Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Igor Tuleya”

Krystyna Pawłowicz, wzorzec komuszka z Sevres

Napisałam list do Krystyny Pawłowicz. Czy mógłby ktoś Jej to jakoś udostępnić gdzieś w komentarzu? Bo mnie już niestety wszędzie zablokowała.

Pani Krystyno!

Zadała Pani pytanie, czy my, Polacy, mamy Pani osobiście coś poważnego, politycznego do zarzucenia.

Jako obywatelka tego kraju, postanowiłam Pani na to pytanie odpowiedzieć.

Mnie osobiście, kompletnie nie interesuje przeszłość Pani, Pani Ojca, ani nikogo innego z Pani rodziny. Rodziny się nie wybiera, a też życie pisze ludziom różne scenariusze i nie mnie oceniać co kim powodowało, że w przeszłości postępował tak, a nie inaczej, że podejmował takie, a nie inne decyzje.

Czas PRLu był podzielony na ludzi klamliwych, fałszywych, żądnych władzy, często tchórzliwych, na tych, którzy starali się po prostu ten straszny czas jakoś przeżyć, nie wychylajac się – i na tych odwaznych, zwykłych ludzi, którzy wbrew wszystkiemu potrafili się sprzeciwić wyniszczającej ich władzy.

Cała sprawa tak naprawdę toczy się o to, kto był kim. Z całą pewnością w tej ostatniej grupie Pani nie było, więc pozostają dwie wcześniejsze. Jednak i to nie ma takiego dużego znaczenia. Mnie najbardziej interesuje w tym wszystkim to, kto jakim jest człowiekiem dzisiaj, po tych wszystkich doświadczeniach. Po tym poznać kto po prostu „wpadł w system”, a kto go współtworzył, popierał i czerpał całymi garściami, a kto z nim walczył, pragnąc żyć w wolnym, demokratycznym kraju.

Kompletnie niezrozumiała jest dla mnie Wasza idiotyczna ustawa dezubekizacyjna. Podłe jest Wasze grzebanie w życiorysach Ojców i Dziadków, i wytykanie z tego powodu ludzi palcem oraz skazywanie na życie w poniżeniu i skrajnym ubóstwie. Jeszcze bardziej podłe jest wykorzystywanie takiego zachowania do wskazywania niewinnych ludzi tylko dlatego, bo sprzeciwiają się Waszym działaniom.

Ohydne i obrzydliwe są Wasze ataki na Niemców czy Ukraińców, którzy tak jak Wy, jak my wszyscy, swoich przodków sobie nie wybierali.

Te Wasze „poglądy”, to ohydne, obrzydliwe kłamstwa służące tylko temu, żeby poróżnić społeczeństwo, żeby sąsiad dla sąsiada stał się wrogiem. Bo posiadanie wroga daje Wam władzę. Wasz potencjał i paliwo dla ludzi, to TYLKO I WYŁĄCZNIE WRÓG.

Ja słyszałam nawet o przypadku rodzeństwa, które jest skłócone ze sobą, bo brat bratu wytknął UBeckich rodziców. Pani zdaniem to normalne? To Wasze dzieło. Między innymi Pani. Regularnie Pani pluje i szczuje na ludzi, wykorzystując do tego poselski fotel.

Ale wracając do Pani pytania. Tak jak pisałam, nie interesuje mnie Pani przeszłość. Interesuje mnie to, jak Pani się zachowuje w czasie terazniejszym, jako posłanka Sejmu RP. Nie interesuje mnie żadna Pani legitymacja partyjna, żadne kwity, podpisy, nic. To nie ich potrzebuję, żeby określić jakim Pani jest człowiekiem. Bo to jakim Pani jest człowiekiem, określa to, jak traktuje Pani innych ludzi, jak się do nich zwraca, jakie motywy Panią kierują.

Z moich obserwacji wynika jednoznacznie, że zachowuje się Pani IDENTYCZNIE, jak ludzie, którzy współtworzyli komunistyczny ustrój, a których tak często lubi Pani nazywać „komuchami”, „zdrajcami”, „UBekami” itd.

U Pani niestety widzę te same cechy. Tę samą podłość, nienawiść, kłamstwa, pogardę i agresję. Zresztą mogłabym tak długo wymieniać. Pani poglądy nie różnią się praktycznie niczym od poglądów ludzi PZPR. Ludzi klamliwych, żądnych władzy, mających w pogardzie ludzi i ich prawa, dążących do celu po trupach. Na pocieszenie powiem Pani, że nie jest Pani sama. Jest Was więcej. Wasze poglądy, to kalka z PRLu.

Ach, jeszcze jest Kościół przecież i „Solidarność” – wrogowie komunizmu, Wasz sztandarowy argument, że jesteście antykomunistami. Tylko szanowna Pani, w Polsce niestety już nie ma ani kościoła z tamtych lat, ani solidarności Polaków, ponieważ już dawno je zniszczyliście. Wchłonęliście i przerobiliście na swój PZPRowski, partyjny schemat. Wszyscy utknęliście w PRL !

To Wasz „konserwatyzm” i Wasza „tradycja” ! To Wasz „patriotyzm” i „miłość do ojczyzny”! Wasza ukochana Polska, to ten cały PRLowski syf! To wszystko co robicie kojarzy się z PRLem. Z czasem, który już nigdy nie powinien w Polsce powrócić.

Możecie siebie nazywać „Prawymi” i „Sprawiedliwymi”. Macie nawet tę samą co komuniści, „prawdę”, którą sączycie ludziom do głów.

Jest Pani mentalną komunistką z krwi i kości. Na to nie trzeba żadnych papierów. Partia do której Pani należy, to PZPR po liftingu. Na dowód w zupelności wystarczy Pani obecne zachowanie, Pani poglądy i to, jak traktuje Pani ludzi.

Nie interesuje mnie kto na Panią jeszcze co wyciągnie, ani jak się Pani będzie tłumaczyć. Interesuje mnie to, żeby ludzie tacy jak Pani, przeszli w polityczny niebyt i stanęli przed sądem za wszystkie swoje podłości z kilku ostatnich lat.

Teraz tylko to mnie interesuje.

Faszyści podnoszą łeb, a bedzie jeszcze gorzej, bo tego motłochu nie można powstrzymać. Przyzwolenie PiS jest śmiertelnym zagrożeniem dla Polski.

Kmicic z chesterfieldem

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił…

View original post 3 542 słowa więcej

 

Od Jacka Kurskiego staliniści mogliby pobierać nauki

Krzysztof Leski przez ponad rok codziennie oglądał główne wydanie najważniejszego programu informacyjnego w TVP. Oceniał „Wiadomości” po przejęciu mediów publicznych przez PiS, a swoje recenzje zamieszczał na Twitterze – wielokrotnie też się na nie powoływaliśmy. Leski bowiem to doświadczony dziennikarz i działacz opozycji w PRL.

Przez prawie 15 miesięcy oglądał „Wiadomości”, bo jak stwierdził w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, „poczułem, że to coś tak niebywałego, że trzeba to zacząć dokumentować”. – „Wiadomości” przestały być programem informacyjnym czy nawet propagandowo-informacyjnym. Najgorsza jest ta nienawiść. I język, w którym jest rozsiewana. Bo sama propaganda sukcesu to nic nowego, znamy dość dobrze te mechanizmy z czasów komunistycznych. Natomiast nowością w całej 29-letniej historii programu jest nienawistny język epitetów. Wymierzony głównie w „totalną opozycję” i „brukselskie elity” – stwierdził Leski.

Zdaniem Leskiego, TVP pod kierownictwem Jacka Kurskiego, cofnęła się do głębokich czasów PRL. – „Liczba epitetów w „Wiadomościach” jest niebywała, ale kluczowy jest ton, w jakim są podawane – pełen profesjonalnej werwy, jak gdyby to były fakty czy gorące newsy. Najwyraźniej istnieje bardzo precyzyjna instrukcja, jak mówić o sprawach gospodarczych, wewnętrznych, politycznych, zagranicznych, o wszystkim. Jacek Kurski wrócił do zjadliwego języka propagandy Urbana w stu procentach, choć czerpie także z Macieja Szczepańskiego, słynnego prezesa telewizji z lat 70., który ją unowocześnił i uprawiał propagandę sukcesu w światowej oprawie”.

Recenzując poszczególne wydania „Wiadomości”, Leski zaczął przyznawać „Tubę dnia” dla reportera, który podpisuje swoim nazwiskiem najgorszy propagandowo materiał. Zapytany przez Agnieszkę Kublik, komu przyznałby „Tubę Roku”, Leski odpowiedział: – „Nie jestem w stanie wybrać jednego reportera, bo takich, którzy nie cofną się przed żadnym zleceniem, naliczyłem 17. Cierpiał, Diaz, Graczak, Korab, Marciniak, Maszenda, Pawelec, Sawicki, Stankiewicz, Szewczak, Szypszak, Smagliński, Tulicki, Wąs, Wierzchowska, Wojtanowicz, Wolski. Czasem mam wrażenie, że szefostwo próbuje każdego z reporterów umazać w g… Bo każdy z nich ma na koncie wiele wyjątkowo perfidnych materiałów”.

Podobny kłopot z wyborem Leski ma przy przyznaniu tej „Tuby” prowadzącym „Wiadomości”. – „Nie potrafię wybrać. Jeszcze rok temu wydania prowadzone przez Ziemca były łagodniejsze niż Holeckiej i Adamczyka. Np. Ziemiec, prowadząc wywiad z gościem „Wiadomości”, był łagodniejszy, próbował udawać w miarę bezstronnego. Ale już gdzieś od wiosny nie widzę żadnej różnicy” – powiedział Leski.

Depresja plemnika

 „To się nie dzieje naprawdę. Marek Suski jako jeden z argumentów za reformą sądownictwa, powiedział, że „niektórzy sędziowie mają w ogródkach zakopane sztabki złota, nie wiadomo skąd” – napisał na Twitterze Patryk Michalski z RMF FM. Reporter powołuje się na oficjalne sprawozdanie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i  Spraw Wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego.

Jej przedstawiciele byli w Polsce we wrześniu ubiegłego roku w sprawie pisowskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości. Spotkali się z przedstawicielami rządu, opozycji, sędziami i organizacjami pozarządowymi.

Marek Suski, który – przypomnijmy jest szefem gabinetu politycznego premiera Morawieckiego – podczas spotkania z komisją z PE twierdził, że dlatego PiS reformuje sądownictwo, bo niektórzy sędziowie poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa są bardzo bogaci, nie wiadomo skąd mają te pieniądze oraz, że… zakopywali złoto w ich ogrodach.

Na jednak nie poprzestał. Jak wynika ze sprawozdania, Suski porównywał  reakcję instytucji unijnych na pisowską reformę do historycznych działań Moskwy. Te „rewelacje” padły na spotkaniu, w którym uczestniczyli także…

View original post 2 366 słów więcej

 

Czas na manipulacje przy ordynacji wyborczej

Za kilka dni wkroczymy w rok wyborczy, więc PiS nie zasypia gruszek popiele i przymierza się do niebezpiecznego mieszania w ordynacji wyborczej… Pretekst jest, bo jak informuje PKW w pięciu okręgach wyborczych liczbę wybieranych posłów należy zmniejszyć o jeden. W pięciu innych okręgach należy dodać po jednym mandacie. Zmiany wynikają z ruchów demograficznych, więc PKW już precyzuje, w których okręgach i o ile liczbę wybieranych posłów należy skorygować. Mało tego :

„PKW jednocześnie przypomina, że stosownie do art. 203 ust. 3 kodeksu wyborczego Sejm dokonuje zmian w podziale na okręgi wyborcze /…/termin dokonania zmian w podziale na okręgi wyborcze upływa 14 maja 2019 roku” – informuje PKW w piśmie do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego.

Zdaniem ekspertów realizacja podobnych pomysłów może mieć wpływ na polityczne szanse poszczególnych ugrupowań. Socjolog polityki Jarosław Flis –ocenia, że podobne korekty w przypadku Sejmu są rutyną, choć tej zasady nie dochowano w poprzednich wyborach. „W efekcie PO straciła, trochę przypadkowo, trzy mandaty” – przypomina. I zwraca uwagę, że PKW mówi tym razem o korektach po jednym mandacie w jedną lub w drugą stronę, więc trudno przewidzieć, kto na tym zyska, a kto nie. „Jest pewnym kuriozum, że Sejm może zastosować reguły kodeksu wyborczego i zatwierdzić wyliczenia PKW lub nie, tzn. nie dokonać korekty” – dodaje ekspert.

Inna jest sprawa z okręgami wyborczymi do Senatu. „Tam za każdym razem trzeba rysować granice okręgów. Do tej pory największa partia w Sejmie zwyciężała w Senacie, ale to się może kiedyś skończyć. Dziś też nie jest to oczywiste. Dlatego podział na okręgi senackie jest delikatniejszą materią” – zwraca uwagę Flis.

„Sytuacja ta nie narusza wprawdzie art. 261 ust. 2 kodeksu wyborczego, lecz budzi wątpliwości” – zauważa z kolei PKW, a na poparcie takiego stanowiska przykłady daje Jarosław Flis i wymienia „dziwactwa” jakie towarzyszyły w minionych wyborach w niektórych okręgach na  Śląsku.

Pismo z PKW w tej sprawie trafiło już nie tylko do prezydium Sejmu, a także do sejmowej komisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw z zakresu prawa wyborczego.

Prezydium komisji wciąż zastanawia się, czy zmiany będą proponowane Sejmowi, a wiceszef tej komisji Marcin Horała (PiS)  obawia się zarzutu iż partia rządząca miesza przed wyborami i nie bez przyczyny …

Już teraz w opinii wiceszefa komisji z PO Mariusza Witczaka: „PiS nie pracuje nad ordynacją wyborczą, tylko się do niej włamuje. Istnieje ryzyko, że zmiany będą służyły PiS, a nie obywatelom.” – ocenia parlamentarzysta.

Depresja plemnika

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni…

View original post 1 689 słów więcej

 

TV Republika upada. Tak kończą gadzinówki

Pracownikom Republiki wciąż nie przelano pensji za listopad. Jeszcze kilka dni temu niektórzy nie dostali wynagrodzenia za październik. Miesięczne opóźnienia z wypłatą to norma – twierdzą dwie pracownice telewizji Republika, z którymi rozmawiali dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Aż 30 pracowników wysłało list w sprawie sytuacji w stacji. – „W Republice panuje stan oblężenia. Kierownictwo poszukuje w szeregach niemieckich i rosyjskich szpiegów oraz zakamuflowanych działaczy Platformy Obywatelskiej. Oglądalność nieustannie spada. W listopadzie wyniosła 0,03 proc. Jest o 40 proc. mniej niż przed rokiem. To wina kierownictwa stacji. Produkujemy długie i nudne audycje, których nikt nie chce oglądać” – piszą w nim.

„Dzień pracy zwykle zaczynam od pytania koleżanek i kolegów, czy już coś im przelali. Bo jak dostali to może i ja dostanę zaraz po nich” – mówi „Gazecie Wyborczej” jedna z dziennikarek telewizji Republika, zastrzegając anonimowość. Gdy pod koniec listopada GW po raz pierwszy rozmawiała z dwiema pracownicami Republiki, nie dostawały pensji od kilku miesięcy. Jak twierdzą, załoga stacji dzieli się na „rodzinę”, czyli grupę prawicowych celebrytów, m.in. Tomasza Sakiewicza, Tomasza Terlikowskiego (naczelny stacji), Dorotę Kanię (zastępczyni naczelnego), dziennikarkę Katarzynę Gójską-Hejke, i na „wyrobników”. – „Wyrobnicy pracują na kredyt. Rodzina pieniądze dostaje na czas. Najgorzej mają techniczni, którzy w hierarchii ważności są ostatni” – opowiada sfrustrowana pracowniczka. Przypomnijmy: telewizja zaczęła nadawać w 2013 r., jako wspólna inicjatywa grupy dziennikarzy ze środowisk konserwatywnych i wspierających PiS. Puszczana w telewizjach kablowych rozwijała się nieźle do wyborów 2015 r., lecz po wygranej PiS paradoksalnie jej najzdolniejsi dziennikarze i pracownicy techniczni przeszli do telewizji publicznej. Dziś jest opanowana przez środowisko „Polskiej” oraz jej klubów. Stałe programy mają w niej Antoni Macierewicz, Jerzy Targalski, Ewa Stankiewicz, czyli prawicowy beton – wyznawcy teorii spisku smoleńskiego i tropiciele agentów – czytamy w portalu.

Pod koniec listopada 30 szeregowych pracowników zdecydowało się napisać list do zarządu telewizji. „W ten wyjątkowy czas, gdy zasiadają państwo przy wigilijnym stole, prosimy na chwilę wspomnieć o nas, pracownikach telewizji Republika, którzy od kilku miesięcy nie dostali wynagrodzenia za swoją pracę. Dla nas to nie będzie wesoły czas. Z podobnymi sytuacjami mamy do czynienia co miesiąc, ale w okresie świątecznym są one szczególnie przykre” – przytacza treść pisma ”Wyborcza”. „Z szacunku dla naszych widzów nie chcielibyśmy blokować procesu produkcji i nadawania programu, więc prosimy o niezmuszanie nas do drastycznej formy protestu. Ufamy, że dyrekcja telewizji Republika zaprzestanie zastraszania i szykanowania pracowników” – apelują jego twórcy. Kopia listu trafiła do premiera, prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu.

Tymczasem  Tomasz Sakiewicz zaprzecza informacjom, podawanym przez jego pracowników. Poproszony przez „GW” o komentarz, wysyła smsa. „Ktoś was wprowadza w błąd. Obecnie nasza sytuacja jest dobra. To [że nie płacę] to jakaś bzdura. W tej chwili regulujemy swoje płatności wobec pracowników” – przytacza jego treść dziennik. Listu pracowników Sakiewicz komentować nie chce, bo „pierwszy raz o nim słyszy”. Zapewnia też, że w Republice nie ma zastraszania. Na koniec przysyła kolejnego SMS-a: „Proszę wskazać, komu pana zdaniem nie zapłaciliśmy” – czytamy w portalu GW.

Depresja plemnika

Dziennikarz Tomasz Sekielski od kilku miesięcy pracuje nad filmem dokumentalnym poruszającym tematykę pedofilii w Kościele. Choć wsparcia finansowego odmówiły mu największe polskie stacje telewizyjne, udało mu się zebrać potrzebną sumę dzięki zbiórce na platformie Patronite. Praca nad filmem nie jest jednak łatwa – bohaterowie filmu są zastraszani, nagrania utrudnia także policja.

– Kolejny dowód na to, że Kościół wiele mówi o sprawie pedofilii, a niewiele w tej sprawie robi. Wyobraźcie sobie księdza, który został prawomocnie skazany, który dostał zakaz zbliżania się do dzieci, któremu sąd zakazał nauczania religii. I ten oto ksiądz odprawia rekolekcje z naukami dla dzieci. Mamy to nagrane i zobaczycie to w naszym filmie – opowiadał Sekielski w dopiero co opublikowanym na Facebooku klipie.

O projekcie Sekielskiego głośno jest niemal od roku, kiedy dziennikarz poinformował, również na swoim Facebooku, że planuje nagranie filmu dokumentalnego o pedofilii w polskim Kościele. – To nie będzie film antykościelny ani…

View original post 5 567 słów więcej

 

Gersdorf i Tuleya – bohaterowie naszych czasów

Gersdorf o rozmowie z PMM: Nie komentowałam przez dwa dni, ale okazało się, że ktoś jednak, chyba z kancelarii premiera, przedstawił całą tę rozmowę. Dlatego pozwoliłam sobie powiedzieć, że była taka rozmowa

– To nie była konferencja, to było moje oświadczenie, które zostało sprowokowane wiadomościami na temat rozmowy mojej z premierem. Myśmy mówili, że nie będziemy tego komentować i ja tego nie komentowałam przez dwa dni, ale okazało się, że ktoś jednak, chyba z kancelarii premiera, bo tak to wynikało, przedstawił całą tę rozmowę. Dlatego ja pozwoliłam sobie powiedzieć, że była rzeczywiście taka rozmowa, zresztą nic więcej nie powiedziałam – mówiła Małgorzata Gersdorf w rozmowie z Krzysztofem Świątkiem w Polskim Radiu 24.

– Musiała ze strony premiera ta informacja, bardzo dokładna, przejść, dlatego trudno mi było dalej milczeć, bo to byłoby dziwne. Tym bardziej, że miałam zapytania w trybie informacji publicznej o to – dodała Gersdorf.

Igora Tuleyę nie złamie PiS, dzięki takim postaciom przeżyjemy ten koszmar

„To jest dopiero początek igrzysk. Spodziewamy się jakichś konsekwencji, ale to jest ta cena, którą się dziś płaci za mówienie prawdy i mówienie o wartościach. Trzymamy się mocno i zapewniam państwa, że nie zrobimy ani jednego kroku w tył” – powiedział sędzia Igor Tuleya po wyjściu z przesłuchania przez rzecznika dyscyplinarnego. Trwało ono ponad godzinę.

Sędzia Tuleya poinformował, że obecnie występuje w czterech postępowaniach dyscyplinarnych, w tym w dwóch „jego rola będzie prawdopodobnie w charakterze obwinionego”. – „Przed ponad dwadzieścia lat kontakt z rzecznikiem dyscyplinarnym miałem pewnie raz albo dwa razy. Natomiast w ciągu ostatnich dwóch tygodni znalazłem się w czterech postępowaniach prowadzonych przez rzecznika. Jest to dziwne” – powiedział.

Dziękował za wsparcie ludziom, którzy pojawili się przed siedzibą KRS. – „Opłacało się stać razem z obywatelami pod Sądem Najwyższym. Zapewniam państwa, że nasze stanowisko, stanowisko sędziów nie zmieniło się, jesteśmy po to, żeby o podstawowych wartościach mówić wprost, niczego nie ukrywając” – stwierdził Tuleya. Jego pełnomocnik mec. Jacek Dubois dodał, że „jako adwokatowi jest mu wstyd, że pan sędzia musiał się tu stawić”.

„Z wielkim niepokojem przyjmujemy, że sędziowie, którzy wyrażali się krytycznie bądź brali udział w formułowaniu pytań do TSUE, są wzywani przez rzecznika dyscyplinarnego wyznaczanego bezpośrednio przez ministra sprawiedliwości. Trudno to inaczej oceniać, niż jako czynność mającą wywołać efekt mrożący w stosunku do innych sędziów, mogących mieć krytyczne oceny wobec reformy wymiaru sprawiedliwości. To musi budzić wątpliwości co do niezależności sądownictwa w Polsce.” – mówił z kolei pełnomocnik sędziego Krystiana Markiewicza mecenas Mikołaj Pietrzak. Markiewicz był drugim sędzią, który musiał dzisiaj stawić się przed rzecznikiem dyscyplinarnym.

>>>

Opozycja protestująca zmiecie PiS, tak jak komuchów

Sędzia Igor Tuleya zadał w zeszłym tygodniu Trybunałowi Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne o to, czy w świetle nowych przepisów dyscyplinarnych i gróźb polityków pod adresem sędziów polscy sędziowie mają gwarancję niezawisłości odpowiadające standardom unijnym nakładającym na państwa obowiązek zapewnienia rzetelnej procedury sądowej. Nożyce, czyli prokuratura, odezwały się natychmiast, strasząc sędziego.

Szef prowadzącej sprawę Prokuratury Okręgowej w Płocku wydał „oświadczenie”, w którym stwierdza, że sędzia Tuleya działa na szkodę osób pokrzywdzonych przez groźnych przestępców, bo postępowanie do czasu odpowiedzi TSUE będzie zawieszone, co „naraża ofiary porwań na dodatkową traumę związaną m.in. z odkładaniem w czasie przesłuchań koniecznych przed sądem, a dotyczących najbardziej dramatycznych wydarzeń w ich życiu”.

Sędziego potępił w TVP Info minister-prokurator generalny Zbigniew Ziobro, grożąc mu postępowaniem dyscyplinarnym (które sam może zainicjować): „To jest prezent dla bandytów – taka postawa sędziego. To pokazuje, jak nasze reformy i ta izba dyscyplinarna jest potrzebna. Nie można godzić się na to, żeby wymiar sprawiedliwości był traktowany instrumentalnie przez ludzi zacietrzewionych politycznie, którzy zmierzają do tego, aby swoje własne interesy i obsesje polityczne rozgrywać kosztem sprawiedliwości, bezpieczeństwa Polaków, praworządności”.

Prokurator okręgowy, minister-prokurator Ziobro, a wcześniej telewizyjne „Wiadomości” manipulują opinią publiczną, przedstawiając sędziego Tuleyę jako osobę udaremniającą skazanie groźnych bandytów, którym „zarzuca się szereg brutalnych czynów, jak uprowadzenia i wymuszenia popełnione ze szczególnym udręczeniem pokrzywdzonych, w tym ich brutalne bicie”. Owi groźni bandyci, w liczbie 13, mają bowiem oddzielny proces. Trójka, którą sądzi Tuleya, odpowiada z wolnej stopy i poszła na współpracę z prokuraturą. A co do szybkości osądzenia, to szybka nie była tu sama prokuratura: przestępstwa obejmują lata 2002-03, a akt oskarżenia wpłynął do sądu dopiero w tym roku.

Czyli manipulacja faktami, by szczuć opinię publiczną na sędziego.

Szczucie służy – jak zwykle – dowodzeniu, że sędziowie są „nadzwyczajna kastą” w dodatku „antyludzką”, więc trzeba z nimi zrobić porządek. Ale służy też wywarciu nacisku: na sędziego Tuleyę, na prezesa sądu, w którym sądzi, i na wszystkich sędziów, którym świta w głowie zadawanie pytań prejudycjalnych.

W dalszej części „oświadczenia” Prokurator Okręgowy w Płocku zapowiada, że „wystąpi do Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem o cofnięcie pytania prejudycjalnego skierowanego do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej”. Nie istnieje żadna podstawa prawna do takiego żądania. Zatem przesłanie takiego pisma do sądu można potraktować jako bezprawny nacisk na sąd, co kwalifikuje się do odpowiedzialności karnej (art. 232 kk). Prokurator zapowiada też wniosek o cofnięcie decyzji o zawieszeniu sprawy do czasu odpowiedzi na pytanie przez TSUE. I to mu wolno. Decyzję o cofnięciu zawieszenia może podjąć tylko sędzia Tuleya. Chyba że…

I tu dochodzimy do mechanizmu, jaki PiS wmontował w wymiar sprawiedliwości po to, by nim politycznie sterować. Otóż prezesem Sądu Okręgowego w Warszawie jest Joanna Bitner, mianowana przez ministra-prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę. A wiceprezesem, któremu podlega sędzia Igor Tuleya, jest Dariusz Drajewicz, awansowany na tę funkcję przez PiS z sądu rejonowego. A teraz, dodatkowo, delegowany do Sądu Apelacyjnego, dzięki czemu zarabia lepsze pieniądze (pensja sędziego apelacyjnego i dodatek za prezesowanie w sądzie okręgowym). Do tego spotkał go honor zasiadania w Krajowej Radzie Sądownictwa.

Przed tymi osobami – sędzią Bitner i sędzim Drajewiczem – stanie zadanie zareagowania na żądania prokuratury. Mogą (bezprawnie) naciskać na sędziego, ale nie mogą mu nic nakazać. Ale w gestii prezesa sądu, od lipca tego roku (pisowska nowelizacja), jest „zmiana zakresu obowiązków sędziego”. Prezes może więc np. przenieść sędziego Tuleyę do innego wydziału, przez co straci tę sprawę. Tak właśnie zrobiła prezeska Sądu Okręgowego w Krakowie z sędzią Waldemarem Żurkiem. Albo np. odebrać mu pewną kategorię spraw, a przydzielić inną. To oczywiście stałoby w sprzeczności z konstytucją i wszelkimi standardami prawa do bezstronnego sądu, ale przepis ustawy wprost tego nie zakazuje. A PiS nie obchodzą konstytucja czy standardy.

Tak wygląda układ stworzony przez PiS: „swoi” ludzie na newralgicznych stanowiskach, przepisy pozwalające manipulować składami sędziowskimi i odpowiedzialność dyscyplinarna dla nieposłusznych. PiS używa posłusznych sędziów funkcyjnych i politycznie sterowanej prokuratury, więc politycy nie muszą osobiście brudzić sobie rąk.

To już trzecie takie zdarzenie w ciągu miesiąca. Na początku sierpnia Prokuratura Krajowa zagroziła sędziom SN odpowiedzialnością za pytanie prejudycjalne. Potem Naczelnik rzeszowskiego Oddziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej zażądał od prezesa Sądu Apelacyjnego dyscyplinarnego ukarania sędzi za zwrot akt prokuraturze.

Pytanie prejudycjalne sędziego Igora Tuleyi, a wcześniej sędzi Sądu Okręgowego w Łodzi Ewy Maciejewskiej o to, czy sędziowie w Polsce mają instytucjonalne warunki, by orzekać niezawiśle, staje się coraz bardziej oczywiste i palące. Za chwilę rozpocznie działalność złożona w połowie z prokuratorów Izba Dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym.

Poważni prawnicy dyskutują o poprawności pytań prejudycjalnych zadanych TSUE przez polskich sędziów. Mówi się, że ich związek z prawem Unii jest dyskusyjny. I że Trybunał, jeśli zechce na nie merytorycznie odpowiedzieć, będzie musiał zmodyfikować swój dotychczasowy paradygmat sądzenia. Reakcja władzy PiS, w tym podległej jej prokuratury, na te pytania prejudycjalne może przekonać Trybunał do takiej zmiany.

Jarosław Kaczyński dzieli społeczeństwo, ale my, do k…y nędzy, też jesteśmy podzieleni. Trzeba to zmienić i wyjść z tego kongresu z absolutnym postanowieniem, że nasi przywódcy muszą zorganizować wspólne kierownictwo, wspólną koordynację” – mówił Władysław Frasyniuk na Kongresie Obywatelskich Ruchów Demokratycznych w Łodzi

Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych (KORD) zgromadził w Łodzi ok. 400 osób. To grupy protestujące przeciwko zagrożeniom demokracji, obrońcy Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, organizatorzy happeningów, Literiad i wiele innych. Większość wyłoniła się z KOD-u. W foyer łódzkiej hali Expo wystawili swoje stoiska.

„Zależy nam, żeby opozycja chodnikowa zaczęła ze sobą rozmawiać i wymieniać się pomysłami. Teraz różne grupy organizują konkurencyjne wydarzenia. Grupy są skonfliktowane i niedogadane. Chcieliśmy, żeby to był rodzaj targów. Nie tworzymy wspólnej organizacji. Chcemy działać lepiej i bliżej, ale nie jako jedno ciało” – podkreślała Katarzyna Knapik, organizatorka.

Niektórzy mówili w kuluarach, że ta atmosfera podziału i konkurencji ich uwiera, że liderzy małych grupek, które odłączyły się od większych, krytykują w mediach społecznościowych swoich dotychczasowych liderów, zarzucając im złe pomysły, lenistwo itd. Padają epitety.

Zwracano uwagę, że na kongresie wprawdzie jest KOD, ale nie ma liderów m.in. Krzysztofa Łozińskiego, przewodniczącego Komitetu Obrony Demokracji. „To nie on zorganizował ten kongres, więc go zbojkotował” – mówił jeden z działaczy KOD.

Larum grają! Idźcie na wybory!

Na sali trwały panele. Atmosfera była miła, jak na pokojowych protestach. Zastanawiano się, jak bronić Konstytucję, czy warto wychodzić na ulicę, mobilizowano przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi  i omawiano sposoby zabezpieczenia przed ewentualnymi fałszerstwami.

„Obywatele, mości panowie, larum grają, my musimy wygrać te wybory, ten maraton wyborczy. To będzie nasze opowiedzenie się za pewną opcją cywilizacyjną” – nawoływał Bogusław Stanisławski, współtwórca polskiego Amnesty International.

„My już  wypowiedzieliśmy się w 1989 roku oraz w referendum unijnym, ale sytuacja zmusza nas, byśmy się wypowiedzieli po raz kolejny. Musimy wygrać, żeby w Polsce nie polała się krew. Mówię, to z perspektywy pokolenia, które widziało krew na ulicach. Musimy wygrać w warunkach absolutnie nam nie sprzyjających, w których odebrano nam media publiczne, funkcjonuje propaganda, która nie uznaje cywilizowanych standardów, nie cofa się przed kłamstwem, szkalowaniem. Musimy tak wygrać, jak Solidarność w 1989 roku” – mówił Stanisławski.

Aktorka Dorota Stalińska, która jest radną sejmiku województwa mazowieckiego, namawiała, by przekonywać tych, którzy nie głosują, a zawłaszcza niezagospodarowanych przez ojca Rydzyka emerytów. „Każdy niech przyprowadzi na wybory 10 osób, ale nie te, które znacie i wiecie, że zagłosują. Przekonajcie tych, którzy mówią „A po co mam iść na wybory? Mój głos się nie liczy”. Ruszcie tyłki i idźcie w lud, bo sytuacja jest dramatyczna. Jeśli stracimy samorządy, stracimy Polskę” – apelowała Stalińska.

Konstytucja weszła na koszulki

Dużo mówiono na tematy, które ostatnio gromadziły największe protesty, czyli o Konstytucji, Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, sytuacji sędziów. Sędzia Waldemar Żurek, b. rzecznik byłej KRS, wystąpił w koszulce „Konstytucja”. „Jedną z zalet Konstytucji jest to, że weszła na koszulki, że zaczęliśmy o niej mówić, że dzieci w szkołach ją czytają. Tego się nie spodziewaliśmy” – podkreślał sędzia Żurek.

Od napisu na koszulce zaczyna zwykle prelekcje z młodzieżą sędzia Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. „Ja” i „Ty” – rzucają się w oczy, „On” – jest jeszcze niewidoczny, ale nie można go nie dostrzegać. „Kon” – ten przedrostek mówi o wspólnotowości. Wszystko w tym słowie się znajduje” – podkreślał Jerzy Stępień.

Czy warto jeszcze być na ulicach w obronie Konstytucji? I co zrobić, żeby były szanse na skuteczność? – pytał prowadzący panel „Konstytucja prawem demokracji”.

Mecenas Sylwia Grzegorczyk-Abram z inicjatywy Wolne Sądy: „Nie ma możliwości, żebyśmy ustali w walce o najwyższe wartości, praworządności, trójpodziału władzy. Musicie państwo być twardym punktem odniesienia w tych bardzo grząskich czasach. Jeśli zrezygnujemy, to propaganda rządowa, prowadzona przez media publiczne, zwycięży. Musimy się zjednoczyć, schować ambicje i wspólnie wystartować do bitwy wyborczej”.

Waldemar Żurek podkreślał, że sędziowie też ryzykują, znoszą szykany. Sam miał m.in. kontrolę CBA, był przesłuchiwany w prokuraturze, przesłuchano jego starszych rodziców. „Ludzie różnie reagują na takie traktowanie. Jedni się załamuję, inni trwają przy przysiędze sędziowskiej między innymi dzięki waszemu wsparciu” – zwrócił się do zebranych i zapowiedział, że w przyszłości trzeba będzie dokonać rozliczeń, osądzić każdego, który splami przysięgę sędziowską.

Sędzia Żurek powiedział, że dojrzewa myśl o zorganizowaniu w Warszawie demonstracji sędziów. Mieliby iść z togami, a wspierać ich chcą adwokaci i radcowie prawni.

Choć dyskusja na sali plenarnej była ciekawa, nie wnosiła jednak zbyt wiele nowego. Niektórzy byli zawiedzeni.  „Oczekiwałem, że będziemy się spierać, nawet kłócić. Każdy powtarza, że wygramy. Nas nie trzeba przekonywać, żeby pójść na wybory. Ustalmy, którą drogą pójść, żeby wygrać. Tu tego nie ma. Przypomina mi to spotkanie Amwaya” – krytykował po pierwszej części spotkania Romuald Durlik z Obywateli RP w Łodzi.

„Nic się samo nie wydarzy, nie będzie cudu”

W drugiej części zaproszono do udziału w panelu legendy pierwszej „Solidarności” z lat 80.: Zbigniewa Bujaka, Henryka Wujca, Grażynę Staniszewską, Zbigniewa Janasa i Władysława Frasyniuka.

Padło konkretne pytanie „Co robić dalej?”

Grażyna Staniszewska mówiła, żeby już zastanawiać się, jak będziemy przywracać praworządność. Henryk Wujec, że powinno się działać jak „Solidarność”, czyli jawnie, bez przemocy, cierpliwie, pomagać sobie nawzajem i myśleć, jaka będzie w przyszłości Polska, bo musi być inna, niż przed dojściem PiS do władzy.

Zbigniew Janas wspominał , że powstanie „Solidarności” i obrady Okrągłego Stołu to były cuda. „Ale na te cuda trzeba było ciężko pracować” – zaznaczył.

Frasyniuk: Za co sobie gratulujecie? Za trzeci rok porażki?

„Najważniejsze są wartości. To, że w polityce jest do dupy, to właśnie z tego powodu,  że w życiu publicznym zabrakło wartości” – mówił Władysław Frasyniuk i podkreślał, że jak nie ma wartości, nie ma organizacji, nie ma pieniędzy, to nie ma szans na zwycięstwo.

„Czy to jest sala ludzi sukcesu?” – zapytał. Zebrani przytaknęli. – „Tak?! Ta garstka?! Brak tu przywódców, którzy są tak skonfliktowani, że nawet w mediach o tym mówią (nawiązał do nieobecności liderów KOD-u – przyp. red.). A to poczucie sukcesu? Wszyscy tu sobie za wszystko dziękowali. Za co?! Za trzeci rok porażki?!

Nic się samo nie wydarzy, nie będzie cudu. Przyjechałem na ten kongres, żeby państwu powiedzieć, że jeśli tak będziemy funkcjonowali, jeśli będziemy budować współczesne kombatanctwo, wspominać sukcesy sprzed roku, to dramat!

Nie do pomyślenia, że we Wrocławiu są demonstracje w obronie sądu o godz. 17, 18 i 19. Na której mam być? Z tego kongresu trzeba wyjść z absolutnym przekonaniem: budujemy wspólne kierownictwo, jedność” – mówił Frasyniuk.

Wypomniał zebranym, że liderzy organizacji krytykują się na Facebooku, a KOD zamiast rosnąć w siłę, stopniał o połowę.

„Czy Rosjanom zależało, żeby wygrał Trump? Nie. Żeby podzielić społeczeństwo. Jarosław Kaczyński dzieli społeczeństwo, ale my, do kurwy nędzy, też jesteśmy podzieleni. Z tego trzeba wyciągnąć wnioski. Trzeba to zmienić i wyjść stąd z absolutnym postanowieniem, że nasi przywódcy muszą zorganizować wspólne kierownictwo” – przekonywał Frasyniuk.

Do sceny podeszła działaczka, starsza działaczka KOD. „Jak jest taki mądry, to niech stanie na czele!” – krzyknęła.

Na co Władysław Frasyniuk odpowiedział: „Trzeba liczyć albo na cud, albo, że przyjdzie Frasyniuk i załatwi? Oba tropy fałszywe” – odparł.

Były lider dolnośląskiej „Solidarności” chwalił wczorajsze wystąpienie Barbary Nowackiej na Konwencji Koalicji Obywatelskiej.

„Barbara Nowacka pokazała, że nie jest odklejona od polityki. Wszystko co powiedziała, to był początek myślenia o nowej opozycji” – powiedział i przyznał, że od wczoraj zaczyna być dobrej myśli. – „Mam wrażenie, że opozycja wróciła do politycznego myślenia”.

— OPOZYCJA KONTRATAKUJE, ANTY-PIS NABIERA ENERGII, CHOĆ OPOZYCJA IDZIE PODZIELONA – Paweł Wroński na jedynce GW: “Ugrupowania demokratyczne idą na jesienne wybory podzielone. Ale wspólnie atakują wizję samorządności prezentowaną przez PiS i premiera Morawieckiego, który jeździ po kraju, obiecując rządowe inwestycje za poparcie jego partii”.
wyborcza.pl >>>

— BARBARA NOWACKA WYCHWALA KOALICJĘ OBYWATELSKĄ – w rozmowie z Agnieszką Kublik w GW: “Nie on mnie zapisywał gdziekolwiek i nie on mnie będzie wypisywał. Inni też mnie wyrzucają z lewicy, bo nie noszę ich szyldu, nie wpisuję się w schemat i idę wbrew utartej ścieżce – zamknąć się na swojej kanapie i mocno okopać. Jestem człowiekiem dialogu. Ego i logo nie stanowią o tym, kto jest lewicą i kto jakie wyznaje wartości. Nie zmieniam swoich poglądów, staram się skutecznie je realizować. Wybieram „no ego, no logo”. I dzięki temu mamy wielką Koalicję Obywatelską”.
wyborcza.pl >>>

Wierzę, że Warszawa zasługuje na prezydenta energetycznego, wiedzącego jak funkcjonuje miasto, jak to miasto żyje, ale też chcącego słuchać warszawianek i warszawiaków, pracującego dla tego miasta tak ciężko. To jest Rafał Trzaskowski, który takim prezydentem będzie. Będzie prezydentem nie dość, że uczciwym i zdeterminowanym, to do tego prezydentem faktycznie rozumiejącym miasto, nie snującym irrealistycznych wizji, tylko wiedzącym, co zrobić, żeby nam wszystkim żyło się lepiej. Warszawa jest miastem różnorodnym. Są miejsca, gdzie żyje się wspaniale, są miejsca, gdzie są ludzie wykluczeni” – mówiła na konferencji prasowej Barbara Nowacka.

Bardzo dziękuję za wsparcie. Bardzo się cieszę, że Koalicja Obywatelska jest coraz silniejsza, że udaje się nam wspólnie przekonywać nowe osoby, żeby do nas dołączyły i bardzo się cieszę z tego poparcia. Myśmy wielokrotnie rozmawiali na temat programu, bo od tego to się wszystko zaczęło, od rozmowy o programie dla kobiet. Rozpocząłem swoją rozmowę z warszawiakami pół roku temu, proponując właśnie program dla kobiet, mówiąc o równouprawnieniu, o darmowych żłobkach dla wszystkich warszawiaków” – mówił Rafał Trzaskowski

>>>

Wszystkie pisowskie kartofle i buraki

„To jest taka fikcja, jak w „Roku 1984”, gdzie Ministerstwo Prawdy zajmowało się propagandą, Ministerstwo Pokoju – wojną. A Krajowa Rada Sądownictwa ma tyle wspólnego z sądownictwem, że je niszczy, a osoby, które tam zasiadają, są po prostu grabarzami niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Obecna Krajowa Rada Sądownictwa nie ma nic wspólnego z sądownictwem” – powiedział sędzia Igor Tuleya w TVN 24. Według niego, „wszystko zmierza w złym kierunku”.

Przyznał, że był rozczarowany, kiedy I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf poszła na urlop. – „Jestem mile zaskoczony tym, że I prezes skróciła swój urlop i pokazała się w Sądzie Najwyższym, to dobrze wróży. Jestem dumny z takiej prezes Sądu Najwyższego” – podkreślił Tuleya.

Uważa bowiem, że sędziowie powinni „aktywnie uczestniczyć w życiu publicznym, obywatelskim” i brać udział w zgromadzeniach w obronie sądów. – „Sędziowie bronią wartości, a nie konkretnych osób czy stołków. To jest również pokazanie, że nie jest prawdą, że my walczymy o „koryta”. Jak słyszymy wypowiedzi polityków, którzy grożą nam za udział w zgromadzeniach postępowaniami dyscyplinarnymi, to właśnie poprzez aktywny udział w obronie sądów pokazujemy, że nie zależy nam na naszych stanowiskach, tylko bronimy pewnych wartości” – stwierdził Tuleya.

Sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie odniósł się także do orzeczenia PiS-owskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ułaskawienia przez Andrzeja Dudę wobec byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego i jego współpracowników. Sędziowie TK z nadania partii rządzącej stwierdzili, że Duda miał prawo ich ułaskawić, zanim zostali prawomocnie skazani. – „Żeby przebaczyć czy wybaczyć, to rozumiemy przez to darowanie jakiejś winy. Ale żeby darować winę, to najpierw trzeba ją stwierdzić. Wyrok był nieprawomocny, czyli pan prezydent tak naprawdę zastosował prawo łaski wobec osoby niewinnej. (…) Wychodzi na to, że [Duda – przyp. red.] może robić wszystko – uniewinnić na przykład osobę niewinną – powiedział sędzia Igor Tuleya.

„Cały Kraśnik wstrzymał oddech, bo partacze poprawiają napis na pomniku. Swoją drogą, nawet nie wiedziałem, że to taka tandeta i za chwilę te literki wylądują na jakimś skupie złomu” – poinformował na Twitterze Arkadiusz Pisarski. Do wpisu dołączył zdjęcie, na którym nie ma kilku liter w napisie.

O niedawno odsłoniętym pomniku Lecha Kaczyńskiego w artykule „Kolejna brązowa szkarada szpeci tym razem Kraśnik”.

Na błąd na tablicy (zamiast „Rzeczypospolitej” napisano „Rzeczpospolitej”) zwrócił uwagę internauta posługujący się nickiem Stefan Skrupulatny. – „No ale jak to? Ja już byłem gotowy uwierzyć, że po wnikliwych badaniach okazało się że „Rzeczypospolita” to wyraz ukuty przez elity za niemieckie pieniądze. I, że oficjalną wersją „dobrej zmiany” jest „Rzeczpospolita”. A tu okazuje się, że Stefan miał rację? Świat się kończy!” – skomentował dziś ironicznie inny internauta.

„Pismatoły nie są biegłe w mowie i piśmie za to w obsadzaniu swoimi, pod****dalaniu innych, kłótniach, dzieleniu i rozkradaniu pieniędzy, mają mistrzostwo świata”; – „I tak dobrze, że ustawą pisowni nie zmienili”; – „Ustawy poprawiają tuż po uchwaleniu, czemu nie pomniki, które dopiero co odsłonięto”; – „Nie ma się co dziwić. Nauki pobierane w szkółkach niedzielnych przynoszą rezultaty. A literki faktycznie tandetne, ale należy przypuszczać, bardzo drogie” – komentowali pozostali internauci.

Prokurator z czasów stanu wojennego Stanisław Piotrowicz po raz kolejny grozi sędziom, a dokładnie I Prezes Sądu Najwyższego. Jego zdaniem, nie pełni ona swojej – zagwarantowanej w Konstytucji na sześcioletnią kadencję – funkcji. – „Od 4 lipca prof. Małgorzata Gersdorf jest już sędzią w stanie spoczynku, a zatem tzw. sędzią-emerytem, więc nie może wykonywać żadnych czynności służbowych” – stwierdził w Radiu Maryja.

Bezczelnie dodał, że I Prezes SN nie może wykonywać żadnych czynności służbowych, a jeśli jednak je podejmie, to będą one prawnie nieważne i nieskuteczne. – „Naraża się na odpowiedzialność dyscyplinarną z tego względu, że sędziów w stanie spoczynku również obowiązują ściśle określone zasady. Niestosowanie się do obowiązującego prawa może skutkować wyciągnięciem konsekwencji dyscyplinarnych. Jedna z najsurowszych sankcji, jaka może spotkać, to pozbawienie stanu spoczynku” – dodał prokurator Piotrowicz.

„Napiętnować?, dać minimalną emeryturę?, aresztować?, pozbawić obywatelstwa? Jeśli jest jeszcze normalny przedstawiciel dobrej zmiany to niech oceni Piotrowicza? 1000 sprawiedliwych?100? a może 10? chociaż JEDEN” – skomentował na Twitterze Janusz Piechociński z PSL. Zdecydowanie ostrzej napisał Tomasz Siemoniak z PO: – „Komunista Piotrowicz w swoim żywiole. Może straszyć i szantażować. Obrzydliwa postać. Dziś zamordystyczna twarz PiS”.

W podobnym tonie wypowiadali się inni internauci. – „Zasłużony dla partii towarzysz prokurator dał głos”; – „Czasem towarzysz Piotrowicz przymyka oczy i ze wzruszeniem wspomina czasy młodości, gdy wichrzycieli wywoziło się na zaporę we Włocławku. I robi mu się ciepło na serduszku”; – „Towarzysz Piotrowicz już nigdy się nie pozbędzie tego zatrutego genu komunizmu, będzie to z niego wyłazić jak robal z zepsutego jabłka”; – „Obrzydliwy były komuch, straszy byłego członka Solidarności. Czyż to nie jest po***bany, zakłamany kraj?”.

Jeden z internautów przypomniał posłowi PiS stosowny przepis. – „Towarzyszu Piotrowicz, Kodeks karny art. 191 § 1. kto stosuje przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Waldemar Mystkowski pisze o „wyroku” TK.

Prezydent ma prerogatywę prawa łaski, ale nie ma prerogatywy zastępowania sędziów i wydawania za nich wyroków.

Można rzec, iż definicja układu się domknęła w układ zamknięty. Prokurator generalny z PiS wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego opanowanego przez PiS o uznanie, że prezydent z PiS miał prawo ułaskawić ministrów PiS. A więc wyrok Sądu Najwyższego został unieważniony, kto by się taką drobnostką przejmował. Jak powiedział prezes PiS, bój o Sąd Najwyższy też wygrają.

W międzyczasie ze stron prezydenckich z zakładki „Prawo łaski” zniknęła wykładnia, iż prawo łaski przysługuje „od prawomocnego wyroku sądu”. A Mariusz Kamiński miał wyrok nieprawomocny 3 lat do odsiadki. Zresztą sam utrzymywał, że nie interesuje go łaska, ale uniewinnienie.

Prezydent ma prerogatywę prawa łaski, ale nie ma prerogatywy zastępowania sedziów i wydawania za nich wyroków, bo gdyby takie prawa posiadał, to faktycznie mógłby ułaskawić Kamińskiego przed skazaniem go. Ale i to zastosowane bezprawie przez Dudę wskazuje na logikę, iż uznał Kamińskiego za przestępcę. Prezydent się pogodził z tym, ze w rządzie PiS jest przestępca.

Prof. Marcin Matczak także próbuje rozgryźć logikę układu zamkniętego PiS i stwierdza, że według rozumowania PiS można dać rozwód narzeczonemu, gdyż istnieje domniemanie, że on albo niedoszła żona zdradzą się nawzajem. I taka też jest moralność PiS, bo ta jest pochodną każdego bezprawia.

Zdefiniowana została też przez Trybunał Konstytucyjny inna prerogatywa prezydenta PiS. Ma prawo chronienia każdego przed wymiarem sprawiedliwości, co jest czymś zupełnie innym niż ochrona przed karą, której dotyczy prawo łaski.Ta logika PiS jest zupełnie pokrętna i taka też będzie w stosunku do Sądu Najwyższego. Zasadność propagandy PiS celnie ujął prawnik Piotr Schramm: – „Jeżeli z powodu rzekomej kradzieży kiełbasy przez jednego sędziego należy rozwalić cały Sąd Najwyższy – to z powodu rzeczywistej pedofilii w Kościele PiS powinien natychmiast zamknąć i zdelegalizować wszystkie kościoły”.

Raport NIK udowadnia, iż nagrody „nam się należą” były większe. Ba, można w ciemno iść o zakład, że to tylko wierzchołek góry lodowej, pod spodem dojenie kasy państwa idzie pełną parą. A Mateusz Morawiecki twierdzi, że nagrody zostały przekazane na cele charytatywne.

Cały czas mamy do czynienia z krętactwem spod logo PiS. Na cele charytatywne można oddać własne pieniądze albo oddać honorową rekompensatę. A PiS zostało złapane na gorącym uczynku, a gdy już politycy tej partii nie mieli wyjścia, to półgębkiem się przyznali, ale nie do całej kwoty, którą podprowadzili z publicznego Sezamu. Przyznali się tylko do zawartości worka, który opozycja im przeszukała.

Dla mnie PiS definiuje się jeszcze inaczej, co podsunął mi nieszczęsny Morawiecki, mianowicie zapowiedział, że „w tym tygodniu zaprezentujemy z ministrem Ardanowskim nowe rozwiązania dla rolników”. Trzymając się estetyki partii Kaczyńskiego można ukuć taką oto metaforę: Morawiecki zaprezentuje „nowe rozwiązania”, zamieniając kartofle na buraki – a może odwrotnie.

Morawiecki kłamie do utraty tchu

Burmistrz Karol Rajewski poinformował, że na terenie zarządzanej przez niego gminy Błaszki powstanie ogromny krzyż z okazji 100 lat niepodległości Polski.

Rząd PiS nie znalazł pieniędzy, żeby spełnić postulat protestujących przez 40 dni w Sejmie niepełnosprawnych o wypłacie dodatkowych 500 zł. Ale Mateuszowi Morawieckiemu nie zadrżała ręka przy podpisywaniu rozporządzenia, w myśl którego każde uczące się dziecka dostanie od co roku 300 zł tzw. wyprawki. Zwyczajem PiS-owskim przedsięwzięciu nadano nazwę, która w uszach niepełnosprawnych może zabrzmieć szyderczo – „Dobry start”.

Okazuje się także, że pieniądze te pochodzą z ministerstwa rodziny, pracy i polityki społecznej, na którego czele stoi Elżbieta Rafalska. A to ona przecież nie mogła znaleźć pieniędzy w budżecie swojego resortu ministerstwa dla niepełnosprawnych i w zamian zaproponował im pomoc rzeczową.

Zasadne wydaje się więc pytanie posłanki PO Kingi Gajewskiej, które zadała na Twitterze. – „Czy wiedzieliście, że program „Dobry start”, czyli 300 złotych wyprawki dla uczniów, będzie sfinansowany ze środków z programu „Rodzina 500plus”?. Umieściła też odpowiedź na swoją interpelację uzyskaną z resortu Rafalskiej.

Wiceminister pracy Bartosz Marczuk przyznał, że wyprawki szkolne zostaną „sfinansowane ze środków przeznaczonych w budżecie na obsługę programu „Rodzina 500plus”. Koszt tej nowej kiełbasy wyborczej PiS wyniesie 1,4 mld złotych plus koszty obsługi tego przedsięwzięcia – ok. 46 mln.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wyborach.

Za kilka miesięcy wybory samorządowe, które są tak naprawdę tylko przystawką do tych, parlamentarnych w 2019 roku. Mają jednak wykazać one preferencje polityczne Polaków i pod te wyniki przygotować grunt do działań o zwycięstwo za rok. Nie ma co ukrywać, czas wariactw nadszedł.

Politycy PiS, zgodnie ze strategią, znaną z poprzedniej kampanii wyborczej, od ponad miesiąca siedzą w terenie, proponując wciąż walkę z demonami przeszłości czyli PO i resztą, udowadniając wrogość państw Europy wobec tak niewinnej i czystej owieczki jaką jest obecna Polska, przekonując, że nic lepszego nie może spotkać narodu od ich rządów. Zaklinają rzeczywistość, podkreślając, jak to wstajemy z kolan, jak to inni patrzą z podziwem na naszą reformę sądownictwa i chcą się od nas uczyć, jak zyskujemy w oczach świata i wybijamy się na potęgę pod każdym względem. Ciekawe, że jakoś bezkrytycznie zapatrzeni w tę partię wyborcy wciąż nie widzą, iż to bujda na resorach. UE obcina nam fundusze na kolejne lata. Nie jesteśmy zapraszani na spotkania tych państw, które mają spore moce decyzyjne w Europie. Prezydent Duda, będąc na spotkaniu ONZ nie miał okazji załapać się na rozmowę z kimkolwiek istotnym z administracji Białego Domu, a o samym Donaldzie Trumpie już nawet nie wspominam. Ponoć pan Duda nie miał czasu na takie spotkania, tak to komentują jego współpracownicy i niech im będzie. Wierny elektorat w to uwierzy.

Politycy PiS obrzucają nas ze wszystkich stron Plusami. Rodzina Plus, Mama Plus, Senior Plus, Młodzież Plus, Emeryt Plus, Przedsiębiorca Plus, Mosty Plus, Muzeum Plus, a naród się raduje. Wyciąga łapki po te obietnice i już czuje, już wie, że tylko PiS zapewni nam świetlaną przyszłość. Tylko PiS podciągnie nasze ego narodowe ostro w górę. Zadba o nas i będzie nas karmiło mamoną za niby nic,  do końca świata i jeden dzień dłużej.

Tylko ja jestem  jakaś niezbyt chyba normalna i zbyt chyba sceptyczna. Może dlatego, iż coraz mocniej czuję,  że te Plusy bardziej przypominają Krzyże. Oczami wyobraźni widzę, jak dźwigamy te „plusujące” krzyże przebijając się przez coraz trudniejszą polską rzeczywistość.   Dźwigać je będziemy  z uśmiechem i nadzieją, nie zauważając, że to nasza Golgota a nie Eden. Wystarczy przecież malutki kryzys gospodarczy, osłabienie złotówki, wyczerpanie rezerw finansowych, ucieczka przedsiębiorców do innych rajów finansowych, strach obcych inwestorów w tworzenie czegoś swojego w państwie, które dzisiaj mówi jedno, a jutro robi co innego. Wystarczy, że dzieci wyrosną z 500 Plus, a mamuśki pozostaną na lodzie, bo ani pracy ani doświadczenia zawodowego, ani wypracowanych lat do emerytury. I co wtedy?

Kiedy wreszcie lud  zrozumie, że te Plusy to tylko Krzyże, to będzie już musztarda po obiedzie. Naród będzie szukał winnych, ale jakoś pewnie do niego nie dotrze, że sam sobie załatwił taki los. Sam siebie tak ugotował, wierząc w pustosłowie, populizm i nie rozumiejąc, że tak naprawdę to sam finansuje te wszystkie obietnice. Sam sobie wypłaca kasę, która w pewnym momencie odbije mu się czkawką. Łatwo bowiem być roszczeniowym i pozwalać się obdarowywać, trudniej jednak zdecydowanie wziąć odpowiedzialność za siebie na własne barki i nauczyć się czerpać zyski głównie z własnej pracy.

Politycy PiS bardzo dbają o utrwalenie przekonania, że całe zło to PO. Gdy tylko padnie jakieś niewygodne pytanie lub zaliczają kolejną wtopę, natychmiast mówią, że to co teraz to pikuś, bo za PO to dopiero się działo…  Stąd trwające już ponad dwa lata „polowanie na czarownice”, podtykanie nam pod nos, że tu jakaś przewałka finansowa była, tam jakaś afera, a jeszcze gdzie indziej malwersanci i oszuści. Jakoś nikt nie dostrzega, że coś tutaj wyraźnie „nie halo”. Najpierw wielki szum, jeszcze większy sukces, spektakularne zatrzymanie o godzinie 6 rano, odwiezienie delikwenta w towarzystwie kamer do prokuratury i …potem cisza. Mijają tygodnie, miesiące, a wyroku nie ma, kary nie ma i tylko jakaś kurtyna milczenia zapada. No tak, ale wyborców PiS to, co dalej, nie interesuje. Ważne, że wróg został zdemaskowany, zatrzymany i chwała prezesowi za konsekwencję, dobry nos śledczy i mistrzostwo w polowaniu, nawet gdy to tylko pogoń za wymyślonymi demonami.

Politycy PiS z coraz większą determinacją, wmawiają swoim wyborcom, że Unia Europejska to kaganiec dla naszej tożsamości narodowej, wrzód na naszych finansach, pasożyt, który chce nas wyssać do dna i potem porzucić. A wyborcy w to wierzą bezkrytycznie. Jakiś młodzian podarł unijną flagę, Pawłowicz nazywa ją szmatą, inni po niej skaczą, tak naładowani patriotyczną dumą. Co ciekawe, zupełnie pomijają milczeniem, że członkowie ich rodzin pracują za euro w krajach UE. , że ich miasta pięknieją dzięki dofinansowaniu UE, że jeżdżą po drogach, wybudowanych za pieniądze UE, że w szpitalu mają wygodniejsze łózka i leczeni są lepszym sprzętem, dzięki kasie UE, że rolnicy dostają niezłe dotacje z UE.  Niesamowite, jak bardzo elektorat partii rządzącej ma rozbudowany mechanizm wyparcia. Partia mówi, że UE jest be i tego się trzeba trzymać.

Ech… przed nami kilka miesięcy wmawiania nam, że czarne jest białe, a białe czarne. Przed nami czas, gdy wiara się liczy a nie mędrca szkiełko i oko. PiS nie odpuści, nie zatrzyma się nawet na chwilkę, bo stawką jest władza, a my co z tym zrobimy? Przegramy, bo za obietnice jesteśmy gotowi oddać duszę diabłu.

Dzisiaj Dzień Dziecka. Życzę nam wszystkim, byśmy nadal mieli w sobie tę ciekawość świata, dziecięcy uśmiech i pozytywne myślenie. Ale i życzę nam, byśmy pamiętali, że zakończenie bajki zależy tylko od naszej mądrości, a nie magii słów, gołosłownych obietnic. Bądźmy mądrzy…

Wybitna pisarka Maria Nurowska i internauci o aferze związanej ze śmierciami w wielu miejscach Polski.

PiS tak naprawdę rozpoczął powolny Polexit, artykuł 7 Traktatu Unii Europejskiej jest tego konsekwencją

Czy sankcje z powodu wszczęcia procedury związnej z artykułem 7 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE) będą formalnie wszczęte, czy też nie, jest wtórne.

Artykuł 7 TUE już skutkuje. Jesteśmy zdegradowani i niewiarygodni jako państwo.

Jakub Majmurek w „Newsweeku” pisze.

Widmo artykułu 7 coraz bardziej intensywnie nawiedza polską politykę. Zawarte w tej części Traktatu o Unii Europejskiej przepisy, określające sankcje, jakie mogą zostać nałożone na kraj członkowski, jako kara za nieprzestrzeganie podstawowych wartości Wspólnoty mogą realnie zostać zastosowane przeciw Polsce.

Skutki zastosowania artykułu 7 wobec Warszawy są przy tym nieprzewidywalne. Interwencja Brukseli może bowiem równie dobrze zmobilizować przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu wyborców, którzy do tej pory pozostawali obojętni na to, co jego partia robi z polską konstytucją. Owi wyborcy mogą autentycznie przestraszyć się tego, że kolejna kadencja PiS to utrata unijnych dopłat i powrót do kontroli paszportowych na granicach. Interwencja może też jednak równie dobrze pomóc PiSowi – mobilizując część elektoratu, czułego na narrację objaśniającą, że „ulica i zagranica”, oraz sprzymierzona z nimi „nowa Targowica”, usiłują obalić pierwszy rząd, który skutecznie walczy o polskie interesy w świecie i dobrostan polskich rodzin w kraju.

My razem z Orbánem i jakoś to będzie

PiS podobną narrację sprzedaje zresztą już od dawna. Niektórzy komentatorzy spekulują nawet, czy partia celowo nie podsyca sporu z Europą na użytek wewnętrzny, by mobilizować elektorat, na który działa opowieść o „wstawaniu z kolan”.

Politycy rządzącego układu zachowują się przy tym, jakby w ogóle nie dopuszczali do siebie myśli, że sankcje faktycznie mogą Polskę dotknąć. Sam premier Mateusz Morawiecki – mianowany na to stanowisko podobno po to, by łagodzić spory z Europą – powiedział, że Polska jest suwerennym krajem, który „ma się prawo reformować” i nie będzie działał „pod pistoletem” unijnych sankcji.

(…)

Nie trzeba sankcji, by dużo stracić

Antoni Dudek, w niedawnym wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” spekulował z kolei, że Kaczyński gra na zmęczenie UE sporem z Polską. Lider PiS miałby liczyć na to, że w końcu Unia „odpuści mu sądy”, tak, jak innym państwom odpuściła nieprzepisowe wymiary długu publicznego, czy inflacji. Unia ma przecież dość swoich problemów – Brexit, sytuacja w Katalonii, negocjacje nowej perspektywy budżetowej po 2020 roku – by dokładać sobie jeszcze spór z Polską.

Krajowi z łatką, jaką ma dziś Polska trudno będzie bronić w Unii swoich interesów – obojętnie czy chodzi o dopłaty dla rolników, następny budżet, unijne fundusze, solidarność energetyczną, pomoc publiczną dla polskich przedsiębiorstw czy politykę Brukseli wobec Rosji.

Kaczyński może mieć rację co do tego, że Unia nie sięgnie łatwo po „opcję nuklearną” twardych sankcji. Jednak nawet bez oficjalnych sankcji problem naruszania przez Polskę wartości z Art. 2 Traktatu nie zniknie. Będzie on ciążyć nad polską pozycję w UE. Krajowi z łatką, jaką ma dziś Polska trudno będzie bronić w Unii swoich interesów – obojętnie czy chodzi o dopłaty dla rolników, następny budżet, unijne fundusze, solidarność energetyczną, pomoc publiczną dla polskich przedsiębiorstw czy politykę Brukseli wobec Rosji. Sam Morawiecki przekonał się zresztą co znaczy słaba polityczna pozycja w UE, gdy nic nie udało mu się wskórać w sprawie zmiany przepisów o pracownikach delegowanych.

Rząd idący obecną drogą w sporze z Brukselą czeka cała seria podobnych porażek. Te zaś prędzej, czy później zaczną przekładać się na interesy całych grup wyborców w Polsce.

(…)

Jeśli opozycja błyskawicznie nie opracuje sprytnej strategii komunikacyjnej, w jaki sposób za cały spór z Brukselą obwinić PiS, rządząca partia wcale nie musi na sporze z Unią stracić. Przynajmniej do czasu, gdy skutki odstawienia na boczny tor w Europie nie staną się aż nazbyt widoczne dla przeciętnych obywateli. Ale doprowadzenie do tej sytuacji także nie jest w niczyim interesie – powrót do europejskiego głównego nurtu może być bowiem po PiS bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Strategia „im gorzej, tym lepiej” w kwestii pozycji Polski pod rządami PiS w Europie także niczego nie rozwiązuje. Niestety, im gorzej, tym gorzej – także dla tych, którzy PiS nigdy nie popierali i nie poprą.

Waldemar Mystkowski też pisze na ten temat.

Słynny artykuł 7 Traktatu Unii Europejskiej (sankcje) wisi nad Polską jak miecz Damoklesa, a PiS nie ma już żadnych narzędzi, aby go powstrzymać. Musieliby się wycofać z ustaw sądowniczych, ale wiemy, że tego nie zrobią. Prędzej czy później spadnie na nas ostrze rozstania.

Morawiecki przygotowuje się do roli bohatera, może nawet zadeklarować jakiś ochłap „kompromisu” typu, że PiS z czegoś się wycofa, aby przedłużać agonię. Dobre to było rok i dwa lata temu, gdy zapraszano Komisję Wenecką, dzisiaj przestaje działać.

Niezrozumienie polityki europejskiej i globalnej w PiS jest zastanawiające. Na Zachodzie politycy wypowiadają się, gdy przeprowadzą wszechstronne konsultacje. Tak należy traktować głos o poparciu dla zastosowanie artykułu 7 przez prezydenta kraju, gdzie używano gilotyny – Emmanuela Macrona i kanclerz Niemiec Angeli Merkel, gdzież kolei gilotyna na głowy Bourbonów została wyprodukowana. Może jeszcze nie dzisiaj ani jutro, ale przy tak uprawianej polityce względnie szybko nastąpi dekapitacja Polski.

Fatalne stosunki z UE miały być rekompensowane klientyzmem wobec USA. Myślenie żałosne, jeżeli zważy się, w jaki sposób za Oceanem jest traktowana konstytucja i poprawki do niej. Tam nie zmienia się konstytucji, bo jakiś prezydent dostał oświecenia, tam dopisanych zostało 27 poprawek i są pismem świętym demokracji.

Przed prawem ustrojowym klęka się, a jako rekwizyt w przysiędze konstytucję zastępuje Biblia. PiS liczył na Trumpa, którego impet demolujący został natychmiast powstrzymany przez Sąd Najwyższy (któremu nikt nie jest w stanie odebrać prerogatyw ustrojowych).

To z waszyngtońskiego Departamentu Stanu wyszło oświadczenie w sprawie nałożenia kary przez KRRiT na TVN, które miało moc truchlejącą dla pisowskich zapędów cenzorskich.

Jeszcze silniejszy głos zza Oceanu wydali prawnicy – korporacja (jak powiedzieliby politycy PiS) rządząca USA – Amerykańskie Stowarzyszenie Prawników (ABA). Organizacja zrzeszająca ponad 400 tysięcy członków postanowiła stanąć w obronie wolności sądów w Polsce. Hilarie Bass, przewodnicząca ABA zwróciła się do Andrzeja Dudy z apelem o zawetowanie ustaw sądowniczych. Zapowiedziano ponadto monitorowanie pisowskiego bezprawia ustrojowego. Ten głos przełoży się na naszą gospodarkę, bo korporacje amerykańskie mają bliskie związki z ABA.

Tomasz Setta (gazeta.pl).

Według wielu źródeł podczas tego spotkania zapadnie decyzja o uruchomieniu wobec Polski artykułu 7 traktatu o Unii Europejskiej. O tym, czy tak się stanie, dowiemy się najprawdopodobniej około południa.

Polskie władze wydają się być już z tym pogodzone. – Jak rozumiem, decyzja została już podjęta, że w przyszłą środę Komisja Europejska zamierza uruchomić artykuł 7.1 – mówił tydzień temu premier Mateusz Morawiecki. – Zapewne będzie on uruchomiony, to jest ich prerogatywa – komentował podczas swojego pierwszego unijnego szczytu.

– Nie prosiłem nikogo, aby go nie uruchamiać. Nie jesteśmy w Europie żadnymi petentami i nikogo nie prosimy o to, żeby zgodził się na reformowanie przez nas wymiaru sprawiedliwości – podkreślił kilka dni później Morawiecki.

A to właśnie sądowa rewolucja PiS  – w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym oraz KRS – budzi największe zastrzeżenia unijnych komisarzy. Co, jeśli KE zdecyduje się dziś uruchomić wspomniany artykuł?

Po pierwsze: prewencja

Środowa decyzja Komisji Europejskiej będzie zaledwie początkiem całej procedury – nazywanej mechanizmem prewencyjnym. Jeśli komisarze zdecydują się dziś na ten krok, cała sprawa trafi następnie do Rady UE, czyli do przedstawicieli wszystkich 28 rządów Wspólnoty.

I to w ich rękach będzie ewentualne stwierdzenie wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości UE. Zanim jednak Rada UE przeprowadzi głosowanie w tej sprawie, najpierw będzie musiała wysłuchać racji Polski, będzie też mogła przedstawić Warszawie swoje zalecenia.

Rada UE dopiero na końcu tej drogi zdecyduje o stwierdzeniu wyraźnego ryzyka większością 4/5 głosów, czyli za zgodą co najmniej 22 państw (w głosowaniu nie bierze oczywiście udziału zainteresowany kraj).

W tym wariancie nie ma jednak mowy o sankcjach. Polska może jednak skutecznie zostać napiętnowana, co może utrudnić Warszawie np. negocjacje z innymi państwami. A już niebawem w Brukseli ruszą rozmowy nad nowym budżetem dla UE.

Sankcje w drugiej kolejności

Co, jeśli mechanizm prewencyjny nie zadziała? Wtedy Komisja Europejska może wcielić w życie drugą procedurę – sankcyjną.

Ten mechanizm – całkowicie niezależny od pierwszego – dotyczy już stwierdzenia poważnego i stałego naruszenia wartości UE przez dany kraj. Decyzję o tym podejmuje w tym przypadku nie Rada UE, ale Rada Europejska, czyli przywódcy i szefowie rządów wszystkich krajów.

Przedtem Rada wzywa państwo członkowskie do przedstawienia swoich uwag. Ostateczna decyzja o stwierdzeniu naruszenia wartości musi zaś zapaść jednomyślnie. Przy czym ‚jednomyślność’ oznacza brak wyraźnego sprzeciwu. Jeśli jakiś kraj wyłącznie wstrzyma się od głosu, warunek jednomyślności wciąż zostanie zachowany.

Taka decyzja Rady Europejskiej pozwala później Radzie UE na wymierzenie konkretnych sankcji – tu już jednak nie potrzeba jednomyślności. A wachlarz kar jest spory, przy czym najpoważniejszą z nich jest odebranie państwu prawa głosu podczas unijnych szczytów. Najważniejsze decyzje w UE będą wówczas zapadały bez zgody takiego kraju.

Dziennikarze „Dziennika” utrzymują, że moglo nie dojść do takiej sytuacji.

Bzdura.

Po niepublikowaniu orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego artykuł 7 wisiał nad pisowską Polską.

Wiosną 2016, tuż przed szczytem NATO, Komisja Europejska była bliska porozumienia z polskim rządem ws. Trybunału Konstytucyjnego. Istotną rolę w rozmowach z Brukselą odgrywał Mateusz Morawiecki. Warunki kompromisu akceptowała opozycja. Gdyby do niego doszło, dziś nie byłoby tematu artykułu 7.

O tych rozmowach nie wiedział Kaczyński, a więc nie mogło się udać! Oto cała odpowiedź.

Ewa Siedlecka:

Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy warto bronić sądów przed przejęciem przez władzę polityczną, to sam jeden sędzia Igor Tuleya jest dowodem, że warto. Że sędziowie potrafią być odważni i orzekać w zgodzie z sumieniem, narażając karierę, a może i bezpieczeństwo.

Sędzia Tuleya nakazał prokuraturze podjąć umorzone postępowanie w sprawie głosowań „kolumnowych”, które marszałek Sejmu Marek Kuchciński przeprowadził rok temu, podczas uchwalania m.in. budżetu państwa.

Pamiętamy: wobec blokowania mównicy sejmowej przez PO i Nowoczesną (w proteście przeciwko ograniczeniu dostępu dziennikarzy do Sejmu i wykluczeniu z obrad posła PO Michała Szczerby) zwołano zebranie klubu PiS w Sali Kolumnowej Sejmu. To zebranie płynnie przekształciło się w obrady plenarne. Tak przyjęto kilka ustaw. Posłowie innych klubów zostali zawiadomieni o tym posiedzeniu esemesami siedem minut przed rozpoczęciem obrad. W Sali Kolumnowej mieści się połowa ustawowej liczby posłów, więc gdyby większość posłów nie-PiS chciała się tam stawić, część fizycznie by się nie zmieściła.

Sędzia Tuleya naraził się na postępowanie dyscyplinarne, w którym o jego losie zdecydują sędziowie i ławnicy wskazani przez PiS do nowej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Za co miałoby być owo postępowanie, pokazały natychmiast „Wiadomości” TVP, emitując fragment wideowywiadu dla wyborczej.pl, w którym sędzia mówi, że chodził na demonstracje w obronie sądów. PiS lansuje tezę, że takie zachowanie godzi w powagę urzędu sędziowskiego. Powiedziała to publicznie m.in. doradczyni prezydenta Zofia Romaszewska podczas prac sejmowej komisji sprawiedliwości nad prezydenckimi projektami ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Mając na myśli Pierwszą Prezes SN Małgorzatę Gersdorf, mówiła, że takie zachowanie to rzecz „wysoce nie na miejscu, za którą powinno się usuwać z zawodu”.

Sędzia Piotr Tuleya znał tę wypowiedź, orzekając w sprawie „głosowania kolumnowego”. Znał też treść projektu ustawy o Sądzie Najwyższym, która przewiduje obsadzenie sądu dyscyplinarnego przez partię rządzącą. A także możliwość powołania przez prezydenta specrzecznika dyscyplinarnego do zajęcia się konkretnym sędzią. Znał też treść ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, która przewiduje, że o awansach sędziów zdecyduje KRS obsadzona w 90 procentach przez PiS.

I za to, że narażając się na szykany, orzeka zgodnie z prawem i własnym sumieniem, zgodnie z zasadą równości, należy mu się najwyższy szacunek.

Także za to, że to jego orzeczenie może być kiedyś w Polsce, w której prokuratura nie działa na zlecenie partii rządzącej, argumentem za wznowieniem postępowania karnego. Lub za postawieniem marszałka Kuchcińskiego przed Trybunałem Stanu. Sędzia Tuleya określił procedowanie w Sali Kolumnowej „pogwałceniem aksjologii państwa republikańskiego”.

Morawiecki porażka, pucz kanapkowy, zamach pod Mińskiem Mazowieckim, Kaczyński znudzony

Morawiecki jest skazany na porażkę. Pisze o tym Marek Ciesielczyk w „Rzeczpospolitej”.

Decyzja o dymisji Beaty Szydło oznacza prawdopodobnie koniec zwycięskiego marszu obozu „dobrej zmiany” – przekonuje politolog.

Bezpośrednio po ogoszeniu przez Beatę Mazurek, rzecznika PiS, decyzji o dymisji premier Beaty Szydło, w telewizji Trwam usłyszeć można było pierwsze bardzo krytyczne komentarze na temat tego kroku.

Także pojawiające się w internecie wpisy świadczą albo o niezrozumieniu decyzji Jarosława Kaczyńskiego, albo wręcz o całkowitym jej odrzuceniu przez elektorat Prawa i Sprawiedliwości.

„Kaczyński wyręczył Schetynę”, „To, co nie udało się Schetynie, zrobił Kaczyński” – usłyszałem z ust zwolenników PiS po zmuszeniu Beaty Szydło do dymisji. Wydaje się, że jest to pierwszy poważny błąd polityczny PiS, który może mieć bezpośredni wpływ na znaczący spadek zaufania do tej partii, a dokładniej mówiąc, do jej lidera.

Gdzie tu logika?

Prezes Kaczyński nie mógł wybrać gorszego momentu dla dymisji premier Szydło. Przecież tego samego dnia chciała ją odwołać opozycja. Kilka godzin później okazało się, że zrobił to sam Kaczyński. Gdzie tu logika? Przecież można było doprowadzić do dymisji premiera w jakimkolwiek innym momencie.

Waldemar Kuczyński nazywa Morawieckiego plastusiem, który nie umywa się do Leszka Balcerowicza.

A ze szczytu unijnego w Brukseli Morawiecki po prostu zwiał, żadne ważne sprawy nie potrzebowały go w kraju. Pisze o tym dziennikarz Onetu, ktory był na miejscu.

Sędzia Igor Tuleya obnżył pkanowanie przez PiS „puczu” grudniowego w ubiegłym roku.

PiS wszystko ukartował, wczesniej mieli Salę Kolumnową przygotowaną, aby uciec od opozycji z sali sejmowej.

Świadczą o tym zeznania pisowskich polityków.

Sędzia Igor Tuleya uchylił decyzję prokuratury o umorzeniu śledztwa ws. słynnego głosowania w Sali Kolumnowej w grudniu ub.r. To nie pierwsza sytuacja, w której sędzia naraża się na krytykę ze strony Prawa i Sprawiedliwości.

Tak Ziobro podpisywał listę obecności na głosowaniach w Sali Kolumnowej, w której go nie było.

Krótko pisząc: pucz przygotowali pisowcy.

Jest odpowiedź z biura prasowego Sejmu. Na konwencie, w którym jest 3 wysoko postawionych polityków PiS. Pozdrawiam z Nowym Rokiem!

Mały szczegół –

Szydło dała 200 milionów premii pisowskim ministrom. Rżną budżet, że hej.

Rydzyk przyssany też do budżetu państwa polskiego.

PiS już wypłacił Rydzykowi przeszło 70 mln zł.

Były jezuita, filozof prof. Tadeusz Bartoś opowiada, jak kler katolicki atakuje innych Polaków

Panie profesorze, nie ma pan wrażenia, że indoktrynacja Kościoła staje się powoli nieznośna? W szkołach organizuje się Bale Wszystkich Świętych, a prezydent i ministrowie wciąż się modlą.

– Wszystko zależy, jak się to nazwie. Pani mówi indoktrynacja, a Kościół katolicki powie ewangelizacja.

Nawet w świeckiej szkole, w świeckim państwie?

– Kościół katolicki w swej głębokiej strukturze ma charakter wykluczający. Mówi: „Tylko nasza religia jest prawdziwa, inne są fałszywe i nie dają zbawienia. Bez nas – wieczne potępienie”. Trzeba uwierzyć i ochrzcić się, a kto tego nie zrobi, ryzykuje strasznie. Katolicyzm w swej historii z reguły był nietolerancyjny, odrzucał inne religie. Pech chciał, że w IV wieku w Cesarstwie Rzymskim chrześcijaństwo stało się religią państwową. W ciągu dwóch wieków wyeliminowano wszystkie tradycyjne kulty, szkoły filozoficzne, poprzez zakazy, niszczenie świątyń, zabójstwa.

Kościół w całej swej historii nastawiony był na poszerzanie wpływów. Eufemistycznie nazywa się to dziś ewangelizacją. Prawodawstwa państw, gdzie silny jest katolicyzm, powinny mieć to na uwadze. W Polsce po 1989 roku opozycja, która budowała kształt nowego państwa, była – z uwagi na dobrą współpracę z lat 80. – związana, także towarzysko, z duchownymi. I najważniejszym postaciom opozycji bardzo trudno było odmówić prośbom duchownych. Nie widziano zagrożeń. W efekcie rząd Tadeusza Mazowieckiego wpuścił religię do szkół. Początkowo miało to być udostępnienie sal szkolnych, szybko jednak pojawiła się kwestia wynagrodzenia. Księża poprosili, państwo dało.

A jak to wygląda dziś?

– Obecność duchownych w szkołach jest dysfunkcjonalna. To państwo w państwie. Dyrektor szkoły nie może wybrać i zatrudnić nauczyciela religii. On jest przysyłany z parafii, przez proboszcza. Dyrektor nie może więc też go zwolnić. Przysyłany z zewnątrz, jak w PRL-u, gdzie zawsze był z partyjnego nadania nauczyciel mający oko na całokształt. Taką funkcję bezwiednie przyjmuje duchowny.

Co ważne, program religii jest całkowicie poza kontrolą państwa. To jest rzecz kuriozalna. Katecheza obowiązuje już od przedszkola. To przedmiot mający największą liczbę godzin w systemie edukacji.

(…)

Zatem Kościół może spać spokojnie?

– Ludzie, których celem jest zwiększanie wpływów, nigdy nie powinni spać spokojnie. Czuwajcie i módlcie się – mówi Pismo. Taki jest los sprzedawców. Zresztą wszelkiego typu produktów, także tych religijnych. Dobrze wiedzą to bankierzy, a już na pewno pan premier Morawiecki – do niedawna król sprzedawców produktów bankowych – którzy ciągle muszą wymyślać nowe rzeczy, by podnosić wyniki.

Niemniej obecna pozycja polskiego Kościoła jest niezagrożona. Duchowni mogą bez przeszkód uczestniczyć w politycznej grze. I to robią.

Macierewicz tak zdewastował polska obronnosć, ze doszło po raz pierwszy w historii do katastrofy Miga-29 pod Mińskiem Mazowieckim.

Pilot brał udział w locie szkoleniowym. Wystartował z tego samego lotniska – w Mińsku Mazowieckim. Gdy maszyna podchodziła do lądowania ok 17:10, utracono łączność z maszyną. Gdy samolot zniknął z radarów, do akcji ratowniczej ruszyło ponad 200 żołnierzy i strażaków. Półtorej godziny później pilota, który katapultował się przed wypadkiem, odnalazł jeden ze strażników leśnych. Został przetransportowany do warszawskiego szpitala wojskowego przy ulicy Szaserów.

Uziemione

Tuż po wypadku dowódca 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego podjął decyzję o uziemieniu wszystkich szesnastu Mig-ów, które znajdują się w jednostce. Powiedział, że wojsko korzysta z maszyn od 25 lat. Dodał, że są regularnie remontowane i posłużą armii jeszcze przez 10-12 lat. Zapewnił, że maszyna, która się rozbiła, była w dobrym stanie technicznym, gdyż „wszystkie samoloty są sprawdzane bezpośrednio przed i po każdym locie”.

Pierwszy wypadek Mig-a w Polsce

Poniedziałkowy wypadek Mig-a 29 był pierwszym w Polsce wypadkiem tego typu maszyny. Pułkownik Iwaszko przekazał, że samolot jest zniszczony. Został znaleziony ponad dwie godziny od momentu katastrofy, kilkanaście kilometrów od lotniska, niedaleko miejscowości Kałuszyn. Miejsce wypadku zostało zabezpieczone, obecnie działają tam eksperci z Komisji Badania Wypadków Lotniczych, którzy badają przyczyny katastrofy.

W „Fakcie” piszą dlaczego Kaczynsaki wymieł Szydło?

Bo się znudził.

ROZCZAROWANIE KACZYŃSKIEGO

Od dnia, w którym Beata Szydło ogłosiła plan rekonstrukcji, bywała w gabinecie prezesa w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej regularnie. Przedstawiała koncepcje, przesunięcia w resortach, zmiany w ustawie o działach administracji rządowej, zmiany kadrowe. Także sugerowała pewne ustępstwa personalne wobec Morawieckiego, z którym ona sama i jej ludzie od dawna byli mocno skonfliktowani. Czy to brak wizji, czy jakieś inne przemyślenia sprawiły jednak, że po którymś z tych spotkań prezes uznał, że to wszystko za mało. I że Beata Szydło już wyczerpała swój potencjał zdobywania poparcia dla PiS. Dlatego zdecydował, że wstrząs jakim będzie jej wymiana, lepiej zafundować partii teraz niż za rok. Wtedy bunt mógłby się zbiec z nieco gorszym niż oczekiwany wynikiem wyborów samorządowych. Jarosław Kaczyński równolegle naradzał się także z Mateuszem Morawieckim. Decyzję podjął na mniej – więcej tydzień przed ogłoszeniem zmian.

„BO PREZES SIĘ NUDZI”

Ostatnia teoria zadowoli wszystkich tych, których irytuje opowiadanie o geniuszu prezesa. Z relacji jednego z bardzo bliskich wieloletnich współpracowników Kaczyńskiego wynika, że prezesowi po prostu… już się nudziło. Opozycja nie motywuje, bo jest tak słaba, że walczy albo o przetrwanie, albo sama ze sobą. W partii wszystkie układy i układziki przez dwa lata się ustabilizowały i – jak wynika ze zwykłej teorii władzy – zaraz mogły zacząć generować afery. Tym bardziej, że przez ten czas nikt nie został zatrzymany „ku przestrodze”. Słowem – wszystko jest tak dobrze, że aż nudno i groźnie. Więc prezes „wywrócił stolik”. I to tak, jak nikt się nie spodziewał. Bo nawet sam Morawiecki nie przypuszczał, że zostanie premierem już teraz. Ba, z sygnałów płynących z jego otoczenia dało się wyczytać, że wolałby jeszcze coś zrobić w resorcie finansów: ułożyć budżet, domknąć projekt walki z rajami podatkowymi w Unii Europejskiej, poczekać na pierwsze efekty nowych narzędzi uszczelniania VAT, które wprowadzone będą w 2018 roku.

Jaki kraj, taki Mikołaj. 😎🎅🏻

Post Navigation