Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Igor Stachowiak”

Szmalcownicza menda, pisowski sędzia KRS

Publicysta i były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego Waldemar Kuczyński na temat sędziego Krajowej Rady Sądownictwa Jarosława Dudzicza.

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Nic nie zapowiadało takiego zwrotu akcji w wyborczym wyścigu. Faworyt był jeden, a jego pozycja lidera wydawała się być niezagrożona. Tempo marszu po władzę totalną, najlepiej konstytucyjną miało przyspieszyć ogłoszenie przełomowych propozycji, nazwanych “hattrickiem Kaczyńskiego”. Obejmują one radykalny i skokowy wzrost płacy minimalnej, wprowadzenie 13-stej i 14-stej emerytury na stałe oraz zwiększenie dopłat dla rolników. Jak donosi dziś “Gazeta Wyborcza”, postulaty te są odpowiedzią na wyniki badań elektoratu, jakie partia rządząca przeprowadziła w okresie przedwyborczym. To właśnie przymilenie się do tych trzech grup społecznych – najmniej zarabiających, emerytów oraz rolników, ma dać ekipie Zjednoczonej Prawicy miażdżące zwycięstwo wyborcze. Coś jednak zdecydowanie poszło nie tak i zamiast efektu “WOW”, propozycje wywołały kryzys, z jakim PiS jeszcze w tej kadencji mierzyć się nie musiało.

Tak długo bowiem, jak działania obozu władzy koncentrowały się na uderzeniach w nieco abstrakcyjne dla przeciętnego Polaka kwestie, jak praworządność, mający zła sławę w III RP wymiar…

View original post 3 409 słów więcej

 

PiS rozpoczyna manipulacje przy ordynacji po to, aby nie przegrać wyborów

Sprawa śmierci Igora Stachowiaka nadal wywołuje wiele emocji. Dowód? Wymiana zdań w jednym z programów telewizyjnych. „Zabiliście człowieka” – powiedziała do wiceministra kultury Jarosława Sellina Izabela Leszczyna z PO.

Dyskusja miała miejsce w „Śniadaniu w Polsat News”. Gośćmi audycji byli m.in. wicemarszałek Sejmu Barbara Dolniak (Nowoczesna), Grzegorz Długi z Kukiz’15, Jarosław Sellin i Izabela Leszczyna.

Rozmowa dotyczyła m.in. nieformalnego szczytu w Brukseli dot. migracji. Ale nie tylko. Pojawił się wątek śmierci Igora Stachowiaka.

– A Igor Stachowiak? To bez zastrzeżeń? My nie zabiliśmy człowieka. Policja za naszych rządów nie zabiła człowieka na komisariacie, panie ministrze. Minister Zieliński ponosi polityczną odpowiedzialność za to, jak działa policja. Zabiliście człowieka – przekonywała Leszczyna, kierując swoją wypowiedź do Sellina.

Nowe informacje

Kilka dni temu prokuratura poinformowała, że do śmierci Igora Stachowiaka „z dużym prawdopodobieństwem” doprowadziła niewydolność krążeniowo-oddechowa związana z zażyciem amfetaminy i środków psychoaktywnych. Wcześniej pojawiały się doniesienia, że mężczyzna mógł zostać uduszony.

Na przestrzeni kilku tygodni na jaw wyszło kilka nowych, dramatycznych wątków związanych ze śmiercią Stachowiaka. Do tuszowania sprawy miał przyznać się szef ratowników z pogotowia, które 15 maja 2016 roku przyjechało do umierającego na komisariacie mężczyzny. Do mediów wyciekła też notatka służbowa aspiranta Grzegorza G., który opisał ostatnie chwile jego życia. Kilkadziesiąt minut przed śmiercią miał powiedzieć: „ja dzisiaj umrę”.

Wcześniej na jaw wyszło, że Adam W., policjant, który raził Stachowiaka paralizatorem, miał z nim wcześniej zatarg. Maciej Stachowiak, ojciec tragicznie zmarłego Igora, wyznał, że jego syn bał się policji. – Mówił, że „policja go dojedzie” – relacjonował.

– Uważam, że w Polsce powinniśmy zastanowić się nad całą ordynacją, nie tylko do PE – mówił w TVN24 wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki pytany o planowane przez PiS zmiany w ordynacji do PE.

– Ordynacja do PE jest bardzo skomplikowana. Ja znam niewielu polityków, którzy potrafią wyjaśnić o co tam chodzi – mówił Jaki pytany o to, dlaczego PiS, na rok przed wyborami do PE, chce zmienić ordynację wyborczą regulującą wybory do Parlamentu Europejskiego w Polsce.

Jaki przekonywał, że ordynacja wyborcza musi być transparentna. Dodał, że obecna ordynacja taka nie jest. – Dzisiaj ordynacja jest taka, że głosują osoby w okręgu X, a mandat w wyniku skomplikowanego systemu wyborczego może iść do kolejnego okręgu – tłumaczył.

– System trzeba uprościć – podsumował.

Z kolei Sławomir Neumann, szef klubu PO mówił, że jego zdaniem zmiany ordynacji do PE to „test przed wyborami parlamentarnymi”. – To kolejna manipulacja ordynacją wyborcza która ma pomóc utrzymać PiS przy władzy. Dzisiaj lista, która w skali kraju przekroczy 5 proc. zdobywa mandaty. Teraz próg zostanie podniesiony w okręgach do 15-20 proc. To prawie JOW-y. Małe ugrupowania nie mają szans w tej ordynacji – przekonywał.

Zdaniem Neumanna nowa ordynacja jest też sygnałem wysłanym do polityków PiS – np. do Antoniego Macierewicza – który mógłby chcieć stworzyć własną listę przed wyborami do PE. Według szefa klubu PO to sygnał dla polityka PiS: „Jak chcesz tworzyć listę na 5-6 proc. to nie będziesz istniał”.

Natomiast posłanka Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz mówiła, że mandatów będzie więcej w tych okręgach, w których PiS ma większe poparcie. – To przygotowanie miejsca eksodusu dla polityków PiS-u – dodała sugerując, że politycy PiS chcą „uciekać” do PE.

Agnieszka Ścigaj z Kukiz’15 oceniła z kolei, ze ordynacja jest „ewidentnie wymierzona w Kukiz’15”. – To jest wymierzone bardzo mocno w nasz ruch. Chcecie uderzyć w Kukiz’15, ale sami dostaniecie rykoszetem – ostrzegła przekonując, że takie podniesienie progu wyborczego tylnymi drzwiami da zwycięstwo koalicji PO i Nowoczesnej.

Wyborcy PiS wpuścili nas do swojego świata. Wbrew stereotypom ten świat nie jest możliwy do zdefiniowania poprzez nazwy województw, czy regionów. To mapa emocji, wiary i frustracji. Układa się z nich taka opowieść: zanim przyszedł PiS byliśmy rozbici, samotni i porzuceni. Po trzech latach rządów PiS jesteśmy zwarci i zjednoczeni jak nigdy dotąd. I nie pozwolimy się już rozdzielić. Sprawdziliśmy, co, jak i dlaczego, połączyło różne historie w jedną opowieść.

Miasto powiatowe, Zachodniopomorskie. Blok. Duży pokój. Telewizor podkręcony na „głośno”. W TVP Info materiał o Donaldzie Tusku. 

– Widzicie go? – pyta nas Zbych.

– No widzimy.

– Rudy k.. złodziej! Rozkradli wszystko. A teraz koniec!

– Tak?

– Pewnie. Patrzcie na mnie. Całe życie zasuwałem fizycznie. Naprawdę ciężko. Wszystko z tych rąk. Państwo nigdy mnie nie zauważało. Nie byłem mu potrzebny do niczego. Taki Zbychu – jest, trudno, nie ma go, nawet lepiej. Krótko mówiąc ch… kogo Zbychu obchodził. Chcecie kielicha?

– A ty?

– Ja już nie! Rak, widzicie? Tu pod koszulą mam worek. Żywienie dojelitowe. Przerzuty. Ciężka sprawa.

– Myślisz, że tych co teraz rządzą obchodzisz?

– Wiecie, że do nas przyjechał Duda? I poszedłem na spotkanie. To wysiłek, bo ja już słabo chodzę.  Ale wyobraźcie sobie, miałem szczęście. On mi uścisnął dłoń! K… po tylu latach ktoś mnie dostrzegł!

– Fajnie!

– No! Jedna z najpiękniejszych chwili w moim życiu. Sam pan Prezydent Polski podał mi rękę! I jeszcze ktoś telefonem zrobił zdjęcie.

– Masz to zdjęcie?

– Tak, tak. Słabo wyszło bo tłum. Ale widać jego, czyli prezydenta. I rękę. I to jest moja ręka! Piękna pamiątka na całe życie!

– Czyli zagłosujesz na nich?

– Oczywiście. Jeśli tylko będę w stanie dojść do urny.

Wybór PiS jako forma zawierzenia

Takich rozmów przeprowadziliśmy kilkanaście. Byliśmy we wsiach, małych miasteczkach, dużych aglomeracjach. Wszędzie tam, gdzie Polacy głosowali na PiS i w każdej klasie społecznej, bo wbrew stereotypom na partię Jarosława Kaczyńskiego nie głosowali tylko robotnicy i chłopi. Postawił na nią co trzeci przedstawiciel klasy średniej, czyli pracownicy administracji i usług. Wybrało ją trzech na dziesięciu przedstawicieli tzw. klasy wyższej, czyli właścicieli firm i osób z wyższym wykształceniem. Polacy biedni, ale też bardzo bogaci. Łączący pracę na gospodarstwie z robotą w usługach, ale też pełniący ważne funkcje w instytucjach rządowych. Odbiorcy mediów, ale też ich pracownicy.

Rozmowy z ludźmi, czasem nazywanymi lekceważąco „ludem pisowskim” były bardzo ciekawe. Dzięki nim zobaczyliśmy inny wymiar polityki, która do mistrzostwa opanowała grę na ludzkich frustracjach. Bo ludzie, którzy zgodzili się na rozmowę z bądź co bądź wysłannikami pisma liberalnego, mówili nam o swoim wyborze jako formie zawierzenia. Oddali swój głos PiSowi, który miał spełnić ich zawiedzione przez Trzecią RP nadzieje i marzenia.

Niespełnione oczekiwania

Mieszkanka Garwolina, miasta w którym PiS miał 60 proc poparcia opowiedziała nam o swojej, niezrealizowanej za czasów PO, potrzebie wspólnoty. – Jeżdżę po całym świecie, nie mam kompleksów, ale nie chcę się definiować jako Europejka. Jestem Polką i chcę być z tego dumna – mówiła. Problem w tym, że za czasów rozbicia, jak Maria nazywa rządy poprzedniej władzy, patriotyzm definiowany przez nią jako wierność tradycji i wiara katolicka jako rodzaj wspólnoty, nie były wartością. Ludzie w Garwolinie, podobnie jak ona mieli dość ciągłego skupiania się na UE. Im bardziej rząd skręcał w stronę Unii Europejskiej, tym mocniej szukali wspólnego, lokalnego doświadczenia. Padło na 1. Pułk Strzelców Konnych, który do drugiej wojny światowej stacjonował w Garwolinie, potem brał udział w Bitwie Warszawskiej, kampanii wrześniowej, został odtworzony w konspiracji w ramach AK i jako Dywizjon 1806 brał udział w Powstaniu Warszawskim. Z mediów prorządowych płynął przekaz „bądźmy dumnymi obywatelami Europy”, a miejscowi organizowali miejskie święta Pułku, młodzież założyła grupę rekonstrukcyjną. A kiedy zestaw wydarzeń z odległej przeszłości się wyczerpał, znaleźli coś bardziej współczesnego: wizytę w Garwolinie prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Jan, mieszkaniec Wilkowyi, wioski w której para prezydencka uczestniczyła w rozpoczęciu roku szkolnego zwrócił nam uwagę na podobny mechanizm. – Zanim nastał PiS, my prości ludzie byliśmy upokarzani – powiedział nam. – W telewizji mówili o nas jak o moherach, kazali zabierać babci dowód, wyśmiewali się, że narobiliśmy sobie dzieci i nie umiemy ich utrzymać. Aż wreszcie przyszedł PiS i powiedział, że jesteśmy ważni. Dał 500 plus na nasze dzieci. I wysłał do nas najważniejszą osobę w państwie, która potraktowała nas jak równego sobie.

Przedstawiciele klasy średniej i wyższej wymieniali trochę inny zestaw niespełnionych przez Trzecią RP oczekiwań. Niektórym udało się osiągnąć sukces finansowy, ale czuli kruchość systemu, który w każdej chwili może się zapaść, również pod nimi. Inni, z rozbudzonym apetytem na władzę, skarżyli się na niemożność przebicia się do elit. Kolejni, w tym również przedstawiciele mediów, narzekali na zakłamanie poprzedniej ekipy rządzących. Większość miała nadzieję, że nowi, z nową energią rozbiją stare elity i zrobią miejsce dla nich.

Po trzech latach rządów PiS niektóre z ich nadziei udało się zrealizować, ale pojawił się niepokój, bo nowy system też okazał się kruchy i mało stabilny. Mimo to większość naszych rozmówców przyznaje, że po raz kolejny zagłosuje na PiS. Na razie nie widzą innej partii, której mogliby zawierzyć w takim samym stopniu jak PiS.

>>>:

Dla PiS normalnością jest nienormalność

>>>

W miniony czwartek gościem Moniki Olejnik w „Kropce nad i” był Jacek Sasin. Ponieważ w ostatnich dniach media informowały, że ojciec Rydzyk może liczyć na kolejne, 100 mln. zł, które chce mu przyznać Ministerstwo Kultury na budowę Muzeum im. Jana Pawła II, nie można się dziwić, że ten temat znacznie zdominował spotkanie.  Trzeba przyznać, że było bardzo „gorąco”.

Zaczęło się od tego, że w pewnym momencie Jacek Sasin wspomniał Lecha Kaczyńskiego, oburzając się, że dzisiejsza opozycja, która tak go kiedyś atakowała, teraz na pamięci o nim próbuje realizować swoje cele polityczne. Uznał, że jest to niegodne i haniebne. Wówczas Monika Olejnik przypomniała swemu rozmówcy jak to „poniżany był Lech Kaczyński, jego żona przez dyrektora Radia Maryja. W sposób skandaliczny mówił, że to jest czarownica, która powinna się poddać eutanazji. W skandaliczny sposób mówił o Lechu Kaczyńskim” i to jakoś nikogo nie oburza. Mało tego, ten pan, który w tak niewybredny sposób atakował byłego prezydenta i jego małżonkę otrzymuje kolejną dotację.

Pan Sasin bardzo się zdziwił. Przecież „instytucje państwa powołane do tego, by wspierać różne inicjatywy społeczne, pozarządowe rzeczywiście wspierają je również finansowo. Dzisiaj jest tak, że organizacje prezentujące różne światopoglądy, różne opcje polityczne są traktowane tak samo”. Czy rzeczywiście?

Monika Olejnik przypomniała, że środki na dofinansowanie różnych instytucji biorą się m.in. z naszych podatków i jednocześnie dalej zastanawiała się, jak to możliwe, by osoba, która tak szkalowała Lecha i Marię Kaczyńskich teraz jest hołubiona przez rządzącą partię i obrzucana pieniędzmi. Przypomniała, że Lech Kaczyński mówił, iż nigdy nie poda ręki panu Rydzykowi. Jacek Sasin zdziwił się, skąd ma taką wiedzę „Nie słyszał pan takich wypowiedzi? Nie czytał pan? I pracował pan w kancelarii pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i uważa pan, że prezydent Lech Kaczyński mógł sobie pozwolić na obrażanie swojej żony?

Jacek Sasin nie miał zbytniej ochoty ustosunkować się do pytań Moniki Olejnik. Nie przedstawił swego stanowiska w sprawie, natomiast wolał skoncentrować się na pewnym faux pas, które według niego, popełniła dziennikarka. Chodziło o zwrot „pan” w odniesieniu do Rydzyka. „Myślę, że mówienie o osobie duchownej „pan” jest niepotrzebną demonstracją w stosunku do religii i osób duchownych, więc nie ma sensu tak postępować, bo to pokazuje brak szacunku”.  

Wątpię, żeby słuchaczy „Kropki nad i” interesowały dywagacje na temat słuszności lub nie, zastosowania pojęcia „pan” w odniesieniu do ulubieńca obecnej władzy czyli Rydzyka. No ale wyszło jak zawsze. Ważny temat, wymagający wyjaśnienia i …odwrócenie kota ogonem, przeniesienie środka ciężkości na nic nie znaczący drobiazg. Trzeba przyznać, że politycy PiS są mistrzami w omijaniu niewygodnych tematów.

Dziennikarz Polsat News Jan Kunert ogłosił na Twitterze, że rozstał się ze stacją Polsat News i szuka pracy. Choć sam zainteresowany nie chce mówić o przyczynach zwolnienia, według rozmówców Fakt24 dziennikarz nie pasował do nowej koncepcji programu informacyjnego Polsatu, który ma być pod wodzą nowej szefowej informacji i publicystyki Doroty Gawryluk, bardziej wyrozumiały dla rządów „dobrej zmiany”. Kunert jako dociekliwy dziennikarz nie raz zalazł PiS-owi za skórę, więc po jego wpisie szybko znalazł się polityk PiS, który zaczął się z niego naigrywać. Internauci nie kryli oburzenia.

Jan Kunert zwracał na siebie uwagę sumiennością i konsekwencją w pracy. Po tym, jak PiS objął rządy dziennikarze, którzy nie byli bezkrytyczni wobec władzy, znaleźli się na cenzurowanym. A rzecznicy poszczególnych ministerstw i instytucji udzielają krytycznym mediom szczątkowych informacji, bądź nie udzielają ich wcale. Kunert znalazł na to sposób.

Historia ataku na Kunerta ma jeden morał. Że w dziennikarstwie tak jak w życiu, warto być przyzwoitym.

PiS przygotowuje kolejne zakazy dotyczące manifestacji, a zajmuje się tym Jan Klawiter, członek Prawicy Rzeczypospolitej, poseł niezrzeszony, który do Sejmu startował z list PiS. – „W ostatnim czasie miał miejsce szereg manifestacji pod kuriami biskupimi w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Toruniu, co miało związek z obywatelską propozycją podniesienia standardu ochrony życia ludzkiego na prenatalnym etapie rozwoju” – napisano w uzasadnieniu najnowszego pomysłu nowelizacji ustawy o zgromadzeniach.

Chodzi oczywiście o protesty przeciw projektowi zaostrzającemu obecne przepisy aborcyjne, a firmowanemu przez Kaję Godek. – „Jakkolwiek władze kościelne nie były inicjatorami tego projektu, werbalna, a nawet fizyczna agresja protestujących skierowała się właśnie przeciwko nim, przejawiając się zgromadzeniami odbywanymi w bezpośredniej bliskości (niekiedy pod drzwiami) budynków kurii. Podobny charakter miały wydarzenia pod jedną z czołowych polskich katolickich rozgłośni radiowych” – czytamy dalej w uzasadnieniu. Tym razem autorom projektu chodzi o niedawną manifestację pod hasłem „Chryja pod Radiem Maryja”. Uczestniczki wznosiły hasła: „Fałszywe twoje modły, Rydzyk jesteś podły!” czy „Precz z Rydzykiem! Obłudnikiem!”.

Zgromadzenia nie mogłyby więc odbywać się w odległości mniejszej niż 200 metrów od kościołów, kaplic i cmentarzy. Nie wolno się będzie także gromadzić w pobliżu „innych budynków kościelnych, pomieszczeń służących katechizacji lub organizacjom kościelnym”.

Poseł Klawiter zbiera obecnie podpisy posłów pod projektem tej nowelizacji. Aby zajął się tym Sejm, potrzeba zgody 15 posłów.

Tak o pisowskich zmianach w ustawie o wykonywaniu mandatu posła i senatora mówiła w Sejmie posłanka Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz. – „Nowelizacja powinna się nazywać ustawą o tresurze posłów przez prezesa PiS. To bat na tych posłów, którzy rzetelnie recenzują obecny rząd. Tu absolutnie nie chodzi o godność Sejmu, tylko o wygodę polityków PiS, którzy nie mogą znieść uczciwego recenzowania ich działań. Stosujecie na co dzień podwójne standardy moralne” – stwierdziła Gasiuk-Pihowicz, zwracając się do posłów PiS.

– „Nie wystraszycie nas obcinaniem diet parlamentarnych” – mówił z kolei Tomasz Głogowski z PO. Podkreślił, że w obecnej kadencji Sejmu karani są prawie wyłącznie posłowie opozycji. Projekt PiS posłuży do karania posłów, mówiących „o złych rzeczach, które robi ten rząd”. – „Nowelizacja nie precyzuje, czym jest rażące naruszenie powagi Sejmu i daje duże pole do interpretacji. To kolejna próba zakneblowania ust opozycji” – powiedział poseł Platformy.

Łukasz Rzepecki z Kukiz’15, a wcześniej poseł PiS, stwierdził, że „w sposób radykalny zwiększane są możliwości przyznawania kar przez Marszałka Sejmu”. Dodał, że kwestia ta nie powinna być regulowana ustawowo. – „Za chwilę posłowie czy senatorowie będą musieli kosić trawę w garniturze, bo do tego doprowadzicie, że każde zachowanie być może będzie podpięte pod to, czy poseł zachował się etycznie czy jednak nie” – ironizował Rzepecki.

Debata – pisowskim „zwyczajem” – odbyła się pod osłoną nocy. Projekt PiS zakłada wprowadzenie możliwości obniżenia uposażenia lub diety parlamentarzystów, których zachowanie „nie licuje z powagą pełnionych przez nich funkcji” poza salami plenarnymi Sejmu i Senatu oraz „na terenie będącym w zarządzie Kancelarii Sejmu”.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim dzień, jak co dzień.

Czteropak PiS na dzień dobry plus zamknięcie ust liderowi opozycji.

PiS dzień w dzień wali w nas czołowo. Staliśmy się niewrażliwi, żyjemy w jakiejś pomroczności, bo nie w jasności. Przyzwyczailiśmy się do tej nierzeczywistości, alternatywności. Nienormalność stała się normą. Dzień w dzień jesteśmy uderzani i coraz bardziej obojętni na to, co wokół nas się dzieje, co dzieje się w Polsce i z Polską.

Dzisiaj PiS zaatakował czteropakiem – i to przed trzynastą, że tak się wyrażę. „Wyborcza” ujawniła jeden z trzech listów byłego szefa GetBacku do Mateusza Morawieckiego. Konrad Kąkolewski pisze o kłopotach finansowych tej spółki, która wspierała tzw. środowisko patriotyczne PiS, wykupiła portfele kredytowe upaństwowionych banków za 4 mld zł. Zaś od roku 2017 – za rządów PiS – wypuściła obligacje na kwotę 2,5 mld zł. GetBack upada i prosi o pomoc premiera ze „środowiska patriotycznego”. Przy GetBacku Amber Gold to mały pikuś.

Z Ministerstwa Zdrowia wyciekły wieści po kontroli NIK, iż doszło w nim do zwyczajnej korupcji. Przetarg na dentobusy był tak ustawiony, aby wygrała go firma, która jako jedyna w ofercie miała pojazdy z podgrzewanymi szybami. Mało tego – zakupiono niepotrzebne nikomu szczepionki, które zaraz stracą termin ważności, a do ideologicznego programu prokreacyjnego zastępującego program zapłodnienia in vitro zgłosiło się tylko 100 par, zamiast 1000. Wydano po przeszło 20 mln zł na każdą z tych trzech inicjatyw, ponadto ceny ich są grubo zawyżone. Ktoś ten ogromny szmal przytulił ciepłą rączką.

Zbigniew Ziobro ma swój udział w czteropaku. Przegrał w sądzie sprawę o kasację wyroku dotyczącego drukarza, który odmówił wykonania usługi – druku plakatów LGBT – zasłaniając się “klauzulą sumienia”, aby nie promować ruchów LGBT. Kasacja została oddalona, wyrok utrzymany. Ziobro uznał, iż sąd dopuścił się gwałtu na wolności i zapowiedział, że nie popuści. Skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, w którym pani Julia Przyłębska z pewnością zgodzi się z sugestią pana Zbyszka.

No i ostatnia część składowa czteropaku dotyczy stwierdzenia Morawieckiego, zastępującego z powodzeniem prezesa. Premier w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” zaatakował sędziów jednego z sądów krakowskich, których nazwał „zorganizowaną grupą przestępczą”. 13 sędziowskich autorytetów z Warszawy wystosowało do Morawieckiego list otwarty, aby hamował swoje emocje i precyzował zarzuty. Premier szybko doszlusowuje do prezesa, który rzucał podobnymi kalumniami – mordami zdradzieckimi i kanaliami.

Prawda, iż dzień jak co dzień? Jakby tego było mało, Marek Kuchciński wyłączył mikrofon na trybunie sejmowej Grzegorzowi Schetynie, gdy ten domagał się rutynowego prawa do zgłaszania prośby o informację bieżącą. A jest o co pytać, choćby o GetBack, ta władza boi się każdej debaty.

Takim czteropakiem przywalił PiS i do tego zamknął usta liderowi opozycji. Czteropak przywołuje skojarzenia z „Alternatywy 4” Stanisława Barei, tym bardziej że dzisiaj przypada 31 rocznica jego śmierci.

Izolatka Kaczyńskiego, odlot Morawieckiego i opolski kicz. Polski cham trzyma się dobrze

Czesi są jednak bezbłędni 🙂 miłego weekendu 🙂

Popił, poruchał – i smutny.

Pani od 1:27.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer ponad 100 lat temu przewidział politykę historyczną PiS.

My o jedno tylko modły

Szlemy k niebu z naszej chaty:

By nam buty śmierdzieć mogły,

Jak śmierdziały przed stu laty!

>>>

Senatorowie PO chcieli zwołania specjalnego posiedzenia senackiej komisji praw człowieka i praworządności w sprawie okoliczności śmierci Igora Stachowiaka na wrocławskim komisariacie policji. Posiedzenie nie odbędzie się, bo przewodniczący komisji Robert Mamątow z PiS się na to nie zgodził.

W rozmowie z „GW” pokrętnie tłumaczy, że to nie była jego decyzja, a całej komisji. – „Ja uznałem, a komisja zaakceptowała, że lepszym rozwiązaniem będzie wystąpienie do kierownictw ministerstw Spraw Wewnętrznych i Sprawiedliwości. Odpowiednie pisma w tej sprawie skierowałem już do szefów obu resortów” – powiedział Mamątow.

Mamątow – delikatnie mówiąc – mija się z prawdą. Wniosek senatorów PO został rozpatrzony, gdy żadnego z przedstawicieli opozycji nie było na sali. – „Czy jest potrzeba jego głosowania? Chyba nie”– mówił do zgromadzonych. W ten sposób wniosek przepadł.

 „To skandal. PiS robi wszystko, by uniemożliwić nam zapoznanie się ze szczegółami śledztwa, bo wie, że cała ta sprawa obciąża jego funkcjonariuszy. Chce chronić ich przed naszymi pytaniami, na przykład o to, dlaczego Komendant Główny Policji, choć wiedział o sprawie od roku, nie zrobił nic, by winnych ukarać” – powiedziała „GW” senator PO Barbara Zdrojewska.

Jan Rulewski, zastępca przewodniczącego komisji, też nie krył oburzenia. – „Nie interesuje nas informacja pisemna, bo papier zniesie wszystko. W czwartek wystosowaliśmy więc pismo do marszałka Karczewskiego o wystąpienie przed całym Senatem ministrów Ziobry i Brudzińskiego. Chcielibyśmy, by publicznie zdali relację z tego, czego dokonali, by wyjaśnić tę bulwersującą sprawę”. Senatorowie PO mają nadzieję, że dojdzie do tego na najbliższym posiedzeniu izby wyższej parlamentu pod koniec czerwca.

Stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego jest jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic w kraju. A plotki i spekulacje się mnożą. Czy najważniejsi politycy powinni ujawniać informacje o swoim zdrowiu?

Szpital wojskowy przy ulicy Szaserów w Warszawie to kompleks kilkunastu budynków. Leczy się tu tysiąc pacjentów z całej Polski, a jednym z nichdo piątku był Jarosław Kaczyński. Prezes uparł się, żeby leczyć się akurat tutaj, a nie w szpitalu MSWiA, z którego normalnie korzystają posłowie, bo kilka lat temu leżała tu jego mama. Ma zaufanie do tutejszych lekarzy.

Kaczyński spędził w szpitalu pięć tygodni. W tym czasie do opinii publicznej przedostawały się tylko zdawkowe informacje od polityków. 7 maja wicemarszałek Senatu Adam Bielan zapewniał, że poza kontuzją kolana Kaczyńskiemu nic nie dolega. Mimo to prezes nie trafił na oddział ortopedii, tylko do kliniki gastroenterologii, endokrynologii i chorób wewnętrznych, co wywołało falę spekulacji. Poseł Nowoczesnej Piotr Misiło wprost zapytał na Twitterze, czy to prawda, że Kaczyński ma raka trzustki.

Politycy PiS temu zaprzeczali, ale oficjalnego komunikatu lekarskiego nie było. 24 maja rzeczniczka partii Beata Mazurek poinformowała, że „prezes przeszedł zabieg kolana, czeka go leczenie usprawniające i planowana rehabilitacja”. Ale po rutynowym zabiegu kolana pacjent wychodzi do domu w ciągu dwóch-trzech dni, a Kaczyński wciąż był w szpitalu.

Prezes nie chciał informować opinii publicznej o stanie swojego zdrowia, bo uznał, że to go osłabia – twierdzą moi rozmówcy w PiS. I komuś mogłoby przyjść do głowy, żeby otwarcie zakwestionować jego przywództwo.

Bliski doradca Kaczyńskiego mówi, że prezesowi jest na rękę to, że ludzie – także w PiS – myślą, że jest z nim źle, bo może patrzeć, kto teraz ujawni swoje polityczne ambicje. Inny rozmówca przypomina, że Kaczyńskiemu zdarzało się już w przeszłości testować współpracowników w podobnych sytuacjach. Po katastrofie smoleńskiej miał powiedzieć w gronie kilku osób, że być może nie będzie już w stanie kierować partią i że Joanna Kluzik-Rostkowska mogłaby stanąć na jej czele. – Kluzik-Rostkowska nie zaprzeczyła i za chwilę nie było jej już w PiS – podkreśla mój rozmówca.

Niesprawność Kaczyńskiego to paraliż państwa

– Przeszedł zabieg kolana, do którego wdało się zakażenie i brał leki, dlatego musiał zostać dłużej w szpitalu. Być może za jakiś czas będzie musiał przejść kolejną operację, ale o tym zdecydują lekarze – opowiada mój rozmówca. Dodaje, że gdyby teraz były jakieś wybory, w których Kaczyński by kandydował, to brak polityki informacyjnej byłby wielkim błędem. Ale wybory samorządowe są za kilka miesięcy i do tego czasu Kaczyński zdąży wydobrzeć.

Jednak politolog Aleksander Smolar powątpiewa w tę optymistyczną wizję. – Propagandyści Kaczyńskiego wysyłają uspokajające wiadomości, ale fakty im przeczą. Widać, że proces decyzyjny w PiS się wydłuża, choćby w sprawie protestu niepełnosprawnych czy romansu posła Pięty. Niesprawność jednego człowieka powoduje paraliż państwa. Poza tym, tam się toczy już walka o sukcesję – mówi mi Smolar. Uważa, że jeśli Kaczyński rzeczywiście szybko wróci na pierwszą linię, to opinia publiczna powinna się domagać, by poddał się badaniom niezależnych ekspertów, którzy mogliby ocenić, czy wszystko jest w porządku.

– To byłoby usankcjonowanie jego rzeczywistej roli, bo ujawniając stan swojego zdrowia przyznałby de facto, że jest najważniejszym politykiem w państwie. Nie byłoby wiecznego udawania, że chociaż jest odwiedzany przez głowy państw, spotyka się z ambasadorami, to ciągle jest tylko szeregowym posłem – podkreśla Smolar.

„Trzydziestosiedmiodniowa hospitalizacja” – to stwierdzenie z komunikatu Wojskowego Instytutu Medycznego towarzyszącego wyjściu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego ze szpitala. Przez ostatnie dni i tygodnie w Warszawie pytanie „A jak z kolanem” było powszechne w kuluarowych rozmowach polityków wszystkich opcji z dziennikarzami, a także pierwszym pytaniem pojawiającym się w rozmowach z zagranicznymi dyplomatami.

Koniec hospitalizacji prezesa PiS może zwiastować powrót do bardziej ofensywnej polityki Prawa i Sprawiedliwości. Jednak to nie koniec tematu zdrowia lidera PiS – z nieoficjalnych informacji wynika, że czeka go w dalszej przyszłości kolejny zabieg.

Komunikat WIM nie ogranicza się tylko do informacji o końcu hospitalizacji. Są też w nim zawarte najbardziej szczegółowe jak do tej pory informacje o terapii i zabiegach, które przechodził lider PiS. Przez ostatnie tygodnie wersje były sprzeczne, a komunikaty – lakoniczne. To spowodowało, że informacje nieoficjalne udzielane przez polityków PiS o kolanie prezesa kontrastowały z licznymi plotkami mówiącymi o jego poważnym stanie zdrowia i bardzo poważnej chorobie. Mnożyły się plotki o licznych zabiegach, które miał przechodzić w różnych klinikach w całej Polsce. Kaczyński mógł zdecydować o publikacji zdjęć ilustrujących swój pobyt w szpitalu, co ucięłoby część wątpliwości. Mógł też udzielić wywiadu, ale wybrał inną strategię.

Być może nie bez przyczyny. Ostatnie tygodnie to w obozie władzy wzmożenie spekulacji i spięć frakcyjnych z prezesem PiS w tle. Słowa Joachima Brudzińskiego o delfinach w partii były adresowane wewnętrznie, ale tych procesów nie mogły zatrzymać. Prezes PiS ma teraz szerszy niż przed miesiącem ogląd sytuacji wewnętrznej w partii i stanu głównych rozgrywek, przede wszystkim napięcia między obozami Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry. Ale nie tylko.  Wywiadem, który odbił się być może najgłośniejszym echem w trakcie jego obecności w szpitalu była rozmowa „Sieci” z wicepremier Beatą Szydło. Jej pozycja w partii nadal jest bardzo silna. A ona sam nie ukrywa swoich europejskich ambicji.

Powrót prezesa do codziennej pracy oznacza, że rozstrzygnięciu może ulec kilka procesów, które były wcześniej mniej lub bardziej zablokowane lub opóźnione. Zjednoczona Prawica nadal nie wskazała wielu kandydatów w wyborach na prezydentów i burmistrzów. Do tej pory Komitet Polityczny PiS dwukrotnie przedstawiał kolejnych kandydatów – pierwszy raz 24 kwietnia, drugi  – 23 maja. Do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia ostatecznego kształtu wspólnych list do sejmików.  Komitet Polityczny może też podejmować decyzje np. w sprawie wykluczenia z PiS członków partii, co jest w istotne dla posła Stanisława Pięty (do tej pory był tylko zawieszony).

Ale to  czubek góry lodowej. Inne sprawy to konflikt z Brukselą. Prezes PiS 26 marca zapowiadał, że rozwiązanie konfliktu z Brukselą wydaje się bliskie. Teraz jednak sytuacja uległa ponownemu zaostrzeniu, a politycy Zjednoczonej Prawicy – w tym Jarosław Gowin, o czym – przekonują, że nie można zgodzić się na dalsze ustępstwa wobec KE. W tym tkwi bardziej fundamentalne pytanie, czy PiS utrzyma obecny kurs, czy wróci np. temat dekoncentracji mediów. Tego domaga się twardy elektorat. Oficjalnie rzecznik PiS Beata Mazurek określiła te doniesienia jako fake news. Nierozwiązane pozostaję też sprawy dotyczące IPN i kwestia zaostrzenia prawa aborcyjnego.

Ostatnie miesiące – praktycznie od początku roku – to czas, w którym premier Mateusz Morawiecki i cały obóz Zjednoczonej Prawicy musieli bardziej gasić pożary i reagować na kryzysy niż narzucać własne tematy i przejmować inicjatywę. Gdy się to udawało, to przede wszystkim za sprawą takich pomysłów jak 5-tka Morawieckiego. Teraz PiS może powrócić do ofensywy politycznej jeszcze przed formalnym rozpoczęciem kampanii samorządowej.

. wygrywa wybory w Warszawie już w pierwszej turze❗️ Idziemy do przodu, ale walczymy dalej! 💪

MORAWIECKI ODLECIAŁ: FIRMY SAME CHCĄ PŁACIĆ WIĘCEJ PODATKU

PiS lepszy niż Totolotek. Milion trafia na Twoje konto. Zamiast kupować los – wkradnij się w łaski prezesa!

Morawiecki przygotowuje grunt pod wyjście Polski z Unii Europejskiej

Mateusz Morawiecki przygotowuje grunt pod wyjście Polski z Unii Europejskiej.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o podatkach, jakie nakłada PiS.

Zapowiadana danina na „fundusz solidarnościowy” to po prostu podwyżka podatków. Czyli coś, czego miało nie być.

Rządzący podnoszą podatki, twierdząc, że to z powodu niepełnosprawnych. Ponoć potrzebny jest „fundusz solidarnościowy”, by bogaci mogli wesprzeć potrzebujących. Jedna sprawa – a kłamstw cały pakiet. Przyjrzyjmy się im po kolei.

Kłamstwo pierwsze: „My obniżamy podatki, a nie podnosimy” – twierdził jeszcze jesienią premier Mateusz Morawiecki. Inni liderzy obozu władzy też zaręczali, że obywatele nie muszą się obawiać podniesienia danin i że koszty życia w Polsce pod władzą PiS nie wzrosną. Od dłuższego już czasu gołym okiem widać, że to nieprawda.

Stopniowo życie staje się coraz droższe. Podatek nałożony na banki w sposób naturalny został przerzucony na klientów. Zakaz handlu w niedziele sprawił, że tego dnia czynne są tylko stacje benzynowe i niektóre małe sklepy, w których towary są znacznie droższe niż w dyskontach i supermarketach. W ostatnią niedzielę byłem zmuszony pójść do takiego właśnie sklepu po paczkę parówek, kilo ziemniaków, kawałek sera, dwa pomidory, paprykę, czekoladę i coś tam jeszcze. Trzy razy sprawdzałem później paragon, na którym widniała cena: 49,08 zł. W supermarkecie zapłaciłbym pewnie o połowę mniej. Ale supermarkety PiS kazał zamknąć.

Szykuje się nowa opłata emisyjna, doliczana do każdego litra paliwa, więc zakupy na stacjach benzynowych staną się zapewne jeszcze droższe, zwłaszcza że np. Orlen deklaruje, że nie wliczy nowego podatku do cen paliw. Czyli wliczy go do parówek, mleka, sera i piwa – do tego wszystkiego, na czym może zarabiać dzięki niedzielnemu zakazowi handlu.

Teraz zaś pojawia się kolejny podatek, który rządzący dla niepoznaki nazwali „daniną solidarnościową”, wmawiając nam, że takie rozwiązanie stosuje wiele państw w Europie. I znowu kłamstwo. Podatki solidarnościowe, które pojawiły się w niektórych państwach Unii Europejskiej, nie mają nic wspólnego z tym, co wprowadza PiS. Po pierwsze bowiem – są kryzysowym rozwiązaniem nadzwyczajnym i stanowią odpowiedź na szczególne wyzwania dla finansów państwa – wprowadzano je w reakcji na załamanie spowodowane globalnym kryzysem finansowym sprzed 10 lat. Po drugie zaś – mają charakter tymczasowy i rządy, które po nie sięgają, od samego początku deklarują, że zaprzestaną ich pobierania, gdy tylko ustaną przyczyny, które zmusiły do ich wprowadzenia.

W Austrii dodatkowa stawka podatkowa ma obowiązywać w latach 2016-20, we Włoszech trzyprocentowy podatek od dochodów powyżej 300 tys. euro obowiązywał w latach 2011-16, w Portugalii podatek solidarnościowy 2,5-5 proc. od dochodów powyżej 80 tys. euro obowiązywał w latach 2011-17. Końcowego terminu obowiązywania tego podatku nie wyznaczono tylko w najsilniej dotkniętej kryzysem i zdewastowanej przez populistyczne rządy Grecji.

W Polsce takim właśnie mechanizmem tymczasowym zastosowanym w obliczu światowego kryzysu finansowego było przejściowe podniesienie przez rząd PO w 2011 r. stawki podatku VAT z 22 do 23 proc. Kryzys przeminął, rząd „dobrej zmiany” powinien był tę stawkę obniżyć do poprzedniego poziomu – i co? Nie dość, że wciąż płacimy więcej, to jeszcze rządzący coraz głębiej wsadzają łapy do naszych kieszeni. I wmawiają nam, że to „danina solidarnościowa”, taka sama jak w Europie.

W tym samym czasie rząd ma dość środków, by kupować kiełbasę wyborczą. Tam, gdzie wydatki z budżetu służą ugruntowaniu władzy PiS-u, nie ma problemu z wygospodarowaniem pieniędzy. Jest dość kasy na przedwyborcze wyprawki dla uczniów, na 500 plus dla wszystkich, w tym dla rodzin zamożnych, na nagrody, limuzyny i karty kredytowe dla dygnitarzy. Na rejs dookoła świata i na propagandę w TVP. Na ekshumacje i na osłanianie miesięcznic smoleńskich. Na sponsorowanie oszołomstwa w IPN i na wznoszenie pomników Lecha Kaczyńskiego. Znalazły się nawet środki na kule ortopedyczne dla Jarosława Kaczyńskiego z gratisową dostawą do domu. Nie ma tylko dla tych, którzy naprawdę potrzebują. Żeby ich wesprzeć, potrzebna jest „danina solidarnościowa”.

W sposób nieunikniony pojawia się jednak pytanie: skoro w UE nadzwyczajne i tymczasowe podatki solidarnościowe były reakcją na globalny kryzys finansowy, to odpowiedzią na co jest „danina solidarnościowa” Morawieckiego? Jakie nieszczęścia na nas spadły, jaką katastrofę próbujemy w ten sposób przezwyciężyć?

Szczerze mówiąc, nie widać na horyzoncie innej katastrofy niż rządy PiS-u.

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskich zamiarach w stosunku do niepełnosprawnych.

Marszałek Senatu, izby refleksji (jak zakładano w pionierskich czasach) Stanisław Karczewski jest swoistym mistrzem refleksji. Pojechał na Białoruś i w Łukaszence refleksyjnie dojrzał „ciepłego człowieka”.

Znudziło mu się oglądanie w mediach protestu (włącznie z głodówką) lekarzy rezydentów, więc zaproponował im, aby „pracowali dla idei, a nie dla pieniędzy”. Takie złote myśli przychodzą do głowy temu człowiekowi.

Teraz też wygłosił „złotą myśl” w stosunku do protestujących niepełnosprawnych – „najwyższa pora”, by demonstrujące rodziny „poszły do domów” – stwierdził.

W czym problem? Mateusz Morawiecki, a za nim minister od rodziny Elżbieta Rafalska, przedstawili w swoim stylu – nazywam podobne krętactwa mamieniem za pomocą epidiaskopu – mapę drogową, która wyznacza kolejność spełnienia jakoby postulatów protestujących niepełnosprawnych. Przez nieszczęsnego premiera nałożona zostanie danina podatkowa na najbogatszych, nazywana – kolejny omam językowy – daniną solidarnościową. Chwyt komuszy, kiedyś zmetaforyzowany przez ministra minionego reżimu Zdzisława Krasińskiego jako „chrupiące bułeczki”. Bułeczki Morawieckiego nie załatwiają problemu, bowiem hamują rozwój najbardziej przedsiębiorczych.

Mapa drogowa przez niepełnosprawnych została potraktowana jak bezdroże, ślepa uliczka, bo nie spełnia podstawowego postulatu – 500 zł na życie osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji od urodzenia lub wczesnego dzieciństwa. Ani Morawiecki, ani Rafalska nie podejmują dialogu z protestującymi niepełnosprawnymi. Dlaczego? Boją się, gdyż pisowskie oszustwa zostałyby zdemaskowane w konfrontacji. Pisowscy politycy to uciekinierzy, boją się debaty, jak diabeł święconej wody, w tym są po prostu Belzebubami.

Niepełnosprawni nie chcą być wyślizgani, jak wspomniani lekarze rezydenci. Karczewski chciałby niepełnosprawnych przegnać do Rady Dialogu Społecznego. Tam zostali wyproszeni po swoim proteście lekarze rezydenci i mają to, co mają. Przez trzy miesiące nikt z nimi się nie kontaktował ani nie konsultował. Przygotowany został przez Ministerstwo Zdrowia projekt ustawy, który przez rzecznika prasowego Porozumienia Rezydentów Marcina Sobotkę jest opisywany: – „Zamiast reformować system zdrowotny, minister zdrowia chce wprowadzić przepisy pracy niewolniczej”.Lekarze rezydenci uważają, że „projekt ustawy to jednostronne złamanie porozumienia”. Rozważają „wszystkie opcje – łącznie z powrotem do jakiejś formy protestu”.

A jak władze pisowskie postępują z niepełnosprawnymi? Jeszcze gorzej. Morawiecki ucieka od nich, jego zachowanie pokazało, iż gardzi niepełnosprawnymi. Otóż taki dialog tchórzy prowadzi „dojna zmiana” ze społeczeństwem. Gdyby do protestu niepełnosprawnych dołączyli lekarze, przynajmniej moglibyśmy nie bać się o kondycję tych pierwszych. W pisowskiej Polsce wszystko jest możliwe i taki absurdalny scenariusz może się ziścić.

Pułkownik Adam Mazguła odniósł się do śmierci Igora Stachowiaka w drugą rocznicę wydarzeń w komisariacie policji we Wrocławiu.

Macierewicz, Błaszczak i ich koledzy z szemranego towarzystwa PiS chcą nas zastraszyć, sterroryzować, zniszczyć

Tomasz Piątek wykrył wiele podejrzanych powiązań Antoniego Macierewicza m.in. z Kremlem i rosyjskimi gangsterami.

Dziennikarz „Newsweeka” Paweł Reszka ma informatora w MON, który opisał mu zachowanie Macierewicza po publikacji książki „Macierewicz i jego tajemnice”: „„Szalał. Chciał uruchamiać służby. Ale współpracownicy wybili mu to z głowy, wytłumaczyli, że jak to wyjdzie, to dopiero będzie kompromitacja. W końcu sprawę oddano prokuraturze”.

Powiadamionie do prokuratury powoduje, że Piątek będzie się tłumaczył, a nie Macierewicz, który występując z oskarżenia prywatnego musiałby udowodnić swoją niewinność.

I tak może dojść do wykrycia głębszych powiązań Macierewicza z szemranymi osobami z podziemnego światka. Macierewicz jest cynikiem, ale ten jego cynizm jest tak głęboki, że chory.

Jego postępowanie, jego zachowanie w czasie wywiadów, konferencji prasowych, wskazuje, że winien się leczyć, a nie odpowiadać za obronność kraju. Bo nawet niszczenie ojczyzny jest chore.

Macierewicz niszczy nam kraj, czyli niszczy nasze wspólne dobro. Mamy narzędzia dla takiego osobnika – szpitale zamknięte. Tam go odseparować od Polski.

Za Macierewicza sprawę chce załatwić opisany przez Piątka biznesmen Robert Szustkowski, postać epizodyczna. Z powództwa cywilnego domaga się 100 tys. zł odszkodowania za opisanie do w książce, jako handlarza bronią.

Typowe krycie swego „przyjaciela” – Macierewicza. I typowe zastraszanie. Takie podejrzanej koduity osoby mają wpływy na polską politykę.

Mafia Corleone to może być mały pikuś.

Inny wątek pisowski związany z Macierewiczem to tworzenie wspólnie z Mariuszem Błaszczakiem nowego ORMO.

Siemoniak zaprezentował dokument. Jest on porozumieniem między dowódcą WOT a Komendantem Głównym Policji. Skojarzenie z Ochotniczą Rezerwą Milicji Obywatelskiej jest oczywiste? W PRL ORMO było takim „społecznym wsparciem” dla milicji.  Teraz ma być podobnie dla policji.

ORMO używano, gdy władzy zależało na tym, aby rozpędzić protesty społeczne. Wartość militarna WOT jest żadna, ale widok pały i straszenie karabinami społeczeństwa obywatelskiego może odnieść skutek.

Takie Macierewicz i towarzycho PiS szykują nam Polskę. Zastraszyć, aby rzadzić, wycofaną z Unii Europejskiej, bez zewnętrznych kontroli. Nasz kraj zmierza ku przepaści. Już niedługo zobaczymy, jak będziemy tracić niepodległość państwową. Do wladzy dorwali się łachudry i pokraki.

Nie potrafią się przyznać do zabicie na komendzie we Wrocławiu młodego człowieka, Igora Stachowiaka. Wiją się, oszukują, kłamią.

PiS ma prokuraturę, chce mieć dyspozycyjne sądy, aby nikt z nimi nie wygrał, nie tylko opozycja, ale też zwykli obywatele. Bananowa demokracja, mafijna.

Paralizator Ziobro, krezus Rydzyk, Kononowicz Przyłębska i proces gnilny Kaczyńskiego

Wyniki śledztwa w sprawie śmierci Igora Stachowiaka na komisariacie policji we Wrocławiu nie zostaną ujawnione, choć Ziobro zarzekał się 3 miesiące temu, iż odtajni. Nawet nie wydano polecenia odtajnienia prokuraturze w Poznaniu, która sprawe prowadzi.

To jest medialny paralizator – nie tylko ten rzeczywisty, z którego policjanci zabili młodego Polaka – a którego używaja politycy PiS. Nakłamać, oszwabić, aby media się odczepiły.

Tak oszwabia Ziobro, takiego paralizatora amoralnego używa. Intelektualny kiciarz.

Największym beneficjantem władzy PiS jest o. Tadeusz Rydzyk. Ten to się obławił, choć nic nie potrafi, nawet władać poprawnie polszczyzną.

Rydzyk to taki polski Krezus, opływający w zloto.

Jak to ujmuje dziennikarz „Pulsu Biznesu” Dawid Tokarz „Lux Veritas świeci bogactwem”. Lux Veritas tj. Rydzyk, a świeci złoto.

Najnowsze miliony – 19,5 – pochodzą od ministra Rydzyka Jana Szyszki i są z puli… ekologicznej. Ależ absurd – zaśmiecają, niszczą, a nazywają się ekologami.

To jest typowa amoralność, a Rydzyk może być porównywalny tylko z przysłowiowym Belzebubem. Zakłamanie po pachy. Jeżeli w piekle jest krąg polski, to Rydzyk dostanie w nim największą patelnię.

Inne horrendum. Zdemolowany Trybunał Konstytucyjny w składzie czterech pisowskich sędziów wybranych przez Sejm tej kadencji i jeden z dawnego rozdania orzekło, iż badanie przez Sąd Najwyższy powołania Julii Przyłębskiej na prezes TK jest niekonstytucyjne.

Czyli o prawidlowości powołania Przyłębskiej może wypowiadać się tylko Przyłębska, choć ona nie jest kumata. Taki Kononowicz prawa, job twaju pisowska mać.

Trybunał Konstytucyjny to pisowskie zbuki, a zbukiem, który najbardziej waniajet w TK jest Przyłębska.

Kaczyński powrócił z wakacji w formie nad wyraz dobrej. Na 89. miesięcznicy wyraził się, że będziemy wyspą tolerancji i wolności (ukryta aluzja do Tuska?). Dobrze ten paradoks uchwycił Szymon Majewski: do wolnosci trzeba więcej i więcej barierek.

Wolność za kratami. Taka jest logika myślenia prezesa. Kaczyński zasługuje, aby tam na wolności zgnić, bo pokazał kolejny raz, jak jego przebiega w jego umyśle proces gnilny wolności i tolerancji.

Post Navigation