA, dyplomacji Izraela jest słaba, słaba i jeszcze raz słaba. Bo jeśli ów przepis okazuje się aż tak fatalny, to czemu nie wykreślono go od razu, jak niemal wszyscy sugerowali, tylko prężono muskuły w szatni zwanej polskim Sejmem?

Tak, ta władza jest silna. Silna wobec związkowców z radiowej Trójki albo LOT-u, których się na zbity pysk wyrzuca, ale słaba wobec J.P. Morgana, któremu się przyznaje zwolnienia podatkowe. Silna wobec bezbronnych drzew z dziewiczej Puszczy i garstki nachodzonych po domach ekologów, ale słaba wobec wyłudzaczy odszkodowań przy paleniu śmieci, z których dym wdychają potem nasze dzieci, albo mordowania fok (co z tego, że pod ochroną?). Silna wobec tych, którzy kiedyś będą eksmitowani na bruk w programie „Mieszkanie+”, albo rodziców niepełnosprawnych, ale słaba wobec deweloperów czy rozpieszczonej magnaterii Radziwiłłów i Czartoryskich, którym oddaje się pałace i wypłaca miliony. Silna wobec małych „przedsiębiorców” na samozatrudnieniu, którzy muszą jednolite pliki kontrolne VAT tworzyć, RODO bez żadnej pomocy wdrażać, ale słaba wobec niemieckiej Deutsche Bahn, której kontrakt z PESĄ mają poręczać banki z udziałem skarbu państwa. Silni wobec kilku staruszek z białymi różami na marszu KOD, ale słaba wobec aferzystów z GetBacku, którzy latami pozycjonowali się dzięki prawicowym politykom i publicystom.

Tak, ta władza jest tak silna jak klasowy osiłek, który tłucze najsłabszych w klasie, i tak słaba, jak ten osiłek stojący potem na baczność przez starszakami. A im bardziej starszaki rządzą, tym bardziej się ten osiłek na słabszych wyżywa, albowiem jak powiedział jeden klasyk: Polska jest krajem silnym wobec słabych i słabym wobec silnych.

Gowin o ordynacji do PE: Prowadzi do stabilizacji sceny politycznej w wymiarze europejskim. Obecna ordynacja kompletnie nieczytelna

Z jednej strony to oczywiście prowadzi do pewnej stabilizacji sceny politycznej w tym wymiarze europejskim. Natomiast z drugiej strony obecna ordynacja jest kompletnie nieczytelna. Trzeba było ją od dawna w jakiś sposób poprawić. Można ją było zmienić na dwa, trzy racjonalne sposoby. Zdecydowaliśmy się w gruncie rzeczy na odwzorowanie rozwiązań, które obowiązują w ordynacji w wyborach do Sejmu” – mówił w Radiu Zet wicepremier Jarosław Gowin.

Mechanizm dzielenia głosów, liczenia głosów w okręgach jest taki sam. W PE liczy się kilka dużych rodzin, kilka dużych grup i uznaliśmy, że jest rzeczą racjonalną, żeby w tych wyborach europejskich też nieco ustabilizować polską scenę polityczną” – dodawał.

– Polska miała szansę przedstawienia swoich argumentów. Komisja Europejska nie zmienia stanowiska. Ryzyko systemowego naruszenia praworządności w Polsce pozostaje – powiedział dziś Frans Timmermans. – Jest potrzebne podjęcie kroków przez stronę polską – zaznaczył.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej przedstawił w Parlamencie Europejskim stanowisko w związku z mającym miejsce przedwczoraj wysłuchaniem Polski przed Radą ds. Ogólnych. – Polskie władze miały duże możliwości, żeby udzielić tam odpowiedzi, ale nie zostały one udzielone tak szeroko, jak byśmy chcieli – powiedział. – Nie ma powodu, by KE zmieniła swoje stanowisko. Jest potrzeba podjęcia większych kroków ze strony polskiej. Komisja pozostaje w gotowości do dyskusji, jesteśmy otwarci na dialog – deklarował.

Timmermans wymieniał kwestie, którą budzą wątpliwości urzędników Komisji Europejskiej. Chodzi m.in. o nową procedurę skargi nadzwyczajnej. – Ostatnie poprawki nie usunęły ani nie zmieniły tej procedury w sposób znaczący – wyjaśniał. Inne zagadnienia będące przedmiotem sporu, to np. sprawa niezależności Trybunału Konstytucyjnego i zmiany związane z Izbą Dyscyplinarną. – Chcę podkreślić, że te wątpliwości są zgłaszane również przez międzynarodowe organizacje, m.in. przez Komisję Wenecką – przypominał Timmermans.

Frans Timmermans zgłaszał też uwagi w sprawie sędziów, którzy muszą zakończyć pracę. Zgodnie z ustawą o Sądzie Najwyższym, która weszła w życie w kwietniu, sędziowie SN, którzy osiągnęli nowy, niższy wiek emerytalny i nie zgłosili wniosku o możliwość dalszego orzekania, przejdą w stan spoczynku. KE sprzeciwia się temu, wskazując, że sędziowie są nieusuwalni.

Przedstawiciel Komisji Europejskiej podkreślił też, że KE „nie podważa prawa polskich władz do reform”. – Jednak w reformowaniu kluczowe znaczenie ma niezależność władzy sądowniczej, to, że utrzymany jest trójpodział władzy – powiedział.

Krętactwa PiS w sprawie mediów i wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Nie dajmy się zdekoncentrować

Prof. Magdalena Środa skomentowała słowa polityków PiS na temat wyborów czerwcowych w 1989 r.

Krzysztof Brejza z kolejną rewelacją na temat warszawskiej spółki Srebrna związanej z politykami PiS.

„Co za historia. Mecenas spółki #Srebrna (założonej przez JK) odnalazł się w … Polskiej Fundacji Narodowej” – poinformował na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Do wpisu dołączył skan pisma, z którego wynika, że Michał Zuchmantowicz reprezentował spółkę Srebrna w sądzie jako jej pełnomocnik.

Według PO, Srebrna miała finansować działania polityczne Jarosława Kaczyńskiego oraz PiS. – „Był to fundusz ubezpieczeniowy na ciężkie czasy dla polityków PiS. Z jednej strony mamy polityka, który mówi, że walczy z układami, a sam te układy buduje” – mówił Marcin Kierwiński z PO. – „Od 1989 r. – oprócz osób współpracujących z Jarosławem Kaczyńskim – nie było żadnego innego środowiska, które w tak wymierny sposób wzbogaciło się dzięki przekształceniom majątku skarbu państwa” – dodawał Andrzej Halicki.

Z artykułu „Wprost”, na który w swoim wpisie powołuje się poseł Brejza, wynika, że Zuchmantowicz pracuje dla Polskiej Fundacji Narodowej. Uczestniczył między innymi w rozmowach na temat projektu Polska100, czyli rejsu dookoła świata, w którym miał wziąć udział Mateusz Kusznierewicz, co zakończyło się – jak na razie – spektakularną klapą.

W przeszłości Zuchmantowicz był obrońcą Mariusza Kamińskiego, obecnego ministra – koordynatora ds. służb specjalnych w rządzie Mateusza Morawieckiego. Na stronie internetowej jego kancelarii adwokackiej próżno szukać informacji, dotyczących współpracy Zuchmantowicza zarówno ze spółką Srebrna, jak i PFN.

„Ach, cóż za przedziwny zbieg okoliczności… no kto by pomyślał, że świat taki mały i tak wielu na nim wręcz niezastąpionych ludzi”; – „Bierze udział w programie #KorytoPlus”; – „Szara sieć powiązań”– skomentowali internauci.

Radio RMF FM informuje, że po proteście osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie wzrośnie liczba pracowników straży marszałkowskiej.

Pod naciskiem Komisji Europejskiej polski rząd wreszcie się ugiął i opublikował wyroki Trybunału

Konstytucyjnego. To orzeczenia TK dotyczące niekonstytucyjności PiS-owskiej nowelizacji ustawy o TK z grudnia 2015 r. oraz częściowej niekonstytucyjności ustawy o TK z lipca 2016 r. Przypomnijmy, że ówczesna premier, Beata Szydło wstrzymywała ich publikację, twierdząc, że wydane zostały przez Trybunał w niewłaściwym składzie i taka postawa umożliwiła PiS przejęcie pełnej kontroli nad TK. Szydło podejmując decyzję o niepublikowaniu wyroku TK, przyznała sobie prawo do oceny, która całkowicie nie leżała w jej kompetencjach. Zgodnie bowiem z wciąż jednak obowiązującą konstytucją „orzeczenia TK mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne oraz podlegają niezwłocznemu ogłoszeniu”.

Oczywiście, politycy PiS wciąż upierają się, że to tylko „rozstrzygnięcia”, które nie mają żadnej mocy prawnej i nie są wyrokami. Stąd pierwszy raz w historii zapewne mamy wydrukowane w Dzienniku Ustaw orzeczenia TK z adnotacją „Rozstrzygnięcie wydane z naruszeniem przepisów ustawy o TK”, a także z informacją, że „dotyczą ustaw, które już nie obowiązują”. Członkowie partii rządzącej są przekonani, że „Rozwiązanie to powinno przyczynić się do zakończenia sporu o TK, a także poprawy sytuacji Polski w sporze z Komisją Europejską”.

Pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf mówi, że „Konstytucja mówi, że orzeczenia TK mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne. Przymiotu tego nie może ich pozbawić adnotacją, że zostały one wydane z naruszeniem przepisów”. Również prof. Matczak uspokaja na Twitterze, że nie ma się co przejmować „tym idiotycznym dopiskiem. To taki prawniczy folklor obecnej władzy, bez żadnego znaczenia. To tak, jakby komuniści opublikowali Biblię, ale przed tytułem dopisali „Nie zgadzamy się z treścią tej książki”.

Wszystkich zastanawia ten dopisek o naruszeniu przepisów i publikacji ustawy, która już nie obowiązuje. Według prof. Matczaka to nic innego jak rodzaj zabezpieczenia Beaty Szydło, by łatwiej mogła się bronić przed Trybunałem Stanu, który, mam nadzieję, zajmie się nią w odpowiednim czasie.

Jedno wydaje się pewne. Cokolwiek i jakkolwiek politycy PiS by nie twierdzili to, jak mówi prof. Gersdorf, „Publikacja wyroków nie usunie z porządku prawnego niekonstytucyjnych przepisów, bo te utraciły już moc obowiązującą. Ale nie jest prawnie obojętna, jak zapisano w uzasadnieniu projektu. Orzeczenia wywołały określone skutki prawne” i dodaje „Kształtują sytuację trzech osób, które zostały wybrane na miejsca już obsadzone [dublerów], a które na podstawie zakwestionowanej ustawy zostały dopuszczone do orzekania. Należałoby przyjąć, że pełnią one urząd bezprawnie, gdyż zostały wybrane na miejsca już obsadzone”.

Zastanawiam się, jak to jest. Czy naprawdę PiS uważa, że Polacy dadzą się nabrać na ich nieudolne tłumaczenia, przyjmą je za pewnik i odpuszczą? Część zapewne tak, bo bezkrytycznie przyjmują wszystko, ale większość kieruje się przede wszystkim rozumem, więc dostrzega absurd tej sytuacji i oczekuje na moment, gdy wreszcie rozliczy się polityków rządzącej partii za działania niezgodne z konstytucją.

Polityczne nawałnice walą jedna po drugiej i ujawniają stan państwa, jeśli nie z dykty, to w stanie powolnego, organizacyjnego paraliżu.

Waldemar Mystkowski pisze o dekoncentracji mediów.

Nie dajmy się dekoncentrować poprzez krętactwa, bo PiS tak chce uśpić naszą czujność w walce o demokrację i praworządność.

Z krętactwami PiS jest poważny problem. Nie wiadomo, kto jak kręci i w którą stronę. Kto jest większym, a kto mniejszym krętaczem. Do każdej sprawy, którą zajmuje się PiS należałoby jak na filmach detektywistycznych szpilkami przytwierdzić do tablicy zdjęcia polityków tej partii i pomiędzy nimi przeciągać nitki. Wówczas bylibyśmy bardziej odporni na ich produkcję krętactw.

Dzisiaj na tej tablicy centralne postaci to Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki. Prezes ma infekcję, a wg niektórych doniesień może być w bardzo ciężkim stanie. Mój bliski znajomy miesiąc temu – z powodu infekcji kolana – wziął i zszedł, choć leczony był przez sławnego profesora. Nie piszę o tym dlatego, że Kaczyński może zejść, ale zachowania polityków PiS świadczą, że liczą się z taką sytuacją.

Morawiecki jest w najlepszym położeniu, aby sukno PiS drzeć na swoją stronę. W ostatnim czasie nad wyraz jest obecny w mediach i to z ideami, które dotychczas nie były jego domeną. Jego twierdzenia o 4 czerwca 1989 roku mijają się z prawdą historyczną, są wytworem czystej pisowszczyzny.

Kaczyński długo dochodził do pozycji lidera kłamstw w polityce krajowej. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i w połowie pierwszej dekady obecnego wieku mieścił się w normach prawdomówności. Do krętacza nr 1 dochodził więc 15 lat. Za to szybko poszło Morawieckiemu, on dojrzał niemal jednej nocy, jak bohater Franza Kafki Gregor Samsa, który obudził się jako Karaluch. Mamy więc te dwie postaci przybite na tablicy polskiej polityki.

Proszę! – oto najnowsza sprawa, która wybuchła z samego rana – dekoncentracja mediów. Wyczerpał się niemal temat Stanisława Pięty, który na swoim profilu napisał, że jest już niezrzeszony, a zatem sąd partyjny pod kierownictwem bohatera afery melexa na Cyprze Karola Karskiego nie ma prawa nim się zajmować.

PiS nie miał dobrego pomysłu prawnego na przejęcie mediów, aby je zdekoncentrować i zrepolonizować, tzn. przywłaszczyć. Teraz też nie ma, gra już na chama – bez liczenia się z kimkolwiek. Wybory samorządowe może przegrać, ale przy parlamentarnych na to sobie nie pozwoli. Sądownictwo to jedno – nawet gdy zajmie się nim Trybunał Sprawiedliwości UE – ale media kształtują wyborców.

Więc poszedł news w lud, że prezes zadecydował o dekoncentracji mediów, gdyż zajmowały się skandalem obyczajowym Pięty. Bzdura! Wśród pisowskich wyborców to utwardzenie wartości tradycyjnych – chłop folguje sobie. Nie od prezesa dekoncentracja mediów wyszła, ślady prowadzą do Morawieckiego, który jakiś czas temu mówił o potrzebie równowagi, bo „media strony przeciwnej to mniej więcej 80 proc. siły rażenia”.

To Morawiecki chce tu i teraz przejąć prywatne media. Jak chcą to uczynić? O tym sypnął się Ryszard Czarnecki, który dla tygodnika „Do Rzeczy” powiedział, że władza by kupiła zagraniczne media za okazyjną cenę: – „Nie może być to po jakichś kosmicznych cenach”. Władza wyznaczy cenę za ile nastąpi dekoncentracja.

Czarneckiemu zaprzeczyła rzecznik PiS Beata Mazurek, nazywając to fake newsem. Mazurek sama w sobie jest fake i to pod wieloma względami, ponoć rozmawiała o tym z prezesem. Między podobiznami postaci przybitych do naszej tablicy – Czarnecki i Mazurek – nie ma nici wspólnych informacji, ale tylko pozornie, bo oboje mogą grać w różnych zwalczających się frakcjach PiS. Zauważmy, że Mazurek nic nie powiedziała o infekcji prezesa.

A nasz Gregor Samsa przemieniony w Karalucha był łaskaw ponadto powiedzieć, że otwarcie Centralnego Portu Lotniczego w Baranowie nie będzie oznaczało zamknięcia Okęcia i Modlina. Tak, do Polski będzie walił cały świat, aby oglądać tutejsze dziwy cywilizacyjne. Morawiecki jednak nie bierze odpowiedzialności za CPL, gdyż jego otwarcie przewidywane jest na 2027 rok, a do tej pory PiS odda władzę – i raczej o tej partii zapomnimy, zwłaszcza że nie wiemy, jaki Bozia los przeznaczyła prezesowi Kaczyńskiemu. W informacji o 3 lotniskach chodzi o to, aby warszawiacy nie oburzyli się, że Okęcie będzie wygaszane, jak jeszcze wczoraj mówili pisowcy.

Detektywistyczna tablica z kryminalnymi dążeniami PiS jest wielce pomocna, aby nie dać się omotać wszechobecnej retoryce krętactwa. Nie dajmy się dekoncentrować poprzez krętactwa. PiS tak chce uśpić naszą czujność w walce o demokrację i praworządność.

Kaczyński jest winny wywołania konliktu z Izraelem i fali antysemityzmu

Konflikt z Izraelem ufundował nam „geniusz” z Żoliborza, nazwany przez Waldemara Kuczyńskiego – szaleńcem.

Prof. Andrzej Friszke odniósł się do polityki międzynarodowej prowadzonej przez rząd PiS.

Odpowiadający legislacyjnie ze strony PiS za ustawę o IPN Patryk Jaki – istny intelektualnie i estetycznie matołek po kapitalnym tweecie Donalda Tuska dosyał drżączki i głupawki (i to w ułomnym języku polskim, w języku sowieckim).

Ks. Wojciech Lemański zareagował na odpowiedź Jakiego na słowa Donalda Tuska.

Radny dzielnicy Targówek (Warszawa) Cezary Wąsik (PiS) wypowiedział się na temat dziennikarza Konrada Piaseckiego.

Mateusz Morawiecki to człowiek katastrofa. Tak złego orędzie – fatalna intonacja, zachowanie, mowa ciała – jeszcze w Polsce nie było. A przy tym zakłamanie i wpadki.

Radosław Sikorski zareagował na wypowiedź Morawieckiego (PiS) w orędziu.

Do klasyki przejdzie z wystapienia Morawieckiego tłumaczenie na angielski o „polskich obozach śmierci”.

Szykuje nam się powtórka z Marca ’68.

Waldemar Mystkowski pisze.

Walczą pisowcy z całym światem, iż obozy nie były polskie, a sami głoszą, że jednak polskie. To jest wpadka? Nie! Choć PiS będzie twierdził, że to wpadka. Oczywiście znaleźli winnych, zawiodło automatyczne tłumaczenie serwisu YouTube. Tak tłumaczą się patałachy, bo kto korzysta przy tak ważnym orędziu z jakiegoś automatu?

Morawiecki potwierdził więc proroctwo Tuska, iż „autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat…” I to sam premier wziął się za promowanie. Nawiasem, Morawiecki jest fatalnym mówcą, tak sztywny i nijaki, jakby był stworzony automatycznie. Obawiam się, że to może być prawdą: Morawiecki to martwa materia animowana na potrzeby telewizji i internetu.

Marek Kacprzak był wczoraj w Polsacie wydawcą anteny, poznał – pisze na Twitterze – „kulisy i wiedzę techniczną osób odpowiedzialnych za dostarczenie orędzia do stacji telewizyjnych”. Z niejakim sarkazmem ocenia potworkowate orędzie: „Nic mnie nie zdziwi”.

A do samej materii udziału Polaków w Holocauscie to zdanie Jana Karskiego, który pierwszy powiadomił świat o obozach śmierci na terenie Polski – jest dla nas jako całości kompromitujące: „W szerszych kręgach społeczeństwa stosunek do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. To zbliża je w pewnym sensie do Niemców „. Najlepsi Polacy nie mają zbyt dobrego zdania o narodzie polskim, a PiS jeszcze bardziej pogłębia mroki i ciemnotę Polaków. I do tego w gruncie rzeczy ma służyć ustawa o IPN.

Zaś Galopujacy Major widzi to w kategoria kabaretu: Gang Olsena, Allo Allo, Monty Pythona.

I jaką mamy broń w takiej konfrontacji? Polskich polityków, którzy ledwo dukają po angielsku, oraz Polską Fundację Narodową od billboardów z kiełbasą, która nawet po zmianie kierownictwa nie ma szans w starciu medialnym z Izraelem. Bo Izrael ma takich fundacji dziesiątki, bo dba o poprawne stosunki z naukowcami z całego świata od wielu, wielu lat. Polska w międzynarodowym środowisku naukowym jedyne, co ma, to listy oburzenia zachodnich historyków w sprawie nasyłania CBA na prof. Machcewicza oraz opinię kraju szykanującego prof. Grossa z prestiżowego Uniwersytetu w Princeton. Kto pójdzie na tę medialną wojnę z Izraelem: prof. Żaryn negujący zbrodnie pronazistowskiego gen. Franco? Magister Zychowicz, który przekonywał, że lepiej dla Polski było iść z Hitlerem na Rosję? Przecież to medialne samobójstwo.

Pokutuje w Polsce komiczne mniemanie, że gdy się ma przekonanie o własnej racji i uprawia się prostacką paskowo-billboardową propagandę, można zmienić myślenie zachodniej opinii publicznej, bo ona jest tak infantylna jak nasza opozycja. Że można tego dokonać bez wzajemnego szacunku, bez ustępstw przy kontrowersyjnych ustawach, bez setek i tysięcy godzin wspólnych projektów, bez grantów dla historyków z tego zgniłego, pogardzanego Zachodu. Otóż nie można i żaden okólnik MSZ albo fundacja tego nie zmienią.

Bez żadnego zaplecza i bez wsparcia Polska chce toczyć medialną wojnę z największymi. Za kilka lat będzie trzeba przekonywać, że większość Polaków naprawdę nie wymordowała Żydów. A wszystko dlatego, że Maciej Świrski z Patrykiem Jakim chcieli mieć kilka lajków więcej na Fejsie.

Opanujcie się, zawetujcie tę ustawę, jeszcze nie jest za późno!

Kaczyński zaś brnie w swoje gówno – i kłamie na potegę.

– Z całą pewnością to sytuacja wymagająca głębokiej analizy. Trzeba rozumieć, co tutaj się stało. Nam odmówiono prawa do obrony własnej godności. Godności narodu, któremu się w sposób skandaliczny przypisuje winy innego narodu, narodu niemieckiego.

Głupiec.

A tatuś Morawieckiego Kornel zgupiał do reszty.

Post Navigation